home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate |

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

- advertisement



Rozdzial XXVIII

W dzie'n p'o'zniej, gdy wojska zatrzymaly sie w Rylcowie, ksiaze zawolal pana Skrzetuskiego i rzekl:

Sily nasze slabe i zmorzone, a Krzywonos[1853] ma sze's'cdziesiat tysiecy luda i jeszcze co dzie'n w potege ro'snie, bo czer'n do niego naplywa. Na wojewode kijowskiego tez liczy'c nie moge, gdyz w duszy r'owniez on do pokojowej partii nalezy i cho'c idzie ze mna, ale niechetnie. Trzeba nam skad posilk'ow. Ot'oz dowiaduje sie, ze niedaleko od Konstantynowa[1854] stoja dwaj pulkownicy: Osi'nski z gwardia kr'olewska i Korycki. We'zmiesz dla bezpiecze'nstwa sto[1855] semen'ow[1856] nadwornych i p'ojdziesz do nich z moim listem, aby za's sie po'spieszyli i bez zwloki do mnie przyszli, bo za pare dni na Krzywonosa uderze. Z wszelkich funkcji nikt mi sie lepiej od ciebie nie wywiazuje, dlatego tez ciebie posylam a to jest wazna rzecz.

Pan Skrzetuski sklonil sie i tegoz wieczoru ku Konstantynowu ruszyl na noc, by przej's'c niepostrzezenie, bo tu i owdzie krecily sie Krzywonosowe podjazdy albo kupy czerni, kt'ora czynila zb'ojeckie zasadzki po lasach i go'sci'ncach, ksiaze za's nakazal bitew unika'c, aby zwloki nie bylo. Idac tedy cicho, 'switaniem doszedl do Wiszowatego Stawu, gdzie sie na obu pulkownik'ow natknal i w sercu sie na widok ich mocno uradowal. Osi'nski mial gwardie drago'nska wyborna, na cudzoziemski lad wy'cwiczona, i Niemc'ow. Korycki za's tyko piechote niemiecka z samych prawie weteran'ow z trzydziestoletniej wojny[1857] zlozona. Byl to zolnierz tak straszny i sprawny, ze w reku pulkownika jako jeden miecz dzialal. Oba pulki byly przy tym obficie pokryte i w strzelbe[1858] zaopatrzone. Uslyszawszy, ze do ksiecia maja i's'c, podnie'sli zaraz radosne okrzyki, bo tesknili za bitwami, a wiedzieli, ze pod zadna komenda tylu ich nie beda zazywa'c. Na nieszcze'scie, obaj pulkownicy dali odpowied'z odmowna, gdyz obaj nalezeli do komendy ksiecia Dominika Zaslawskiego i mieli wyra'zne rozkazy, by sie z Wi'sniowieckim nie laczyli. Na pr'ozno pan Skrzetuski tlumaczyl im, jakiej by to slawy mogli naby'c, pod takim wodzem sluzac i jak wielkie krajowi odda'c przyslugi nie chcieli slucha'c twierdzac, iz subordynacja[1859] ma by'c dla wojskowych ludzi najpierwszym prawem i obowiazkiem. M'owili natomiast, ze w takim tylko razie mogliby sie z ksieciem polaczy'c, gdyby ocalenie ich pulk'ow tego wymagalo. Odjechal wiec pan Skrzetuski mocno strapiony, bo wiedzial, ile ksieciu bedzie bolesnym nowy ten zaw'od i jak dalece wojska jego sa istotnie znuzone i wyczerpane pochodami, ustawicznym 'scieraniem sie z nieprzyjacielem, tepieniem pojedynczych watah[1860], wreszcie ustawicznym czuwaniem, glodem i niewywczasem[1861]. Mierzy'c sie w podobnych warunkach z dziesie'ckro'c liczniejszym nieprzyjacielem bylo prawie niepodobie'nstwem, widzial wiec jasno pan Skrzetuski, ze zwloka w dzialaniach wojennych przeciw Krzywonosowi musi nastapi'c, bo trzeba bedzie da'c dluzsza folge[1862] wojsku i czeka'c na naplyw 'swiezej szlachty do obozu.

Tymi my'slami przejety pan Skrzetuski wracal na powr'ot do ksiecia na czele swoich semen'ow, a musial i's'c cicho, ostroznie i tylko noca, aby unikna'c i podjazd'ow Krzywonosowych, i licznych lu'znych band zlozonych z kozactwa i czerni, nieraz bardzo poteznych, kt'ore grasowaly w calej okolicy, palac dwory, wycinajac szlachte i lowiac uciekajacych po go'sci'ncach. Tak przeszedl Baklaj i wjechal w bory Mszynieckie, geste, pelne zdradliwych jar'ow i rozlog'ow. Szcze'sciem, po niedawnych deszczach sluzyla mu piekna pogoda w tej podr'ozy. Noc byla pyszna, lipcowa, bez ksiezyca, ale usiana gwiazdami. Semenowie szli waska dr'ozka le'sna, prowadzeni przez sluzalych borowych mszynieckich, ludzi bardzo pewnych i znajacych swoje bory doskonale. W lesie panowala cisza gleboka, przerywana tylko trzaskiem suchych galazek pod kopytami ko'nskimi gdy nagle do uszu pana Skrzetuskiego i semen'ow doszedl daleki jaki's szmer podobny do 'spiewu przerywanego okrzykami.

St'oj! rzekl cicho pan Skrzetuski i zatrzymal linie semen'ow. Co to jest?

Stary borowy przysunal sie ku niemu.

To, panie, wariaty chodza teraz po lesie i krzycza, ci, co im sie od okropno'sci w glowie pomieszalo. My wczoraj spotkali jedna szlachcianke, co chodzi, panie, chodzi, po sosnach patrzy i wola: Dzieci! Dzieci! Widno, jej chlopi dzieci porzneli. Na nas tez oczy wytrzeszczyla i poczela piszcze'c, ze az nogi pod nami zadrzaly. M'owia, ze po wszystkich lasach takich jest duzo.

Pana Skrzetuskiego, cho'c byl rycerzem bez trwogi, dreszcz przeszedl od st'op do gl'ow.

A moze to wilcy wyja? Z daleka rozezna'c nie mozna rzekl.

Gdzie tam, panie! Wilk'ow teraz w lesie nie ma; wszystkie poszly do wsi, gdzie maja trup'ow dostatek.

Straszne czasy odrzekl na to rycerz w kt'orych wilcy we wsiach mieszkaja, a w lasach oblakani ludzie wyja! Boze! Boze!

Przez chwile zapanowala zn'ow cisza, slycha'c bylo tylko szum zwykly w wierzcholkach sosen, ale po chwili owe dalekie odglosy wzmogly sie i staly wyra'zniejsze.

Hej! rzekl nagle borowy. Tam na to patrzy, ze jaka's wieksza kupa ludzi jest. Waszmo'sciowie tu post'ojcie albo id'zcie wolno naprz'od, a my p'ojdziem z towarzyszem obaczy'c.

Id'zcie rzekl pan Skrzetuski. Tu bedziem czekali.

Borowi znikli. Nie bylo ich z godzine; juz pan Skrzetuski zaczal sie niecierpliwi'c, a nawet podejrzewa'c, czy mu jakiej zdrady nie gotuja, gdy nagle jeden wynurzyl sie z ciemno'sci.

Sa, panie! rzekl zblizajac sie do Skrzetuskiego.

Kto?

Chlopy rezuny[1863].

A sila[1864] ich jest?

Bedzie ze dwustu. Nie wiadomo, panie, co pocza'c, bo leza w wawozie, przez kt'ory droga nam wypada. Ognie pala, jeno blasku nie wida'c, bo w dole. Strazy nijakich nie maja: mozna do nich podej's'c na strzelenie z luku.

Dobrze! rzekl pan Skrzetuski i zwr'ociwszy sie do semen'ow poczal dwom starszym wydawa'c rozkazy.

Wnet orszak ruszyl zywo przed siebie, ale tak cicho, ze tylko trzaskanie galazek moglo zdradzi'c poch'od; strzemie nie zadzwonilo o strzemie, szabla nie zabrzekla, konie, zwyczajne podchodze'n i napad'ow, szly wilczym chodem bez parskania i rzenia. Przybywszy na miejsce, gdzie droga skrecala sie nagle, semenowie ujrzeli zaraz z dala ognie i niewyra'zne postacie ludzkie. Tu pan Skrzetuski podzielil ich na trzy oddzialy, z kt'orych jeden pozostal na miejscu, drugi poszedl krawedzia wzdluz wawozu, by zamkna'c przeciwlegle uj'scie, a trzeci, zsiadlszy z koni i czolgajac sie na brzuchach, polozyl sie na samej krawedzi, tuz nad chlopskimi glowami.

Pan Skrzetuski, kt'ory znajdowal sie w owym 'srodkowym oddziele, spojrzawszy w d'ol widzial jak na dloni, w odleglo'sci dwudziestu lub trzydziestu krok'ow, cale obozowisko: ognisk palilo sie dziesie'c, ale nie plonely zbyt jaskrawo, wisialy w nich bowiem kotly z jedzeniem. Zapach dymu i warzonych mias dochodzil wyra'znie do nozdrzy pana Skrzetuskiego i semen'ow. Naok'ol kotl'ow stali lub lezeli chlopi, pijac i gwarzac. Niekt'orzy mieli w reku flasze z w'odka, inni wspierali sie na spisach[1865], na kt'orych ostrzach osadzone byly, jako trofea, 'sciete glowy mezczyzn, kobiet i dzieci. Blask ognia odbijal sie w ich martwych 'zrenicach i wyszczerzonych zebach; tenze sam blask o'swiecal twarze chlopskie dzikie, okrutne. Tuz pod sama 'sciana jaru kilkunastu z nich spalo chrapiac glo'sno; inni gwarzyli, inni poprawiali ogniska, kt'ore strzelaly w'owczas do g'ory snopami zlotych iskier. Przy najwiekszym ognisku siedzial, zwr'ocony plecami do 'sciany wawozu i do pana Skrzetuskiego, barczysty stary dziad i brzdakal na lirze; naokolo niego skupilo sie p'olkolem ze trzydziestu rezun'ow.

Do uszu pana Skrzetuskiego doszly nastepujace slowa:

Hej, didu! Pro Kozaka Holotu!

Nie! wolali inni Pro Marusiu Bohuslawku!

Do czorta z Marusia! O panu z Potoka, o panu z Potoka! wolaly najliczniejsze glosy.

Did uderzyl silniej w lire, odchrzaknal i poczal 'spiewa'c:

Sta'n, obernysia, hla'n, zadywysia, kotory majesz mnoho,

Ze riwny budesz tomu, w kotoroho ne majesz niczoho,

Bo toj sprawujet, szczo wsim kierujet, sam Boh mylostywe,

Wsi naszy sprawy na swojej szali wazyt sprawedlywe.

Sta'n, obernysia, hla'n, zadywysia, kotory wysoko

Umom litajesz, mudrosty znajesz, szyroko, hluboko[1866]...

Tu did przerwal na chwile i westchnal, a za nim poczeli wzdycha'c i chlopi. Coraz tez ich wiecej zbieralo sie kolo niego a i pan Skrzetuski, cho'c wiedzial, ze juz wszyscy jego ludzie musza by'c w pogotowiu, nie dawal hasla do napadu. Ta noc cicha, plonace ogniska, dzikie postacie i pie's'n o panu Mikolaju Potockim, jeszcze nie do'spiewana, wzbudzily w rycerzu jakie's dziwne my'sli, jakie's uczucia i tesknote, z kt'orych sam sobie sprawy zda'c nie umial. Nie zagojone rany jego serca otworzyly sie, 'scisnal go zal gleboki za niedawna przeszlo'scia, za utraconym szcze'sciem, za owymi chwilami ciszy i pokoju. Zadumal sie i rozzalil a tymczasem did 'spiewal dalej:

Sta'n, obernysia, hla'n, zadywysia, kotory wojujesz,

Lukom strilamy, porochom, kulami i meczem szyrmujesz,

Bo tez rycere i kawalere pered tym buwaly,

Tym wojowaly, od tohoz mecza sami umiraly!

Sta'n, obernysia, hla'n, zadywysia i ski'n z sercia butu,

Nawerny oka, kotory z Potoka idesz na Slawutu.

Newynnyje duszy beresz za uszy, wolnost odejmujesz,

Korola ne znajesz, rady ne dbajesz, sam sobie sejmujesz.

Hej, porazajsia, ne zapalajsia, bo ty rejmentarujesz,

Sam bulawoju, w sem polskim kraju, jak sam choczesz, kierujesz[1867].[1868]

Did zn'ow ustal, a wtem kamyk wysunal sie spod opartej na nim reki jednemu z semen'ow i poczal sie toczy'c z szelestem na d'ol. Kilku chlop'ow zakrylo oczy rekoma i poczelo patrzy'c bystro w g'ore ku lasowi; wtedy pan Skrzetuski uznal, iz czas nadszedl, i wypalil w 'srodek tlumu z pistoletu.

Bij! Morduj! krzyknal i trzydziestu semen'ow dalo ognia tak prawie, jak w twarz chlopstwu, a po wystrzeleniu, z szablami w reku, zsuneli sie blyskawica po pochylej 'scianie wawozu miedzy przerazonych i zmieszanych rezun'ow.

Bij! Morduj! zabrzmialo przy jednym uj'sciu wawozu.

Bij! Morduj! powt'orzyly dzikie glosy przy drugim.

Jarema! Jarema!

Napad tak byl niespodziany, przerazenie tak straszne, iz chlopstwo, cho'c zbrojne, prawie zadnego nie dawalo oporu. Juz i tak opowiadano w obozach zbuntowanej czerni, ze Jeremi przy pomocy zlego ducha moze by'c i bi'c jednocze'snie w kilku miejscach, a teraz to imie spadlszy na nie oczekujacych niczego i bezpiecznych istotnie jak imie zlego ducha wytracilo im bro'n z reki. Zreszta spisy i kosy nie daly sie uzy'c w ciasnym miejscu, wiec tez przyparci jak stado owiec do przeciwleglej 'sciany jaru, rabani szablami przez lby i twarze, bici, przebijani, deptani nogami, wyciagali z szale'nstwem strachu rece i chwytajac nieublagane zelazo gineli. Cichy b'or napelnil sie zlowrogim wrzaskiem bitwy. Niekt'orzy starali sie uj's'c przez prostopadla 'sciane jaru i drapiac sie, kaleczac sobie rece, spadali na sztychy szabel. Niekt'orzy gineli spokojnie, inni ryczeli lito'sci, inni zaslaniali twarze rekoma, nie chcac widzie'c chwili 'smierci, inni zn'ow rzucali sie na ziemie twarza na d'ol, a nad 'swistem szabel, nad wyciem konajacych g'orowal krzyk napastnik'ow: Jarema! Jarema! krzyk, od kt'orego wlosy powstawaly na chlopskich glowach i 'smier'c tym straszniejsza sie wydawala.

A dziad gruchnal w leb lira jednego z semen'ow, az sie przewr'ocil, drugiego zlapal za reke, by cieciu szabla przeszkodzi'c, i ryczal ze strachu jak baw'ol.

Inni spostrzeglszy go biegli rozsieka'c, az przypadl i pan Skrzetuski:

Zywcem bra'c! Zywcem bra'c! krzyknal.

St'oj! ryczal dziad Jam szlachcic przebrany! Loquor latine[1869]! Jam nie dziad! St'ojcie, m'owie wam, zb'oje, skurczybyki, kobyle dzieci, oczajdusze, lamignaty, rzezimieszki!

Ale dziad nie sko'nczyl jeszcze litanii, gdy pan Skrzetuski w twarz mu spojrzal i krzyknal, az sie 'sciany parowu echem ozwaly:

Zagloba!

I nagle rzucil sie na niego jak dziki zwierz, wpil mu palce w ramiona, twarz przysunal do twarzy i trzesac nim jak gruszka wrzasnal:

Gdzie kniazi'owna, gdzie kniazi'owna?

Zyje! Zdrowa! Bezpieczna! odkrzyknal dziad. Pu's'c wa'cpan, do diabla, bo dusze wytrzesiesz.

Wtedy tego rycerza, kt'orego pokona'c nie mogla ani niewola, ani rany, ani bole's'c, ani straszliwy Burdabut, pokonala wie's'c szczesna. Rece mu opadly, na czolo wystapil pot obfity, obsunal sie na kolana, twarz zakryl rekoma i oparlszy sie glowa o 'sciane jaru, trwal w milczeniu wida'c, Bogu dziekowal.

Tymczasem docieto reszty nieszczesnych chlop'ow, kilkunastu zwiazano, kt'orzy katu mieli by'c oddani w obozie, aby zeznania z nich wydobyl, za's inni lezeli porozciagani i martwi. Bitwa ustala zgielk uciszyl sie. Semenowie zbierali sie kolo swego wodza i widzac go kleczacego pod skala, pogladali na niego niespokojnie, nie wiedzac, czy nie ranny. On za's wstal, a twarz mial taka jasna, jakby mu zorze w duszy 'swiecily.

Gdzie ona jest? spytal Zagloby.

W Barze[1870].

Bezpieczna?

Zamek to potezny, zadnej inwazji sie nie boi. Ona w opiece jest u pani Slawoszewskiej i u mniszek.

Chwala bad'z Bogu najwyzszemu! rzekl rycerz a w glosie drgalo mu glebokie rozrzewnienie. Dajze mnie wa's'c reke. Z duszy, z duszy dziekuje.

Nagle zwr'ocil sie do semen'ow:

Sila[1871] jest je'nc'ow?

Simnadciat[1872] odpowiedzieli zolnierze.

Na to pan Skrzetuski:

Potkala mnie wielka rado's'c i milosierdzie jest we mnie. Pu'sci'c ich wolno.

Semenowie uszom swoim wierzy'c nie chcieli. Tego zwyczaju nie bywalo w wojskach Wi'sniowieckiego. Skrzetuski zmarszczyl z lekka brwi.

Pu'sci'c ich wolno powt'orzyl.

Semenowie odeszli, ale po chwili starszy esaul[1873] wr'ocil i rzekl:

Panie poruczniku, nie wierza, i's'c nie 'smia.

A peta maja rozciete?

Tak jest.

Tedy ostawi'c ich tutaj, a sami na ko'n.

W p'ol godziny p'o'zniej orszak posuwal sie zn'ow w'sr'od ciszy waska drozyna. Zeszedl tez ksiezyc, kt'ory poprzenikal dlugimi, bialymi pasmami do 'srodka boru i roz'swiecil ciemne glebie. Pan Zagloba i Skrzetuski, jadac na czele, rozmawiali z soba.

M'owze mnie waszmo's'c o niej wszystko, co tylko wiesz rzekl rycerz. To tedy waszmo's'c ja z rak Bohunowych wyrwale's?

A ja, jeszczem mu leb na odjezdnym obwiazal, by krzycze'c nie m'ogl.

O, to's waszmo's'c postapil wybornie, jak mnie B'og mily! Ale jakze'scie sie do Baru dostali?

Ej, sila[1874] by m'owi'c, i to podobno bedzie innym razem, bom okrutnie fatigatus[1875], w gardle mi zaschlo od 'spiewania chamom. Nie masz waszmo's'c czego sie napi'c?

Mam manierczyne z gorzalka oto jest!

Pan Zagloba uchwycil blaszanke i przechylil do ust; rozlegly sie dlugie grzdykania, a pan Skrzetuski, niecierpliwy, nie czekajac ich ko'nca pytal dalej:

A zdrowaz ona?

Co tam! odparl pan Zagloba Na suche gardlo kazda zdrowa.

Ale'c ja o kniazi'owne pytam!

O kniazi'owne? Jako lania.

Bad'zze chwala Bogu najwyzszemu! Dobrze jej tam w Barze?

Ze i w niebie lepiej by jej by'c nie moglo. Dla jej gladko'sci wszystkiecorda [1876] lgna do niej. Pani Slawoszewska tak ja miluje, jakby wla'snie rodzona. A co tam sie kawaler'ow w niej kocha, tego by's waszmo's'c na r'oza'ncu nie zliczyl, jeno ze ona tyle o nich dba, ile ja teraz o wa'scina pr'ozna manierke, stalym ku waszmo'sci afektem plonac.

Niechze jej B'og da zdrowie, onej najmilszej! m'owil rado'snie pan Skrzetuski. Tak ze to mie wdziecznie wspomina?

Czy wa'sci wspomina? M'owie wa'cpanu, zem i sam juz nie rozumial, skad sie tam w niej powietrza na tyle wzdycha'n bierze. Az sie wszyscy lituja, a najbardziej mniszeczki, bo je sobie przez swoja slodko's'c calkiem zjednala. Toz ona i mnie wyprawila na one hazardy, kt'orych o malo zdrowiem nie przyplacilem, zeby to koniecznie do wa'sci i's'c a dowiedzie'c sie, czy's zyw i zdr'ow. Chciala tez nieraz posla'nc'ow wyprawia'c, ale nikt sie nie chcial podja'c, wiecem sie w ko'ncu zlitowal i do waszegom obozu sie wybral. Jakoz gdyby nie przebranie, pewno bym glowa nalozyl. Ale mnie za dziada chlopy wszedy maja, bo i 'spiewam bardzo pieknie.

Pan Skrzetuski az zaniem'owil z rado'sci. Tysiac my'sli i wspomnie'n cisnelo mu sie do glowy; Helena jak zywa stanela mu przed oczyma, taka, jaka ja widzial ostatni raz w Rozlogach przed samym na Sicz[1877] wyjazdem: wiec 'sliczna, zarumieniona, smukla, z tymi jej oczyma czarnymi jak aksamit, pelnymi niewyslowionych ponet. Zdawalo mu sie teraz, ze ja widzi, ze czuje cieplo bijace od jej policzk'ow, ze slyszy jej slodki glos. Wspomnial owa przechadzke w sadzie wi'sniowym i kukulke, i te pytania, kt'ore jej zadawal, i wstyd Heleny, gdy im dwunastu chlopczysk'ow wykukala wiec dusza prawie wychodzila z niego, serce az mdlalo z kochania i rado'sci, przy kt'orej wszystkie przeszle cierpienia byly jakby kropla przy morzu. Sam nie wiedzial, co sie z nim dzieje. Chcial krzycze'c, to zn'ow na kolana pada'c i zn'ow Bogu dziekowa'c; to wspomina'c, to pyta'c i pyta'c bez ko'nca!

Wreszcie zaczal powtarza'c:

Zyje, zdrowa!

Zyje, zdrowa! odrzekl jak echo pan Zagloba.

I ona to wa'sci wyslala?

Ona.

A list wa's'c masz?

Mam.

Dawaj!

Zaszyty i przecie noc. Hamuj sie wa's'c.

Calkiem nie moge. Sam waszmo's'c widzisz.

Widze.

Odpowiedzi pana Zagloby stawaly sie coraz lakoniczniejsze, w ko'ncu kiwnal sie raz, drugi i usnal. Skrzetuski widzial, ze nie ma rady, wiec na powr'ot oddal sie rozmy'slaniom. Przerwal je dopiero tetent koni jakiego's znacznego oddzialu je'zd'zc'ow zblizajacego sie szybko. Byl to Poniatowski z nadwornymi kozakami, kt'orego ksiaze naprzeciw wyslal z obawy, aby co zlego Skrzetuskiego nie spotkalo.


Rozdzia l XXVII | Ogniem i mieczem | Rozdzia l XXIX