home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate |

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

- advertisement



ROZDZIAL XXV

Slo'nce wzeszlo nareszcie i roz'swiecilo dzungle, kepy drzew i las. Lwy znikly, zanim pierwszy promie'n zablysnal na widnokregu. Sta's kazal Kalemu roznieci'c ogie'n, a Mei wydoby'c rzeczy Nel ze sk'orzanego worka, w kt'orym byly upakowane, wysuszy'c je i przebra'c dziewczynke jak najpredzej. Sam wziawszy strzelbe poszedl zwiedzi'c obozowisko, a zarazem przypatrzy'c sie spustoszeniu, jakiego narobila burza i dwaj nocni mordercy.

Zaraz za zeriba[63], z kt'orej zostaly tylko kolki, lezal pierwszy ko'n zzarty prawie do polowy, o sto krok'ow drugi ledwie napoczety, a zaraz za nim trzeci z wyszarpanym brzuchem i ze zgruchotanym lbem. Wszystkie straszny przedstawialy widok, oczy bowiem mialy otwarte, pelne zakrzeplego przerazenia, i wyszczerzone zeby. Ziemia byla stratowana, w zaglebieniach cale kaluze krwi. Stasia porwala taka zlo's'c, ze w tej chwili prawie zyczyl sobie, zeby zza jakiej's kepy wychylila sie kudlata glowa ociezalego po nocnej uczcie rozb'ojnika i zeby m'ogl wpakowa'c w nia kule. Ale musial odlozy'c zemste na czas p'o'zniejszy, obecnie bowiem mial co innego do roboty. Nalezalo odnale'z'c i polapa'c pozostale konie. Chlopiec przypuszczal, ze musialy schroni'c sie w lesie, r'owniez jak Saba, kt'orego trupa nigdzie nie bylo wida'c. Nadzieja, ze wierny towarzysz niedoli nie padl ofiara drapieznik'ow, uradowala tak Stasia, ze nabral lepszej otuchy, a jego rado's'c powiekszylo jeszcze odnalezienie osla. Pokazalo sie, ze madry dlugouch nie chcial nawet utrudza'c sie zbyt daleka ucieczka. Zaszyl sie po prostu na zewnatrz zeriby w kat utworzony przez kopiec termit'ow i drzewo i tam majac zabezpieczona glowe i boki czekal, co sie stanie dalej, got'ow w danym razie odeprze'c napad za pomoca bohaterskiego wierzgania. Ale lwy najwidoczniej nie dostrzegly go wcale, wiec gdy slo'nce wzeszlo i niebezpiecze'nstwo minelo, uwazal za stosowne polozy'c sie i odpocza'c po dramatycznych wrazeniach nocnych.

Sta's krazac kolo obozowiska odnalazl wreszcie na rozmieklej ziemi wyciski kopyt ko'nskich. 'Slady szly w strone lasu, a potem skrecaly ku wawozowi. Byla to okoliczno's'c pomy'slna, albowiem polapanie koni w wawozie nie przedstawialo wielkich trudno'sci. O kilkana'scie krok'ow dalej znalazlo sie w trawie peto[64], kt'ora jeden z koni zerwal w ucieczce. Ten musial odbiec tak daleko, ze na razie mozna go bylo uwaza'c za straconego. Natomiast dwa inne dostrzegl Sta's za niska skala, nie w samym parowie[65], lecz na jego brzegu. Jeden z nich tarzal sie, drugi szczypal mloda jasnozielona trawe. Oba wygladaly nieslychanie zmeczone jakby po dlugiej drodze. Ale 'swiatlo dzienne wygnalo trwoge z ich serc, gdyz powitaly Stasia kr'otkim, przyjaznym rzeniem. Ko'n, kt'ory sie tarzal, zerwal sie na nogi, przy czym chlopiec zauwazyl, ze i ten wyswobodzil sie takze z pet, na szcze'scie jednak wolal widocznie zosta'c przy towarzyszu niz ucieka'c, gdzie go oczy poniosa.

Sta's zostawil oba pod skala i poszedl nad brzeg wawozu by przekona'c sie, czy dalsza nim podr'oz jest mozliwa. Jakoz obaczyl, ze z powodu wielkiego spadku woda juz splynela i ze dno jest prawie suche. Po chwili uwage jego zwr'ocil jaki's bialawy przedmiot zaplatany w pnacze zwieszajace sie z przeciwleglej 'sciany skalnej. Pokazalo sie, ze byl to dach namiotu, kt'ory uderzenie wichru przynioslo az tutaj i wbilo w gestwine, tak ze woda nie mogla go porwa'c. Namiot zapewnial, bad'z co bad'z, malej Nel lepsze schronienie niz sklecony napredce z galezi szalas, wiec odnalezienie tej zguby uradowalo Stasia mocno.

Ale rado's'c jego zwiekszyla sie jeszcze, gdy z niszy skalnej ukrytej nieco wyzej pod lianami wyskoczyl Saba trzymajacy w zebach jakie's zwierze, kt'orego glowa i ogon zwieszaly sie po obu stronach jego paszczy. Potezny pies wydrapal sie w mgnieniu oka na g'ore i zlozyl u n'og Stasia pregowana hiene z pogruchotanym grzbietem i odgryziona noga, po czym jal macha'c ogonem i poszczekiwa'c rado'snie, jakby chcial m'owi'c: Stch'orzylem, wyznaje, przed lwami, ale co prawda, to i wy siedzieli'scie na drzewie jak pentarki. Patrz jednak, zem nie zmarnowal nocy.

I tak byl dumny z siebie, ze Sta's zaledwie zdolal go skloni'c, by zostawil na miejscu cuchnace zwierze i nie zanosil go w podarunku Nel.

Gdy powr'ocili obaj, w obozie palil sie juz suty ogie'n, a w naczyniach wrzala woda, w kt'orej gotowaly sie ziarna durry[66], dwie pentarki i wedzone paski poledwicy z gnu. Nel byla juz przebrana w sucha odziez, ale wygladala tak mizernie i blado, ze Sta's zlakl sie o nia i wziawszy ja za reke, by sie przekona'c, czy nie ma goraczki, zapytal:

Nel, co tobie jest?

Nic, Stasiu, tylko mi sie bardzo chce spa'c.

Wierze! Po takiej nocy! Rece, chwala Bogu, masz zimne. Ach! co to byla za noc! Oczywi'scie, ze ci sie chce spa'c. I mnie takze. Ale czy nie czujesz sie chora?

Boli mnie troche glowa.

Sta's polozyl jej dlo'n na czole. Gl'owka byla zimna tak jak i rece, to jednak dowodzilo wla'snie ogromnego wyczerpania i oslabienia, wiec chlopiec westchnal i rzekl:

Zjesz co's cieplego, a potem zaraz polozysz sie spa'c i bedziesz spala az do wieczora. Dzi's pogoda przynajmniej piekna i nie bedzie tak jak wczoraj.

A Nel spojrzala na niego ze strachem.

Ale my tu nie bedziemy nocowali?

Tu nie, bo tu leza zagryzione konie; wybierzemy jakie inne drzewo lub tez pojedziemy do wawozu i tam urzadzimy taka zeribe, jakiej 'swiat nie widzial. Bedziesz tak spala spokojnie jak w Port-Saidzie.

Lecz ona zlozyla raczki i poczela go prosi'c ze lzami, zeby jechali dalej, gdyz w tym strasznym miejscu nie bedzie mogla oka zmruzy'c i zachoruje z pewno'scia. I tak go blagala, tak powtarzala patrzac mu w oczy: Co, Stasiu? dobrze? ze zgodzil sie na wszystko.

Wiec pojedziemy wawozem rzekl bo tam jest cie'n. Przyrzeknij mi tylko, ze je'sli ci zbraknie sil albo bedzie ci slabo, to mi powiesz.

Nie zbraknie, nie zbraknie! Przywiazesz mnie do siodla i usne w drodze doskonale.

Nie. Siade na tego samego konia i bede cie trzymal, Kali i Mea pojada na drugim, a osiol poniesie namiot.

Dobrze! dobrze!

Zaraz po 'sniadaniu musisz sie troche przespa'c. Nie mozemy i tak wyruszy'c przed poludniem, poniewaz jest duzo do roboty. Trzeba polapa'c konie, zlozy'c namiot, urzadzi'c inaczej juki[67]. Cze's'c rzeczy zostawimy, bo teraz mamy wszystkiego dwa konie. Zejdzie nam na tym pare godzin, a ty tymczasem prze'spisz sie i wzmocnisz. Dzi's bedzie upal, ale pod drzewem cienia nie zbraknie.

A ty i Mea, i Kali? Mnie tak przykro, ze ja jedna bede spala, a wy sie musicie meczy'c

Owszem, znajdzie sie i dla nas czas. O mnie sie nie troszcz. Ja w Port-Saidzie w czasie egzamin'ow nie sypialem czesto po calych nocach, o czym nawet i m'oj ojciec nie wiedzial Koledzy nie sypiali takze. Ale co mezczyzna, to nie taka mala mucha jak ty. Nie masz pojecia, jak dzi's wygladasz zupelnie jak szklana! Zostaly tylko oczy i czupryna, a twarzy wcale nie ma.

M'owil to zartobliwie, ale w duszy sie bal, gdyz przy mocnym 'swietle dziennym Nel miala twarz po prostu chora, i po raz pierwszy zrozumial jasno, ze je'sli tak dalej p'ojdzie, to biedne dziecko nie tylko moze, ale i musi umrze'c. I na te my'sl zadygotaly pod nim nogi, albowiem poczul nagle, ze w razie jej 'smierci on takze nie mialby ani po co zy'c, ani po co wraca'c do Port-Saidu.

Bo c'oz bym wtedy mial do roboty? pomy'slal.

Na chwile odwr'ocil sie, by Nel nie dostrzegla w jego oczach zalu i leku, a nastepnie poszedl do zlozonych pod drzewem rzeczy, odrzucil wojlok, kt'orym byla okryta szkatulka z nabojami, otworzyl ja i poczal czego's szuka'c.

Chowal tam w malej szklanej flaszce ostatni proszek chininy[68] i strzegl go jak oka w glowie na czarna godzine, to jest na wypadek, gdyby Nel dostala febry. Ale teraz byl prawie pewien, ze po takiej nocy pierwszy atak przyjdzie niezawodnie, wiec postanowil mu zapobiec. Czynil to z ciezkim sercem, my'slac o tym, co bedzie p'o'zniej, i gdyby nie to, ze mezczy'znie i naczelnikowi karawany nie wypadalo plaka'c, bylby sie nad tym ostatnim proszkiem rozplakal.

Wiec chcac pokry'c wzruszenie przybral wielce surowa mine i wr'ociwszy do dziewczynki rzekl:

Nel, we'z przed jedzeniem reszte chininy.

Ona za's spytala:

A je'sli ty dostaniesz febry?

To sie bede trzasl. We'z, m'owie ci.

Wziela bez dalszego oporu, albowiem od czasu jak pozabijal Suda'nczyk'ow, bala sie go troche mimo wszelkich stara'n, jakimi ja otaczal, i dobroci, jaka jej okazywal. Zasiedli potem do 'sniadania i po zmeczeniu nocnym goracy ros'ol z pentarki smakowal im wybornie. Nel zasnela zaraz po posilku i spala przez kilka godzin. Sta's, Kali i Mea urzadzili przez ten czas karawane, przynie'sli z wawozu wierzch namiotu, posiodlali konie, objuczyli i osla i zakopali pod korzeniami nabaku te rzeczy, kt'orych nie mogli zabra'c. Sen morzyl ich przy tej robocie okropnie, ale Sta's z obawy, by nie zaspa'c, pozwolil sobie i im na kolejna tylko drzemke.

Byla moze godzina druga, gdy wyruszyli w dalsza droge. Sta's trzymal przed soba Nel, Kali jechal z Mea na drugim koniu. Nie zjechali jednak od razu do parowu, ale posuwali sie miedzy jego brzegiem a lasem. Mloda dzungla podrosla przez te jedna dzdzysta noc bardzo znacznie, grunt jednak pod nia byl czarny i nosil 'slady ognia. Latwo bylo odgadna'c, ze albo przechodzil tedy ze swoim oddzialem Smain, albo ze pozar przygnany z daleka wichrem, lecial sucha dzungla i wreszcie trafiwszy na wilgotny las przesunal sie niezbyt szerokim szlakiem miedzy nim a wawozem i poszedl dalej. Stasiowi chcialo sie sprawdzi'c, czy na tym szlaku nie znajda sie jakie 'slady obozowisk Smaina albo wyciski kopyt i z przyjemno'scia przekonal sie, ze nic podobnego nie bylo wida'c. Kali, kt'ory sie na takich rzeczach znal dobrze, twierdzil stanowczo, ze ogie'n musial by'c przyniesiony przez wiatr i ze od tego czasu uplynelo juz dni kilkana'scie.

To dowodzi zauwazyl Sta's ze Smain ze swoimi mahdystami jest juz B'og wie gdzie i ze w zadnym razie nie wpadniemy w jego rece.

Po czym oboje z Nel zaczeli przypatrywa'c sie ciekawie ro'slinno'sci, poniewaz dotychczas nigdy nie przejezdzali tak blisko podzwrotnikowego lasu. Jechali teraz samym jego brzegiem, aby mie'c nad glowa cie'n.

Ziemia tu byla wilgotna i miekka, zaro'snieta ciemnozielonawa trawa, mchami i paprocia. Gdzieniegdzie lezaly stare, spr'ochniale pnie, pokryte jakby kobiercem, prze'slicznymi storczykami o pstrych, podobnych do motyli kwiatach, z r'owniez pstrym dzbankiem w 'srodku korony[69]. Gdzie dochodzilo slo'nce, tam ziemia zlocila sie od innych dziwnych storczyk'ow, drobnych i z'oltych, w kt'orych dwa platki kwiatu wznoszac sie po bokach platka trzeciego czynily podobie'nstwo do glowy zwierzatka, o duzych, ostro zako'nczonych uszach[70]. W niekt'orych miejscach las podszyty byl krzakami dzikiego ja'sminu[71], upietymi w girlandy z cienkich pnacz'ow kwitnacych r'ozowo. Plytkie parowy i wglebienia porastaly paprocie zbite w jeden nieprzenikniony gaszcz: to niskie i rozlozyste, to wysokie, z pniami poobwijanymi jakby kadziela, siegajace az do pierwszych konar'ow drzew i rozpostarte pod nimi w delikatna, zielona koronke. W glebi nie bylo jednolitych drzew: daktylowce, rafie[72], palmy wachlarzowe, sykomory, chlebowce[73], euforbie[74], olbrzymie odmiany senecjon'ow, akacji, drzewa o uli'scieniu ciemnym i l'sniacym, i jasnym lub czerwonym jak krew, rosly obok siebie, pie'n przy pniu, splatane galeziami, z kt'orych strzelaly kwiaty z'olte i purpurowe, podobne do 'swiecznik'ow. W niekt'orych ostepach[75] nie bylo wcale wida'c drzew, gdyz od ziemi az do wierzcholk'ow pokrywaly je pnacza przerzucajac sie z pnia na pie'n, tworzac jakby wielkie litery: W i M, zwieszajac sie na ksztalt feston'ow[76], firanek i calych kotar. Liany kauczukowe[77] dusily wprost w tysiacznych wezowych skretach drzewa i zmienialy je w piramidy zasypane bialym kwieciem jak 'sniegiem. Naok'ol wiekszych lian'ow obwijaly sie mniejsze i gmatwanina stawala sie tak nieslychana, ze przetwarzala sie niemal w 'sciane, przez kt'ora ani czlowiek, ani zwierz nie zdolalby sie przedrze'c. Miejscami tylko, gdzie przedzieraly sie slonie, kt'orych sile nic nie potrafi sie oprze'c, byly powybijane w gaszczu jakby glebokie i krete korytarze.

'Spiewu ptak'ow, kt'ory tak umila lasy europejskie, nie bylo wcale slycha'c, natomiast w'sr'od wierzcholk'ow drzew rozlegaly sie najdziwaczniejsze wolania, podobne to do odglosu, jaki wydaje pila, to do bicia w kotly, to do klekotania bocian'ow, to do skrzypienia starych drzwi, to do klaskania w rece, do miauczenia kot'ow lub nawet do glo'snej podnieconej rozmowy ludzkiej. Kiedy niekiedy wzbijalo sie ponad drzewa stadko papug szarych, zielonych, bialych lub gromadka jaskrawo upierzonych tukan'ow, o cichym falistym locie. Na 'snieznym tle kauczukowych pnaczy migaly niekiedy jak le'sne duchy male malpki zalobniczki[78], czarne zupelnie, z wyjatkiem bialego ogona, bialych pas'ow po bokach i takichze faworyt'ow otaczajacych twarz barwy wegla.

Dzieci patrzyly z podziwem na ten dziewiczy las, na kt'ory moze jeszcze nigdy nie spojrzaly oczy bialego czlowieka. Saba dawal co chwila nurka w gaszcze, skad dochodzilo jego wesole szczekanie. Mala Nel pokrzepila chinina, 'sniadanie i wypoczynek. Twarzyczka jej ozywila sie i nabrala lekkich kolor'ow, oczki patrzyly weselej. Co chwila wypytywala Stasia o nazwy rozmaitych drzew i ptak'ow, a on odpowiadal, jak umial.Na koniec o'swiadczyla, ze chce zej's'c z konia i nazbiera'c duzo kwiat'ow.

Lecz chlopak u'smiechnal sie i odrzekl:

Zaraz by cie tam zjadly siafu.

Co to siafu? czy to co gorszego od lwa?

I gorszego, i nie gorszego. To sa mr'owki kasajace ogromnie. Pelno ich na galeziach, z kt'orych spadaja ludziom na plecy jak deszcz ognisty. Ale chodza i po ziemi. Spr'obuj tylko zsia's'c z konia i p'oj's'c troche w las, a zaraz zaczniesz podskakiwa'c i piszcze'c jak malpka. Nawet od lwa latwiej sie obroni'c. Czasem ida w ogromnych szeregach i wtedy wszystko im ustepuje z drogi.

Ale ty dalby's sobie z nimi rade?

Ja? Rozumie sie!

A jak?

Za pomoca ognia albo ukropu.

Ty to sobie zawsze potrafisz poradzi'c rzekla z glebokim przekonaniem.

Stasiowi pochlebily wielce te slowa, wiec odpowiedzial zarozumiale, ale zarazem i wesolo:

Byle's byla tylko zdrowa, to reszte mozesz zda'c na mnie.

Mnie juz nawet i glowa nie boli.

Chwala Bogu, chwala Bogu!

Tak rozmawiajac mineli las, kt'ory jednym tylko bokiem dochodzil do parowu. Slo'nce stalo jeszcze wysoko na niebie i dopiekalo poteznie, gdyz pogoda uczynila sie wspaniala i na niebie nie bylo zadnej chmurki. Konie oblaly sie potem, a Nel poczela bardzo narzeka'c na goraco. Z tego powodu Sta's upatrzywszy odpowiednie miejsce skrecil do wawozu, w kt'orym zachodnia 'sciana rzucala gleboki cie'n. Bylo tam chlodniej i woda, pozostala we wglebieniach po wczorajszej ulewie, byla r'owniez stosunkowo chlodna. Nad glowami malych podr'oznik'ow przelatywaly ciagle z jednego brzegu parowu na drugi tukany o purpurowych glowach, niebieskich piersiach i z'oltych skrzydlach, wiec chlopiec jal opowiada'c Nel to, co o ich obyczajach wiedzial z ksiazek.

Wiesz m'owil sa takie tukany, kt'ore w porze legu wyszukuja dziuple w drzewie; tam samica znosi jaja i siada na nich, a samiec oblepia otw'or glina, tak ze tylko jej glowe wida'c, i dopiero gdy piskleta sie wylegna, tlucze swoim wielkim dziobem gline i wypuszcza samice na wolno's'c.

A co ona przez ten czas je?

Samiec ja karmi. Lata ciagle naokolo i przynosi jej rozmaite jagody.

A czy jej pozwala spa'c? pytala dalej sennym glosem.

Sta's u'smiechnal sie.

Je'sli pani tukanowa ma taka ochote jak ty w tej chwili, to jej pozwala.

Jakoz w chlodnym wawozie poczal dziewczynke morzy'c nieprzeparty sen, gdyz od rana do wczesnego popoludnia za malo jej bylo wypoczynku. Sta's mial szczera che'c p'oj's'c za jej przykladem, lecz nie m'ogl, poniewaz musial ja trzyma'c obawiajac sie, by nie spadla, a przy tym bylo mu ogromnie niewygodnie siedzie'c po mesku na plaskim i szerokim siodle, jakie Hatim wraz z Seki-Tamala urzadzili dla malej jeszcze w Faszodzie. Nie 'smial jednak porusza'c sie i prowadzil konia jak najwolniej, by jej nie rozbudzi'c.

Ona tymczasem, przechyliwszy sie w tyl, oparla mu gl'owke na ramieniu i rozespala sie na dobre.

Ale oddychala tak r'owno i spokojnie, ze Sta's przestal zalowa'c ostatniego proszku chininy. Czul sluchajac jej oddechu, ze niebezpiecze'nstwo febry zostalo na razie usuniete, i tak poczal rozmy'sla'c:

Waw'oz idzie ciagle w g'ore, a teraz nawet do's'c stromo. Jeste'smy coraz wyzej i kraj jest coraz suchszy. Trzeba tylko bedzie znale'z'c jakie miejsce wyniosle, doskonale zasloniete, przy bystrej wodzie, tam sie rozgospodarzy'c, da'c malej pare tygodni wypoczynku, a moze i przeczeka'c cala massike[79]. Niejedna nie wytrzymalaby i dziesiatej cze'sci tych trud'ow, ale trzeba, aby wypoczela! Po takiej nocy inna dostalaby natychmiast febry, a ona jak to sobie 'spi doskonale! Chwala Bogu!

I my'sli te wprawily go w doskonaly humor, totez spogladajac z g'ory na gl'owke Nel oparta na jego piersiach m'owil sobie wesolo, ale zarazem nie bez pewnego zdziwienia:

Szczeg'olna jednak rzecz, jak ja te mala muche lubie! Co prawda lubilem ja zawsze, ale teraz to coraz wiecej!

I nie wiedzac, jak sobie tak osobliwy objaw wytlumaczy'c, wpadl na nastepujace przypuszczenie:

To pewno dlatego, ze'smy tyle razem przeszli i ze ona jest na mojej opiece.

Tymczasem trzymal te muche z wielka ostrozno'scia prawa reka za pasek, zeby mu nie zleciala z siodla i nie potlukla sobie noska. Posuwali sie noga za noga i w milczeniu, tylko Kali pod'spiewywal sobie pod nosem na chwale Stasia:

Pan wielki zabi'c Gebhra, zabi'c lwa i bawolu! yah! pan wielki zabi'c jeszcze duzo lw'ow! yah! Mn'ostwo miesa! mn'ostwo miesa! yah! yah!

Kali zapytal cicho Sta's czy Wa-hima poluja na lwy?

Wa-hima ba'c sie lw'ow, ale Wa-hima kopa'c glebokie doly i je'sli lew w nocy wpadnie, to Wa-hima 'smia'c sie.

C'oz wtedy robicie?

Wa-hima rzuca'c duzo oszczep'ow, az lew jak jez. Wtedy go wyciagna'c z dolu i zje's'c. Lew dobry.

I wedle swego zwyczaju pogladzil sie po zoladku.

Stasiowi nie bardzo podobal sie ten spos'ob polowania, wiec poczal wypytywa'c, jaka inna zwierzyna znajduje sie w kraju Wa-hima, i rozmawiali dalej o antylopach, strusiach, zyrafach i nosorozcach dop'oty, dop'oki do uszu ich nie doszedl szum wodospadu.

Co to? zawolal Sta's rzeka przed nami i wodospad?

Kali pokiwal glowa na znak, ze widocznie tak jest.

I przez czas jaki's jechali bardziej sporym krokiem nasluchujac szumu, kt'ory stawal sie coraz wyra'zniejszy.

Wodospad! powt'orzyl zaciekawiony Sta's.

Lecz zaledwie mineli jeden i drugi zakret, gdy nagle przeszkoda nie do przebycia zatamowala im dalsza droge.

Nel, kt'ora poprzednio u'spil ruch ko'nski, rozbudzila sie zaraz.

Czy juz stajemy na nocleg? zapytala.

Nie, ale patrz! odpowiedzial Sta's skala zamyka waw'oz.

To c'oz zrobimy?

Przecisna'c sie obok niej niepodobna, bo tu ciasno, wiec trzeba sie bedzie troche wr'oci'c, wydosta'c sie na g'ore i objecha'c przeszkode, ale do wieczora jeszcze ze dwie godziny, a zatem mamy czas. Niech tez i konie troche odetchna. Slyszysz wodospad?

Slysze.

Zatrzymamy sie przy nim na nocleg.

Po czym zwr'ocil sie do Kalego, kazal mu wydrapa'c sie na brzeg parowu i zobaczy'c, czy dalej dno wawozu nie jest zawalone podobnymi przeszkodami, sam za's poczal przypatrywa'c sie uwaznie skale i po chwili zawolal:

Ona oderwala sie i runela niedawno. Widzisz, Nel, ten odlam? Przypatrz sie, jaki 'swiezy. Nie ma na nim zadnych mch'ow ani ro'slin. Rozumiem juz rozumiem!

I reka wskazal dziewczynce na rosnacy nad brzegiem wawozu baobab, kt'orego ogromny korze'n zwieszal sie po 'scianie wzdluz odlamu.

To ten korze'n zapu'scil sie w szpare miedzy 'sciana i skala i rozrastajac sie odlupal w ko'ncu skale. To jest rzecz bardzo osobliwa, bo przecie kamie'n twardszy jest od drzewa, wiem jednak, ze w g'orach czesto tak bywa. Byle co traci potem taki glaz, kt'ory sie ledwie trzyma i glaz sie odrywa.

Ale co go moglo traci'c?

Trudno powiedzie'c. Moze dawniejsza burza, moze wczorajsza.

W tej chwili Saba, kt'ory poprzednio pozostal byl za karawana, nadlecial, stanal nagle jakby pociagniety z tylu za ogon, zawietrzyl, nastepnie wcisnal sie w waskie przej'scie miedzy 'sciana a oderwana skala, ale natychmiast poczal sie cofa'c ze zjezona sier'scia.

Sta's zsiadl z konia, by zobaczy'c, co moglo psa przestraszy'c.

Stasiu, nie chod'z tam prosila Nel tam moze by'c lew.

Chlopiec za's, kt'ory byl troche junak-samochwal i kt'ory od wczorajszej nocy mial nadzwyczajna uraze do lw'ow, odrzekl:

Wielka rzecz lew w dzie'n!

Zanim jednak zblizyl sie do przej'scia, rozlegl sie z g'ory glos Kalego:

Bwana kubwa! Bwana kubwa!

Co takiego? zapytal Sta's.

Murzyn zsunal sie w mgnieniu oka po lodydze pnacza. Z twarzy latwo mu bylo wyczyta'c, ze przynosi jaka's wazna nowine.

Slo'n! zawolal.

Slo'n?

Tak odpowiedzial mlody Murzyn, machajac rekoma. Tam grzmiaca woda, a tu skala. Slo'n nie m'oc wyj's'c. Pan wielki zabi'c slonia, a Kali go je's'c, och, je's'c, je's'c!

I na te my'sl opanowala go taka rado's'c, ze jal skaka'c, uderza'c dlo'nmi po kolanach i 'smia'c sie jak szalony, przewracajac przy tym oczy i polyskujac bialymi zebami.

Sta's nie zrozumial od razu, dlaczego Kali m'owi, ze slo'n nie moze wyj's'c z wawozu, wiec chcac zobaczy'c, co sie stalo, siadl na ko'n i powierzywszy Nel Mei, by w danym razie mie'c wolne do strzalu rece, kazal Kalemu sia's'c za soba, po czym zawr'ocili wszyscy i poczeli szuka'c miejsca, przez kt'ore by mogli wydosta'c sie na g'ore. Po drodze Sta's wypytywal sie, jakim sposobem slo'n m'ogl znale'z'c sie tam, gdzie byl i z odpowiedzi Kalego wymiarkowal mniej wiecej, co zaszlo.

Oto slo'n uciekal widocznie wawozem podczas pozaru dzungli przed ogniem; po drodze otarl sie silnie o nadwerezona skale, a ta zwalila sie i przeciela mu odwr'ot. Potem dobieglszy do ko'nca parowu znalazl sie nad brzegiem przepa'sci, w kt'ora spadala rzeka, i w ten spos'ob zostal zamkniety.

Po pewnym czasie mlodzi podr'oznicy znale'zli wyj'scie, ale do's'c strome, tak ze trzeba bylo zsia's'c z koni i prowadzi'c je za soba. Poniewaz, wedle zapewnie'n Murzyna, do rzeki bylo bardzo blisko, wiec ruszyli dalej piechota. Doszli na koniec na wysoki cypel ograniczony z jednej strony rzeka, z drugiej parowem i spojrzawszy w d'ol ujrzeli na dnie kotliny slonia.

Olbrzymi zwierz lezal na brzuchu i ku wielkiemu zdziwieniu Stasia nie zerwal sie na ich widok, tylko gdy Saba poczal dopada'c do brzegu wadolu i szczeka'c zajadle, poruszyl na chwile ogromnymi uszami i podni'osl trabe, ale opu'scil ja natychmiast.

Dzieci trzymajac sie za rece dlugo patrzyly na niego w milczeniu, kt'ore przerwal dopiero Kali.

On umiera'c z glodu! zawolal.

Rzeczywi'scie slo'n wychudzony byl do tego stopnia, ze jego grzbiet tworzyl wzdluz ciala jakby sterczacy grzebie'n; boki mial zapadle, pod sk'ora, mimo jej grubo'sci, rysowaly sie wyra'znie zebra i latwo bylo odgadna'c, ze nie wstaje dlatego, ze nie ma juz sil.

Waw'oz, do's'c przy uj'sciu szeroki, zmienial sie w zamknieta z obu bok'ow pionowymi skalami kotlinke, na kt'orej dnie roslo kilka drzew. Ot'oz drzewa te byly polamane, kora na nich obdarta, na galeziach ani listka. Pnacze zwieszajace sie ze skal byly r'owniez pozdzierane i objedzone, a trawa w kotlinie wyskubana do ostatniego 'zd'zbla.

Sta's, rozpatrzywszy sie dokladnie w polozeniu, jal dzieli'c sie swymi spostrzezeniami z Nel, ale pod wrazeniem nieuniknionej 'smierci olbrzymiego zwierzecia m'owil cicho, jakby sie bal, by nie zamaci'c mu ostatnich chwil zycia.

Tak, on rzeczywi'scie umiera z glodu. Siedzi tu juz pewnie ze dwa tygodnie, to jest od czasu, gdy pozar spalil stara dzungle. Zjadl wszystko, co bylo do zjedzenia, a teraz meczy sie tylko, tym bardziej ze tu na g'orze rosna chlebowce i akacje o wielkich strakach, a on je widzi i nie moze sie do nich dosta'c.

I przez chwile patrzyli zn'ow w milczeniu, a slo'n takze zwracal na nich raz w raz swe male, gasnace oczka i co's w rodzaju gulgotania wydobywalo mu sie z gardla.

Doprawdy ozwal sie chlopiec lepiej bedzie skr'oci'c mu te meke.

To rzeklszy podni'osl strzelbe do twarzy, lecz Nel chwycila go za kurtke i opierajac sie na obu n'ozkach poczela odciaga'c go z calej sily znad brzegu parowu.

Stasiu, nie r'ob tego! Stasiu, dajmy mu je's'c! on taki biedny! Ja nie chce, zeby's ty go zabijal, nie chce! nie chce!

I tupiac n'ozkami nie przestawala go ciagna'c, a on spojrzal na nia z wielkim zdumieniem, lecz widzac jej oczy pelne lez rzekl:

Alez, Nel

Nie chce! nie dam go zabi'c! Ja dostane febry, je'sli go zabijesz!

Dla Stasia do's'c bylo tej gro'zby, by sie wyrzec zab'ojczych zamiar'ow i wzgledem tego slonia, kt'orego mieli przed soba, i wzgledem wszystkich innych na 'swiecie. Przez chwile milczal jeszcze, nie wiedzac, co malej odpowiedzie'c, po czym rzekl:

No, dobrze! dobrze! M'owie ci, ze dobrze! Nel! pu's'c mnie!

A Nel u'sciskala go zaraz i przez jej zaplakane oczy przeblysnal u'smiech. Teraz chodzilo jej tylko o to, by jak najpredzej da'c sloniowi je's'c. Kali i Mea zdziwili sie bardzo, gdy dowiedzieli sie, ze bwana kubwa nie tylko go nie zabije, ale ze maja natychmiast narwa'c dla niego tyle melon'ow z drzewa chlebowego, tyle strak'ow akacji i tyle wszelkiego rodzaju zielska, li'sci i traw, ile tylko zdolaja. Obosieczny suda'nski miecz Gebhra przydal sie Kalemu do tych czynno'sci bardzo i gdyby nie on, robota nie poszlaby latwo. Nel jednak nie chciala czeka'c na jej uko'nczenie i gdy tylko pierwszy melon spadl z drzewa, porwala go w obie rece i niosac go do wawozu powtarzala predko, jakby z obawa, by jej nie chcial kto inny wyreczy'c:

Ja! ja! ja!

Lecz Sta's nie my'slal bynajmniej pozbawi'c jej tej rozkoszy, z obawy tylko, by ze zbytku zapalu nie zleciala razem z melonem, chwycil ja za pasek i zawolal:

Ciskaj!

Ogromny owoc potoczyl sie po stromej pochylo'sci i padl przy nogach slonia, 'ow za's wyciagnal w mgnieniu oka trabe, pochwycil go, potem ja zgial, jakby chcial sobie wlozy'c melon pod szyje i tyle go dzieci widzialy!

Zjadl! zawolala uszcze'sliwiona Nel.

Spodziewam sie! odpowiedzial 'smiejac sie Sta's.

A slo'n wyciagnal ku nim trabe, jakby chcial prosi'c o wiecej, i odezwal sie poteznym glosem:

Hrrumf!

Chce jeszcze!

Spodziewam sie powt'orzyl Sta's.

Drugi melon poszedl w 'slad za pierwszym i zniknal w jednej chwili tak samo, potem trzeci, czwarty, dziesiaty, nastepnie zaczely zlatywa'c straki akacji i cale wiazki traw i wielkich li'sci. Nel nie pozwolila sie nikomu zastapi'c i gdy jej male rece zmeczyly sie robota, spychala n'ozkami coraz nowe zapasy, slo'n za's jadl i podnoszac kiedy niekiedy trabe wyglaszal swoje grzmiace: hrrumf, na znak, ze chce jeszcze wiecej, i jak utrzymywala Nel na znak, ze dziekuje.

Lecz Kali i Mea zmeczyli sie na koniec robota, kt'ora spelniali bardzo gorliwie, ale tylko w tej my'sli, ze bwana kubwa pragnie naprz'od odpa's'c slonia, a potem dopiero go zabi'c. Wreszcie jednak bwana kubwa kazal im przesta'c, gdyz slo'nce znizylo sie juz mocno i czas bylo rozpocza'c budowe zeriby. Na szcze'scie nie byla to rzecz trudna, albowiem dwa boki tr'ojkatnego cypla byly zupelnie niedostepne, tak ze nalezalo tylko zagrodzi'c trzeci. Akacji z okrutnymi kolcami nie braklo takze.

Nel nie odstepowala ani na krok od wawozu i siedzac w kucki nad jego brzegiem oznajmiala z dala Stasiowi, co slo'n robi, i raz w raz rozlegal sie jej cienki glosik:

Szuka kolo siebie traba!

Albo:

Rusza uszami. Ogromne ma uszy!

A wreszcie:

Stasiu! Stasiu, wstaje! Oj!

Sta's zblizyl sie szybko i chwycil Nel za reke. Slo'n wstal rzeczywi'scie i teraz dopiero dzieci mogly przypatrzy'c sie jego ogromowi. Widzialy one poprzednio kilka razy wielkie slonie, kt'ore przez Kanal Sueski przewozono na okretach z Indii do Europy, ale zaden z nich nie m'ogl sie por'owna'c z tym kolosem, kt'ory istotnie wygladal jak wielka szyfrowej barwy skala, chodzaca na czterech nogach. R'oznil sie takze od tamtych niezmiernymi klami, kt'ore dochodzily do pieciu lub wiecej st'op dlugo'sci, i jak to zauwazyla juz Nel, bajecznymi wprost uszami. Przednie jego nogi byly bardzo wysokie, ale stosunkowo cienkie, czego przyczyna byl zapewne post wielodniowy.

Oto liliput! zawolal Sta's. Gdyby wspial sie i wyciagnal dobrze trabe, m'oglby cie zlapa'c za n'ozke.

Ale kolos nie my'slal ani sie wspina'c, ani lapa'c nikogo za n'ozke. Chwiejnym krokiem zblizyl sie do wylotu wawozu, popatrzyl przez chwile w przepa's'c, na kt'orej dnie kotlowala sie woda, potem zwr'ocil sie do 'sciany lezacej blizej wodospadu, skierowal ku niemu trabe i zanurzywszy ja, jak m'ogl najdokladniej, poczal pi'c.

Jego szcze'scie rzekl Sta's ze m'ogl dosta'c traba do wody. Inaczej bylby zdechl.

Slo'n pil tak dlugo, ze w ko'ncu niepok'oj ogarnal dziewczynke.

Stasiu, czy on sobie nie zaszkodzi? zapytala.

Nie wiem odpowiedzial 'smiejac sie ale skoro wziela's go w opieke, to go teraz przestrzez.

Wiec Nel przechylila sie nad krawedzia i nuz wola'c:

Dosy'c, kochany sloniu, dosy'c!

A kochany slo'n, jakby zrozumial, o co chodzi, przestal zaraz pi'c, a natomiast poczal tylko oblewa'c sie woda: naprz'od oblal sobie nogi, potem grzbiet, a nastepnie oba boki.

Ale tymczasem 'sciemnilo sie, wiec Sta's odprowadzil dziewczynke do zeriby, gdzie czekala juz na nich wieczerza.

Oboje byli w doskonalych humorach: Nel dlatego, ze uratowala sloniowi zycie, a Sta's dlatego, ze widzial jej blyszczace jak dwie gwiazdki oczy i rozradowana twarzyczke, kt'ora wygladala czerstwiej i zdrowiej niz kiedykolwiek od czasu wyjazdu z Chartumu. Do zadowolenia chlopca przyczynialo sie i to, ze obiecywal sobie spokojna i doskonala noc. Niedostepny z dw'och stron cypel zabezpieczal ich zupelnie od napa'sci, a z trzeciej strony Kali z Mea wznie'sli tak wysoka 'sciane z kolczastych galezi akacji i passiflory[80], ze nie moglo by'c mowy o tym, by jakiekolwiek drapiezne zwierze zdolalo sie przez taka zapore przedosta'c. Pogoda przy tym uczynila sie piekna i niebo zaraz po zachodzie slo'nca obsypalo sie gwiazdami. Chlodnawym z powodu blisko'sci wodospadu powietrzem, przesyconym zapachem dzungli i 'swiezo polamanych galezi, przyjemnie bylo oddycha'c.

Nie dostanie ta mucha febry! my'slal z rado'scia Sta's.

Nastepnie zaczeli rozmawia'c o sloniu, gdyz Nel nie byla zdolna rozmawia'c o czym innym i nie przestawala unosi'c sie nad jego wzrostem, traba i klami, kt'ore rzeczywi'scie mial olbrzymie. W ko'ncu zapytala:

Stasiu, prawda, jaki on rozumny?

Jak Salomon odpowiedzial Sta's. Ale z czego to wnosisz?

Bo jak go poprosilam, zeby wiecej nie pil, zaraz mnie usluchal.

Je'sli przedtem nie bral lekcji jezyka angielskiego, a jednak go rozumie, to istotnie cudowne.

Nel pomiarkowala, ze Sta's stroi sobie z niej zarty, wiec fuknela na niego jak kotka, po czym rzekla:

M'ow sobie, co chcesz, a ja jestem pewna, ze on jest bardzo rozumny i ze sie zaraz oswoi.

Czy zaraz, nie wiem, ale oswoi'c sie moze. Slonie afryka'nskie sa wprawdzie dziksze od azjatyckich, jednakze my'sle, ze na przyklad Hannibal poslugiwal sie afryka'nskimi.

A kto to byl Hannibal?

Sta's spojrzal na nia z wyrozumialo'scia, ale i z politowaniem.

Oczywi'scie rzekl w twoim wieku nawet takich rzeczy sie nie wie. Hannibal byl to wielki w'odz kartagi'nski, kt'ory uzywal sloni do wojny z Rzymianami, a poniewaz Kartagina lezala w Afryce, wiec musial uzywa'c afryka'nskich

Dalsza rozmowe przerwal im rozglo'sny ryk slonia, kt'ory najadlszy sie i napiwszy poczal sobie trabi'c, nie wiadomo czy z rado'sci, czy z tesknoty za zupelna wolno'scia. Saba zerwal sie i jal szczeka'c, a Sta's rzekl:

Masz tobie! Teraz zwoluje towarzysz'ow. Ladnie bedziemy wygladali, je'sli nadciagnie tu cale stado.

On powie innym, ze'smy byli dla niego dobrzy! odrzekla po'spiesznie Nel.

Lecz Sta's, kt'ory nie zaniepokoil sie naprawde, albowiem liczyl, ze gdyby nawet stado nadbieglo, to sploszy je blask ognia u'smiechnal sie przekornie i rzekl:

Dobrze, dobrze! A je'sli sie slonie pokaza, to ty nie bedziesz ze strachu plakala, o nie! tylko beda ci sie oczy pocily, jak juz bylo dwa razy.

I poczal ja przedrze'znia'c:

Ja nie placze, tylko mi sie oczy poca

Nel jednak widzac jego wesola mine domy'slila sie, ze zadne niebezpiecze'nstwo im nie grozi.

Jak go oswoimy rzekla to nie beda mi sie oczy pocily, cho'cby dziesie'c lw'ow ryczalo.

Dlaczego?

Bo on nas obroni.

Sta's uciszyl Sabe, kt'ory nie przestawal sloniowi odpowiada'c, po czym zastanowil sie nieco i tak m'owil:

Nie pomy'slala's o jednej rzeczy, Nel. Przeciez my tu na wieki nie zostaniemy, ale pojedziemy dalej. Nie m'owie, ze zaraz Owszem: miejsce jest dobre i zdrowe, postanowilem wiec tu zosta'c moze tydzie'n, moze dwa, bo i tobie, i nam wszystkim nalezy sie wypoczynek. No, dobrze! P'oki tu zostaniemy, bedziemy slonia karmili, chociaz to dla wszystkich robota ogromna. Ale on jest przeciez zamkniety i nie mozemy wzia'c go z soba. Wiec co p'o'zniej? P'ojdziemy, a on tu zostanie i zn'ow sie bedzie meczyl z glodu, p'oki nie zdechnie. Wtedy tym bardziej bedzie go nam zal

Nel zasmucila sie bardzo i czas jaki's siedziala w milczeniu, nie wiedzac widocznie, co odpowiedzie'c na te sluszne uwagi, lecz po chwili podniosla glowe i odrzuciwszy czuprynke, kt'ora jej spadla na oczy, zwr'ocila pelny ufno'sci wzrok na chlopca:

Wiem rzekla ze jak ty zechcesz, to go wyprowadzisz z wawozu.

Ja?

A ona wyciagnawszy paluszek dotknela nim reki Stasia i powt'orzyla:

Ty.

Mala, chytra kobietka rozumiala, ze jej zaufanie pochlebi chlopcu i ze od tej chwili zacznie rozmy'sla'c, jakby uwolni'c slonia.


ROZDZIA L XXIV | W pustyni i w puszczy | ROZDZIA L XXVI