home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add

- advertisement



Rozdzial XXVII

Szedl tedy Krzywonos[1792] z Bialocerkwi[1793] na Skwire[1794] i Pohrebyszcze[1795] ku Machn'owce[1796], a gdzie przeszedl, ginely nawet 'slady ludzkiego zycia. Kto do niego nie przystal, pod nozem ginal. Palono nawet zboza na pniu, lasy i sady, a ksiaze tymczasem prowadzil na swoja reke zniszczenie. Po wycieciu Pohrebyszcz i krwawym chrzcie, jaki pan Baranowski Niemirowowi sprawil, wygniotly jeszcze wojska kilkana'scie znacznych watah i stanely obozem pod Rajgrodem, gdyz miesiac to juz uplywal, jak nie zsiadaly z konia, i trud je nadwatlil, i 'smier'c je znacznie umniejszyla. Trzeba bylo odpocza'c, gdy rece tych kosiarzy od krwawej ko'sby[1797] pomdlaly. Wahal sie nawet ksiaze i rozmy'slal, czyby nie p'oj's'c na czas jaki's do spokojniejszego kraju dla odpoczynku i pomnozenia wojsk, a zwlaszcza koni, kt'ore podobniejsze byly do szkielet'ow zwierzecych niz do zywych stworze'n, gdyz od miesiaca ziarna nie zaznaly, stratowana trawa tylko zyjac. A wtem po tygodniowym postoju dano zna'c, ze posilki ida. Ksiaze zaraz wyjechal na spotkanie i istotnie spotkal pana Janusza Tyszkiewicza[1798], wojewode kijowskiego, kt'ory nadchodzil w p'oltora tysiaca ludzi dobrych, a z nim pan Krzysztof Tyszkiewicz, podsedek braclawski, mlody pan Aksak, prawie pachole jeszcze, z dobrze okryta wlasna choragiewka usarska i wiele szlachty, jako panowie Sieniutowie, Polubi'nscy, Zyty'nscy, Jelowiccy, Kierdeje, Bohuslawscy, jedni z pocztami[1799], drudzy bez, razem calej sily blisko dwa tysiace koni pr'ocz czeladzi. Ucieszyl sie wiec ksiaze bardzo i wdziecznie pana wojewode do swej kwatery zaprosil, kt'ory nie m'ogl sie oddziwi'c[1800] jej ub'ostwu i prostocie. Bo ksiaze, o ile w Lubniach zyl po kr'olewsku, o tyle na wyprawach, chcac przyklad da'c zolnierstwu, zadnych wyg'od sobie nie pozwalal. Stal wiec w jednej izbie, do kt'orej pan wojewoda kijowski zaledwie m'ogl sie z powodu swej ogromnej tuszy przez waskie drzwi przecisna'c, az sie kazal rekodajnemu[1801] z tylu pcha'c. W izbie pr'ocz stolu, law drewnianych i tapczana okrytego sk'ora ko'nska nie bylo nic wiecej, jeno jeszcze siennik przy drzwiach, na kt'orym sypial pacholik zawsze do poslug gotowy. Ta prostota zdziwila bardzo wojewode, kt'oren wygode lubil i z kobiercami sie wozil. Wszedl tedy i ze zdumieniem na ksiecia pogladal, dziwiac sie, jak m'ogl tak wielki duch mie'sci'c sie w takiej prostocie i takim ub'ostwie. Widywal on czasem ksiecia na sejmach w Warszawie, byl mu nawet z dala pokrewnym, ale go blizej nie znal. Dopiero gdy z nim m'owi'c poczal, poznal zaraz, ze ma z nadzwyczajnym czlowiekiem do czynienia. I on, stary senator i stary zolnierz rubacha, kt'oren koleg'ow senator'ow po ramieniu klepal, ksieciu Dominikowi Zaslawskiemu[1802] m'owil: M'oj laskawco! i z samym kr'olem byl poufale, nie m'ogl sie na takowa poufalo's'c z Wi'sniowieckim zdoby'c, chociaz ksiaze przyjal go uprzejmie, bo byl mu wdzieczen za posilki.

Mo'sci wojewodo rzekl Bogu chwala, ize'scie przybyli ze 'swiezym ludem, bom tez juz ostatnim tchem gonil.

Widzialem ja po zolnierzach waszej ksiazecej mo'sci, iz sie napracowali, niebozeta, co i mnie trapi niemalo, gdyzem tu z pro'sba przybyl, by's wasza ksiazeca mo's'c na ratunek mnie po'spieszyl.

A czy pilno?

Periculum in mora, periculum in mora[1803]! Nadciagnelo hultajstwa kilkadziesiat tysiecy, a nad nimi Krzywonos, kt'oren jakom slyszal, na wasza ksiazeca mo's'c byl komenderowany, ale dostawszy jezyka, ize's wasza ksiazeca mo's'c ku Konstantynowu ruszyl, tam pociagnal, a teraz po drodze mnie Machn'owke oblegl i takie spustoszenie poczynil, iz zaden jezyk tego wypowiedzie'c nie jest w mozno'sci.

Slyszalem ja o Krzywonosie i tum go czekal, ale skoro mnie minal, widze, ze sam go szuka'c musze. Istotnie, rzecz nie cierpi zwloki. Sila w Machn'owce jest zalogi?

Jest w zamku dwie'scie Niemc'ow bardzo dobrych, kt'orzy wytrzymaja jeszcze czas jaki's. Ale co najgorzej, to iz do miasta zjechalo sie sporo szlachty z rodzinami, miasto za's, jeno walem i czestokolem obronne, dlugo oporu stawia'c nie moze.

Istotnie, rzecz nie cierpi zwloki powt'orzyl ksiaze.

A potem zwr'ociwszy sie ku pacholikowi:

Zele'nski! rzekl biegaj po pulkownik'ow.

Wojewoda kijowski siadl tymczasem na lawie i sapal; troche sie przy tym za wieczerza ogladal, gdyz byl glodny, a lubil je's'c dobrze.

Wtem rozlegly sie zbrojne stapania i weszli oficerowie ksiazecy czarni, wychudli, brodaci, z pozapadanymi oczyma, ze 'sladami niewypowiedzianych trud'ow na twarzy. Sklonili sie w milczeniu ksieciu, go'sciom i czekali, co powie.

Mo'sci panowie rzekl ksiaze czy konie u tok'ow?

Tak jest.

Gotowe?

Jako zawsze.

To dobrze. Za godzine ruszamy na Krzywonosa.

He? rzekl wojewoda kijowski i spojrzal ze zdziwieniem na pana Krzysztofa, podsedka braclawskiego.

A ksiaze m'owil dalej:

Im'c Poniatowski i Wierszull rusza pierwsi. Za nimi p'ojdzie Baranowski z dragonia, a w godzine zeby mi i armaty Wurcla wyszly.

Pulkownicy skloniwszy sie opu'scili izbe i po chwili rozlegly sie trabki grajace wsiadanego. Wojewoda kijowski takiego po'spiechu sie nie spodziewal, a nawet sobie nie zyczyl, gdyz byl zmeczony i zdrozony. Liczyl on na to, ze z dzionek u ksiecia wypocznie i jeszcze zdazy a tu przychodzilo zaraz, nie 'spiac, nie jedzac, na ko'n siada'c.

Mo'sci ksiaze rzekl a czy zajda zolnierze wasi do Machn'owki, bo widzialem, strasznie fatigati[1804], a to droga daleka.

Niech wasza mo's'c o to glowa nie boli. Jak na 'spiewanie ida oni na bitwe.

Widze ja to, widze. Siarczysty zolnierz, ale bo to... i m'oj lud podrozony.

M'owile's wasza mo's'c: periculum in mora.

Tak jest, ale moze by przez noc odpocza'c. My spod Chmielnika idziemy.

Mo'sci wojewodo, my z Lubni'ow[1805], z Zadnieprza.

Caly dzie'n byli'smy w drodze.

My caly miesiac.

To rzeklszy ksiaze wyszedl, by osobi'scie szyk pochodowy sprawi'c, a wojewoda oczy na podsedka, pana Krzysztofa, wytrzeszczyl, dlo'nmi po kolanach uderzyl i m'owil:

Ot, mam, czegom chcial. Dalib'og, oni mnie tu glodem zamorza. O, to w goracej wodzie kapani. Przychodze o pomoc, my'sle, ze po wielkich molestacjach[1806] za dwa, trzy dni rusza, a tu i odetchna'c nie dadza. Niechze ich kaduk porwie! Pu'slisko[1807] mi noge przetarlo, co mi je zdrajca pacholek 'zle przypial, w brzuchu mi kruczy... niechze ich kaduk porwie! Machn'owka Machn'owka, a brzuch brzuchem! Jam tez stary zolnierz, wiecej jam moze od nich wojny zazywal ale nie tak lap, cap! To diably, nie ludzie: nie 'spia, nie jedza tylko sie bija. Jak mi B'og mily, tak oni nigdy nie jedza. Widziale's, panie Krzysztofie, tych pulkownik'ow czy nie wygladaja jak spectra[1808], co?

Ale fantazja u nich ognista odpowiedzial pan Krzysztof, kt'ory zolnierz byl zamilowany. Mily Boze! Ile to zamieszania i nieladu po innych obozach, gdy rusza'c przyjdzie! Ile bieganiny, szykowania woz'ow, posylania po konie! A tu slyszycie waszmo's'c? Oto juz lekkie choragwie wychodza!

A ju'sci, ze tak jest! Desperacja! m'owil wojewoda.

A mlody pan Aksak dlonie swoje chlopiece zlozyl:

Ach, wielki to w'odz! Ach, wielki to wojennik! m'owil z uniesieniem.

U wa'sci mleko pod nosem! huknal na niego wojewoda. Cunctator[1809] takze byl wielki w'odz! Rozumiesz wasze?

Wtem wszedl ksiaze:

Mo'sci panowie, na ko'n! Ruszamy!

Wojewoda nie wytrzymal.

Kazze, wasza ksiazeca mo's'c, da'c co's zje's'c, bom glodny! wykrzyknal z wybuchem zlego humoru.

A, m'oj mo'sci wojewodo! rzekl ksiaze 'smiejac sie i biorac go w ramiona wybaczcie, wybaczcie, calym sercem, ale na wojnie czlek o tych rzeczach zapomina.

A co, panie Krzysztofie? Czy nie m'owilem, ze oni nic nie jedza? rzecze wojewoda zwracajac sie do podsedka braclawskiego.

Ale wieczerza niedlugo trwala i w pare godzin p'o'zniej nawet i piechoty wyszly juz z Rajgrodu. Ciagnely wojska na Winnice[1810] i Lity'n[1811] ku Chmielnikowi[1812]. Po drodze natknal sie Wierszull na zagonek tatarski w Sawer'owce, kt'ory wraz z panem Wolodyjowskim wygnietli do szczetu, oswobodziwszy kilkaset dusz jasyru[1813], samych prawie dziewczat. Tamze rozpoczynal sie juz kraj spustoszony, pelen 'slad'ow Krzywonosowej reki. Strzyzawka byla spalona, a ludno's'c jej wymordowana w straszny spos'ob. Widocznie nieszcze'snicy stawili op'or Krzywonosowi, za kt'ory dziki w'odz oddal ich mieczom i plomieniom. U wej'scia do wsi wisial na debie sam pan Strzyzowski, kt'orego ludzie Tyszkiewicza zaraz poznali. Wisial nagi zupelnie, a na piersiach mial okropny naszyjnik zlozony z gl'ow ponawl'oczonych na powr'oz. Byly to glowy jego sze'sciorga dziatek i zony. W samej wsi, spalonej zreszta do szczetu, ujrzaly choragwie po obu stronach drogi dlugi szereg 'swiec kozackich, to jest ludzi z wzniesionymi nad glowa rekoma, poprzywiazywanych do zerdzi wbitych w ziemie, obwinietych sloma, oblanych smola i zapalonych od dloni. Wieksza ich cze's'c miala poupalane tylko rece, gdyz deszcz przeszkodzil widocznie dalszemu gorzeniu. Ale straszne byly to trupy z powykrzywianymi twarzami, wyciagajace ku niebu czarne kikuty. Zapach zgnilizny rozchodzil sie dokola. Nad slupami kotlowaly sie chorowody[1814] wron i kawek, kt'ore za zblizeniem sie wojska zrywaly sie z wrzaskiem z blizszych slup'ow, by sia's'c na dalszych. Kilka wilk'ow pomknelo przed choragwiami ku zaro'slom. Wojska posuwaly sie w milczeniu straszliwa aleja i liczyly 'swiece. Bylo ich trzysta kilkadziesiat. Mineli wreszcie owa nieszczesna wioske i odetchneli 'swiezym powietrzem polnym. Ale 'slady zniszczenia szly dalej. Byla to pierwsza polowa lipca. Zboza juz prawie dochodzily, spodziewano sie bowiem wczesnych zniw. Ale cale lany byly cze'scia spalone, cze'scia stratowane, zwiklane, wdeptane w ziemie. Zdawa'c by sie moglo, ze huragan przeszedl przez niwy. Jakoz i przeszedl po nich huragan najgro'zniejszy ze wszystkich wojny domowej. Zolnierze ksiazecy widzieli nieraz zyzne okolice spustoszale po napadzie Tatar'ow, ale podobnej zgrozy, podobnej w'scieklo'sci zniszczenia nie widzieli nigdy w zyciu. Lasy popalono tak samo jak zboza. Gdzie ogie'n drzew nie pozarl, tam odarl z nich ognistym jezykiem li's'c i kore, opalil oddechem, odymil, poczernil i drzewa wiec sterczaly jak szkielety. Pan wojewoda kijowski patrzyl i oczom nie wierzyl. Miedziak'ow, Zhar, Futory, Sloboda jedno zgliszcze! Gdzieniegdzie chlopi uciekli do Krzywonosa, kobiety za's i dzieci poszly w jasyr owego zagonu ordy, kt'ory Wierszull z Wolodyjowskim wygnietli. Na ziemi pustosz, na niebie za's stada wron, kruk'ow, kawek, sep'ow, kt'ore pozlatywaly sie, B'og wie skad, na kozacze zniwo... 'Slady przej'scia wojsk stawaly sie coraz 'swiezsze. Napotykano raz w raz zlamane wozy, trupy bydlece i ludzkie jeszcze nie popsute, potluczone garnki, miedziane kotly, wory z zamokla maka, zgliszcza jeszcze dymiace, stogi 'swiezo napoczete i rozrzucone. Ksiaze parl choragwie ku Chmielnikowi, nie dajac im odetchna'c, stary za's wojewoda za glowe sie chwytal powtarzajac zalo'snie:

Moja Machn'owka! Moja Machn'owka! Widze juz, iz nie zdazymy.

Tymczasem w Chmielniku przyszla wiadomo's'c, ze nie sam stary Krzywonos, ale syn jego Machn'owke w kilkana'scie tysiecy ludzi oblega i ze on to naczynil tak nieludzkich spustosze'n po drodze. Miasto, wedle tego, co glosily wie'sci, bylo juz zdobyte, Kozacy, dostawszy go, wyrzneli w pie'n szlachte i Zyd'ow, szlachcianki za's pobrali do swego taboru, gdzie oczekiwal je los gorszy od 'smierci. Ale zameczek pod wodza pana Lwa bronil sie jeszcze. Kozacy szturmowali go z klasztoru bernardyn'ow, w kt'orym wysiekli zakonnik'ow. Pan Lew, goniac ostatkiem sil i proch'ow, nie obiecywal sie dluzej trzyma'c nad jedna noc.

Zostawil wiec ksiaze piechoty, dziala i gl'owne sily wojska, kt'orym kazal i's'c do Bystrzyka, sam za's z wojewoda, panem Krzysztofem, panem Aksakiem, we dwa tysiace komunika[1815] na pomoc skoczyl. Stary wojewoda juz hamowal, bo glowe stracil: Machn'owka przepadla, przyjdziemy za p'o'zno! Lepiej poniecha'c, a innych miejsc broni'c i w prezydia[1816] je zaopatrzy'c powtarzal. Ale ksiaze nie chcial slucha'c. Pan podsedek braclawski naglil, a wojska rwaly sie do boju. Skoro'smy tu przyszli, nie odejdziemy bez krwi m'owili pulkownicy. I ruszono naprz'od.

Az w p'ol mili od Machn'owki kilkunastu je'zd'zc'ow, pedzac co ko'n wyskoczy, zabieglo wojsku droge. Byl to pan Lew z towarzyszami. Ujrzawszy go, wojewoda kijowski odgadl natychmiast, co sie stalo.

Zamek zdobyty! krzyknal.

Tak jest! odpowiedzial pan Lew i w tejze chwili omdlal, bo byl posieczony i postrzelany, wiec krew go uszla. Ale inni poczeli opowiada'c, co sie stalo. Niemc'ow na murach wybito do nogi, gdyz woleli umiera'c niz sie poddawa'c; pan Lew przebil sie przez gestwe czerni i wylamane bramy, wszelako w izbach na wiezy bronilo sie kilkudziesieciu szlachty tym nalezalo 'spieszny da'c ratunek.

Ruszono wiec z kopyta. Po chwili ukazalo sie na g'orze miasto i zamek, a nad nimi ciezka chmura dym'ow od wszczetego pozaru. Dzie'n juz zapadal. Na niebie palily sie olbrzymie zorze purpurowe i zlote, kt'ore wojska zrazu za lune poczytaly. Przy tych blaskach wida'c bylo pulki Zaporozc'ow[1817] i zbite masy czerni[1818] plynace przez bramy na spotkanie wojsk tym 'smielej, ze nikt w mie'scie nie wiedzial o przybyciu ksiecia, sadzono bowiem, ze sam tylko wojewoda kijowski nadciaga z odsiecza. Zna'c w'odka o'slepila ich zupelnie albo 'swieze zdobycie zamku natchnelo pycha niezmierna, gdyz 'smialo zstapili z g'ory i dopiero na r'owninie poczeli sie szykowa'c do bitwy z ochota wielka, grzmiac w kotly i litaury[1819]. Na ten widok okrzyk rado'sci wyrwal sie ze wszystkich polskich piersi, a pan wojewoda kijowski mial sposobno's'c po raz wt'ory podziwia'c sprawno's'c choragwi ksiazecych. Zatrzymawszy sie na widok kozactwa, stanely od razu w szyku bojowym, ciezka jazda we 'srodku, lekkie na skrzydlach, tak iz nic nie nalezalo poprawia'c i mozna bylo z miejsca zaczyna'c.

Panie Krzysztofie, co to za lud! rzekl wojewoda. Od razu staneli w ordynku. Mogliby oni i bez wodza bitwy stacza'c.

Ksiaze wszelako, jako w'odz przezorny, przelatywal z bulawa w reku miedzy choragwiami od skrzydla do skrzydla, opatrywal, ostatnie dawal rozkazy. Zorze odbijaly sie w jego srebrnym pancerzu i podobny byl do jasnego plomienia latajacego miedzy szeregami, ile ze 'sr'od ciemnych zbroic sam jeden 'swiecil mocno.

Stanely tedy: w 'srodku, w pierwszej linii trzy choragwie pierwsza, kt'ora sam wojewoda kijowski sprawowal, druga mlodego pana Aksaka, trzecia pana Krzysztofa Tyszkiewicza; za nimi, w drugiej linii, dragonia pod panem Baranowskim, a wreszcie olbrzymia husaria ksiazeca przy niej jako sprawca pan Skrzetuski.

Skrzydla zajeli Wierszull, Kuszel i Poniatowski. Armaty nie bylo, gdyz Wurcel zostal w Bystrzyku.

Ksiaze poskoczyl do wojewody i bulawa skinal.

Za swoje krzywdy poczynaj wasza mo's'c najpierwszy.

Wojewoda z kolei machnal buzdyganem pochylili sie zolnierze w kulbakach i ruszyli. A zaraz po sposobie prowadzenia choragwi mozna bylo pozna'c, iz wojewoda, cho'c ciezki i kunktator[1820], bo wiekiem przygnieciony, przecie zolnierz jest do'swiadczony i mezny. Nie zerwal on z miejsca choragwi do najwiekszego impetu, by sil oszczedzi'c, ale prowadzil z wolna, powiekszajac ped w miare, jak ku nieprzyjacielowi sie zblizal. Sam tez biegl w pierwszym szeregu z buzdyganem[1821] w reku, pacholik mu tylko pod reka trzymal koncerz[1822] dlugi i ciezki, nie za ciezki jednak na jego reke. Czer'n tez sypnela sie ku choragwi piechota, z kosami i cepami, by pierwszy impet powstrzyma'c i Zaporozcom atak ulatwi'c. Gdy wiec nie dzielilo ich wiecej nad kilkadziesiat krok'ow, poznali wojewode machnowiczanie po olbrzymim wzro'scie i tuszy, a poznawszy wola'c poczeli:

Hej, ja'snie wielmozny wojewodo, zniwa bliskie, czemu to poddanym wychodzi'c nie kazesz? Czolem, jasny pane! Juz my ci ten brzuch przewiercimy.

I grad kul posypal sie na choragiew, ale szkody nie uczynil, bo szla juz jak wicher. Zderzyli sie tedy mocno. Rozlegl sie stukot cep'ow i brzek kos o pancerze, krzyki i jeki. Kopie otwarly brame w zbitej masie czerni, przez kt'ora rozhukane konie wpadly jak orkan tratujac, przewalajac, miazdzac. I jako na lace, gdy stanie szereg kosiarzy, bujna trawa znika przed nimi, a oni ida naprz'od, machajac dragami od kos, tak wla'snie pod cieciami miecz'ow szeroka lawica czerni zwezala sie, topniala, nikla, a parta piersiami ko'nskimi, nie mogac usta'c na miejscu, poczela sie koleba'c. Wreszcie zagrzmial krzyk: Ludy, spasajtes[1823]!, i cala masa, rzucajac kosy, cepy, widly, samopaly[1824], rzucila sie w dzikim poplochu na stojace w tyle pulki Zaporozc'ow. Ale Zaporozcy, bojac sie, by uciekajacy tlum nie zawichrzyl ich szereg'ow, nadstawili mu spisy[1825], wiec czer'n widzac te zapore rzucila sie z wyciem rozpaczliwym w obie strony, wnet jednak zegnali ja na nowo Kuszel i Poniatowski, kt'orzy od skrzydel ksiazecych wla'snie ruszyli.

A za's wojewoda[1826], idac po trupach czerni, stanal w obliczu Zaporozc'ow i gnal ku nim, oni za's ku niemu, chcac na impet impetem odpowiedzie'c. I tak wla'snie uderzyli sie o siebie jako dwie fale z przeciwnych stron idace, kt'ore przy zderzeniu grzebie'n pienisty utworza. Tak konie wspiely sie przed ko'nmi, je'zd'zcy jak wal, a szable nad walem jak piana. I poznal wojewoda, ze to nie z czernia robota, ale z cietym i wy'cwiczonym zolnierzem zaporoskim. Dwie linie parly sie wzajem, giely, jedna drugiej przegia'c nie mogac. Trup padal gesty, bo tam maz uderzal na meza, miecz na miecz. Sam wojewoda, zasadziwszy za pas buzdygan, a porwawszy koncerz od pacholika, pracowal w pocie czola, sapiac jak miech kowalski. Przy nim dw'och pan'ow Sieniut'ow, panowie Kierdeje, Bohuslawscy, Jelowiccy i Polubi'nscy uwijali sie jak w ukropie. Ale po stronie kozackiej srozyl sie najbardziej Iwan Burdabut, z kalnickiego pulku podpulkownik, Kozak olbrzymiej sily i statury[1827], tym straszniejszy, ze i konia mial takiego, kt'ory na r'owni z panem walczyl. Niejeden tedy towarzysz[1828] zdarl rumaka i cofnal sie, by sie z owym centaurem nie spotka'c, szerzacym 'smier'c i spustoszenie. Skoczyli ku niemu bracia Sieniutowie, ale ko'n Burdabutowy schwycil mlodszego, Andrzeja, zebami za twarz i zmiazdzyl ja w mgnieniu oka, co widzac starszy, Rafal, cial bestie nad oczyma. Zranil ja, ale nie zabil, bo szabla na guz mosiezny na nacz'olku trafila. Jemu za's Burdabut w tej chwili wepchnal sztych pod brode i zycia go zbawil. Tak polegli obaj bracia, panowie Sieniutowie, i lezeli w pozlocistych pancerzach w kurzawie, pod kopytami rumak'ow; za's Burdabut rzucil sie jak plomie'n w dalsze szeregi i porwal zaraz kniazia Polubi'nskiego, szesnastoletnie pachole, kt'oremu odcial prawe ramie wraz z reka. Widzac to, pan Urba'nski chcial pom'sci'c 'smier'c krewniaka i w sama twarz Burdabutowi z pistoletu wypalil, ale chybil, ucho mu tylko odstrzelil i krwia go oblal. Straszny byl wtedy Burdabut i jego ko'n, obaj czarni jak noc, obaj krwia zlani, obaj z dzikimi oczyma i rozdetymi nozdrzami, szalejacy jak burza. Nie wybiegal sie od 'smierci z jego reki i pan Urba'nski, kt'oremu glowe jak kat jednym zamachem ucial, i stary, o'smdziesiatletni pan Zyty'nski, i dw'och pan'ow Nikczemnych a inni cofa'c sie poczeli z przerazeniem, zwlaszcza ze za Burdabutem blyskalo sto innych szabel zaporoskich i sto spis w krwi juz zmoczonych.

Dojrzal na koniec dziki watazka[1829] wojewode i wydawszy okropny okrzyk rado'sci rzucil sie ku niemu, obalajac po drodze konie i je'zd'zc'ow, a wojewoda sie nie cofal. Dufajac w sile niepospolita, sapnal jak ranny odyniec, wzni'osl koncerz nad glowa i wspiawszy konia ku Burdabutowi skoczyl. I bylby pewnie nadszedl ostatni kres jego, pewno juz Parka w nozyce ni'c jego zywota schwycila, kt'ora potem w Okrzei przeciela, gdyby nie Silnicki, pacholik szlachecki, kt'oren jak blyskawica na watazke sie rzucil i wp'ol go chwycil, nim szabla zostal przeszyty. Bo gdy sie Burdabut z nim zabawial, krzykneli panowie Kierdeje o ratunek dla wojewody; wnet skoczylo kilkadziesiat ludzi, kt'orzy go od watazki przedzielili, zaczem bitwa zawiazala sie zacieta. Ale zmorzony pulk wojewodzin poczal sie juz ugina'c pod przemoca zaporoska, cofa'c i miesza'c, gdy pan Krzysztof, podsedek braclawski, i pan Aksak ze 'swiezymi choragwiami nadbiegli. Wprawdzie i nowe pulki zaporoskie ruszyly w tej chwili do boju, ale przecie ponizej stal jeszcze ksiaze z dragonami Baranowskiego i husaria pana Skrzetuskiego, kt'orzy dotychczas nie brali w potrzebie[1830] udzialu.

Zawrzala wiec na nowo krwawa rze'zba, a tymczasem mrok juz zapadal. Lecz pozar ogarnal skrajne domy miasta. Luna o'swiecila pobojowisko i wida'c bylo doskonale obie linie, polska i kozacka, lamiace sie pod g'ora, wida'c bylo barwy proporc'ow i nawet twarze. Juz tez pan Wierszull, pan Poniatowski i pan Kuszel byli takze w ogniu i pracy, bo starlszy czer'n, bili sie na skrzydlach kozackich, kt'ore pod ich naciskiem poczely cofa'c sie ku g'orze. Dluga linia walczacych wygiela sie dwoma ko'ncami ku miastu i poczela wygina'c sie coraz bardziej, bo gdy skrzydla polskie awansowaly[1831], 'srodek, party przez przewazne sily kozackie, ustepowal ku ksieciu. Poszly trzy nowe pulki kozackie, by go rozerwa'c, ale w tej chwili ksiaze pchnal dragon'ow pana Baranowskiego i ci pokrzepili sily walczacych.

Przy ksieciu zostala sama husaria z daleka, rzeklby's: b'or ciemny, co prosto z pola wyrasta, gro'zna lawica zelaznych mez'ow, koni i kopii. Powiew wieczorny, szele'scil nad nimi proporcami, a oni stali cicho, nie rwac sie bez rozkazu do boju cierpliwi, bo wytrawni i w tylu bitwach do'swiadczeni, i wiedzacy, ze ich udzial krwawy nie minie. Miedzy nimi ksiaze, w srebrnej zbroi, ze zlota bulawa w reku, wytezal oczy na bitwe a z lewej strony pan Skrzetuski troche bokiem na ko'ncu stojacy. Rekaw, jako porucznik, na ramieniu zawinal i trzymajac w poteznej, golej do lokcia rece koncerz zamiast buzdygana, czekal spokojnie komendy.

A ksiaze lewa dlonia oczy przeciw pozarowi nakryl i patrzyl na bitwe. 'Srodek polskiego p'olksiezyca obsuwal sie z wolna ku niemu, zmagany przez przemoc, bo nie na dlugo wsparl go pan Baranowski, ten sam, kt'oren Niemir'ow wycial. Widzial wiec ksiaze jak na dloni prace ciezka zolnierzy. Wydluzona blyskawica szabel to wznosila sie nad czarna linia gl'ow, to nikla w zamachach. Konie bez je'zd'zc'ow wypadaly z tej lawy walczacych i rzac biegly po r'owninie z rozwianymi grzywami, na tle pozaru do bestii piekielnych podobne. Czasem choragiew kra'sna powiewajaca nad cizba zapadala nagle w tlum, by nie podnie's'c sie wiecej. Ale wzrok ksiecia biegl poza linie walczacych, az na g'ore ku miastu, gdzie na czele dw'och pulk'ow wybranych stal sam mlody Krzywonos czekajac na chwile, by sie rzuci'c w 'srodek walczacych i zlama'c nadwatlone szyki polskie zupelnie.

Skoczyl nareszcie biegnac ze strasznym krzykiem wprost na dragon'ow Baranowskiego, ale na te chwile czekal takze i ksiaze.

Prowad'z! krzyknal do Skrzetuskiego.

Skrzetuski koncerz w g'ore podni'osl i zelazna nawala ruszyla naprz'od.

Nie biegli dlugo, bo linia bojowa zblizyla sie do nich znacznie. Dragoni Baranowskiego rozstapili sie z blyskawiczna szybko'scia w prawo i lewo, by przystep husarii do Kozak'ow otworzy'c, oni za's runeli przez te wrota calym ciezarem na zwycieskie juz sotnie Krzywonosowe.

Jarema! Jarema! zawolali husarze.

Jarema! powt'orzylo cale wojsko.

Straszne imie dreszczem trwogi 'scisnelo serca Zaporozc'ow. W tej chwili dopiero poznali, iz to nie wojewoda kijowski, lecz sam ksiaze dowodzi. Zreszta nie mogli oni stawi'c oporu husarii, kt'ora samym swoim ciezarem druzgotala ich tak, jak walacy sie mur druzgoce stojacych pod nim ludzi. Jedynym ratunkiem dla nich bylo rozstapi'c sie na obie strony, pu'sci'c husarie przez siebie i z bok'ow na nia uderzy'c; ale te boki byly juz pilnowane przez dragonie i przez lekkie choragwie Wierszulla, Kuszla i Poniatowskiego, kt'orzy spedziwszy skrzydla kozackie, zepchneli je w 'srodek. Teraz posta'c walki zmienila sie, bo owe lekkie choragwie utworzyly jakby ulice, 'srodkiem kt'orej lecieli w szalonym zapedzie husarze, gnac, lamiac, pchajac, walac ludzi i konie, a przed nimi uciekalo z rykiem i wyciem kozactwo ku g'orze i miastu. Gdyby skrzydlo Wierszulla zdolalo sie zej's'c ze skrzydlem Poniatowskiego, byliby otoczeni i wycieci do szczetu. Wszelako ni Wierszull, ni Poniatowski nie mogli tego dokona'c dla zbytniej nawaly uciekajacych, bili wiec tylko z boku, az rece od cie'c im mdlaly.

Mlody Krzywonos, cho'c mezny i dziki, gdy zrozumial, ze wlasne niedo'swiadczenie przychodzi mu takiemu wodzowi, jak ksiaze, przeciwstawi'c, stracil calkiem glowe i umykal na czele innych ku miastu. Uciekajacego spostrzegl pan Kuszel, z boku stojacy, kt'ory na kr'otka mete tylko widzial, przyskoczyl wiec koniem i w pysk mlodego watazke szabla trzasnal. Nie zabil, bo ostrze wstrzymala podpinka, ale zalal go krwia i tym bardziej serca pozbawil.

Wszelako o malo sam czynu tego zyciem nie przyplacil, bo w tej chwili rzucil sie na niego Burdabut na czele resztek kalnickiego pulku.

Dwakro'c pr'obowal on stawi'c czolo husarzom, ale dwakro'c, jakoby sila nadprzyrodzona odparty i rozgromiony, musial ustepowa'c wraz z innymi. W ko'ncu, sprawiwszy ostatki, postanowil z boku na Kuszla uderzy'c i przez jego dragon'ow na wolne sie pole wydosta'c. Nim jednak zdolal ich rozerwa'c, zapchala sie owa droga wiodaca ku miastu i g'orze tak dalece, ze szybka ucieczka stala sie niemozliwa. Husarze wobec tego natloku ludzi wstrzymali impet i skruszywszy kopie, mieczami cia'c tlumy poczeli. Zapanowala walka zmieszana, bezladna, dzika, bezpardonowa, wrzaca w tloku, zgielku, goracu, w'sr'od wyziew'ow ludzkich i ko'nskich. Trup padal na trupa, kopyta ko'nskie grzezly w drgajacych cialach. Gdzieniegdzie masy tak sklebily sie, ze nie bylo miejsca na zamach dla szabli; tam bito sie glowniami, nozami i pie'sciami, konie poczely kwicze'c. Tu i owdzie ozwaly sie glosy: Pomylujte, Lachy! Glosy te wzmagaly sie, mnozyly, zagluszaly brzek miecz'ow, zgrzyt zelaza o ko'sci, chrapanie i straszna czkawke konajacych. Pomylujte, pany! rozlegalo sie coraz zalo'sniej, ale milosierdzie nie 'swiecilo nad ta lawica walczacych; jak slo'nce nad burza 'swiecil im pozar.

Jeden Burdabut na czele swoich kalnickich ludzi o milosierdzie nie prosil. Braklo mu miejsca do walki, wiec czynil sobie rum[1832] nozem. Starl sie naprz'od z brzuchatym panem Dzikiem i pchnawszy go w brzuch, z konia zwalil, a ten krzyknawszy: O Jezu!, juz sie wiecej spod kopyt, kt'ore mu tratowaly wnetrzno'sci, nie podni'osl. Wtedy zaraz przybylo miejsca, wiec Burdabut juz szabla rozrabal glowe z helmem towarzyszowi Sokolskiemu, potem obalil razem z ko'nmi pan'ow Pryjama i Certowicza; miejsce otworzylo sie szersze. Mlody Zenobiusz Skalski cial go w glowe, ale szabla zwinela mu sie w reku i uderzyla plazem, watazka za's, jego pie'scia na odlew w twarz uderzywszy, zabil na miejscu. Ludzie kalniccy szli za nim siekac i gindzalami[1833] klujac. Charakternik! Charakternik[1834]! poczeli wola'c husarze. Zelazo sie jego nie ima! Maz szalony! On za's istotnie mial piane na wasach, a w'scieklo's'c w oczach. Dojrzal nareszcie Skrzetuskiego i poznawszy oficera po odwinietym rekawie, runal na niego.

Wszyscy dech zatrzymali w piersiach i bitwe przerwali, patrzac na walke dw'och najstraszliwszych rycerzy. Pan Jan sie bowiem wolaniem: Charakternik!, nie strwozyl ale gniew zawrzal mu w duszy na widok tylu spustosze'n, zgrzytnal wiec zebem i z furia natarl na watazke. Zwarli sie wiec, az konie na zadach przysiadly. Rozlegl sie 'swist zelaza i nagle szabla watazki rozleciala sie w kawalki pod cieciem polskiego koncerza. Juz sie zdawalo, ze zadna moc nie wyratuje Burdabuta, gdy on skoczyl, sczepil sie z panem Skrzetuskim tak, iz obaj jedno zdawali sie tworzy'c cialo i nozem nad gardlem husarza blysnal.

Teraz Skrzetuskiemu 'smier'c stanela w oczach, bo cia'c juz mieczem nie m'ogl. Ale szybki jak blyskawica pu'scil miecz, kt'ory na rzemyku zawisl, a reka za reke watazki chwycil. Przez chwile dwie te rece drgaly konwulsyjnie w powietrzu, ale zelazny to musial by'c u'scisk pana Skrzetuskiego, bo watazka zawyl jak wilk i w oczach wszystkich n'oz wypadl mu ze zdretwialych palc'ow jak wyluskwione ziarno z klosa. Wtedy Skrzetuski reke zgnieciona mu pu'scil i za kark ucapiwszy przygial straszny leb az do kuli kulbaki[1835], lewa za's dlonia buzdygan zza pasa wychwycil, gruchnal raz, drugi watazka zacharczal i spadl z konia.

Jekneli na ten widok ludzie kalniccy i biegli pom'sci'c w tej chwili jednakze rzucila sie na nich husaria i wyciela co do nogi.

Na drugim za's ko'ncu lawy husarskiej bitwa nie ustawala ani na chwile, bo tlok byl mniejszy. Tam, przepasany Anusina szarfa, szalal pan Longinus ze swoim Zerwikapturem. Nazajutrz po bitwie rycerze ze zdziwieniem ogladali te miejsca, a pokazujac sobie rece poodwalane wraz z ramionami, rozciete glowy od czola do brody, ciala rozchlastane straszliwie na dwie polowy, cala droge ludzkich i ko'nskich trup'ow, szeptali wzajem do siebie: Patrzcie, tu walczyl Podbipieta! Sam ksiaze trupy ogladal i cho'c nazajutrz bardzo byl r'oznymi wie'sciami stroskany, dziwi'c sie raczyl, bo takich cie'c zgola dotad w zyciu nie widzial.

Ale tymczasem walka zdawala sie zbliza'c ku ko'ncowi. Ciezka jazda ruszyla znowu naprz'od, goniac przed soba pulki zaporoskie, kt'ore pod g'ore ku miastu sie chronily. Reszcie uciekajacych przeciely odwr'ot choragwie Kuszla i Poniatowskiego. Otoczeni bronili sie z rozpacza, p'oki nie wygineli do nogi, lecz 'smiercia swoja zbawili innych, bo gdy w dwie godziny potem pierwszy Wierszull z nadwornymi Tatary[1836] wszedl do miasta, juz tam ani jednego Kozaka nie zastal. Nieprzyjaciel, korzystajac z ciemno'sci, bo deszcze zgasily pozar, nabral w lot czczych[1837] woz'ow w mie'scie i otaborzywszy[1838] sie z szybko'scia Kozakom tylko wla'sciwa, za miasto za rzeke uszedl, zniszczywszy za soba mosty.

Uwolniono owych kilkudziesieciu szlachty broniacych sie w zameczku. Pr'ocz tego kazal ksiaze Wierszullowi pokara'c mieszczan, kt'orzy sie byli z kozactwem polaczyli, a sam ruszyl w pogo'n. Ale taboru bez armat i piechoty zdoby'c nie m'ogl. Nieprzyjaciel, zyskawszy na czasie przez spalenie most'ow, gdyz rzeke daleko grobla nalezalo obchodzi'c, uchodzil tak szybko, iz pomeczone konie ksiazecej jazdy zaledwie go do'scigna'c mogly. Atoli Kozacy, lubo slawni z obrony w taborach, nie bronili sie tak meznie jak zwykle. Straszna pewno's'c, iz sam ksiaze ich 'sciga, tak dalece odebrala im serca, ze zupelnie o swym ocaleniu zwatpili. I bylby pewnie na nich przyszedl kres, bo po calonocnej strzelaninie urwal juz pan Baranowski czterdzie'sci woz'ow i dwie armaty, gdyby nie wojewoda kijowski, kt'oren sie dalszej pogoni sprzeciwil i swoich ludzi cofnal. Przyszlo o to miedzy nim a ksieciem do ostrych przym'owek, kt'ore wielu pulkownik'ow slyszalo.

Czemuz to wasza mo's'c pytal ksiaze chcesz teraz nieprzyjaciela poniecha'c, gdy's w bitwie z taka rezolucja przeciwko niemu stawal? Slawe, kt'orej wieczorem nabyle's, rankiem przez opieszalo's'c swa utracisz.

Mo'sci ksiaze odparl wojewoda nie wiem, jaki duch w was mieszka, alem ja czlowiek z ciala i ko'sci, po pracy spoczynku potrzebuje i moi ludzie takze. Zawsze ja bede na nieprzyjaciela tak szedl, jakom dzi's szedl, gdy czolo stawi, ale pobitego juz i uciekajacego nie bede gonil.

Wybi'c ich do nogi! zakrzyknal ksiaze.

I c'oz z tego? rzecze wojewoda. Tych wybijemy, przyjdzie starszy Krzywonos. Popali, poniszczy, dusz nagubi, jako ten w Strzyzawce nagubil i za zacieklo's'c nasza nieszcze'sni ludzie zaplaca.

O, widze juz zawolal z gniewem ksiaze ze wasza mo's'c wraz z kanclerzem i z tymi ich regimentarzami[1839] do pokojowej fakcji[1840] nalezysz, kt'ora by ukladami chciala bunt gasi'c, ale przez B'og zywy! Nie bedzie z tego nic, p'oki u mnie szabla w gar'sci!

A Tyszkiewicz na to:

Nie do fakcji ja juz naleze, ale do Boga, bom stary i wkr'otce mi przed Nim stana'c przyjdzie. A ze nie chce, by mnie zbyt wielkie brzemie krwi w wojnie domowej przelanej obciazalo, temu sie, wasza ksiazeca mo's'c, nie dziw... Jezeli's za's wasza ksiazeca mo's'c krzyw o to, ze cie regimentarstwo minelo, tedy tak powiem: z mestwa nalezalo ci sie slusznie, wszelako moze i lepiej, ze'c go nie dali, bo ty by's bunt, ale z nim razem i te nieszczesna ziemie we krwi utopil.

Jowiszowe brwi Jeremiego 'sciagnely sie, kark mu napecznial, a oczy poczely ciska'c takie blyskawice, ze wszyscy obecni struchleli o wojewode, ale wtem zblizyl sie szybko pan Skrzetuski i rzekl:

Wasza ksiazeca mo's'c, sa wie'sci o starszym Krzywonosie[1841].

Zaraz wiec umysl ksiecia w inna zwr'ocil sie strone i gniew na wojewode w nim oslabl. Tymczasem wprowadzono przybylych z wie'sciami czterech ludzi, w tym dw'och starych blahoczestywych[1842] ksiezy, kt'orzy ujrzawszy ksiecia rzucili sie przed nim na kolana.

Ratuj, wladyko, ratuj! powtarzali wyciagajac ku niemu rece.

Skad wy? pytal ksiaze.

My z Polonnego[1843]. Starszy Krzywonos oblegl zamek i miasto; je'sli twoja szabla nad jego karkiem nie zawi'snie, tedy zginiemy wszyscy.

Na to ksiaze:

O Polonnem ja wiem, iz sie tam sila[1844] ludu schronilo, ale jak mnie doniesiono, najwiecej Rusin'ow. Zasluga to wasza przed Bogiem, iz zamiast polaczy'c sie z buntem, op'or mu dajecie, przy matce stawajac, jednak boje sie zdrady jakowej od was, takiej, jak w Niemirowie doznalem.

Na to posla'ncy poczeli przysiega'c na wszystkie 'swieto'sci niebieskie, ze jako zbawiciela, tak ksiecia wyczekuja, i my'sl zdrady w glowie im nawet nie postala. Jakoz i szczerze m'owili. Krzywonos bowiem obleglszy ich w pie'cdziesiat tysiecy ludu, poprzysiagl im zgube dlatego wla'snie, ze bedac Rusinami, nie chcieli sie z buntem laczy'c.

Ksiaze przyrzekl im pomoc, ale poniewaz gl'owne sily jego byly w Bystrzyku, musial wiec na nie czeka'c. Wysla'ncy odeszli z pociecha w sercu, on za's zwr'ocil sie do wojewody kijowskiego i rzekl:

Przebaczcie, wasza mo's'c! Widze juz sam, iz trzeba Krzywonosa zaniecha'c, aby Krzywonosa dosiegna'c. Mlodszy dluzej na powr'oz moze poczeka'c. Sadze tez, iz mnie nie odstapicie w tej nowej imprezie.

Jako zywo! rzecze wojewoda.

Wnet ozwaly sie traby, oznajmiajac choragwiom zagnanym za taborem, by sie 'sciagaly na powr'ot. Trzeba tez bylo spocza'c i da'c oddech koniom. Wieczorem nadciagnela cala dywizja z Bystrzyka, a z nia posel, pan Stachowicz, od wojewody braclawskiego[1845]. Pisal pan Kisiel do ksiecia list pelen uwielbienia, ze jako drugi Mariusz[1846] ojczyzne z ostatniej toni ratuje, pisal tez o rado'sci, jaka przybycie ksiecia z Zadnieprza we wszystkich sercach wzbudzilo, winszowal mu zwyciestw ale w ko'ncu listu pokazaly sie przyczyny, dla kt'orych byl pisany. Oto pan z Brusilowa o'swiadczal, ze uklady rozpoczete, ze on sam z innymi komisarzami udaje sie do Bialocerkwi i ma nadzieje Chmielnickiego powstrzyma'c i ukontentowa'c[1847]. Na koniec prosil ksiecia, by do czasu uklad'ow nie nastawal tak bardzo na Kozak'ow i o ile mozna, krok'ow wojennych zaprzestal.

Gdyby doniesiono ksieciu, ze cale jego Zadnieprze zniszczone, a wszystkie grody z ziemia zr'ownane, nie bolalby tak srodze, jako sie nad tym listem rozbolal. Byli przy tym obecni pan Skrzetuski, pan Baranowski, pan Za'cwilichowski, obaj Tyszkiewiczowie i Kierdeje. Ksiaze rekoma oczy zakryl, w tyl glowe przewr'ocil, jakoby strzala w serce trafiony.

Ha'nba! Ha'nba! Boze, dajze mnie juz polec predzej, abym na takie rzeczy nie patrzyl!

Cisza zapanowala gleboka miedzy obecnymi, a ksiaze m'owil dalej:

Nie chce ja zy'c w tej Rzeczypospolitej, bo dzi's wstydzi'c sie za nia przychodzi. Oto czer'n kozacka i chlopska zalala krwia ojczyzne, z poga'nstwem sie przeciw wlasnej matce polaczyla. Pobici hetmani, zniesione wojska, zdeptana slawa narodu, zgwalcony majestat, popalone ko'scioly, wyrznieci ksieza, szlachta, poha'nbione niewiasty, a na te kleski i na te ha'nbe, na kt'orej wspomnienie samo pomarliby nasi przodkowie czymze odpowiada ta Rzeczpospolita? Oto ze zdrajca, z ha'nbicielem swym, ze sprzymierze'ncem pogan uklady rozpoczyna i kontentacje[1848] mu obiecuje! O Boze, daj 'smier'c, powtarzam, bo nie zy'c nam na 'swiecie, kt'orzy dyshonor ojczyzny czujemy i glowy dla niej niesiemy w ofierze.

Wojewoda kijowski milczal, a pan Krzysztof, podsedek braclawski, ozwal sie po chwili:

Pan Kisiel nie stanowi Rzeczypospolitej.

Ksiaze na to:

Nie m'ow mnie waszmo's'c o panu Kisielu, bo wiem dobrze, iz ma on cala partie za soba: utrafil on w my'sl prymasa i kanclerza, i ksiecia Dominika, i wielu pan'ow, kt'orzy dzi's w czasie interregnum[1849] rzady w Rzeczypospolitej sprawuja i majestat jej przedstawiaja, a raczej ha'nbia ja slabo'scia wielkiego narodu niegodna, bo nie ukladami, ale krwia ten ogie'n gasi'c nalezy, bo lepiej dla narodu rycerskiego gina'c niz sie upodli'c i kontempt[1850] calego 'swiata dla siebie obudzi'c.

I znowu ksiaze zakryl rekoma oczy widok byl to za's tak zalosny tego b'olu i zalu, ze pulkownicy zgola nie wiedzieli, co czyni'c ze lzami, kt'ore im do oczu nabiegly.

Mo'sci ksiaze o'smielil sie ozwa'c Za'cwilichowski niechze oni szermuja jezykiem, my mieczem bedziem dalej szermowali.

Zaiste odpowiedzial ksiaze i na te my'sl rozdziera sie serce: co czyni'c nam dalej przystoi? Oto, mo'sci panowie, slyszac o klesce ojczyzny, przyszli'smy tu przez plonace lasy i nieprzebyte blota, nie 'spiac, nie jedzac, ostatnich sil dobywajac, by te matke nasza od zaglady i ha'nby ratowa'c. Rece mdleja nam od pracy, gl'od skreca kiszki, rany bola my za's na trud nie baczym, byle nieprzyjaciela pohamowa'c. M'owiono na mnie, zem krzyw, iz mnie regimentarstwo minelo. Niechze caly 'swiat sadzi, czy godniejsi ci, co je dostali, a ja Boga i waszmo'sci'ow na 'swiadki biore, ze, tak jak i wy, nie dla nagrody i dostoje'nstw niose krew swa w ofierze, ale z czystej ku ojczy'znie milo'sci. Ale gdy my ostatni dech z piersi wydajemy c'oz nam donosza? Oto, ze panowie w Warszawie, a pan Kisiel w Huszczy kontentacje dla tego nieprzyjaciela obmy'slaja[1851]? Ha'nba! Ha'nba!!!

Zdrajca Kisiel! zawolal pan Baranowski.

Na to pan Stachowicz, czlowiek powazny i 'smialy, wstal i zwracajac sie ku Baranowskiemu rzekl:

Przyjacielem panu wojewodzie braclawskiemu bedac i poslujac od niego, nie pozwole, by go tu zdrajca zwali. I jemu tez broda od zgryzoty zbielala a ojczy'znie sluzy tak, jak rozumie, moze mylnie, ale uczciwie!

Ksiaze nie slyszal tej odpowiedzi, bo pograzyl sie w my'slach i bole'sci, Baranowski nie 'smial tez w obecno'sci jego burdy robi'c, wiec tylko oczy swe stalowe utkwil w panu Stachowiczu, jakby mu chcial rzec: Znajde cie!, i reke na glowni miecza polozyl tymczasem jednak Jeremi ocucil sie z zamy'slenia i rzekl ponuro:

Nie ma tu innego wyboru, jeno albo poslusze'nstwo zlama'c (bo'c w czasie bezkr'olewia oni wladze sprawuja), albo honor ojczyzny, dla kt'orego'smy pracowali, po'swieci'c...

Z nieposlusze'nstwa wszystko zlo w tej Rzeczypospolitej plynie rzekl powaznie wojewoda kijowski.

Wiec zezwolimy na poha'nbienie ojczyzny? Wiec je'sli jutro nam kaza, by'smy z powrozem u szyi do Tuhaj-beja i Chmielnickiego poszli, tedy i to dla poslusze'nstwa uczynim?

Veto[1852]! ozwal sie pan Krzysztof, podsedek braclawski.

Veto! powt'orzyl pan Kierdej.

Ksiaze zwr'ocil sie do pulkownik'ow:

M'owcie, starzy zolnierze! rzekl.

Pan Za'cwilichowski glos zabral:

Mo'sci ksiaze, ja mam lat siedmdziesiat, jestem Rusin blahoczestywy, bylem komisarzem kozackim i ojcem mnie sam Chmielnicki nazywal. Predzej bym powinien za ukladami przemawia'c, ale je'sli mi rzec przyjdzie: ha'nba albo wojna, tedy jeszcze do grobu zstepujac powiem: wojna!

Wojna! powt'orzyl pan Skrzetuski.

Wojna, wojna! powt'orzylo kilkana'scie glos'ow, miedzy nimi pan Krzysztof, panowie Kierdeje, Baranowski i prawie wszyscy obecni.

Wojna! Wojna!

Niechze sie stanie wedle sl'ow waszych odrzekl powaznie ksiaze i bulawa w otwarty list pana Kisiela uderzyl.


Rozdzia l XXVI | Ogniem i mieczem | Rozdzia l XXVIII