home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate |

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

- advertisement



ROZDZIAL XXXVIII

Piatego dnia podr'ozy Sta's jechal razem z Nel na Kingu, trafili bowiem na szeroki pas akacji rosnacych tak gesto, ze konie mogly i's'c tylko szlakiem utorowanym przez slonia. Godzina byla wczesna, ranek promienny i rosisty. Dzieci rozmawialy o podr'ozy i o tym, ze kazdy dzie'n zbliza ich jednak do oceanu i do ojc'ow, do kt'orych oboje nie przestawali teskni'c ciagle. Byl to od chwili porwania ich z Faujmu niewyczerpany przedmiot wszystkich rozm'ow, kt'ore wzruszaly ich zawsze do lez. I powtarzali wciaz jedno w k'olko: ze tatusiowie my'sla, iz oni juz nie zyja albo ze przepadli na wieki i obaj martwia sie, i wbrew nadziei wysylaja do Chartumu Arab'ow po wie'sci, a oni oto sa juz daleko nie tylko od Chartumu, ale i od Faszody, a za pie'c dni beda jeszcze dalej a potem zn'ow jeszcze dalej, az wreszcie dotra do oceanu albo przedtem jeszcze do jakich's miejsc, skad bedzie mozna przesla'c depesze. Jedyna w calej karawanie osoba, kt'ora wiedziala, co ich jeszcze czeka, byl Sta's Nel natomiast byla najglebiej przekonana, ze nie ma takiej rzeczy na 'swiecie, kt'orej Stes nie potrafilby dokona'c, i byla zupelnie pewna, ze ja doprowadzi do brzegu. Wiec nieraz uprzedzajac wypadki wyobrazala sobie w swej malej gl'owce, co to bedzie, gdy przyjdzie pierwsza o nich wiadomo's'c i szczebiocac jak ptaszek opowiadala o tym Stasiowi. Siedza m'owila tatusiowie w Port-Saidzie i placza az tu wchodzi boy z depesza. Co to jest? M'oj albo tw'oj tatu's otwiera, patrzy na podpis i czyta: Sta's i Nel. O, to dopiero sie uciesza! to dopiero sie zerwa, zeby jecha'c naprzeciw nas! to dopiero bedzie rado's'c w calym domu i tatusiowie sie uciesza, i wszyscy sie uciesza i beda cie chwalili i przyjada i ja obejme mocno tatusia za szyje, i potem bedziemy zawsze razem i

I ko'nczylo sie na tym, ze br'odka zaczynala sie jej trza's'c, 'sliczne oczki zmienialy sie w dwie fontanny, a w ko'ncu opierala glowe na ramieniu Stasia i plakala zarazem z zalu, tesknoty i rado'sci na my'sl o przyszlym spotkaniu. A Sta's, lecac wyobra'znia w przyszlo's'c, odgadywal, ze ojciec bedzie dumny z niego ze powie mu: Spisale's sie, jak na Polaka przystalo i wzruszenie ogarnialo go ogromne, a w sercu rodzila sie tesknota, zapal i nieugieta jak stal odwaga. Musze m'owil sobie wyratowa'c Nel, musze dozy'c takiej chwili. I w'owczas jemu takze zdawalo sie ze nie ma takich niebezpiecze'nstw, kt'orych nie zdolalby zwyciezy'c, ani takich przeszk'od, kt'orych nie zdolalby skruszy'c.

Ale do ostatecznego zwyciestwa bylo jeszcze daleko. Tymczasem przedzierali sie przez gaj akacji. Dlugie kolce tych drzew czynily nawet na sk'orze Kinga bialawe rysy. Wreszcie gaj zrzednial, a poprzez galezie rozrzuconych drzew wida'c bylo dalej zielona dzungle. Sta's, mimo ze upal dawal sie juz mocno we znaki, wysunal sie z palankinu i usadowil sie na karku slonia, by obaczy'c, czy na widnokregu nie ma jakich stad antylop lub zebr, postanowil bowiem odnowi'c zapas miesa.

Jakoz po prawej stronie dojrzal stadko ariel'ow, zlozone z kilku sztuk, a w'sr'od nich dwa strusie, lecz gdy mineli ostatnia kepe drzew i slo'n zwr'ocil sie na lewo, inny widok uderzyl oczy chlopca: oto w odleglo'sci p'ol kilometra spostrzegl obszerny lan manioku, a na skraju lanu kilkana'scie czarnych postaci, zajetych widocznie robota w polu.

Murzyni! zawolal zwracajac sie do Nel.

I serce poczelo mu bi'c niespokojnie. Przez chwile zawahal sie, czy nie zawr'oci'c i nie skry'c sie na powr'ot w akacjach, lecz przyszlo mu na my'sl, ze w zaludnionym kraju trzeba bedzie jednak predzej czy p'o'zniej spotka'c sie z mieszka'ncami i wej's'c z nimi w stosunki i ze od tego, jak sie te stosunki uloza, zaleze'c moze los calej podr'ozy, wiec po kr'otkim namy'sle skierowal slonia ku polu.

W tej samej chwili zblizyl sie Kali i ukazujac reka na kepe drzew rzekl:

Panie wielki, oto tam wie's murzy'nska, a tu kobiety pracuja przy manioku. Czy mam podjecha'c ku nim?

Podjedziemy razem odpowiedzial Sta's i w'owczas powiesz im, ze przybywamy jako przyjaciele.

Wiem, panie, co im powiedzie'c zawolal z wielka pewno'scia siebie mlody Murzyn.

I zwr'ociwszy konia ku pracujacym, zlozyl dlonie kolo ust i jal krzycze'c:

Yambo, he! yambo sana!

Na ten glos zajete okopywaniem manioku kobiety zerwaly sie i stanely jak wryte, ale trwalo to tylko jedno mgnienie oka, nastepnie bowiem, porzuciwszy w poplochu motyki i kobialki, poczely z wrzaskiem ucieka'c ku owym drzewom, w'sr'od kt'orych kryla sie wie's.

Mali podr'oznicy zblizali sie wolno i spokojnie. W gestwinie rozleglo sie wycie kilkuset glos'ow, po czym zapadla cisza. Przerwal ja wreszcie gluchy, ale dono'sny huk bebna, kt'ory nie ustawal juz p'o'zniej ani na chwile.

Bylo to widocznie haslo do boju dla wojownik'ow, albowiem przeszlo trzystu ich wysunelo sie nagle z gestwiny. Wszyscy ustawili sie w dlugi szereg przed wioska. Sta's zatrzymal Kinga w odleglo'sci stu krok'ow i poczal im sie przypatrywa'c. Slo'nce o'swiecalo ich dorodne postacie, szerokie piersi i silne ramiona. Uzbrojeni byli w luki i wl'ocznie. Naok'ol bioder mieli kr'otkie sp'odniczki z wrzos'ow, a niekt'orzy ze sk'or malpich. Glowy ich zdobily pi'ora strusi, papug lub wielkie peruki zdarte z czaszek pawian'ow. Wygladali wojowniczo i gro'znie, ale stali nieruchomie w milczeniu, albowiem zdumienie ich nie mialo wprost granic i potlumilo che'c do boju. Wszystkie oczy wlepione byly w Kinga, w bialy palankin i w siedzacego na karku slonia bialego czlowieka.

A jednakze slo'n nie byl dla nich zwierzeciem nie znanym. Przeciwnie! zyli oni pod ciagla przemoca sloni kt'orych cale stada wyniszczaly nocami ich pola maniokowe oraz plantacje banan'ow i palm dum. Poniewaz wl'ocznie i strzaly nie przebijaly sk'ory sloniowej, biedni Murzyni walczyli ze szkodnikami za pomoca ognia, za pomoca krzyk'ow, na'sladowania glos'ow kogucich, kopania dol'ow i urzadzania pulapek z pni drzewnych. Ale tego, by slo'n stal sie niewolnikiem czlowieka i pozwalal sobie siedzie'c na karku, nikt z nich nigdy nie widzial i zadnemu podobna rzecz nie chciala sie w glowie pomie'sci'c. Totez widok, jaki mieli przed soba, tak dalece przechodzil wszelkie ich pojecia i wyobrazenia, ze sami nie wiedzieli, co im wypada czyni'c: walczy'c czy ucieka'c, gdzie oczy poniosa, cho'cby przyszlo pozostawi'c wszystko na wole losu.

Wiec w niepewno'sci, trwodze i zdumieniu szeptali tylko wzajem do siebie:

O matko! co to za stworzenia przychodza do nas i co nas czeka z ich reki?

A wtem Kali, podjechawszy do nich na rzut wl'oczni, stanal w strzemionach i poczal wola'c:

Ludzie, ludzie! sluchajcie glosu Kalego, syna Fumby, poteznego kr'ola Wa-him'ow znad brzeg'ow Bassa-Narok, o, sluchajcie, sluchajcie! i je'sli rozumiecie jego mowe, uwazajcie na kazde jego slowo!

Rozumiemy! zabrzmiala odpowied'z z trzystu ust.

Niechaj wystapi wasz kr'ol, niech powie imie swoje i niech otworzy uszy i wargi, aby m'ogl slysze'c lepiej!

M'Rua! M'Rua! poczely wola'c liczne glosy.

M'Rua wysunal sie przed szereg, ale nie wiecej niz trzy kroki. Byl to stary juz Murzyn, wysoki i silnie zbudowany, lecz nie grzeszacy widocznie zbytnia odwaga, gdyz lydki tak drzaly pod nim, ze musial wbi'c ostrze dzidy w ziemie i oprze'c sie na drzewcu, by utrzyma'c sie na nogach.

Za jego przykladem i inni wojownicy powbijali r'owniez dzidy w ziemie na znak, ze chca wyslucha'c spokojnie sl'ow przybysza.

A Kali podni'osl jeszcze glos:

M'Ruo i wy, ludzie MRuy! Slyszeli'scie, ze m'owi do was syn kr'ola Wa-him'ow, kt'orego krowy pokrywaja tak gesto g'ory kolo Bassa-Narok, jak mr'owki pokrywaja cialo zabitej zyrafy. A c'oz powiada Kali, syn kr'ola Wa-him'ow? Oto zwiastuje wam wielka i szcze'sliwa nowine, ze przybywa do waszej wsi dobre Mzimu!

Po czym zawolal jeszcze glo'sniej:

Tak jest. Dobre Mzimu! Ooo!

Z ciszy, jaka zapadla, mozna bylo zmiarkowa'c, jak niezmierne wrazenie sprawily slowa Kalego. Zakolysala sie fala wojownik'ow, albowiem jedni, parci ciekawo'scia, posuneli sie o pare krok'ow naprz'od, drudzy cofneli sie z trwogi. M'Rua oparl sie obu rekoma na wl'oczni i czas jaki's trwalo gluche milczenie. Dopiero po chwili szmer przebiegl szeregi i pojedyncze glosy poczely powtarza'c: Mzimu!, Mzimu!, a tu i 'owdzie ozwaly sie krzyki: Yancig, yancig!, wyrazajace zarazem cze's'c i powitanie.

Lecz glos Kalego zapanowal zn'ow nad szmerem i okrzykami:

Patrzcie i cieszcie sie! Oto dobre Mzimu siedzi tam, w tej bialej chacie na grzbiecie wielkiego slonia, a wielki slo'n slucha go, jak niewolnik slucha pana i jak dziecko slucha matki. O! ani wasi ojcowie, ani wy nie widzieli'scie nic podobnego

Nie widzieli'smy! yancig! yancig!

I oczy wszystkich wojownik'ow zwr'ocily sie na chate, czyli na palankin.

A Kali, kt'ory w czasie lekcji religii na G'orze Lindego dowiedzial sie, ze wiara porusza g'ory, i byl gleboko przekonany, ze modlitwa bialej bibi moze wszystko wyjedna'c u Boga, tak dalej i z zupelna szczero'scia opowiadal o dobrym Mzimu:

Sluchajcie! sluchajcie! Dobre Mzimu jedzie na sloniu w te strone, w kt'orej slo'nce wstaje za g'orami z wody; tam dobre Mzimu powie Wielkiemu Duchowi, by przyslal wam chmury, a te chmury beda w czasie suszy polewaly deszczem wasze proso, wasz maniok, wasze banany i trawy w dzungli, aby'scie mieli duzo do jedzenia i aby wasze krowy mialy dobra pasze i dawaly geste i tluste mleko. Czy chcecie duzo jedzenia i mleka, o, ludzie?

He! chcemy, chcemy!

I dobre Mzimu powie Wielkiemu Duchowi, by przyslal wam wiatr, kt'ory wywieje z waszej wsi te chorobe, co zmienia cialo w plaster miodu. Czy chcecie, by on ja wywial, o, ludzie?

He! niech ja wywieje!

I Wielki Duch na pro'sbe dobrego Mzimu obroni was od napa'sci i od niewoli, i od szk'od w waszych polach i od lwa, i od pantery, i od weza, i od szara'nczy

Niech tak uczyni

Wiec teraz sluchajcie jeszcze i patrzcie, kto siedzi przed chata miedzy uszyma strasznego slonia. Oto siedzi tam bwana kubwa bialy pan wielki i mocny, kt'orego boi sie slo'n

He!

Kt'ory ma w reku piorun i zabija nim zlych ludzi

He!

Kt'ory zabija lwy

He!

Kt'ory wypuszcza weze ogniste *

He!

Kt'ory lamie skaly

He!

Kt'ory jednak nie uczyni wam nic zlego, jezeli uczcicie dobre Mzimu!

Yancig! yancig!

Je'sli naznosicie mu suchej maki z banan'ow, jaj kurzych, 'swiezego mleka i miodu.

Yancig! yancig!

Wiec zblizcie sie i padnijcie na twarz przed dobrym Mzimu.

M'Rua i jego niewolnicy poruszyli sie i nie przestajac yancigowa'c ani na chwile, posuneli sie o kilkana'scie krok'ow naprz'od, ale zblizali sie ostroznie, albowiem i zabobonny lek przed Mzimu, i prosty strach przed sloniem hamowaly ich kroki. Widok Saby przerazil ich na nowo, gdyz poczytali go za wobo, to jest za wielkiego plowego lamparta, kt'ory zamieszkuje tamtejsze okolice oraz poludniowa Abisynie[93] i kt'orego miejscowi mieszka'ncy boja sie wiecej niz lwa, albowiem mieso ludzkie przeklada nad wszelkie inne i z nieslychana zuchwalo'scia napada nawet na zbrojnych mezczyzn. Uspokoili sie jednak widzac, ze maly brzuchaty Murzynek trzyma straszliwego wobo na powrozie. Ale nabrali jeszcze wiekszego wyobrazenia o potedze dobrego Mzimu jak r'owniez bialego pana i spogladajac to na slonia, to na Sabe, szeptali sobie wzajem: Jezeli oczarowali nawet wobo, to kt'oz na 'swiecie im sie oprze? Lecz najuroczystsza chwila nadeszla dopiero w'owczas, gdy Sta's zwr'ociwszy sie ku Nel sklonil sie naprz'od gleboko, a nastepnie porozsuwal urzadzone jak firanki 'sciany palankinu i ukazal oczom zgromadzonych dobre Mzimu. M'Rua i wszyscy wojownicy padli na twarz, tak ze ciala ich utworzyly dlugi zywy pomost. Nikt nie 'smial sie ruszy'c, a trwoga zapanowala we wszystkich sercach tym wieksza, gdy King, czy to na rozkaz Stasia, czy z wlasnej ochoty, podni'osl do g'ory trabe i zaryczal poteznie, a za jego przykladem ozwal sie Saba najglebszym basem, na jaki umial sie zdoby'c. W'owczas ze wszystkich piersi wyrwalo sie podobne do blagalnego jeku: Aka! aka! aka! - i trwalo dop'oty, dop'oki Kali zn'ow nie przem'owil:

O, M'Ruo i wy, dzieci M'Ruy! Oddali'scie cze's'c dobremu Mzimu, wiec wsta'ncie, patrzcie i napelnijcie nim oczy wasze, albowiem kto to uczyni, bedzie nad nim blogoslawie'nstwo Wielkiego Ducha. Wygnajcie tez strach z piersi i brzuch'ow waszych i wiedzcie, ze tam gdzie przebywa dobre Mzimu, krew ludzka nie moze by'c przelana.

Na te slowa, a zwlaszcza wskutek o'swiadczenia, ze wobec dobrego Mzimu 'smier'c nie moze nikogo spotka'c, podni'osl sie M'Rua, a za nim inni wojownicy i poczeli patrzy'c nie'smialo, ale chciwie, na dobrotliwe b'ostwo. Jakoz musieliby przyzna'c, gdyby Kali zapytal o to po raz drugi, ze ani ich ojcowie, ani oni nie widzieli nic podobnego. Oczy ich przywykly bowiem do poczwarnych, wyrobionych z drzewa i z wlochatych kokosowych orzech'ow postaci bozk'ow, a teraz stalo przed nimi na grzbiecie slonia jasne b'ostewko, lagodne, slodkie i u'smiechniete, podobne do bialego ptaka i zarazem do bialego kwiatu. Totez strach ich przeszedl; piersi odetchnely swobodniej, grube wargi poczely sie u'smiecha'c, a rece mimo woli wyciaga'c sie do cudownego zjawiska.

O, yancig! yancig! yancig!

Wszelako Sta's, kt'ory zwracal na wszystko jak najbaczniejsza uwage, spostrzegl, ze jeden Murzyn, przybrany w spiczasta czapke ze sk'ory szczur'ow, wysunal sie zaraz po ostatnich slowach Kalego z szeregu i pelznac jak waz w trawie, skierowal sie ku osobnej chacie stojacej na uboczu poza ogrodzeniem, ale otoczonej takze wysokim czestokolem powiazanym pnaczami.

Tymczasem dobre Mzimu, lubo wielce zaklopotane rola b'ostwa, wyciagnelo z polecenia Stasia swa mala raczke i poczelo wita'c Murzyn'ow. Czarni wojownicy 'sledzili z rado'scia oczyma kazdy ruch tej malej reki wierzac gleboko, ze sa w tym potezne czary kt'ore uchronia ich i zabezpiecza od mn'ostwa klesk. Niekt'orzy uderzajac sie w piersi i biodra m'owili tez: O matko! teraz dopiero bedziemy sie mieli dobrze my i krowy nasze! M'Rua, o'smielony juz zupelnie, zblizyl sie do slonia, uderzyl raz jeszcze czolem dobremu Mzimu, a potem skloniwszy sie Stasiowi odezwal sie w nastepujacy spos'ob:

Czy wielki pan, kt'ory prowadzi na sloniu biale b'ostwo, zechce zje's'c kawalek M'Ruy i czy zgodzi sie na to, aby M'Rua zjadl kawalek jego i aby sie stali bra'cmi, miedzy kt'orymi nie masz klamstwa i zdrady?

Kali przetlumaczyl natychmiast te slowa, lecz widzac z twarzy Stasia, ze nie ma najmniejszej ochoty na kawalek M'Ruy, zwr'ocil sie do starego Murzyna i rzekl:

O, M'Ruo! czy my'slisz naprawde, ze bialy pan, tak potezny, kt'orego boi sie slo'n, kt'ory ma w reku piorun, kt'ory zabija lwy, kt'oremu kiwa ogonem wobo, kt'ory wypuszcza weze ogniste i lamie skaly, moze zawiera'c braterstwo krwi z byle kr'olem? Pomy'sl, o M'Ruo, zali Wielki Duch nie ukaralby cie za zuchwalstwo i zali nie dosy'c bedzie dla ciebie chwaly, je'sli zjesz kawalek Kalego, syna Fumby, wladcy Wa-him'ow, i je'sli Kali, syn Fumby, zje kawalek ciebie?

Nie jestze's niewolnikiem? zapytal M'Rua.

Pan wielki nie porwal Kalego ani go kupil, tylko ocalil mu zycie, przeto Kali prowadzi dobre Mzimu i pana do krainy Wa-him'ow, aby Wa-himowie i Fum-ba oddali im cze's'c i zlozyli dary wielkie.

Niech wiec bedzie, jak m'owisz, i niech M'Rua zje kawalek Kalego, a Kali kawalek M'Ruy.

Niech tak bedzie! powt'orzyli wojownicy.

Gdzie jest czarownik? zapytal kr'ol.

Gdzie czarownik? gdzie czarownik? gdzie Kamba? poczely wola'c liczne glosy.

A wtem zaszlo co's takiego, co moglo zmieni'c calkowicie polozenie rzeczy, zamaci'c przyjazne stosunki i uczyni'c Murzyn'ow wrogami 'swiezo przybylych go'sci. Oto w stojacej na uboczu i otoczonej osobnym czestokolem chacie rozlegl sie nagle piekielny halas. Byl to jakby ryk lwa, jakby grzmot, jakby huk bebna, jakby 'smiech hieny, wycie wilka i jakby skrzypienie przera'zliwe zardzewialych zelaznych zawias. King poslyszawszy te okropne glosy poczal rycze'c, Saba szczeka'c, osiol, na kt'orym siedzial Nasibu, rze'c. Wojownicy skoczyli jak oparzeni i powyrywali dzidy z ziemi. Uczynilo sie zamieszanie. O uszy Stasia odbily sie niespokojne okrzyki: Nasze Mzimu! Nasze Mzimu! Cze's'c i zyczliwo's'c, z jaka spogladano na przybysz'ow, znikly w jednej chwili. Oczy dzikich poczely rzuca'c podejrzliwe i nieprzyjazne spojrzenia. Gro'zne szmery jely podnosi'c sie w'sr'od tlumu, a straszliwy halas w samotnej chacie wzmagal sie coraz bardziej.

Kali przerazil sie i przysunawszy sie szybko do Stasia poczal m'owi'c przerywanym ze wzruszenia glosem:

Panie, to czarownik zbudzil zle Mzimu, kt'ore boi sie, ze je omina ofiary, i ryczy ze zlo'sci. Uspok'oj, panie, czarownika i zle Mzimu wielkimi darami, albowiem inaczej ci ludzie zwr'oca sie przeciw nam.

Uspokoi'c ich? zapytal Sta's.

I nagle ogarnal go gniew na przewrotno's'c i chciwo's'c czarownika, a niespodziane niebezpiecze'nstwo wzburzylo go do dna duszy. Smagla twarz jego zmienila sie zupelnie tak samo jak w'owczas, gdy zastrzelil Gebhra, Chamisa i dw'och Beduin'ow. Oczy blysnely mu zlowrogo, zacisnely sie wargi i pie'sci, a policzki pobladly.

Ach, ja ich uspokoje! rzekl.

I bez namyslu pognal slonia ku chacie.

Kali nie chcac pozosta'c sam w'sr'od Murzyn'ow ruszyl za nim. Z piersi dzikich wojownik'ow wydarl sie okrzyk nie wiadomo: czy trwogi, czy w'scieklo'sci lecz zanim sie opamietali, trzasnal i runal pod naciskiem glowy slonia czestok'ol, potem rozsypaly sie gliniane 'sciany chaty i dach wylecial w'sr'od kurzawy w powietrze, a jeszcze po chwili M'Rua i jego ludzie ujrzeli czarna trabe wzniesiona do g'ory, na ko'ncu za's traby czarownika Kambe.

A Sta's spostrzeglszy na podlodze wielki beben, uczyniony z pnia wypr'ochnialego drzewa i obciagniety malpia sk'ora, kazal go sobie poda'c Kalemu i zawr'ociwszy stanal wprost zdumionych wojownik'ow.

Ludzie rzekl dono'snym glosem to nie wasze Mzimu ryczy, to ten lotr huczy na bebnie, by wyludza'c od was dary, a wy boicie sie jak dzieci!

To rzeklszy chwycil za sznur przewleczony przez wyschnieta sk'ore w bebnie i poczal nim z calej sily kreci'c w kolo. Te same glosy, kt'ore poprzednio tak przerazily Murzyn'ow, rozlegly sie i teraz, a nawet jeszcze przera'zliwiej, gdyz nie tlumily ich 'sciany chaty.

O, jakze glupi jest M'Rua i jego dzieci! zakrzyknal Kali.

Sta's oddal mu beben, Kali za's poczal halasowa'c na nim z takim zapalem, ze przez chwile nie mozna bylo doslysze'c ani slowa. Az nareszcie mial dosy'c, cisnal beben pod nogi M'Ruy.

Oto jest wasze Mzimu! zawolal z wielkim 'smiechem.

Po czym jal ze zwykla Murzynom obfito'scia sl'ow przemawia'c do wojownik'ow nie zalujac przy tym wcale drwin i z nich, i z M'Ruy. O'swiadczyl im wskazujac na Kambe, ze 'ow zlodziej w czapce ze szczur'ow oszukiwal ich przez wiele p'or dzdzystych i suchych, a oni pa'sli go fasola, ko'zletami i miodem. Jestze drugi glupszy kr'ol i nar'od na 'swiecie? Wierzyli w moc starego oszusta i w jego czary, wiec niech patrza teraz, jak ten wielki czarownik wisi na trabie slonia i krzyczy: Aka!, by wzbudzi'c lito's'c bialego pana. Gdziez jego moc? gdziez jego czary? czemu zadne zle Mzimu nie ryknie teraz w jego obronie? Ach! c'oz to jest to ich Mzimu? plachta malpiej sk'ory i kawal spr'ochnialego pnia, kt'ory rozdepce slo'n! U Wa-him'ow ani kobiety, ani dzieci nie balyby sie takiego Mzimu, a boi sie go M'Rua i jego ludzie. Jedno jest tylko prawdziwe Mzimu i jeden prawdziwie wielki i mocny pan niech wiec oddadza im cze's'c i niech naznosza jak najwiecej dar'ow, inaczej bowiem posypia sie na nich kleski, o jakich nie slyszeli dotychczas.

Dla Murzyn'ow nie potrzeba bylo nawet tych sl'ow, gdyz juz to, ze czarownik razem ze swym zlym Mzimu okazal sie tak nieslychanie slabszym od nowego, bialego b'ostwa i od bialego pana wystarczylo im najzupelniej, by go opu'sci'c i okry'c pogarda. Poczeli wiec na nowo yancigowa'c, a nawet z wieksza jeszcze pokora i skwapliwo'scia. Ale poniewaz 'zli byli na siebie, ze przez tyle lat pozwolili sie Kambie oszukiwa'c, wiec chcieli koniecznie go zabi'c. Sam MRua prosil Stasia, by pozwolil go zwiaza'c i zachowa'c dop'oty, dop'oki nie obmy'sla mu do's'c okrutnej 'smierci. Nel jednak postanowila darowa'c mu zycie, a poniewaz Kali zapowiedzial, ze tam gdzie przebywa dobre Mzimu, krew ludzka nie moze by'c przelana, przeto Sta's pozwolil tylko na wypedzenie ze wsi nieszcze'sliwego czarownika.

Kamba, kt'ory sie spodziewal, ze umrze w najwymy'slniejszych meczarniach, padl na twarz przed dobrym Mzimu i szlochajac dziekowal mu za ocalenie. I odtad nic juz nie zamacilo uroczysto'sci. Zza czestokolu wysypaly sie kobiety i dzieci, albowiem wie's'c o przybyciu nadzwyczajnych go'sci rozeszla sie po calej wsi i che'c widzenia bialego Mzimu przemogla strach. Sta's i Nel widzieli po raz pierwszy osade prawdziwych dzikich, do kt'orych nie dotarli nawet Arabowie. Ubranie tych Murzyn'ow skladalo sie tylko z wrzos'ow lub ze sk'or pozawiazywanych naok'ol bioder; wszyscy byli tatuowani. Zar'owno mezczy'zni, jak kobiety mieli przedziurawione uszy i w tych otworach kawalki drzewa lub ko'sci tak duze, ze porozciagane klapki uszu siegaly ramion. W dolnej wardze nosili pelele, to jest drewniane lub ko'sciane krazki, wielkie jak spodki od filizanek. Znakomitsi wojownicy i ich zony mieli na szyjach kolnierze z zelaznego lub mosieznego drutu tak wysokie i sztywne, ze zaledwie mogli poruszy'c glowami.

Nalezeli tez widocznie do szczepu Szylluk'ow, kt'ory ciagnie sie daleko na wsch'od, albowiem Kali i Mea rozumieli wybornie ich mowe, a Sta's w polowie. Nie posiadali jednak n'og tak dlugich jak pobratymcy ich mieszkajacy nad rozlewiskami Nilu, byli szersi w ramionach, mniej wysocy i w og'ole mniej podobni do ptak'ow brodzacych. Dzieci wygladaly jak pchelki i nie zeszpecone jeszcze przez pelele, byly bez por'ownania od starych ladniejsze.

Kobiety, napatrzywszy sie naprz'od z dala dobremu Mzimu, poczely na wy'scigi z wojownikami znosi'c mu dary skladajace sie z ko'zlat, kur, jaj, czarnej fasoli i piwa warzonego z prosa. Trwalo to dop'oty, dop'oki Sta's nie powstrzymal tego naplywu zapas'ow, a poniewaz zaplacil za nie hojnie paciorkami i kolorowym perkalem, a Nel rozdala dzieciom kilkana'scie lusterek odziedziczonych po Lindem, przeto rado's'c niezmierna zapanowala w calej wsi, i naok'ol namiotu, do kt'orego schronili sie mali podr'oznicy, rozlegaly sie wciaz wesole i pelne zachwytu okrzyki. Potem wojownicy odbyli na cze's'c go'sci taniec wojenny i stoczyli udana bitwe, a w ko'ncu przystapiono do zawarcia braterstwa krwi miedzy Kalim a M'Rua.

Poniewaz nie bylo Kamby, kt'ory do tej ceremonii byl koniecznie potrzebny, wiec zastapil go stary Murzyn znajacy dostatecznie zaklecia. 'Ow zabiwszy ko'zle wyjal z niego watrobe i podzielil ja na kilka sporych kask'ow, po czym jal obraca'c reka i noga rodzaj kolowrotka i spogladajac to na Kalego, to na M'Rue, ozwal sie uroczystym glosem:

Kali, synu Fumby, czy chcesz zje's'c kawalek M'Ruy, syna M'Kuli i ty MRuo, synu M'Kuli, czy chcesz zje's'c kawalek Kalego, syna Fumby?

Chcemy ozwali sie przyszli bracia.

Czy chcecie, aby serce Kalego bylo sercem MRuy, a serce MRuy sercem Kalego?

Chcemy.

I rece, i wl'ocznie, i krowy?

I krowy!

I wszystko, co kazdy ma lub bedzie mial?

Co ma i co bedzie mial!

I aby nie bylo miedzy wami klamstwa ani zdrady, ani nienawi'sci?

Ani nienawi'sci!

I aby jeden nigdy drugiego nie okradl?

Nigdy!

I aby'scie byli bra'cmi?

Tak!

Kolowrotek obracal sie coraz predzej. Zgromadzeni naok'ol wojownicy 'sledzili z coraz wiekszym zajeciem jego ruchy.

Ao! zawolal stary Murzyn lecz gdyby jeden z was oklamal drugiego, gdyby go zdradzil, gdyby go okradl, gdyby go otrul, gdyby go zabil, niech bedzie przeklety.

Niech bedzie przeklety! powt'orzyli wszyscy wojownicy.

A je'sli jest klamca i knuje zdrade, niech nie przelknie krwi swego brata i niech ja zrzuci w naszych oczach!

Och, w naszych oczach!

I niech umrze!

Niech umrze!

Niech go rozedrze wobo!

Wobo!

Albo lew!

Albo lew!

Niech go stratuje slo'n i nosorozec, i baw'ol!

O! i baw'ol powt'orzyl ch'or.

I niech go ukasi waz!

Waz.

A jezyk jego niechaj stanie sie czarny!

Czarny.

A oczy niech mu uciekna w tyl glowy!

W tyl glowy.

I niech chodzi pietami do g'ory!

Ha! pietami do g'ory.

Nie tylko Sta's, ale i Kali gry'zli wargi, by nie wybuchna'c 'smiechem, a tymczasem zaklecia powtarzaly sie coraz straszniejsze, kolowrotek obracal sie tak szybko, ze oczy nie mogly za jego obrotami nadazy'c. Trwalo to dop'oty, dop'oki stary Murzyn nie stracil zupelnie sil i oddechu.

W'owczas siadl na ziemi i przez jaki's czas kiwal glowa na obie strony w milczeniu. Po chwili jednak podni'osl sie i wziawszy n'oz nacial nim sk'ore na ramieniu Kalego, i umazawszy jego krwia kawalek watroby ko'zlecej wsunal go w usta M'Ruy, drugi za's kawalek umazany we krwi kr'ola, w usta Kalego. Obaj polkneli je tak szybko, ze az zagraly im krtanie, a oczy wyszly na wierzch, po czym chwycili sie za rece na znak wiernej i wieczystej przyja'zni.

Wojownicy za's poczeli wola'c z rado'scia:

Obaj przelkneli, zaden nie zrzucil, a wiec sa szczerzy i nie masz zdrady miedzy nimi!

A Sta's dziekowal w duchu Kalemu, ze go w tej ceremonii zastapil, albowiem czul, ze przy polykaniu kawalka M'Ruy bylby niezawodnie zlozyl dow'od nieszczero'sci i zdrady.

Od tej chwili jednak nie grozilo rzeczywi'scie malym podr'oznikom ze strony dzikich zadne podej'scie ani zaden niespodziany napad, a natomiast otoczyla ich jak najwieksza go'scinno's'c i cze's'c niemal boska. Cze's'c ta wzrosla jeszcze, gdy Sta's spostrzeglszy wielki spadek odziedziczonego po Lindem barometru przepowiedzial deszcz i gdy deszcz spadl tegoz samego jeszcze dnia do's'c obficie, tak jakby massika, kt'ora juz dawno przeszla, chciala wytrzasna'c ostatki swych zapas'ow na ziemie. Murzyni byli przekonani, ze darowalo im te ulewe dobre Mzimu, i wdzieczno's'c ich dla Nel nie miala granic. Sta's zartowal sobie z niej, ze poniewaz zostala bozkiem murzy'nskim, przeto w dalsza droge pu'sci sie tylko sam, a ja zostawi we wsi M'Ruy, gdzie Murzyni wybuduja dla niej kapliczke z kl'ow sloniowych i beda jej znosili fasole i banany.

Ale Nel tak byla go pewna, ze wspiawszy sie na paluszki szepnela mu, wedle swego zwyczaju, do ucha dwa tylko wyrazy: Nie zostawisz! po czym jela podskakiwa'c z rado'sci, m'owiac, ze skoro Murzyni sa tak dobrzy, to cala podr'oz az do oceanu p'ojdzie latwo i predko. Dzialo sie to przed namiotem i wobec tlum'ow, wiec stary M'Rua widzac podskakujace Mzimu zaczal natychmiast takze podskakiwa'c, jak m'ogl najwyzej, na swoich krzywych nogach, w przekonaniu, ze daje przez to dow'od pobozno'sci. Siadem jego pu'scili sie w hopki ministrowie, za nimi wojownicy, za nimi kobiety i dzieci, slowem, cala wie's skakala przez jaki's czas, tak jakby wszyscy dostali pomieszania zmysl'ow.

Stasia ubawil tak ten przyklad dany przez b'ostwo, ze pokladal sie ze 'smiechu. Jednakze w nocy oddal rzeczywista i trwala przysluge poboznemu kr'olowi i jego poddanym, albowiem gdy slonie napadly na pola bananowe, pojechal ku nim na Kingu i pu'scil miedzy stado kilka rac. Poploch, jaki wzniecily weze ogniste, przeszedl nawet jego oczekiwania. Olbrzymie zwierzeta ogarniete szalem trwogi napelnily cala dzungle rykiem i tetentem, a uciekajac na o'slep, przewracaly sie i tratowaly wzajem. Potezny King 'scigal uciekajacych towarzysz'ow z nadzwyczajna ochota, nie szczedzac im uderze'n traba i klami. Po takiej nocy mozna bylo by'c pewnym, ze przez dlugi czas zaden slo'n nie pojawi sie w plantacjach banan'ow i palm dum, nalezacych do wsi starego M'Ruy.

We wsi panowala tez rado's'c wielka i Murzyni spedzili cala noc na ta'ncach, na popijaniu piwa z prosa i palmowego wina. Kali dowiedzial sie jednak od nich wielu waznych rzeczy, pokazalo sie bowiem ze niekt'orzy slyszeli o jakiej's wielkiej wodzie lezacej na wsch'od i otoczonej g'orami. Dla Stasia byl to dow'od, ze owo jezioro, o kt'orym nie uczyl sie w geografii istnieje rzeczywi'scie, a po wt'ore, ze idac w kierunku jaki obrali, trafia wreszcie na nar'od Wa-him'ow. Wnoszac z tego, ze mowa Mei i Kalego prawie nie r'oznila sie od mowy M'Ruy, doszedl do przekonania, ze nazwa Wa-hima jest prawdopodobnie jakim's mianem miejscowym i ze ludy mieszkajace nad brzegami Bassa-Narok naleza do wielkiego szczepu Szylluk'ow, kt'ory poczyna sie nad Nilem, a rozciaga sie nie wiadomo jak daleko na wsch'od[94].


ROZDZIA L XXXVII | W pustyni i w puszczy | ROZDZIA L XXXIX