home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate |

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

- advertisement



ROZDZIAL XXI

Stasiu, dlaczego my jedziemy i jedziemy, a Smaina jak nie ma, tak nie ma?

Nie wiem. Zapewne idzie szybko naprz'od, zeby jak najpredzej doj's'c do okolic, w kt'orych bedzie m'ogl nalapa'c Murzyn'ow. Czy chcialaby's, zeby'smy sie juz polaczyli z jego oddzialem?

Dziewczynka skinela swoja plowa gl'owka na znak, ze bardzo jej o to chodzi.

Co ci na tym zalezy? zapytal Sta's.

Bo moze Gebhr nie bedzie 'smial przy Smainie tak okropnie bi'c tego biednego Kali.

Smain pewnie nie lepszy. Oni wszyscy nie maja milosierdzia dla swoich niewolnik'ow.

Tak?

Bylo to dziewiatego dnia podr'ozy. Gebhr, kt'ory teraz byl wodzem karawany, odnajdowal z poczatku latwo 'slady pochodu Smaina. Wskazywaly jego droge szlaki wypalonej dzungli i obozowiska pelne ogryzionych ko'sci i rozmaitych szczatk'ow. Ale po uplywie pieciu dni trafiono na niezmierna przestrze'n spalonego stepu, na kt'orym wiatr rozni'osl pozar na wszystkie strony. 'Slady staly sie metne i zawile, gdyz widocznie Smain rozdzielil sw'oj oddzial na kilkana'scie mniejszych, by ulatwi'c im otaczanie zwierzyny i zdobywanie zywno'sci. Gebhr nie wiedzial, w jakim kierunku i's'c, i czesto zdarzalo sie, ze karawana po dlugim kolowaniu wracala na to samo miejsce, z kt'orego wyszla. Potem trafili na lasy, a po przebyciu ich weszli w kraj skalisty, gdzie grunt pokrywaly plaskie glazy lub drobne kamienie rozrzucone na wielkich rozleglo'sciach tak gesto, ze dzieciom przypominaly sie bruki miejskie. Ro'slinno'sci bylo tam skapo. Tylko gdzieniegdzie w rozpadlinach skal rosly euforbie, starce, mimozy, a rzadziej jeszcze wysmukle jasnozielone drzewa, kt'ore Kali nazywal w jezyku ki-swahili m'ti i kt'orych li's'cmi karmiono konie. W okolicy braklo calkiem rzeczulek i strumieni, na szcze'scie poczely juz od czasu do czasu pada'c deszcze, wiec znajdowano wode we wglebieniach i wydrazeniach skal.

Zwierzyne wyploszyly oddzialy Smaina i karawana bylaby marla glodem, gdyby nie mn'ostwo pentarek, kt'ore co chwila zrywaly sie spod n'og koni, a pod wiecz'or obsiadaly drzewa tak gesto, ze do's'c bylo strzeli'c w odpowiednim kierunku, azeby kilka spadlo na ziemie. Nie byly przy tym wcale plochliwe i pozwalaly sie zaj's'c blisko, a podrywaly sie tak ciezko i opieszale, ze Saba, biegnacy przed karawana, chwytal je i dusil prawie kazdego dnia.

Chamis zabijal ich po kilkana'scie dziennie ze starej kapiszonowej strzelby, kt'ora byl wyszachrowal od jednego z podwladnych Hatimowi derwisz'ow podczas drogi z Omdurmanu do Faszody. 'Srutu jednak nie posiadal juz wiecej jak na dwadzie'scia naboj'ow i niepokoil sie my'sla, co bedzie, gdy caly zapas sie wyczerpie. Wprawdzie pomimo przeploszenia zwierzyny pojawialy sie niekiedy w'sr'od skal stadka arieli, pieknych antylop pospolitych w calej 'srodkowej Afryce, ale do arieli trzeba bylo strzela'c ze sztucera, oni za's nie umieli uzy'c strzelby Stasia, a Gebhr nie chcial mu jej da'c do reki.

Suda'nczyk r'owniez poczal sie niepokoi'c dluga droga. Przychodzilo mu chwilami do glowy, by wraca'c do Faszody, w razie bowiem gdyby sie rozmineli ze Smainem, mogli sie zablaka'c w dzikich okolicach, w kt'orych nie m'owiac juz o glodzie, grozily im napady dzikich zwierzat i dzikszych jeszcze Murzyn'ow, dyszacych zemsta za lowy, kt'ore na nich wyprawiono. Ale poniewaz nie wiedzial, ze Seki-Tamala wybiera sie przeciw Eminowi, gdyz rozmowa o tym odbywala sie nie przy nim, wiec bral go strach na my'sl, ze przyjdzie mu stana'c przed obliczem poteznego emira, kt'ory kazal mu odwie'z'c dzieci do Smaina i dal mu do niego list, zapowiedziawszy przy tym, ze je'sli nie wywiaze sie nalezycie z obowiazku p'ojdzie na powr'oz. Wszystko to razem wziete przepelnialo mu dusze gorycza i zlo'scia. Nie 'smial juz jednak m'sci'c sie za swe zawody na Stasiu i Nel, natomiast plecy biednego Kalego broczyly co dzie'n krwia pod korbaczem. Mlody niewolnik zblizal sie do srogiego pana zawsze z drzeniem i trwoga. Ale na pr'ozno obejmowal jego nogi i calowal rece, na pr'ozno padal przed nim na twarz. Kamiennego serca nie wzruszala ni pokora, ni jeki i korbacz rozdzieral z lada powodu, a czasem i bez powodu, cialo nieszcze'sliwego chlopca. Na noc wkladano mu nogi w drewniana deske z otworami, by nie uciekl. W dzie'n szedl na powrozie przy koniu Gebhra, co nadzwyczaj bawilo Chamisa. Nel oblewala lzami niedole Kalego, Sta's burzyl sie w sercu i kilkakrotnie ujmowal sie za nim zapalczywie, ale gdy spostrzegl, ze to podnieca jeszcze Gebhra, zaciskal tylko zeby i milczal.

Lecz Kali zrozumial, ze tych dwoje ujmuje sie za nim, i pokochal ich swym zbolalym, biednym sercem gleboko.

Od dwu dni jechali skalistym wawozem o wysokich, stromych skalach. Z naniesionych i porozrzucanych bezladnie kamieni latwo bylo pozna'c, ze w czasie pory dzdzystej waw'oz napelnial sie woda, ale obecnie dno jego bylo zupelnie suche. Pod 'scianami roslo po obu stronach troche trawy, duzo cierni, a nawet gdzieniegdzie i drzewa. Gebhr zapu'scil sie w te kamienna gardziel dlatego, ze szla ustawicznie w g'ore, sadzil wiec, ze doprowadzi go do jakiej wyzyny, z kt'orej latwiej mu bedzie dostrzec w dzie'n dymy, a w nocy ogniska obozu Smaina. Miejscami waw'oz stawal sie tak ciasny, ze tylko dwa konie mogly i's'c w pobok, miejscami rozszerzal sie w male, okragle doliny, otoczone jakby wysokimi kamiennymi murami, na kt'orych siedzialy wielkie pawiany igrajac z soba, szczekajac i pokazujac karawanie zeby.

Byla godzina piata po poludniu. Slo'nce znizylo sie juz ku zachodowi. Gebhr my'slal o noclegu; chcial tylko dotrze'c do jakiej's dolinki, w kt'orej mozna by urzadzi'c zeribe, to jest otoczy'c karawane wraz z ko'nmi plotem z kolczastych mimoz i akacji, chroniacych od napadu dzikich zwierzat. Saba biegl naprz'od, poszczekujac na malpy, kt'ore na jego widok rzucaly sie niespokojnie, i raz w raz znikal w zakretach wawozu. Echo powtarzalo rozglo'snie jego szczekanie.

Nagle jednak umilkl, a po chwili przybiegl pedem do koni ze zjezona sier'scia na grzbiecie i wtulonym pod siebie ogonem. Beduini i Gebhr zrozumieli, ze musialo go co's przestraszy'c, ale spojrzawszy po sobie i chcac przekona'c sie, co to by'c moglo, ruszyli dalej. Lecz przejechawszy maly zakret, zdarli konie i staneli w jednej chwili jak wryci na widok, kt'ory uderzyl ich oczy.

Oto na niewielkiej skale, lezacej w samym 'srodku do's'c szerokiego w tym miejscu wawozu, lezal lew.

Dzielilo ich od niego najwyzej sto krok'ow. Potezny zwierz ujrzawszy je'zd'zc'ow i konie podni'osl sie na przednie lapy i poczal na nich patrze'c. Nisko stojace juz slo'nce o'swiecalo jego ogromna glowe, kudlate piersi i w tym czerwonym blasku podobny byl do jednego z takich sfinks'ow, jakie zdobia wej'scia do starozytnych 'swiaty'n egipskich.

Konie jely przysiada'c na zadach, kreci'c sie i cofa'c. Zdumieni i przerazeni je'zd'zcy nie wiedzieli, co pocza'c, wiec z ust do ust przelatywaly tylko trwozne i bezradne slowa: Allach! Bismillach! Allach akbar!

A kr'ol puszczy patrzal na nich z g'ory, nieruchomy, jakby odlany z brazu.

Gebhr i Chamis slyszeli od kupc'ow przybywajacych z ko'scia sloniowa i guma z Sudanu do Egiptu, ze lwy klada sie czasem na drodze karawan, kt'ore wobec tego musza po prostu zbacza'c. Lecz tu nie bylo gdzie zboczy'c. Wypadalo chyba zawr'oci'c i ucieka'c! Tak, ale w takim razie bylo rzecza niemal pewna, ze straszny zwierz rzuci sie za nimi w pogo'n.

Zn'ow zatem zabrzmialy goraczkowe pytania:

Co robi'c?

Co robi'c?

Allach! moze ustapi.

Nie ustapi.

I znowu zapadla cisza. Slycha'c bylo tylko chrapanie koni i przyspieszony oddech piersi ludzkich.

Spu's'c Kalego z powroza ozwal sie nagle do Gebhra Chamis a my uciekajmy na koniach, w'owczas lew jego pierwszego dogoni i jego tylko zabije.

Uczy'n tak! powt'orzyli Beduini.

Lecz Gebhr odgadl, ze w takim razie Kali wdrapie sie w mgnieniu oka na 'sciane skalna, a lew pogna za ko'nmi, przeto do glowy wpadl mu inny, okropny pomysl. Oto zarznie chlopca i rzuci go przed siebie, a wtedy zwierz skoczywszy za nimi ujrzy na ziemi krwawe cialo i zatrzyma sie, by je pozre'c.

Wiec przyciagnal Kalego powrozem do siodla i juz podni'osl n'oz, gdy w tej samej sekundzie Sta's chwycil go za szeroki rekaw dziuby.

Co robisz, lotrze?

Gebhr poczal sie szarpa'c i gdyby chlopiec chwycil byl go za reke, wyrwalby sie natychmiast, ale z rekawem nie poszlo tak latwo, wiec szarpiac sie poczal jednocze'snie charcze'c stlumionym ze w'scieklo'sci glosem:

Psie, je'sli jego nie starczy, zakluje i was! Allach! zakluje, zakluje!

A Sta's pobladl 'smiertelnie, albowiem blyskawica przebiegla mu my'sl, ze lew, goniac przede wszystkim za ko'nmi, moze istotnie pomina'c w pedzie trupa Kalego, a w takim razie Gebhr z najwieksza pewno'scia zarznie kolejno ich oboje.

Wiec ciagnac ze zdwojona sila za rekaw krzyknal:

Daj mi strzelbe! zabije lwa!

Beduin'ow zdumialy te slowa, ale Chamis, kt'ory widzial jeszcze w Port-Saidzie, jak Sta's strzela, poczal natychmiast wola'c:

Daj mu strzelbe! On zabije lwa!

Gebhr przypomnial sobie od razu strzaly na jeziorze Karouni wobec straszliwego niebezpiecze'nstwa predko zaniechal oporu. Z wielkim nawet po'spiechem podal chlopcu sztucer, a Chamis otworzyl co duchu pudlo z nabojami, z kt'orego Sta's zaczerpnal pelna gar'scia.

Potem zeskoczyl z konia, wsunal ladunki w lufy i ruszyl naprz'od.

Przez pierwszych kilka krok'ow byl jakby odurzony i widzial tylko siebie i Nel z szyjami poderznietymi nozem Gebhra. Ale wnet blizsze i straszniejsze niebezpiecze'nstwo kazalo mu zapomnie'c o wszystkim innym. Mial przed soba lwa! Na widok zwierza pociemnialo mu w oczach. Poczul zimno w policzkach i w nosie, poczul, ze nogi ma jak olowiane i ze mu brak tchu. Po prostu bal sie. W Port-Saidzie czytywal, nawet i w czasie lekcji, o polowaniach na lwy, ale co innego bylo oglada'c obrazki w ksiazkach, a co innego stana'c oko w oko z potworem, kt'ory teraz oto patrzyl na niego jakby ze zdziwieniem, marszczac swe szerokie, podobne do tarczy czolo.

Arabowie przytaili dech w piersiach, albowiem nigdy w zyciu nie widzieli nic podobnego. Z jednej strony maly chlopiec, kt'ory w'sr'od wysokich skal wydawal sie jeszcze mniejszy, z drugiej potezny zwierz, zloty w promieniach slo'nca, wspanialy, gro'zny pan z wielka glowa, jak m'owia Suda'nczycy.

Sta's przem'ogl cala sila woli bezwladno's'c n'og i posunal sie dalej. Jeszcze przez chwile wydalo mu sie, ze serce podchodzi mu az do gardla i trwalo to dop'oty, dop'oki nie podni'osl strzelby do twarzy. W'owczas trzeba bylo my'sle'c o czym innym. Czy zblizy'c sie wiecej, czy juz strzela'c? Gdzie mierzy'c? Im mniejsza odleglo's'c, tym strzal pewniejszy a zatem dalej! dalej! krok'ow czterdzie'sci jeszcze za duzo trzydzie'sci! dwadzie'scia! Juz powiew przynosi ostry zwierzecy swad

Chlopiec stanal.

Kula miedzy oczy albo po mnie! pomy'slal. W imie Ojca i Syna!

A lew podni'osl sie, przeciagnal grzbiet i znizyl glowe. Wargi poczely mu sie odchyla'c, brwi nasunely sie na oczy. Ta drobna jaka's istotka o'smielila sie podej's'c zbyt blisko wiec gotowal sie do skoku przysiadajac, z drganiem ud, na tylnych lapach

Lecz Sta's przez jedno mgnienie oka dostrzegl, ze muszka sztucera przypada na czole zwierza, i pociagnal za cyngiel.

Huknal strzal. Lew wspial sie tak, ze przez chwile wyprostowal sie na cala wysoko's'c, po czym runal na wznak, czterema lapami do g'ory.

I w ostatniej konwulsji stoczyl sie ze skaly na ziemie.

Sta's trzymal go jeszcze przez kilka minut pod strzalem, lecz widzac, ze drgawki ustaja i ze plowe cielsko wyprezylo sie bezwladnie, otworzyl strzelbe i zalozyl nowy ladunek.

'Sciany skaliste rozbrzmiewaly jeszcze gromkim echem. Gebhr, Chamis i Beduini nie mogli zrazu dojrze'c, co sie stalo, gdyz poprzedniej nocy padal deszcz i z powodu wilgoci powietrza dym zaslonil wszystko w ciasnym wawozie. Dopiero gdy dym opadl, poczeli krzycze'c z rado'sci i chcieli skoczy'c ku chlopcu, ale na pr'ozno, gdyz zadna sila nie mogla zmusi'c koni do kroku naprz'od.

A Sta's zawr'ocil, objal wzrokiem czterech Arab'ow i wpil oczy w Gebhra.

Ach, do's'c! rzekl zaciskajac zeby. Przebrale's miare. Nie zamordujesz ani Nel, ani nikogo wiecej!

I nagle uczul, ze nos i policzki bledna mu znowu, ale bylo to inne zimno, plynace nie ze strachu, lecz ze strasznego i nieublaganego postanowienia, od kt'orego serce w piersiach czym sie na razie zelazne.

Tak! To przecie lotry, katy, mordercy, a Nel w ich reku!

Nie zamordujesz jej powt'orzyl.

Zblizyl sie ku nim zn'ow stanal i nagle z blyskawiczna szybko'scia podni'osl strzelbe do twarzy.

Dwa strzaly jeden za drugim targnely echem wawozu: Gebhr runal na ziemie jak w'or piasku, a Chamis pochylil sie w kulbace i uderzyl krwawym czolem o kark ko'nski.

Dwaj Beduini wydali okropny okrzyk przerazenia i zeskoczywszy z koni rzucili sie ku Stasiowi. Zakret byl za nimi niedaleko i gdyby byli uciekali za siebie, czego Sta's zyczyl sobie w duszy, byliby mogli uchroni'c sie przed 'smiercia. Ale za'slepionym trwoga i w'scieklo'scia wydalo sie, ze dopadna chlopca wpierw, nim zdola zmieni'c naboje, i zad'zgaja go nozami. Glupcy! ledwie przebiegli kilkana'scie krok'ow, szczeknela zn'ow zlowroga strzelba, waw'oz odegrzmial echem nowych strzal'ow i obaj padli twarzami na ziemie, rzucajac sie i tlukac jak wyjete z wody ryby.

Jeden gorzej w po'spiechu strzelony podni'osl sie jeszcze i wsparl na rekach, ale w tej chwili Saba zatopil mu kly w karku.

Nastala 'smiertelna cisza.

Przerwaly ja dopiero jeki Kalego, kt'ory rzucil sie na kolana i wyciagnawszy przed sie rece krzyczal w lamanym jezyku ki-swahili:

Bwana kubwa! (Panie wielki) zabi'c lwa, zabi'c zlych ludzi, ale nie zabija'c Kalego!

Sta's jednak nie zwazal na jego wolanie. Czas jaki's stal jak bledny, po czym spostrzeglszy zbielala twarzyczke Nel i jej na wp'ol przytomne, rozszerzone z przerazenia oczy skoczyl ku niej:

Nel! nie b'oj sie! Nel! jeste'smy wolni




Jakoz byli istotnie wolni, ale i zablakani w dzikiej bezludnej puszczy, w czelu'sciach czarnego ladu.


ROZDZIA L XX | W pustyni i w puszczy | ROZDZIA L XXII