home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate |

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

- advertisement



ROZDZIAL VIII

Noc bladla. Ludzie mieli juz siada'c na wielblady, gdy nagle spostrzegli pustynnego wilka, kt'ory wtuliwszy ogon pod siebie przebiegl waw'oz o sto krok'ow od karawany i wydostawszy sie na przeciwlegle plaskowzg'orze biegl dalej z wszelkimi oznakami strachu, jakby uciekal przed jakim's nieprzyjacielem. W egipskich pustyniach nie masz takich dzikich zwierzat, przed kt'orymi wilki czulyby trwoge, i dlatego widok ten zaniepokoil wielce suda'nskich Arab'ow. C'oz by to by'c moglo? Czyzby nadchodzila juz pogo'n? Jeden z Beduin'ow wdrapal sie szybko na skale, ale zaledwie spojrzal, zsunal sie z niej jeszcze predzej.

Na proroka! zawolal zmieszany i przelekly chyba lew biezy ku nam i jest juz tuz!

A wtem spoza skal ozwalo sie basowe: wow, po kt'orym Sta's i Nel zakrzykneli razem:

Saba! Saba!

Poniewaz po arabsku znaczy to: lew, wiec Beduini przestraszyli sie jeszcze bardziej, lecz Chamis roze'smial i sie i rzekl:

Ja znam tego lwa.

To powiedziawszy gwizdnal przeciagle i w tejze chwili olbrzymi brytan wpadl miedzy wielblady. Ujrzawszy dzieci skoczyl ku nim, przewr'ocil z rado'sci Nel, kt'ora wyciagnela do niego rece, wspial sie na Stasia, nastepnie skowyczac i poszczekujac obiegl oboje kilkakrotnie, zn'ow przewr'ocil Nel, zn'ow wspial sie na Stasia i wreszcie, leglszy u ich st'op, poczal zia'c.

Boki mial zapadle, z wywieszonego jezyka spadaly mu platy piany, machal jednak ogonem i podnosil oczy pelne milo'sci na Nel, jakby jej chcial powiedzie'c: Ojciec tw'oj kazal mi cie pilnowa'c, wiec oto jestem!

Dzieci siadly przy nim z jednej i drugiej strony i poczely go pie'sci'c. Dwaj Beduini, kt'orzy nie widzieli nigdy podobnej istoty, spogladali na niego ze zdumieniem, powtarzajac: Allach! o kelb kebir! (Na Boga, to wielki pies!) on za's lezal przez jaki's czas spokojnie, nastepnie podni'osl jednak leb, wciagnal powietrze w sw'oj czarny, podobny do ogromnej trufli nos, zawietrzyl i skoczyl ku wygaslemu ognisku, przy kt'orym lezaly resztki pozywienia.

W tej samej chwili kozie i baranie ko'sci poczely trzaska'c i kruszy'c sie jak slomki w jego poteznych zebach. Po o'smiu ludziach, liczac ze stara Dinah i z Nel, bylo tego dosy'c sporo nawet dla takiego kelb kebir.

Lecz Suda'nczycy zaklopotali sie jego przybyciem i dwaj wielbladnicy odwolawszy na bok Chamisa poczeli z nim rozmawia'c z niepokojem, a nawet ze wzburzeniem.

Iblis przyni'osl tu tego psa! zawolal Gebhr i jakim sposobem trafil tu za dzie'cmi, skoro do Gharak przyjechaly koleja?

Zapewne 'sladem wielblad'ow odpowiedzial Chamis.

'Zle sie stalo. Kazdy, kto zobaczy go przy nas, zapamieta nasza karawane i wskaze, kt'oredy przechodzila. Trzeba sie go pozby'c koniecznie.

Ale jak? spytal Chamis.

Jest strzelba, we'z ja i strzel mu w leb.

Jest strzelba, ale ja nie umiem z niej strzela'c. Chyba ze wy umiecie?

Chamis od biedy bylby moze potrafil, Sta's bowiem kilkakrotnie otwieral przy nim swoja bro'n i zamykal, lecz zal mu bylo psa, kt'orego polubil opiekujac sie nim jeszcze przed przyjazdem dzieci do Medinet. Wiedzial natomiast doskonale, ze obaj Suda'nczycy nie maja zadnego pojecia, jak obchodzi'c sie z bronia najnowszego systemu, i ze nie dadza sobie z nia rady.

Je'sli wy nie umiecie rzekl z chytrym u'smiechem to psa m'oglby zabi'c tylko ten maly nouzrani (chrze'scijanin), ale ta strzelba moze wystrzeli'c kilka razy z rzedu, wiec nie radze dawa'c mu jej do reki.

Niech B'og broni odpowiedzial Idrys. Powystrzelalby nas jak przepi'orki.

Mamy noze zauwazyl Gebhr.

Spr'obuj, ale pamietaj, ze masz i gardlo, kt'ore pies rozerwie, nim go zaklujesz.

Co wiec robi'c?

A Chamis ruszyl ramionami.

Dlaczego wy chcecie tego psa zabi'c? Cho'cby'scie go potem przysypali piaskiem, hieny go wygrzebia, pogo'n znajdzie jego ko'sci i bedzie wiedziala, ze nie przeprawili'smy sie przez Nil, lecz uciekali'smy z tej strony. Niech leci za nami. Ilekro'c Beduini pojada po wode, a my sie skryjemy w jakim wawozie, mozecie by'c pewni, ze pies zostanie przy dzieciach. Allach! Lepiej, ze teraz przylecial, bo inaczej bylby prowadzil pogo'n naszym 'sladem az do Berberu. Karmi'c go nie potrzebujecie, gdyz je'sli mu resztek po nas nie starczy, to o hiene, albo szakala nie bedzie mu trudno. Zostawcie go w spokoju, m'owie wam i nie tra'cmy czasu na gadanie.

Moze masz sluszno's'c rzekl Idrys.

Je'sli mam sluszno's'c, to mu dam i wody, aby sam nie latal do Nilu i nie pokazywal sie w wioskach.

W ten spos'ob zostal rozstrzygniety los Saby, kt'ory wypoczawszy nieco i pozywiwszy sie nalezycie, wychleptal w mgnieniu oka miske wody i pu'scil sie z nowymi silami za karawana.

Wjechali teraz na wysoka plaszczyzne, na kt'orej wiatr pomarszczyl piasek i z kt'orej wida'c bylo na obie strony ogromna przestrze'n pustyni. Niebo przybralo barwe muszli perlowej. Lekkie chmurki, zgromadzone na wschodzie, mienily sie jak opale, po czym nagle zabarwily sie zlotem. Strzelil jeden promie'n, potem drugi i slo'nce, jak zwykle w krajach poludniowych, w kt'orych nie ma prawie zmierzchu i 'switu, nie wzeszlo, ale wybuchnelo zza oblok'ow jak slup ognia i zalalo jasnym 'swiatlem widnokrag. Poweselalo niebo, poweselala ziemia i niezmierne obszary piaszczyste odkryly sie oczom ludzkim.

Musimy pedzi'c rzekl Idrys bo stad wida'c nas z daleka.

Jakoz wypoczete i napojone wielblady pedzily z szybko'scia gazeli. Saba pozostal za nimi, ale nie bylo obawy, by sie zablakal i nie zjawil na pierwszym popasie. Dromader, na kt'orym jechal Idrys ze Stasiem, biegl tuz obok wierzchowca Nel, tak ze dzieci mogly rozmawia'c swobodnie. Siedzenie, kt'ore wymo'scili Suda'nczycy, okazalo sie wyborne i dziewczynka wygladala w nim rzeczywi'scie jak ptaszek w gniazdku. Nie mogla spa's'c, nawet 'spiac, i jazda meczyla ja daleko mniej niz w nocy. Jasne 'swiatlo dzienne dodalo obojgu dzieciom otuchy. W serce Stasia wstapila nadzieja, ze skoro Saba ich do'scignal, to i pogo'n potrafi uczyni'c to samo. Ta nadzieja podzielil sie natychmiast z Nel, kt'ora u'smiechnela sie do niego po raz pierwszy od chwili porwania.

A kiedy nas dogonia? spytala po francusku, by Idrys nie m'ogl ich zrozumie'c.

Nie wiem. Moze dzi's jeszcze, moze jutro, moze za dwa lub trzy dni.

Ale nie bedziemy jechali z powrotem na wielbladach?

Nie. Dojedziemy tylko do Nilu, a Nilem do El-Wasta.

To dobrze, oj, dobrze!

Biedna Nel, kt'ora tak lubila poprzednio te jazde, miala jej teraz widocznie dosy'c.

Nilem do El-Wasta i do tatusia! poczela powtarza'c sennym glosem.

I poniewaz na poprzednim postoju nie wyspala sie nalezycie, wiec usnela znowu glebokim snem, takim, jakim po wielkim zmeczeniu 'spi sie nad ranem. Tymczasem Beduini pedzili wielblady bez wytchnienia i Sta's zauwazyl, ze kieruja sie w glab pustyni.

Wiec chcac zachwia'c w Idrysie pewno's'c, ze zdolaja uj's'c przed pogonia, a zarazem pokaza'c mu, ze sam liczy na nia niezawodnie, rzekl:

Odjezdzacie od Nilu i od Bahr-Jussef, ale nic wam to nie pomoze, bo przecie nie beda was szukali nad brzegiem, gdzie wsie leza jedna przy drugiej, ale w glebi.

A Idrys zapytal:

Skad wiesz, ze odjezdzamy od Nilu, skoro brzeg'ow nie mozesz stad dostrzec?

Bo slo'nce, kt'ore jest po wschodniej stronie nieba, grzeje nas w plecy; to znaczy, ze skrecili'smy na zach'od.

Madry z ciebie chlopiec rzekl z uznaniem Idrys.

Po chwili za's dodal:

Ale ani pogo'n nas nie do'scignie, ani ty nie uciekniesz.

Nie odnekl Sta's ja nie uciekne chyba z nia.

I ukazal na 'spiaca Nel.

Do poludnia pedzili prawie bez wytchnienia, ale gdy slo'nce wzbilo sie wysoko na niebo i poczelo przypieka'c, wielblady, kt'ore z natury malo sie poca, oblaly sie jednak potem i bieg ich stal sie znacznie wolniejszy. Karawane otoczyly znowu skaly i osypiska. Wawozy, kt'ore w czasie deszcz'ow zmieniaja sie w lozyska strumieni, czyli tzw. khory, zdarzaly sie coraz cze'sciej. Beduini zatrzymali sie na koniec w jednym z nich, calkiem ukrytym w'sr'od skal. Lecz zaledwie zsiedli z wielblad'ow, podnie'sli krzyk i rzucili sie naprz'od, schylajac sie co chwila i ciskajac przed siebie kamieniami. Stasiowi, kt'ory jeszcze nie zsunal sie z siodla, przedstawil sie dziwny widok. Oto spo'sr'od suchych krzak'ow porastajacych dno khoru wysunal sie duzy waz i wijac sie z szybko'scia blyskawicy miedzy okruchami skal, umykal do jakiej's znanej sobie kryj'owki. Beduini 'scigali go zaciekle, a na pomoc im poskoczyl Gebhr z nozem w reku. Ale z powodu nier'owno'sci gruntu zar'owno trudno trafi'c bylo weza kamieniem, jak przygwo'zdzi'c go nozem wkr'otce tez wr'ocili wszyscy trzej z widocznym w twarzach przestrachem.

I zabrzmialy zwykle u Arab'ow okrzyki:

Allach!

Bismillach!

Maszallach!

Nastepnie obaj Suda'nczycy poczeli spoglada'c jakim's dziwnym, zarazem badawczym i pytajacym wzrokiem na Stasia, kt'ory nie rozumial wcale, o co chodzi.

Tymczasem Nel zsiadla takze z wielblada i jakkolwiek mniej byla zmeczona niz w nocy, Sta's rozciagnal dla niej wojlok w cieniu na r'ownym miejscu i kazal sie jej polozy'c, by mogla, jak m'owil, rozprostowa'c n'ozki. Arabowie zabrali sie do poludniowego posilku, kt'ory jednak skladal sie tylko z suchar'ow i daktyli oraz z lyku wody. Wielblad'ow nie pojono, albowiem pily w nocy. Twarze Idrysa, Gebhra i Beduin'ow byly wciaz frasobliwe i post'oj odbywal sie w milczeniu. Na koniec Idrys odwolal Stasia na bok i poczal wypytywa'c go z twarza zarazem tajemnicza i niespokojna:

Widziale's weza?

Widzialem.

Nie ty's go zaklal, by sie nam ukazal?

Nie.

Spotka nas jakie's nieszcze'scie, gdyz ci glupcy nie zdolali weza zabi'c!

Spotka was szubienica.

Milcz. Czy tw'oj ojciec jest czarownikiem?

Jest odpowiedzial bez wahania Sta's zrozumiawszy w jednej chwili, ze ci dzicy i przesadni ludzie uwazaja ukazanie sie plaza za zla wr'ozbe i za zapowied'z, ze ucieczka im sie nie uda.

To wiec tw'oj ojciec nam go zeslal odpowiedzial Idrys ale powinien zrozumie'c, ze za jego czary mozemy sie pom'sci'c na tobie.

Nic mi nie zrobicie, gdyz przyplaciliby za moja krzywde synowie Fatmy.

I to juz zrozumiale's? Ale pamietaj, ze gdyby nie ja, bylby's splynal krwia pod korbaczem Gebhra ty i mala bint takze.

Wstawie sie tez tylko za toba, a Gebhr p'ojdzie na powr'oz.

Na to Idrys popatrzyl na niego przez chwile jakby ze zdziwieniem i rzekl:

Zycie nasze nie jest jeszcze w twoich rekach, a ty przemawiasz juz do nas jak nasz pan

Po chwili za's dodal:

Dziwny z ciebie uled (chlopiec) i takiego jeszcze nie widzialem. Bylem dotychczas dobry dla was, lecz ty sie miarkuj i nie gro'z.

B'og karze zdrade odpowiedzial Sta's.

Bylo jednak rzecza widoczna, ze pewno's'c, z jaka m'owil chlopak, w polaczeniu ze zla wr'ozba pod postacia weza, kt'ory zdolal umkna'c, zaniepokoila w wysokim stopniu Idrysa. Siadlszy juz na wielblada powt'orzyl kilkakrotnie: Tak! ja bylem dla was dobry!, jakby na wszelki wypadek chcial wrazi'c to Stasiowi w pamie'c, a nastepnie zaczal przesuwa'c ziarnka r'oza'nca wyrobione ze skorupy orzecha dum i modli'c sie.

Kolo godziny drugiej po poludniu upal, mimo iz pora byla zimowa, uczynil sie niezwykly. Na niebie nie bylo zadnej chmurki, ale kra'nce widnokregu poszarzaly. Nad karawana unosilo sie kilka sep'ow, kt'orych rozpostarte szeroko skrzydla rzucaly ruchome, czarne cienie na plowe piaski. W rozpalonym powietrzu czu'c bylo jakby swad. Wielblady nie przestajac pedzi'c poczely dziwnie chrzaka'c. Jeden z Beduin'ow zblizyl sie do Idrysa.

Zanosi sie na co's niedobrego rzekl.

Co my'slisz? zapytal Suda'nczyk.

Zle duchy zbudzily wiatr 'spiacy na zachodzie pustyni, a 'ow wstal z piask'ow i biezy ku nam.

Idrys podni'osl sie nieco na siodle, popatrzyl w dal i odpowiedzial:

Tak jest. Idzie z zachodu i poludnia, ale on nie bywa tak w'sciekly jak khmasin[28].

Trzy lata temu zasypal jednak kolo Abu-Hamel cala karawane, a odwial ja dopiero zeszlej zimy. Ualla! Moze mie'c dosy'c sily, by pozatyka'c nozdrza wielblad'ow i wysuszy'c wode w workach.

Trzeba pedzi'c, by zawadzil nas jednym tylko skrzydlem.

Lecimy mu w oczy i nie potrafimy go omina'c.

Im predzej przyjdzie, tym predzej przewieje.

To rzeklszy Idrys uderzyl wielblada korbaczem, a za jego przykladem poszli inni. Przez jaki's czas slycha'c bylo tylko tepe razy grubych bat'ow, podobne do klaskania w dlonie, i okrzyki: yalla! Na poludniowym zachodzie bialawy przedtem widnokrag pociemnial. Upal trwal ciagle i slo'nce palilo glowy je'zd'zc'ow. Sepy wzbily sie widocznie bardzo wysoko, albowiem cienie od ich skrzydel malaly coraz bardziej, a w ko'ncu znikly zupelnie.

Uczynilo sie duszno.

Arabowie krzyczeli na wielblady, p'oki nie wyschly im gardla, po czym umilkli i nastala cisza 'smiertelna, przerywana stekaniem zwierzat. Male dwa liski piaskowe[29] o ogromnych uszach przemknely sie kolo karawany, uciekajac w strone przeciwna.

Ten sam Beduin, kt'ory poprzednio rozmawial z Idrysem, ozwal sie znowu jakim's dziwnym, jakby nie swoim glosem:

To nie bedzie zwykly wiatr. 'Scigaja nas zle czary. Wszystkiemu winien waz

Wiem odpowiedzial Idrys.

Patrz, powietrze drzy. Tego nie bywa w zimie.

Jakoz rozpalone powietrze poczelo drga'c, a wskutek zludzenia oczu je'zd'zcom wydalo sie, ze drgaja i piaski. Beduin zdjal z glowy przepocona mycke i rzekl:

Serce pustyni bije trwoga.

A wtem drugi Beduin, jadacy na czele jako przewodnik wielblad'ow, odwr'ocil sie i jal wola'c:

Idzie juz! idzie!

I rzeczywi'scie wiatr nadchodzil. W oddali pojawila sie jakby ciemna chmura, kt'ora czynila sie w oczach coraz wyzsza i zblizala sie do karawany. Poruszyly sie tez naok'ol najblizsze fale powietrza i nagle podmuchy poczely skreca'c piasek. Tu i 'owdzie tworzyly sie lejki, jakby kto's wiercil kijem powierzchnie pustyni. Miejscami wstawaly chybkie wiry, podobne do kolumienek cienkich u spodu, a rozwianych jak pi'oropusze w g'orze. Ale wszystko to trwalo przez jedno mgnienie oka. Chmura, kt'ora pierwszy ujrzal przewodnik wielblad'ow, nadleciala z niepojeta szybko'scia. W ludzi i zwierzeta uderzylo jakby skrzydlo olbrzymiego ptaka. W jednej chwili oczy i usta je'zd'zc'ow napelnily sie kurzawa. Tumany pylu zakryly niebo, zakryly slo'nce i na 'swiecie uczynil sie mrok. Ludzie poczeli traci'c sie z oczu, a najblizsze nawet wielblady majaczyly jak we mgle. Nie szum bo na pustyni nie ma drzew ale huk wichru gluszyl nawolywania przewodnika i ryk zwierzat. W powietrzu czu'c bylo taka wo'n, jaka wydaje czad wegli. Wielblady stanely i odwr'ociwszy sie od wiatru, powyciagaly dlugie szyje w d'ol, tak ze nozdrza ich dotykaly prawie piasku.

Suda'nczycy nie chcieli jednak pozwoli'c na post'oj, gdyz karawany, kt'ore sie wstrzymuja w czasie huraganu, bywaja czesto zasypywane. Najlepiej wtedy jest pedzi'c razem z wichrem, ale Idrys i Gebhr nie mogli i tego uczyni'c, albowiem w ten spos'ob wracaliby do Fajumu, skad spodziewali sie pogoni. Wiec gdy pierwsze uderzenie przeszlo, pognali zn'ow wielblady.

Nastala chwilowa cisza, lecz rudy mrok rozpraszal sie bardzo powoli, albowiem slo'nce nie moglo przebi'c sie przez tumany zawieszone w powietrzu. Grubsze i ciezsze drobinki piasku poczely jednak opada'c. Napelnily one wszystkie szpary i zalamania w siodlach i zatrzymywaly sie w faldach odziezy. Ludzie i zwierzeta za kazdym oddechem wciagali pyl, kt'ory draznil ich pluca i skrzypial w zebach.

Przy tym wicher m'ogl sie zerwa'c na nowo i przesloni'c calkiem 'swiat. Stasiowi przyszlo na my'sl, ze gdyby w chwili takich ciemno'sci znalazl sie na jednym wielbladzie z Nel, to m'oglby go zawr'oci'c i ucieka'c z wiatrem na p'olnoc. Kto wie, czyby dostrzezono ich w'sr'od mroku i zametu zywiol'ow, a je'sliby zdolali dotrze'c do pierwszej lepszej wioski nad Bahr-Jussef przy Nilu, byliby ocaleni Idrys i Gebhr nie o'smieliliby sie nawet ich 'sciga'c, albowiem wpadliby natychmiast w rece miejscowych zabti'ow.

Sta's zwazywszy to wszystko tracil w ramie Idrysa i rzekl:

Daj mi gurde[30] z woda.

Idrys nie odm'owil, gdyz jakkolwiek rano skrecili znacznie w glab pustyni i byli do's'c daleko od rzeki, mieli wody do's'c, a wielblady napily sie obficie w czasie nocnego postoju. Pr'ocz tego, jako czlowiek obeznany z pustynia, wiedzial, ze po huraganie przychodzi zwykle deszcz i wyschniete khory zmienia chwilowo na strumienie.

Stasiowi chcialo sie rzeczywi'scie pi'c, wiec pociagnal dobrze wody, po czym nie oddajac gurdy tracil znowu w ramie Idrysa.

Zatrzymaj karawane.

Dlaczego? zapytal Suda'nczyk.

Dlatego ze chce przesia's'c sie na wielblada malej bint i da'c jej wody.

Dinah ma wieksza gurde od mojej.

Ale jest lakoma i pewnie ja wypila. Musialo sie tez nasypa'c duzo piasku do siodla, kt'ore uczynili'scie podobnym do kosza. Dinah nie da sobie z tym rady.

Wiatr zerwie sie za chwile i zn'ow wszystko zasypie.

Tym bardziej mala bint bedzie potrzebowala pomocy.

Idrys uderzyl batem wielblada i przez chwile jechali w milczeniu.

Czemu nie odpowiadasz? zapytal Sta's.

Bo sie namy'slam, czy lepiej przywiaza'c cie do siodla, czy zwiaza'c ci rece z tylu.

Oszalale's!

Nie. Ale odgadlem, co's chcial uczyni'c.

Pogo'n i tak nas do'scignie, wiec nie potrzebuje tego czyni'c.

Pustynia jest w reku Boga.

Umilkli znowu. Grubszy piasek opadl zupelnie; pozostal w powietrzu tylko subtelny, czerwony pyl, co's w rodzaju 'srezogi[31], przez kt'ora slo'nce prze'swiecalo jak miedziana blacha. Ale wida'c juz bylo dalej. Przed karawana ciagnela sie teraz plaska r'ownina, na kt'orej kra'ncu bystre oczy Arab'ow dostrzegly zn'ow chmure. Byla ona wyzsza od poprzedniej, a pr'ocz tego wystrzelaly z niej jakby slupy, jakby olbrzymie rozszerzone u g'ory kominy. Na ten widok zadrzaly serca Arab'ow i Beduin'ow, albowiem rozpoznali wielkie wiry piaszczyste. Idrys podni'osl rece i zblizywszy dlonie do uszu poczal bi'c poklony nadlatujacemu wichrowi. Jego wiara w jedynego Boga nie przeszkadzala mu widocznie czci'c i ba'c sie innych, albowiem Sta's uslyszal wyra'znie, jak m'owil:

Panie! my dzieci twoje, a wiec nie pozresz nas!

A pan wla'snie nadlecial i targnal wielbladami z sila tak straszliwa, ze omal nie poupadaly na ziemie. Zwierzeta zbily sie teraz w ciasna gromade, z glowami zwr'oconymi w 'srodek ku sobie. Poruszyly sie cale masy piasku. Karawane ogarnal mrok glebszy niz poprzednio, a w tym mroku przelatywaly obok je'zd'zc'ow jakie's jeszcze ciemniejsze, niewyra'zne przedmioty, jakby olbrzymie ptaki lub rozpedzone wraz z huraganem wielblady. Lek ogarnal Arab'ow, kt'orym zdawalo sie, ze to sa duchy zaginionych pod piaskami zwierzat i ludzi. W'sr'od huku i wycia wichru slycha'c bylo dziwne glosy podobne do szlochania, to do 'smiechu, to do wolania o pomoc. Lecz to byly zludy. Karawanie grozilo stokro'c straszniejsze, rzeczywiste niebezpiecze'nstwo. Suda'nczycy wiedzieli dobrze, ze je'sli kt'ory z wielkich wir'ow tworzacych sie ustawicznie w lonie huraganu pochwyci ich w swe skrety, to postraca je'zd'zc'ow i porozprasza wielblady, a je'sli zalamie sie i zwali na nich, w'owczas w mgnieniu oka usypie nad nimi olbrzymia piaszczysta mogile, w kt'orej beda czekali, p'oki nastepny huragan nie odwieje ich ko'sciotrup'ow.

Stasiowi krecilo sie w glowie, tchu braklo w piersiach i o'slepial go piasek. Ale zdawalo mu sie chwilami, ze slyszy placz i wolanie Nel, wiec my'slal tylko o niej. Korzystajac z tego, ze wielblady staly w zbitej kupie i ze Idrys nie moze na niego uwaza'c, postanowil przele'z'c po cichu na wielblada dziewczynki, juz nie dlatego, by ucieka'c, ale by jej da'c pomoc i doda'c odwagi. Zaledwie jednak wzial nogi pod siebie i wyciagnal rece chcac schwyci'c za krawed'z Nelinego siodla, szarpnela nim olbrzymia pie's'c Idrysa. Suda'nczyk porwal go jak pi'orko, polozyl przed soba i poczal go krepowa'c palmowym powrozem, a po zwiazaniu mu rak przewiesil go przez siodlo. Sta's 'scisnal zeby i opieral sie, jak m'ogl, ale na pr'ozno. Majac wyschle gardlo i zasypane usta, nie m'ogl i nie chcial przekonywa'c Idrysa, ze pragnie przyj's'c tylko z pomoca dziewczynce, nie za's ucieka'c.

Po chwili jednak czujac, ze sie dusi, poczal wola'c zdlawionym glosem:

Ratujcie mala bint! ratujcie mala bint!

Lecz Arabowie woleli my'sle'c o wlasnym zyciu. Wieja uczynila sie tak straszna, ze ani nie mogli usiedzie'c na wielbladach, ani wielblady usta'c na miejscu. Dwaj Beduini oraz Chamis i Gebhr zeskoczyli na ziemie, aby trzyma'c zwierzeta za postronki przywiazane do kantar'ow[32] pod ich szczeka dolna. Idrys zepchnawszy Stasia w tyl siodla uczynil to samo. Zwierzeta rozstawialy jak najszerzej nogi, by oprze'c sie w'scieklej wichurze, ale braklo im sil, i karawana, smagana zwirem, kt'ory zacinal jakby setkami bicz'ow, i piaskiem, kt'ory klul jak szpilkami, poczela to powolniej, to po'spieszniej kreci'c sie i cofa'c pod naporem. Chwilami wicher wyrywal doly pod jej nogami; to zn'ow piasek i zwir, obijajac sie o boki wielblad'ow, tworzyly w mgnieniu oka kopce siegajace do ich kolan i wyzej. W ten spos'ob plynela godzina za godzina. Niebezpiecze'nstwo stawalo sie coraz straszliwsze. Idrys zrozumial wreszcie, ze jedynym zbawieniem bedzie sia's'c na wielblady i lecie'c z wichrem. Ale byloby to wraca'c w strone Faju-mu, gdzie czekaly na nich sady egipskie i szubienica.

Ha! trudno pomy'slal Idrys. Huragan wstrzymal takze i pogo'n, a gdy ustanie, pu'scimy sie zn'ow na poludnie.

I poczal krzycze'c, by wsiadano na wielblady.

A wtem zaszlo co's, co zmienilo calkiem polozenie.

Oto nagle mroczne, prawie czarne chmury piasku prze'swiecily sie sinawym 'swiatlem. Ciemno's'c potem uczynila sie jeszcze glebsza, ale jednocze'snie wstal 'spiacy na wysoko'sciach i zbudzony przez wicher grzmot i poczal przewala'c sie miedzy Pustynia Arabska i Libijska potezny, gro'zny, rzeklby's: gniewny. Zdawalo sie, ze z niebios staczaja sie g'ory i skaly. Ogluszajacy loskot wzmagal sie, r'osl, wstrzasal 'swiatem, jal obiega'c caly widnokrag miejscami wybuchal z sila tak straszliwa, jakby spekane sklepienie niebieskie walilo sie na ziemie; potem zn'ow toczyl sie z gluchym, ciaglym turkotem; zn'ow wybuchal, zn'ow lamal sie, o'slepial blyskawica, razil gromami, znizal sie, podwyzszal, huczal i trwal[33].

Wiatr ucichl jakby przerazony, a gdy po dlugim czasie gdzie's z niezmiernej oddali wrzeciadze[34] niebios zatrzasnely sie za grzmotem, nastala martwa cisza.

Lecz po chwili w tej ciszy rozlegl sie glos przewodnika:

B'og jest nad wichrem i burza! Jeste'smy ocaleni!

Ruszyli. Ale otaczala ich noc tak nieprzebita, ze cho'c wielblady biegly blisko, ludzie nie mogli sie widzie'c i musieli co chwila odzywa'c sie glo'sno, by sie wzajemnie nie pogubi'c. Od czasu do czasu jaskrawe blyskawice, sine lub czerwone, roz'swiecaly piaszczysta przestrze'n, lecz po nich zapadala ciemno's'c tak gesta, ze prawie namacalna. Mimo otuchy, kt'ora wlal w serce Suda'nczyk'ow glos przewodnika, niepok'oj nie opu'scil ich jeszcze wla'snie dlatego, ze posuwali sie na o'slep, nie wiedzac naprawde, w kt'ora strone daza czy nie kreca sie w k'olko lub nie wracaja na p'olnoc. Zwierzeta potykaly sie co chwila i nie mogly biec predko, a przy tym dyszaly jako's dziwnie i tak rozglo'snie, ze je'zd'zcom wydawalo sie, iz to cala pustynia dyszy z trwogi. Spadly na koniec pierwsze wielkie krople dzdzu, kt'ory prawie zawsze nastepuje po huraganie, a jednocze'snie glos przewodnika ozwal sie w'sr'od ciemno'sci:

Khor!

Byli nad wawozem. Wielblady zatrzymaly sie na brzegu, po czym zaczely ostroznie zstepowa'c ku dolowi.


ROZDZIA L VII | W pustyni i w puszczy | ROZDZIA L IX