home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate |

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

- advertisement



Rozdzial IX

Nazajutrz zbudzil sie 'swiezy, zdr'ow i z weselsza my'sla. Pogoda byla cudna. Szeroko rozlane wody marszczyly sie w drobne zmarszczki od lekkiego i cieplego powiewu.

Brzegi byly w tumanie i zlewaly sie z plaszczyzna w'od w jedna nieprzejrzana r'ownine. Rzedzian, zbudziwszy sie i przetarlszy oczy, az sie przestraszyl. Spojrzal zdziwionymi oczyma dookola, a nie widzac nigdzie brzegu rzekl:

O dla Boga! M'oj jegomo's'c, to my juz chyba na morzu jeste'smy...

Rzeka to tak potezna, nie morze odpowiedzial Skrzetuski a brzegi obaczysz, gdy mgla opadnie.

My'sle, ze niedlugo juz nam i na Turecczyzne wedrowa'c przyjdzie.

Powedrujemy, je'sli nam kaza; widzisz zreszta, ze nie sami plyniemy.

Jakoz w promieniu oka wida'c bylo kilkana'scie bajdak'ow[800], dombaz, czyli tumbas'ow, i waskich czarnych cz'olen kozackich obszytych sitowiem, a zwanych pospolicie czajkami[801]. Jedne z tych statk'ow plynely z woda unoszone bystrym pradem, inne piely sie pracowicie w g'ore rzeki, wspomagane wioslami i zaglem. Wiozly one rybe, wosk, s'ol i suszone wi'snie do miast brzegowych lub tez wracaly z okolic zamieszkalych obladowane zapasami zywno'sci dla Kudaku[802] i towarem, kt'ory chetny znajdowal pokup[803] na Kramnym Bazarze w Siczy[804]. Brzegi Dnieprowe byly juz od uj'scia Pszoly zupelna pustynia, na kt'orej gdzieniegdzie tylko bielaly kozackie zimowniki, ale rzeka stanowila go'sciniec laczacy Sicz z reszta 'swiata, wiec tez i ruch bywal na niej do's'c znaczny, zwlaszcza gdy przyb'or wody ulatwial zegluge i gdy nawet porohy[805] pr'ocz Nienasytca[806] stawaly sie dla statk'ow idacych w d'ol rzeki mozliwe do przebycia.

Namiestnik przypatrywal sie z ciekawo'scia temu zyciu rzecznemu, a tymczasem bajdaki jego mknely szybko ku Kudakowi. Mgla opadla, brzegi zarysowaly sie wyra'znie. Nad glowami plynacych ulatywaly miliony ptactwa wodnego, pelikan'ow, dzikich gesi, zurawi, kaczek i czajek, kulon'ow[807] i rybitew; w oczeretach[808] przybrzeznych slycha'c bylo taki gwar, takie kotlowanie sie wody i szum skrzydel, ze rzeklby's, iz odbywaja sie tam sejmy lub wojny ptasie.

Brzegi za Krzemie'nczugiem[809] staly sie nizsze i otwarte.

Patrz no jegomo's'c! wykrzyknal nagle Rzedzian dy'c to niby to slo'nce piecze, a 'snieg lezy na polach.

Skrzetuski spojrzal: istotnie, jak okiem siegnal, jaki's bialy poklad blyszczal w promieniach slo'nca po obu stronach rzeki.

Hej, starszy! A co to sie tam bieli? spytal retmana.

Wiszni[810], pane! odpowiedzial starszy.

Byly to istotnie lasy wi'sniowe zlozone z karlowatych drzew, kt'orymi oba brzegi szeroko byly za uj'sciem Pszoly poro'sniete. Owoc ich, slodki i wielki, dostarczal jesienia pozywienia ptactwu, zwierzetom i ludziom zblakanym w pustyni, a zarazem stanowil przedmiot handlu, kt'ory wozono bajdakami az do Kijowa i dalej. Teraz lasy osypane byly kwieciem. Gdy zblizyli sie do brzegu, by ludziom wioslujacym da'c wypoczynek, namiestnik z Rzedzianem wysiedli, chcac sie blizej owym gajom przypatrzy'c. Ogarnal ich tak upajajacy zapach, iz zaledwie mogli oddycha'c. Mn'ostwo platk'ow lezalo juz na ziemi. Miejscami drzewka stanowily gaszcz nieprzenikniony. Miedzy wi'sniami rosly takze obficie dzikie karlowate migdaly, okryte kwieciem r'ozowym, wydajacym jeszcze silniejszy zapach. Miliony trzmiel'ow[811], pszcz'ol i barwnych motyl'ow[812] unosily sie nad owym pstrym morzem kwiat'ow, kt'orego ko'nca nie mozna bylo dojrze'c.

Cuda to, panie, cuda! m'owil Rzedzian. I czemu tu ludzie nie mieszkaja? Zwierza tu takze widze dostatek.

Jakoz miedzy krzakami wi'sniowymi smykaly zajace szare, biale i niezliczone stada wielkich blekitnonogich przepi'orek, kt'orych kilka Rzedzian z guldynki[813] ustrzelil, ale ku wielkiemu umartwieniu dowiedzial sie potem od starszego, ze mieso ich jest trucizna.

Na miekkiej ziemi wida'c tez bylo 'slady jeleni i suhak'ow[814], a z dala dochodzily odglosy podobne do rechtania dzikich 'swi'n.

Podr'oznicy napatrzywszy sie i odpoczawszy ruszyli dalej. Brzegi to wznosily sie, to stawaly sie plaskie odkrywajac widok na 'sliczne dabrowy, lasy, uroczyska, mogily i rozlozyste stepy. Okolica wydawala sie tak przepyszna, ze Skrzetuski mimo woli powtarzal sobie pytanie Rzedziana: Czemu tu ludzie nie mieszkaja?. Ale na to trzeba bylo, by jaki drugi Jeremi Wi'sniowiecki objal te pustynie, urzadzil i bronil od napad'ow Tatar'ow i Nizowych[815]. Miejscami rzeka tworzyla lachy, zakrety, zalewala jary, bila spieniona fala o skaly brzezne i wypelniala woda ciemne jaskinie skalne. W takich to jaskiniach i zakretach bywaly kryj'owki i schowania kozacze. Uj'scia rzek, pokryte lasem sitowia, oczeret'ow i szuwar'ow, az czernily sie od mnogo'sci ptactwa, slowem: 'swiat dziki, przepa'scisty, miejscami zapadly a pusty i tajemniczy roztoczyl sie przed oczyma naszych wedrowc'ow.

Zegluga stala sie przykra, bo z powodu cieplego dnia pokazywaly sie roje zjadliwych komar'ow i rozmaitych nieznanych na suchym stepie insekt'ow, a niekt'ore z nich, na palec grube, ciurkiem krew po ukaszeniu puszczaly.

Wieczorem przybyli do wyspy Roman'owki, kt'orej ognie z daleka bylo wida'c, i zatrzymali sie na nocleg. Rybacy, kt'orzy przybiegli popatrzy'c na poczet namiestnika, mieli koszule, twarz i rece calkiem pomazane dziegciem[816] dla obrony od ukasze'n. Byli to ludzie grubych obyczaj'ow i dzicy; na wiosne zjezdzali sie tu tlumnie dla polowu i wedzenia ryb, kt'ore potem rozwozili do Czehryna[817], Czerkas[818], Perejaslawia[819] i Kijowa. Rzemioslo ich bylo trudne, ale zyskowne z powodu obfito'sci ryb, kt'ore latem stawaly sie nawet kleska tych okolic, zdychajac bowiem dla braku wody po lachach i tak zwanych cichych katach, zarazaly zgnilizna powietrze.

Dowiedzial sie od rybak'ow namiestnik, ze wszyscy Nizowcy[820], kt'orzy r'owniez zajmowali sie tu polowem, od kilku dni opu'scili wyspe i udali sie na Niz[821], wezwani przez atamana koszowego[822]. Co noc tez widywano z wyspy ognie, kt'ore palili na stepie zbiegowie na Sicz[823] podazajacy. Rybacy wiedzieli, ze gotuje sie wyprawa na Lachiw[824], i wcale nie ukrywali sie z tym przed namiestnikiem. Widzial tedy pan Skrzetuski, ze jego ekspedycja moze istotnie jest sp'o'zniona; moze, nim dojedzie do Siczy, pulki molojc'ow[825] rusza juz na p'olnoc, ale kazano mu jecha'c, wiec jako prawy zolnierz, nie rozumowal i postanowil dotrze'c cho'cby w 'srodek zaporoskiego obozu.

Nazajutrz rano wyruszyli w dalsza droge. Pomineli cudny Tare'nski R'og, Sucha G'ore i Ko'nski Ostr'og slawny ze swoich bagien i mn'ostwa gadzin, kt'ore go niezdatnym do mieszkania czynily. Wszystko tu juz, i dziko's'c okolicy, i zwiekszony ped w'od, zwiastowalo blisko's'c poroh'ow[826]. Az wreszcie wieza kudacka[827] zarysowala sie na widnokregu pierwsza cze's'c podr'ozy byla sko'nczona.

Namiestnik jednak nie dostal sie tego wieczora do zamku, bo pan Grodzicki zaprowadzil taki porzadek, ze gdy przed zachodem slo'nca wybito haslo, nie wpuszczano nikogo z zamku i do zamku i gdyby nawet sam kr'ol przyjechal, musialby nocowa'c w Slob'odce stojacej pod walami fortecy.

Tak tez uczynil i namiestnik. Nocleg to byl niezbyt wygodny, bo chaty w Slob'odce, kt'orych znajdowalo sie ze sze's'cdziesiat, ulepione z gliny, tak byly szczuple, iz do niekt'orych okrakiem trzeba bylo wlazi'c. Innych tez nie oplacilo sie budowa'c, bo je forteca za kazdym napadem tatarskim w perzyne obracala, a to dlatego, by nie dawaly napastnikom zaslony i bezpiecznego do wal'ow przystepu. Mieszkali w onej Slob'odce ludzie zachozi, to jest przybledowie z Polski, Rusi, Krymu i Woloszy[828]. Kazden[829] tu byl niemal innej wiary, ale tam o to nikt nie pytal. Grunt'ow nie wyrabiali dla niebezpiecze'nstwa od ordy, zywili sie ryba i zbozem dostawianym z Ukrainy, pili palanke[830] z prosa, a trudnili sie rzemioslami, dla kt'orych w zamku ich ceniono.

Namiestnik oka prawie zmruzy'c nie m'ogl dla niezno'snego zapachu ko'nskich sk'or, z kt'orych rzemienie w Slob'odce wyprawiano. Nazajutrz 'switaniem, jak tylko wydzwoniono i na trabach wygrano rozbudzenie, dal zna'c do zamku, iz posel ksiazecy przybyl i prosi o przyjecie. Grodzicki, kt'ory 'swiezo mial w pamieci wizyte ksiazeca, sam na jego spotkanie wyszedl. Byl to czlowiek pie'cdziesiecioletni, jednooki jak cyklop[831] i posepny, bo siedzac w pustyni na ko'ncu 'swiata i nie widujac ludzi, zdziczal, a sprawujac nieograniczona wladze, nabral powagi i surowo'sci. Twarz mu przy tym zeszpecila ospa, a ozdobily naciecia szabel i blizny od strzal tatarskich, podobne do bialych pietn na ciemnej sk'orze. Byl to jednak zolnierz szczery, czujny jak zuraw, kt'ory ustawicznie oczy mial w strone Tatar'ow i Kozak'ow wytezone. Pijal tylko wode, nie sypial, jak siedm godzin na dobe, czestokro'c zrywal sie w nocy, by obaczy'c, czy straze dobrze wal'ow pilnuja, i za najmniejsze niedbalstwo porywal na 'smier'c zolnierzy. Dla Kozak'ow wyrozumialy, cho'c gro'zny, zyskal sobie ich szacunek. Gdy zima glodno bywalo na Siczy[832], zbozem ich wspomagal. Byl to Rusin pokroju tych, kt'orzy swego czasu z Przeclawem Lanckoro'nskim[833] i Samkiem Zborowskim[834] w stepy chodzili.

To tedy waszmo's'c na Sicz jedziesz? pytal Skrzetuskiego wprowadziwszy go poprzednio do zamku i uczestowawszy go'scinnie.

Na Sicz. Jakie waszmo's'c, mo'sci komendancie, masz stamtad nowiny?

Wojna! Ataman koszowy[835] ze wszystkich lug'ow, rzeczek i wysp 'sciaga Kozak'ow. Zbiegi[836] z Ukrainy ida, kt'orym przeszkadzam, jak moge. Wojska tam juz jest na trzydzie'sci tysiecy albo i wiecej. Gdy na Ukraine rusza, gdy sie z nimi grodowi Kozacy i czer'n polacza, bedzie ich sto tysiecy.

A Chmielnicki?

Lada dzie'n z Krymu z Tatarami spodziewany. Moze juz jest; prawde rzec, niepotrzebnie waszmo's'c do Siczy chcesz jecha'c, bo wkr'otce tu ich sie doczekasz; ze za's Kudaku[837] nie mina ani go za soba nie zostawia, to pewna.

A obronisz sie waszmo's'c?

Grodzicki popatrzyl na namiestnika posepnie i odrzekl dobitnym, spokojnym glosem:

A ja sie nie obronie...

Jak to?

Bo proch'ow nie mam. Malo dwadzie'scia cz'olen poslalem, by mi cho'c troche przyslano i nie przyslano. Nie wiem-li: przejeto go'nc'ow czy sami nie maja wiem, ze dotad nie przyslano. Mam na dwa tygodnie na dluzej nie. Gdybym mial dosy'c, pierwej bym Kudak i siebie w powietrze wysadzil, nimby tu noga kozacza postala. Kazano mi tu leze'c leze, kazano czuwa'c czuwam, kazano zeby wyszczerza'c wyszczerzam, a gdy zgina'c przyjdzie raz maty rodyla[838] i to potrafie.

A samze waszmo's'c nie mozesz proch'ow robi'c?

Od dw'och juz miesiecy Zaporozcy saletry[839] mi nie puszczaja, kt'ora od Czarnego Morza przywozi'c trzeba. Wszystko jedno. Zgine!

Uczy'c sie nam od was, starych zolnierz'ow[840]. A gdyby's sam waszmo's'c po prochy ruszyl?

Mosanie, ja Kudaku nie zostawie i zostawi'c nie moge; tu mi bylo zycie, tu niech 'smier'c bedzie. Wa's'c nie my'sl takze, ze na bankiety i wspaniale recepcje jedziesz, jakimi gdzie indziej posl'ow witaja, albo ze cie tam godno's'c poselska osloni. Toz oni wlasnych ataman'ow morduja i od czasu, jak tu siedze, nie pamietam, by kt'ory sczezl[841] swoja 'smiercia. Zginiesz i ty.

Skrzetuski milczal.

Widze, ze duch w wa'cpanu ga'snie. To lepiej nie jed'z.

M'oj mo'sci komendancie rzekl na to z gniewem namiestnik wymy'slze co lepszego, by mnie przestraszy'c, bo to, co mi powiadasz, juzem slyszal z dziesie'c razy, a kiedy mi radzisz nie jecha'c, to widze, sam by's na moim miejscu nie jechal zwaz przeto, czy ci nie tylko proch'ow, ale i fantazji do obrony Kudaku[842] nie zbraknie.

Grodzicki, zamiast sie rozgniewa'c, spojrzal ja'sniej na namiestnika.

Zubastaja szczuka[843]! mruknal po rusi'nsku. Przebacz mi waszmo's'c. Z odpowiedzi twojej miarkuje, ze potrafisz dignitatem[844] ksiecia i stanu szlacheckiego utrzyma'c. Dam ci tedy pare czajek, bo bajdakami[845] poroh'ow[846] nie przejedziesz.

O to tez przybylem prosi'c waszmo'sci.

Kolo Nienasytca[847] kazesz je ladem ciagna'c, bo cho'c woda duza, ale tam nigdy przejecha'c nie mozna. Ledwie sie jakie male cz'olenko przemknie. A gdy juz bedziesz na niskich wodach, tedy sie pilnuj, by cie nie zaskoczono, i pamietaj, ze zelazo a ol'ow od sl'ow wymowniejsze. Tam tylko 'smialych ludzi cenia. Czajki[848] beda na jutro gotowe, kaze tylko drugie rudle[849] poprzyprawia'c, bo jednego na porohach malo.

To rzeklszy Grodzicki wyprowadzil z izby namiestnika, by mu zamek i jego porzadki pokaza'c. Wszedy panowal wzorowy lad i karno's'c. Straze dniem i noca gesto czuwaly na walach, kt'ore je'ncy tatarscy musieli bez przestanku wzmacnia'c i poprawia'c.

Co rok na lokie'c wyzej walu sypie rzekl pan Grodzicki totez tak juz ur'osl, ze gdybym mial proch'ow dostatek i we sto tysiecy nic by mi nie zrobili; ale bez strzelby nie obronie, gdy przemoc przyjdzie.

Forteca byla istotnie nie do zdobycia, bo pr'ocz armat bronily jej dnieprowe przepa'scie i niedostepne skaly pionowo zeskakujace w wode; nie potrzebowala nawet wielkiej zalogi. Totez w zamku nie stalo wiecej nad sze's'cset ludzi, ale za to co najprzebra'nszego zolnierza, uzbrojonego w muszkiety i samopaly[850]. Dniepr, plynac w tym miejscu 'sci'snietym korytem, tak byl waski, ze rzucona z wal'ow strzala przelatywala daleko na drugi brzeg. Dziala zamkowe panowaly nad oboma brzegami i nad cala okolica. Pr'ocz tego o p'ol mili od zamku stala wysoka wieza, z kt'orej o'sm mil wokolo wida'c bylo, a w niej stu zolnierzy, do kt'orych pan Grodzicki kazdego dnia zagladal. Ci, spostrzeglszy w okolicy lud jaki, dawali natychmiast zna'c do zamku, a w'owczas bito w dzwony i cala zaloga wnet stawala pod bronia.

Prawie tygodnia nie ma m'owil pan Grodzicki bez jakowego's alarmu, bo Tatarzy jak wilki stadami czesto po kilka tysiecy tu sie wl'ocza, kt'orych z dzial strychujemy jak mozna, a czestokro'c tabuny dzikich koni straze biora za Tatar'ow.

I nie przykrzy sie waszmo'sci siedzie'c na takim bezludziu? pytal pan Skrzetuski.

Cho'cby mi tez na pokojach kr'olewskich miejsce dano, to bym tu wolal. Wiecej ja stad 'swiata widze nizeli kr'ol ze swego okna w Warszawie.

Jakoz istotnie z wal'ow wida'c bylo niezmierna przestrze'n step'ow, kt'ore teraz wydawaly sie jednym morzem zielono'sci; na p'olnoc uj'scie Samary, a na poludnie caly bieg dnieprowy, skaly, przepa'scie, lasy, az do pian drugiego porohu, Surskiego.

Pod wiecz'or zwiedzili jeszcze wieze, gdyz Skrzetuski, pierwszy raz widzac te zaginiona w stepach fortece, wszystkiego byl ciekawy. Tymczasem przygotowywano dla niego w Slob'odce czajki[851], kt'ore opatrzone rudlami po obu ko'ncach, stawaly sie zwrotniejsze. Nazajutrz rankiem mial wyruszy'c. Ale przez noc nie kladl sie prawie wcale spa'c rozmy'slajac, co mu czyni'c przystoi wobec niechybnej zguby, kt'ora mu grozilo poslowanie do straszliwej Siczy[852]. Zycie u'smiechalo mu sie wprawdzie, bo byl mlody i kochal, i mial zy'c obok ukochanej; wszelako od zycia wiecej honor i slawe kochal. Ale przyszlo mu do glowy, ze wojna bliska, ze Helena czekajac na niego w Rozlogach moze by'c ogarnieta najokropniejszym pozarem, wystawiona na zapedy nie tylko Bohuna, ale rozpetanej i dzikiej czerni[853], wiec dusze porywala mu trwoga o nia i b'ol. Stepy musialy juz podeschna'c, mozna by juz pewno do Lubni'ow[854] z Rozlog'ow jecha'c, a tymczasem on sam kazal Helenie i kniahini na sw'oj powr'ot czeka'c, bo nie spodziewal sie, by burza mogla wybuchna'c tak predko, nie wiedzial, czym grozi jazda do Siczy. Chodzil wiec teraz szybkimi kroki po zamkowej izbie, brode targal i rece lamal. Co mial pocza'c? Jak postapi'c? W my'sli widzial juz Rozlogi w ogniu, otoczone wyjaca czernia, wiecej do szatan'ow niz do ludzi podobna. Wlasne jego kroki odbijaly sie posepnym echem pod sklepieniem zamkowym, a jemu wydalo sie, ze to juz zle moce po Helene ida. Na walach trabiono gaszenie 'swiatel, a jemu zdawalo sie, ze to odglos Bohunowego rogu, i zebami zgrzytal, i za glownie szabli imal. Ach! czemuz to on naparl sie tej ekspedycji i Bychowca jej pozbawil!

Zauwazyl te alteracje[855] pana Rzedzian 'spiacy w progu, wiec wstal, oczy przetarl, obja'snil pochodnie palace sie w zelaznych obreczach i poczal kreci'c sie po komnacie, chcac zwr'oci'c uwage pana.

Ale namiestnik utonal calkowicie w swoich bolesnych my'slach i chodzil dalej, budzac krokami u'spione echa.

Jegomo's'c! Hej, jegomo's'c!... rzekl Rzedzian.

Skrzetuski popatrzyl na niego szklanym wzrokiem. Nagle zbudzil sie z zamy'slenia.

Rzedzian, boisz ty sie 'smierci? spytal.

Kogo? Jak to 'smierci? Co jegomo's'c m'owi?

Bo kto na Sicz[856] jedzie, ten nie wraca.

A to czemu jegomo's'c jedzie?

Moja wola, ty sie w to nie wtracaj, ale ciebie mi zal, bo's dzieciuch, a chociaze's frant[857], tam sie frantostwem nie wykrecisz. Wracaj do Czehryna[858], a potem do Lubni'ow.

Rzedzian zaczal sie drapa'c w glowe.

M'oj jegomo's'c, juzci, 'smierci sie boje, bo kto by sie jej nie bal, to by sie Boga nie bal, gdyz jego to wola zywi'c kogo's albo umorzy'c; ale skoro jegomo's'c dobrowolnie na 'smier'c leziesz, to juz jegomo'scin bedzie grzech, jako pana, nie m'oj, jako slugi, przeto ja jegomo'sci nie opuszcze, bom tez nie chlop zaden, jeno szlachcic, cho'c ubogi, ale tez nie bez ambicji.

Wiedzialem, ze's dobry pacholek, powiem ci jednak: nie chcesz po dobrej woli jecha'c, pojedziesz z rozkazu, bo juz inaczej nie moze by'c.

Cho'cby mnie jegomo's'c zabil, nie pojade. Co to jegomo's'c sobie my'sli, zem jest Judasz jaki czy co, zebym jegomo'sci mial na 'smier'c wydawa'c?

Tu Rzedzian podni'osl rece do oczu i poczal bucze'c glo'sno, widzial wiec pan Skrzetuski, ze ta droga do niego nie trafi, a rozkazywa'c gro'znie nie chcial, bo mu bylo chlopca zal.

Sluchaj rzekl do niego pomocy mi zadnej nie dasz, ja przecie takze dobrowolnie glowy pod miecz kla's'c nie bede, a do Rozlog'ow listy zawieziesz, na kt'orych mnie wiecej jak na samym zywocie zalezy. Powiesz tam jejmo'sci i kniaziom, by zaraz, bez najmniejszej zwloki, panienke do Lubni'ow odwie'zli, bo ich inaczej rebelia zaskoczy sam tez dopilnujesz, by sie to stalo. Wazna ci funkcje powierzam, przyjaciela godna, nie slugi.

To niech jegomo's'c kogo innego wyszle[859]; z listem kazdy pojedzie.

A kogo ja tu mam zaufanego? Czy's zglupial! To ci powtarzam: uratuj mi po dwakro'c zycie, a jeszcze mi takowej przyslugi nie oddasz, gdyz w mece zyje my'slac, co moze sie sta'c, i od bole'sci sk'ora na mnie potnieje.

O dla Boga! Widze, ze musze jecha'c, ale mi tak jegomo'sci zal, ze cho'cby's mi jegomo's'c ten kropiasty pas darowal, zgola bym sie nie pocieszyl.

Bedziesz pas mial, jeno spraw sie dobrze.

Nie chce ja i pasa, byle's mi jegomo's'c jecha'c z soba dozwolil.

Jutro wr'ocisz czajka[860], kt'ora pan Grodzicki do Czehryna[861] wysyla, dalej bez zwloki ni odpoczynku ruszysz prosto do Rozlog'ow. Tam kniahini nic nie m'ow, czy mi co grozi, ani panience, pro's tylko, by zaraz, cho'cby konno, do Lubni'ow[862] jechaly, cho'cby bez tobol'ow zadnych. Oto masz trzos na droge, listy zaraz ci napisze.

Rzedzian padl do n'og namiestnika.

Panie m'oj, zali nie mam cie ujrze'c wiecej?

Jak B'og da, jak B'og da! odparl podnoszac go namiestnik. Ale w Rozlogach wesola twarz pokazuj. Teraz id'z spa'c.

Reszta nocy zeszla Skrzetuskiemu na pisaniu list'ow i zarliwej modlitwie, po kt'orej zaraz przylecial do niego aniol uspokojenia. Tymczasem noc zbladla i 'swit ubielil waskie okienka od wschodu. Dnialo az i r'ozowe blaski wkradly sie do komnaty. Na wiezy i zamku poczeto gra'c poranne wstawaj. Wkr'otce potem Grodzicki pojawil sie w komnacie.

Mo'sci namiestniku, czajki gotowe.

I jam tez got'ow rzekl spokojnie Skrzetuski.


Rozdzia l VIII | Ogniem i mieczem | Rozdzia l X