home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate |

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

- advertisement



ROZDZIAL VI

A panowie Rawlison i Tarkowski oczekiwali rzeczywi'scie dzieci, ale nie w'sr'od wzg'orz piaszczystych Wadi-Rajan, dokad nie mieli ani potrzeby, ani ochoty jecha'c, lecz w zupelnie innej stronie, w mie'scie El-Fachen, nad kanalem tegoz nazwiska, przy kt'orym ogladali dokonane przed ko'ncem roku roboty. Odleglo's'c miedzy El-Fachen a Medinet wynosi w prostej linii okolo czterdziestu pieciu kilometr'ow. Poniewaz jednak nie ma bezpo'sredniego polaczenia i trzeba jecha'c na El-Wasta, co podwaja niemal droge, przeto pan Rawlison, rozgladajac sie w przewodniku kolejowym, czynil nastepujace wyliczenia:

Chamis wyjechal onegdaj wiecz'or m'owil do pana Tarkowskiego i w El-Wasta zlapal pociag idacy z Kairu, w Medinet jest zatem dzi's rano. Dzieci zapakuja sie w godzine. Wyjechawszy wszelako w poludnie, musialyby czeka'c na nocny pociag idacy wzdluz Nilu, a poniewaz nie pozwolilem Nel jecha'c noca, wiec wyrusza dzi's rano i beda tu zaraz po zachodzie slo'nca.

Tak rzekl pan Tarkowski Chamis musi troche odpocza'c, a Stasiowi pali sie wprawdzie w glowie, jednakze gdy chodzi o Nel, mozna zawsze na niego liczy'c. Zreszta poslalem mu takze karte, by nie wyjezdzali na noc.

Dzielny chlopiec i ufam mu zupelnie odpowiedzial pan Rawlison.

Co prawda, to i ja. Sta's przy swoich rozmaitych wadach ma prawy charakter i nigdy nie klamie, albowiem jest odwazny, a klamia tylko tch'orze. Energii tez mu nie brak i je'sli z czasem zdobedzie sie na spokojna rozwage, to my'sle, ze da sobie rade na 'swiecie.

Z pewno'scia. Co za's do rozwagi, to czy ty byle's rozwazny w jego wieku?

Musze przyzna'c, ze nie odpowiedzial 'smiejac sie pan Tarkowski ale moze nie bylem tak pewny siebie jak on.

To przejdzie. Tymczasem bad'z szcze'sliwy, ze masz takiego chlopca.

A ty, ze masz takie slodkie i kochane stworzenie jak Nel.

Niech ja B'og blogoslawi odpowiedzial ze wzruszeniami pan Rawlison.

Dwaj przyjaciele u'scisneli sobie dlonie, po czym zasiedli do przegladania plan'ow i kosztorys'ow rob'ot. Na tym zajeciu uplynal im czas az do wieczora.

O godzinie sz'ostej, gdy juz zapadla noc, znale'zli sie na stacji i chodzac po peronie rozmawiali w dalszym ciagu o dzieciach.

Pyszna pogoda, ale chlodno ozwal sie pan Rawlison. Czy aby Nel wziela ze soba cieple ubranie?

Sta's bedzie o tym pamietal i Dinah takze.

Zaluje jednakze, ze zamiast sprowadza'c ich tu, nie pojechali'smy sami do Medinet.

Przypomnij sobie, ze tak wla'snie radzilem.

Wiem i gdyby nie to, ze mamy stad jecha'c dalej na poludnie, bylbym sie na to zgodzil. Wyliczylem wszelako, ze droga zajelaby nam duzo czasu i ze byliby'smy kr'ocej z dzie'cmi. Przyznam ci sie zreszta, ze to Chamis poddal mi my'sl, zeby je tu sprowadzi'c. O'swiadczyl mi, ze ogromnie do nich teskni i ze bylby szcze'sliwy, gdybym go po oboje poslal. Nie dziwie sie, ze sie do nich przywiazal

Dalsza rozmowe przerwaly sygnaly oznajmiajace zblizanie sie pociagu. Po chwili w ciemno'sci ukazaly sie ogniste oczy lokomotywy, a jednocze'snie dal sie slysze'c zdyszany jej oddech i gwizdanie.

Szereg o'swieconych wagon'ow przesunal sie wzdluz peronu, zadrgal i stanal.

Nie widzialem ich w zadnym oknie rzekl pan Rawlison.

Siedza moze glebiej i zapewne zaraz wyjda.

Podr'ozni zaczeli wysiada'c, ale przewaznie Arabowie, gdyz El-Fachen pr'ocz pieknych gaj'ow palmowych i akacjowych nie ma nic ciekawego do widzenia. Dzieci nie przyjechaly.

Chamis albo nie zlapal pociagu w El-Wasta ozwal sie z odcieniem zlego humoru pan Tarkowski albo tez po nocnej podr'ozy zaspal i przyjada dopiero jutro.

Moze by'c odpowiedzial z niepokojem pan Rawlison ale i to by'c moze, ze kt'ore's zachorowalo.

Sta's by w takim razie zatelegrafowal.

Kto wie, czy depeszy nie zastaniemy w hotelu.

P'ojd'zmy.

Ale w hotelu nie czekala ich zadna wiadomo's'c. Pan Rawlison byl coraz niespokojniejszy.

Wiesz, co sie jeszcze moglo zdarzy'c? rzekl pan Tarkowski. Oto, je'sli Chamis zaspal, to nie przyznal sie do tego dzieciom, przyszedl do nich dopiero dzi's i powiedzial im, ze maja jutro jecha'c. Przed nami bedzie sie wykrecal tym, ze nie zrozumial naszych rozkaz'ow. Na wszelki wypadek zatelegrafuje do Stasia.

A ja do mudira Fajumu.

Po chwili dwie depesze zostaly wyslane. Nie bylo jeszcze wprawdzie powod'ow do niepokoju, jednakze w oczekiwaniu na odpowied'z inzynierowie 'zle spedzili noc i wczesny poranek zastal ich na nogach.

Odpowied'z od mudira przyszla dopiero kolo dziesiatej i brzmiala jak nastepuje:

Sprawdzono na stacji. Dzieci wyjechaly wczoraj do Gharak-el-Sultani.

Latwo zrozumie'c, jakie zdumienie i gniew ogarnely ojc'ow na te niespodziana wiadomo's'c. Przez czas jaki's spogladali na siebie, jakby nie rozumiejac sl'ow depeszy, po czym pan Tarkowski, kt'ory byl czlowiekiem porywczym, uderzyl dlonia w st'ol i rzekl:

To pomysl Stasia, ale ja go oducze takich pomysl'ow.

Nie spodziewalem sie tego po nim odpowiedzial ojciec Nel.

Lecz po chwili zapytal:

No a c'oz Chamis?

Albo ich nie zastal i nie wie, co pocza'c, albo pojechal za nimi.

Tak i ja my'sle.

I w godzine p'o'zniej wyruszyli do Medinet. W namiotach dowiedzieli sie, ze nie ma wielbladnik'ow, a na stacji potwierdzono, ze Chamis wyjechal z dzie'cmi do El-Gharak. Sprawa przedstawiala sie coraz ciemniej i rozja'sni'c ja mozna bylo tylko w El-Gharak.

Jakoz dopiero na tej stacji zaczela sie odslania'c straszliwa prawda.

Zawiadowca, ten sam zaspany w ciemnych okularach i czerwonym fezie Egipcjanin, opowiedzial im, ze widzial chlopca okolo lat czternastu i o'smioletnia dziewczynke z niemloda Murzynka, kt'orzy pojechali na pustynie. Nie pamieta, czy wielblad'ow bylo razem osiem, czy dziewie'c, ale zauwazyl, ze jeden objuczony byl jak do dalekiej drogi, a dwaj Beduini mieli takze duze juki przy siodlach; przypomina tez sobie, ze gdy przypatrywal sie karawanie, jeden z wielbladnik'ow, Suda'nczyk, rzekl mu, ze to sa dzieci Anglik'ow, kt'orzy przedtem pojechali do Wadi-Rajan.

Czy ci Anglicy wr'ocili? zapytal pan Tarkowski.

Tak jest. Wr'ocili jeszcze wczoraj z dwoma zabitymi wilkami odpowiedzial zawiadowca i zdziwilo mnie to nawet, ze nie wracaja razem z dzie'cmi. Ale nie pytalem ich o pow'od, gdyz to do mnie nie nalezy.

To powiedziawszy odszedl do swoich obowiazk'ow.

Podczas tego opowiadania twarz pana Rawlisona stala sie biala jak papier. Patrzac blednym wzrokiem na przyjaciela zdjal kapelusz, podni'osl dlo'n do spotnialego czola i zachwial sie, jakby mial upa's'c.

Rawlison, bad'z mezczyzna! zawolal pan Tarkowski. Dzieci nasze porwane. Trzeba je ratowa'c.

Nel! Nel! powtarzal nieszczesny Anglik. Nel i Sta's! To nie Stasia wina. Zwabiono tu oboje podstepnie i porwano. Kto wie dlaczego. Moze dla okupu. Chamis jest niezawodnie w spisku. Idrys i Gebhr takze.

Tu przypomnial sobie, co m'owila Fatma, ze obaj Suda'nczycy naleza do pokolenia Dangal'ow, w kt'orym urodzil sie Mahdi, i ze z tegoz pokolenia pochodzi Chadigi, ojciec Chamisa. Na to wspomnienie serce zamarlo mu na chwile w piersiach, zrozumial bowiem, ze dzieci mogly by'c porwane nie dla okupu, ale dla zamiany na rodzine Smaina.

Ale co z nimi zrobia wsp'olplemie'ncy zlowrogiego proroka? Skry'c sie na pustyni lub gdzie's nad brzegiem Nilu nie moga, bo na pustyni pomarliby wszyscy z glodu i pragnienia, a nad Nilem zlapano by ich z pewno'scia. Chyba wiec zbiegna z dzie'cmi az do Mahdiego.

I ta my'sl napelnila pana Tarkowskiego przerazeniem, ale energiczny ekszolnierz predko przyszedl do siebie i poczal przebiega'c my'sla wszystko, co sie stalo, a jednocze'snie szukal 'srodk'ow ratunku.

Fatma rozumowal nie miala powodu m'sci'c sie ani nad nami, ani nad naszymi dzie'cmi, jezeli wiec zostaly porwane, to widocznie dlatego, aby wyda'c je w rece Smaina. W zadnym razie 'smier'c im nie grozi. I to jest szcze'scie w nieszcze'sciu, ale natomiast czeka je straszna droga, kt'ora moze by'c dla nich zgubna.

I natychmiast podzielil sie tymi my'slami z przyjacielem, po czym tak m'owil:

Idrys i Gebhr, jako dzicy i glupi ludzie, wyobrazaja sobie, ze zastepy Mahdiego sa juz niedaleko, a tymczasem Chartum, do kt'orego Mahdi dotarl, lezy stad o dwa tysiace kilometr'ow. Te droge musza przeby'c wzdluz Nilu i nie oddala'c sie od niego, gdyz inaczej wielblady i ludzie popadaliby z pragnienia. Jed'z natychmiast do Kairu i zadaj od chedywa, by wyslano depesze do wszystkich posterunk'ow wojskowych i by urzadzono po'scig na prawo i lewo wzdluz rzeki. Szejkom przybrzeznym przyrzecz za schwytanie zbieg'ow wielka nagrode. Po wsiach niech zatrzymuja wszystkich, kt'orzy sie zbliza po wode. W ten spos'ob Idrys i Gebhr musza wpa's'c w rece wladzy, a my odzyskamy dzieci.

Pan Rawlison odzyskal juz zimna krew.

Jade rzekl. Te lotry zapomnialy, ze armia angielska Wolseleya 'spieszaca na pomoc Gordonowi jest juz w drodze i ze odetnie ich od Mahdiego. Nie umkna. Nie moga umkna'c. Wysylam w tej chwili depesze do naszego ministra, a potem jade. Co ty zamierzasz?

Telegrafuje o urlop i nie czekajac odpowiedzi ruszam w ich 'slady Nilem do Nubii, by dopilnowa'c po'scigu.

Wiec sie musimy spotka'c, gdyz i ja uczynie z Kairu to samo.

Dobrze! a teraz do roboty.

Z pomoca Boza! odpowiedzial pan Rawlison.


ROZDZIA L V | W pustyni i w puszczy | ROZDZIA L VII