home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate |

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

- advertisement



Rozdzial XXII

Ksiaze przed kilku dniami wyjechal rzeczywi'scie do Zamo'scia w celu czynienia nowych zaciag'ow i nierychlo spodziewano sie jego powrotu, wiec Wolodyjowski, Zagloba i Rzedzian ruszyli na wyprawe bez niczyjej wiedzy i w najglebszej tajemnicy, do kt'orej z ludzi pozostalych w Zbarazu[2818] jeden tylko pan Longinus byl przypuszczony, ale i on, slowem zwiazany, milczal jak zaklety.

Wierszull i inni oficerowie, wiedzac o 'smierci kniazi'owny, nie przypuszczali, by odjazd malego rycerza z Zagloba byl w jakimkolwiek zwiazku z narzeczona nieszczesnego Skrzetuskiego, i sadzili, ze to do niego raczej wyruszyli dwaj przyjaciele, tym bardziej ze byl miedzy nimi i Rzedzian, o kt'orym wiedziano, ze Skrzetuskiemu sluzy. Oni za's pojechali wprost do Chleban'owki i tam czynili przygotowania do pochodu.

Zagloba zakupil przede wszystkim za pieniadze pozyczone od Longina pie'c roslych koni podolskich zdolnych do dalekich pochod'ow, kt'orych chetnie uzywala jazda polska i starszyzna kozacka; ko'n taki m'ogl dzie'n caly gna'c za bachmatem tatarskim, a szybko'scia biegu przewyzszal nawet tureckie, od kt'orych byl wytrzymalszy na wszelkie zmiany pogody, na noce chlodne i dzdze. Takich to pie'c biegun'ow nabyl pan Zagloba; pr'ocz tego dla siebie i towarzysz'ow[2819], r'owniez jak i dla kniazi'owny nabyl dostatnie 'swity[2820] kozackie. Rzedzian zajal sie jukami, a gdy juz wszystko bylo przewidziane i gotowe, ruszyli w droge, Bogu i 'swietemu Mikolajowi, patronowi panien, w opieke przedsiewziecie oddajac.

Tak przebranych latwo bylo mozna poczyta'c za jakich's ataman'ow kozackich i zdarzalo sie czesto, ze ich zaczepiali zolnierze z zal'og polskich i strazy rozrzuconych hen! az ku Kamie'ncowi[2821] ale tym latwo legitymowal sie pan Zagloba. Jechali czas dluzszy krajem bezpiecznym, bo zajetym przez choragwie regimentarza Lanckoro'nskiego, kt'ory zblizal sie z wolna ku Barowi[2822], aby na zbierajace sie tam kupy kozackie mie'c oko. Wiedziano juz powszechnie, ze z uklad'ow nic nie bedzie, wiec wojna wisiala nad krajem, lubo gl'owne sily nie ruszyly sie jeszcze. Armistycjum[2823] perejaslawskie sko'nczylo sie do Zielonych 'Swiatek; wojna podjazdowa nie ustawala naprawde nigdy, a teraz wzmogla sie i z obu stron czekano tylko hasla. Tymczasem wiosna rozradowala sie nad stepem. Stratowana kopytami ko'nskimi ziemia pokryla sie bisiorem traw i kwiecia wyroslego z cial poleglych rycerzy. Nad pobojowiskami tkwily w blekicie skowronki; na wysoko'sciach ciagnelo z krzykiem ptactwo rozmaite; wody rozlane marszczyly sie w luske blyszczaca pod cieplym powiewem wiatru, a wieczorami zaby plawiace sie w ugrzanej fali do p'o'zna w noc wiodly radosne rozhowory[2824].

Zdawalo sie, ze sama natura pragnie rany zabli'zni'c, b'ole ukoi'c, mogily ukry'c pod kwiatami. Jasno bylo na niebie i ziemi, 'swiezo, powietrzno, wesolo, a step caly jak malowany blyszczal na ksztalt zlotoglowiu, mienil sie jak tecza albo pas polski, na kt'orym zreczna robotnica wszystkie barwy wybornie ozeni[2825]. Stepy graly od ptactwa i wiatr chodzil po nich szeroki, kt'ory suszy wody i 'sniado's'c daje twarzom ludzkim.

Wtedy to raduje sie kazde serce i otucha napelnia sie niezmierna, wiec tez i nasi rycerze takiej wla'snie otuchy byli pelni. Pan Wolodyjowski 'spiewal ustawicznie, a pan Zagloba przeciagal sie na koniu, nadstawial z lubo'scia plec'ow na slo'nce i raz, gdy go dobrze nagrzalo, rzekl do malego rycerza:

Blogo mi jest, bo prawde rzeklszy, po miodzie i wegrzynie nie masz jak slo'nce na stare ko'sci.

Dla wszystkich ono jest dobre odpowiedzial pan Wolodyjowski gdyz zauwaz wa'cpan, jak nawet animalia[2826] lubia sie wylegiwa'c na slo'ncu.

Szcze'scie to jest, ze w takiej porze jedziemy po kniazi'owne m'owil dalej Zagloba gdyz w zimie przy mrozach trudno by z dziewczyna ucieka'c.

Niech ja tylko w rece dostaniemy, a szelma jestem, jezeli nam ja kto odbierze.

Powiem ci, panie Michale rzekl na to Zagloba ze jedna mam tylko obawe, a to: zeby w razie wojny Tatarstwo sie w tamtych stronach nie ruszylo i nas nie ogarnelo; bo z Kozakami damy sobie rady. Chlopstwu wcale sie nie bedziemy legitymowali, bo zauwazyle's, ze nas za starszych maja, a Zaporozcy piernacz[2827] szanuja i Bohunowe imie tarcza nam bedzie.

Znam ja sie z Tatary[2828], bo nam w pa'nstwie lubnia'nskim[2829] zycie na ustawicznym procederze z nimi schodzilo... a juz ja i Wierszull to nigdy nie mieli'smy odpoczynku odpowiedzial pan Michal.

I ja ich znam rzekl Zagloba. Wspominalem ci przecie, jakom miedzy nimi wiele lat spedzil i do godno'sci wielkich moglem doj's'c; ale zem sie nie chcial zbisurmani'c[2830], wiec musialem wszystkiego poniecha'c i jeszcze mi 'smier'c mecze'nska zada'c chcieli za to, zem ich najstarszego ksiedza na wiare prawdziwa nam'owil.

A m'owile's wa'cpan kiedy indziej, ze to bylo w Galacie[2831].

W Galacie bylo swoja droga, a w Krymie swoja. Bo jezeli my'slisz, ze sie w Galacie 'swiat ko'nczy, to chyba nie wiesz, gdzie pieprz ro'snie. Wiecej jest syn'ow Beliala[2832] nizeli chrze'scijan na tym 'swiecie.

Tu wtracil sie do rozmowy Rzedzian.

Nie tylko od Tatar'ow mozemy mie'c przeszkode rzekl bo nie m'owilem waszmo'sciom, co mnie Bohun powiedzial, ze tego jaru paskudne potegi pilnuja. Sama ona olbrzymka, kt'ora kniazi'owny pilnuje, mozna to jest czarownica, z diablami w konfidencji, kt'orzy nie wiem, czy jej o nas nie przestrzegaja. Mam ci ja wprawdzie kule, com ja sam na 'swiecona pszenice lal, gdyz inna sie jej nie chwyta, ale opr'ocz tego upiorzysk'ow tam podobno cale regimenty, kt'ore wej'scia bronia. Juz to glowa ichmo'sci'ow w tym, zeby mnie co zlego nie spotkalo, bo zaraz by mi nagroda przepadla.

Trutniu jeden! rzecze pan Zagloba. Wla'snie tez nam w glowie o twoim zdrowiu my'sle'c. Nie skreci ci diabel karku, a cho'cby i skrecil, to wszystko jedno, bo ty i tak za swoje lakomstwo bedziesz potepiony. Za stary ja wr'obel, zeby mnie na plewy bra'c, i to sobie zakonotuj, ze je'sli Horpyna mozna czarownica, to ja mozniejszy od niej czarownik, bom sie w Persji ciemnego kunsztu uczyl. Ona diablom sluzy, a oni mnie i m'oglbym nimi jako wolmi ora'c, jeno nie chce, majac zbawienie duszy na uwadze.

To dobrze, m'oj jegomo's'c, ale na ten raz to juz niech jegomo's'c swojej mocy uzyje, bo zawsze'c lepiej by'c w bezpieczno'sci.

Ja za's wiecej ufam w nasza dobra sprawe i boska opieke rzekl Wolodyjowski. Niechze tam Horpyny i Bohuna czarni strzega, a z nami sa anieli niebiescy, kt'orym najlepszy piekielny komunik[2833] nie dotrzyma; na kt'oren przypadek 'swietemu Michalowi Archaniolowi siedm 'swiec z bialego wosku ofiaruje.

To juz i ja na jedna sie przyloze rzekl Rzedzian zeby mnie jegomo's'c, pan Zagloba, potepieniem nie straszyl.

Pierwszy ja cie do piekla wyprawie odpowiedzial szlachcic je'sli sie pokaze, ze miejsca nie wiesz dobrze.

Jak to nie wiem? Byle'smy do Waladynki dojechali, to juz z zawiazanymi oczyma trafie. Pojedziemy brzegiem ku Dniestrowi, a jar bedzie po prawej rece; kt'oren po tym poznamy, ze wej'scie do niego skala zawalone. Na pierwszy rzut oka wydaje sie, ze wcale wjecha'c nie mozna, ale w skale jest wyrwa, przez kt'ora dwa konie obok siebie przejda. Jak juz tam bedziemy, to nam nikt nie umknie, bo to jest jedyny wch'od i wych'od z jaru, naokolo za's 'sciany tak wysokie, ze ptak ledwie przeleci. Czarownica morduje ludzi, kt'orzy tam bez pozwole'nstwa wchodza, i jest duzo ko'sciotrup'ow, ale na to Bohun nie kazal zwaza'c, jeno jecha'c i krzycze'c: Bohun! Bohun!... Dopieroz ona do nas z przyja'znia wyjdzie... Pr'ocz Horpyny jest tam jeszcze i Czeremis, kt'oren z piszczeli okrutnie strzela. Oboje musimy u'smierci'c.

Onego Czeremisa nie m'owie, ale babe do's'c bedzie zwiaza'c.

Za'sby ja tam jegomo's'c zwiazal! Ona taka mocna, ze pancerz jak koszule rozdziera, a podkowa to jeno jej w reku chrupnie. Chyba jeden pan Podbipieta dalby jej rady, ale nie my. Daj no jegomo's'c pok'oj, mam ja na nia kule 'swiecona, niechze juz na te diablice przyjdzie czarna godzina; inaczej lecialaby za nami jak wilczyca, a na Kozak'ow wyla i pewnie by'smy nie tylko panny, ale wlasnych gl'ow zdrowo nie przywie'zli.

Na podobnych rozmowach i naradach schodzil im czas w drodze. A jechali spieszno, mijajac miasteczka, siola, chutory[2834] i mogily. Szli na Jarmoli'nce[2835] ku Barowi, skad dopiero mieli sie zwr'oci'c ukosem w strone Jampola[2836] i Dniestru. Przechodzili przez te okolice, w kt'orych niegdy's Wolodyjowski pobil Bohuna i pana Zaglobe z jego rak uwolnil. Trafili nawet do tego samego chutoru i zatrzymali sie w nim na noc. Czasem tez wypadaly im noclegi i pod golym niebem, w stepie, a w'owczas pan Zagloba urozmaical je opowiadaniem dawnych swych przyg'od, tych, kt'ore sie zdarzyly, i takich, kt'ore wcale sie nie zdarzyly. Ale najwiecej rozmawiano o kniazi'ownie i o jej przyszlym uwolnieniu z niewoli u czarownicy.

Wyjechawszy wreszcie z okolic trzymanych w ryzie przez zalogi i choragwie Lanckoro'nskiego, weszli w kraj kozaczy, w kt'orym nic nie pozostalo sie Lach'ow, bo tych, kt'orzy nie uciekli, wytepiono ogniem i mieczem. Maj sko'nczyl sie i nastal czerwiec znojny, a oni ledwie trzecia cze's'c podr'ozy odbyli, bo droga byla daleka i trudna. Na szcze'scie, od strony kozactwa zadne nie grozilo im niebezpiecze'nstwo. Chlopskim watahom nie legitymowali sie wcale, bo te najcze'sciej za starszych zaporoskich ich mialy. Wszelako od czasu do czasu pytano ich, co by za jedni byli, a w'owczas pan Zagloba, jezeli pytajacym byl Nizowy, pokazywal piernacz Bohun'ow, je'sli za's zwykly rezun[2837] z czerni[2838], to nie zsiadajac z konia, kopal go noga w piersi i obalal na ziemie inni za's patrzac na to, zaraz otwierali im droge, my'slac, ze to nie tylko sw'oj jedzie, ale i kto's bardzo godny, skoro bije. Moze Krzywonos[2839], Burlaj albo i sam batko[2840] Chmielnicki.

Wielce jednak narzekal pan Zagloba na slawe Bohuna, bo sie zbyt pytaniami o niego uprzykrzali Nizowi, przez co i zwloki w podr'ozy zdarzaly sie niemale. I zwykle nie bylo ko'nca pytaniom: czy zdr'ow? czy zyje? bo sie juz wie's'c o jego 'smierci az pod Jahorlik[2841] i porohy[2842] rozbiegla. A gdy podr'ozni opowiadali, ze zdr'ow i wolny i ze jego to wla'snie sa wysla'ncami, tedy calowano ich i czestowano; otwieraly sie im wszystkie serca, a nawet worki, z czego chytry pacholek pana Skrzetuskiego nie omieszkal korzysta'c.

W Jampolu przyjal ich Burlaj, kt'ory tu z wojskiem nizowym i czernia na Tatar'ow budziackich czekal, stary, slawny pulkownik. Ten przed laty Bohuna rzemiosla wojennego uczyl; na wyprawy czarnomorskie z nim chodzil i Synope[2843] na wsp'olke w jednej z takich wypraw zrabowali, wiec tez kochal go jak syna i wdziecznie przyjal jego wysla'nc'ow, nie okazujac najmniejszej nieufno'sci, zwlaszcza ze zeszlego roku Rzedziana przy nim widzial. Owszem, dowiedziawszy sie, ze Bohun zyje i na Woly'n zdaza, uczte z rado'sci wysla'ncom wydal i sam sie na niej upil.

Obawial sie, bylo, pan Zagloba, azeby Rzedzian podpiwszy nie wygadal sie z czym niepotrzebnym, ale pokazalo sie, ze szczwany jak lis pacholek tak sie umial obraca'c, ze m'owiac prawde w'owczas tylko, gdy ja mozna bylo powiedzie'c, sprawy przez to nie narazal, a tym wieksza ufno's'c zyskiwal. Dziwnie jednak bylo slucha'c naszym rycerzom tych rozm'ow prowadzonych z jaka's straszliwa szczero'scia, w kt'orych ich nazwiska czesto sie powtarzaly.

Slyszeli my m'owil Burlaj ze Bohun w pojedynku usieczon. A nie wiecie wy, kto jego usiekl?

Wolodyjowski, oficer kniazia Jaremy odpowiedzial spokojnie Rzedzian.

Ej, zeby ja go w rece dostal, zaplacilby mu ja za naszego sokola. Ze sk'ory ja by jego obdarl!

Pan Wolodyjowski ruszyl na to owsianymi wasikami i spojrzal na Burlaja takim wzrokiem, jakim chart spoglada na wilka, kt'orego mu nie wolno uchwyci'c za gardziel, a Rzedzian rzekl:

Dlatego to ja wam m'owie, mo'sci pulkowniku, jego nazwisko.

Diabel bedzie mial prawdziwa pocieche z tego chlopaka! pomy'slal pan Zagloba.

Ale m'owil dalej Rzedzian ten nie tyle winien, bo jego sam Bohun wyzwal nie wiedzac, jaka szable wyzywa. Inny tam byl szlachcic, najwiekszy Bohuna wr'og, kt'ory raz juz kniazi'owne mu z rak wydarl.

A to kto taki?

At! Stary op'oj, co sie przy naszym atamanie w Czehrynie[2844] wieszal i druha dobrego jego udawal.

Bedzie on jeszcze wisial! wykrzyknal Burlaj.

Kpem jestem, jezeli temu pokurczowi uszu nie obetne! mruknal Zagloba.

Tak go usiekli prawil Rzedzian ze innego dawno by juz kruki dziobaly, ale w naszym atamanie dusza rogata i wyzdrowial, chociaz do Wlodawy ledwie sie dowl'okl, i tam by tez pewno rady sobie nie dal, zeby nie my. My jego na Woly'n wyprawili, gdzie nasi g'ora, a samych tu po dziewczyne wyslal.

Zgubia jego te czarnobrewy! mruknal Burlaj. I ja jemu to dawno przepowiadal. A czy to mu nie lepiej bylo poigra'c z dziewczyna po kozacku, a potem kamie'n do szyi i w wode, jak my na Czarnym Morzu robili?

Tu ledwie wytrzymal pan Wolodyjowski, tak byl w swoim sentymencie dla plci bialej zraniony. Zagloba za's roz'smial sie i rzekl:

Pewnie by tak lepiej.

Ale wy dobre druhy! m'owil Burlaj Wy jego nie opu'scili w potrzebie, a ty maly (tu zwr'ocil sie do Rzedziana), ty najlepszy ze wszystkich, bo ja juz ciebie w Czehrynie widzial, jak ty naszego sokola pilnowal i holubil[2845]. No! Tak i ja wam druh. Wy m'owcie, czego wam potrzeba! Molojc'ow[2846] czy koni? tak ja wam dam, zeby sie wam gdzie z powrotem krzywda nie stala.

Molojc'ow nam nie potrzeba, mo'sci pulkowniku odrzekl Zagloba bo my swoi ludzie i swoim krajem pojedziemy, a B'og nie daj zlego spotkania, to z wielka wataha gorzej niz z mala, ale konie co naj'sciglejsze to by sie przydaly.

Dam wam takie, ze ich i bachmaty chanowe nie dogonia.

Wtem Rzedzian odezwal sie nie tracac sposobnej pory:

I hroszi malo nam daw ataman, bo sam ne maw[2847], a za Braclawiem miara owsa talara.

To chody[2848] ze mna do komory rzekl Burlaj. Rzedzian nie dal sobie tego dwa razy powtarza'c i zniknal wraz ze starym pulkownikiem za drzwiami, a gdy po chwili ukazal sie znowu, rado's'c bila mu z pucolowatego oblicza i siny zupan odymal mu sie jako's na brzuchu.

No, jed'zcie z Bogiem ozwal sie stary Kozak a jak dziewczyne we'zmiecie, tak wstapcie do mnie, niech i ja Bohunowa zazule zobacze.

Nie moze to by'c, mo'sci pulkowniku odrzekl 'smialo pacholek bo ta Laszka okrutnie sie stracha i raz sie juz nozem pchnela. Boimy sie, by jej co zlego sie nie stalo. Lepiej niech juz ataman sobie z nia radzi.

Poradzi!... Nie bedzie ona mu sie strachala. Laszka biloruczka[2849]! Kozak jej 'smierdzi! mruknal Burlaj. Jed'zcie z Bogiem! Niedaleko juz macie!

Z Jampola niezbyt juz bylo daleko do Waladynki, ale droga trudna, a raczej ustawiczne bezdroze rozpo'scieralo sie przed rycerzami, bo w owych czasach tamtejsze okolice byly jeszcze pustynia z rzadka tylko osiadla i zabudowana. Szli tedy od Jampola nieco na zach'od, oddalajac sie od Dniestru, aby i's'c nastepnie z biegiem w'od Waladynki, ku Raszkowowi[2850], bo tylko tak idac, mozna bylo trafi'c do jaru. Na niebie bielil sie 'swit, gdyz uczta u Burlaja przeciagnela sie do p'o'znej nocy, i pan Zagloba wyrachowal, ze przed zachodem slo'nca nie odnajda jaru, ale bylo to mu wla'snie na reke, chcial bowiem po uwolnieniu Heleny zostawi'c noc za soba. Tymczasem, jadac, rozmawiali, jak dotychczas sluzylo im we wszystkim szcze'scie przez cala droge, a pan Zagloba wspominajac uczte Burlajowa tak m'owil:

Przypatrzcie sie jeno, jak to ci Kozacy, kt'orzy zyja w bractwie, wspieraja sie wzajemnie w kazdym terminie! Nie m'owie o czerni, kt'ora oni pogardzaja i dla kt'orej, jezeli diabel im pomoze zrzuci'c nasza zwierzchno's'c, gorszymi jeszcze beda panami; ale w bractwie jeden za drugiego w ogie'n skoczy'c gotowy, nie tak jak miedzy nasza szlachta.

Gdzie tam, m'oj jegomo's'c odparl na to Rzedzian. Bylem ja miedzy nimi dlugo i widzialem, jako sie miedzy soba niby wilcy zazeraja, a gdyby Chmielnickiego nie stalo, kt'ory ich to sila, to polityka w ryzie trzyma, wnet by sie ze szczetem pozazerali. Ale ten Burlaj to jest wielki miedzy nimi wojownik i sam Chmielnicki jego szanuje.

Ale ty pewnie juz masz dla niego kontempt[2851], bo ci sie obedrze'c pozwolil. Ej, Rzedzian, Rzedzian! Nie umrzesz ty wlasna 'smiercia!

Co komu pisano, m'oj jegomo's'c! Wszakze nieprzyjaciela w pole wywie's'c chwalebna to jest rzecz i Bogu mila!

Totez nie to ci sie gani, ale twoja chciwo's'c. Chlopski to sentyment, szlachcica niegodny, za kt'ory pewnie bedziesz potepiony.

Nie pozaluje ja na 'swiece do ko'sciola, jak mi sie uda zarobi'c, aby tez i Pan B'og mial ze mnie korzy's'c i nadal mnie blogoslawil; a ze rodzicieli wspomagam, to nie grzech.

Co za szelma na cztery nogi kuta! wykrzyknal zwracajac sie do Wolodyjowskiego pan Zagloba. My'slalem, ze razem ze mna i fortele moje p'ojda do trumny, ale widze, ze to frant jeszcze wiekszy. Toz my przez chytro's'c tego pacholka uwolnimy nasza kniazi'owne od Bohunowej niewoli za Bohunowym pozwoleniem i na Burlajowych koniach! Widzialze kto kiedy podobna rzecz? A na poz'or trzech groszy by's za tego pacholka nie dal.

Rzedzian u'smiechnal sie z zadowoleniem i odrzekl:

Albo to nam bedzie 'zle, m'oj jegomo's'c?

Udale's mi sie i zeby nie twoja chciwo's'c, to bym cie do sluzby wzial; ale skoro's Burlaja tak w pole wywi'odl, juz ci to, ze's mnie nazwal opojem, przebaczam.

To nie ja tak jegomo'sci nazwalem, jeno Bohun.

B'og go tez skaral odrzekl Zagloba.

Na takich rozmowach zeszedl im ranek, ale gdy juz slo'nce wytoczylo sie wysoko na sklep niebieski[2852], chwycila ich powaga, bo za kilka godzin mieli ujrze'c Waladynke. Po dlugiej podr'ozy byli na koniec u celu, ale niepok'oj, naturalny w podobnych wypadkach, wkradl im sie do serc. Zyjeli jeszcze Helena? A jezeli zyje, to czy znajda ja w jarze? Horpyna mogla ja wywie'z'c lub moze ja w ostatniej chwili ukry'c w nieznanych rozpadlinach jaru albo u'smierci'c. Przeszkody nie byly jeszcze przezwyciezone, niebezpiecze'nstwa wszystkie nie minely. Mieli wprawdzie wszystkie znaki, po kt'orych Horpyna powinna byla ich rozezna'c jako Bohunowych wysla'nc'ow pelniacych jego wole; ale nuz diably lub duchy ja ostrzega? Tego obawial sie najwiecej Rzedzian, a i pan Zagloba, cho'c sie mial za bieglego w ciemnym kunszcie, nie my'slal o tym bez niepokoju. W takim bowiem razie zastaliby jar pusty albo co gorzej Kozak'ow z Raszkowa ukrytych w nim na zasadzce. Serca bily im coraz mocniej, a gdy wreszcie po kilku jeszcze godzinach drogi z wysokiej krawedzi jaru ujrzeli blyszczaca z dala wstazke wody, pucolowata twarz Rzedziana przybladla troche.

To Waladynka! rzekl przyciszonym glosem.

Juz? pytal r'ownie cicho Zagloba. Jak my to juz blisko!...

Oby nas tylko B'og ustrzegl! odparl Rzedzian. M'oj jegomo's'c, niech no jegomo's'c pocznie zaklecia, bo okrutnie sie boje.

Glupstwo zaklecia! Przezegnamy rzeke i czelu'scie, to lepiej pomoze.

Pan Wolodyjowski najspokojniejszy byl ze wszystkich, ale milczal; obejrzal tylko starannie pistolety i podsypal na nowo, po czym zmacal, czy szabla lekko wychodzi z pochwy.

Mam i ja kule 'swiecona w tym oto pistolecie rzekl Rzedzian. W imie Ojca i Syna, i Ducha 'Swietego! Ruszajmy!

Ruszajmy! Ruszajmy!

Po niejakim czasie znale'zli sie nad brzegiem rzeczki i zwr'ocili konie w kierunku jej biegu. Tu pan Wolodyjowski zatrzymal ich na chwile i rzekl:

Niech Rzedzian we'zmie piernacz, bo jego czarownica zna, i niechze pierwszy z nia paktuje, zeby sie nas nie przestraszyla i nie uciekla w jaka czelu's'c z kniazi'owna.

Ja pierwszy nie pojade, r'obcie waszmo'sciowie, co chcecie rzekl Rzedzian.

To jed'z, trutniu, na ostatku!

To powiedziawszy pan Wolodyjowski ruszyl pierwszy, za nim jechal pan Zagloba, a w ko'ncu z powodnymi ko'nmi clapal Rzedzian ogladajac sie niespokojnie na wszystkie strony. Kopyta ko'nskie szczekaly po kamieniach, naok'ol panowala glucha cisza pustyni, jeno szara'ncze i koniki polne, ukryte w rozpadlinach i szparach, ksykaly glo'sno, bo dzie'n byl znojny, chociaz slo'nce zeszlo juz znacznie z poludnia. Je'zd'zcy nadjechali na koniec nad wzg'orze okragle jak przewr'ocona tarcza rycerska, nad kt'orym rozpadajace sie i zwietrzale od slo'nca skaly tworzyly ksztalty podobne do rumowisk, do zwalisk dom'ow i wiez ko'scielnych; my'slalby's: zamek lub miasto zburzone wczoraj przez nieprzyjaciela. Rzedzian spojrzal i tracil pana Zaglobe.

To Wraze Uroczyszcze rzekl poznaje z tego, co mnie Bohun powiadal. Tedy w nocy nikt zywy nie przejdzie.

Je'sli nie przejdzie, to moze przejedzie odparl Zagloba. Tfu! Co za jaki's przeklety kraj! Ale ze przynajmniej na dobrej jeste'smy drodze!

To juz niedaleko! rzekl Rzedzian.

Chwala Bogu! odpowiedzial pan Zagloba i my'sl jego uniosla sie ku kniazi'ownie.

Bylo mu jako's dziwnie na duszy i widzac te dzikie brzegi Waladynki, te pustynie i glusze, prawie nie wierzyl sobie, zeby kniazi'owna mogla by'c tak blisko ona, dla kt'orej tyle przyg'od i niebezpiecze'nstw przebyl i kt'ora tak pokochal, ze gdy przyszla wie's'c o jej 'smierci, to sam nie wiedzial, co robi'c z zyciem i ze staro'scia. Ale z drugiej strony, czlowiek oswaja sie nawet z nieszcze'sciem, pan Zagloba za's przez tyle czasu zzyl sie z my'sla, ze ona porwana, daleko i w Bohunowej mocy, iz teraz nie 'smial sobie powiedzie'c: oto juz nadchodzi koniec tesknoty, koniec poszukiwa'n, nadchodzi czas pomy'slno'sci i spokoju. Przy tym i inne pytania cisnely mu sie do glowy: co tez ona powie, gdy go ujrzy? Zali[2853] sie we lzach nie rozplynie? Bo ten ratunek po tak dlugiej i ciezkiej niewoli spadnie na nia jak piorun niespodziewanie. B'og ma swoje dziwne drogi my'slal Zagloba i tak potrafil wszystko powiaza'c, ze z tego jest tryumf cnocie, a zawstydzenie nieprawo'sciom. B'og to oddal naprz'od Rzedziana w rece Bohuna, a potem uczynil z nich przyjaci'ol. B'og to sprawil, ze wojna, sroga matka, odwolala dzikiego atamana z tych pustkowi, do kt'orych lup sw'oj jak wilk uni'osl. B'og p'o'zniej wydal go w rece Wolodyjowskiego i znowu zetknal z Rzedzianem i tak sie wszystko zlozylo, ze teraz ot, gdy tam Helena reszte nadziei moze traci i juz znikad, znikad nie spodziewa sie pomocy pomoc tuz! Ko'nczy sie twoje plakanie i zgryzota, c'oruchno moja my'slal dalej Zagloba i niezadlugo przyjdzie na cie rado's'c niezmierna. Oj! A bedziez ona wdzieczna, bedzie raczki skladala! A dziekowala!

Tu stanela dziewczyna panu Zaglobie w oczach jakoby zywa i rozczulil sie szlachcic okrutnie, i pograzyl sie calkiem w rozmy'slaniach o tym, co to za chwile sie zdarzy.

Wtem Rzedzian pociagnal go z tylu za rekaw:

Jegomo's'c!

A co? spytal Zagloba niekontent, iz mu przerwano bieg my'sli.

Czy jegomo's'c widzial? Wilk pomknal przed nami.

To i c'oz?

A czy to tylko byl wilk?

Calujze go w nos.

W tej chwili Wolodyjowski zatrzymal konia.

Czy'smy drogi nie zmylili? pytal. Bo to juz by powinno by'c.

Nie! odrzekl Rzedzian tak jedziemy, jak Bohun m'owil. Dalby B'og, azeby to juz bylo po wszystkim.

Bedzie niedlugo, jezeli dobrze jedziemy.

Chcialem tez jeszcze waszmo'sci'ow prosi'c, aby jak bede gadal z czarownica, na owego Czeremisa uwaza'c; wielki to ma by'c paskudnik, ale podobno z rusznicy okrutnie strzela.

Nie b'oj sie, jazda!

Zaledwie ujechali kilkadziesiat krok'ow, konie poczely tuli'c uszy i chrapa'c. Na Rzedzianie sk'ora zmienila sie w jaszczur, bo spodziewal sie, ze lada chwila zza zalamu skaly rozlegnie sie wycie upiora lub wytoczy sie jaki ksztalt szkaradny a nieznany ale pokazalo sie, ze konie chrapaly tylko dlatego, ze przechodzily tuz kolo legowiska owego wilka, kt'ory tak poprzednio zaniepokoil pacholka. Naok'ol byla cisza; nawet szara'ncze przestaly ksyka'c, bo juz i slo'nce schylilo sie na druga strone nieba. Rzedzian przezegnal sie i uspokoil.

Nagle Wolodyjowski wstrzymal konia.

Widze jar rzekl do kt'orego gardziel skala zatkana, a w skale wyrwa.

W imie Ojca i Syna, i Ducha szepnal Rzedzian to tu!

Za mna! skomenderowal pan Michal, skrecajac konia.

Po chwili staneli u wyrwy i przejechali jakby pod sklepieniem kamiennym. Otworzyl sie przed nimi jar gleboki, gesto zaro'sniety po bokach, rozsuwajacy sie w dali w obszerna, p'olkolista r'owninke, obwiedziona jakby olbrzymimi murami.

Rzedzian poczal wola'c, ile mu sil w piersiach starczylo:

Bo-hun! Bo-hun! Bywaj, wied'zmo! Bywaj! Bo-hun! Bo-hun!

Zatrzymali konie i stali przez czas jaki's w milczeniu, po czym pacholek zn'ow jal wola'c:

Bohun! Bohun!

Z dala doszlo szczekanie ps'ow.

Bohun! Bohun!...

Na lewym zrebie jaru, na kt'ory padaly czerwone i zlote promienie slo'nca, poczely szele'sci'c geste krzewy glogu i dzikiej 'sliwiny i po chwili ukazala sie niemal na samym szczycie stoku jaka's posta'c ludzka, kt'ora przechyliwszy sie i przykrywszy oczy reka, wpatrywala sie pilnie w przybylych.

To Horpyna! rzekl Rzedzian i zwinawszy dlonie kolo ust poczal po raz trzeci wola'c:

Bohun! Bohun!

Horpyna poczela schodzi'c i idac wyginala sie w tyl dla r'ownowagi. Szla szybko, a za nia toczyl sie jaki's maly, krepy czlowieczek z dluga turecka rusznica w reku; krze lamaly sie pod poteznymi stopami wied'zmy, kamienie spadaly spod nich, huczac, na dno jaru, i tak przechylona, w czerwonych blaskach, wydawala sie istotnie jaka's olbrzymia, nadprzyrodzona istota.

Kto wy? rzekla wielkim glosem, stanawszy na dnie.

Jak sie masz, basetlo? rzekl Rzedzian, kt'ore mu na widok ludzi, nie duch'ow, wr'ocila cala zwykla flegma.

Ty sluga Bohun'ow? Ty! poznaje cie! Ty maly, a ci, co za jedni?

Druhy Bohunowi.

Kra'sna wied'zma mruknal pod wasikami pan Michal.

A po co wy tu przyjechali?

Masz tu piernacz, n'oz i pier'scie'n, wiesz, co to znaczy?

Olbrzymka wziela znaki do reki i poczela je pilnie rozpatrywa'c, po czym rzekla:

Te same sa! Wy po kniazi'owne?

Tak jest. A zdrowa ona?

Zdrowa. Czemu to Bohun sam nie przyjechal?

Bohun ranny.

Ranny?... Ja to we mlynie widziala.

Jezeli's widziala, to czego pytasz? Lzesz, waltornio! rzekl poufale Rzedzian.

Wied'zma pokazala w u'smiechu biale jak u wilka zeby i zlozywszy dlo'n w kulak szturchnela pod bok Rzedziana.

Ty maly, ty!

P'ojdziesz precz!

Nie daruj! Pocaluj! Hu! A kiedy we'zmiecie kniazi'owne?

Zaraz, jeno koniom odpoczniemy.

To bierzcie! Pojade i ja z wami.

A ty po co?

Memu bratu 'smier'c pisana. Jego Lachy na pal wsadza. Pojade z wami.

Rzedzian pochylil sie w kulbace[2854] niby dla latwiejszej rozmowy z olbrzymka i reka jego spoczela nieznacznie na kolbie pistoletu.

Czeremis, Czeremis! rzekl pragnac zwr'oci'c uwage swych towarzysz'ow[2855] na karla.

Po co ty jego wolasz? On ma jezyk urzniety.

Ja jego nie wolam, jeno sie jego urodzie dziwuje. Ty jego nie odjedziesz, on tw'oj maz.

On m'oj pies.

I was tylko dwoje w jarze?

Dwoje; kniazi'owna trzecia!

To dobrze. Ty jego nie odjedziesz.

Pojade z wami, m'owilam ci.

A ja ci m'owie, ze zostaniesz.

W glosie pacholka bylo co's takiego, ze olbrzymka odwr'ocila sie na miejscu z twarza niespokojna, bo podejrzenie wstapilo jej nagle w dusze.

Szczo ty[2856]? rzekla.

Ot, szczo ja! odparl Rzedzian i huknal jej miedzy piersi z pistoletu tak z bliska, ze dym zakryl ja na chwile zupelnie.

Horpyna cofnela sie w tyl z rozkrzyzowanymi rekoma; oczy wylazly jej na wierzch glowy; jakie's nieludzkie skrzeczenie wyszlo jej z gardzieli, zachwiala sie i padla na wznak jak dluga.

W tej samej chwili pan Zagloba cial Czeremisa szabla przez glowe, az ko's'c zgrzytnela pod ostrzem; potworny karzel nie wydal ani jeku, tylko zwinal sie w klebek jak robak i poczal drga'c, palce za's u jego rak otwieraly sie i zamykaly na przemian, na ksztalt pazur'ow konajacego rysia.

Zagloba obtarl pola od zupana dymiaca szable, a Rzedzian zeskoczyl z konia i chwyciwszy kamie'n, rzucil go na szerokie piersi Horpyny, nastepnie poczal szuka'c czego's za pazucha.

Olbrzymie cialo wied'zmy kopalo jeszcze ziemie nogami, konwulsja wykrzywila jej straszliwie twarz, na wyszczerzonych zebach osiadla krwawa piana, a z gardla wychodzilo gluche chrapanie.

Tymczasem pacholek wydobyl z zanadrza kawalek kredy 'swieconej, naznaczyl nia krzyz na kamieniu i rzekl:

Teraz nie wstanie.

Po czym wskoczyl na kulbake.

W konie! skomenderowal pan Wolodyjowski.

Pomkneli i biegli jak wicher wzdluz krynicy plynacej 'srodkiem jaru; mineli deby rozrzucone z rzadka po drodze i oczom ich ukazala sie chata, a dalej wysoki mlyn, kt'orego wilgotne kolo blyszczalo jak czerwona gwiazda w promieniach slo'nca. Pod chata dwa czarne ogromne psy, uwiazane na postronkach przy weglach, rwaly sie ku nadjezdzajacym szczekajac z w'scieklo'scia i wyjac. Pan Wolodyjowski jechal pierwszy i pierwszy dolecial; z konia zeskoczyl, a nastepnie dobieglszy do drzwi wchodowych kopnal je noga i wpadl do sieni brzeczac ostrogami i szabla.

W sieni na prawo przez otwarte drzwi wida'c bylo obszerna izbe, pelna wi'or'ow, z ogniskiem ulozonym w 'srodku, napelniona dymem; na lewo drzwi byly zamkniete.

Tam ona musi by'c! pomy'slal pan Wolodyjowski i skoczyl ku nim.

Szarpnal, otworzyl wpadl na pr'og i w progu stanal jak wryty.

W glebi izby, reka oparta o krawed'z loza, stala Helena Kurcewicz'owna, blada z rozpuszczonym na plecy i ramiona wlosem, a przerazone jej oczy utkwione w Wolodyjowskiego pytaly: kto's ty jest? Czego tu chcesz? bo nigdy przedtem nie widziala malego rycerza. On za's zdumial sie na widok tej piekno'sci i tej komnaty pokrytej aksamitami i zlotoglowiem. Na koniec przyszedl do slowa i rzekl po'spiesznie:

Nie b'oj sie wa'cpanna: my Skrzetuskiego przyjaciele!

W'owczas kniazi'owna rzucila sie na kolana.

Ratujcie mnie! wolala skladajac rece.

Ale w tej samej chwili wpadl pan Zagloba trzesacy sie, czerwony, zadyszany.

To my! krzyczal To my z pomoca!

Uslyszawszy te slowa i ujrzawszy znajoma twarz, kniazi'owna przechylila sie jak kwiat podciety, rece jej opadly, oczy pokryly sie fredzlistymi zaslonami i zemdlala.


Rozdzia l XXI | Ogniem i mieczem | Rozdzia l XXIII