home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate | ÂÅÑÅËÊÀ

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z
À Á Â Ã Ä Å Æ Ç È É Ê Ë Ì Í Î Ï Ð Ñ Ò Ó Ô Õ Ö × Ø Ù Ý Þ ß


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | ôîðóì | collections | ÷èòàëêè | àâòîðàì | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

ðåêëàìà - advertisement



Rozdzial XI

Uplynelo kilka tygodni. Szlachty na elekcje zjezdzalo sie coraz wiecej. W mie'scie dziesie'ckrotnie zwiekszyla sie ludno's'c, bo razem z tlumami szlachty naplywalo tysiace kupc'ow i bazarnik'ow z calego 'swiata, poczawszy od Persji dalekiej az do Anglii zamorskiej. Na Woli zbudowano szope dla senatu, a naok'ol bielilo sie juz tysiace namiot'ow, kt'orymi obszerne blonia calkiem okryte zostaly. Nikt jeszcze nie umial powiedzie'c, kt'ory z dw'och kandydat'ow: kr'olewicz Kazimierz[2526], kardynal, czy Karol Ferdynand[2527], biskup plocki – zostanie wybrany. Z obu stron wielkie byly starania i usilno'sci. Puszczano w 'swiat tysiace ulotnych pism, opiewajacych zalety i wady pretendent'ow: obaj mieli stronnik'ow licznych i poteznych. Po stronie Karola stal, jak wiadomo, ksiaze Jeremi, tym gro'zniejszy dla przeciwnik'ow, ze zawsze prawdopodobnym bylo, iz pociagnie za soba rozmilowana w nim szlachte, od kt'orej wszystko ostatecznie zalezalo. Ale i Kazimierzowi sil nie braklo. Przemawialo za nim starsze'nstwo, po jego stronie stawaly wplywy kanclerza, na jego strone zdawal sie przechyla'c prymas, za nim obstawala wiekszo's'c magnat'ow, z kt'orych kazden[2528] licznych mial klient'ow, a miedzy magnatami i ksiaze Dominik Zaslawski-Ostrogski[2529], wojewoda sandomierski, po Pilawcach[2530] znieslawion wprawdzie bardzo i nawet sadem zagrozony, ale zawsze najwiekszy pan w calej Rzeczypospolitej, ba! nawet w calej Europie, i mogacy w kazdej chwili niezmierny ciezar bogactw na szale swego kandydata przyrzuci'c.

Jednakze stronnicy Kazimierza gorzkie nieraz miewali chwile zwatpienia, bo jako sie rzeklo, wszystko zalezalo od szlachty, kt'ora juz od 4 pa'zdziernika tlumnie obozowala pod Warszawa i nadciagala jeszcze tysiacami ze wszystkich stron Rzeczypospolitej, a kt'ora w niezmiernej wiekszo'sci opowiadala sie przy ksieciu Karolu, pociagana urokiem imienia Wi'sniowieckiego i ofiarno'scia kr'olewicza na cele publiczne. Kr'olewicz bowiem, pan gospodarny i zamozny, nie zawahal sie w tej chwili po'swieci'c znacznych koszt'ow na formowanie nowych regiment'ow wojsk, kt'ore pod komende Wi'sniowieckiego mialy by'c oddane. Kazimierz chetnie bylby poszedl za jego przykladem i pewnie nie chciwo's'c go wstrzymala, ale wla'snie przeciwnie – zbytnia hojno's'c, kt'orej bezpo'srednim skutkiem byl niedostatek i wieczny brak pieniedzy w skarbcu. Tymczasem obaj zywe prowadzili z soba rokowania. Codziennie latali posla'ncy miedzy Nieporetem a Jablonna. Kazimierz w imie swego starsze'nstwa i milo'sci braterskiej zaklinal Karola, by ustapil; biskup za's opieral sie, odpisywal, iz nie godzi mu sie gardzi'c szcze'sciem, kt'ore go spotka'c moze, „gdyz to szcze'scie in liberis suffragiis[2531] Rzplitej[2532] i komu Pan obiecal” – a tymczasem czas plynal, sze'sciotygodniowy termin zblizal sie i – razem z nim – groza kozacka, bo przyszly wie'sci, ze Chmielnicki, porzuciwszy oblezenie Lwowa, kt'oren sie po kilku szturmach okupil, stanal pod Zamo'sciem i dzie'n, i noc do tej ostatniej zaslony Rzeczypospolitej szturmuje.

M'owiono r'owniez, ze opr'ocz posl'ow, kt'orych Chmielnicki do Warszawy wyslal z listem i o'swiadczeniem, iz jako szlachcic polski, za Kazimierzem glos daje, krylo sie miedzy tlumami szlachty i w samym mie'scie pelno przebranej starszyzny kozackiej, kt'orej nikt rozpozna'c nie umial, bo poprzybywali jako szlachta sluszna i zamozna, w niczym sie od innych elektor'ow, zwlaszcza z ziem ruskich, nie r'ozniac – nawet i mowa. Jedni, jak m'owiono, poprzekradali sie dla prostej ciekawo'sci, aby sie elekcji i Warszawie przypatrzy'c, inni na przeszpiegi, dla zaciagniecia wie'sci: co o przyszlej wojnie m'owia, ile wojsk my'sli Rzplita wystawi'c i jakie na zaciagi obmy'sli fundusze? Moze bylo i duzo prawdy w tym, co o owych go'sciach m'owiono, bo miedzy starszyzna zaporoska wielu bylo skozaczonych szlachcic'ow, kt'orzy i laciny nieco zarwali, a przeto nie bylo ich po czym pozna'c; zreszta na dalekich stepach w og'ole nie kwitla lacina i tacy kniazie Kurcewicze nie umieli jej tak dobrze, jak Bohun i inni atamani.

Ale gadania podobne, kt'orych pelno bylo i na polu elekcyjnym, i w mie'scie, wraz z wie'sciami o postepach Chmielnickiego i podjazdach kozacko-tatarskich, kt'ore jakoby az po Wisle docieraly, napelnialy niepokojem i trwoga dusze ludzkie, a nieraz stawaly sie przyczyna tumult'ow. Do's'c bylo miedzy zebrana szlachta rzuci'c na kogo podejrzenie, iz jest przebranym Zaporozcem, aby go w jednej chwili, nim zdolal sie usprawiedliwi'c, rozniesiono w drobne strzepy na szablach. W ten spos'ob gina'c mogli ludzie niewinni i powaga obrad byla zniewazana, zwlaszcza ze obyczajem 'owczesnym niezbyt przestrzegano i trze'zwo'sci. Kaptur[2533] postanowiony propter securitatem loci[2534] nie m'ogl sobie da'c rady z ciaglymi burdami, w kt'orych siekano sie z lada powodu. Ale je'sli ludzi statecznych, przejetych milo'scia dobra i spokoju oraz niebezpiecze'nstwem, jakie ojczy'znie grozilo, martwily owe tumulty, siekaniny i pijatyki, natomiast szalapuci, kosterzy i warcholowie czuli sie jakoby w swoim zywiole, uwazali, ze to ich wla'snie czas, ich zniwo – i tym 'smielej dopuszczali sie r'oznych zdrozno'sci.

Nie trzeba za's m'owi'c, ze miedzy nimi rej wodzil pan Zagloba, kt'ora to hegemonie zapewnila mu i wielka slawa rycerska, i nienasycone pragnienie poparte mozno'scia picia, i jezyk tak wyprawny, ze zaden inny wyr'owna'c mu nie m'ogl, i wielka pewno's'c siebie, kt'orej nic zachwia'c nie zdolalo. Chwilami miewal on jednak napady „melankolii” – w'owczas zamykal sie w izbie lub w namiocie i nie wychodzil, a je'sli wyszedl, bywal w gniewliwym humorze, sklonny do zwady i b'ojki naprawde. Zdarzylo sie nawet, iz w takim usposobieniu poszczerbil mocno pana Du'nczewskiego, rawianina, za to tylko, iz przechodzac o jego szable zawadzil. Pana Michala tylko w'owczas obecno's'c znosil, przed kt'orym uskarzal sie, iz go teskno's'c za panem Skrzetuskim i za „nieboga” trawi. „Opu'scili'smy ja, panie Michale, mawial, wydali'smy ja jako Judasze w bezbozne rece – juz wy mnie sie waszym nemine excepto[2535] nie zaslaniajcie! Co sie z nia dzieje, panie Michale? – powiedz!

Na pr'ozno pan Michal tlumaczyl mu, ze gdyby nie Pilawce, to by „niebogi” szukali, ale ze teraz, gdy przegrodzila ich od niej cala potega Chmielnickiego, jest to rzecz niepodobna. Szlachcic nie dawal sie pocieszy'c, tylko w jeszcze wieksza pasje wpadal klnac na czym 'swiat stoi „pierzyne, dziecine i lacine[2536]”.

Ale owe chwile smutku kr'otko trwaly. Zwykle potem pan Zagloba, jakoby chcac sobie wynagrodzi'c czas stracony, hulal i pil jeszcze wiecej niz zwykle; czas spedzal pod wiechami[2537] w towarzystwie najwiekszych opoj'ow lub stolecznych gamratek[2538], w czym pan Michal wiernie dotrzymywal mu towarzystwa.

Pan Michal, zolnierz i oficer wyborny, nie mial w sobie jednak ani na szelag tej powagi, jaka np. w Skrzetuskim wyrobily nieszcze'scia i cierpienie. Obowiazek sw'oj wzgledem Rzeczypospolitej rozumial Wolodyjowski w ten spos'ob, ze bil, kogo mu kazano – o reszte nie dbal, na sprawach publicznych sie nie rozumial; kleske wojskowa got'ow byl zawsze oplakiwa'c, ale ani do glowy mu nie przyszlo, ze warcholstwo i tumulty tyle sa rzeczy publicznej szkodliwe, ile i kleski. Byl to slowem mlodzik-wietrznik, kt'ory dostawszy sie w szum stoleczny, utonal w nim po uszy i przyczepil sie jak oset do Zagloby, bo ten byl mu mistrzem w swawoli. Je'zdzil wiec z nim i miedzy szlachte, kt'orej przy kielichu niestworzone rzeczy opowiadal Zagloba, kaptujac zarazem stronnik'ow dla kr'olewicza Karola, pil z nim razem, w potrzebie oslanial go, krecili sie obaj i po polu elekcyjnym, i w mie'scie, jak muchy w ukropie – i nie bylo kata, do kt'orego by nie wle'zli. Byli i w Nieporecie, i w Jablonnie, i na wszystkich ucztach, obiadach, u magnat'ow i pod wiechami; byli wszedy i uczestniczyli we wszystkim. Pana Michala 'swierzbiala mloda reka, chcial sie pokaza'c i okaza'c zarazem, ze szlachta ukrai'nska lepsza niz inna, a zolnierze ksiazecy nad wszystkich. Wiec je'zdzili umy'slnie szuka'c awantur miedzy Leczycan'ow, jako do korda najsprawniejszych, a gl'ownie miedzy partyzant'ow[2539] ksiecia Dominika Zaslawskiego, ku kt'orym obaj szczeg'olna czuli nienawi's'c. Zaczepiali tylko co znamienitszych rebajl'ow, kt'orych slawa byla niezachwiana i ustalona, i z g'ory ukladali zaczepki. „Waszmo's'c dasz okazje – mawial pan Michal – a ja potem wystapie.” Zagloba, biegly bardzo w szermierce i do pojedynku z bratem szlachcicem wcale nie tch'orz, nie zawsze zgadzal sie na zastepstwo, zwlaszcza w zaj'sciach z Zaslawczykami; ale gdy z jakim leczyckim graczem przyszlo mie'c do czynienia, poprzestawal na dawaniu okazji, gdy za's juz szlachcic rwal sie do szabli i wyzywal, wtedy pan Zagloba mawial: „M'oj mospanie! Juz bym tez nie mial sumienia, gdybym na 'smier'c oczywista wa'cpana narazal, sam sie z nim potykajac; spr'obuj sie lepiej z tym oto moim synalkiem i uczniem, bo nie wiem, czy i jemu sprostasz.” Po takich slowach wysuwal sie pan Wolodyjowski ze swymi zadartymi wasikami, zadartym nosem i mina gapia i czy go przyjmowano, czy nie, puszczal sie w taniec, a ze istotnie mistrz to byl nad mistrzami, wiec po kilku zlozeniach kladl zwykle przeciwnika. Takie to sobie obaj z Zagloba wymy'slali zabawy, od kt'orych ich slawa miedzy niespokojnymi duchami i miedzy szlachta rosla, ale szczeg'olniej slawa pana Zagloby, bo m'owiono: „Je'sli ucze'n taki, jakiz mistrz by'c musi!” Jednego tylko pana Charlampa Wolodyjowski nigdzie przez dlugi czas odnale'z'c nie m'ogl; my'slal nawet, ze go moze na Litwe na powr'ot w jakich sprawach wyslano.

W ten spos'ob zeszlo sze's'c blisko tygodni, w czasie kt'orych i rzeczy publiczne posunely sie znacznie naprz'od. Wytezona walka miedzy bra'cmi-kandydatami, zabiegi ich stronnik'ow, goraczka i wzburzenie namietno'sci w partyzantach, wszystko przeszlo prawie bez 'sladu i pamieci. Wiadomo juz bylo wszystkim, ze Jan Kazimierz bedzie wybrany, bo kr'olewicz Karol bratu ustapil i dobrowolnie zrzekl sie kandydatury. Dziwna rzecz, ze w tej chwili wiele glos Chmielnickiego zawazyl, gdyz spodziewano sie powszechnie, ze podda sie powadze kr'ola, zwlaszcza takiego, kt'ory w jego my'sl obrany zostal. Jakoz te przewidywania sprawdzily sie w znacznej cze'sci. Za to dla Wi'sniowieckiego, kt'ory ani na chwile, jak ongi Kato[2540], nie przestawal upomina'c, aby owa zaporoska Kartagina zostala zburzona – taki obr'ot rzeczy byl nowym ciosem. Teraz musialy juz wej's'c na porzadek spraw uklady. Ksiaze wiedzial wprawdzie, ze te uklady albo od razu nie doprowadza do niczego, albo wkr'otce sila rzeczy zostana zerwane, i widzial wojne w przyszlo'sci, ale niepok'oj ogarnial go na my'sl, jaki bedzie los tej wojny. Po ukladach uprawniony Chmielnicki bedzie jeszcze silniejszy, a Rzeczpospolita slabsza. I kto poprowadzi jej wojska przeciw tak wslawionemu, jak Chmielnicki, wodzowi? Zali[2541] nie przyjda nowe kleski, nowe pogromy, kt'ore do ostatka sily wyczerpia? Bo ksiaze nie ludzil sie i wiedzial, ze jemu, najzarliwszemu stronnikowi Karola, nie oddadza bulawy. Kazimierz obiecal wprawdzie bratu, ze jego stronnik'ow tak jak i swoich bedzie milowal, Kazimierz mial dusze wspaniala, ale Kazimierz byl stronnikiem polityki kanclerza, kto inny wiec we'zmie bulawe, nie ksiaze – i biada Rzplitej, je'sli to nie bedzie w'odz od Chmielnickiego bieglejszy! Na te my'sl podw'ojny b'ol uciskal dusze Jeremiego – bo i obawa o przyszlo's'c ojczyzny, i to niezno'sne uczucie, jakie ma czlowiek, kt'ory widzi, ze zaslugi jego beda pominiete, ze sprawiedliwo's'c nie bedzie mu oddana i ze inni nad nim glowe podniosa. Nie bylby Jeremi Wi'sniowieckim, gdyby nie byl dumnym. On czul w sobie sily do d'zwigniecia bulawy – i na nia zasluzyl – wiec cierpial podw'ojnie.

M'owiono nawet miedzy oficerami, ze ksiaze nie bedzie czekal ko'nca elekcji i ze z Warszawy wyjedzie – ale nie byla to prawda. Ksiaze nie tylko nie wyjechal, ale odwiedzil nawet kr'olewicza Kazimierza w Nieporecie, od kt'orego z niezmierna laskawo'scia zostal przyjety, po czym wr'ocil do miasta na dluzszy pobyt, kt'orego wymagaly sprawy wojskowe. Chodzilo o uzyskanie 'srodk'ow na wojsko – o co pilnie nastawal ksiaze. Przy tym za Karolowe pieniadze tworzyly sie nowe regimenta dragon'ow i piechoty. Jedne wyslano juz na Ru's, drugie dopiero nalezalo do ladu przyprowadzi'c. W tym celu rozsylal ksiaze na wszystkie strony oficer'ow bieglych w rzeczach organizacji wojskowej, aby owe pulki przyprowadzali do pozadanego stanu. Zostal wyslany Kuszel i Wierszull, a wreszcie przyszla kolej i na Wolodyjowskiego.

Pewnego dnia wezwano go przed oblicze ksiecia, kt'oren taki mu dal rozkaz:

– Pojedziesz wa's'c na Babice i Lipk'ow[2542] do Zaborowa[2543], gdzie czekaja konie dla regimentu przeznaczone; tam je opatrzysz, wybrakujesz i zaplacisz panu Trzaskowskiemu, a nastepnie przyprowadzisz je dla zolnierzy. Pieniadze za tym moim kwitem tu w Warszawie od platnika odbierzesz.

Pan Wolodyjowski wzial sie ra'zno do roboty, pieniadze odebral i tegoz dnia obaj z Zagloba ruszyli do Zaborowa w samodziesie'c[2544] i z wozem, kt'ory wi'ozl pieniadze. Jechali wolno, bo cala okolica z tamtej strony Warszawy roila sie od szlachty, sluzby, woz'ow i koni; wioski az po Babice byly tak zapchane, ze we wszystkich chalupach mieszkali go'scie. Latwo bylo i o przygode w natloku ludzi r'oznych humor'ow – jakoz mimo najwiekszych stara'n i skromnego zachowania sie nie unikneli jej i dwaj przyjaciele.

Dojechawszy do Babic, ujrzeli przed karczma kilkunastu szlachty, kt'ora wla'snie siadala na ko'n, aby jecha'c w swoja droge. Dwa oddzialy, pozdrowiwszy sie wzajemnie, juz mialy sie pomina'c, gdy nagle jeden z je'zd'zc'ow spojrzal na pana Wolodyjowskiego i nie rzeklszy slowa pu'scil sie rysia[2545] ku niemu.

– A tu's mi, bratku! – zakrzyknal – chowale's sie, alem cie znalazl!... Nie ujdziesz mi teraz! Hej! Mo'sci panowie! – zakrzyknal na swoich towarzysz'ow[2546] – a czekajcie no trocha! Mam temu oficerkowi co's powiedzie'c i chcialbym, aby'scie 'swiadkami moich sl'ow byli.

Pan Wolodyjowski u'smiechnal sie z zadowoleniem, bo poznal pana Charlampa.

– B'og mi 'swiadkiem, zem sie nie chowal – rzekl – i sam wa'cpana szukalem, aby sie go zapyta'c, czyli's rankor[2547] jeszcze dla mnie zachowal, ale c'oz! Nie mogli'smy sie spotka'c.

– Panie Michale – szepnal Zagloba – po sluzbie jedziesz!

– Pamietam – mruknal Wolodyjowski.

– Stawaj do sprawy! – wrzeszczal Charlamp. – Mo'sci panowie! Obiecalem temu mlodzikowi, temu golowasowi, ze mu uszy obetne – i obetne, jakem Charlamp! Oba, jakem Charlamp! Bad'zcie 'swiadkami, waszmo'sciowie, a ty, mlodziku, stawaj do sprawy!

– Nie moge, jak mnie B'og mily, nie moge! – m'owil Wolodyjowski – pofolgujze mi wasze cho'c pare dni!

– Jak to nie mozesz? Tch'orz cie oblecial? Je'sli w tej chwili nie staniesz, to'c oplazuje[2548], az ci sie dziadek i babka przypomni. O baku! O gzie jadowity! W droge wchodzi'c umiesz, naprzykrza'c sie umiesz, jezykiem kasa'c umiesz, a do szabli cie nie ma!

Tu wmieszal sie pan Zagloba.

– Widzi mi sie, ze waszmo's'c w pietke gonisz[2549] – rzekl do Charlampa – i bacz, zeby cie ten bak naprawde nie ukasil, bo wtedy zadne plastry nie pomoga. Tfu! Do diabla, czy nie widzisz, ze ten oficer za sluzba jedzie? Sp'ojrz na ten w'oz z pieniedzmi, kt'ore do regimentu wieziemy, i zrozum, do kaduka, iz strazujac przy skarbie ten oficer swoja osoba nie rozporzadza i pola da'c ci nie moze. Kto tego nie rozumie, ten kiep, nie zolnierz! Pod wojewoda ruskim sluzym i nie takich bijali'smy jak wa'cpan, ale dzi's nie mozna, a co sie odwlecze, to nie uciecze.

– Juzci pewno, ze kiedy z pieniedzmi jada, to nie moga – rzekl jeden z towarzysz'ow[2550] Charlampa.

– A co mnie do ich pieniedzy! – krzyczal niepohamowany pan Charlamp – niech mi pole daje, bo inaczej plazowa'c zaczne.

– Pola dzi's nie dam, ale parol[2551] kawalerski dam – rzekl pan Michal – ze sie stawie za trzy lub cztery dni, gdzie chcecie, jak tylko sprawy po sluzbie zalatwie. A nie bedziecie sie waszmo'sciowie ta obietnica kontentowa'c[2552], to kaze cyngl'ow rusza'c[2553], bo bede my'slal, ze nie ze szlachta i nie z zolnierzami, ale z rozb'ojnikami mam do czynienia. Wybierajcie tedy, do wszystkich diabl'ow, gdyz nie mam czasu tu sta'c!

Slyszac to, eskortujacy dragoni zwr'ocili natychmiast rury muszkiet'ow ku napastnikom, a ten ruch, r'owniez jak i stanowcze slowa pana Michala, widoczne wywarly wrazenie na towarzyszach pana Charlampa. „Juz tez pofolguj – m'owili mu – same's zolnierz, wiesz, co to sluzba, a to pewna, ze satysfakcje otrzymasz, bo to 'smiala jaka's sztuka, jak i wszyscy spod ruskich choragwi... Pohamuj sie, p'oki prosim.”

Pan Charlamp rzucal sie jeszcze przez chwile, ale wreszcie zmiarkowal, ze albo towarzysz'ow rozgniewa, albo ich na niepewna walke z dragonami narazi, wiec zwr'ocil sie do Wolodyjowskiego i rzekl:

– Dajesz tedy parol, ze sie stawisz?

– Sam cie poszukam, cho'cby za to, ze o taka rzecz dwa razy pytasz... Stawie sie w czterech dniach; dzi's mamy 'srode, niechze bedzie w sobote po poludniu, we dwie godzin... Obieraj miejsce.

– Tu w Babicach sila[2554] go'sci – rzekl Charlamp – moglyby jakowe impedimenta[2555] sie zdarzy'c. Niechze bedzie tu obok, w Lipkowie, tam juz spokojnie i mnie niedaleko, bo nasze kwatery w Babicach.

– A wa'cpan'ow taka sama bedzie liczna kompania jak dzi's? – pytal przezorny Zagloba.

– O, nie trzeba! – rzekl Charlamp – przyjade tylko ja i panowie Sieliccy, moi krewni... Waszmo'sciowie tez, spero[2556], bez dragon'ow staniecie.

– Moze u was w asystencji wojskowej do pojedynku staja – rzekl pan Michal – u nas nie ma takiej mody.

– Tedy w czterech dniach, w sobote, w Lipkowie? – rzekl Charlamp. – Znajdziem sie przed karczma, a teraz z Bogiem!

– Z Bogiem! – rzekl Wolodyjowski i Zagloba.

Przeciwnicy rozjechali sie spokojnie. Pan Michal byl uszcze'sliwiony z przyszlej zabawy i obiecywal sobie zrobi'c prezent panu Longinowi z obcietych was'ow petyhorca[2557]. Jechal wiec w dobrej my'sli do Zaborowa, gdzie zastal i kr'olewicza Kazimierza, kt'oren tam na lowy przyjechal. Wszelako pan Michal z daleka tylko widzial przyszlego pana, bo 'spieszyl sie. We dwa dni sprawy ulatwil, konie obejrzal, zaplacil pana Trzaskowskiego, wr'ocil do Warszawy i na termin, ba! nawet o godzine za wcze'snie stanal w Lipkowie wraz z Zagloba i panem Kuszlem, kt'orego na drugiego 'swiadka zaprosil.

Zajechawszy przed karczme, kt'ora Zyd trzymal, weszli do izby, aby gardla troche miodem przepluka'c, i przy szklenicy zabawiali sie rozmowa.

– Parchu, a pan jest w domu? – pytal karczmarza Zagloba.

– Pan w mie'scie.

– A sila u was szlachty stoi w Lipkowie?

– U nas pusto. Jeden tylko pan stanal tu u mnie i siedzi w alkierzu – bogaty pan ze sluzba i ko'nmi.

– A czemu do dworu nie zajechal?

– Bo wida'c naszego pana nie zna. Zreszta dw'or zamkniety od miesiaca.

– A moze to Charlamp? – rzekl Zagloba.

– Nie – rzekl Wolodyjowski. – Mial by'c we dwie godzin po poludniu.

– Ej, panie Michale, mnie sie widzi, ze to on.

– Co znowu!

– P'ojde, zajrze, kto to jest. Zydzie, a dawno ten pan stoi?

– Dzi's przyjechal, nie ma dw'och godzin.

– A nie wiesz, skad on jest?

– Nie wiem, ale musi by'c z daleka, bo konie mial zniszczone; ludzie m'owili, ze zza Wisly.

– Czemu on tedy az tu, w Lipkowie, stanal?

– Kto jego wie?

– P'ojde, zobacze – powt'orzyl Zagloba – moze kto znajomy.

I zblizywszy sie do zamknietych drzwi alkierza zapukal w nie rekoje'scia i ozwal sie:

– Mo'sci panie, mozna wej's'c?

– A kto tam? – ozwal sie glos ze 'srodka.

– Sw'oj – rzekl Zagloba uchylajac drzwi. – Z przeproszeniem waszmo'sci, moze nie w pore? – dodal wsadzajac glowe do alkierza.

Nagle cofnal sie, drzwiami trzasnal, jakoby 'smier'c zobaczyl. Na twarzy jego malowal sie przestrach w polaczeniu z najwiekszym zdumieniem, usta otworzyl i spogladal oblakanymi oczyma na Wolodyjowskiego i Kuszla.

– Co wa'cpanu jest? – pytal Wolodyjowski.

– Na rany Chrystusa! cicho – rzekl Zagloba – tam... Bohun!

– Kto? Co sie wa'sci stalo?

– Tam... Bohun!

Obaj oficerowie podnie'sli sie na r'owne nogi.

– Czy's wa's'c rozum stracil? Miarkuj sie: kto?

– Bohun! Bohun!

– Nie moze by'c!

– Jakom zyw! Jak tu przed wami stoje, klne sie na Boga i wszystkich 'swietych!

– Czegoze's sie wa's'c tak stropil? – rzekl Wolodyjowski. – Je'sli on tam jest, to B'og podal go w nasze rece. Uspok'oj sie wa's'c. Jestze's pewny, ze to on?

– Jako ze z wa'cpanem m'owie! Widzialem go, szaty przewdziewa.

– A on wa'cpana widzial?

– Nie wiem, zdaje sie, ze nie.

Wolodyjowskiego oczy zaiskrzyly sie jak wegle.

– Zydzie! – rzekl z cicha, kiwajac gwaltownie reka. – Chod'z tu!... Czy sa drzwi z alkierza?

– Nie ma, jeno przez te izbe.

– Kuszel! Pod okno! – szepnal pan Michal. – O, juz nam teraz nie ujdzie!

Kuszel nie m'owiac ni slowa wybiegl z izby.

– Przyjd'z wa'cpan do siebie – rzekl Wolodyjowski. – Nie nad wa'scinym, ale nad jego karkiem zguba wisi. Co on ci moze uczyni'c? – nic.

– Ja tez jeno ze zdziwienia nie moge ochlona'c! – odparl Zagloba, a w duchu pomy'slal: „Prawda! Czego ja sie mam ba'c? Pan Michal przy mnie – niech sie Bohun boi!”

I nasrozywszy sie okrutnie, chwycil za rekoje's'c szabli.

– Panie Michale, juz on nie powinien nam uj's'c!

– Czy to jeno on? Bo mi sie jeszcze wierzy'c nie chce. Co by on tu robil?

– Chmielnicki go na przeszpiegi przyslal. To najpewniejsza rzecz! Czekaj, panie Michale. Chwycimy go i postawimy kondycje[2558]: albo kniazi'owne odda, albo zagrozimy mu, ze go wydamy sprawiedliwo'sci.

– Byle kniazi'owne oddal, jechal go sek!

– Ba! Ale czy nas nie za malo? Dw'och i Kuszel trzeci? Bedzie sie on bronil jak w'sciekly, a ludzi tez ma kilku.

– Charlamp z dwoma przyjedzie – bedzie nas sze'sciu! Do's'c... Cyt!

W tej chwili otworzyly sie drzwi i Bohun wszedl do izby.

Nie musial on poprzednio dostrzec zagladajacego do alkierza Zagloby, gdyz teraz na jego widok drgnal nagle i jakoby plomie'n przelecial mu przez oblicze, a reka z szybko'scia blyskawicy spoczela na glowni szabli – ale wszystko to trwalo jedno mgnienie oka. Wnet 'ow plomie'n zgasl w jego twarzy, kt'ora jednak przybladla nieco.

Zagloba patrzyl na'n i nie m'owil nic – ataman r'owniez stal milczacy; w izbie slyszalby's przelatujaca muche i ci dwaj ludzie, kt'orych losy plataly sie w tak dziwny spos'ob, udawali w tej chwili, ze sie nie znaja.

Trwalo to do's'c dlugo. Panu Michalowi wydalo sie, ze uplywaja wieki cale.

– Zydzie – rzekl nagle Bohun – daleko stad do Zaborowa?

– Niedaleko – odparl Zyd. – Wasza mo's'c zaraz jedzie?

– Tak jest – rzekl Bohun i skierowal sie ku drzwiom izby wiodacym do sieni.

– Za pozwoleniem! – zabrzmial glos Zagloby.

Watazka[2559] zatrzymal sie od razu, jakby w ziemie wr'osl, i zwr'ociwszy sie ku Zaglobie, wpil w niego swe czarne, straszne 'zrenice.

– Czego wa's'c zyczysz? – spytal kr'otko.

– Ej, bo mnie sie zdaje, ze my sie skadci's znamy. A czy my sie to nie na weselu w chutorze[2560] na Rusi widzieli?

– A tak jest! – rzekl hardo watazka kladac znowu reke na glowni.

– Jak zdrowie sluzy? – pytal Zagloba. – Bo wa'cpan tak jako's nagle wtedy z chutoru wyjechal, ze i pozegna'c sie nie mialem czasu.

– A waszmo's'c tego zalowal?

– Pewnie, ze zalowalem, byliby'smy pota'ncowali: kompania sie zwiekszyla. (Tu pan Zagloba wskazal na Wolodyjowskiego.) Wla'snie ten oto kawaler nadjechal, kt'ory rad by sie byl z wa'scia blizej pozna'c.

– Do's'c tego! – krzyknal pan Michal wstajac nagle. – Zdrajco, aresztuje cie!

– A to jakim prawem? – spytal ataman, podnoszac dumnie glowe.

– Bo's buntownik, wr'og Rzeczypospolitej i na przeszpiegi tu przyjechale's.

– A wa's'c co's za jeden?

– O! Nie bede sie tobie wywodzil, ale mi sie nie wymkniesz!

– Zobaczymy! – rzekl Bohun. – Nie wywodzilbym sie i ja waszmo'sci, ktom jest, gdyby's mnie jako zolnierz na szable wyzwal, ale skoro aresztem grozisz, to ci sie wywiode: oto jest list, kt'ory od hetmana zaporoskiego do kr'olewicza Kazimierza wioze, i nie znalazlszy go w Nieporecie, do Zaborowa za nim jade. Jakze to mnie bedziesz teraz aresztowal?

To rzeklszy Bohun spojrzal dumnie i szydersko[2561] na Wolodyjowskiego, a pan Michal zmieszal sie bardzo, jak ogar, kt'ory czuje, ze mu sie zwierzyna wymyka, i nie wiedzac, co ma pocza'c, zwr'ocil pytajacy wzrok na Zaglobe. Nastala ciezka chwila milczenia.

– Ha! – rzekl Zagloba – trudno! Skoro jeste's posla'ncem, tedy cie aresztowa'c nie mozemy, ale z szabla sie temu oto kawalerowi nie nadstawiaj, bo juze's raz przed nim umykal, az ziemia jeczala.

Twarz Bohuna powlokla sie purpura, bo w tej chwili poznal Wolodyjowskiego. Wstyd i zraniona duma zagraly naraz w nieustraszonym watazce. Wspomnienie to ucieczki palilo go jak ogie'n. Byla to jedyna nie starta plama na jego slawie molojeckiej[2562], kt'ora nad zycie i nad wszystko kochal.

A nieublagany Zagloba ciagnal dalej z zimna krwia:

– Ledwie's i hajdawerk'ow[2563] nie zgubil, az lito's'c tego kawalera tknela, i zycie ci darowal. Tfu! Mo'sci molojcze! Bialoglowska masz twarz, ale i bialoglowskie serce. Byle's odwazny ze stara kniaziowa i z dzieciuchem kniaziem, ale z rycerzem dudy w miech[2564]! Listy tobie wozi'c, panny porywa'c, nie na wojne chodzi'c. Jak mnie B'og mily, na wlasne oczy widzialem, jak hajdawerki oblatywaly. Tfu, tfu! Ot i teraz o szabli gadasz, bo list wieziesz. Jakze to nam sie z toba potyka'c, gdy tym pismem sie zaslaniasz? Piasek w oczy, piasek w oczy, mo'sci molojcze!... Chmiel dobry zolnierz, Krzywonos[2565] dobry, ale wielu jest miedzy kozactwem drapichrust'ow!

Bohun posunal sie nagle ku panu Zaglobie, a pan Zagloba zasunal sie r'owniez szybko za pana Wolodyjowskiego, tak ze dwaj mlodzi rycerze staneli przed soba oko w oko.

– Nie od strachu ja przed wa'cpanem uciekal, ale by ludzi ratowa'c! – m'owil Bohun.

– Nie wiem, dla jakich tam przyczyn umykale's, ale wiem, ze's umykal – rzecze pan Michal.

– Wszedy dam wa'sci pole, cho'cby tu zaraz.

– Wyzywasz mnie? – pytal przymruzajac oczy Wolodyjowski.

– Ty mnie slawe molojecka wzial, ty mnie poha'nbil! Mnie twojej krwi potrzeba.

– To i zgoda – rzekl Wolodyjowski.

– Volenti non fit iniuria – dodal Zagloba. – Ale kt'oz kr'olewiczowi list odda?

– Niechze was glowa o to nie boli; to moja sprawa!

– Bijcie sie tedy, kiedy nie moze by'c inaczej – m'owil Zagloba. – Gdyby ci sie tez poszcze'scilo, mo'sci watazko, z tym oto kawalerem – bacz, ze ja drugi staje. A teraz chod'z, panie Michale, przed sie'n, mam co's pilnego powiedzie'c.

Dwaj przyjaciele wyszli i odwolali Kuszla spod okna alkierza, po czym Zagloba rzekl:

– Mo'sci panowie, zla nasza sprawa. On naprawde ma list do kr'olewicza – zabijemy go, to kryminal. Pomnijcie, ze kaptur propter securitatem loci w dw'och milach od pola elekcji sadzi – a to wszakze quasi posel! Ciezka sprawa! Musimy sie chyba potem gdzie schowa'c albo moze ksiaze nas osloni – inaczej moze by'c 'zle. A znowu puszcza'c go wolno – jeszcze gorzej. Jedyna to sposobno's'c oswobodzenia naszej niebogi. Gdy go nie bedzie na 'swiecie, latwiej jej odszukamy. B'og sam widocznie chce jej i Skrzetuskiemu pom'oc – ot, co jest! Rad'zmy, mo'sci panowie.

– Wa's'c przecie znajdziesz jaki fortel? – rzekl Kuszel.

– Juz to przez m'oj fortel sprawilem, ze on sam nas wyzwal. Ale trzeba 'swiadk'ow, obcych ludzi. Moja my'sl jest, aby na Charlampa zaczeka'c. Biore to na siebie, ze on pierwsze'nstwa ustapi i w potrzebie bedzie 'swiadczyl, jako'smy zostali wyzwani i musieli'smy sie broni'c. Trzeba sie tez i od Bohuna wywiedzie'c lepiej, gdzie dziewczyne ukryl. Je'sli ma zgina'c, nic mu po niej – moze powie, gdy go zaklniemy. A nie powie – to i tak lepiej, by nie zyl. Trzeba wszystko przezornie i roztropnie czyni'c. Glowa peka, mo'sci panowie.

– Kt'oz sie bedzie z nim bil? – pytal Kuszel.

– Pan Michal pierwszy, ja drugi – rzekl Zagloba.

– A ja trzeci.

– Nie moze by'c – przerwal pan Michal – ja sie jeden bije, i na tym koniec. Polozy mnie, to jego szcze'scie – niechze jedzie zdr'ow.

– O! Jam mu juz zapowiedzial – rzekl Zagloba – ale je'sli tak waszmo'sciowie postanowicie, to ustapie.

– No, jego wola, czy i z wa'cpanem ma sie bi'c, ale wiecej z nikim.

– Chod'zmy tedy do niego.

– Chod'zmy.

Poszli i zastali Bohuna w gl'ownej izbie, popijajacego mi'od. Watazka juz byl spokojny zupelnie.

– Posluchaj no, wa'cpan – rzekl Zagloba – bo to sa wazne sprawy, o kt'orych chcemy z toba pom'owi'c. Wa'cpan wyzwale's tego kawalera – dobrze, ale trzeba ci wiedzie'c, ze skoro poslujesz, to cie prawo broni, bo's do politycznego narodu, nie miedzy dzikie bestie przyjechal. Ow'oz nie mozemy ci da'c pola inaczej, chyba przy 'swiadkach zapowiesz, ze's sam z wlasnej ochoty wyzwal. Przyjedzie tu kilku szlachty, z kt'orymi mieli'smy sie pojedynkowa'c – przed nimi to o'swiadczysz; my za's damy ci kawalerski parol, ze je'sli'c sie poszcze'sci z panem Wolodyjowskim, tedy odjedziesz wolno i nikt ci nie bedzie stawial przeszk'od, chyba ze jeszcze ze mna zmierzy'c sie zechcesz.

– Zgoda – rzekl Bohun – powiem przy owej szlachcie i ludziom moim zapowiem, aby list odwie'zli i Chmielnickiemu powiedzieli, je'sli zgine, zem ja sam wyzwal. A poszcze'sci mnie B'og z tym kawalerem slawe molojecka odzyska'c, tak i wa'cpana jeszcze potem na szabelki poprosze.

To rzeklszy spojrzal Zaglobie w oczy, a Zagloba zmieszal sie nieco, kaszlnal, splunal i odrzekl:

– Zgoda. Gdy sie z tym moim uczniem popr'obujesz, poznasz, jaka ze mna bedziesz mial robote. Ale mniejsza z tym... Jest drugie punctum, wazniejsze, w kt'orym do sumienia twego sie odwolujemy, gdyz lubo's Kozak, chcemy cie jako kawalera traktowa'c. Wa'cpan porwale's kniazi'owne Helene Kurcewicz'owne, narzeczona naszego towarzysza i przyjaciela, i trzymasz ja w ukryciu. Wiedz, ze gdyby'smy cie o to zapozwali, nic by ci nie pomoglo, ze cie Chmielnicki poslem swoim kreowal, bo to jest raptus puellae, gardlowa sprawa, kt'ora by tu wnet sadzona byla. Ale gdy do bitwy masz i's'c i mozesz zgina'c, wejd'z w siebie: co sie z ta nieboga stanie, gdy zginiesz? Zali[2566] jej zla i zguby chcesz ty, kt'ory ja milujesz? Zali ja pozbawisz opieki? Na ha'nbe i nieszcze'scie wydasz? Zali katem jej i po 'smierci jeszcze chcesz zosta'c?

Tu glos pana Zagloby zabrzmial niezwykla mu powaga, a Bohun pobladl – i pytal:

– Czego wy ode mnie chcecie?

– Wskaz nam miejsce jej uwiezienia, aby'smy na wypadek twojej 'smierci mogli ja odnale'z'c i narzeczonemu odda'c. B'og bedzie mial lito's'c nad twoja dusza, je'sli to uczynisz.

Watazka wsparl glowe na dloniach i zamy'slil sie gleboko, a trzej towarzysze pilnie 'sledzili zmiany w tej ruchliwej twarzy, kt'ora nagle oblala sie takim smutkiem tkliwym, jakby na niej nigdy gniew ani w'scieklo's'c, ani zadne srogie uczucia nie graly i jakby ten czlowiek tylko do kochania i tesknoty byl stworzony. Dlugi czas trwalo milczenie, az wreszcie przerwal je glos Zagloby, kt'ory drzal, m'owiac nastepne slowa:

– Jezeli's za's ja juz poha'nbil, niechze cie B'og potepi, a ona niech cho'c w klasztorze znajdzie schronienie...

Bohun podni'osl oczy wilgotne, roztesknione i tak m'owil:

– Je'sli ja ja poha'nbil? Ot, nie wiem, jak wy milujecie, panowie szlachta, rycerze i kawalery, ale ja Kozak, ja ja w Barze[2567] od 'smierci i ha'nby obronil, a potem w pustynie wywi'ozl – i tam jak oka w glowie pilnowal, palca na nia nie skrzywil, do n'og padal i czolem bil jak przed obrazem. Kazala precz i's'c, tak poszedl – i nie widzial jej wiecej, bo wojna-matka trzymala.

– B'og to wa'sci na sadzie policzy! – rzekl odetchnawszy gleboko Zagloba. – Ale zali ona tam bezpieczna? Tam Krzywonos i Tatary!

– Krzywonos pod Kamie'ncem[2568] lezy, a mnie do Chmielnickiego poslal pyta'c, czy pod Kudak ma i's'c – i juz pewno poszedl, a tam, gdzie ona jest, nie ma ni Kozak'ow, ni Lach'ow, ni Tatar'ow – ona tam bezpieczna.

– Gdzie ona tedy?

– Sluchajcie, panowie Lachy! Niech bedzie, jak chcecie – powiem ja wam, gdzie ona jest, i wyda'c ja kaze, ale za to wy mnie dajcie kawalerski wasz parol, ze je'sli mnie B'og poszcze'sci, tak wy nie bedziecie juz jej szuka'c. Wy za siebie przyrzeczcie i za pana Skrzetuskiego przyrzeczcie, a ja wam powiem.

Trzej przyjaciele spojrzeli po sobie.

– My tego nie mozem uczyni'c! – rzekl Zagloba.

– O, jako zywo, nie mozem! – wykrzykneli Kuszel i Wolodyjowski.

– Tak? – rzekl Bohun i brwi jego 'sciagnely sie, a oczy zaiskrzyly. – Czemuz to wy, panowie Lachy, nie mozecie tego uczyni'c?

– Bo pan Skrzetuski jest nieobecny, a opr'ocz tego wiedz o tym, ze zaden z nas szuka'c jej nie przestanie, cho'cby's i pod ziemie ja ukryl.

– Tak wy by taki targ ze mna uczynili: ty, Kozacze, dusze oddaj, a my tobie szabla! O, nie doczekacie! A co to wy my'sleli, ze u mnie szabla kozacka nie ze stali, ze juz nade mna jak krucy nad 'scierwem kraczecie? A czemu to mnie gina'c, nie wam? Wam trzeba mojej krwi, a mnie waszej! Zobaczymy, kto czyjej dostanie!

– Wiec nie powiesz?

– A po co mnie m'owi'c? Na pohybelze wam wszystkim!

– Na pohybel tobie! Warte's, by cie na szablach roznie's'c.

– Spr'obujcie! – rzekl watazka wstajac nagle.

Kuszel i Wolodyjowski porwali sie r'owniez z lawy.

Gro'zne spojrzenia poczely sie krzyzowa'c, wezbrane gniewem piersi oddychaly mocniej i nie wiadomo, do czego by bylo doszlo, gdyby nie Zagloba, kt'ory, spojrzawszy w okno, wykrzyknal:

– Charlamp ze 'swiadkami przyjechal!

Jakoz po chwili rotmistrz petyhorski wraz z dwoma towarzyszami, panami Sielickimi, weszli do izby. Po pierwszych powitaniach Zagloba wzial ich na strone i poczal rzecz wyluszcza'c.

A prawil tak wymownie, ze wnet przekonal, zwlaszcza iz zapewnil, ze pan Wolodyjowski prosi tylko o kr'otka zwloke i wnet po walce z Kozakiem stana'c jest got'ow. Tu pan Zagloba poczal opowiada'c, jak stara i straszna jest nienawi's'c wszystkich zolnierzy ksiecia do Bohuna, jako on jest wrogiem calej Rzeczypospolitej i jednym z najokrutniejszych rebelizant'ow, wreszcie jak kniazi'owne porwal, panne ze szlacheckiego domu i narzeczona szlachcica, kt'oren jest zwierciadlem wszystkich cn'ot rycerskich. „A gdy waszmo'sciowie szlachta jeste'scie i do braterstwa sie poczuwacie, wsp'olna tedy to jest nasza krzywda, kt'ora sie stanowi calemu w osobie jednego wyrzadza – zali[2569] wiec 'scierpicie, aby nie byla pomszczona?”

Pan Charlamp czynil w poczatku trudno'sci i m'owil, ze skoro tak jest, to nalezy Bohuna natychmiast rozsieka'c, „a pan Wolodyjowski niechaj po staremu ze mna staje”. Musial mu na nowo tlumaczy'c pan Zagloba, dlaczego to nie moze by'c i ze nawet nie po rycersku byloby w tylu na jednego napada'c. Szcze'sciem, pomogli mu panowie Sieliccy, obaj ludzie rozsadni i stateczni, az dal sie na koniec uparty Litwin przekona'c i na zwloke zezwolil.

Tymczasem Bohun poszedl do swoich ludzi i powr'ocil z esaulem[2570] Eliasze'nkiem, kt'oremu zapowiedzial jako do bitwy dw'och szlachty wyzwal, po czym powt'orzyl glo'sno to samo wobec pana Charlampa i pan'ow Sielickich.

– My za's o'swiadczamy – rzekl Wolodyjowski – iz je'sli wyjdziesz zwyciezca z walki ze mna, tedy od woli twej zalezy, czy jeszcze zechcesz sie bi'c z panem Zagloba, a w zadnym razie nikt wiecej cie nie bedzie wyzywal ani tez kupa na cie nie napadna i odjedziesz, gdzie zechcesz – na co parol kawalerski dajem i waszmo'sci'ow teraz przybylych prosimy, aby ze swej strony takze to przyrzekli.

– Przyrzekamy – rzekli uroczy'scie Charlamp i dwaj Sieliccy.

W'owczas Bohun wreczyl list Chmielnickiego do kr'olewicza Eliasze'nce i rzekl:

– Ty ceje py'smo korolewiczu widdasz i koly ja pohybnu, tak ty skazesz i jomu, i Chmielnickomu, szczo moja wyna bula i szczo ne zdradoju mene zabyly.

Zagloba, kt'oren pilne mial oko na wszystko, zauwazyl, ze na ponurej twarzy Eliasze'nki nie odbil sie najmniejszy niepok'oj – wida'c zbyt byl pewny swego atamana.

Tymczasem Bohun zwr'ocil sie dumnie do szlachty.

– No, komu 'smier'c, komu zycie – rzekl. – Mozem i's'c.

– Czas, czas! – odrzekli wszyscy zasadzajac poly od kontusz'ow za pasy i biorac pod pachy szable.

Wyszli przed karczme i skierowali sie ku rzeczce, kt'ora plynela 'sr'od zaro'sli glog'ow, dzikich r'oz, tarek i choiny. Listopad postracal wprawdzie li's'c z krzewin, ale gestwa tak byla zbita, ze czerniala jakoby wstega kiru, het, przez puste pola az ku lasom. Dzie'n byl wprawdzie blady, ale pogodny ta melancholiczna pogoda jesieni, pelna slodyczy. Slo'nce bramowalo lagodnie zlotem obnazone galezie drzew i roz'swiecalo z'olte wydmy piaszczyste ciagnace sie nieco opodal prawego brzegu rzeczki. Zapa'snicy i ich 'swiadkowie szli wla'snie ku onym wydmom.

– Tam sie zatrzymamy – rzekl Zagloba.

– Zgoda! – odpowiedzieli wszyscy.

Zagloba coraz byl niespokojniejszy, na koniec zblizyl sie do Wolodyjowskiego i szepnal:

– Panie Michale...

– A co?

– Na milo's'c boska, panie Michale, starajze sie! W twoim teraz reku los Skrzetuskiego, wolno's'c kniazi'owny, twoje wlasne zycie i moje, bo bro'n Boze na ciebie przygody, ja sobie z tym zb'ojem nie dam rady.

– To czemu's go wa's'c wyzywal?

– Slowo sie rzeklo. Ufalem w ciebie, panie Michale, ale ja juz stary, oddech mam kr'otki, zatyka mnie, a ten gladysz moze skaka'c jak cyga. Ciety to ogar, panie Michale.

– Postaram sie – rzekl maly rycerz.

– Boze ci dopom'oz. Nie tra'c ducha!

– Za's tam!

W tej chwili zblizyl sie ku nim jeden z pan'ow Sielickich.

– Cieta jaka's sztuka ten wasz Kozak – szepnal. – Tak sobie z nami poczyna, jak r'owny, je'sli nie jak lepszy. Hu! Co za fantazja! Musiala sie jego matka na jakiego szlachcica zapatrzy'c.

– E! – rzekl Zagloba – predzej sie jaki szlachcic na jego matke zapatrzyl.

– I mnie sie tak widzi – rzekl Wolodyjowski.

– Stawajmy! – zawolal nagle Bohun.

– Stawajmy, stawajmy!

Staneli. Szlachta p'olkolem. Wolodyjowski i Bohun naprzeciw siebie.

Wolodyjowski, jako to czlowiek w takich rzeczach wytrawny, cho'c mlody, naprz'od noga piasek zmacal, czy twardy, po czym rzucil okiem naokolo, chcac wszystkie nier'owno'sci gruntu pozna'c – i wida'c bylo, ze sprawy wcale nie lekcewazyl. Przecie przychodzilo mu mie'c do czynienia z rycerzem na cala Ukraine najslawniejszym, o kt'orym lud pie'sni 'spiewal i kt'orego imie – jak Ru's szeroka – az do Krymu bylo znane. Pan Michal, prosty porucznik dragon'ow, wiele sobie po owej walce obiecywal, bo albo 'smier'c slawna, albo r'ownie slawne zwyciestwo, wiec niczego nie zaniedbal, aby sie godnym takiego przeciwnika okaza'c. Dlatego takze niezwykla mial w twarzy powage, kt'ora dojrzawszy Zagloba az przelakl sie. „Traci fantazje – pomy'slal – juz po nim, a zatem i po mnie!”

Tymczasem Wolodyjowski zbadawszy dokladnie grunt poczal odpina'c kurte.

– Chlodno jest – rzekl – ale sie rozgrzejemy.

Bohun poszedl za jego przykladem i zrzucili obaj zwierzchnie ubranie, tak ze pozostali tylko w hajdawerach i w koszulach; nastepnie poczeli zawija'c na prawej rece rekawy.

Ale jakze marnie wygladal maly pan Michal przy roslym i silnym atamanie! Prawie go nie bylo wida'c. 'Swiadkowie z niepokojem spogladali na szeroka pier's Kozaka, na olbrzymie muskuly widne spod zawinietego rekawa, podobne do sek'ow i wezl'ow. Zdawalo sie, iz to maly kogucik staje do walki z poteznym jastrzebiem stepowym. Nozdrza Bohuna rozwarly sie jakby zawczasu krew wietrzac, twarz skr'ocila sie mu tak, iz czarna grzywa zdawala sie do brwi siega'c, i szabla drgala mu w reku – oczy drapiezne utkwil w przeciwnika i czekal komendy.

A pan Wolodyjowski spojrzal jeszcze pod 'swiatlo na ostrze szabli, ruszyl z'oltymi wasikami i stanal w pozycji.

– Jatki tu proste beda! – mruknal do Sielickiego Charlamp.

Wtem zabrzmial troche drzacy glos Zagloby:

– W imie boze! Zaczynajcie!


Rozdzia l X | Ogniem i mieczem | Rozdzia l XII