home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate |

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

- advertisement



Rozdzial XXIV

Pan Skrzetuski, kt'ory pierwszy przed choragwiami do zamku skoczyl, o kniazi'owne i Zaglobe pytajac, oczywi'scie ich tu nie znalazl. Ni tu ich widziano, ani o nich slyszano, jakkolwiek byly juz wie'sci o napadzie na Rozlogi i o zniesieniu wasilowskiego prezydium[1638]. Zamknal sie tedy rycerz w swojej kwaterze, w cekhauzie[1639], razem z zawiedziona nadzieja i zal, i obawa, i troski na nowo do niego przylecialy. Ale opedzal sie im, jak ranny zolnierz opedza sie na pobojowisku krukom i kawkom, kt'ore sie ku niemu zgromadzaja, by ciepla krew pi'c i 'swieze mieso szarpa'c. Krzepil sie my'sla, ze Zagloba, tak w fortele obfity, przecie sie moze wykreci i do Czernihowa[1640], po otrzymaniu wiadomo'sci o zniesieniu hetman'ow, sie schroni. Przypomnial tez sobie w pore owego dziada, kt'orego jadac do Rozlog'ow spotkal, a kt'ory, jak sam powiadal, przez jakiego's czorta z odziezy wraz z pacholkiem odarty, trzy dni goly w oczeretach[1641] kahamlickich[1642] siedzial bojac sie na 'swiat wychyli'c. Przyszla nagle my'sl panu Skrzetuskiemu, ze to Zagloba musial dziada obedrze'c, aby dla siebie i dla Heleny przebranie zdoby'c. Nie moze to inaczej by'c! powtarzal sobie namiestnik i ulgi wielkiej na te my'sl doznawal, gdyz takie przebranie bardzo ucieczke ulatwialo. Spodziewal sie tez, ze B'og, kt'oren nad niewinno'scia czuwa, Heleny nie opu'sci, a chcac laske Jego tym bardziej dla niej zjedna'c, postanowil sam z grzech'ow sie oczy'sci'c. Wyszedl tedy z cekhauzu i szukal ksiedza Muchowieckiego, a znalazlszy go pocieszajacego niewiasty, o spowied'z prosil. Ksiadz powi'odl go do kaplicy, zaraz siadl do konfesjonalu i slucha'c poczal. Wysluchawszy, nauke dawal, budowal, w wierze utwierdzal, pocieszal i gromil. A gromil w ten sens, iz nie wolno jest chrze'scijaninowi w moc Boza watpi'c, a obywatelowi wiecej nad swym wlasnym niz nad ojczyzny nieszcze'sciem plaka'c, gdyz prywata to jest swego rodzaju mie'c wiecej lez dla siebie niz dla publiki i wiecej swego kochania zalowa'c niz klesk powszechnych. Po czym te kleski, ten upadek i ha'nbe ojczyzny w tak wznioslych i zalo'sliwych wyrazil slowach, ze zaraz wielka milo's'c dla niej w sercu rycerza rozniecil, od kt'orej wlasne nieszcze'scia tak mu zmalaly, ze prawie ich dostrzec nie m'ogl. Oczy'scil tez go z zawzieto'sci i nienawi'sci, jaka przeciw Kozakom w nim spostrzegl. Kt'orych gromi'c bedziesz m'owil jako nieprzyjaci'ol wiary, ojczyzny, jako sprzymierze'nc'ow poga'nstwa, ale jako swoim krzywdzicielom przebaczysz, z serca odpu'scisz i m'sci'c sie nie bedziesz. A gdy tego dokazesz, tedy widze juz, ze B'og cie pocieszy i kochanie twoje tobie odda, i spok'oj tobie ze'sle...

Po czym go przezegnal, poblogoslawil i wyszedl, krzyzem mu za pokute do rana przed Chrystusem rozpietym leze'c kazawszy.

Kaplica byla pusta i ciemna, jeno dwie 'swiece migotaly przed oltarzem, kladac blaski r'ozowe i zlote na twarz Chrystusa wykowana z alabastru a pelna slodyczy i cierpienia. Godziny cale uplywaly, a namiestnik lezal bez ruchu niby martwy ale tez czul coraz wyra'zniej, ze gorycz, rozpacz, nienawi's'c, b'ol, troski, cierpienie odwijaja mu sie od serca, wypelzaja mu z piersi i pelzna jak weze, i kryja sie gdzie's w ciemno'sciach. Uczul, ze lzej oddycha, ze jakoby wstepuje w niego nowe zdrowie, nowe sily, ze w glowie robi mu sie ja'sniej i blogo's'c jaka's ogarnia slowem, przed tym oltarzem i przed tym Chrystusem znalazl wszystko, cokolwiek m'ogl znale'z'c czlowiek tamtych wiek'ow, czlowiek wiary niewzruszonej, bez 'sladu i cienia zwatpienia.

Nazajutrz byl tez namiestnik jakby odrodzony. Rozpoczela sie praca, ruch i kretanina[1643], bo byl to dzie'n odjazdu z Lubni'ow[1644]. Oficerowie od rana mieli lustrowa'c choragwie, czy konie i ludzie w nalezytym porzadku, nastepnie wyprowadza'c na blonia i szykowa'c do pochodu. Ksiaze sluchal mszy 'swietej w ko'sciele 'Sw. Michala, po czym wr'ocil do zamku i przyjmowal deputacje od greckiego duchowie'nstwa[1645] i od mieszczan z Lubni'ow i z Chorola[1646]. Zasiadl tedy na tronie w sali malowanej przez Helma, w otoczeniu co przedniejszego rycerstwa, i tu go burmistrz lubnia'nski Hruby zegnal po rusku w imieniu wszystkich miast do dzierzawy zadnieprza'nskiej nalezacych. Prosil go naprz'od, zeby nie odjezdzal i nie zostawial ich jako owiec bez pasterza, co slyszac inni deputaci skladajac rece powtarzali: Ne odjizaj! ne odjizaj! a gdy ksiaze odpowiedzial, iz nie moze to by'c padli mu do n'og, dobrego pana zalujac lub udajac zal, gdyz m'owiono, ze wielu z nich mimo calej laskawo'sci ksiazecej bardziej sprzyjalo Kozakom i Chmielnickiemu. Ale zamozniejsi bali sie motlochu, co do kt'orego byla obawa, ze zaraz po wyje'zdzie ksiecia z wojskiem powstanie. Ksiaze odpowiedzial, ze ojcem staral sie im by'c, nie panem, i zaklinal ich, by wytrwali w wierno'sci dla majestatu i Rzeczypospolitej, wsp'olnej wszystkim matki, pod kt'orej skrzydlami krzywd nie cierpieli, w spokoju zyli, w zamozno's'c wzrastali, jarzma zadnego nie doznajac, kt'orego by postronni wlozy'c na nich nie zaniechali. Podobnymiz slowy pozegnal i duchowie'nstwo greckie, po czym nadeszla godzina wyjazdu. Dopieroz placze i lamenty sluzby rozlegly sie po calym zamczysku. Panny z fraucymeru[1647] mdlaly, a panny Anny Borzobohatej ledwie sie docuci'c mogli. Sama ksiezna tylko siadala z suchymi oczyma do karety i z podniesiona glowa, bo dumna pani wstydzila sie pokazywa'c ludziom cierpienia. Tlumy za's ludu staly pod zamkiem, w Luniach bito we wszystkie dzwony, popi zegnali krzyzami wyjezdzajacych, korow'od powoz'ow, szaraban'ow[1648] i woz'ow zaledwie m'ogl sie przecisna'c przez zamkowa brame.

Wreszcie i sam ksiaze siadl na konia. Choragwie po pulkach znizyly sie przed nim, uderzono na walach z dzial; placze, gwar ludu i okrzyki pomieszaly sie z glosem dzwon'ow, z wystrzalami, z d'zwiekami trab wojennych, z huczeniem kotl'ow. Ruszono.

Naprz'od szly dwie tatarskie choragwie pod Roztworowskim i Wierszullem, potem artyleria pana Wurcla, piechoty obersztera Machnickiego, za nimi jechala ksiezna z fraucymerem i caly dw'or, wozy z rzeczami, za nimi woloska[1649] choragiew pana Bychowca i wreszcie komput[1650] wojska, g'orne pulki ciezkiej jazdy, choragwie pancerne i usarskie, poch'od za's zamykala dragonia[1651] i semenowie[1652].

Za wojskiem ciagnal sie niesko'nczony i pstry jak waz orszak woz'ow szlacheckich, wiozacych rodziny tych wszystkich, kt'orzy po wyje'zdzie ksiazecym nie chcieli zostawa'c na Zadnieprzu.

Surmy po pulkach graly, ale serca byly 'sci'sniete. Kazdy patrzac na owe mury my'slal sobie w duszy: Mily domie[1653], zali[1654] cie zobacze jeszcze w zyciu? Wyjecha'c latwo, ale wr'oci'c trudno. A przecie kazdy cze's'c jakowa's duszy w tych miejscach zostawial i pamie'c slodka. Wiec wszystkie oczy zwracaly sie po raz ostatni na zamek, na miasto, na wieze ko'sciol'ow i kopuly cerkwi, i dachy dom'ow. Kazdy wiedzial, co tu zostawial, a nie wiedzial, co go tam czekalo w owej sinej dali, ku kt'orej dazyl tabor...

Zal wiec byl we wszystkich duszach. Miasto wolalo za odjezdzajacymi glosami dzwon'ow, jakby proszac i zaklinajac ze swej strony, by go nie opuszczano, nie wystawiano na niepewno's'c, na zle losy przyszle; wolalo, jakby tym zalosnym d'zwiekiem dzwon'ow chcialo sie zegna'c i utrwali'c w pamieci...

Wiec cho'c poch'od oddalal sie, glowy byly ku miastu zwr'ocone, a we wszystkich obliczach czytale's pytanie:

Zali nie ostatni raz?

Tak jest! Z tego calego wojska i tlumu, z tych tysiac'ow[1655], kt'ore w tej chwili szly z ksieciem Wi'sniowieckim, ani on sam, ani nikt nie mial juz ujrze'c wiecej ni miasta, ni kraju.

Traby graly. Tabor posuwal sie z wolna, ale ciagle, i po niejakim czasie miasto poczelo przeslania'c sie mgla blekitna, domy i dachy zlewaly sie w jedna mase mocno w slo'ncu 'swiecaca. Wtedy ksiaze wypu'scil naprz'od konia i wjechawszy na wysoka mogile[1656], stanal nieruchomie i patrzyl dlugo. Toz ten gr'od blyszczacy teraz w slo'ncu i caly ten kraj widny z mogily to bylo dzielo jego przodk'ow i jego wlasne. Wi'sniowieccy bowiem zmienili te gluche dawniej pustynie na kraj osiadly, otworzyli je ludzkiemu zyciu i rzec mozna: stworzyli Zadnieprze. A najwieksza cze's'c tego dziela spelnil sam ksiaze. On budowal te ko'scioly, kt'orych wieze, ot, blekitnieja tam, nad miastem, on wzm'ogl miasto, on polaczyl je traktami z Ukraina, on trzebil lasy, osuszal bagna, wznosil zamki, zakladal wsie i osady, sprowadzal mieszka'nc'ow, tepil lupiezc'ow, bronil od inkursji[1657] tatarskich, utrzymywal spok'oj dla rolnika i kupca pozadany, wprowadzal panowanie prawa i sprawiedliwo'sci. Przez niego ten kraj zyl, rozwijal sie i kwitnal. On byl mu dusza i sercem a teraz przyszlo to wszystko porzuci'c.

I nie tej fortuny olbrzymiej, r'ownej calym ksiestwom niemieckim, zalowal ksiaze, ale sie do tego dziela rak wlasnych przywiazal; wiedzial, ze gdy jego tu zbraknie, wszystkiego zbraknie, ze praca lat calych od razu zostanie zniszczona, ze trud p'ojdzie na marne, dzicz sie rozpeta, pozary ogarna wsie i miasta, ze Tatar bedzie poil konie w tych rzekach, b'or poro'snie na zgliszczach i ze je'sli B'og da wr'oci'c wszystko, wszystko wypadnie poczyna'c na nowo a moze juz tych sil nie bedzie i czasu zbraknie, i ufno'sci takiej, jak pierwej, nie stanie. Tu zeszly lata, kt'ore byly dla'n chwala przed lud'zmi, zasluga przed Bogiem a teraz chwala i zasluga maja sie z dymem rozwia'c...

Wiec tez dwie lzy stoczyly mu sie z wolna na policzki.

Byly to ostatnie lzy, po kt'orych zostaly w tych oczach same tylko blyskawice.

Ko'n ksiazecy wyciagnal szyje i zarzal, a rzeniu temu odpowiedzialy zaraz inne pod choragwiami. Te glosy ocucily ksiecia z zadumy i napelnily go otucha. A toz zostaje mu jeszcze sze's'c tysiecy wiernych towarzysz'ow, sze's'c tysiecy szabel, z kt'orymi 'swiat mu otwarty, a kt'orych czeka jak jedynego zbawienia pognebiona Rzeczpospolita. Idylla zadnieprza'nska sko'nczona, ale tam, gdzie dziala grzmia, gdzie wsie i miasta plona, gdzie po nocach z rzeniem koni tatarskich i wrzaskiem kozackim miesza sie placz niewolnik'ow, jeki mez'ow, niewiast i dzieci tam pole otwarte i slawa zbawcy i ojca ojczyzny do zdobycia... Kt'oz po ten wieniec siegnie, kt'oz bedzie ratowal tak poha'nbiona, chlopskimi nogami zdeptana, upokorzona, konajaca ojczyzne, je'sli nie on ksiaze, je'sli nie te wojska, kt'ore owo tam, na dole, zbrojami ku slo'ncu 'swieca i migoca?

Tabor przechodzil wla'snie kolo st'op mogily, a na widok ksiecia, stojacego z bulawa w reku na szczycie pod krzyzem, wszystkim zolnierzom wydarl sie naraz z piersi okrzyk:

Niech zyje ksiaze! Niech zyje w'odz nasz i hetman, Jeremi Wi'sniowiecki!

I setki choragwi znizylo sie do n'og jego, husarie wydaly karwaszami[1658] d'zwiek gro'zny, kotly huknely do wt'oru okrzykom.

Wtedy ksiaze wydobyl szable i wzni'oslszy ja wraz z oczami ku niebu tak m'owil:

Ja, Jeremi Wi'sniowiecki, wojewoda ruski, ksiaze na Lubniach[1659] i Wi'sniowcu, przysiegam Tobie Boze w Tr'ojcy 'swietej jedyny i Tobie Matko Naj'swietsza, jako podnoszac te szable przeciw hultajstwu, od kt'orego ojczyzna jest poha'nbiona, p'oty jej nie zloze, p'oki mi sil i zycia stanie, p'oki ha'nby owej nie zmyje, kazdego nieprzyjaciela do n'og Rzeczypospolitej nie zegne, Ukrainy nie uspokoje i bunt'ow chlopskich we krwi nie utopie. A jako ten 'slub ze szczerego serca czynie, tak mi Panie Boze dopom'oz amen!

To rzeklszy, stal jeszcze przez chwile patrzac w niebo, po czym z wolna zjechal z mogily ku choragwiom. Wojska doszly na noc do Basani, wsi pani Krynickiej, kt'ora przyjela ksiecia kleczac we wrotach, bo juz ja byli chlopi we dworze oblegali, kt'orym z pomoca co wierniejszej czeladzi sie opedzala, gdy nagle przyj'scie wojsk ocalilo ja i jej dziewietna'scioro dzieci, a w tym samych panien czterna'scie. Ksiaze, kazawszy napastnik'ow pochwyta'c, wyslal Poniatowskiego, rotmistrza kozackiej choragwi, ku Kaniowu, kt'ory tejze nocy przywi'odl pieciu Zaporozc'ow z wasiuty'nskiego kurzenia. Uczestniczyli oni wszyscy w bitwie korsu'nskiej i przypieczeni ogniem, zdali dokladna o niej ksieciu relacje. Zapewnili r'owniez, ze Chmielnicki jeszcze jest w Korsuniu. Tuhaj-bej za's z jasyrem[1660], z lupami i z oboma hetmanami udal sie do Czehryna[1661], skad do Krymu mial jecha'c. Slyszeli takze, ze Chmielnicki prosil go bardzo, aby wojsk zaporoskich nie opuszczal i przeciw ksieciu szedl, wszelako murza[1662] nie chcial sie na to zgodzi'c, m'owiac, iz po zniesieniu wojsk i hetman'ow sami Kozacy moga juz sobie poradzi'c, on za's nie bedzie dluzej czekal, bo jasyr by mu wymarl. Badani o sily Chmielnickiego podawali je na dwie'scie tysiecy, ale do's'c lada jakich, a dobrych tylko pie'cdziesiat, to jest Zaporozc'ow i Kozak'ow pa'nskich albo grodowych, kt'orzy sie do buntu przylaczyli.

Po otrzymaniu tych wiadoomo'sci pokrzepil sie na duchu ksiaze, spodziewal sie bowiem takze za Dnieprem znacznie w potege urosna'c przez szlachte, zbieg'ow wojska koronnego i poczty[1663] pa'nskie. Za czym nazajutrz rano udal sie w dalsza droge.

Za Perejaslawiem[1664] weszly wojska w olbrzymie, gluche lasy ciagnace sie wzdluz biegu Trubiezy[1665] az do Kozielca i dalej pod sam Czernih'ow[1666]. Byl to schylek maja upaly straszliwe. W lasach miasto[1667] chlodu bylo tak duszno, iz ludziom i koniom powietrza braklo do oddechu. Bydlo prowadzone za taborem padalo co krok lub zwietrzywszy wode bieglo ku niej jak szalone, przewracajac wozy i powodujac zamieszanie. Zaczely tez i konie pada'c, zwlaszcza w ciezkiej je'zdzie. Noce szczeg'olniej byly niezno'sne dla niezmiernej ilo'sci robactwa i zbyt silnego zapachu zywicy, kt'ora z powodu upal'ow drzewa ronily obficiej niz zwykle.

Wleczono sie tak cztery dni, na koniec piatego upal stal sie nadnaturalny. Gdy przyszla noc, konie zaczely chrapa'c, a bydlo rycze'c zalo'snie, jakoby przewidujac jakie's niebezpiecze'nstwo, kt'orego ludzie nie mogli sie jeszcze domy'sli'c.

Krew wietrza! m'owiono z taboru miedzy tlumami uciekajacych rodzin szlacheckich.

Kozacy gonia nas! bitwa bedzie!

Na te slowa niewiasty podniosly lament wie's'c doszla do czeladzi, wszczal sie poploch i zamieszanie wozy jely sie prze'sciga'c wzajemnie albo zjezdza'c z traktu na o'slep w las, w kt'orym wiezly miedzy drzewami.

Ale ludzie przyslani przez ksiecia przywr'ocili szybko porzadek. Rozeslano na wszystkie strony podjazdy, by sie przekona'c, czy rzeczywi'scie jakie niebezpiecze'nstwo nie grozilo.

Pan Skrzetuski, kt'ory na ochotnika z Wolosza[1668] poszedl, wr'ocil pierwszy nad ranem, a wr'ociwszy udal sie natychmiast do ksiecia.

Co tam? spytal Jeremi.

Mo'sci ksiaze, lasy sie pala.

Podpalone?

Tak jest. Schwytalem kilku ludzi, kt'orzy wyznali, iz Chmielnicki wyslal ochotnika, kt'ory by za wasza ksiazeca mo'scia szedl a ogie'n, je'sli wiatr bedzie pomy'slny, podkladal.

Zywcem by nas chcial upiec, bitwy nie staczajac. Dawa'c tu tych ludzi!

Za chwile przyprowadzono trzech czaban'ow[1669], dzikich, glupich, przestraszonych, kt'orzy natychmiast przyznali sie, iz istotnie kazano im lasy podpali'c.

Wyznali takze, ze i wojska byly juz za ksieciem wyprawione, ale te szly ku Czernihowu inna droga, blizej Dniepru.

Tymczasem przybyly i inne podjazdy, a kazdy przywi'ozl tez sama wie's'c:

Lasy sie pala.

Ale ksiaze nie zdawal sie tym bynajmniej trwozy'c.

Poga'nski to spos'ob rzekl ale nic po tym! Ogie'n nie przejdzie za rzeki idace do Trubiezy.

Jakoz istotnie do Trubiezy, wzdluz kt'orej posuwal sie ku p'olnocy tabor, wpadalo tyle rzeczek tworzacych tu i owdzie szerokie bagna, iz nie bylo obawy, aby ogie'n m'ogl sie przez nie przedosta'c. Potrzeba bylo chyba za kazda z nich na nowo b'or podpala'c.

Podjazdy sprawdzily wkr'otce, iz tak i czyniono. Codziennie tez sprowadzaly podpalacz'ow, kt'orymi ubierano sosny przydrozne.

Ogie'n szerzyl sie gwaltownie, ale wzdluz rzeczek ku wschodowi i zachodowi, nie ku p'olnocy. Nocami niebo czerwienilo sie, jak okiem dojrzal. Niewiasty 'spiewaly od wieczora do 'switania pie'sni pobozne. Przerazony dziki zwierz z plonacych bor'ow chronil sie na trakt i ciagnal za taborem mieszajac sie ze stadami domowego bydla. Wiatr nani'osl dym'ow, kt'ore przeslonily caly widnokrag. Wojska i wozy posuwaly sie jak we mgle gestej, przez kt'ora wzrok nie siegal. Piersi nie mialy czym oddycha'c, dym gryzl oczy a wiatr napedzal go coraz wiecej. 'Swiatlo sloneczne nie moglo sie przebi'c przez te tumany i nocami bylo widniej niz w dzie'n, bo 'swiecily luny. B'or zdawal sie nie mie'c ko'nca.

W'sr'od takich to plonacych las'ow i dym'ow prowadzil Jeremi swoje wojska. Przy tym nadeszly wie'sci, ze nieprzyjaciel idzie druga strona Trubiezy, ale nie wiedziano, jak wielka byla jego potega wszelako Tatarzy Wierszulla sprawdzili, ze byl jeszcze bardzo daleko.

Tymczasem pewnej nocy przyjechal do taboru pan Suchodolski z Bodenek, z tamtej strony Desny[1670]. Byl to dawny dworzanin, rekodajny[1671] ksiecia, kt'ory przed kilkoma laty na wie's sie przeni'osl. Uciekal i on przed chlopstwem, ale przywi'ozl wie's'c, o kt'orej nie wiedziano jeszcze w wojsku.

Wielka tez zrobila sie konsternacja, gdy zapytany przez ksiecia o nowiny, odpowiedzial:

Zle, mo'sci ksiaze! O pogromie hetma'nskim juz wiecie, zar'ownie jak i o 'smierci kr'olewskiej[1672]?

Ksiaze, kt'ory siedzial na malym taboreciku podr'oznym przed namiotem, zerwal sie na r'owne nogi:

Jak to? Kr'ol umarl?

Milo'sciwy pan oddal ducha w Mereczu jeszcze na tydzie'n przed pogromem korsu'nskim rzekl Suchodolski.

B'og w milosierdziu swoim nie dal mu dozy'c takiej chwili! odpowiedzial ksiaze, po czym za glowe sie wziawszy m'owil dalej: Straszne to czasy nadchodza na te Rzeczpospolita. Konwokacje[1673] i elekcje[1674] interregnum[1675], niezgody i machinacje zagraniczne teraz, gdy potrzeba by, aby caly nar'od w jeden miecz w jednych reku[1676] sie zmienil. B'og chyba odwr'ocil od nas oblicze swoje i w gniewie swym za grzechy chlosta'c nas zamierza. Toz te pozoge sam tylko kr'ol Wladyslaw m'ogl ugasi'c, gdyz dziwna on mial milo's'c miedzy kozactwem, a pr'ocz tego wojenny byl pan.

W tej chwili kilkunastu oficer'ow, miedzy nimi Za'cwilichowski, Skrzetuski, Baranowski, Wurcel, Machnicki i Polanowski, zblizylo sie do ksiecia, kt'ory rzekl:

Mo'sci panowie, kr'ol umarl!

Glowy odkryly sie jak na komende. Twarze spowaznialy. Wie's'c tak niespodziana mowe wszystkim odjela. Po chwili dopiero wybuchnal zal powszechny.

Wieczne odpocznienie racz mu da'c, Panie! rzekl ksiaze.

I 'swiatlo's'c wiekuista niechaj mu 'swieci na wieki!

Wkr'otce potem ksiadz Muchowiecki zaintonowal Dies irae i w'sr'od tych las'ow, w'sr'od tego dymu pognebienie niewypowiedziane ogarnelo serca i dusze. Wszystkim zdawalo sie, jakby jaka's oczekiwana odsiecz zawiodla, jakby juz teraz wobec gro'znego nieprzyjaciela sami zostali na 'swiecie... i nie mieli na nim nikogo wiecej, ino swego ksiecia.

Totez wszystkie oczy zwr'ocily sie ku niemu i nowy wezel zostal miedzy nim a zolnierstwem zawiazany.

Tegoz dnia wieczorem ksiaze rzekl do Za'cwilichowskiego tak, iz slyszeli go wszyscy:

Potrzeba nam kr'ola wojownika, totez je'sli B'og pozwoli, by'smy dali nasze kreski na elekcji, damy je za kr'olewiczem Karolem[1677], kt'oren wiecej od Kazimierza[1678] ma wojennego animuszu.

Vivat Carolus rex[1679]! zawolali oficerowie.

Vivat! powt'orzyly usarie, a za nimi cale wojsko.

I nie spodziewal sie zapewne ksiaze wojewoda, ze te okrzyki brzmiace na Zadnieprzu, w'sr'od gluchych las'ow czernihowskich, dojda az do Warszawy i ze mu bulawe wielka koronna z rak wytraca.


Rozdzia l XXIII | Ogniem i mieczem | Rozdzia l XXV