home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate |

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

- advertisement



Rozdzial XX

Stary Zachar odjechal na powr'ot do Kijowa po kilkodniowym[2796] odpoczynku, a tymczasem przyszla wie's'c, ze komisarze wr'ocili bez wielkich nadziei pokoju, a nawet w zupelnym prawie zwatpieniu. Zdolali tylko wyjedna'c armisticium[2797] az do Zielonych 'Swiatek ruskich, po kt'orych miala rozpocza'c sie nowa komisja z pelna moca do traktat'ow. Jednakze wymagania i warunki Chmielnickiego byly tak g'orne, ze nikt nie wierzyl, aby Rzeczpospolita zgodzi'c sie na nie mogla. Rozpoczely sie wiec z obu stron gwaltowne uzbrojenia. Chmielnicki slal posla za poslem do chana, by na czele wszystkich sil spieszyl na ratunek; slal i do Stambulu, gdzie ze strony kr'olewskiej bawil od dluzszego czasu pan Bieczy'nski; w Rzeczypospolitej spodziewano sie lada chwila wici na pospolite ruszenie. Przyszly wiadomo'sci o mianowaniu nowych wodz'ow: podczaszego Ostroroga, Lanckoro'nskiego i Firleja, i o zupelnym usunieciu od spraw wojskowych Jeremiego Wi'sniowieckiego, kt'ory na czele jeno wlasnych sil m'ogl dalej ojczyzne zaslania'c. Nie tylko zolnierze ksiazecy, nie tylko szlachta ruska, ale nawet stronnicy dawnych regimentarzy oburzali sie na takowy wyb'or i nielaske, twierdzac slusznie, iz jezeli po'swiecanie Wi'sniowieckiego, p'oki byla nadzieja traktat'ow, mialo swoja racje polityczna, to usuwanie go w razie wojny bylo wielkim, niedarowanym bledem, bo on jeden tylko m'ogl mierzy'c sie z Chmielnickim i zwyciezy'c tego znakomitego wodza rebelii. Zjechal wreszcie i sam ksiaze do Zbaraza w tym celu, aby zebra'c jak najwiecej wojska i sta'c w pogotowiu na granicy wojny. Zawieszenie broni bylo zawarte, ale okazywalo sie co chwila bezsilnym. Chmielnicki kazal wprawdzie 'scia'c kilku pulkownik'ow, kt'orzy wbrew umowie pozwalali sobie napad'ow na zamki i choragwie na lezach tu i owdzie rozproszone, ale nie m'ogl opanowa'c mas czerni i licznych lu'znych watah, kt'ore o armisticium lub nie slyszaly, lub nie chcialy slysze'c, lub nie rozumialy nawet znaczenia tego slowa. Wpadaly wiec one ustawicznie w granice umowa zabezpieczone, lamiac tym samym wszelkie Chmielnickiego przyrzeczenia. Z drugiej strony wojska prywatne i kwarciane zapedzajac sie w po'scigu za zb'ojcami przechodzily czestokro'c Prype'c i Hory'n w Kijowskiem, zapedzaly sie i w glab wojew'odztwa braclawskiego, a tam, napadane przez kozactwo, staczaly z nim formalne walki, nieraz bardzo krwawe i zaciete. Stad skargi ustawiczne, polskie i kozackie, o lamanie umowy, kt'orej w samej rzeczy nie bylo w mocy niczyjej dotrzyma'c. Zawieszenie broni istnialo tedy o tyle, o ile sam Chmielnicki z jednej, a kr'ol i hetmani z drugiej strony nie wyruszali w pole ale wojna rozgorzala juz faktycznie, zanim gl'owne sily zerwaly sie do walki i pierwsze cieplejsze promienie wiosenne o'swiecaly po staremu plonace wsie, miasteczka, miasta, zamki, o'swiecaly rzezie i niedole ludzka.

Zapuszczaly sie pod Zbaraz watahy spod Baru[2798], Chmielnika, Machn'owki, 'scinajac, grabiac, palac. Te gromil Jeremi rekoma swych pulkownik'ow, bo sam udzialu w owej drobnej wojnie nie bral, chcac wtedy dopiero z cala dywizja ruszy'c, gdy juz i hetmani wyjda w pole.

Rozsylal wiec podjazdy z rozkazami, by krwia za krew placily, palem za grabiez i mordy. Poszedl miedzy innymi pan Longinus Podbipieta i pogromil pod Czarnym Ostrowiem, ale byl to rycerz w bitwie tylko straszliwy, z je'ncami za's schwytanymi z bronia w reku obchodzil sie zbyt lagodnie, i dlatego wiecej go nie posylano. Szczeg'olniej jednak odznaczal sie w podobnych ekspedycjach pan Wolodyjowski, kt'ory jako partyzant w jednym chyba Wierszulle m'ogl znale'z'c wsp'olzawodnika. Nikt bowiem nie odbywal tak blyskawicznych pochod'ow, nikt nie umial zej's'c tak niespodzianie nieprzyjaciela, rozbi'c go tak szalonym napadem, rozproszy'c na cztery wiatry, wylowi'c, wy'scina'c, wywiesza'c. Wkr'otce tez otoczyl go postrach, a z drugiej strony fawor ksiazecy. Od ko'nca marca do polowy kwietnia zni'osl pan Wolodyjowski siedm lu'znych watah, z kt'orych kazda byla trzykro'c od jego podjazdu silniejsza, i nie ustawal w pracy, i coraz wiecej okazywal ochoty, jakoby w krwi przelanej ja czerpiac.

Zachecal maly rycerz, a raczej maly diabel, usilnie pana Zaglobe, by mu w tych ekspedycjach towarzyszyl, bo lubil nad wszystko jego kompanie, ale stateczny szlachcic opieral sie wszelkim namowom i tak swoja bezczynno's'c tlumaczyl:

Za wielki mam brzuch, panie Michale, na te trzesienia i szarpaniny, a przy tym kazdy do czego innego sie rodzi. Z usarzami na gestwe nieprzyjaciela przy bialym dniu uderza'c, tabory lama'c, choragwie bra'c to moja rzecz, do tego mnie Pan B'og stworzyl i usposobil; ale po'scig noca w chrustach za hultajstwem tobie zostawuje, kt'ory's jest misterny jako igla i latwiej sie wszedy przeci'sniesz. Starej ja daty rycerz i wole rozdziera'c, jako wla'snie lew czyni, niz tropi'c jak ogar po chaszczach. Zreszta po wieczornym udoju musze i's'c spa'c, bo to moja pora najlepsza.

Je'zdzil wiec pan Wolodyjowski sam i sam zwyciezal, az pewnego razu, wyjechawszy pod koniec kwietnia, wr'ocil w polowie maja tak strapiony i smutny, jakby kleske poni'osl i ludzi wymarnowal. Tak nawet zdawalo sie wszystkim, ale bylo to mylne mniemanie. Owszem, w dlugiej tej i uciazliwej ekspedycji doszedl pan Wolodyjowski az za Ostr'og, pod Holownie, i tam pogromil nie zwyczajna watahe, zlozona z czerni, ale kilkaset ludzi liczacy oddzial Zaporozc'ow, kt'ory w polowie wycial, a w polowie w niewole zagarnal. Tym dziwniejszy byl wiec gleboki smutek niby mgla pokrywajacy jego wesole z natury oblicze. Wielu chcialo zaraz wiedzie'c przyczyne, pan Wolodyjowski jednak nikomu slowa nie rzekl i zaledwie z konia zsiadlszy udal sie na dluga rozmowe do ksiecia w towarzystwie dw'och nieznanych rycerzy, a nastepnie wraz z nimi szedl do pana Zagloby, nie zatrzymujac sie, cho'c go ciekawi nowin za rekawy po drodze chwytali.

Pan Zagloba z pewnym zdziwieniem spogladal na dw'och olbrzymich mez'ow, kt'orych nigdy przedtem w zyciu nie widzial, a kt'orych str'oj ze zlotymi petelkami na ramionach okazywal, ze w wojsku litewskim sluza, Wolodyjowski za's rzekl:

Zamknij waszmo's'c drzwi i nie kaz nikogo puszcza'c, bo mamy o waznych sprawach pom'owi'c.

Zagloba wydal rozkaz czeladnikowi, po czym jal patrzy'c niespokojnie na przybylych, miarkujac z ich twarzy, ze nic dobrego nie maja do powiedzenia.

To sa rzekl Wolodyjowski ukazujac na mlodzie'nc'ow kniazie Bulyhowie-Kurcewicze: Jur i Andrzej.

Stryjeczni Heleny! zakrzyknal Zagloba.

Kniaziowie sklonili sie i odrzekli obaj naraz:

Stryjeczni nieboszczki Heleny...

Czerwona twarz Zagloby stala sie w jednej chwili bladoniebieska; rekoma poczal bi'c powietrze, jak gdyby postrzal otrzymal, usta otworzyl nie mogac tchu zlapa'c, oczy wytrzeszczyl i rzekl, a raczej jeknal:

Jak to?...

Sa wiadomo'sci odpowiedzial posepnie Wolodyjowski ze kniazi'owna w monasterze Dobrego Mikoly zostala zamordowana.

Czer'n wydusila dymem w celi dwana'scie panien i kilkana'scie czernic[2799], miedzy kt'orymi byla siostra nasza dodal knia'z Jur.

Zagloba tym razem nic nie odrzekl, jeno twarz, poprzednio sina, poczerwieniala mu tak, ze obecni zlekli sie, aby go krew nie zalala; z wolna powieki opadly mu na oczy, po czym zakryl je rekoma, a z ust wyrwal mu sie nowy jek:

'Swiecie! 'swiecie! 'swiecie!

Po czym umilkl i trwal w milczeniu.

A kniaziowie i Wolodyjowski biada'c poczeli:

Oto zebrali'smy sie razem krewni i przyjaciele, kt'orzy'smy ci na ratunek, wdzieczna panno, i's'c chcieli m'owil wzdychajac raz po raz mlody rycerz ale zna'c, sp'o'znili'smy sie z pomoca. Za nic nasza ochota, za nic nasze szable i odwaga, bo na innym ty juz, lepszym od tego lichego 'swiecie przebywasz, u Kr'olowej Niebieskiej we fraucymerze[2800]...

Siostro! wolal olbrzymi Jur, kt'orego zal na nowo pochwycil za wlosy ty nam odpu's'c nasze winy, a my za kazda krople twojej krwi wiadro wylejemy.

Tak nam dopom'oz B'og! dodal Andrzej.

I obaj mezowie wyciagali gro'znie do nieba rece, Zagloba za's wstal z lawy, postapil kilka krok'ow ku tapczanowi, zatoczyl sie jak pijany i padl na kolana przed obrazem.

Po chwili na zamku ozwaly sie dzwony zwiastujace poludnie, kt'ore brzmialy tak ponuro, jakby dzwony pogrzebowe.

Nie ma jej juz, nie ma! rzekl znowu Wolodyjowski. Do niebios ja anieli zabrali, nam zostawujac lzy i wzdychania.

Lkanie wstrzasnelo grubym cialem Zagloby i trzeslo nim, a oni ciagle narzekali i dzwony bily.

Wreszcie Zagloba uspokoil sie. My'sleli nawet, ze moze, b'olem zmozony, usnal na kleczkach, ale on po niejakim czasie wstal i usiadl na tapczanie; tylko byl to juz jakby inny czlowiek: oczy mial czerwone i mgla zaszle, glowe spuszczona, dolna warga zwisla mu az na brode, na twarzy osiadlo niedolestwo i jaka's niebywala zgrzybialo's'c tak ze moglo naprawde sie zdawa'c, iz 'ow dawny pan Zagloba, butny, jowialny, pelen fantazji, umarl, a zostal tylko starzec wiekiem przyci'sniety i zmeczony.

Wtem mimo protestacji pilnujacego drzwi pacholika wszedl pan Podbipieta i na nowo rozpoczely sie zale i narzekania. Litwin wspominal Rozlogi i pierwsze widzenie sie z kniazi'owna, jej slodycz, mlodo's'c i urode; wreszcie wspomnial, ze jest kto's nieszcze'sliwszy od nich wszystkich, to jest narzeczony, pan Skrzetuski, i jal rozpytywa'c o niego malego rycerza.

Skrzetuski zostal u ksiecia Koreckiego w Korcu, dokad z Kijowa przyjechal, i lezy chory, o 'swiecie bozym nie wiedzac rzekl pan Wolodyjowski.

Zali[2801] nie trzeba, aby'smy do niego jechali? pytal Litwin.

Nie ma tam po co jecha'c odparl Wolodyjowski. Medyk ksiazecy zarecza za jego zdrowie; jest tam pan Suchodolski, pulkownik ksiecia Dominika[2802], ale wielki przyjaciel Skrzetuskiego, jest i nasz stary Za'cwilichowski; obaj maja go w opiece i staraniu. Na niczym mu nie zbywa, a to, ze go delirium[2803] nie opuszcza, to dla niego lepiej.

O mocny Boze! rzekl Litwin. Widzialze's wa'cpan Skrzetuskiego na wlasne oczy?

Widzialem, ale zeby mi nie powiedzieli, ze to on, to nie bylbym go poznal, tak go bole's'c i choroba strawily.

A on poznal wa'cpana?

Pewnie poznal, cho'c nic nie m'owil, bo sie u'smiechnal i glowa kiwnal, a mnie taka zalo's'c porwala, zem dluzej zosta'c nie m'ogl. Ksiaze Korecki chce tu i's'c do Zbaraza z choragwiami, Za'cwilichowski z nim razem p'ojdzie, a i pan Suchodolski zaklina sie, ze ruszy, cho'cby mial ordynanse[2804] od ksiecia Dominika przeciwne. Oni to sprowadza tu i Skrzetuskiego, je'sli go bole's'c nie zmoze.

A skadze macie te wiadomo'sci o 'smierci kniazi'owny? pytal dalej pan Longinus. Czy nie ci kawalerowie je przywie'zli? dodal wskazujac na kniazi'ow.

Nie. Ci kawalerowie trafem sie w Korcu o wszystkim dowiedzieli, dokad przyjechali z posilkami od wojewody wile'nskiego, i tu ze mna przyszli, bo i do naszego ksiecia od wojewody listy mieli. Wojna jest pewna, a z komisji juz nic nie bedzie.

To juz i my to wiemy, ale powiedz mi wa'cpan, kto ci o 'smierci kniazi'owny m'owil?

M'owil mnie Za'cwilichowski, a on wie od Skrzetuskiego. Skrzetuskiemu dal Chmielnicki permisje, zeby w Kijowie szukal, i sam metropolita mial mu pomaga'c. Szukali tedy gl'ownie po monasterach, bo co z naszych w Kijowie zostalo, to w nich sie kryje. I my'sleli, ze pewnie Bohun kniazi'owne w jakowym monasterze umie'scil. Szukali, szukali i byli dobrej my'sli, cho'c wiedzieli, ze czer'n u Dobrego Mikoly dwana'scie panien dymem wydusila. Sam metropolita upewnial, ze przecie na narzeczona Bohuna by sie nie rzucili, az pokazalo sie inaczej.

To ona byla u Dobrego Mikoly?

Tak jest. Spotkal Skrzetuski w jednym monasterze ukrytego pana Joachima Jerlicza, a ze to wszystkich o kniazi'owne dopytywal, wiec pytal i jego; pan Jerlicz za's powiedzial mu, ze jakie byly panny, to je wpierw Kozacy pobrali, jeno sie u Dobrego Mikoly dwana'scie zostalo, kt'ore dymem p'o'zniej wyduszono; a miedzy nimi miala by'c i Kurcewicz'owna. Skrzetuski, ze to pan Jerlicz 'sledziennik i na wp'ol przytomny od ciaglego strachu, nie wierzyl mu i polecial zaraz po raz wt'ory do Dobrego Mikoly jeszcze raz pyta'c. Na nieszcze'scie, mniszki, kt'orych trzy takze w tej samej celi uduszono, nie wiedzialy nazwisk, ale sluchajac deskrypcji kniazi'owny, kt'ora im Skrzetuski czynil, powiedzialy, ze taka byla. Wtedy to Skrzetuski z Kijowa wyjechal i zaraz ciezko na zdrowiu zapadl.

To dziw tylko, ze jeszcze zyje.

Bylby umarl niechybnie, zeby nie 'ow stary Kozak, kt'ory go w niewoli na Siczy pilnowal, a potem tu od niego z listami przyjechal i wr'ociwszy, zn'ow w szukaniu mu pomagal. Ten go do Korca odwi'ozl i panu Za'cwilichowskiemu w rece oddal.

Niechze go B'og ma w swojej opiece, bo on sie juz nigdy nie pocieszy rzekl Longinus.

Pan Wolodyjowski umilkl i grobowe milczenie panowalo miedzy wszystkimi. Kniazie, podparlszy sie lokciami, siedzieli bez ruchu z namarszczona brwia; Podbipieta oczy w g'ore wznosil, a pan Zagloba utkwil szklany wzrok w przeciwlegla 'sciane, jakby w najglebszym zamy'sleniu sie pograzyl.

Zbud'z sie wa'cpan! rzekl wreszcie do niego Wolodyjowski wstrzasajac go za ramie. O czym tak my'slisz? Nic juz nie wymy'slisz i wszystkie twoje fortele na nic sie nie przydadza.

Wiem o tym odparl zlamanym glosem Zagloba jeno my'sle, zem stary i ze nie mam co robi'c na tym 'swiecie.


Rozdzia l XIX | Ogniem i mieczem | Rozdzia l XXI