home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate |

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

- advertisement



Rozdzial III

W kilka dni p'o'zniej poczet naszego namiestnika posuwal sie ra'zno w strone Lubni'ow[266]. Po przeprawie przez Dniepr szli szeroka droga stepowa, kt'ora laczyla Czehryn[267] z Lubniami idac na Zuki, Semi-Mogily[268] i Chorol[269]. Drugi taki go'sciniec wi'odl ze stolicy ksiazecej do Kijowa. Za dawniejszych czas'ow, przed rozprawa hetmana Z'olkiewskiego[270] pod Solonica[271], dr'og tych nie bylo wcale. Do Kijowa jechalo sie z Lubni'ow stepem i puszcza; do Czehryna byla droga wodna z powrotem za's jezdzono na Chorol. W og'ole za's owe naddnieprza'nskie pa'nstwo stara ziemia polowiecka[272] bylo pustynia malo co wiecej od Dzikich P'ol zamieszkana, przez Tatar'ow czesto zwiedzana, dla watah[273] zaporoskich otwarta.

Nad brzegami Suly[274] szumialy ogromne, prawie stopa ludzka nie dotykane lasy miejscami, po zapadlych brzegach Suly, Rudej, 'Sleporodu, Korowaja, Orzawca, Pszoly i innych wiekszych i mniejszych rzek i przytok'ow, tworzyly sie mokradla zaro'sniete cze'scia gestwina krz'ow[275] i bor'ow, cze'scia odkryte, pod postacia lak. W tych borach i bagniskach znajdowal latwy przytulek zwierz wszelkiego rodzaju, w najglebszych mrokach le'snych zyla moc niezmierna tur'ow brodatych, nied'zwiedzi i dzikich 'swi'n, a obok nich liczna szara gawied'z wilk'ow, rysi'ow, kun, stada sarn[276] i kra'snych suhak'ow[277]; w bagniskach i w lachach rzecznych bobry zakladaly swoje zeremia, o kt'orych to bobrach chodzily wie'sci na Zaporozu, ze sa miedzy nimi stuletnie starce, biale jak 'snieg ze staro'sci.

Na wysokich, suchych stepach bujaly stada koni dzikich o kudlatych glowach i krwawych oczach. Rzeki roily sie ryba i ptactwem wodnym. Dziwna to byla ziemia, na wp'ol u'spiona, ale noszaca 'slady dawniejszego zycia ludzkiego. Wszedzie pelno popieliszcz[278] po jakich's przedwiecznych grodach; same Lubnie i Chorol byly z takich popieliszcz podniesione; wszedzie pelno mogil nowszych i starszych, poroslych juz borem. I tu, jak na Dzikich Polach, nocami wstawaly duchy i upiory, a starzy Zaporozcy[279] opowiadali sobie przy ogniskach dziwy o tym, co sie czasami dzialo w owych glebinach le'snych, z kt'orych dochodzily wycia nie wiadomo jakich zwierzat, krzyki p'olludzkie, p'olzwierzece, gwary straszne, jakoby bitew lub low'ow. Pod wodami odzywaly sie dzwony potopionych miast. Ziemia byla malo go'scinna i malo dostepna, miejscami zbyt rozmiekla, miejscami cierpiaca na brak w'od, spalona, sucha, a do mieszkania niebezpieczna, osadnik'ow bowiem, gdy sie jako tako osiedli i zagospodarowali, 'scieraly napady tatarskie. Odwiedzali ja tylko czesto Zaporozcy dla gon'ow[280] bobrowych, dla zwierza i ryby, w czasie bowiem pokoju wieksza cze's'c Nizowc'ow[281] rozlazila sie z Siczy[282] na lowy, czyli, jak m'owiono, na przemysl po wszystkich rzekach, jarach, lasach i komyszach, bobrujac w miejscach, o kt'orych istnieniu nawet malo kto wiedzial.

Jednakze i zycie osiadle pr'obowalo uwiaza'c sie do tych ziem jak ro'slina, kt'ora pr'obuje, gdzie moze, chwyci'c sie gruntu korzonkami i raz w raz wyrywana, gdzie moze, odrasta.

Powstawaly na pustkach grody, osady, kolonie, slobody[283] i futory[284]. Ziemia byla miejscami zywna, a necila swoboda. Ale wtedy dopiero zakwitlo zycie, gdy ziemie te przeszly w rece kniazi'ow Wi'sniowieckich. Knia'z Michal[285] po ozenieniu sie z Mohilanka poczal starowniej urzadza'c swoje zadnieprza'nskie pa'nstwo; 'sciagal ludzi, osadzal pustki, zapewnial swobody[286] do lat trzydziestu, budowal monastery[287] i wprowadzal prawo swoje ksiazece. Nawet taki osadnik, kt'ory przymknal do tych ziem nie wiadomo kiedy i sadzil, ze siedzi na wlasnym gruncie, chetnie schodzil do roli kniaziowego czynszownika, gdyz za 'ow czynsz szedl pod potezna ksiazeca opieke, kt'ora go ochraniala, bronila od Tatar'ow i od gorszych nieraz od Tatar'ow Nizowc'ow[288]. Ale prawdziwe zycie zakwitlo dopiero pod zelazna reka mlodego ksiecia Jeremiego[289]. Za Czehrynem[290] zaraz zaczynalo sie jego pa'nstwo, a ko'nczylo het! az pod Konotopem[291] i Romnami[292]. Nie stanowilo ono calej kniaziowej fortuny, bo od wojew'odztwa sandomierskiego poczawszy ziemie jego lezaly w wojew'odztwach: woly'nskim, ruskim, kijowskim, ale naddnieprza'nskie pa'nstwo bylo okiem w glowie zwyciezcy spod Putywla[293].

Tatar dlugo czyhal nad Orlem[294], nad Worskla[295] i wietrzyl jak wilk, nim o'smielil sie na p'olnoc konia popedzi'c; Nizowcy nie pr'obowali zatargu. Miejscowe niespokojne watahy[296] poszly w sluzbe. Dziki i rozb'ojniczy lud, zyjacy dawniej z gwalt'ow i napad'ow, teraz ujety w karby, zajmowal polanki[297] na rubiezach i lezac na granicach pa'nstwa jak brytan na la'ncuchu grozil zebem naje'zd'zcy.

Toz zakwitlo i zaroilo sie wszystko. Pobudowano drogi na 'sladach dawnych go'sci'nc'ow; rzeki ujeto groblami, kt'ore sypal niewolnik Tatar lub Nizowiec[298] schwytany z bronia w reku na rozboju. Tam gdzie niegdy's wiatr grywal dziko nocami na oczeretach[299] i wyly wilki i topielcy, teraz hurkotaly mlyny. Przeszlo czterysta k'ol[300], nie liczac rzesi'scie rozsianych wiatrak'ow, mello zboze na samym Zadnieprzu[301]. Czterdzie'sci tysiecy czynszownik'ow wnosilo czynsz do kas ksiazecych, lasy zaroily sie pasiekami, na rubiezach[302] powstawaly wsie coraz nowe, futory[303], slobody[304]. Na stepach, obok tabun'ow[305] dzikich, pasly sie cale stada swojskiego bydla i koni. Nieprzejrzany, jednostajny widok bor'ow i step'ow ubarwil sie dymami chat, zloconymi wiezami cerkwi i ko'sciol'ow pustynia zamienila sie w kraj do's'c ludny.

Jechal tedy pan namiestnik Skrzetuski wesolo i nie 'spieszac sie, jakoby swoja ziemia, majac po drodze wszelkie wczasy[306] zapewnione. Byl to dopiero poczatek stycznia 48 roku, ale dziwna, wyjatkowa zima nie dawala sie wcale we znaki. W powietrzu tchnela wiosna; ziemia rozmiekla i prze'swiecala woda roztop'ow; na polach zieleniala ru'n[307], a slo'nce dogrzewalo tak mocno, ze w podr'ozy o poludniu kozuchy prazyly grzbiet jak latem.

Orszak namiestnika zwiekszyl sie znacznie, w Czehrynie[308] bowiem przylaczylo sie do niego poselstwo woloskie[309], kt'ore hospodar[310] do Lubni'ow[311] wyslal w osobie pana Rozwana Ursu. Przy poselstwie bylo kilkunastu karalasz'ow[312] eskorty i wozy z czeladzia. Pr'ocz tego z namiestnikiem jechal nasz znajomy pan Longinus Podbipieta herbu Zerwikaptur ze swoim dlugim mieczem pod pacha i z kilkoma czeladzi sluzbowej.

Slo'nce, cudna pogoda i wo'n zblizajacej sie wiosny napawaly wesolo'scia serca, a namiestnik tym byl weselszy, ze wracal z dlugiej podr'ozy pod dach ksiazecy, kt'ory byl zarazem jego dachem, wracal sprawiwszy sie dobrze, wiec i przyjecia dobrego pewny.

Ale wesolo's'c jego miala i inne powody.

Opr'ocz laski ksiecia, kt'orego namiestnik z calej duszy kochal, czekaly go w Lubniach[313] jeszcze i pewne czarne oczy, tak slodkie jak mi'od.

Oczy te nalezaly do Anusi Borzobohatej-Krasie'nskiej, panienki respektowej[314] ksiezny Gryzeldy[315], najpiekniejszej dziewczyny z calego fraucymeru[316], balamutki[317] wielkiej, za kt'ora przepadali wszyscy w Lubniach, a ona za nikim. U ksiezny Gryzeldy mores byl wielki i surowo's'c obyczaj'ow niepomierna, co jednak nie przeszkadzalo mlodym spoglada'c na sie jarzacymi oczyma i wzdycha'c. Pan Skrzetuski posylal tedy swoje westchnienia ku czarnym oczom na r'owni z innymi, a gdy, bywalo, zostawal sam w swojej kwaterze, w'owczas chwytal lutnie w reke i 'spiewywal:

Ty's jest specjal nad specjaly...

lub tez:

Jak tatarska orda

Bierzesz w jasyr[318]corda[319]!

Ale ze to byl czlek wesoly i przy tym zolnierz wielce w swym zawodzie zamilowany, wiec nie bral zbyt do serca tego, ze Anusia u'smiechala sie tak samo do niego, jak i do pana Bychowca z choragwi woloskiej[320], jak do pana Wurcla z artylerii, jak do pana Wolodyjowskiego z dragon'ow, a nawet do pana Baranowskiego z husarii, chociaz ten ostatni byl juz dobrze szpakowaty i szeplenil majac podniebienie potrzaskane kula z samopalu[321]. Nasz namiestnik bil sie juz nawet raz z panem Wolodyjowskim w szable o Anusie, ale gdy przyszlo za dlugo siedzie'c w Lubniach[322] bez jakowej's wyprawy na Tatar'ow, to sobie nawet i przy Anusi przykrzyl, a gdy przyszlo ciagna'c to ciagnal z ochota, bez zalu, bez wspomink'ow.

Za to tez i wital z rado'scia. Teraz wiec oto, wracajac z Krymu po pomy'slnym rzeczy zalatwieniu, pod'spiewywal wesolo i czwanil koniem[323], jadac obok pana Longinusa, kt'ory siedzac na ogromnej inflanckiej[324] kobyle, strapiony byl i smutny jak zawsze. Wozy poselstwa, karalasze[325] i eskorta zostaly znacznie za nimi.

Jegomo's'c posel lezy na wozie jak kawal drzewa i 'spi ciagle rzekl namiestnik. Cud'ow mi naprawil o swojej Woloszczy'znie[326], az i ustal. Jam tez sluchal z ciekawo'scia. Nie ma co! kraj bogaty, klima[327] przednie, zlota, wina, bakali'ow[328] i bydla dostatek. Pomy'slalem sobie tedy, ze nasz ksiaze rodzi sie z Mohilanki[329] i ze ma takie dobre prawo do hospodarskiego tronu[330], jak kto inny, kt'orych praw przecie ksiaze Michal[331] dochodzil. Nie nowina to naszym panietom Woloszczyzna[332]. Bijali juz tam i Turk'ow, i Tatar'ow, i Woloch'ow, i Siedmiogrodzian[333]...

Ale lud tam miekszy niz u nas, o czym mi i pan Zagloba w Czehrynie[334] opowiadal rzekl pan Longinus a gdybym jemu nie wierzyl, to tedy w ksiazkach od naboze'nstwa potwierdzenie tej prawdy sie znajduje.

Jak to w ksiazkach?

Ja sam mam taka i moge ja waszmo'sci pokaza'c, bo ja zawsze woze ze soba.

To rzeklszy odpial troki przy terlicy i wydobywszy niewielka ksiazeczke, starannie w ciele oprawiona[335], naprz'od ucalowal ja poboznie, potem przewr'ociwszy kilkana'scie kartek rzekl:

Czytaj wa's'c.

Pan Skrzetuski rozpoczal:

Pod Twoja obrone uciekamy sie, 'Swieta Boza Rodzicielko... Gdziez za's tu jest o Wolochach[336]? co wa's'c m'owisz! to antyfona!

Czytaj wa's'c dalej.

....Aby'smy sie stali godnymi obietnic Pana Chrystusowych. Amen.

No, a teraz pytanie...

Skrzetuski czytal.

Pytanie: Dlaczego jazda woloska[337] zowie sie lekka? Odpowied'z: Bo lekko ucieka. Amen. Hm! prawda! Wszelako w tej ksiazce dziwne jest materii pomieszanie.

Bo to jest ksiazka zolnierska, gdzie obok modlitw rozmaite instructiones militares[338] sa przylaczone, z kt'orych nauczysz sie wa's'c o wszystkich nacjach, kt'ora z nich zacniejsza, kt'ora podla; co do Woloch'ow za's, to sie pokazuje, iz tch'orzliwe z nich pacholki, a przy tym zdrajcy wielcy.

Ze zdrajcy, to pewno, bo pokazuje sie to i z przyg'od ksiecia Michala[339]. Co prawda, to i ja slyszalem, iz zolnierz to z przyrodzenia nieszczeg'olny. Ma przecie ksiaze jegomo's'c choragiew woloska[340] bardzo przednia, w kt'orej pan Bychowiec porucznikuje, ale stricte[341] to w owej woloskiej choragwi nie wiem, czy i dwudziestu Woloch'ow sie znajduje.

Jak tez waszmo's'c my'slisz, panie namiestniku, sila[342] ksiaze ma ludzi pod bronia?

Bedzie z o'sm tysiecy nie liczac Kozak'ow, co po palankach[343] stoja. Ale powiadal mi Za'cwilichowski[344], ze teraz nowe zaciagi sa czynione.

To moze B'og da jakowa wyprawe pod ksieciem panem?

Tak m'owia, ze wielka wojna z Turczynem sie gotuje i ze sam kr'ol z cala potega Rzplitej[345] ma ruszy'c. Wiem tez, ze upominki Tatarom sa wstrzymane, kt'orzy przecie od strachu nie 'smia zagon'ow ruszy'c. O tym slyszalem i w Krymie[346], gdzie bodaj dlatego przyjmowano mnie tak honeste[347], bo jest wie's'c, ze gdy kr'ol z hetmany[348] pociagnie, ksiaze ma na Krym uderzy'c i calkiem Tatar'ow zetrze'c. Jakoz to jest pewna, ze takowej imprezy innemu nie powierza.

Pan Longinus podni'osl do g'ory rece i oczy.

Dajze, Boze milosierny, daj takowa 'swieta wojne na chwale chrze'scija'nstwu i naszemu narodowi, a mnie grzesznemu pozw'ol w niej wota moje spelni'c, abym in luctu[349] m'ogl by'c pocieszony albo tez 'smier'c chwalebna znale'z'c!

To wa's'c 'slub[350] wedle wojny uczynil?

Tak zacnemu kawalerowi wszystkie arkana duszy mojej otworze, cho'c sila[351] m'owi'c, ale gdy wa'cpan ucha chetnego sklaniasz, przeto incipiam[352]: Wiesz waszmo's'c, ze herb m'oj zwie sie Zerwikaptur, co z takowej przyczyny pochodzi, ze gdy jeszcze pod Grunwaldem przodek m'oj Stowejko Podbipieta ujrzal trzech rycerzy w mniszych kapturach[353] w szeregu jadacych, zajechawszy ich, 'scial wszystkich trzech od razu, o kt'orym to slawnym czynie stare kroniki pisza z wielka dla przodka mego chwala...

Nie lzejsza mial on przodek od wa'sci reke, ale i slusznie Zerwikapturem go nazwali.

Kt'oremu tez kr'ol herb nadal, a w nim trzy kozie glowy w srebrnym polu na pamiatke owych rycerzy, gdyz takie same glowy byly na ich tarczach wyobrazone. Ten herb wraz z tym tu oto mieczem przodek m'oj Stowejko Podbipieta przekazal potomkom swoim z zaleceniem, by starali sie splendor rodu i miecza podtrzyma'c.

Nie ma co m'owi'c, z grzecznego rodu waszmo's'c pochodzisz!

Tu pan Longinus zaczal wzdycha'c rzewnie, a gdy na koniec ulzylo mu troche, tak m'owil dalej:

Bedac tedy z rodu ostatni, 'slubowalem w Trokach[354] Naj'swietszej Pannie zy'c w czysto'sci i nie predzej stana'c na 'slubnym kobiercu, p'oki za slawnym przykladem przodka mego Stowejki Podbipiety trzech gl'ow tymze samym mieczem od jednego zamachu nie zetne. O Boze milosierny, widzisz, zem wszystko uczynil, co bylo w mocy mojej! Czysto'sci dochowalem do dnia dzisiejszego, sercu czulemu milcze'c kazalem, wojny szukalem i walczylem, ale szcze'scia nie mialem...

Porucznik u'smiechnal sie pod wasem.

I nie 'sciale's wa'cpan trzech gl'ow?

Ot! nie zdarzylo sie! Szcze'scia nie ma! Po dwie na raz nieraz bywalo, ale trzech nigdy. Nie udalo sie zajecha'c, a trudno prosi'c wrog'ow, by sie ustawili r'owno do ciecia. B'og jeden widzi moje smutki: sila w ko'sciach jest, fortuna jest... ale adolescentia[355] uchodzi, czterdziestu pieciu lat dobiegam, serce do afekt'ow sie wyrywa, r'od ginie, a trzech gl'ow jak nie ma, tak nie ma!... Taki i Zerwikaptur ze mnie. Po'smiewisko dla ludzi, jak slusznie m'owi pan Zagloba, co wszystko cierpliwie znosze i Panu Jezusowi ofiaruje.

Litwin poczal znowu tak wzdycha'c, ze az i jego inflancka[356] kobyla, wida'c ze wsp'olczucia dla swego pana, jela steka'c i chrapa'c zalo'snie.

To tylko moge waszmo'sci powiedzie'c rzekl namiestnik iz je'sli pod ksieciem Jeremim[357] nie znajdziesz okazji, to chyba nigdy.

Daj Boze! odparl pan Longinus. Dlatego i jade prosi'c o laske ksiecia pana.

Dalsza rozmowe przerwal im nadzwyczajny lopot skrzydel. Jako sie rzeklo, zimy tej ptactwo nie szlo za morza, rzeki nie zamarzaly, przeto szczeg'olniej wodnego ptactwa wszedzie bylo pelno nad blotami. Wla'snie w tej chwili porucznik z panem Longinem zblizyli sie do brzegu Kahamliku[358], gdy nagle zaszumialo im nad glowami cale stado zurawi, kt'ore przeciagaly tak nisko, ze mozna by niemal kijem do nich dorzuci'c. Stado lecialo z wrzaskiem okrutnym i zamiast zapa's'c w oczerety[359], podnioslo sie niespodziewanie w g'ore.

Mkna jakby gonione rzekl pan Skrzetuski.

A o! widzisz wa's'c rzekl pan Longinus ukazujac na bialego ptaka, kt'ory tnac powietrze uko'snym lotem staral sie podlecie'c pod stado.

Rar'og[360], rar'og! przeszkadza im zapa's'c! wolal namiestnik. Posel ma rarogi musial pu'sci'c.

W tej chwili pan Rozwan Ursu nadjechal pedem na czarnym anatolskim dzianecie, a za nim kilku karalasz'ow[361] sluzbowych.

Panie poruczniku, prosze na zabawe rzekl.

Czy to rar'og waszej cze'sci[362]?

Tak jest, i zacny bardzo, zobaczysz wa's'c...

Popedzili naprz'od we trzech, a za nimi Woloch[363] sokolniczy z obrecza, kt'ory utkwiwszy oczy w ptaki krzyczal z calych sil, zachecajac raroga do walki.

Dzielny ptak zmusil juz tymczasem stado do podniesienia sie w g'ore, potem sam wzbil sie jak blyskawica jeszcze wyzej i zawisl nad nim. Zurawie zbily sie w jeden ogromny wir szumiacy jak burza skrzydlami. Gro'zne wrzaski napelnialy powietrze. Ptaki powyciagaly szyje, powytykaly ku g'orze dzioby jak wl'ocznie i czekaly ataku.

Rar'og tymczasem krazyl nad nimi. To znizal sie, to podnosil, jak gdyby wahal sie runa'c na d'ol, gdzie na pier's jego czekalo sto ostrych dziob'ow. Jego biale pi'ora, o'swiecone slo'ncem, blyszczaly jak samo slo'nce na pogodnym blekicie nieba.

Nagle, zamiast rzuci'c sie na stado, pomknal jak strzala w dal i wkr'otce zniknal za kepami drzew i oczeret'ow.

Pierwszy Skrzetuski ruszyl za nim z kopyta. Posel, sokolnik i pan Longinus poszli za jego przykladem.

Wtem na skrecie drogi namiestnik wstrzymal konia, gdyz nowy a dziwny widok uderzyl jego oczy. W po'srodku go'sci'nca lezala na boku kolaska ze zlamana osia. Odprzezone konie trzymalo dw'och kozaczk'ow. Wo'znicy nie bylo wcale, widocznie odjechal w celu szukania pomocy. Przy kolasce staly dwie niewiasty, jedna ubrana w lisi tolub[364] i takaz czapke z okraglym dnem, twarzy surowej, meskiej; druga byla to mloda panna wzrostu wynioslego, rys'ow pa'nskich i bardzo foremnych. Na ramieniu tej mlodej pani siedzial spokojnie rar'og i rozstrzepiwszy pi'ora na piersiach muskal je dziobem.

Namiestnik osadzil konia, az kopyta wryly sie w piasek go'sci'nca, i reke podni'osl do czapki zmieszany i nie wiedzacy, co ma m'owi'c: czy wita'c, czy o raroga sie dopomina'c? Zmieszany byl jeszcze i dlatego, ze spod kuniego kapturka spojrzaly na'n takie oczy, jakich jak zycie swoje nie widzial, czarne, aksamitne, a lzawe, a mieniace sie, a ogniste, przy kt'orych oczy Anusi Borzobohatej zgaslyby jak 'swieczki przy pochodniach. Nad tymi oczami jedwabne ciemne brwi rysowaly sie dwoma delikatnymi lukami, zarumienione policzki kwitnely jak kwiat najpiekniejszy, przez malinowe wargi, troche otwarte, widnialy zabki jak perly, spod kapturka splywaly bujne czarne warkocze. Czy Juno we wlasnej osobie, czy inne jakowe's b'ostwo? pomy'slal namiestnik widzac ten wzrost strzelisty, pier's wypukla i tego bialego sokola na ramieniu. Stal tedy nasz porucznik bez czapki i zapatrzyl sie jak w cudowny obraz, i tylko oczy mu sie 'swiecily, a za serce chwytalo go co's jak reka. I juz mial rozpocza'c mowe od sl'ow: Je'sli's jest 'smiertelna istota, a nie b'ostwem... gdy w tej chwili nadjechal posel i pan Longinus, a z nimi sokolnik z obrecza. Co widzac bogini nadstawila rarogowi reke, na kt'orej ten zaraz, zszedlszy z ramienia, usadowil sie przestepujac z nogi na noge. Namiestnik, uprzedzajac sokolniczego, chcial zdja'c ptaka, gdy nagle stal sie dziwny omen. Oto rar'og, pozostawiwszy jedna noge na reku panny, druga chwycil sie namiestnikowej dloni i zamiast przesia's'c sie, poczal kwili'c rado'snie i przyciaga'c te rece ku sobie tak silnie, ze sie musialy zetkna'c. Po namiestniku mrowie przeszlo, rar'og za's dopiero wtedy dal sie przenie's'c na obrecz, gdy sokolnik nalozyl mu kaptur na glowe. A wtem starsza pani poczela wyrzeka'c:

Rycerze! m'owila ktokolwiek jeste'scie, nie odmawiajcie pomocy bialoglowom, kt'ore zostawszy na drodze bez pomocy, same nie wiedza, co pocza'c. Do domu nam juz nie dalej jak trzy mile, ale w kolasce[365] osie popekaly i chyba nam nocowa'c w polu przyjdzie; wo'znice poslalam do syn'ow, by nam cho'c w'oz przyslali, ale nim wo'znica dojedzie i wr'oci, ciemno bedzie, a na tym uroczysku strach zosta'c, bo tu w poblizu mogily.

Stara szlachcianka m'owila predko i glosem tak grubym, ze namiestnik az sie zadziwil, wszelako odrzekl grzecznie:

Nie dopuszczajze jejmo's'c tej my'sli, by'smy pania i nadobna jej c'orke mieli bez pomocy zostawi'c. Jedziemy do Lubni'ow[366], gdyz zolnierzami w sluzbie J. O. ksiecia Jeremiego[367] jeste'smy, i podobno nam droga w jedna strone wypada, a cho'cby tez nie, to zboczymy chetnie, byle sie nasza asystencja[368] nie uprzykrzyla. Co za's do woz'ow, to ich nie mam, bo z towarzyszami po zolniersku komunikiem ide[369], ale pan posel ma i tusze[370], ze jako uprzejmy kawaler, chetnie nimi pani i jejmo'sciance[371] sluzy'c bedzie.

Posel uchylil sobolowego kolpaka[372], gdyz znajac mowe polska, zrozumial, o co idzie, i zaraz z pieknym komplimentem, jako grzeczny bojar[373], wystapil, po czym rozkazal sokolniczemu skoczy'c po wozy, kt'ore byly znacznie z tylu zostaly. Przez ten czas namiestnik patrzyl na panne, kt'ora pozerczego wzroku jego znie's'c nie mogac opu'scila oczy na ziemie, a dama o kozackim obliczu tak m'owila dalej:

Niech B'og zaplaci im'c panom za pomoc. A ze do Lubni'ow droga jeszcze daleka, nie pogardzicie moim i moich syn'ow dachem, pod kt'orym radzi wam bedziemy. My z Rozlog'ow-Siromach'ow, ja wdowa po kniaziu Kurcewiczu Bulyze, a to nie jest moja c'orka, jeno c'orka po starszym Kurcewiczu, bracie mego meza, kt'oren sierote swa nam na opieke oddal. Synowie moi teraz w domu, a ja wracam z Czerkas[374], gdziem sie do oltarza 'Swietej-Przeczystej ofiarowala. Az oto w powrocie spotkal nas ten wypadek i gdyby nie polityka[375] waszmo'sci'ow, chybaby na drodze nocowa'c przyszlo.

Kniaziowa m'owilaby jeszcze dluzej, ale wtem z dala pokazaly sie wozy nadjezdzajace klusem w'sr'od gromady karalasz'ow[376] poselskich i zolnierzy pana Skrzetuskiego.

To jejmo's'c pani wdowa po kniaziu Wasylu Kurcewiczu? spytal namiestnik.

Nie! zaprzeczyla zywo i jakby gniewliwie kniahini[377]. Jam wdowa po Konstantynie, a to jest c'orka Wasyla, Helena rzekla, wskazujac panne.

O kniaziu Wasylu wiele w Lubniach[378] rozpowiadaja. Byl to zolnierz wielki i nieboszczyka ksiecia Michala[379] zaufany.

W Lubniach nie bylam rzekla z pewna wynioslo'scia Kurcewiczowa i o jego zolnierstwie nie wiem, a o p'o'zniejszych postepkach nie ma co wspomina'c, gdyz i tak wszyscy o nich wiedza.

Slyszac to kniazi'owna Helena zwiesila glowe na piersi wla'snie jak kwiat podciety kosa, a namiestnik odparl zywo:

Tego wa'cpani nie m'ow. Knia'z Wasyl, przez straszliwy error[380] sprawiedliwo'sci ludzkiej skazany na utrate gardla i mienia, musial sie ucieczka salwowa'c[381], ale p'o'zniej wykryla sie jego niewinno's'c, kt'ora tez promulgowano[382] i do slawy go jako cnotliwego meza przywr'ocono; a slawa tym wieksza by'c powinna, im wieksza byla krzywda.

Kniahini spojrzala bystro na namiestnika, a w jej nieprzyjemnym, ostrym obliczu gniew odbil sie wyra'znie. Ale pan Skrzetuski, cho'c czlowiek mlody, tyle mial w sobie jakowej's powagi rycerskiej i tak jasne wejrzenie, ze mu zaoponowa'c nie 'smiala, natomiast zwr'ocila sie do kniazi'owny Heleny:

Wa'cpannie tego slucha'c nie przystoi. Id'z oto dopilnuj, aby toboly u kolaski byly przelozone na wozy, na kt'orych z pozwoleniem ichmo'sci'ow siedzie'c bedziem.

Pozwolisz jejmo's'c panna pom'oc sobie rzekl namiestnik.

Poszli oboje ku kolasce, ale skoro tylko staneli naprzeciw siebie po obu stronach jej drzwiczek, jedwabne fredzle oczu kniazi'owny podniosly sie i wzrok jej padl na twarz porucznika jakoby jasny, cieply promie'n sloneczny.

Jakze mam waszmo'sci panu dziekowa'c... rzekla glosem, kt'ory namiestnikowi wydal sie tak slodka muzyka, jak d'zwieczenie lutni i flet'ow jakze mam dziekowa'c, ze's sie za slawe ojca mego ujal i za te krzywde, kt'ora go od najblizszych krewnych spotyka.

Mo'scia panno! odpowiedzial namiestnik, a czul, ze serce tak mu taje, jako 'snieg na wiosne. Tak mi Pan B'og dopom'oz, jakobym dla takiej podzieki w ogie'n skoczy'c gotowy albo zgola krew przela'c, ale gdy ochota tak wielka, przeto zasluga mniejsza, dla kt'orej malo'sci nie godzi mi sie dziekczynnego zoldu[383] z ust im'c panny przyjmowa'c.

Jezeli waszmo's'c pan nim pogardzasz, to jako uboga sierota nie mam jak inaczej wdzieczno'sci mojej okaza'c.

Nie pogardzam ja nim m'owil ze wzrastajaca sila namiestnik ale na tak wielki fawor[384] zarobi'c dluga i wierna sluzba pragne i o to tylko prosze, aby's mnie im'c panna przyja'c na owa sluzbe raczyla.

Kniazi'owna slyszac te slowa zaplonila sie, zmieszala, potem przybladla nagle i rece do twarzy podnoszac odrzekla zalosnym glosem:

Nieszcze'scie by chyba wa'cpanu taka sluzba przynie's'c mogla.

A namiestnik przechylil sie przez drzwiczki kolaski i tak m'owil z cicha a tkliwie:

Przyniesie, co B'og da, a cho'cby tez i b'ol, przeciem ja do n'og wa'cpanny upa's'c i prosi'c o nia gotowy.

Nie moze to by'c, rycerzu, aby's wa'cpan dopiero mnie ujrzawszy, tak wielka mial do onej sluzby ochote.

Ledwiem cie ujrzal, juzem o sobie zgola zapomnial i widze, ze wolnemu dotad zolnierzowi chyba w niewolnika zmieni'c sie przyjdzie, ale taka wida'c wola boza. Afekt jest jako strzala, kt'ora niespodzianie pier's przeszywa, i oto czuje jej grot, cho'c wczoraj sam bym nie wierzyl, gdyby mi kto powiadal.

Je'sliby's waszmo's'c wczoraj nie wierzyl, jakze ja uwierzy'c dzisiaj moge?

Czas o tym najlepiej wa'cpanne przekona, a szczero'sci cho'cby zaraz nie tylko w slowach, ale i w obliczu dopatrzy'c sie mozesz.

I znowu jedwabne zaslony oczu kniazi'owny podniosly sie, a wzrok jej napotkal meskie i szlachetne oblicze mlodego zolnierza i spojrzenie tak pelne zachwytu, ze ciemny rumieniec pokryl jej twarz. Ale nie spuszczala juz wzroku ku ziemi i przez chwile on pil slodycz jej cudnych oczu. I tak patrzyli na siebie, jak dwie istoty, kt'ore spotkawszy sie cho'cby na go'sci'ncu na stepie, czuja, ze sie wybraly od razu, i kt'orych dusze poczynaja zaraz lecie'c wzajemnie ku sobie jak dwa golebie.

Az te chwile zachwytu przerwal im ostry glos kniahini Konstantowej wolajacej na kniazi'owne. Wozy nadeszly. Karalasze[385] poczeli przenosi'c na nie pakunki z kolaski i za chwile wszystko bylo gotowe.

Pan Rozwan Ursu, grzeczny bojar[386], ustapil obydwom niewiastom wlasnej kolaski, namiestnik siadl na ko'n. Ruszono w droge.

Dzie'n tez mial sie juz ku spoczynkowi. Rozlane wody Kahamliku[387] 'swiecily zlotem od zachodzacego slo'nca i purpury zorzy. Wysoko na niebie ulozyly sie stada lekkich chmurek, kt'ore czerwieniejac stopniowo, zsuwaly sie z wolna ku kra'ncom widnokregu, jakby zmeczone lataniem po niebie, szly spa'c gdzie's do nieznanej kolebki. Pan Skrzetuski jechal po stronie kniazi'owny, ale nie zabawial jej rozmowa, bo tak z nia m'owi'c, jak przed chwila, przy obcych nie m'ogl, a blahe slowa nie chcialy mu sie przez usta przecisna'c. W sercu jeno czul blogo's'c, a w glowie szumialo mu co's jak wino.

Cala karawana poruszala sie ra'zno naprz'od, a cisze przerywalo tylko parskanie koni lub brzek strzemienia o strzemie. Potem karalasze[388] poczeli na tylnych wozach smutna pie's'n woloska[389], wkr'otce jednak ustali, a natomiast rozlegl sie nosowy glos pana Longina 'spiewajacego poboznie: Jam sprawila na niebie, aby wschodzila 'swiatlo's'c nieustajaca, i jako mgla pokrylam wszystka ziemie. Tymczasem 'sciemnialo. Gwiazdki zamigotaly na niebie, a z wilgotnych lak wstaly biale tumany jako morza bez ko'nca.

Wjechali w las, ale zaledwie ujechali kilka staj, gdy dal sie slysze'c tetent koni i pieciu je'zd'zc'ow ukazalo sie przed karawana. Byli to mlodzi kniaziowie, kt'orzy zawiadomieni przez wo'znice o wypadku, jaki spotkal matke, 'spieszyli na jej spotkanie prowadzac z soba w'oz zaprzezony w cztery konie.

Czy to wy, synkowie? wolala stara kniahini.

Je'zd'zcy przyblizyli sie do woz'ow.

My, matko!

Bywajcie! Dzieki tym oto ichmo'sciom nie potrzebuje juz pomocy. To moi synkowie, kt'orych polecam lasce mo'sci pan'ow: Symeon, Jur, Andrzej i Mikolaj a to kto piaty? rzekla przypatrujac sie pilnie hej! je'sli stare oczy widza po ciemku, to Bohun[390] co?

Kniazi'owna cofnela sie nagle w glab kolaski.

Czolem wam, kniahini, i wam, kniazi'owno Heleno! rzekl piaty je'zdziec.

Bohun! m'owila stara. Od pulku przybyle's, sokole? A z teorbanem[391]? Witajze, witaj! Hej, synkowie! Prosilam juz ichmo'sci'ow pan'ow na nocleg do Rozlog'ow, a teraz wy im sie poklo'ncie! Go's'c w dom, B'og w dom! Bad'zciez ichmo'sciowie na nasz dom laskawi.

Bulyhowie uchylili czapek.

Prosimy pokornie waszmo'sci'ow w niskie progi.

Juz mi tez obiecali i jego wysoko's'c pan posel, i im'c pan namiestnik. Zacnych kawaler'ow bedziemy przyjmowali, tylko ze przywyklym do specjal'ow na dworach, nie wiem, czyli bedzie smakowala nasza uboga pasza.

Na zolnierskim my chlebie, nie na dworskim chowani rzekl pan Skrzetuski.

A pan Rozwan Ursu dodal:

Pr'obowalem ja juz go'scinnego chleba w szlacheckich domach i wiem, ze i dworski mu nie wyr'owna.

Wozy ruszyly naprz'od, a stara kniahini m'owila dalej:

Dawno to, dawno juz minely lepsze dla nas czasy. Na Wolyniu i na Litwie sa jeszcze Kurcewicze, kt'orzy poczty[392] trzymaja i wcale po pa'nsku zyja, ale ci biedniejszych krewnych zna'c nie chca, za co niech ich B'og skarze. U nas prawie kozacza bieda, kt'ora nam waszmo'sciowie musicie wybaczy'c i szczerym sercem przyja'c to, co szczerze ofiarujemy. Ja i pieciu syn'ow siedzimy na jednej wiosce i kilkunastu slobodach[393], a z nami i ta jeszcze jejmo'scianka na opiece.

Namiestnika zdziwily te slowa, gdyz slyszal w Lubniach[394], ze Rozlogi byly niemala fortuna szlachecka, a po wt'ore, ze nalezaly ongi do kniazia Wasyla, ojca Heleny. Nie zdalo mu sie jednak rzecza stosowna pyta'c, jakim sposobem przeszly w rece Konstantyna i jego wdowy.

To jejmo's'c pani pieciu masz syn'ow? zagadnal pan Rozwan Ursu.

Mialam pieciu jak lw'ow rzecze kniahini ale najstarszemu, Wasylowi, poganie[395] w Bialogrodzie[396] oczy wykapali pochodniami, od czego mu tez i rozum sie nadwerezyl. Gdy mlodzi p'ojda na wyprawe, ja sama w domu zostaje, z nim tylko i z jejmo'scianka, z kt'ora wieksza bieda niz pociecha.

Pogardliwy ton, z jakim stara kniahini m'owila o swej synowicy[397], tak byl widoczny, ze nie uszedl uwagi porucznika. Pier's mu zawrzala gniewem i o malo nie zaklal szpetnie, ale slowa zamarly mu na ustach, gdy spojrzawszy na kniazi'owne ujrzal przy 'swietle ksiezyca oczy jej zalane lzami...

Co wa'cpannie jest? czego placzesz? spytal z cicha.

Kniazi'owna milczala.

Ja nie moge znie's'c lez wa'cpanny m'owil pan Skrzetuski i pochylil sie ku niej, a widzac, ze stara kniahini rozprawia z panem Rozwanem Ursu i nie patrzy w te strone, nalegal dalej:

Na Boga, przem'ow cho'c slowo, bo B'og widzi, ze i krew, i zdrowie bym oddal, byle ciebie pocieszy'c.

Nagle uczul, ze jeden z je'zd'zc'ow napiera go tak silnie, ze az konie poczynaja sie trze'c bokami.

Rozmowa z kniazi'owna byla przerwana, wiec pan Skrzetuski zdziwiony, ale i rozgniewany, zwr'ocil sie ku 'smialkowi.

Przy 'swietle ksiezyca ujrzal dwoje oczu, kt'ore patrzyly na niego zuchwale, wyzywajaco i szyderczo zarazem.

Straszne te oczy 'swiecily jak 'slepie wilka w ciemnym borze.

Co, u kaduka? pomy'slal namiestnik bies czy co? i z kolei zajrzawszy z bliska w te palajace 'zrenice, spytal:

A czego to wa's'c tak koniem najezdzasz i oczyma we mnie wiercisz?

Je'zdziec nie odpowiedzial nic, ale patrzyl wciaz r'ownie uporczywie i zuchwale.

Je'sli'c ciemno, to moge ognia skrzesa'c, a je'sli'c go'sciniec za ciasny, to hajda w step! rzekl juz podniesionym glosem namiestnik.

A ty odlitaj, Laszku, od kolaski, koly step baczysz[398] odparl je'zdziec.

Namiestnik, jako byl czlowiek do czynu skory, zamiast odpowiedzie'c, uderzyl tak silnie noga w brzuch konia napastnika, ze rumak jeknal i w jednym szczupaku znalazl sie na samym brzegu go'sci'nca.

Je'zdziec osadzil go na miejscu i przez chwile zdawalo sie, ze pragnie rzuci'c sie na namiestnika, ale wtem zabrzmial ostry, rozkazujacy glos starej kniahini:

Bohun, szczo z toboju[399]?

Slowa te mialy natychmiastowy skutek. Je'zdziec zwr'ocil konia mly'ncem i przejechal na druga strone kolaski do kniahini, kt'ora m'owila dalej:

Szczo z toboju? Ej, ty nie w Perejaslawiu[400] ani w Krymie, ale w Rozlogach bacz na to. A teraz skocz mi naprz'od i prowad'z wozy, bo jar zaraz, a w jarze ciemno. Hodi, siromacha[401]!

Pan Skrzetuski r'ownie byl zdziwiony, jak rozgniewany. Ten Bohun widocznie szukal okazji i bylby ja znalazl, ale dlaczego szukal? skad ta niespodziewana napa's'c?

Przez glowe namiestnika przeleciala my'sl, ze tu kniazi'owna wchodzila do gry, i utwierdzil sie w tej my'sli, gdy spojrzawszy na twarz jej ujrzal mimo mrok'ow nocnych, ze twarz ta byla blada jak pl'otno i ze widocznie malowalo sie na niej przerazenie.

Tymczasem Bohun ruszyl z kopyta naprz'od wedle rozkazu kniahini, kt'ora spogladajac za nim rzekla wp'ol do siebie, wp'ol do namiestnika:

To szalona glowa i bies kozaczy.

Wida'c, niespelna rozumu odpowiedzial pogardliwie pan Skrzetuski. Czy to Kozak w sluzbie syn'ow imci pani?

Stara kniahini rzucila sie w tyl kolaski.

Co wa'cpan m'owisz! To jest Bohun, podpulkownik, przeslawny junak, synom moim druh, a mnie jak sz'osty syn przybrany. Nie moze tez to by'c, aby's waszmo's'c o nazwisku jego nie slyszal, bo wszyscy o nim wiedza.

I rzeczywi'scie, panu Skrzetuskiemu dobrze bylo znane to nazwisko. Spo'sr'od imion r'oznych pulkownik'ow i ataman'ow kozackich wyplynelo ono na wierzch i bylo na wszystkich ustach po obu stronach Dniepru. 'Slepcy 'spiewali o Bohunie pie'sni po jarmarkach i karczmach, na wieczornicach opowiadano dziwy o mlodym watazce[402]. Kto on byl, skad sie wzial, nikt nie wiedzial. To pewna, ze kolebka byly mu stepy, Dniepr, porohy[403] i Czertomelik[404] ze swoim labiryntem cie'snin, zatok, kolbani[405], wysp, skal, jar'ow i oczeret'ow[406]. Od wyrostka zzyl sie i zespolil z tym dzikim 'swiatem.

Czasu pokoju chodzil z innymi za ryba i zwierzem, tlukl sie po zakretach Dnieprowych, brodzil po bagniskach i oczeretach wraz z gromada p'olnagich towarzysz'ow[407] to zn'ow cale miesiace spedzal w glebinach le'snych. Szkola byly mu wycieczki na Dzikie Pola[408] po trzody i tabuny[409] tatarskie, zasadzki, bitwy, wyprawy przeciw brzegowym ulusom[410], do Bialogrodu, na Woloszczyzne[411] lub czajkami[412] na Czarne Morze. Innych dni nie znal, jak na koniu, innych nocy, jak przy ognisku na stepie. Wcze'snie stal sie ulubie'ncem calego Nizu[413], wcze'snie sam zaczal wodzi'c innych; i wkr'otce odwaga wszystkich przewyzszyl. Got'ow byl w sto koni i's'c cho'cby do Bakczysaraju[414] i samemu chanowi za'swieci'c w oczy pozoga; palil ulusy i miasteczka, wycinal w pie'n mieszka'nc'ow, schwytanych murz'ow[415] rozdzieral ko'nmi, spadal jak burza, przechodzil jak 'smier'c. Na morzu rzucal sie jak w'sciekly na galery tureckie. Zapuszczal sie w 'srodek Budziaku[416], wlazil, jak m'owiono, w paszcze lwa. Niekt'ore jego wyprawy byly wprost szalone. Mniej odwazni, mniej ryzykowni konali na palach w Stambule lub gnili przy wioslach na tureckich galerach on zawsze wychodzil zdrowo i z lupem obfitym. M'owiono, ze zebral skarby ogromne i ze trzyma je ukryte po Dnieprowych komyszach[417], ale tez nieraz go widziano, jak deptal zabloconymi nogami po zlotoglowiach[418] i lamach[419], koniom slal kobierce[420] pod kopyta albo jak, ubrany w adamaszki[421], kapal sie w dziegciu[422], umy'slnie kozacza pogarde dla onych wspanialych tkanin i ubior'ow okazujac. Miejsca dlugo nigdzie nie zagrzal. Czynami jego powodowala fantazja. Czasem przybywszy do Czehryna[423], Czerkas lub Perejaslawia[424] hulal na 'smier'c z innymi Zaporozcami, czasem zyl jak mnich, do ludzi nie gadal, w stepy uciekal. To zn'ow otaczal sie 'slepcami, kt'orych grania i pie'sni po calych dniach sluchal, a samych zlotem obrzucal. Miedzy szlachta umial by'c dwornym kawalerem, miedzy Kozaki najdzikszym Kozakiem, miedzy rycerzami rycerzem, miedzy lupiezcami lupiezca. Niekt'orzy mieli go za szalonego, bo tez i byla to dusza nieokielznana i rozszalala. Dlaczego na 'swiecie zyl i czego chcial, dokad dazyl, komu sluzyl sam nie wiedzial. Sluzyl stepom, wichrom, wojnie, milo'sci i wlasnej fantazji. Ta wla'snie fantazja wyr'ozniala go od innych watazk'ow[425] grubian'ow i od calej rzeszy rozb'ojniczej, kt'ora tylko grabiez miala na celu i kt'orej za jedno bylo grabi'c Tatar'ow czy swoich. Bohun bral lup, ale wolal wojne od zdobyczy, kochal sie w niebezpiecze'nstwach dla wlasnego ich uroku; zlotem za pie'sni placil, za slawa gonil, o reszte nie dbal.

Ze wszystkich watazk'ow on jeden najlepiej uosabial Kozaka-rycerza, dlatego tez pie's'n wybrala go sobie na kochanka, a imie jego rozslawilo sie na calej Ukrainie.

W ostatnich czasach zostal podpulkownikiem perejaslawskim[426], ale pulkownikowska wladze sprawowal, bo stary Loboda slabo juz trzymal bulawe[427] krzepnaca dlonia.

Pan Skrzetuski dobrze tedy wiedzial, kto byl Bohun, a je'sli pytal starej kniahini, czy to Kozak w sluzbie jej syn'ow, to czynil to przez umy'slna pogarde, bo przeczul w nim wroga, a mimo calej slawy watazki wzburzyla sie krew w namiestniku, ze Kozak poczynal sobie z nim tak zuchwale.

Domy'slal sie tez, ze skoro sie zaczelo, to sie na byle czym nie sko'nczy. Ale ciety to byl jak osa czlowiek pan Skrzetuski, dufny az nadto w siebie i r'owniez nie cofajacy sie przed niczym, a na niebezpiecze'nstwa chciwy prawie. Got'ow byl cho'cby i zaraz wypu'sci'c konia za Bohunem, ale jechal przy boku kniazi'owny. Zreszta wozy minely juz jar i z dala ukazaly sie 'swiatla w Rozlogach.


Rozdzia l II | Ogniem i mieczem | Rozdzia l IV