home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add

- advertisement



Rozdzial VIII

Bohun, lubo w'odz mezny i przezorny, nie mial szcze'scia w tej wyprawie, kt'ora pod rzekoma dywizje ksiecia Jeremiego przedsiewzial. Utwierdzil sie tylko w przekonaniu, ze ksiaze istotnie wyruszyl cala potega przeciw Krzywonosowi[2381], bo tak mu powiadali wzieci w niewole zolnierze pana Zagloby, kt'orzy sami wierzyli w to naj'swieciej, iz ksiaze ciagnie za nimi. Nie pozostawalo wiec nic innego nieszczesnemu atamanowi, jak cofa'c sie co predzej do Krzywonosa, ale zadanie nie bylo latwe. Zaledwie trzeciego dnia zebrala sie kolo niego wataha zlozona z dwustu kilkunastu molojc'ow[2382]; inni albo w boju polegli, albo zostali ranni na polu potyczki, albo blakali sie jeszcze w'sr'od jar'ow i oczeret'ow[2383], nie wiedzac, co czyni'c, jak sie obr'oci'c, dokad i's'c. A i ta kupa przy Bohunie nie na wiele byla przydatna, bo zbita, za lada alarmem sklonna do ucieczki, zdemoralizowana, przerazona. A byl to przecie wyb'or molojc'ow; lepszych zolnierzy trudno bylo w calej Siczy[2384] znale'z'c. Ale molojcy nie wiedzieli, z jak mala sila pan Wolodyjowski na nich uderzyl i ze dzieki tylko niespodzianemu napadowi na 'spiacych i nieprzygotowanych taka kleske m'ogl zada'c, i wierzyli naj'swieciej, ze mieli sprawe, je'sli nie z samym ksieciem, to przynajmniej z poteznym, kilkakro'c liczniejszym podjazdem. Bohun wrzal jak ogie'n; ciety w reke, stratowany, chory, pobity, i wroga zakletego z rak wypu'scil, i slawe nadwerezyl, bo juz ci molojcy, kt'orzy w wilie kleski do Krymu, do piekla i na samego ksiecia byliby 'slepo za nim poszli, teraz stracili wiare, stracili ducha i o tym tylko my'sleli, jak by gardla cale z pogromu wynie's'c. A przecie Bohun uczynil wszystko, co w'odz uczyni'c powinien, niczego nie zaniedbal, straze opodal chutoru[2385] porozstawial i spoczywal dlatego tylko, ze konie, kt'ore spod Kamie'nca[2386] prawie jednym tchem przyszly, calkiem niezdatne byly do drogi. Ale pan Wolodyjowski, kt'oremu zycie mlode zbieglo w podej'sciach i lowach na Tatar'ow, podszedl jak wilk noca pod straze, pochwytal je, nim zdolaly krzykna'c lub wystrzeli'c i napadl tak, ze oto on, Bohun, w hajdawerach[2387] tylko i w koszuli uj's'c potrafil. Gdy o tym watazka[2388] my'slal, 'swiat mu czernial w oczach, w glowie sie przewracalo i rozpacz kasala mu dusze jak pies w'sciekly. On, kt'ory na Czarnym Morzu na galery tureckie sie rzucal; on, kt'ory az do Perekopu[2389] na karkach tatarskich dojezdzal i chanowi w oczy pozoga ulus'ow[2390] 'swiecil; on, kt'ory ksieciu pod reka przy samych Lubniach[2391] regiment w Wasil'owce wycial musial ucieka'c w koszuli i bez czapki, i bez szabli, bo i te w spotkaniu z malym rycerzem utracil. Totez, gdy nikt nie patrzyl, na postojach i popasach, watazka chwytal sie za glowe i krzyczal: Gdzie moja slawa molojecka, gdzie moja szabla-druzka[2392]?! A gdy tak krzyczal, porywal go obled dziki i spijal sie jak nieboze stworzenie, po czym na ksiecia chcial i's'c, na cala sile jego uderzy'c i zgina'c, i przepa's'c na wieki.

On chcial ale molojcy nie chcieli. Ubij, batku[2393], nie p'ojdziemy! odpowiadali ponuro na jego wybuchy i na pr'ozno mu bylo w napadach szale'nstwa szabla ich siec, z pistolet'ow twarze osmala'c nie chcieli, nie poszli.

Rzeklby's: ziemia usuwala sie spod n'og atamana, bo nie tu jeszcze byl koniec jego nieszcze's'c. Bojac sie dla prawdopodobnej pogoni uchodzi'c wprost na poludnie i sadzac, ze moze Krzywonos juz oblezenia zaniechal, rzucil sie sam ku wschodowi i trafil na oddzial pana Podbipiety. Ale czujny jak zuraw pan Longinus nie dal sie zej's'c, pierwszy uderzyl na watazke, rozbil go tym latwiej, ze molojcy bi'c sie nie chcieli, i podal w rece panu Skrzetuskiemu, a ten go najpotezniej rozgromil, tak ze Bohun po dlugim bladzeniu w stepach w kilkana'scie zaledwie koni, bez slawy, bez molojc'ow, bez zdobyczy i bez jezyk'ow dotarl nareszcie do Krzywonosa.

Lecz dziki Krzywonos, tak straszny zwykle dla podwladnych, kt'orym nie dopisalo szcze'scie, tym razem nie rozgniewal sie wcale. Wiedzial z wlasnego do'swiadczenia, co to sprawa z Jeremim, wiec przyholubil[2394] jeszcze Bohuna, pocieszal i uspokajal, a gdy watazka zapadl na zla goraczke, kazal go strzec i leczy'c, i pilnowa'c jak oka w glowie.

Tymczasem czterej ksiazecy rycerze, napelniwszy kraj groza i przestrachem, staneli szcze'sliwie z powrotem w Jarmoli'ncach[2395], gdzie zatrzymali sie na dni kilka, by ludziom i koniom da'c odpoczynek. Tam gdy staneli w jednej kwaterze, zdawal kolejno kazdy panu Skrzetuskiemu sprawe z tego, co go spotkalo i czego dokonal, po czym zasiedli przy gasiorku, aby w przyjacielskim opowiadaniu ulzy'c sercom i da'c folge wzajemnej ciekawo'sci.

Ale w'owczas pan Zagloba malo komu pozwolil przyj's'c do slowa. Nie chcial slucha'c, pragnal, by jego tylko sluchano; jakoz pokazalo sie, ze najwiecej mial do opowiadania.

Mo'sci panowie! m'owil popadlem w niewole prawda jest! ale fortuna kolem sie toczy. Bohun cale zycie bijal, a my dzi's jego pobili. Tak to, tak! zwyczajnie na wojnie! Dzi's ty garbujesz, jutro ciebie garbuja. Ale Bohuna za to B'og skaral, iz nas, 'spiacych smaczno snem sprawiedliwego, napadl i w tak bezecny spos'ob rozbudzil. Ho, ho! my'slal, ze mnie swoim plugawym jezykiem przestraszy, a tu m'owie wa'sciom, jakem go przycisnal, tak zaraz stracil fantazje, zmieszal sie i wygadal to, czego nie chcial. Co tu dlugo m'owi'c? Zebym w niewole nie wpadl, nie byliby'smy mu obaj z panem Michalem kleski zadali; m'owie: obaj, bo ze w tym terminie magna pars fui, nie przestane twierdzi'c do 'smierci. Tak mi Boze daj zdrowie! Sluchajcie dalej moich racji: zeby'smy go z panem Michalem nie pobili, nie bylby mu podbil piet pan Podbipieta, dalej pan Skrzetuski, a na koniec, zeby'smy go nie rozgromili, bylby on nas rozgromil co ze sie nie stalo, kto przyczyna?

A z wa'scia to jak z liszka[2396] rzecze pan Longinus tu ogonem machniesz, tam sie umkniesz, a zawsze sie wykrecisz.

Glupi ogar, co za ogonem biezy, bo i nie dogoni, i niczego poczciwego sie nie dowacha, a w ostatku wiatr straci. Iluze's wa's'c ludzi postradal[2397]?

Ot, z dwunastu wszystkiego, a kilku rannych; juz tam nie bardzo nas bili.

A waszmo's'c, panie Michale?

Ze trzydziestu, bom na nieprzygotowanych uderzyl.

A wasze, panie poruczniku?

Tylu, ilu pan Longinus.

A ja dw'och. Powiedzciez sami: kto lepszy w'odz? Ot, co jest! Po c'oze'smy tu przyjechali? po sluzbie ksiazecej, wie'sci o Krzywonosie nalapa'c; ot'oz powiem waszmo'sciom, ze jam sie pierwszy o nim dowiedzial i z najlepszych ust, bo od Bohuna, i wiem, ze pod Kamie'ncem stoi, ale oblezenia my'sli zaniecha'c, bo go tch'orz oblecial. To wiem de publicis[2398], ale wiem tez jeszcze i co's innego, od czego rado's'c wstapi wa'cpa'nstwu w serca i o czym dotad nie m'owilem dlatego, ze chcialem, aby'smy w kupie o tym radzili; bylem tez dotad niezdr'ow, bo mnie fatygi obalily i od tego zb'ojeckiego wiazania w kij wnetrzno'sci we mnie rebelizowaly. My'slalem, ze mnie krew zaleje.

M'owze waszmo's'c, na milo's'c boska! zawolal Wolodyjowski. Zalize's[2399] co o naszej niebodze slyszal?

Tak jest, niech jej B'og blogoslawi rzekl Zagloba.

Pan Skrzetuski podni'osl sie na cala swa wysoko's'c i usiadl natychmiast nastala taka cisza, ze slycha'c bylo brzeczenie komar'ow na okienku, az pan Zagloba zabral glos znowu:

Zyje ona, wiem to na pewno, i jest w Bohunowym reku. Moi mo'sci panowie, straszne to rece, ale przecie B'og nie pozwolil, aby ja krzywda lub ha'nba spotkala. Moi mo'sci panowie, to mnie sam Bohun powiadal, kt'oren by predzej czym innym chelpi'c sie got'ow.

Jak to moze by'c? Jak to moze by'c? pytal goraczkowo Skrzetuski.

Je'sli lze, niech mnie piorun zapali! odrzekl powaznie Zagloba bo to jest 'swieta rzecz. Sluchajcie, co mnie Bohun m'owil, gdy sobie chcial drwi'c ze mnie, nimem go do ostatka splantowal[2400]: C'oze's to my'slal (prawi), ze's dla chlopa ja do Baru[2401] przywi'ozl? Ze to ja chlop (prawi), abym ja sila niewolil? Czy to mnie nie sta'c, by mnie w Kijowie w cerkwi 'slub dali i czer'ncy[2402] (powiada) zeby mi 'spiewali, i zeby trzysta 'swiec mi palili mnie atamanowi! hetmanowi i nogami nade mna tupal, i nozem mi grozil, bo my'slal, ze mnie ustraszy, alem mu powiedzial, zeby psy straszyl.

Skrzetuski juz sie opamietal, tylko mu sie mnisza twarz roz'swiecila i grala na niej na powr'ot obawa, nadzieja, rado's'c i niepewno's'c.

Gdzie ona tedy jest? Gdzie jest? pytal z po'spiechem. Je'sli's sie i tego wa's'c dowiedzial, to's z nieba spadl.

Tego on mi nie m'owil, ale madrej glowie do's'c dwie slowie. Uwazcie waszmo'sciowie, ze ciagle drwil ze mnie, nimem go splantowal, i tak znowu powiada: Naprz'od, powiada, do Krzywonosa cie zawiode, a potem na wesele bym cie prosil, ale teraz wojna, wiec to jeszcze niepredko. Uwazcie waszmo'sciowie: jeszcze niepredko! zatem mamy czas! Po wt'ore, uwazcie takze: naprz'od do Krzywonosa, potem na wesele, wiec zadna miara nie ma jej u Krzywonosa, ale gdzie's dalej, gdzie wojna nie doszla.

Zloty z wa'sci czlowiek! zawolal Wolodyjowski.

My'slalem tedy naprz'od m'owil mile polechtany Zagloba ze moze ja do Kijowa odeslal, ale nie, bo mi rzekl, ze na wesele do Kijowa z nia pojedzie; jezeli tedy pojedzie, to znaczy, ze jej tam nie ma. I za madry on na to, by ja tam wozi'c, bo gdyby sie Chmielnicki ku Czerwonej Rusi posunal, to Kijowa latwo litewskie wojska moga dosta'c.

Prawda! prawda! wykrzyknal pan Longinus. Ot, jak mnie B'og mily! niejeden m'oglby sie z wa'scia na rozum pomienia'c.

Jeno ja bym sie nie z kazdym mienial od strachu, abym za's bo'cwiny[2403] zamiast rozumu nie kupil, co by mi sie miedzy Litwa snadnie[2404] przytrafi'c moglo.

Juz swoje zaczyna rzekl Longinus.

Pozw'olze wa's'c sko'nczy'c. Tak tedy nie ma jej u Krzywonosa ni w Kijowie, wiec gdzie jest?

W tym sek!

Je'sli wa's'c sie domy'slasz, to powiedz predzej, bo mnie ogie'n pali! krzyknal Skrzetuski.

Za Jampolem! rzekl Zagloba i potoczyl tryumfalnie swoim zdrowym okiem.

Skad wa's'c wiesz? pytal Wolodyjowski.

Skad wiem? Ot skad: siedzialem w chlewie, bo mnie w chlewie 'ow zb'oj kazal zamkna'c zeby go wieprze za to ze'cpaly! a naokolo gadali zesoba Kozacy. Przykladam tedy ucho do 'sciany i co slysze?... Jeden m'owi: Teraz chyba za Jampol ataman pojedzie a drugi na to: Milcz, je'sli ci mloda glowa mila... Szyje daje, ze ona jest za Jampolem.

O! jako B'og na niebie! zakrzyknal Wolodyjowski.

Na Dzikie Pola przecie jej nie zaprowadzil, wiec wedle mojej glowy, musial ja ukry'c gdzie's miedzy Jampolem a Jahorlikiem[2405]. Bylem tez raz w tamtych stronach, gdy sie kr'olewscy i chanowi sedzie[2406] zjezdzali, bo w Jahorliku, jak wa'cpa'nstwu wiadomo, pograniczne sprawy sie sadza o zabrane stada, kt'orych spraw nigdy nie brak. Pelno tam jest nad calym Dniestrem jar'ow i zakrytych miejsc, i r'oznych komyszy, w kt'orych zyja w chutorach[2407] ludzie, co zadnej zwierzchno'sci nie znaja, mieszkajac w pustyni i bli'znich nie widujac. U takich to dzikich pustelnik'ow on pewnie ja ukryl, bo mu tam bylo i najbezpieczniej.

Ba! ale jak sie tam dosta'c teraz, gdyz droge Krzywonos zagradza rzecze pan Longinus. Jampol to tez, jak slyszalem, gniazdo rozb'ojnicze.

Na to Skrzetuski:

Cho'cbym i dziesie'c razy gardlo mial straci'c, bede ja ratowal. P'ojde przebrany i bede szukal B'og mnie pomoze znajde.

Ja z toba, Janie! rzecze pan Wolodyjowski.

I ja po dziadowskku z teorbanem[2408]. Wierzajcie mi waszmo'sciowie, ze najwiecej mam miedzy wami eksperiencji[2409], a ze mnie teorban z ostatkiem obrzydl, wiec wezme dudy.

Toz i ja sie na co's przydam, braciaszki? rzekl pan Longinus.

I pewnie odpowiedzial pan Zagloba. Jak bedzie nam trzeba przez Dniestr sie przebra'c[2410], to wa'cpan bedziesz nas przenosil, jako 'swiety Krzysztof.

Dziekuje z duszy waszmo'sciom rzekl Skrzetuski i gotowo's'c wasza chetnym przyjmuje sercem. Nie masz to w przeciwno'sciach nad przyjaci'ol wiernych, kt'orych, jak widze, nie pozbawila mnie Opatrzno's'c! Dajze mnie, wielki Boze, odsluzy'c waszmo'sciom zdrowiem i mieniem!

Wszyscy my jako jeden maz! wykrzyknal Zagloba. B'og zgode pochwala, i obaczycie, iz frukta[2411] naszych prac niedlugo bedziemy ogladali.

To juz nie pozostaje mnie nic innego m'owil po chwili milczenia Skrzetuski jak choragiewke ksieciu odprowadzi'c i zaraz w kompanii ruszy'c. P'ojdziem Dniestrem, hen, na Jampol az do Jahorlika, i wszedzie bedziemy szukali. A gdy, jak mam nadzieje, Chmielnicki juz musi by'c zniesiony lub nim dojdziemy do ksiecia, zniesiony bedzie, przeto[2412] i sluzba publiczna nie staje nam na przeszkodzie. Pewnie choragwie rusza na Ukraine, by buntu dogasi'c, ale sie tam juz bez nas obejdzie.

A poczekajcie waszmo'sciowie rzecze Wolodyjowski pewnie po Chmielnickim na Krzywonosa przyjdzie kolej, moze wiec razem z choragwiami ku Jampolowi ruszymy.

Nie, nam tam trzeba by'c pierwej odparl Zagloba ale najpierwej odprowadzi'c choragwie, by mie'c wolne rece. Spodziewam sie tez, ze ksiaze bedzie z nas contentus[2413].

Szczeg'olniej z wa'cpana.

Tak jest, bo mu najlepsze wie'sci przywoze. Wierzaj mi wa'cpan, iz nagrody sie spodziewam.

Wiec tedy w droge?

Do jutra musimy spocza'c rzekl Wolodyjowski. Zreszta niech Skrzetuski rozkazuje: on tu wodzem; ale ja przestrzegam, iz je'sli dzi's ruszymy, konie mnie wszystkie popadaja.

Wiem, ze to jest niepodobie'nstwo rzecze Skrzetuski ale my'sle, iz po dobrych obrokach[2414] jutro mozemy.

Jakoz nazajutrz ruszono. Wedle ordynans'ow[2415] ksiazecych mieli sie wr'oci'c do Zbaraza[2416] i tam czeka'c dalszych rozkaz'ow. Szli wiec na Ku'zmin, w bok od Felsztyna ku Woloczyskom, skad na Chleban'owke wi'odl stary go'sciniec do Zbaraza. Droge mieli przykra, bo padaly deszcze, ale spokojna, i tylko pan Longinus, idacy w sto koni naprz'od, rozgromil kilka kup swawolnych[2417], kt'ore sie na tylach wojsk regimentarskich zebraly. Dopiero w Woloczyskach zatrzymali sie zn'ow na nocny wypoczynek.

Ale zaledwie zasneli snem smacznym po dlugiej drodze, zbudzil ich alarm i straze daly zna'c, ze jaki's konny oddzial sie zbliza. Wnet jednak przyszla wie's'c, ze to Wierszullowa tatarska choragiew, zatem swoi. Zagloba, pan Longinus i maly Wolodyjowski natychmiast zebrali sie w izbie Skrzetuskiego, a w 'slad za nimi wpadl jak wicher oficer spod lekkiego znaku, zziajany, caly pokryty blotem, na kt'orego spojrzawszy Skrzetuski wykrzyknal:

Wierszull!

Jam... jest! m'owil przybyly nie mogac oddechu zlapa'c.

Od ksiecia?

Tak!... O tchu! tchu!...

Jakie wie'sci? Juz po Chmielnickim?

Juz... po... Rzeczypospolitej!...

Na rany Chrystusa! co wa's'c gadasz? Kleska?

Kleska, ha'nba, sromota!... bez bitwy... Poploch!... O! o!

Uszom sie nie chce wierzy'c. M'owze! m'ow, na Boga zywego!... Regimentarze?...

Uciekli.

Gdzie nasz ksiaze?

Uchodzi... bez wojska... Ja tu od ksiecia... rozkaz... do Lwowa natychmiast... ida za nami!

Kto? Wierszull, Wierszull! Opamietaj sie, czlowieku! Kto?

Chmielnicki, Tatarzy.

W imie Ojca i Syna, i Ducha 'Swietego! zawolal Zagloba. Ziemia sie rozstepuje.

Ale Skrzetuski zrozumial juz, o co chodzi.

Na potem pytania rzekl teraz na ko'n!

Na ko'n, na ko'n!

Kopyta koni pod Wierszullowymi Tatarami szczekaly juz przed oknami; mieszka'ncy, zbudzeni nadej'sciem wojska, wychodzili z dom'ow z latarkami i pochodniami w reku. Wie's'c przeleciala cale miasto jak blyskawica. Wnet uderzono we dzwony na trwoge. Ciche przed chwila miasteczko napelnilo sie zgielkiem, tetentem koni, okrzykami komendy i wrzaskiem zydowskim. Mieszka'ncy chcieli uchodzi'c wraz z wojskiem, zaprzegano wozy, ladowano na nie dzieci, zony, pierzyny; burmistrz na czele kilku mieszczan przyszedl blaga'c Skrzetuskiego, by nie odjezdzal naprz'od i odprowadzil mieszka'nc'ow chociaz do Tarnopola[2418], ale pan Skrzetuski i slucha'c go nie chcial, majac wyra'zny rozkaz co tchu rusza'c do Lwowa.

Ruszyli tedy i dopiero w drodze Wierszull, ochlonawszy, opowiadal, jak i co sie stalo.

Jak Rzeczpospolita Rzeczpospolita m'owil nigdy nie poniosla takiej kleski. Nic Cecora[2419], nic Z'olte Wody[2420], nic Korsu'n[2421]!

A Skrzetuski, Wolodyjowski, pan Longinus Podbipieta az na karki koniom sie kladli, to sie za glowy brali, to rece ku niebu podnosili.

Rzecz ludzka wiare przechodzi! m'owili. Gdziez byl ksiaze?

Opuszczony, od wszystkiego umy'slnie usuniety, swoja nawet dywizja nie wladal.

Kto mial komende?

Nikt i wszyscy. Dawno sluze, na wojnie zeby zjadlem, jeszczem takich wojsk i takich wodz'ow nie widzial.

Zagloba, kt'ory nie mial wielkiego afektu dla Wierszulla i malo go znal, poczal glowa kreci'c i cmoka'c na koniec rzekl:

M'oj mo'sci panie! czyli sie wa'cpanu w oczach tylko nie pomieszalo lub czy's cze'sciowej porazki za og'olna kleske nie poczytal, bo to, co powiadasz, calkiem imaginacje przechodzi.

Ze przechodzi, przyznaje, i powiem wiecej wa'sci, ze szyje bym sobie dal z rado'scia ucia'c, gdyby jakim cudem pokazalo sie, iz sie myle.

Bo jakimze's wa's'c sposobem pierwszy po klesce w Woloczyskach stanal? Przeciez nie chce przypu'sci'c, zeby's pierwszy dal drala[2422]? Gdziez sa tedy wojska? Kt'oredy uciekaja? Co sie z nimi stalo? Dlaczego uciekajacy nie uprzedzili wa'cpana? Na wszystkie owe kwestie na pr'ozno szukam responsu[2423]!

Wierszull w kazdym innym czasie nie bylby pu'scil plazem takich pyta'n, ale w tej chwili nie m'ogl my'sle'c o niczym wiecej, jak o klesce, wiec odrzekl tylko:

Jam pierwszy stanal w Woloczyskach, gdyz inni uchodza na Ozygowce; a mnie ksiaze umy'slnie pchnal w strone, gdzie sie wa'cpan'ow spodziewal, aby was nawalnica nie ogarnela, gdyby'scie sie za p'o'zno dowiedzieli; a po wt'ore dlatego, ze pie'cset koni, kt'ore macie, to teraz niemala dla niego pociecha, bo dywizja w wiekszej cze'sci wyginela lub rozproszona.

Dziwne to rzeczy! mruknal Zagloba.

Strach pomy'sle'c, desperacja ogarnia, serce sie kraje, lzy plyna! m'owil lamiac rece Wolodyjowski. Ojczyzna zgubiona, nieslawa po 'smierci, takie wojska rozproszone!... zatracone! Nie moze by'c inaczej, tylko koniec 'swiata i sad ostateczny sie zbliza!

Nie przerywajcie mu rzekl Skrzetuski pozw'olcie, aby wszystko opowiedzial.

Wierszull zamilkl, jakby sily zbieral; przez chwile slycha'c bylo tylko pluskanie kopyt w blocie, bo deszcz padal. Noc byla jeszcze gleboka i ciemna bardzo, bo chmurna, a w tych ciemno'sciach, w tym dzdzu dziwnie zlowrogo brzmialy slowa Wierszulla, kt'ory tak m'owi'c poczal:

Gdybym sie nie spodziewal, ze w boju polegne, to bym chyba rozum utracil. M'owili'scie waszmo'sciowie o sadzie ostatecznym i ja tak mniemam, ze wpredce on juz nastapi gdyz wszystko sie rozprzega, zlo's'c bierze g'ore nad cnota i antychryst juz chodzi po 'swiecie. Wy'scie nie patrzyli na to, co sie stalo ale je'sli nawet relacji o tym znie's'c nie mozecie, c'oz ja, kt'orym kleske i niezmierna ha'nbe wlasnymi oczyma ogladal! B'og nam dal szcze'sliwy poczatek w tej wojnie. Nasz ksiaze, otrzymawszy pod Czolha'nskim Kamieniem sprawiedliwo's'c z pana Laszcza[2424], reszte pu'scil w niepamie'c i pogodzil sie z ksieciem Dominikiem[2425]. Cieszyli'smy sie wszyscy z tej konkordii[2426] jakoz bylo i blogoslawie'nstwo boze. Ksiaze powt'ornie pogromil pod Konstantynowem[2427] i samo miasto wzial, bo je nieprzyjaciel po pierwszym szturmie opu'scil. Po czym ruszyli'smy pod Pilawce[2428], cho'c ksiaze nie radzil tam chodzi'c. Ale zaraz w drodze pokazaly sie przeciw niemu rozmaite machinacje, niecheci, zawi'sci i jawne knowania. Nie sluchano go na radach, nie zwazano na to, co m'owil, a przede wszystkim usilowano rozdzieli'c nasza dywizje, aby jej ksiaze w reku calej nie mial. Gdyby sie sprzeciwil, zwalono by na niego kleske, wiec milczal, cierpial, znosil. Zostaly tedy lekkie znaki z rozkazu general-regimentarza w Konstantynowie wraz z Wurclem, z armatami i z oberszterem Machnickim; odlaczono pana obo'znego litewskiego Osi'nskiego i pulk Koryckiego, tak ze przy ksieciu zostala tylko husaria pod Za'cwilichowskim, dwa regimenty dragon'ow[2429] i ja z cze'scia mojej choragwi. Wszystkiego nie bylo nad dwa tysiace ludzi. A wtedy juz go lekcewazono i sam slyszalem, jak m'owili klienci[2430] ksiecia Dominika: Juz teraz nie powiedza po wiktorii, ze za sprawa samego Wi'sniowieckiego przyszla. I glo'sno opowiadali, ze gdyby tak niezmierna slawa pokryla ksiecia, to by i na elekcji jego kandydat, kr'olewicz Karol[2431], sie utrzymal, a oni chca Kazimierza[2432]. Zarazili fakcjami[2433] cale wojska tak, ze poczely sie dyskursa[2434] w kolach jakby na sejmie, wysylanie delegat'ow i o wszystkim tam my'slano pr'ocz o bitwie, tak jakby nieprzyjaciel byl juz pogromion. A ow'oz, gdybym zaczal opowiada'c waszmo'sciom o tych ucztach, o tych wiwatach, o tym przepychu, wiary bym w waszych uszach nie znalazl. Niczym byly hufce Pyrrusowe[2435] przy onych wojskach, calych od zlota, klejnot'ow i strusich pi'or. A toz dwie'scie tysiecy slug i 'cmy[2436] woz'ow szly za nami, konie padaly pod ciezarem zlotoglowi'ow[2437] i jedwabnych namiot'ow, wozy lamaly sie pod kredensami[2438]. My'slalby kto, ze na zawojowanie 'swiata calego idziemy. Szlachta z pospolitego ruszenia po calych dniach i nocach trzaskala batogami: Ot (m'owili), czym cham'ow uspokoimy, szabli nie dobywajac. A my, starzy zolnierze, przywykli bi'c sie, nie rozprawia'c, juze'smy na widok onej pychy nieslychanej przeczuwali co's zlego. Dopieroz zaczely sie tumulty przeciw panu Kisielowi[2439], ze zdrajca, i za nim, ze zacny senator. Siekano sie szablami po pijanemu. Straznik'ow obozowych nie bylo. Nikt ladu nie przestrzegal, nikt dow'odztwa nie sprawowal, kazden robil, co chcial, szedl, gdzie mu bylo lepiej, stawal, gdzie mu sie zdawalo, czelad'z wzniecala halasy o Boze milosierny! toz to byl kulig, nie wyprawa wojenna, kulig, na kt'orym salutem Reipublicae[2440] przeta'ncowano, przepito, przejedzono i przefrymarczono[2441] w ostatku!

Jeszcze my zyjemy! rzekl Wolodyjowski.

I B'og jest w niebie! dodal Skrzetuski.

Nastala zn'ow chwila milczenia, po czym Wierszull m'owil dalej:

Zginiemy totaliter[2442], chyba ze B'og cud uczyni, za grzechy nas chlosta'c przestanie i nie zasluzone milosierdzie okaze. Chwilami ja sam nie wierze temu, com na wlasne oczy ogladal, i zdaje mi sie, ze mnie zmora we 'snie dusila...

Powiadaj wa'cpan dalej rzekl Zagloba przyszli'scie tedy pod Pilawce i co?

I stali'smy. O czym tam regimentarze radzili, nie wiem; na sadzie ostatecznym za to odpowiedza, bo gdyby od razu na Chmielnickiego uderzyli, bylby zniesiony i rozbity, jak B'og w niebie, mimo nieladu, niesforno'sci i tumult'ow, i braku wodza. Juz tam poploch byl miedzy czernia, juz radzono, jak by Chmielnickiego i starszyzne wyda'c, a on sam ucieczke zamierzal. Ksiaze nasz od namiotu do namiotu je'zdzil, prosil, blagal, grozil: Uderzmy, nim Tatary nadejda, uderzmy! i wlosy z glowy wyrywal a tam sie jeden na drugiego ogladal i nic, i nic! Pili, sejmikowali... Przyszly sluchy, ze Tatary ida chan w dwie'scie tysiecy koni[2443] oni radzili i radzili. Ksiaze zamknal sie w namiocie, bo go calkiem spostponowali. W wojsku poczeto m'owi'c, ze kanclerz zakazal ksieciu Dominikowi bitwy stacza'c, ze sie uklady tocza wszczal sie jeszcze wiekszy nielad. Na koniec Tatarzy przyszli, ale B'og nam poszcze'scil pierwszego dnia, potykal sie ksiaze i pan Osi'nski, i pan Laszcz[2444] stawal bardzo dobrze spedzili orde z pola, wysiekli znacznie a potem...

Tu glos Wierszullowi zamarl w piersi.

A potem? pytal pan Zagloba.

Przyszla noc straszna, niepojeta. Pamietam, strazowalem z mymi lud'zmi wedle rzeki, gdy naraz slysze, az w obozie kozackim bija z armat jak na wiwaty i slycha'c krzyki. Dopieroz przypomnialo mi sie, co wczoraj m'owiono w obozie, ze jeszcze wszystka potega tatarska nie stanela, tylko Tuhaj-bej z cze'scia. Pomy'slalem wiec, kiedy tam wiwatuja, to juz musial i chan osoba swoja stana'c. Az tu i w naszym obozie zaczyna sie tumult. Skoczylem sam z kilkoma lud'zmi. Co sie stalo? Krzykna mi: Regimentarze uszli! Ja do ksiecia Dominika nie ma go! Do podczaszego nie ma! Do chorazego koronnego nie ma! Jezu Nazare'nski!... Zolnierze lataja po majdanie, krzyk, wrzask, zgielk, glowniami 'swieca: gdzie regimentarze? gdzie regimentarze? A inni wolaja: Koni! koni! A inni: Panowie bracia, ratujcie sie! zdrada! zdrada! Rece do g'ory podnosza, twarze oblakane, oczy wytrzeszczone, tlocza sie, depcza, dusza, siadaja na ko'n, leca na o'slep bez broni. Dopieroz ciska'c helmy, pancerze, bro'n, namioty! Az tu jedzie ksiaze na czele husarii w srebrnej zbroi: sze's'c pochodni kolo niego niosa, a on stoi w strzemionach i krzyczy: Mo'sci panowie, jam zostal, kupa do mnie! Gdzie tam! nie slysza go, nie widza, leca na husarie, mieszaja ja, przewracaja ludzi i konie, ledwie'smy ksiecia samego uratowali potem po zdeptanych ogniskach, w ciemno'sci, niby wezbrany potok, niby rzeka, wszystko wojsko w dzikim poplochu wypada z obozu, rozprasza sie, ginie, ucieka... Nie masz juz wojsk, nie masz wodz'ow, nie masz Rzeczypospolitej... jest tylko ha'nba nie zmyta i noga kozacka na szyi...

Tu pan Wierszull jecze'c poczal i konia targa'c, bo go szal rozpaczy ogarnal; ten szal udzielil sie innym i jechali w'sr'od owego dzdzu i nocy jak oblakani.

Jechali dlugo. Pierwszy Zagloba przem'owil:

Bez bitwy o szelmy! o takie syny! Pamietacie, jak wspaniala posta'c w Zbarazu czynili? Jak sobie zje's'c Chmielnickiego bez pieprzu i soli obiecywali? O szelmy!

Gdzie tam! krzyknal Wierszull uciekli po pierwszej bitwie wygranej nad Tatary i czernia, po bitwie, w kt'orej nawet pospolite ruszenie[2445] jako lwy walczylo.

Jest w tym palec bozy rzekl Skrzetuski ale jest i jakowa's tajemnica, kt'ora wyja'sni'c sie musi...

Bo gdyby wojsko pierzchlo, to sie na 'swiecie zdarza rzekl Wolodyjowski ale tu wodze pierwsi ob'oz opu'scili, jakby chcac umy'slnie nieprzyjacielowi wiktorie ulatwi'c i wojsko na rze'z wyda'c.

Tak jest! tak jest! rzecze Wierszull. M'owia tez, ze to umy'slnie uczynili.

Umy'slnie? Na rany boskie, to nie moze by'c!...

M'owia, ze umy'slnie a dlaczego? Kto dojdzie! Kto zgadnie!

Zeby ich groby przytlukly, zeby ich rody wyginely, a jeno pamie'c nieslawna po nich zostala! rzekl Zagloba.

Amen! rzekl Skrzetuski.

Amen! rzekl Wolodyjowski.

Amen! powt'orzyl pan Longinus.

Jeden jest czlowiek, kt'oren moze ojczyzne jeszcze ratowa'c, je'sli mu bulawe i reszte sil Rzeczypospolitej oddadza, jeden jest, bo o innym juz ani wojsko, ani szlachta nie bedzie chciala slysze'c.

Ksiaze! rzekl Skrzetuski.

Tak jest.

Przy nim bedziem sta'c, przy nim zginiemy. Niech zyje Jeremi Wi'sniowiecki! wykrzyknal Zagloba.

Niech zyje! powt'orzylo kilkadziesiat niepewnych glos'ow, ale okrzyk zamarl zaraz, bo w chwili, gdy ziemia rozstepowala sie pod nogami, a niebo zdawalo sie wali'c na glowy, nie byl czas na okrzyki i wiwaty.

Tymczasem poczelo 'swita'c i w oddaleniu ukazaly sie mury Tarnopola.


Rozdzia l VII | Ogniem i mieczem | Rozdzia l IX