home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate |

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

- advertisement



Rozdzial XV

Namiestnik, slyszac bitwe, wyczekiwal ze drzeniem jej ko'nca, sadzac poczatkowo, ze Chmielnicki potyka sie ze wszystkimi silami hetman'ow.

Ale pod wiecz'or stary Zachar wyprowadzil go z bledu. Wie's'c o zdradzie semen'ow[1128] pod wodza Krzeczowskiego i wycieciu Niemc'ow wzburzyla do glebi duszy mlodego rycerza, byla bowiem zapowiedzia przyszlych zdrad, a namiestnik wiedzial doskonale, ze niemala cze's'c wojsk hetma'nskich sklada sie przewaznie z Kozak'ow.

Udreczenia namiestnika wzrastaly, a tryumf w zaporoskim obozie dorzucal jeszcze do nich goryczy. Wszystko zapowiadalo sie jak najgorzej. O ksieciu nie bylo wie'sci, a hetmani popelnili widocznie straszliwy blad, gdyz zamiast ruszy'c wszystka potega ku Kudakowi[1129] albo zreszta czeka'c nieprzyjaciela w warownych obozach na Ukrainie, rozdzielili sily, oslabili sie dobrowolnie, dali szerokie pole wiarolomstwu i zdradzie. W obozie zaporoskim m'owiono wprawdzie juz poprzednio o panu Krzeczowskim i osobnym wyslaniu wojsk pod wodza Stefana Potockiego[1130], ale namiestnik nie dawal wiary tym wie'sciom. Sadzil, ze to sa silne podjazdy, kt'ore w pore beda cofniete. Tymczasem stalo sie inaczej. Chmielnicki wzmocnil sie przez zdrade Krzeczowskiego kilkoma tysiacami ludzi, a nad mlodym Potockim zawislo straszliwe niebezpiecze'nstwo. Pozbawionego pomocy i zablakanego w pustyniach latwo teraz m'ogl Chmielnicki otoczy'c i zgnie's'c zupelnie.

W b'olach od ran, w niepokoju, w czasie nocy bezsennych pocieszal sie Skrzetuski tylko my'sla o ksieciu. Gwiazda Chmielnickiego musi przecie zbledna'c, gdy ksiaze podniesie sie w swoich Lubniach[1131]. A kt'oz moze wiedzie'c, czy on juz nie polaczyl sie z hetmany[1132]? Jakkolwiek znaczne byly sily Chmielnickiego, jakkolwiek poczatki pochodu pomy'slne, jakkolwiek szedl z nim Tuhaj-bej, a w razie niepowodzenia obiecal ruszy'c w pomoc sam carz krymski, Skrzetuskiemu ani w glowie nie powstala my'sl, by ta zawierucha mogla trwa'c dlugo, by jeden Kozak m'ogl wstrzasna'c cala Rzeczpospolita i zlama'c gro'zna jej sile. U prog'ow ukrainnych ta fala sie rozbije my'slal namiestnik. Jakze to bowiem ko'nczyly sie wszystkie bunty kozacze? Wybuchaly jak plomie'n i gasly po pierwszym zetknieciu sie z hetmanami. Tak bylo az dotad. Gdy z jednej strony stawalo do boju gniazdo drapieznik'ow nizowych, z drugiej potega, kt'orej brzegi oblewaly dwa morza rozwiazanie latwym bylo do przewidzenia. Burza nie moze by'c trwala, wiec przejdzie i nastanie pogoda. Ta my'sl krzepila pana Skrzetuskiego i mozna rzec, utrzymywala go na nogach, bo zreszta ciazylo na nim brzemie tak ciezkie, jakiego nigdy dotad w zyciu nie d'zwigal. Burza, cho'c przejdzie, moze spustoszy'c pola, zburzy'c domy i naczynie szk'od niepowetowanych. Oto z przyczyny tej burzy on sam o malo zycia nie stracil, sil sie zbawil[1133] i popadl w gorzka niewole wla'snie w'owczas, gdy mu na wolno'sci tyle prawie, ile na samym zyciu zalezalo. Jakze tedy od zawieruchy mogly ucierpie'c istoty slabsze, nie umiejace sie broni'c? Co tam dzialo sie w Rozlogach z Helena?

Ale Helena musiala by'c juz w Lubniach. Namiestnik widywal ja we snach otoczona przez twarze zyczliwe, przyholubiona przez samego ksiecia i ksiezne Gryzelde, podziwiana przez rycerzy a jeno teskna za swoim usarzem, kt'oren gdzie's przepadl na Siczy[1134]. Ale przyjdzie wreszcie chwila, ze usarz wr'oci. Oto sam Chmielnicki przyrzekl mu wolno's'c a zreszta fala kozacka plynie i plynie do prog'ow Rzeczypospolitej; gdy sie rozbije, bedzie koniec zmartwieniom, zgryzotom i niepokojom.

Fala plynela rzeczywi'scie. Chmielnicki, nie zwl'oczac, ruszyl ob'oz i ciagnal na spotkanie syna hetma'nskiego. Sila jego byla juz rzeczywi'scie gro'zna, bo wraz z semenami Krzeczowskiego i czambulem[1135] Tuhaj-beja wi'odl blisko 25 000 wy'cwiczonych i boju chciwych wojownik'ow. O silach Potockiego nie bylo pewnych wiadomo'sci. Zbiegowie m'owili, ze prowadzi dwa tysiace ciezkiej jazdy i kilkana'scie armatek. Bitwa w tej proporcji sil mogla by'c watpliwa, bo jeden atak straszliwej husarii wystarczal czesto do zgniecenia dziesie'ckro'c liczniejszych zastep'ow. Tak pan Chodkiewicz[1136], hetman litewski, w trzy tysiace husarzy starl czasu swego pod Kircholmem[1137] na proch o'smna'scie[1138] tysiecy wybranej piechoty i jazdy szwedzkiej; tak pod Kluszynem[1139] jedna choragiew pancerna w szalonej furii rozniosla kilka tysiecy angielskich i szkockich najemnik'ow. Chmielnicki pamietal o tym, wiec szedl, wedle sl'ow ruskiego kronikarza, z wolna i ostroznie: mnogimi umu swojego oczyma[1140], jako lowiec chytry, na wszystkie strony pogladajac i straze na mile i dalej od obozu majac [1141]. Tak zblizyl sie ku Z'oltej Wodzie[1142]. Zlapano znowu dw'och jezyk'ow. Ci potwierdzili szczuplo's'c sil koronnych i donie'sli, iz kasztelan przeprawil sie juz przez Z'olta Wode. Zaslyszawszy to, Chmielnicki stanal jak wryty na miejscu i okopal sie walami.

Serce bilo mu rado'snie. Jezeli Potocki odwazy sie na szturm, tedy musi by'c pobity. Kozacy nie umieja dosta'c[1143] w polu pancernym, ale zza walu bija sie doskonale i w tak wielkiej przewadze sil szturmy niechybnie odepra. Chmielnicki liczyl na mlodo's'c i niedo'swiadczenie Potockiego. Ale przy mlodym kasztelanie byl do'swiadczony zolnierz, staro'scic zywiecki pan Stefan Czarniecki, pulkownik usarski. Ten spostrzegl niebezpiecze'nstwo i sklonil kasztelana, by cofnal sie na powr'ot za Z'olta Wode.

Chmielnickiemu nie pozostalo nic innego, jak ruszy'c za nimi. Drugiego dnia, przeprawiwszy sie przez topieliska z'oltowodzkie, oba wojska stanely sobie oko w oko.

Ale zaden z wodz'ow nie chcial uderzy'c pierwszy. Nieprzyjazne obozy poczely po'spiesznie otacza'c sie sza'ncami. Byla to sobota, dzie'n 5 maja. Caly dzie'n deszcz lal obficie. Chmury zawalily tak niebo, iz od poludnia panowal mrok jakoby w dniu zimowym. Pod wiecz'or ulewa zwiekszyla sie jeszcze. Chmielnicki rece zacieral z rado'sci.

Niech jeno step rozmieknie m'owil do Krzeczowskiego a nie bede sie wahal wstepnym bojem i z usaria sie potyka'c, gdyz oni w swych ciezkich zbrojach w blocie potona.

A deszcz padal i paddal, jakby samo niebo chcialo Zaporozu[1144] przyj's'c w pomoc.

Wojska okopywaly sie leniwie i posepnie w'sr'od strug wody. Ogni nie mozna bylo rozpali'c. Kilka tysiecy ordy'nc'ow[1145] wyszlo z obozu pilnowa'c, aby tabor polski, korzystajac z mgly, fali i nocy, nie pr'obowal sie wymkna'c. Po czym zapadla cisza gleboka. Slycha'c bylo tylko szelest ulewy i szum wiatru. Zapewne tez nikt nie spal w obu obozach.

Nad ranem traby zagraly w polskim obozie dlugo i zalo'snie, jakby na trwoge, potem bebny tu i owdzie zaczely warcze'c. Dzie'n wstawal smutny, ciemny, wilgotny, nawalnica ustala, ale padal jeszcze drobny deszczyk, jakoby przesiewany przez sito.

Chmielnicki kazal uderzy'c z dziala.

Za nim wnet ozwalo sie drugie, trzecie, dziesiate i gdy z obozu do obozu zaczela sie zwykla z armat korespondencja, pan Skrzetuski rzekl do swego kozackiego aniola str'oza:

Zachar, wyprowad'z mnie na szaniec, abym za's m'ogl widzie'c, co sie dzieje.

Zachar sam byl ciekawy, wiec nie stawial oporu. Poszli na wysoki naroznik, skad wida'c bylo jak na dloni zaklesla nieco doline stepowa, topieliska z'oltowodzkie i oba wojska. Ale zaledwie pan Skrzetuski spojrzal, wraz sie uchwycil za glowe i wykrzyknal:

Na Boga zywego! toz to jest podjazd, nic wiecej!

Rzeczywi'scie, waly obozu kozackiego rozciagaly sie blisko na 'cwier'c mili, gdy tymczasem polski wygladal w por'ownaniu z nim jakby sza'nczyk tylko. Nier'owno's'c sil byla tak wielka, ze zwyciestwo Kozak'ow nie moglo by'c watpliwym.

B'ol 'scisnal serce namiestnika. Nie nadeszla wiec jeszcze godzina upadku dla pychy i buntu, a ta, co nadejdzie, ma by'c nowym jego tryumfem! Tak sie przynajmniej zdawalo.

Harce pod ogniem dzial byly juz rozpoczete. Z naroznika wida'c bylo pojedynczych je'zd'zc'ow albo gromadki ich 'scierajace sie z soba. To Tatarzy harcowali z semenami Potockich przybranymi w granatowe i z'olte barwy. Je'zd'zcy dopadali do siebie i odskakiwali szybko, zajezdzali sie wzajemnie z bok'ow, godzili w siebie z pistolet'ow i luk'ow lub wl'oczniami, starali sie chwyta'c wzajemnie na arkany. Utarczki owe wydawaly sie z daleka raczej zabawa i tylko konie biegajace tu i owdzie bez je'zd'zc'ow po bloniu wskazywaly, ze tam przecie chodzi o 'smier'c i zycie.

Tatar'ow wysypywalo sie coraz wiecej. Wkr'otce blonie zaczernilo sie od zbitych ich mas; w'owczas tez i z obozu polskiego poczely wysuwa'c sie coraz nowe choragwie i ustawia'c sie w szyku bojowym przed okopem. Bylo tak blisko, ze pan Skrzetuski bystrym swym wzrokiem odr'ozni'c m'ogl wyra'znie znaki, bu'nczuki[1146], a nawet rotmistrz'ow i namiestnik'ow, kt'orzy stawali ko'nmi troche bokiem przy choragwiach.

Serce poczelo w nim skaka'c, na blada twarz bily rumie'nce i jak gdyby m'ogl znale'z'c wdziecznych sluchacz'ow w Zacharze i Kozakach stojacych przy dzialach na narozniku, wolal z uniesieniem, w miare jak choragwie wysuwaly sie zza okopu:

To dragonia pana Balabana! widzialem ich w Czerkasach[1147]!

To woloska[1148] choragiew; krzyz maja w znaku!

O! ono piechota zstepuje z wal'ow!

Po czym jeszcze z wiekszym uniesieniem, otworzywszy rece:

Usaria! usaria pana Czarnieckiego!

Istotnie ukazala sie i husaria, a nad nia chmura skrzydel i sterczacy w g'ore las wl'oczni zdobnych w zlotawe kitajki[1149] i w dlugie zielono-czarne proporce. Wyjechali sz'ostkami z okopu i ustawili sie pod walem, a na widok ich spokoju, powagi i sprawno'sci az lzy radosne ukazaly sie w oczach pana Skrzetuskiego i za'cmily mu wzrok na chwile.

Cho'c sily byly tak nier'owne, cho'c naprzeciwko tych kilku choragwi czerniala cala lawa Zaporozc'ow i Tatar'ow, kt'orzy, jak zwykle, zajeli skrzydla, cho'c szyki ich tak rozciagnely sie po stepie, ze ko'nca ich trudno bylo dojrze'c, pan Skrzetuski wierzyl juz w zwyciestwo. Twarz mu sie 'smiala, sily wr'ocily, oczy wytezone na blonie strzelaly ogniem, jeno na miejscu usta'c nie m'ogl. Hej, detyno[1150]! mruknal stary Zachar chcialaby dusza do raju!

Tymczasem kilka lu'znych oddzial'ow tatarskich z krzykiem i hallakowaniem[1151] rzucilo sie naprz'od. Z obozu odpowiedziano strzalami. Ale byl to tylko postrach. Tatarzy nie dobieglszy nawet do polskich choragwi pierzchneli na obie strony ku swoim i znikli w tlumie.

Wtem ozwal sie wielki beben siczowy[1152], a na jego glos wnet olbrzymi p'olksiezyc kozacko-tatarski ruszyl z kopyta naprz'od. Chmielnicki pr'obowal widocznie, czy jednym zamachem nie zdola zgnie's'c owych choragwi i zaja'c obozu. W razie poplochu byloby to mozliwym. Wszelako nic podobnego nie okazywalo sie miedzy polskimi choragwiami. Staly one spokojnie, rozwiniete w do's'c dluga linie, kt'orej tyl zaslanial okop, boki za's dziala taborowe, tak ze mozna bylo na nia uderzy'c tylko z frontu. Przez chwile zdawalo sie, ze przyjma bitwe na miejscu, ale gdy p'olksiezyc przebiegl juz polowe blonia, ozwaly sie w okopie trabki do ataku i nagle plot kopii sterczacych az dotad ku g'orze znizyl sie od razu do gl'ow ko'nskich.

Usaria uderza! krzyknal pan Skrzetuski.

Jakoz pochylili sie w siodlach i ruszyli naprz'od, a zaraz za nimi drago'nskie choragwie i cala linia bojowa.

Uderzenie husarzy bylo straszne. W pierwszym impecie trafili ha trzy kurzenie, dwa steblowskie i mirhorodzki i starli je w mgnieniu oka. Wycie doszlo az do uszu pana Skrzetuskiego. Konie i ludzie, zwaleni z n'og olbrzymim ciezarem zelaznych je'zd'zc'ow, padli jak lan pod tchnieniem burzy. Op'or trwal tak kr'otko, ze Skrzetuskiemu zdalo sie, iz jaki's olbrzymi smok polknal jednym haustem te trzy pulki. A byl to przecie najzacietszy zolnierz siczowy. Przerazone szumem skrzydel konie zaczely roznosi'c poploch w szeregach zaporoskich. Pulki: irklejewski, kalnibolocki, mi'nski, szkury'nski i titorowski zmieszaly sie zupelnie, a naciskane przez masy pierzchajacych jely i same ustepowa'c bezladnie. A tymczasem dragonia dognala husarzy i rozpoczela wraz z nimi krwawe zniwo. Kurze'n wasiury'nski pierzchnal po zacietym, ale kr'otkim oporze i gnal w dzikim poplochu az do samych okop'ow kozackich. 'Srodek sil Chmielnickiego chwial sie coraz bardziej i bity, spedzany w bezladne gromady, ciety mieczami, party zelazna nawala, nie m'ogl uchwyci'c chwili, by przystana'c i sprawi'c sie na nowo.

Czorty, ne Lachy[1153]! krzyknal stary Zachar.

Skrzetuski byl jakby w oblakaniu. Chorym bedac, nie umial panowa'c nad soba, wiec 'smial sie i plakal jednocze'snie, a chwilami krzyczal slowa komendy, jakby sam choragiew prowadzil. Zachar trzymal go za poly i innych w pomoc musial wola'c.

Bitwa przyblizyla sie tak do taboru kozackiego, ze niemal twarze mozna juz bylo rozezna'c. Z okop'ow bito z dzial, ale kule kozackie, kladac zar'owno swoich, jak nieprzyjaci'ol, powiekszaly jeszcze zamieszanie.

Husaria natknela sie na kurze'n paszkowski, kt'ory stanowil gwardie hetma'nska i w 'srodku kt'orego byl sam Chmielnicki. Nagle krzyk straszny rozlegl sie po wszystkich szeregach zaporoskich: wielka choragiew malinowa zachwiala sie i padla.

Ale w tej chwili Krzeczowski na czele pieciu tysiecy swoich semen'ow[1154] ruszyl do boju. Siedzac na bulanym ogromnym koniu, lecial w pierwszym szeregu, bez czapki, z szabla nad glowa, zgarniajac przed soba rozproszonych Nizowc'ow[1155], kt'orzy spostrzeglszy nadchodzaca pomoc, cho'c i bez ordynku[1156] wracali do ataku. Bitwa zawrzala w 'srodku linii na nowo.

Na obu skrzydlach szcze'scie r'owniez nie dopisalo Chmielnickiemu. Tatarzy, po dwakro'c odparci przez woloskie[1157] choragwie i semen'ow Potockich, stracili calkiem ochote do boju. Pod Tuhaj-bejem ubito dwa konie. Zwyciestwo przechylilo sie stanowczo na strone mlodego Potockiego.

Bitwa jednak nie trwala juz dlugo. Ulewa, kt'ora od niejakiego czasu wzrastala coraz bardziej, wkr'otce zwiekszyla sie do tego stopnia, ze przez fale dzdzowe 'swiata nie bylo wida'c. Juz nie strugi, ale potoki deszczu spadaly na ziemie z otwartych upust'ow niebieskich. Step zmienil sie w jezioro. Zrobilo sie tak ciemno, ze o kilka krok'ow czlowiek czlowieka nie odr'oznial. Szum deszczu gluszyl komende. Zamoczone muszkiety i samopaly[1158] umilkly. Samo niebo polozylo koniec rzezi.

Chmielnicki, przemoczony do nitki, w'sciekly wpadl do swego taboru. Nie przem'owil do nikogo ani slowa. Rozbito mu namiocik ze sk'or wielbladzich, pod kt'ory schroniwszy sie siedzial samotny przezuwajac gorzkie my'sli.

Ogarniala go rozpacz. Teraz dopiero pojal, jakiego to jal sie dziela. Oto byl pobity, odparty, niemal zlamany w bitwie z tak malymi silami, ze slusznie m'ogl je za podjazd uwaza'c. Wiedzial on, jak wielka byla sila odporna wojsk Rzeczypospolitej, i bral to w rachube, gdy sie na wojne odwazyl, a przecie przeliczyl sie. Tak przynajmniej zdawalo mu sie w tej chwili, wiec chwytal sie za podgolony leb i pragnal rozbi'c go o pierwsze spotkane dzialo. C'oz dopiero, gdy przyjdzie mie'c sprawe z hetmanami i z cala Rzeczapospolita?

Rozmy'slania przerwalo wej'scie Tuhaj-beja.

Oczy Tatara palaly w'scieklo'scia, twarz byla blada, a zeby blyskaly zza warg nieobroslych wasem.

Gdzie lupy? gdzie je'ncy? gdzie glowy wodz'ow? gdzie zwyciestwo? pytal ochryplym glosem.

Chmielnicki zerwal sie z miejsca.

Tam! odparl gromko, ukazujac w strone koronnego taboru.

Id'zze tam! ryknal Tuhaj-bej a nie p'ojdziesz, to cie na sznurze do Krymu powiode.

P'ojde! rzekl Chmielnicki p'ojde dzi's jeszcze! lupy wezme i je'nc'ow wezme, ale ty zdasz sprawe chanowi, bo lupu chcesz, a boju unikasz!

Psie! zawyl Tuhaj ty gubisz wojsko chanowe!

I chwile stali naprzeciw siebie, parskajac nozdrzami jak dwa ody'nce[1159]. Ochlonal pierwszy Chmielnicki.

Tuhaj-beju, uspok'oj sie! rzekl. Fala przerwala bitwe, gdy Krzeczowski zlamal juz dragonie[1160]. Ja ich znam! Jutro juz z mniejsza furia bi'c sie beda. Step rozmieknie do reszty. Husaria ulegnie. Jutro wszyscy beda nasi.

Rzekle's! burknal Tuhaj-bej.

I dotrzymam. Tuhaj-beju, m'oj przyjacielu, chan mi cie na pomoc przyslal, nie na biede.

Przyrzekale's zwyciestwa, nie kleski.

Wzieto troche je'nc'ow z dragonii, kt'orych ci oddam.

Oddaj. Kaze ich na pal powbija'c.

Nie czy'n tego. Pu's'c ich wolno. To ludzie ukrainni spod choragwi Balabana, po'slem ich, by dragon'ow na nasza strone przeciagneli. Bedzie tak jak z Krzeczowskim.

Tuhaj-bej udobruchal sie; spojrzal bystro na Chmielnickiego i mruknal:

Wezu...

Chytro's'c tyle co mestwo warta. Je'sli dragon'ow do zdrady nam'owim, noga z taboru nie ujdzie rozumiesz!

Potockiego ja wezme.

Dam ci go i Czarnieckiego takze.

Daj teraz gorzalki, bo zimno.

Zgoda.

W tej chwili wszedl Krzeczowski. Pulkownik byl ponury jak noc. Przyszle pozadane starostwa, kasztelanie, zamki i skarby zasunely sie jakby mgla po dzisiejszej bitwie. Jutro moga znikna'c calkowicie, a moze z owej mgly wynurzy sie zamiast nich stryczek lub szubienica. Gdyby nie to, ze pulkownik, wydawszy Niemc'ow hetma'nskich spalil za soba mosty bylby z pewno'scia teraz rozmy'slal, jak z kolei zdradzi'c Chmielnickiego, a przej's'c z semenami do obozu Potockiego.

Ale bylo to juz niemozebne.

Siedli tedy we trzech nad gasiorem gorzalki i poczeli pi'c w milczeniu. Szum ulewy ustawal z wolna.

Zmierzchalo.

Pan Skrzetuski, wyczerpany z rado'sci, oslably, blady, lezal nieruchomie na teledze[1161]. Zachar, kt'ory go pokochal, kazal swoim Kozakom rozpia'c i nad nim wojlokowy[1162] daszek. Namiestnik sluchal posepnego szumu ulewy, ale w duszy bylo mu widno, jasno, blogo. Oto jego husarze pokazali, co umieja, oto jego Rzeczpospolita dala op'or godny swego majestatu, oto pierwszy impet kozackiej burzy rozbil sie juz na ostrzach wl'oczni wojsk koronnych. A przecie sa jeszcze hetmani, jest ksiaze Jeremi[1163] i tylu pan'ow, tyle szlachty, tyle potegi, nad tym wszystkim za's kr'ol primus inter pares[1164].

Duma podnosila piersi pana Skrzetuskiego, jak gdyby cala ta potega byla w nim teraz.

W poczuciu jej, po raz pierwszy od czasu utraty wolno'sci na Siczy[1165], poczul pewna lito's'c nad Kozakami: Winni sa, ale i za'slepieni, gdy z motyka na slo'nce sie porwali pomy'slal. Winni sa, ale nieszcze'sliwi, gdy dali sie porwa'c jednemu czlowiekowi, kt'ory ich na oczywista zgube prowadzi.

Potem my'sl jego wedrowala dalej. Nastanie spok'oj, a w'owczas kazdy o swym prywatnym szcze'sciu bedzie mial prawo pomy'sle'c. Tu pamiecia i dusza zawisnal nad Rozlogami. Tam, w blisko'sci lwiej jamy, musi by'c cicho jak makiem sial. Tam bunt nigdy glowy nie podniesie, a cho'cby podni'osl Helena juz w Lubniach[1166] niezawodnie.

Nagle huk dzial przerwal zlote nici jego rozmy'sla'n.

To Chmielnicki, upiwszy sie, wyprowadzil znowu pulki do ataku.

Ale sko'nczylo sie na grze z dzial, Krzeczowski pohamowal hetmana.

Nazajutrz byla niedziela. Caly dzie'n zeszedl spokojnie i bez wystrzalu. Obozy lezaly naprzeciw siebie jakby obozy dw'och wojsk sprzymierzonych.

Skrzetuski przypisywal te cisze zniecheceniu Kozak'ow. Niestety! nie wiedzial, ze tymczasem Chmielnicki, mnogimi oczyma swego umu[1167] patrzac przed siebie, pracowal nad przeciagnieniem[1168] na swa strone dragon'ow Balabana.

W poniedzialek bitwa zawrzala od 'switu. Skrzetuski patrzyl na nia jak i pierwej, z u'smiechnieta, wesola twarza. I znowu pulki koronne wystapily przed okop; tym jednak razem nie puszczajac sie do ataku dawaly wstret nieprzyjacielowi z miejsca. Step rozmoknal nie tylko na powierzchni, jak pierwszego dnia bitwy, ale do glebi. Ciezka jazda nie mogla sie prawie porusza'c, co od razu dalo przewage lotnym choragwiom zaporoskim i tatarskim. U'smiech z wolna ginal z ust Skrzetuskiego. Pod polskim okopem nawalnica atakujacych pokryla prawie zupelnie waskie pasmo choragwi koronnych. Zdawalo sie, ze lada moment la'ncuch 'ow rozerwany zostanie i rozpocznie sie atak wprost do okop'ow. Pan Skrzetuski nie widzial ani polowy tego animuszu, tej ochoty bojowej, z jaka choragwie walczyly dnia pierwszego. Bronily sie i dzi's z zacieto'scia, ale nie uderzyly pierwsze, nie rozbijaly w puch kurzeni'ow, nie zmiataly pola przed soba jak huragan. Grunt stepowy, rozmiekly nie na powierzchni tylko, ale do glebi, uniemozliwial furie i rzeczywi'scie przygwo'zdzil ciezka jazde pod okopem. Rozped stanowil jej sile i rozstrzygal o zwyciestwie, a tymczasem teraz musiala sta'c w miejscu. Chmielnicki za's wprowadzal coraz nowe pulki do boju. Sam byl wszedzie. Kazdy kurze'n osobi'scie wi'odl do ataku i wycofywal sie dopiero tuz przed szablami nieprzyjaci'ol. Zapal jego udzielal sie stopniowo Zaporozcom, wiec cho'c padali gestym trupem, biegli na wy'scigi pod okop z krzykiem i wyciem. Uderzali sie o mur zelaznych piersi, o ostrza wl'oczni i rozbici, zdziesiatkowani, wracali znowu do ataku. Pod tym naporem choragwie poczely sie koleba'c, ugina'c, miejscami cofa'c, tak wla'snie jak zapa'snik, chwycony w zelazne ramiona przeciwnika, to slabnie, to sie zn'ow wysila i wzmaga.

Przed poludniem wszystkie niemal sily zaporoskie byly w ogniu i w bitwie. Walka wrzala tak zaciecie, ze miedzy dwoma liniami walczacych utworzyl sie jak gdyby nowy wal: trup'ow ko'nskich i ludzkich.

Co chwila do okop'ow kozackich wracaly z bitwy gromady wojownik'ow rannych, pokrwawionych, pokrytych blotem, zziajanych, upadajacych ze zmeczenia. Ale wracali ze 'spiewaniem na ustach. Z twarzy ich bil zar bitwy i pewno's'c zwyciestwa. Mdlejac, wolali jeszcze: Na pohybel! Zaloga zostawiona w obozie rwala sie do boju.

Pan Skrzetuski sposepnial. Choragwie polskie poczely sie zmyka'c z pola do okop'ow. Nie mogly juz wytrzyma'c, a w odwrocie ich zna'c bylo goraczkowy po'spiech. Na ten widok dwadzie'scia kilka tysiecy ust wrzasnelo rado'snie. Impet ataku zdwoil sie. Zaporozcy siedli na kark semenom Potockich, kt'orzy zaslaniali odwr'ot.

Ale armaty i grad kul muszkietowych odrzucily ich w tyl. Bitwa na chwile ustala. W obozie polskim rozlegl sie odglos trabki parlamentarskiej.

Chmielnicki jednak nie chcial juz parlamentowa'c. Dwana'scie kurzeni'ow zsiadlo z koni, by wsp'olnie z piechota i Tatarami rozpocza'c szturm do wal'ow.

Krzeczowski w trzy tysiace piechoty mial im przyj's'c w pomoc w chwili stanowczej. Wszystkie kotly, bebny, litaury[1169] i traby ozwaly sie naraz, gluszac okrzyki i salwy muszkiet'ow.

Pan Skrzetuski ze drzeniem patrzyl na glebokie szeregi niezr'ownanej piechoty zaporoskiej biegnacej ku walom i otaczajacej je coraz cia'sniejszym pier'scieniem. Dlugie smugi bialego dymu wybuchaly ku niej z okop'ow, jakby jaka's olbrzymia pier's chciala oddmuchna'c te szara'ncze cisnaca sie nieublaganie ze wszystkich stron. Kule armatnie ryly w niej bruzdy, strzaly samopal'ow[1170] staly sie coraz szybsze. Huk nie ustawal ani na chwile mrowie topnialo w oczach, skrecalo sie miejscami konwulsyjnie jak olbrzymi waz zraniony, ale szlo naprz'od. Juz, juz dobiegaja! juz sa pod okopem! armaty juz im szkodzi'c nie moga! Pan Skrzetuski przymknal powieki.

I teraz pytania szybkie jak blyskawice przelatywaly mu przez glowe: gdy otworzy oczy, czy dojrzy jeszcze polskie proporce na walach? Dojrzy nie dojrzy? Tam gwar coraz wiekszy, tam wrzask jaki's niezwykly. Musialo sie co's sta'c! Krzyki dochodza ze 'srodka obozu.

Co to jest? Co sie stalo?

Boze wszechmocny!

Okrzyk ten wyrwal sie z ust pana Skrzetuskiego, gdy otworzywszy oczy ujrzal na walach zamiast wielkiej zlotej choragwi koronnej malinowa z Archaniolem.

Ob'oz byl zdobyty.

Wieczorem dopiero dowiedzial sie od Zachara namiestnik o calym przebiegu szturmu. Nie pr'ozno Tuhaj-bej nazywal Chmielnickiego wezem, bo oto w chwili najzacietszej obrony podm'owiona przez niego Balabanowa dragonia przeszla do Kozak'ow i rzuciwszy sie z tylu na swoje choragwie dopomogla do wytepienia ich ze szczetem.

Wieczorem widzial namiestnik je'nc'ow i byl przy 'smierci mlodego Potockiego, kt'ory majac gardlo przebite strzala, zyl tylko kilka godzin po bitwie i umarl na reku pana Stefana Czarnieckiego: Powiedzcie ojcu... szeptal w ostatniej chwili mlody kasztelan powiedzcie ojcu zem... jako rycerz..., i nie m'ogl nic wiecej doda'c. Dusza jego opu'scila cialo i uleciala ku niebu. Skrzetuski dlugo potem pamietal te blada twarz i te blekitne oczy wzniesione w chwili 'smierci. Pan Czarniecki 'slub czynil nad stygnacym cialem, ze da-li mu B'og wolno's'c odzyska'c, a potokami krwi 'smier'c przyjaciela i ha'nbe kleski obmyje. I ani lza nie ciekla po surowym jego obliczu, bo to byl rycerz zelazny, wielce juz czynami odwagi wslawiony i czlowiek zadnym nieszcze'sciem nie ugiety. Jakoz 'sluby spelnil. Teraz zamiast desperacji sie poddawa'c, pierwszy krzepil Skrzetuskiego, kt'oren cierpial straszniesznie nad klaska i ha'nba Rzeczypospolitej. Rzeczpospolita niejedna kleske poniosla m'owil pan Czarniecki ale ma ona w sobie sile niespozyta. Nie zlamala jej dotad zadna potega, nie zlamia i bunty chlop'ow, kt'orych sam B'og pokarze, gdyz wystepujac przeciw zwierzchno'sci, Jego to woli sie oponuja. A co do kleski, prawda, iz jest zalosna ale kt'oz te kleske poni'osl? hetmani? wojska koronne? nie! Po odlaczeniu sie i zdradzie Krzeczowskiego oddzial 'ow, kt'oren[1171] prowadzil Potocki, tylko za podjazd m'ogl by'c uwazany. Bunt niechybnie rozejdzie sie po calej Ukrainie, gdyz chlopstwo tam harde i do boju wprawione, ale'c bunt tam to przecie nie pierwszyzna. Zgasza go hetmani z ksieciem Jeremim, kt'orych sily nieporuszone dotad stoja im za's potezniej wybuchnie, tym raz zgaszony, na dluzej, a moze na zawsze ucichnie. Malej wiary i malego serca czlowiekiem bylby ten, kto by m'ogl przypuszcza'c, iz jaki's watazka[1172] kozacki na wsp'olke z jednym murza[1173] tatarskim naprawde moga poteznemu narodowi zagrozi'c. 'Zle by bylo z Rzeczapospolita, gdyby prosta zawierucha chlopska miala stanowi'c o jej losie, o jej egzystencji. Zaiste z pogarda ciagneli'smy na ona wyprawe ko'nczyl pan Czarniecki a cho'c podjazd nasz starto, mniemam, ze hetmani nie mieczem, nie bronia, ale batogami moga ten bunt przytlumi'c.

I gdy tak m'owil, zdawalo sie, ze to m'owi nie jeniec, nie zolnierz po przegranej bitwie, ale dumny hetman pewny jutrzejszego zwyciestwa. Ta wielko's'c duszy i wiara w Rzeczpospolita splynely jako balsam na rany namiestnika. Patrzyl on z bliska na potege Chmielnickiego, wiec go tez i o'slepila troche, tym bardziej ze az dotad szly za nia powodzenia. Ale pan Czarniecki musial mie'c sluszno's'c. Sily hetman'ow stoja jeszcze nieporuszone, a za nimi cala potega Rzeczypospolitej, zatem prawa, wladzy i woli boskiej. Odchodzil tedy namiestnik bardzo na duszy pokrzepion i weselszy, a odchodzac, spytal jeszcze pana Czarnieckiego, czy by nie chcial zaraz uklad'ow z Chmielnickim o wolno's'c rozpocza'c.

Tuhaj-bejowym jestem je'ncem rzekl pan Stefan jemu tez okup zaplace, a z tym watazka nie chce mie'c do czynienia i katu go oddaje.

Zachar, kt'ory panu Skrzetuskiemu ulatwil widzenie sie z wie'zniami, odprowadzajac go do telegi[1174], r'owniez go po drodze pocieszal:

Nie z mlodym Potockim trudno m'owil z hetmany[1175] bedzie trudno. Dzielo dopiero poczete, a jaki bedzie koniec B'og wie! Hej, nabrali Kozacy i Tatarzy polskiego dobra, ale wzia'c a zachowa'c inna rzecz. A ty sie, detyno, nie martw, nie sumuj[1176], bo i tak wolno's'c odzyskasz ty ruszysz do swoich, a stary bedzie juz tuzyl[1177] po tobie. Na staro's'c najgorzej samemu na 'swiecie. Z hetmany bedzie trudno, oj! trudno!

Rzeczywi'scie, zwyciestwo, jakkolwiek 'swietne, nie rozstrzygalo bynajmniej sprawy na korzy's'c Chmielnickiego. Moglo mu ono nawet wypa's'c na niekorzy's'c, bo latwo bylo przewidzie'c, ze teraz hetman wielki[1178], mszczac 'smier'c syna, ze szczeg'olna zawzieto'scia nastawa'c bedzie na Zaporozc'ow i niczego nie omieszka, zeby ich zgnie's'c od razu. Hetman wielki oto zywil pewna nieche'c do ksiecia Jeremiego, kt'ora cho'c pokrywana grzeczno'scia, niemniej objawiala sie do's'c czesto w rozmaitych okoliczno'sciach. Chmielnicki, wiedzac o tym doskonale, przypuszczal, ze teraz nieche'c ta ustanie, i ze teraz pan krakowski[1179] pierwszy wyciagnie reke do zgody, kt'ora zapewni mu pomoc wslawionego wojownika i jego poteznych zastep'ow. A z tak polaczonymi silami, pod takim wodzem, jak ksiaze, Chmielnicki jeszcze mierzy'c sie nie 'smial, bo sobie jeszcze dostatecznie nie ufal. Postanowil wiec 'spieszy'c sie, by razem z wie'scia o klesce z'oltowodzkiej stana'c na Ukrainie i uderzy'c na hetman'ow, nim by pomoc ksiazeca nadej's'c mogla.

Nie dal wiec wypoczynku wojskom i drugiego dnia po bitwie 'switaniem ruszono w poch'od. Poch'od to byl tak szybki, jak gdyby hetman uciekal. Rzeklby's, ze pow'od'z step zalewa i pedzi naprz'od, i wzbiera wszystkimi wodami po drodze. Mijano lasy, dabrowy, mogily, przeprawiano sie przez rzeki bez wytchnienia. Sily kozackie wzrastaly po drodze, bo coraz nowe gromady chlop'ow uciekajacych z Ukrainy laczyly sie z nimi ustawicznie. Chlopi przynosili i wie'sci o hetmanach ale sprzeczne. Jedni m'owili, ze ksiaze siedzi jeszcze za Dnieprem; inni, ze juz sie polaczyl z wojskami koronnymi. Natomiast wszyscy twierdzili, ze Ukraina juz w ogniu. Chlopi nie tylko uciekali na spotkanie Chmielnickiego w Dzikie Pola[1180], ale palili wsie i miasta, rzucali sie na swych pan'ow i uzbrajali powszechnie. Wojska koronne bily sie juz od dw'och tygodni. Wycieto Steblew, pod Derenhowcami za's przyszlo do krwawej bitwy. Kozacy grodowi gdzieniegdzie juz przerzucili sie na strone czerni, a wszedzie czekali tylko hasla. Chmielnicki liczyl na to wszystko i 'spieszyl sie tym bardziej.

Na koniec stanal u proga. Czehryn[1181] otworzyl mu wrota na rozciez. Zaloga kozacka przeszla natychmiast pod jego choragiew. Zburzono dom Czapli'nskiego, wyrznieto gar's'c szlachty szukajacej schronienia w mie'scie. Radosne krzyki, bicie we dzwony i procesje nie ustawaly ani na chwile. Pozar ogarnal zaraz cala okolice. Co zylo, chwytalo za kosy, piki i laczylo sie z Zaporozem. Tlumy niezmierne czerni splywaly do obozu ze wszystkich stron doszly takze i radosne, bo pewne wie'sci, ze ksiaze Jeremi ofiarowal wprawdzie pomoc hetmanom, ale jeszcze sie z nimi nie polaczyl.

Chmielnicki odetchnal.

Ruszyl bez zwloki naprz'od i szedl juz w'sr'od buntu, rzezi i ognia. 'Swiadczyly o tym zgliszcza i trupy. Szedl jak lawina, niszczac wszystko po drodze. Kraj przed nim powstawal, za nim pustoszal. Szedl jak m'sciciel, jak legendowy smok. Kroki jego wyciskaly krew, oddech wzniecal pozary.

W Czerkasach[1182] zatrzymal sie z gl'ownymi silami, wyslawszy naprz'od Tatar'ow pod Tuhaj-bejem i dzikiego Krzywonosa[1183], kt'orzy dognali hetman'ow pod Korsuniem[1184] i uderzyli na nich bez wahania. Ale 'smialo's'c drogo musieli splaci'c. Odparci, zdziesiatkowani, zbici na miazge, cofneli sie w poplochu.

Chmielnicki zerwal sie i szedl im w pomoc. Po drodze doszla go wie's'c, ze pan Sieniawski w kilka choragwi polaczyl sie z hetmanami, kt'orzy opu'scili Korsu'n i ciagna do Bohuslawia[1185]. Bylo to prawda. Chmiel zajal Korsu'n bez oporu i pozostawiwszy w nim wozy, zapasy zywno'sci, slowem, caly tabor, komunikiem[1186] pognal sie za nimi.

Nie potrzebowal goni'c dlugo, gdyz nie uszli jeszcze daleko. Pod Kruta Balka przednie jego straze natknely sie na polski tabor.

Panu Skrzetuskiemu nie bylo danym widzie'c bitwy, gdyz wraz z taborem zostal w Korsuniu. Zachar umie'scil go w rynku, w domu pana Zabokrzyckiego, kt'orego czer'n poprzednio powiesila i postawil straz z niedobitk'ow mirhorodzkiego[1187] kurzenia[1188], bo tluszcza ciagle rabowala domy i mordowala kazdego, kto sie jej wydal Lachem. Przez wybite okna widzial pan Skrzetuski gromady pijanych chlop'ow, krwawych, z pozawijanymi rekawami u koszul, wl'oczacych sie od domu do domu, od sklepu do sklepu i przeszukujacych wszystkie katy, strychy, poddasza; od czasu do czasu wrzask straszliwy oznajmial, ze znaleziono szlachcica, Zyda, mezczyzne, kobiete lub dziecie. Wyciagano ofiare na rynek i pastwiono sie nad nia w spos'ob najstraszliwszy. Tluszcza bila sie ze soba o resztki cial, obmazywala sobie z rozkosza krwia twarze i piersi, okrecala szyje dymiacymi jeszcze trzewiami. Chlopi chwytali male Zydzieta za nogi i rozdzierali w'sr'od szalonego 'smiechu tlum'ow. Rzucano sie i na domy otoczone straza, w kt'orych zamknieci byli znakomitsi je'ncy, zostawieni przy zyciu dlatego, ze spodziewano sie po nich znacznego okupu. W'owczas Zaporozcy lub Tatarzy stojacy na strazy odpierali tlum, grzmocac po lbach napastnik'ow drzewcami od pik, lukami lub batami z byczej sk'ory. Tak bylo przy domu pana Skrzetuskiego. Zachar kazal 'cwiczy'c chlopstwo bez milosierdzia, a mirhorodcy spelniali z rozkosza rozkaz. Nizowi[1189] bowiem przyjmowali chetnie w czasie bunt'ow pomoc czerni, ale pogardzali nia bez por'ownania wiecej od szlachty. Przecie nie pr'ozno zwali sie: szlachetne urozonymi Kozakami! Sam Chmielnicki darowywal potem niejednokrotnie znaczna ilo's'c czerni Tatarom, kt'orzy gnali ja do Krymu i stamtad sprzedawali do Turcji i Azji Mniejszej.

Tlum wiec szalal na rynku i dochodzil do tak dzikiego opetania, ze w ko'ncu poczal sie wzajemnie mordowa'c. Dzie'n zapadal. Zapalono cala jedna strone rynku, cerkiew i dom parocha. Szcze'sciem wiatr zwiewal ogie'n ku polu i przeszkadzal szerzeniu sie pozaru. Ale luna olbrzymia o'swiecila rynek tak jasno jak promienie sloneczne. Zrobilo sie goraco nie do wytrzymania. Z dala dochodzil straszliwy huk dzial widocznie bitwa pod Kruta Balka stawala sie coraz zacietsza.

Goraco tam musi by'c naszym! mruczal stary Zachar. Hetmani nie zartuja. Hej! pan Potocki szczery zolnir.

Potem wskazal przez okno na czer'n.

No! rzekl oni teraz hulaja, ale je'sli Chmiel bedzie pobity, to i nad nimi pohulaja!

W tej chwili rozlegl sie tetent i na rynek wpadlo na spienionych koniach kilkudziesieciu je'zd'zc'ow. Twarze ich sczerniale od prochu, odziez w nieladzie i poobwiazywane szmatami glowy niekt'orych 'swiadczyly, iz pedza wprost z bitwy.

Ludy! kto w Boha wiryt, spasajtes! Lachy bijut naszych[1190]! krzykneli wnieboglosy.

Podni'osl sie wrzask i zamieszanie. Tlum rozkolysal sie jak fala targnieta wichrem. Nagle dziki poploch opanowal wszystkich. Rzucono sie do ucieczki, ale ze ulice byly zatloczone wozami, a jedna cze's'c rynku w ogniu, wiec nie bylo gdzie ucieka'c.

Czer'n poczela sie tloczy'c, krzycze'c, bi'c, dusi'c i wy'c o milosierdzie, cho'c nieprzyjaciel byl jeszcze daleko.

Namiestnik zaslyszawszy, co sie dzieje, malo nie oszalal z rado'sci, poczal biega'c po izbie jak oblakany, rekami bi'c sie w piersi z calej sily i wola'c:

Wiedzialem, ze tak sie stanie! wiedzialem! jakom zyw! To z hetmany[1191] sprawa! to z cala Rzeczapospolita! Godzina kary nadeszla! Co to?

Zn'ow rozlegl sie tetent i tym razem do kilkuset je'zd'zc'ow, samych Tatar'ow, pojawilo sie na rynku. Uciekali widocznie na 'slepo. Tlum zastepowal im droge, oni rzucili sie w tlum, tratowali go, bili, rozpedzali, siekli, prac ko'nmi ku go'sci'ncowi wiodacemu do Czerkas[1192].

Uciekaja jak wicher! zawolal Zachar.

Ledwo wym'owil, przelecial drugi oddzial, za nim trzeci. Zdawalo sie, ze ucieczka jest powszechna. Straze przy domach poczely kreci'c sie i r'owniez okazywa'c che'c ucieczki. Zachar wypadl przed ganek.

Sta'c! krzyknal na swych mirhorodc'ow[1193].

Dym, goraco, zamieszanie, tetent koni, glosy trwogi, wycie tlum'ow o'swieconych pozarem, wszystko to zlalo sie w jeden piekielny obraz, na kt'ory namiestnik z okna spogladal.

Co tam za pogrom by'c musi! co tam za pogrom! wolal do Zachara nie zwazajac, iz ten rado'sci jego nie m'ogl podziela'c.

Tymczasem zn'ow oddzial uciekajacych przemknal sie jak blyskawica.

Huk dzial wstrzasal posadami dom'ow korsu'nskich[1194].

Nagle jaki's glos przera'zliwy tuz pod domem poczal krzycze'c:

Ratujcie sie! Chmiel zabit! Krzeczowski zabit! Tuhaj-bej zabit!

Na rynku nastal prawdziwy koniec 'swiata.

Ludzie w oblakaniu rzucali sie w plomienie. Namiestnik padl na kolana i rece wzni'osl do g'ory.

Boze wszechmocny! Boze wielki i sprawiedliwy chwala Tobie na wysoko'sciach!

Zachar przerwal mu modlitwe wpadlszy z przedsieni do izby.

A bywaj no, detyno! zawolal zdyszany wyjd'z i obiecnij laske mirhorodcom, bo chca uchodzi'c, a jak ujda, czer'n tu wpadnie!

Skrzetuski wyszedl na ganek. Mirhorodcy krecili sie niespokojnie przed domem okazujac nieklamana ochote opu'sci'c stanowisko i pierzchna'c go'sci'ncem wiodacym do Czerkas. Strach opanowal wszystkich w mie'scie. Raz w raz nowe oddzialy rozbitk'ow nadlatywaly jakby na skrzydlach od strony Krutej Balki. Uciekali chlopi, Tatarzy, Kozacy grodowi i zaporoscy w najwiekszym pomieszaniu. A jednak gl'owne sily Chmielnickiego musialy jeszcze dawa'c op'or, bitwa nie musiala by'c jeszcze zupelnie rozstrzygnieta, gdyz dziala graly ze zdwojona sila.

Skrzetuski zwr'ocil sie ku mirhorodcom.

Za to, ize'scie strzegli wiernie osoby mojej rzekl wynio'sle nie potrzebujecie ucieczka sie ratowa'c, gdyz obiecuje wam instancje i laske u hetmana.

Mirhorodcy co do jednego odkryli glowy, a on ujal sie pod boki i spogladal dumnie na nich i na rynek, kt'ory pustoszal coraz bardziej. Co za zmiana losu! Oto pan Skrzetuski, niedawno jeniec wleczony za kozackim taborem, stal teraz miedzy zuchwalym kozactwem jako pan miedzy podda'nstwem, jako szlachcic miedzy gminem, jako husarz z pancernego znaku miedzy obozowymi ciury. On jeniec laske teraz obiecywal i glowy odkrywaly sie na jego widok, a pokorne glosy wolaly tym posepnym, przeciaglym, oznaczajacym przestrach i poddanie sie tonem:

Pomylujte, pane!

Jakom powiedzial, tak sie stanie! rzekl namiestnik.

Jakoz istotnie pewien byl swej instancji u hetmana, kt'oremu byl znajomy, bo nieraz do niego listy od ksiecia Jeremiego wozil i wzgledy jego umial pozyska'c. Stal tedy trzymajac sie pod boki i rado's'c bila mu z oblicza o'swieconego blaskiem pozaru.

Ot, wojna sko'nczona! ot, fala u progu rozbita! my'slal. Pan Czarniecki mial sluszno's'c: niepozyta jest sila Rzeczypospolitej, niezachwiana jej potega.

A gdy tak my'slal, duma rozsadzala mu piersi; nie niska duma plynaca ze spodziewanego nasycenia zemsty, z upokorzenia wroga ani z odzyskania wolno'sci, kt'orej za chwile juz sie spodziewal, ani z tego, ze czapkowano przed nim teraz, ale czul sie dumnym, ze jest synem tej Rzeczypospolitej zwycieskiej, przepoteznej, o kt'orej bramy wszelka zlo's'c, wszelki zamach, wszelkie ciosy tak rozbijaja sie i krusza, jako mocy piekielne o bramy nieba. Czul sie dumnym jako szlachcic-patriota, ze w zwatpieniu zostal pokrzepion, a w wierze nie zawiedzion. Zemsty juz nie pragnal.

Pogromila jak kr'olowa, wybaczy jak matka my'slal.

Tymczasem huk dzial zmienil sie w grzmot nieustajacy.

Kopyta ko'nskie zaszczekaly zn'ow po pustych ulicach. Na rynek wlecial jak piorun, na nie osiodlanym koniu Kozak bez czapki, w jednej koszuli, z twarza rozcieta mieczem i buchajaca krwia. Wlecial, konia osadzil, rece rozkrzyzowal i chwytajac oddech otwartymi usty krzycze'c poczal:

Chmiel bije Lachiw[1195]! Pobyty[1196] jasno welmozny pany, hetmany i pulkownyki, lycari[1197] i kawalery!

To rzeklszy zachwial sie i na ziemie runal. Mirhorodcy skoczyli mu na pomoc.

Plomie'n i blado's'c przelecialy przez oblicze pana Skrzetuskiego.

Co on m'owi? rzekl goraczkowo do Zachara. Co sie stalo? Nie moze to by'c. Na Boga zywego! nie moze to by'c!

Cisza! Tylko plomienie sycza na przeciwleglej stronie rynku, trzaskaja snopy iskier, a czasem przepalone domostwo runie z loskotem.

Az oto nowi jacy's go'nce[1198] leca.

Pobyty Lachy! pobyty!

Za nimi ciagnie oddzial Tatar'ow ida z wolna, bo otaczaja pieszych, widocznie je'nc'ow.

Pan Skrzetuski oczom nie wierzy. Poznaje doskonale na je'ncach barwe hetma'nskiej husarii wiec w rece plaszcze i jakim's dziwnym, nieswoim glosem powtarza uporczywie:

Nie moze by'c! nie moze by'c!

Huk armat slycha'c jeszcze. Bitwa nie sko'nczona. Przez wszystkie nie popalone ulice naplywaja jednak tlumy Zaporozc'ow i Tatar'ow. Twarze ich czarne, piersi dysza ciezko ale wracaja jakby upojeni, 'spiewaja pie'sni!

Tak wracaja zolnierze po zwyciestwie.

Namiestnik pobladl jak trup.

Nie moze by'c powtarzal coraz chrapliwiej nie moze by'c... Rzeczpospolita...

Nowy przedmiot zwraca jego uwage.

Wchodza semenowie Krzeczowskiego, niosac cale peki choragwi. Przyjezdzaja na 'srodek rynku i rzucaja je na ziemie.

Niestety polskie.

Huk armat slabnie, w oddali slycha'c turkot nadchodzacych woz'ow. Jedzie naprz'od jedna wysoka kozacka telega[1199], za nia szereg innych, wszystkie otoczone przez Kozak'ow paszkowskiego kurzenia, w z'oltych czapkach; przechodza tuz kolo domu, przy kt'orym mirhorodcy. Pan Skrzetuski reke do czola przytknal, bo go blask pozaru o'slepial, i wpatrzyl sie w postacie je'nc'ow siedzacych na pierwszym wozie.

Nagle cofnal sie w tyl, rekami poczal bi'c powietrze jak czlowiek trafiony strzala w piersi, z ust za's wyrwal mu sie krzyk straszny, nadludzki:

Jezus Maria! to hetmani!

I padl na rece Zachara, oczy zaszly mu blachmanem, a twarz stezala i zakrzepla, tak jak u ludzi umarlych.

W kilka chwil p'o'zniej trzech je'zd'zc'ow na czele niezliczonych pulk'ow wjezdzalo na rynek korsu'nski[1200]. 'Srodkowy, ubrany w czerwie'n, siedzial na bialym koniu i wspierajac sie pod bok pozlocista bulawa spogladal dumnie jak kr'ol.

Byl to Chmielnicki. Po obu jego stronach jechali Tuhaj-bej i Krzeczowski.

Rzeczpospolita lezala w prochu i krwi u n'og Kozaka.


Rozdzia l XIV | Ogniem i mieczem | Rozdzia l XVI