home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate |

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

- advertisement



ROZDZIAL XLIV

Po dziesieciu dniach drogi karawana przeszla wreszcie przelecze g'orskie i weszla w kraj odmienny. Byla to obszerna r'ownina, gdzieniegdzie tylko powyginana w niewielkie wzg'orza, ale przewaznie plaska. Ro'slinno's'c zmienila sie zupelnie. Nie bylo wielkich drzew wznoszacych sie pojedynczo lub po kilka nad falujaca powierzchnia wysokich traw. Gdzieniegdzie tylko sterczaly w znacznym od siebie oddaleniu akacje wydajace gume, o pniach barwy koralowej lub parasolowate, ale o uli'scieniu rzadkim i dajacym malo cienia. Miedzy kopcami termit'ow strzelala tu i 'owdzie w g'ore euforbia, z galeziami podobnymi do ramion 'swiecznika. Pod niebem unosily sie sepy, a nizej przelatywaly z akacji na akacje ptaki z rodzaju kruk'ow, upierzone czarno i bialo. Trawy byly z'olte i w klosach, jak dojrzale zyto. A jednakze ta sucha dzungla dostarczala widocznie obficie zywno'sci dla wielkiej ilo'sci zwierzat, albowiem kilka razy na dzie'n podr'oznicy spotykali znaczne stada antylop gnu, bubal'ow i szczeg'olnie zebr. Upaly na otwartej i bezdrzewnej plaszczy'znie uczynily sie niezno'sne. Niebo bylo bez chmur, dni znojne, a noce niewiele przynosily wypoczynku.

Podr'oz stawala sie z kazdym dniem uciazliwsza. W wioskach, na kt'ore natrafiala karawana, dzika niezmiernie ludno's'c przyjmowala ja ze strachem, ale przewaznie niechetnie, i gdyby nie znaczna ilo's'c zbrojnych pagazich, a r'owniez gdyby nie widok bialych twarzy, Kinga i Saby, podr'oznikom groziloby wielkie niebezpiecze'nstwo.

Sta's zdolal za pomoca Kalego dowiedzie'c sie, ze dalej wcale nie ma wiosek i ze kraj jest bezwodny. Trudno temu bylo uwierzy'c, bo liczne stada, kt'ore spotykano, musialy gdzie's pi'c. Jednakze opowiadania o pustyni, w kt'orej nie ma ani rzek, ani kaluzy, przestraszyly Murzyn'ow i rozpoczelo sie zbiegostwo. Pierwsi dali przyklad M'Kunje i M'Pua. Na szcze'scie wcze'snie dostrzezono ucieczke i konny po'scig schwytal ich jeszcze niedaleko obozu, a gdy ich przyprowadzono, Kali przedstawil im za pomoca bambusa cala niewla'sciwo's'c ich postepku. Sta's zebrawszy wszystkich pagazich mial do nich przemowe, kt'ora mlody Murzyn tlumaczyl na jezyk miejscowy. Korzystajac z tego, ze na poprzednim postoju lwy ryczaly cala noc naok'ol obozu, Sta's staral sie przekona'c swych ludzi, ze kto ucieknie, ten niechybnie stanie sie ich lupem, a gdyby nawet nocowal na akacjach, to znajdzie tam straszliwsze jeszcze wobo. M'owil nastepnie, ze gdzie zyja antylopy, tam musi by'c i woda, je'sli za's w dalszej drodze trafia na okolice wody pozbawione, to mozna przecie nabra'c jej na dwa i trzy dni w worki uszyte ze sk'or antylop. Murzyni sluchajac jego sl'ow powtarzali co chwila jedni drugim: O matko, jakaz to prawda!, ale nastepnej nocy zbieglo pieciu Sambur'ow i dw'och Wa-him'ow, a potem co noc kto's ubywal.

MKunje i M'Pua nie pr'obowali jednak szcze'scia po raz drugi z tej prostej przyczyny, ze Kali codziennie po zachodzie slo'nca kazal ich wiaza'c.

Jednakze kraj stawal sie coraz bardziej suchy, a slo'nce wypalalo niemilosiernie dzungle. Nie bylo wida'c nawet akacyj. Stada antylop pojawialy sie ciagle, lecz mniej liczne. Osiol i konie znajdowaly jeszcze do's'c pozywienia, gdyz pod wysoka wyschla trawa ukrywala sie w wielu miejscach nizsza, bardziej zielona i mniej zeschnieta. Ale King, lubo nie przebieral schudl. Gdy trafil na akacje, lamal ja glowa i objadal starannie li'scie i straki nawet zeszloroczne. Karawana trafiala wprawdzie dotychczas codziennie na wode, ale czesto na zla, kt'ora trzeba bylo filtrowa'c, lub na slona, niezdatna wcale do picia. Nastepnie zdarzalo sie kilkakrotnie, ze wyslani naprz'od przez Stasia ludzie wracali pod wodza Kalego nie znalazlszy ani kaluzy, ani strumienia ukrytego w rozpadlinie ziemnej, i Kali ze strapiona mina o'swiadczal: Madi apana (nie ma wody).

Sta's zrozumial, ze ta ostatnia wielka podr'oz wcale nie bedzie latwiejsza od poprzednich, i poczal sie niepokoi'c o Nel, gdyz i w niej zaszly zmiany. Twarzyczka jej, zamiast opala'c sie na slo'ncu i wietrze, czynila sie z kazdym dniem bledsza, a oczy tracily zwykly blask. Na suchej r'owninie, wolnej od komar'ow, nie grozila wprawdzie febra, ale widoczne bylo, ze straszliwe upaly wyniszczaja sily dziewczynki. Chlopiec z politowaniem i z obawa patrzal teraz na jej male raczki, kt'ore staly sie tak biale jak papier, i gorzko wyrzucal sobie, ze straciwszy zbyt wiele czasu na przygotowania i na 'cwiczenia Murzyn'ow w strzelaniu, narazil ja na podr'oz w porze roku tak znojnej.

W'sr'od tych obaw uplywal dzie'n za dniem. Slo'nce wypijalo wilgo'c i zycie z ziemi coraz chciwiej i niemilosierniej. Trawy pokurczyly sie i zeschly do tego stopnia, ze kruszyly sie pod nogami antylop i ze przebiegajace stada, lubo nieliczne, wznosily tumany kurzawy. Jednakze podr'oznicy trafili raz jeszcze na rzeczke, kt'ora rozpoznali z dali po dlugich szeregach drzew rosnacych nad jej brzegami. Murzyni popedzili ku drzewom na wy'scigi i dopadlszy do brzegu polozyli sie na nim mostem, zanurzajac glowy i pijac tak chciwie, ze przestali dopiero w'owczas, gdy krokodyl chwycil jednego z nich za reke. Inni rzucili sie na ratunek towarzysza i w jednej chwili wyciagneli z wody wstretnego jaszczura, kt'ory jednak nie chcial pu'sci'c reki czlowieka, cho'c otwierano mu paszcze za pomoca dzid i noz'ow. Sprawe sko'nczyl dopiero King, kt'ory postawiwszy na nim noge rozgni'otl go tak latwo, jak gdyby to byl zmurszaly grzyb.

Gdy ludzie ugasili wreszcie pragnienie, Sta's rozkazal uczyni'c na plytkiej wodzie okragla zagrode z wysokich bambus'ow z jednym tylko wej'sciem od brzegu, aby Nel mogla z zupelnym bezpiecze'nstwem sie wykapa'c. A i to jeszcze postawil u wej'scia Kinga. Kapiel od'swiezyla ogromnie dziewczynke, a wypoczynek wr'ocil jej nieco sil.

Ku wielkiej rado'sci calej karawany i Nel bwana kubwa postanowil zosta'c przez dwa dni przy tej wodzie. Na wie's'c o tym ludzie wpadli w doskonaly humor i natychmiast zapomnieli o przebytych trudach. Po przespaniu sie i posilku niekt'orzy Murzyni poczeli wl'oczy'c sie pomiedzy drzewami nad rzeka upatrujac palm rodzacych dzikie daktyle[110] i tak zwanych lez Hioba[111], z kt'orych robia sie naszyjniki. Kilku z nich wr'ocilo do obozu przed zachodem slo'nca niosac jakie's kwadratowe biale przedmioty, w kt'orych Sta's rozpoznal swoje wlasne latawce.

Jeden z tych latawc'ow nosil numer 7, co bylo dowodem, ze zostal puszczony jeszcze z G'ory Lindego, gdyz dzieci pu'scily ich z tamtego miejsca kilkadziesiat. Stasia nadzwyczaj ucieszyl ten widok i dodal mu otuchy.

Nie spodziewalem sie m'owil do Nel by latawce mogly przelecie'c taka odleglo's'c. Bylem pewny, ze zostana na szczytach Karamojo, i puszczalem je tylko na wszelki przypadek. Ale teraz widze, ze wiatr moze je ponie's'c, dokad chce, i mam nadzieje, ze te, kt'ore wyslali'smy z g'or otaczajacych Basaa-Narok i teraz z drogi, zaleca az do oceanu.

Zaleca z pewno'scia odpowiedziala Nel.

Daj to Boze! potwierdzil chlopiec my'slac o niebezpiecze'nstwach i trudach dalszej podr'ozy.

Karawana ruszyla znad rzeczulki trzeciego dnia, zabrawszy do work'ow sk'orzanych wielkie zapasy wody. Zanim uczynil sie wiecz'or, weszli zn'ow w okolice spalona przez slo'nce, w kt'orej nie rosly nawet akacje, a ziemia w niekt'orych miejscach tak byla lysa jak klepisko. Niekiedy tylko spotykali passiflory o pniach wglebionych w ziemie, podobnych do potwornych dy'n[112], majacych do dw'och lokci 'srednicy. Z tych olbrzymich kul wyrastaly cienkie jak sznurki liany, kt'ore pelznac po ziemi pokrywaly ogromne przestrzenie, tworzac tak nieprzebyta gestwine, ze nawet myszom trudno by sie bylo przez nia przedosta'c. Ale pomimo pieknej zielonej barwy tych ro'slin, przypominajacych europejski ostrokrzew, tyle w nich bylo kolc'ow, ze ani King, ani konie nie mogly w nich znale'z'c pozywienia. Szczypal je tylko osiol, ale i ten ostroznie.

Lecz czasem w ciagu kilku mil angielskich nie widzieli nic pr'ocz szorstkiej, kr'otkiej trawy i niskich, podobnych do nie'smiertelnik'ow ro'slin, kt'ore kruszyly sie za dotknieciem. Po pierwszym noclegu przez caly nastepny dzie'n z nieba lecial zywy ogie'n. Powietrze drgalo jak na Pustyni Libijskiej. Na niebie nie bylo ani chmurki. Ziemia byla tak zalana 'swiatlem, ze wszystko wydawalo sie biale, i zaden glos, nawet brzeczenie owad'ow, nie przerywalo tej 'smiertelnej, przesyconej zlowrogim blaskiem ciszy.

Ludzie oblewali sie potem. Chwilami skladali w jedna wielka kupe pakunki z suszonym miesem i tarcze, by znale'z'c pod nimi troche cienia. Sta's dal polecenie, by oszczedzano wody, ale Murzyni sa tak jak dzieci, kt'ore nie my'sla o jutrze. W ko'ncu trzeba bylo otoczy'c straza tych, kt'orzy nie'sli zapasowe worki, i wydziela'c wode kazdemu pojedynczo. Kali zajmowal sie tym bardzo sumiennie, ale zabieralo to ogromnie wiele czasu i op'o'znialo poch'od, a zatem i znalezienie jakiego's nowego wodopoju. Samburowie narzekali przy tym, ze wiecej napoju dostaje sie Wa-himom, a Wa-himowie, ze Samburom. Ci ostatni poczeli grozi'c, ze wr'oca, ale Sta's zapowiedzial im, ze Faru kaze im poucina'c glowy, sam za's polecil wystapi'c swym strzelcom zbrojnym w remingtony i rozkazal nie puszcza'c nikogo.

Drugi nocleg wypadl na golej r'owninie. Nie budowano bomy, czyli jak w Sudanie m'owia, zeriby, bo nie bylo z czego. Straz obozowa stanowili King i Saba. Byla ona dostateczna, ale King, kt'ory dostal dziesie'c razy mniej wody, niz jej potrzebowal, trabil o nia az do wschodu slo'nca, a Saba wywiesiwszy jezyk zwracal oczy na Stasia i Nel z niema pro'sba cho'cby o jedna krople. Dziewczynka chciala, by Sta's udzielil mu troche napoju z gumowej, odziedziczonej po Lindem flaszki, kt'ora nosil przez ramie na sznurku, ale on chowal te ostatki dla malej na czarna godzine, wiec odm'owil.

Czwartego dnia pod wiecz'or pozostalo juz tylko pie'c niewielkich work'ow z woda, czyli ze na kazdego z ludzi wypadalo niespelna po p'ol kieliszka. Poniewaz jednak noce bywaja, bad'z co bad'z, chlodniejsze od dni i pragnienie mniej w'owczas dokucza niz pod palacymi promieniami slo'nca, i poniewaz ludzie dostali jeszcze rano po niewielkiej ilo'sci wody, przeto Sta's kazal zachowa'c owe worki na dzie'n jutrzejszy. Murzyni szemrali przeciw temu rozporzadzeniu, ale strach przed Stasiem byl jeszcze zbyt wielki, wiec nie 'smieli rzuci'c sie na ten ostatni zapas, zwlaszcza ze stanelo przy nich na strazy dw'och ludzi zbrojnych w remingtony, kt'orzy mieli sie zmienia'c co godzine.

Wa-himowie i Samburu oszukiwali pragnienie wyrywajac 'zd'zbla nedznych traw i zujac ich korzonki, jednakze nie bylo w nich prawie nic wilgoci, gdyz nieublagane slo'nce wypilo ja nawet z glebi ziemi[113].

Sen, lubo nie gasil pragnienia, pozwalal przynajmniej o nim zapomnie'c, wiec gdy nastala noc, znuzeni i wyczerpani calodziennym pochodem ludzie popadali jak niezywi, gdzie kt'ory stal, i zasneli gleboko. Sta's zasnal takze, ale w duszy za duzo mial trosk i niepokoju, by m'ogl spa'c spokojnie i dlugo. Po kilku godzinach rozbudzil sie, i poczal rozmy'sla'c o tym, co dalej bedzie i skad wzia'c wody dla Nel i dla calej karawany, razem z lud'zmi i zwierzetami? Polozenie bylo ciezkie, a nawet moze i straszne, ale zaradny chlopak nie poddawal sie jeszcze rozpaczy. Poczal sobie przypomina'c wszelkie wypadki poczawszy od porwania ich z Fajumu az do tej chwili: wiec pierwsza olbrzymia podr'oz przez Sahare, huragan w pustyni, pr'oby ucieczki, Chartum, Mahdiego, Faszode, wyrwanie sie z rak Gebhra, nastepnie dalsza droge po 'smierci Lindego az do jeziora Bassa-Narok i do tego miejsca, w kt'orym wypadl im nocleg obecnie. Tyle'smy przeszli, tyle'smy przecierpieli m'owil sobie tak czesto zdawalo mi sie, ze juz wszystko przepadlo i ze nie znajde zadnej rady, a jednak B'og mi dopom'ogl i rade zawsze znalazlem. Przecie niepodobna, by'smy po przebyciu takiej drogi i tylu strasznych niebezpiecze'nstw mieli zgina'c w tej ostatniej podr'ozy. Teraz jest jeszcze troche wody, a ta okolica to przecie nie Sahara, bo gdyby tak bylo, to ludzie by o niej wiedzieli.

Lecz nadzieje podtrzymywalo w nim gl'ownie to, ze na poludniowym wschodzie dojrzal byl przez lunete w ciagu dnia jakie's mgliste zarysy jakby g'or. Bylo do nich moze setki mil angielskich, moze wiecej. Ale gdyby udalo sie do nich dotrze'c, byliby ocaleni, gdyz g'ory rzadko bywaja bezwodne. Ile jednak bylo potrzeba na to czasu, tego nie umial obliczy'c, albowiem zalezalo to od wysoko'sci g'or. Wyniosle szczyty wida'c w tak prezroczym powietrzu jak afryka'nskie na niezmierna odleglo's'c, wiec trzeba bylo znale'z'c wode przedtem. Inaczej grozila zguba.

Trzeba powtarzal sobie Sta's.

Chrapliwy oddech slonia, kt'ory wydmuchiwal, jak m'ogl, z pluc spiekote, przerywal co chwila chlopcu rozmy'slania. Lecz po pewnym czasie wydalo mu sie, ze slyszy jaki's glos podobny do stekania, dochodzacy z innej strony obozu, a mianowicie z tej, w kt'orej lezaly pokryte na noc trawa worki z woda. Poniewaz jeki powt'orzyly sie kilkakrotnie, wiec wstal chcac zobaczy'c, co sie tam dzieje, i poszedl ku kepie odleglej o kilkadziesiat krok'ow od namiotu. Noc byla tak jasna, ze z dala juz ujrzal dwa ciemne ciala lezace kolo siebie i dwie lufy remington'ow blyszczace w 'swietle ksiezyca.

Murzyni zawsze sa tacy sami! pomy'slal. Mieli czuwa'c nad ta woda, drozsza teraz dla nas nad wszystko w 'swiecie, a pospali sie obaj tak jak we wlasnych chatach. Ach! bambus Kalego bedzie mial jutro dobra robote.

To pomy'slawszy zblizyl sie i tracil noga jednego ze straznik'ow, lecz natychmiast cofnal sie z przerazeniem.

Oto pozornie 'spiacy Murzyn lezal na wznak z nozem wbitym po rekoje's'c w gardlo, a obok drugi, z szyja r'owniez tak strasznie przecieta, ze glowa byla prawie oddzielona od tulowia.

Dwa worki z woda znikly, trzy inne lezaly w'sr'od porozrzucanej trawy rozciete i zaklesle.

Sta's poczul, ze wlosy staja mu debem.


ROZDZIA L XLIII | W pustyni i w puszczy | ROZDZIA L XLV