home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate |

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

- advertisement



Rozdzial IV

Cud jawny juz Pan B'og raz nad nia okazal m'owil pan Zagloba do Wolodyjowskiego i Podbipiety, siedzac w kwaterze Skrzetuskiego. Cud jawny, m'owie, ze mi ja pozwolil z tych rak sobaczych[2195] wyrwa'c i przez cala droge ustrzec; ufajmy, ze sie jeszcze nad nia i nad nami zmiluje. Byle tylko zywa byla. A tak mi co's szepce, ze on ja znowu porwal. Bo, uwazcie waszmo'sciowie: przecie, jako nam jezyki[2196] powiadaly, on po Puljanie przy Krzywonosie[2197] drugim sprawca zostal zeby go diabli sprawili[2198]! a wiec przy wzieciu Baru[2199] musial by'c.

M'ogl jej nie odnale'z'c w owym tlumie nieszczesnych; przecie tam dwadzie'scia tysiecy ludu wycieto rzecze pan Wolodyjowski.

To jego wa's'c nie znasz. A ja bym przysiagl, iz on wiedzial, ze ona jest w Barze. Ow'oz nie moze by'c inaczej, tylko on ja z rzezi salwowal[2200] i gdzie's wywi'ozl.

Niewielka nam wa's'c pocieche powiadasz, bo na miejscu pana Skrzetuskiego wolalbym, zeby zginela, niz zeby miala w jego plugawych rekach zostawa'c.

I to nie pociecha, bo je'sli zginela, to poha'nbiona...

Desperacja[2201]! rzecze Wolodyjowski.

Och, desperacja! powt'orzyl pan Longinus.

Zagloba poczal szarpa'c was i brode, na koniec wybuchnal:

A zeby ich parchy zjadly, caly ten r'od arcypieski! Zeby z ich bebech'ow poganie cieciwy pokrecili!... B'og stworzyl wszystkie nacje, ale ich diabel, takich syn'ow, sodomit'ow! Bodaj im wszystkie ich maciory[2202] zjalowialy[2203]!

Nie znalem ja tej slodkiej panny m'owil smutnie pan Wolodyjowski ale wolalbym, zeby mnie samego nieszcze'scie po'sciglo.

Raz ja ja w zyciu widzialem, ale gdy ja wspomne, z zalu zy'c hadko[2204]! rzekl pan Longinus.

To wam! wolal pan Zagloba a c'oz mnie, kt'orym ja ojcowskim afektem umilowal i z toni takiej wyprowadzil?... C'oz mnie?

A c'oz panu Skrzetuskiemu? pytal Wolodyjowski.

I tak desperowali rycerze, a nastepnie pograzyli sie w milczeniu.

Pierwszy ocknal sie pan Zagloba.

Zali[2205] juz nie ma rady? spytal.

Je'sli rady nie ma, to obowiazek jest pom'sci'c odpowiedzial Wolodyjowski.

Oby B'og dal predzej walna bitwe! westchnal pan Longinus. M'owia o Tatarach, ze juz sie przeprawili i w polach koszem zapadli.

Na to pan Zagloba:

Nie moze by'c, aby'smy ja, nieboge, tak zostawili, niczego dla jej ratunku nie przedsiebiorac. Do's'c ja juz sie po 'swiecie starych ko'sci natluklem, lepiej by mi teraz gdzie w spokoju w jakiej piekarni dla ciepla legiwa'c, ale dla tej niebogi p'ojde jeszcze cho'cby do Stambulu, cho'cbym na nowo chlopska siermiege mial wlozy'c i teorban[2206] wzia'c, na kt'oren bez abominacji[2207] spojrze'c nie moge.

Wa'cpan tak w fortele obfity, wymy'slze co rzekl pan Podbipieta.

Sila[2208] mnie juz sposob'ow przez glowe przechodzilo. Zeby cho'c polowe takich mial ksiaze Dominik[2209], to by juz Chmielnicki, wypatroszony, za zadnie nogi na szubienicy wisial. M'owilem juz o tym i ze Skrzetuskim, ale z nim sie teraz nie mozna niczego dogada'c. Bole's'c sie w nim zapiekla i nurtuje go gorzej choroby. Wy jego pilnujcie, zeby mu sie rozum nie pomieszal. Czesto sie trafia, ze od wielkich smutk'ow mens[2210] poczyna robi'c jak wino[2211], az w ko'ncu ski'snie.

Bywa to, bywa! rzekl pan Longinus.

Pan Wolodyjowski poruszyl sie niecierpliwie i spytal:

Jakiez tedy sa wa'sci sposoby?

Moje sposoby? Ow'oz naprz'od musimy sie dowiedzie'c, czy ona, nieboga najmilsza niech ja anieli strzega od wszystkiego zlego! zywa jeszcze, a dowiedzie'c sie mozem dwojakim sposobem: albo znajdziemy miedzy ksiazecymi Kozakami ludzi wiernych i pewnych, kt'orzy sie podejma niby to do Kozak'ow uciec, pomiesza'c sie miedzy Bohunowymi lud'zmi i od nich czego's sie dowiedzie'c...

Ja mam dragon'ow Rusin'ow! przerwal Wolodyjowski. Ja takich ludzi znajde.

Czekaj wa's'c... albo zlapa'c jezyka z tych hultaj'ow, kt'orzy Bar brali, czy czego nie wiedza. Wszyscy oni patrza w Bohuna jak w tecze, ze to im sie jego diabelska fantazja podoba: pie'sni o nim 'spiewaja zeby im gardziele poropialy! i jeden drugiemu baja o tym, co zrobil, i o tym, czego nie zrobil. Je'sli on nasza nieboge porwal, to sie przed nimi nie ukrylo.

To mozna i ludzi posla'c swoja droga, i o jezyka sie stara'c swoja droga zauwazyl pan Podbipieta.

Trafile's wa's'c w sedno. Je'sli sie dowiemy, ze zyje to jest najgl'owniejsza rzecz. Wtedy, skoro waszmo'sciowie szczerym sercem Skrzetuskiemu pomaga'c chcecie, to oddacie sie pod moja komende, bo mam najwiecej eksperiencji[2212]. Poprzebieramy sie za chlop'ow i postaramy sie dowiedzie'c, gdzie on ja ukryl a jak raz bedziemy wiedzie'c, to juz glowa moja w tym, ze jej dostaniemy. Najwiecej waze ja i Skrzetuski, bo Bohun nas zna, a jakby poznal no, to by nas matki rodzone potem nie poznaly, ale waszmo'sci'ow obydw'och nie widzial.

Mnie widzial rzekl pan Podbipieta ale mniejsza z tym.

Moze tez jego Pan B'og poda w nasze rece? zawolal pan Wolodyjowski.

Juz ja go tam nie chce widzie'c m'owil dalej Zagloba. Niech tam kat na niego patrzy. Trzeba ostroznie poczyna'c, by calej imprezy nie popsowa'c[2213]. Nie moze to by'c, aby on jeden o jej ukryciu wiedzial, a juz to recze waszmo'sciom, ze bezpieczniej kogo innego sie pyta'c.

Moze tez ludzie nasi wyslani sie dowiedza. Je'sli tylko ksiaze pozwoli, wybiore pewnych i wy'sle cho'cby jutro.

Ksiaze pozwoli, ale czy sie dowiedza, watpie. Posluchajcie, waszmo'sciowie: przychodzi mnie do glowy i drugi spos'ob, oto, aby'smy zamiast ludzi wysyla'c albo jezyk'ow lapa'c, sami poprzebierali sie po chlopsku i ruszyli nie mieszkajac.

O, nie moze to by'c! zakrzyknal pan Wolodyjowski.

Czemu nie moze by'c?

To chyba wa's'c sluzby wojennej nie znasz. Gdy choragwie nemine excepto[2214] stawaja, to jest 'swieta rzecz. Cho'cby ojciec i matka konali, to towarzysz[2215] ci nie p'ojdzie wtedy permisji[2216] odjazdu prosi'c, bo przed bitwa to jest najwiekszy dyshonor, jakiego sie zolnierz dopu'sci'c moze. Po bitwie walnej, gdy nieprzyjaciel rozproszon, mozna, ale nie przedtem. I uwaz wa's'c: Skrzetuskiemu pierwszemu chcialo sie zrywa'c i lecie'c, i ratowa'c, a ani pary nie pu'scil. Reputacje on juz ma, ksiaze go kocha, a ani sie odezwal, bo sw'oj obowiazek zna. To jest, widzisz waszmo's'c, sluzba publiczna, a tamto prywatna. Nie wiem, jak tam gdzie indziej, cho'c mniemam, ze wszedzie tak samo, ale u ksiecia naszego wojewody niebywala rzecz: permisja przed bitwa, jeszcze u oficer'ow! Cho'cby sie tez i dusza podarla Skrzetuskiemu, nie poszedlby z taka propozycja do ksiecia.

Rzymianin on jest i rygorysta, wiem m'owil pan Zagloba ale zeby tak kto ksieciu podszepnal, moze by jemu i waszmo'sciom z wlasnej woli dal permisje.

Ani to jemu w umy'sle nie postoi! Ksiaze cala Rzeczpospolita ma na glowie. C'oz wa'cpan my'slisz, teraz tu najwazniejsze sprawy sie waza, calego narodu tyczace, zeby on sie czyja's prywata zajmowal? A cho'cby tez, co jest niepodobne, nie proszony permisje dal, tedy, jak B'og na niebie, nikt by z nas teraz z obozu nie wyruszyl, bo i my tez pierwsze sluzby ojczy'znie nieszczesnej, nie sobie powinni.

Wiem ci ja o tym, wiem, i sluzbe z dawnych czas'ow znam, dlatego tez powiedzialem waszmo'sci, ze ten spos'ob przeszedl mi jeno przez glowe, ale nie powiedzialem, ze w niej siedzi. Zreszta, prawde rzeklszy, p'oki potega hultajska stoi nienaruszona, niewiele by'smy mogli wsk'ora'c, ale gdy beda pobici, 'scigani, gdy wlasne gardla beda tylko ratowa'c, wtedy i zapu'sci'c sie 'smialo miedzy nich mozemy, i latwiej wie'sci z nich wydoby'c. Oby tylko jak najpredzej reszta wojska nadciagnela, bo inaczej na 'smier'c sie chyba pod tym Czolha'nskim Kamieniem zamartwimy. Zeby tak przy naszym ksieciu byla komenda, juz by'smy ruszali, ale ksiaze Dominik czesto gesto wida'c popasa, kiedy go dotad nie ma.

We trzech dniach juz sie go spodziewaja.

Dajze go, Boze, jak najpredzej! Wszakze pan podczaszy koronny[2217] dzi's nadciaga?

Tak jest.

W tej chwili drzwi sie otworzyly i wszedl Skrzetuski.

Rysy jego, rzeklby's: bole's'c z kamienia wykowala[2218], taki bil od nich chl'od i spok'oj.

Dziwno bylo patrze'c na te twarz mloda, a tak surowa i powazna, jakby na niej u'smiech nigdy nie postal, i zgadle's latwo, ze gdy ja 'smier'c zetnie, wiele w niej juz nie zmieni. Broda wyrosla panu Janowi do p'ol piersi, w kt'orej to brodzie 'sr'od czarnego jak krucze pi'ora wlosa wily sie tu i owdzie srebrne nitki.

Towarzysze i wierni przyjaciele odgadywali w nim raczej bole's'c, bo jej nie okazywal. Wreszcie byl przytomny, na poz'or spokojny, w sluzbie swej zolnierskiej jeszcze prawie niz zwykle pilniejszy i caly bliska wojna zajety.

M'owili'smy tu o nieszcze'sciu waszmo'sci, kt'ore zarazem jest i nasze rzekl pan Zagloba gdyz B'og 'swiadkiem, niczym sie pocieszy'c nie mozemy. Ale jalowy bylby to sentyment, gdyby'smy wa'cpanu lzy jeno wylewa'c pomagali, przeto postanowili'smy i krew wyla'c, by ona nieboge, je'sli chodzi jeszcze po ziemi, z niewoli wyrwa'c.

B'og zapla'c rzecze pan Skrzetuski.

P'ojdziemy z toba cho'cby do obozu Chmielnickiego m'owil pan Wolodyjowski pogladajac niespokojnie na przyjaciela.

B'og zapla'c powt'orzyl pan Jan.

Wiemy m'owil Zagloba ze's wa'cpan sobie poprzysiagl szuka'c jej zywej czy martwej, przeto gotowi'smy cho'cby dzi's...

Skrzetuski siadlszy na lawie oczy wbil w ziemie i nie odrzekl nic az zlo's'c porwala pana Zaglobe. Zaliby on mial zamiar jej zaniecha'c? pomy'slal. Je'sli tak, niechze mu B'og sekunduje[2219]! Nie masz, widze, ani wdzieczno'sci, ani pamieci na 'swiecie. Ale znajda sie tacy, kt'orzy beda ja jeszcze ratowali, chybabym wprz'od ostatnia pare wypu'scil.

W izbie zapanowalo milczenie przerywane tylko westchnieniami pana Longina. Tymczasem maly Wolodyjowski zblizyl sie do Skrzetuskiego i tracil go w ramie.

Skad wracasz? rzekl.

Od ksiecia.

I co?

Wychodze na noc podjazdem.

Daleko?

Az pod Jarmolince[2220], je'sli bedzie wolna droga.

Wolodyjowski spojrzal na Zaglobe i zrozumieli sie od razu.

To ku Barowi[2221]? mruknal Zagloba.

P'ojdziemy z toba.

Musisz i's'c po permisje i spyta'c, je'sli ksiaze innej ci roboty nie przeznaczyl.

To chod'zmy razem. Mam tez i o co's innego spyta'c.

I my z wami rzekl Zagloba.

Wstali i poszli. Kwatera ksiazeca byla do's'c daleko, na drugim ko'ncu obozu. W przedniej izbie zastali tez pelno oficer'ow spod r'oznych choragwi, bo wojska zewszad nadciagaly do Czolha'nskiego Kamienia, wszyscy za's biegli sluzby swoje ksieciu poleci'c. Pan Wolodyjowski musial do's'c dlugo czeka'c, nim wraz z panem Podbipieta przed obliczem pa'nskim stana'c mogli, ale za to ksiaze od razu pozwolil i samym jecha'c, i dragon'ow Rusin'ow kilku wysla'c, kt'orzy by, zmy'sliwszy ucieczke z obozu, poszli do Bohunowych Kozak'ow i tam sie o kniazi'owne wypytywali. Do Wolodyjowskiego za's rzekl:

Sam ja funkcje r'ozne Skrzetuskiemu wynajduje, bo widze, ze sie bole's'c w nim zamknela i ze go stoczy, a szkoda mi go niewypowiedziana. Nic-ze on wam o niej nie m'owil?

Malo co. W pierwszej chwili zerwal sie, zeby miedzy Kozak'ow na o'slep i's'c, ale przypomnial sobie, ze to teraz choragwie nemine excepto[2222] stoja i ze'smy na ojczyzny ordynansie[2223], kt'ora przed wszystkim ratowa'c trzeba, i dlatego u waszej ksiazecej mo'sci wcale nie byl. B'og jeden wie, co sie w nim dzieje.

I do'swiadcza go tez ciezko. Czuwajze wasze nad nim, bo widze, ze's mu wiernym przyjacielem.

Pan Wolodyjowski sklonil sie nisko i wyszedl, bo w tej chwili wszedl do ksiecia wojewoda kijowski[2224] z panem starosta stobnickim, z panem Denhofem, starosta sokalskim, i z kilku innymi dygnitarzami wojskowymi.

I c'oz? spytal go Skrzetuski.

Jade z toba, jeno wpierw musze p'oj's'c do swojej choragwi, bo mam kilku ludzi gdzie's wysla'c.

Chod'zmy razem.

Wyszli, a za nimi pan Podbipieta, Zagloba i stary Za'cwilichowski, kt'ory szedl do swojej choragwi. Niedaleko namiot'ow choragwi drago'nskiej Wolodyjowskiego spotkali pana Laszcza[2225] idacego, a raczej taczajacego sie na czele kilkunastu szlachty, gdyz i on, i towarzysze byli zupelnie pijani. Na ten widok pan Zagloba westchnal. Pokochali sie oni bowiem jeszcze pod Konstantynowem[2226] z panem straznikiem koronnym z tej przyczyny, iz pod pewnym wzgledem mieli natury tak podobne jak dwie krople wody. Pan Laszcz bowiem, cho'c rycerz straszliwy, dla poga'nstwa jak malo kto gro'zny, byl zarazem przeslawnym hulaka, ucztownikiem, kostera, kt'oren czas od bitew, modlitew[2227], zajazd'ow i zabijatyk wolny lubil nade wszystko spedza'c w kole takich ludzi jak pan Zagloba, pi'c na um'or i krotofil[2228] slucha'c. Byl to warchol na wielka reke, kt'ory sam jeden tyle wzniecal niepokoju, tyle razy przeciw prawu wykroczyl, ze w kazdym innym pa'nstwie bylby dawno glowa nalozyl. Ciazyla tez na nim niejedna kondemnata[2229], ale on nawet w czasie pokoju niewiele sobie z nich robil, a teraz w czasie wojny tym bardziej wszystko poszlo w zapomnienie. Z ksieciem polaczyl sie byl jeszcze pod Rosolowcami i niemale uslugi pod Konstantynowem oddal, ale od chwili odpoczynku w Zbarazu[2230] stal sie prawie niezno'sny przez halasy, kt'ore wzniecal. Swoja droga nikt by nie zliczyl i nie spisal, ile pan Zagloba wina u niego wypil, ile sie nagadal i naopowiadal z wielka gospodarza uciecha, kt'oren tez go codziennie zapraszal.

Ale od wie'sci o wzieciu Baru[2231] pan Zagloba sposepnial, stracil humor, werwe i wiecej pana straznika nie odwiedzal. My'slal nawet pan Laszcz, ze gdzie's od wojska 'ow jowialny szlachcic odjechal, gdy nagle zobaczyl go teraz przed soba.

Wyciagnal tedy ku niemu reke i rzekl:

Witamze wa'cpana. Czemu to do mnie nie zajdziesz? Co porabiasz?

Panu Skrzetuskiemu towarzysze odparl posepnie szlachcic.

Pan straznik nie lubil Skrzetuskiego za powage i przezywal go sensatem, za's o nieszcze'sciu jego wiedzial doskonale, bo byl obecny na owej uczcie w Zbarazu, w czasie kt'orej wie's'c przyszla o wzieciu Baru. Ale jako z natury czlek wyuzdany, a do tego w tej chwili spity, nie uszanowal bole'sci ludzkiej i chwyciwszy porucznika za guz od zupana, spytal:

To acan za panna placzesz?... a gladka byla? co?

Pu's'c mnie waszmo's'c pan! rzekl Skrzetuski.

Czekaj.

Za sluzba idac, nie moge by'c rozkazom jego mo'sci pana powolny.

Czekaj! m'owil Laszcz z uporem pijanego czlowieka. Tobie sluzba, nie mnie. Mnie tu nikt nic do rozkazania nie ma.

Po czym znizywszy glos powt'orzyl pytanie:

A gladka byla? co?

Brwi porucznika zmarszczyly sie.

Tedy powiem waszmo'sci panu, ze bolaczki lepiej by nie tyka'c.

Nie tyka'c?... Nie b'oj sie. Je'sli byla gladka, to zyje.

Twarz Skrzetuskiego powlokla sie 'smiertelna blado'scia, ale sie pohamowal i rzekl:

Mo'sci panie... bym nie zapomnial, z kim m'owie...

Laszcz wytrzeszczyl oczy.

Co to? grozisz aspan? aspan mnie?... dla jednej gamratki[2232]?

Ruszajze, mo'sci strazniku, w swoja droge! huknal, trzesac sie ze zlo'sci, stary Za'cwilichowski.

A wy chlystki, szaraki, slugusy! wrzeszczal straznik. Mo'sci panowie, do szabel!

I wydobywszy swoja, skoczyl z nia do Skrzetuskiego, ale w tymze mgnieniu oka zelazo 'swisnelo w reku pana Jana i szabla straznika furknela jak ptak w powietrzu, on za's sam zachwial sie z rozmachu i padl jak dlugi na ziemie.

Pan Skrzetuski nie dobijal, jeno stal blady jak trup, jakby odurzony, a tymczasem zerwal sie tumult. Z jednej strony skoczyli zolnierze straznikowi, z drugiej dragoni Wolodyjowskiego sypneli sie jak pszczoly z ula. Rozlegly sie krzyki: Bij! bij! Wielu nadlatywalo nie wiedzac, o co idzie. Szable poczely szczeka'c, tumult lada chwila m'ogl zmieni'c sie w walna bitwe og'olna. Na szcze'scie towarzysze Laszcza, widzac, iz coraz przybywalo wi'sniowiecczyk'ow, wytrze'zwiawszy ze strachu, porwali pana straznika i poczeli z nim uchodzi'c.

I z pewno'scia, gdyby pan straznik mial do czynienia z innym, mniej karnym wojskiem, byliby go roznie'sli na szablach w drobne szmaty, ale stary Za'cwilichowski, oprzytomniawszy, krzyknal tylko: St'oj! i szable schowaly sie do pochew.

Niemniej zawrzalo w calym obozie, a echo tumultu doszlo do uszu ksiazecych, zwlaszcza iz pan Kuszel, bedac na sluzbie, wpadl do izby, w kt'orej ksiaze z wojewoda kijowskim, ze starosta stobnickim i panem Denhofem obradowal, i krzyknal:

Mo'sci ksiaze, zolnierze szablami sie sieka!

W tej chwili pan straznik koronny, blady i bezprzytomny z w'scieklo'sci, ale juz trze'zwy, wlecial jak bomba.

Mo'sci ksiaze! sprawiedliwo'sci! wolal. W tym obozie jak u Chmielnickiego, ni na krew, ni na godno's'c wzgledu nie maja! Szablami dygnitarzy koronnych sieka! Je'sli mi wasza ksiazeca mo's'c sprawiedliwo'sci nie wymierzysz, na gardlo nie skarzesz, to ja sam sobie ja wymierze.

Ksiaze porwal sie zza stolu.

Co sie stalo?... Kto waszmo'sci pana napastowal?

Tw'oj oficer... Skrzetuski.

Prawdziwe zdumienie odbilo sie na twarzy ksiecia.

Skrzetuski?

Nagle drzwi sie otworzyly i wszedl Za'cwilichowski.

Mo'sci ksiaze, ja bylem 'swiadkiem! rzekl.

Ja tu nie racje dawa'c przyszedlem, jeno kary zada'c! wolal Laszcz.

Ksiaze zwr'ocil sie ku niemu i utkwil w niego oczy.

Powoli, powoli! rzekl z cicha i z przyciskiem.

Bylo co's tak strasznego w jego oczach i przyciszonym glosie, ze straznik, cho'c slynny z zuchwalo'sci, zamilkl nagle, jakby mowe stracil, a panowie az przybledli.

M'ow wa's'c! rzekl ksiaze do Za'cwilichowskiego.

Za'cwilichowski opowiedzial rzecz cala, jak nieszlachetnym i niegodnym nie tylko dygnitarza, ale i szlachcica sentymentem powodowany, pan straznik poczal przeciw bole'sci pana Skrzetuskiego blu'zni'c, a nastepnie z szabla sie na niego rzucil, jaka moderacje[2233], jego wiekowi prawdziwie niezwyczajna, okazal namiestnik, tylko na wytraceniu napastnikowi oreza poprzestajac; na koniec staruszek tak sko'nczyl:

A jako mnie wasza ksiazeca mo's'c zna, iz do siedmdziesieciu lat lgarstwo warg moich nie skalalo i p'oki zyw bede, nie skala, tak pod przysiega jednego slowa w relacji mojej zmieni'c nie moge.

Ksiaze wiedzial, ze slowo Za'cwilichowskiego zlotu r'owne, a przy tym zbyt dobrze znal Laszcza. Ale na razie nie odrzekl nic, jeno wzial pi'oro i poczal pisa'c.

Sko'nczywszy spojrzal na pana straznika.

Sprawiedliwo's'c bedzie waszmo'sci panu wymierzona rzekl.

Pan straznik usta otworzyl i chcial co's m'owi'c, ale slowa mu jako's nie dopisaly, wiec wsparl sie w bok, sklonil sie i wyszedl dumnie z izby.

Zele'nski! rzekl ksiaze oddasz to pismo panu Skrzetuskiemu.

Pan Wolodyjowski, kt'ory namiestnika nie odstepowal, strapil sie nieco widzac wchodzacego ksiazecego pacholika, byl bowiem pewny, ze wypadnie im przed ksieciem zaraz sie stawi'c. Tymczasem pacholik zostawil list i nic nie m'owiac wyszedl, a Skrzetuski przeczytawszy go podal przyjacielowi.

Czytaj rzekl.

Pan Wolodyjowski spojrzal i wykrzyknal:

Nominacja na porucznika!

I chwyciwszy za szyje Skrzetuskiego ucalowal oba jego policzki.

Pelne porucznikostwo w husarskiej choragwi bylo niemal dygnitariatem wojskowym. Tej, w kt'orej sluzyl pan Skrzetuski, rotmistrzem byl sam ksiaze, a porucznikiem nominalnym pan Suffczy'nski z Sie'nczy, czlowiek juz stary i dawno z czynnej sluzby wybyly. Pan Jan od dawna sprawowal de facto[2234] obowiazki i jednego, i drugiego, co zreszta w podobnych choragwiach, w kt'orych dwa pierwsze stopnie bywaly nieraz tytularnymi tylko godno'sciami, przytrafialo sie czesto. Rotmistrzem kr'olewskiej choragwi bywal sam kr'ol, prymasowskiej prymas, porucznikami w obydw'och wysocy dygnitarze dworscy sprawowali[2235] za's choragwie istotnie namiestnicy, kt'orych z tego powodu w zwyklej mowie porucznikami i pulkownikami zwano. Takim faktycznym porucznikiem vel pulkownikiem byl pan Jan. Ale miedzy faktycznym sprawowaniem urzedu, miedzy godno'scia w potocznej mowie dawana a istotna byla jednak wielka r'oznica. Obecnie na mocy nominacji pan Skrzetuski stawal sie jednym z pierwszych oficer'ow ksiecia wojewody ruskiego.

Ale gdy przyjaciele rozplywali sie z rado'sci, winszujac mu nowego zaszczytu, twarz jego nie zmienila sie ani na chwile i pozostala tak samo surowa i kamienna, bo juz nie bylo takich godno'sci a dostoje'nstw na 'swiecie, kt'ore by mogly ja rozja'sni'c.

Wstal jednak i poszedl dziekowa'c ksieciu, a tymczasem maly Wolodyjowski chodzil po jego kwaterze zacierajac rece.

No, no! m'owil porucznik nominowany w husarskiej choragwi! W takich mlodych latach jeszcze sie to chyba nikomu nie zdarzylo.

Zeby mu B'og wr'ocil tylko szcze'scie! rzekl Zagloba.

Ot, co jest! Ot, co jest! Uwazali'scie, ze ani drgnal.

Wolalby sie on tego zrzec rzekl pan Longinus.

Mo'sci panie westchnal Zagloba c'oz dziwnego! Ja bym oto te moje pie'c palc'ow za nia oddal, chociazem nimi choragiew zdobyl.

Tak to, tak!

Ale to pan Suffczy'nski musial umrze'c? zauwazyl Wolodyjowski.

Pewnie, ze umarl.

Kto tez namiestnictwo we'zmie? Chorazy mlodzik i dopiero od Konstantynowa[2236] funkcje sprawuje.

Pytanie to pozostalo nie rozstrzygniete; ale odpowied'z ma nie przyni'osl z powrotem sam porucznik Skrzetuski.

Mo'sci panie rzekl do pana Podbipiety ksiaze mianowal wa'sci namiestnikiem.

O Boze! Boze! jeknal pan Longinus skladajac jak do modlitwy rece.

Tak samo m'oglby jego inflancka kobyle mianowa'c mruknal Zagloba.

No, a podjazd? spytal pan Wolodyjowski.

Jedziemy nie mieszkajac odpowiedzial pan Skrzetuski.

Sila[2237] kazal ksiaze ludzi wzia'c?

Jedna kozacka, druga woloska[2238] choragiew, razem pieciuset ludzi.

Hej, to wyprawa, nie podjazd, ale kiedy tak, to czas nam w droge.

W droge, w droge! powt'orzyl pan Zagloba. Moze tez B'og nam dopomoze, ze wie'sci jakowej zasiegniem.

W dwie godziny p'o'zniej, r'owno z zachodem slo'nca, czterej przyjaciele wyjezdzali z Czolha'nskiego Kamienia ku poludniowi, prawie za's jednocze'snie opuszczal ob'oz wraz ze swymi lud'zmi pan straznik koronny. Patrzylo na ten odjazd mn'ostwo rycerstwa spod r'oznych choragwi, nie szczedzac okrzyk'ow i uraga'n; oficerowie cisneli sie kolo pana Kuszla, kt'oren opowiadal, z jakich przyczyn pan straznik zostal wypedzony i jak sie to odbylo.

Ja mu nosilem rozkaz ksiecia m'owil pan Kuszel i wierzajcie waszmo'sciowie, iz periculosa[2239] to byla misja, bo gdy go wyczytal, poczal tak rycze'c jak w'ol, gdy go zelazem cechuja[2240]. Na mnie sie tez do nadziaka[2241] porwal, dziw, iz nie uderzyl, ale zdaje sie, iz przez okno ujrzal Niemc'ow pana Koryckiego, otaczajacych kwatere, i moich dragon'ow z bandoletami w reku. Dopiero wzial krzycze'c: Dobrze! Dobrze! Odejde, kiedy mnie wypedzaja!... P'ojde do ksiecia Dominika[2242], kt'oren mnie wdzieczniej przyjmie! Nie bede (prawi) z dziadami sluzyl, ale sie pomszcze (krzyczal), jakem Laszcz! jakem Laszcz!... i z tego chlystka (prawi) musze mie'c satysfakcje! My'slalem, ze go jad zaleje a st'ol to dziobal nadziakiem ze zlo'sci raz przy razie. I powiem waszmo'sciom, zem nie jest pewien, czy sie co zlego panu Skrzetuskiemu nie przytrafi, bo ze straznikiem nie ma zart'ow. Zawziety to jest czlek i dumny, kt'oren jeszcze zadnej urazy plazem nie pu'scil, a odwazny i przy tym dygnitarz.

Co sie za's ma Skrzetuskiemu trafi'c sub tutela[2243] ksiecia pana! rzekl jeden z oficer'ow. I pan straznik, cho'c na wszystko gotowy, bedzie sie rachowal z taka reka.

Tymczasem porucznik, nie wiedzac nic o 'slubach, jakie przeciw niemu pan straznik czynil, oddalal sie coraz bardziej od obozu na czele swego oddzialu, kierujac sie ku Ozygowcom w strone Bohu i Medwied'owki. Chociaz juz wrzesie'n powarzyl li'scie na drzewach, noc byla pogodna i ciepla, jak w lipcu, bo taki to juz byl caly 'ow rok, w kt'orym prawie nie bylo zimy, a wiosna zakwitlo wszystko juz w'owczas, gdy przeszlych lat legiwal jeszcze gleboki 'snieg na stepach. Po do's'c mokrym lecie pierwsze miesiace jesieni nastaly suche a lagodne, o bladych dniach i widnych ksiezycowych nocach. Jechali tedy po latwej drodze, nie strazujac zbytecznie, bo byli jeszcze zbyt blisko obozu, aby jaki napad mial grozi'c; jechali zwawo: namiestnik z kilkunastoma ko'nmi na przedzie, a za nim Wolodyjowski, Zagloba i pan Longinus.

Obaczcie no, waszmo'sciowie, jako sie 'swiatlo miesiaca kladzie na owym wzg'orzu szeptal pan Zagloba przysiaglby's, ze dzie'n. M'owia, ze tylko w czasie wojen bywaja takie noce, aby dusze wyszle z cial lb'ow sobie nie rozbijaly po ciemku o drzewa, jako wr'oble w stodole o krokwie, i latwiej droge znalazly. Dzi's tez jest piatek, dzie'n Zbawiciela, w kt'orym zjadliwe humory z ziemi nie wychodza i zle moce nie maja przystepu do czlowieka. Czuje, ze mi lzej jako's i nadzieja we mnie wstepuje.

Ze'smy to juz przecie wyjechali i jakowy's ratunek przedsiebierzem, to grunt! rzecze Wolodyjowski.

Najgorzej to w umartwieniu na miejscu siedzie'c m'owil dalej Zagloba gdy na ko'n siedziesz, zaraz ci desperacja od trzesienia sie coraz nizej zlatuje, az ja w ko'ncu i zgola wytrzesiesz.

Nie wierze ja szepnal Wolodyjowski aby tak wszystko mozna wytrza's'c; exemplum[2244] afekt[2245], kt'oren sie niby kleszcz w serce wpija.

Gdy jest szczery rzecze pan Longinus to cho'cby's sie z nim jako z nied'zwiedziem borykal, zmoze cie.

To rzeklszy pan Longinus ulzyl wezbranej piersi westchnieniem podobnym do sapniecia miecha kowalskiego, za's maly Wolodyjowski podni'osl oczy ku niebu, jakby szukal miedzy gwiazdami tej, kt'ora ksiezniczce Barbarze 'swiecila.

Konie poczely parska'c w calej choragwi, a pocztowi[2246] odpowiadali im: Zdr'ow, zdr'ow! potem uciszylo sie wszystko, az jaki's teskny glos poczal 'spiewa'c w tylnych szeregach:

Jedziesz na wojne, nieboze,

Jedziesz na wojne!

Noce ci beda na dworze,

A dzionki znojne..

Starzy zolnierze m'owia, ze konie zawsze prychaja na dobra wr'ozbe, co mnie i ojciec nieboszczyk jeszcze powiadal rzekl Wolodyjowski.

Co's mnie jakoby w ucho szepce, ze nie na pr'ozno jedziemy odpowiedzial Zagloba.

Dajze B'og, aby i porucznikowi jakowa's otucha w serce wstapila westchnal pan Longinus.

Zagloba poczal glowa kiwa'c i kreci'c jak czlowiek, kt'oren z jaka's my'sla sie nie moze upora'c, a na koniec ozwal sie:

Calkiem mnie co innego w glowie siedzi i musze sie juz chyba przed wa'cpanami z tej my'sli spu'sci'c, gdyz mi jest wcale niezno'sna: oto czy'scie wa'sciowie nie zauwazyli, ze od niejakiego czasu Skrzetuski nie wiem, moze dysymiluje[2247] ale taki jest, jakby najmniej z nas wszystkich o salwowaniu onej niebogi my'slal.

Gdzie za's! odpowiedzial Wolodyjowski humor to tylko u niego taki, aby to nic nikomu nie wyzna'c. Nigdy on nie byl inny.

To swoja droga, ale jeno sobie waszmo's'c przypomnij: gdy'smy mu nadzieje pokazowali, m'owil B'og zapla'c! i mnie, i wa'cpanu tak negligenter[2248], jakby o lada jaka sprawe chodzilo, a B'og widzi, czarna by to byla z jego strony niewdzieczno's'c, bo co sie ta nieboga za nim naplakala i natesknila, tego by na wolowej sk'orze nie spisa'c. Na wlasne oczy to widzialem.

Wolodyjowski potrzasnal glowa.

Nie moze to by'c, aby on jej zaniechal rzekl cho'c prawda, ze pierwszym razem, gdy mu ja z Rozlog'ow 'ow diabel porwal, desperowal tak, ize'smy sie o jego mentem[2249] obawiali, a teraz daleko wiecej okazal upamietania. Ale je'sli mu B'og spok'oj w dusze wlal i sily dodal to i lepiej. Jako szczerzy przyjaciele, powinni'smy sie z tego cieszy'c...

To rzeklszy Wolodyjowski konia spial i posunal sie naprz'od ku Skrzetuskiemu, a za's Zagloba jechal czas jaki's w milczeniu wedle pana Podbipiety.

Czy wasze[2250] nie tego mniemania, co i ja, ze gdyby nie amory, sila[2251] zlego nie stalaby sie na 'swiecie?

Co komu Pan B'og przeznaczyl, to go i tak nie minie odparl Litwin.

A wa'cpan to nigdy grzeczy[2252] nie odpowiesz. To inna sprawa, a to inna. Przez c'oz Troja zburzona? he? Albo to i ta wojna nie o ryza kose[2253]? Zachcialo sie Chmielowi Czapli'nskiej czy tez Czapli'nskiemu Chmielnickiej[2254], a my dla ich zadz grzesznych karki krecimy.

Bo to niepoczciwe amory; ale sa i zacne, od kt'orych chwala boza sie przymnaza.

Teraze's wa'cpan lepiej utrafil. A predkoz sam w onej winnicy pracowa'c poczniesz? Slyszalem, ze'c szarfa na wojne przewiazano.

Braciaszku!... braciaszku!...

Ale trzy glowy na zawadzie staja, co?

Ach! tak ono i jest!

To ci powiem: machnij dobrze i utnij od razu: Chmielnickiemu, chanowi[2255] i Bohunowi.

Zeby sie to tylko chcieli ustawi'c! odrzekl rozrzewnionym glosem pan Longin wznoszac ku niebu oczy.

Tymczasem Wolodyjowski jechal dlugo wedle Skrzetuskiego i spogladal w milczeniu spod helmu na jego martwa twarz, az wreszcie tracil strzemieniem w jego strzemie.

Janie rzekl 'zle, ze sie tak zapamietywasz.

Ja sie nie zapamietywam, jeno sie modle odpowiedzial Skrzetuski.

'Swieta to jest i chwalebna rzecz, ale's ty nie zakonnik, by's na samej modlitwie poprzestawal.

Pan Jan zwr'ocil z wolna swoja mecze'nska twarz ku Wolodyjowskiemu i spytal gluchym, pelnym 'smiertelnej rezygnacji glosem:

Powiedzze, Michale, co mnie pozostaje wiecej, jak habit?...

Pozostaje ci ja ratowa'c odpowiedzial Wolodyjowski.

Tak tez i uczynie do ostatniego oddechu. Ale cho'cbym ja tez i zywa odnalazl, zali[2256] to nie bedzie za p'o'zno? Strzez mnie, Boze, bo o wszystkim moge my'sle'c, tylko nie o tym, strzez, Boze, rozumu mojego! Juz ja niczego wiecej nie pragne, jeno wyrwa'c ja z tych rak potepionych, a potem niech ona znajdzie taki przytulek, jakiego i ja bede szukal[2257]. Wida'c woli bozej nie bylo... Daj mnie sie modli'c, Michale, a krwawiacej rany nie tykaj...

Wolodyjowskiemu 'scisnelo sie serce; chcial jeszcze, bylo, go pociesza'c, o nadziei m'owi'c, ale slowa nie chcialy mu przej's'c przez gardlo; i jechali dalej w gluchym milczeniu, tylko wargi pana Skrzetuskiego poruszaly sie szybko w modlitwie, przez kt'ora chcial widocznie my'sli okropne odpedzi'c, a malego rycerza, gdy spojrzal przy 'swietle ksiezyca na te twarz, az strach zdjal, bo mu sie wydalo, ze to jest zupelnie twarz mnicha, surowa, wynedzniala przez posty i umartwienia.

A wtem 'ow glos znowu zaczal 'spiewa'c w tylnych szeregach:

Znajdziesz po wojnie, nieboze,

Znajdziesz po wojnie,

Pustki z powrotem w komorze,

Ran w sk'orze hojnie.


Rozdzia l III | Ogniem i mieczem | Rozdzia l V