home | login | register | DMCA | contacts | help |      
mobile | donate |

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add
fantasy
space fantasy
fantasy is horrors
heroic
prose
  military
  child
  russian
detective
  action
  child
  ironical
  historical
  political
western
adventure
adventure (child)
child's stories
love
religion
antique
Scientific literature
biography
business
home pets
animals
art
history
computers
linguistics
mathematics
religion
home_garden
sport
technique
publicism
philosophy
chemistry
close

- advertisement



Rozdzial XXV

Nazajutrz, zanim slo'nce rozlalo zlote blaski na niebie, stanal juz nowy wal ochronny w polskim obozie. Dawne waly byly zbyt obszerne, trudno sie bylo w nich broni'c i przychodzi'c wzajem z pomoca, wiec ksiaze z panem Przyjemskim postanowili zamkna'c wojska do cia'sniejszych okop'ow. Pracowano nad tym gwaltownie cala noc a husaria na r'owni ze wszystkimi pulkami i czeladzia. Dopiero po trzeciej w nocy sen zamknal oczy utrudzonemu rycerstwu, ale tez spali wszyscy, opr'ocz strazy, kamiennym snem, bo i nieprzyjaciel pracowal takze w nocy, a nastepnie nie poruszal sie dlugo po wczorajszej klesce. Spodziewano sie nawet, ze szturm dnia tego wcale nie nastapi.

Skrzetuski, pan Longinus i Zagloba, siedzac w namiocie, spozywali polewke piwna, gesto okraszona kostkami sera i rozmawiali o trudach minionej nocy z tym zadowoleniem, z jakim zolnierze rozmawiaja o 'swiezym zwyciestwie.

M'oj obyczaj jest kla's'c sie o wieczornym udoju, a wstawa'c o rannym, jako czynili starozytni m'owil pan Zagloba ale na wojnie trudno! 'Spisz, kiedy mozesz, wstajesz, kiedy cie budza. To mnie jeno gniewa, ze dla takiego talalajstwa musimy sie inkomodowa'c[3005]. Ale trudno! Takie czasy! Zaplacili'smy im tez za to wczoraj. Zeby tak jeszcze z pare razy podobny poczestunek dostali, odechcialoby sie im nas budzi'c.

Nie wiesz wa'cpan, czy sila[3006] naszych poleglo? pytal Podbipieta.

I! Niewielu; jak to zawsze bywa, ze oblegajacych zawsze wiecej ginie niz oblezonych. Wa'cpan sie na tym nie znasz tak jak ja, bo's tyle wojny nie zazywal, ale my, starzy praktycy, nie potrzebujemy trupa liczy'c, bo z samej bitwy umiemy wymiarkowa'c.

Przyucze sie i ja przy wa'cpanach rzekl ze slodycza pan Longinus.

Pewnie, ze tak, jezeli tylko dowcip wa'cpanu dopisze, czego sie nie bardzo spodziewam.

Dajze wa'cpan spok'oj ozwal sie Skrzetuski. Przecie nie pierwsza to wojna dla pana Podbipiety, a daj Boze najlepszym rycerzom tak stawa'c, jak on wczoraj.

Robilo sie, co moglo odrzekl Litwin nie tyle, ile by sie chcialo.

Owszem! Owszem! wcale nie'zle wa'cpan stawale's m'owil protekcjonalnie Zagloba a ze cie inni przewyzszyli (tu poczal was podkreca'c do g'ory), to nie twoja wina.

Litwin sluchal ze spuszczonymi oczyma i westchnal, marzac o przodku Stowejce i o trzech glowach.

W tej chwili skrzydlo namiotu uchylilo sie i wszedl ra'zno pan Michal, wesoly jak szczygiel w pogodny ranek.

No! To'smy w kupie! zawolal pan Zagloba. Dajcieze mu piwa!

Maly rycerz u'scisnal rece trzem towarzyszom i rzekl:

Zeby'scie wa'cpa'nstwo wiedzieli, ile kul lezy na majdanie, to przechodzi imainacje[3007]! Nie przejdziesz, zeby's sie nie potknal.

Widzialem i ja to odrzekl Zagloba bom tez, wstawszy, przeszedl sie kes po obozie. Przez dwa lata kury w calym powiecie lwowskim tyle jaj nie nanosza. Ej, zeby to tak byly jaja, dopiero by'smy uzywali na jajecznicy! A trzeba wa'cpanom wiedzie'c, ze ja za miske jajecznicy najwiekszy specjal oddam. Zolnierska we mnie natura, tak jak i w was. Zjem chetnie co dobrego, byle duzo. Dlatego tez i do bitwy skorszy jestem od dzisiejszych mlodzik'ow piecuch'ow, co to nieculki ulegalek[3008] nie zje, zeby sie zaraz za zywot nie trzymal.

No! Ale's sie wa'cpan wczoraj z Burlajem popisal! rzekl maly rycerz. Burlaja tak 'scia'c ho! ho! Nie spodziewalem sie tego po wa'cpanu. Toz to przeciez byl rycerz przeslawny na cala Ukraine i Turecczyzne.

Co? Ha! rzekl z zadowoleniem Zagloba. Nie pierwszyzna mi to, nie pierwszyzna, panie Michale. Widze, szukali'smy sie wszyscy w korcu maku, ale tez i dobrali'smy sie we czterech tak, ze takiej czw'orki w calej Rzeczypospolitej nie znajdziesz. Dalib'og, z wa'cpanami i z ksieciem naszym na czele ruszylbym samopiet[3009], cho'cby na Stambul. Bo uwazcie tylko: pan Skrzetuski zabil Burdabuta, a wczoraj Tuhaj-beja...

Tuhaj-bej nie zabit przerwal porucznik sam czulem, ze mi sie ostrze zwinelo; p'o'zniej tez zaraz nas rozdzielili.

Wszystko jedno rzekl Zagloba nie przerywaj, panie Janie. Pan Michal usiekl w Warszawie Bohuna, jake'smy ci to m'owili...

Lepiej by's wa's'c nie wspominal rzekl Litwin.

Co sie wym'owilo, to sie wym'owilo odparl Zagloba. Cho'c wolalbym byl nie wspomina'c, ale ide dalej... ot'oz pan Podbipieta z Myszykiszek zdusil owego Puljana, a ja Burlaja. Nie zamilcze wszelako wa'cpa'nstwu, ze oddalbym tamtych wszystkich za jednego Burlaja i ze pono najciezsza mialem robote. Diabel to byl, nie Kozak, co? Zebym tak mial syn'ow legitime natos[3010], piekne bym im imie zostawil. Ciekawym tylko, co kr'ol jegomo's'c i sejmy na to powiedza, jak nas nagrodza, nas, kt'orzy sie siarka i saletra wiecej niz czym innym zywimy.

Byl wiekszy od nas wszystkich rycerz rzekl pan Longinus a nazwiska jego nikt nie wie i nie pamieta.

A to ciekawym, kto taki? Chyba w starozytno'sci? rzekl urazony Zagloba.

Nie w starozytno'sci, ale, brate'nku, ten, kt'ory kr'ola Gustawa Adolfa pod Trzcianna razem z koniem obalil i w jasyr[3011] wzial rzekl Litwin.

A ja slyszalem, ze bylo to pod Puckiem wtracil pan Michal.

Wszelako kr'ol mu sie wyrwal i zbiegl rzekl Skrzetuski.

Tak jest! Wiem ja co's o tym m'owil przymykajac oko pan Zagloba bom wtedy wla'snie pod panem Koniecpolskim, ojcem chorazego, sluzyl... wiem ja co's o tym! Modestia[3012] to nie pozwala onemu rycerzowi powiedzie'c swego nazwiska i dlatego nikt go nie wie. Chociaz, wierzcie w to, co powiem: Gustaw Adolf wielkim byl wojownikiem, prawie panu Koniecpolskiemu r'ownym, ale w pojedynczym spotkaniu z Burlajem ciezsza byla robota ja wam to m'owie!

To niby znaczy, ze's to wa'cpan powalil Gustawa Adolfa? pytal Wolodyjowski.

Albozem ci sie pochwalil, panie Michale?... niech tam to juz zostanie w niepamieci mam ja sie z czym i dzi's pochwali'c: co bede dawne czasy wspominal!... Strasznie to piwsko burczy w zywocie a im wiecej w nim sera, tym wiecej burczy. Wole winna polewke cho'c chwala Bogu i za to, co jest, bo wkr'otce moze i tego nie starczy... Ksiadz Zabkowski mnie m'owil, ze pono's[3013] wiwendy skapo, a on sie tym bardzo niepokoi, bo ma brzuch jak gumno. Setny to bernardyn! Okrutniem go polubil. Wiecej w nim zolnierza niz mnicha. Kiedy by kogo w pysk trzasnal, to cho'c zaraz trumne zamawiaj.

Ale rzekl maly rycerz nie m'owilem tez wa'cpa'nstwu, jak grzecznie poczynal sobie tej nocy ksiadz Jask'olski. Usadowil sie w onym narozniku, w tej srogiej wiezy po prawej stronie zamku i patrzyl na bitwe. A trzeba wiedzie'c, ze on okrutnie z guldynki[3014] strzela. Powiada tedy do Zabkowskiego: Nie bede do Kozak'ow strzelal, bo zawsze'c to chrze'scijanie, cho'c Bogu dyzgusta[3015] czynia; ale do Tatar'ow (powiada) nie wytrzymam! i jak jal dmucha'c, tak ich podobno co's z p'ol kopy[3016] przez cala bitwe popsowal[3017].

Zeby to wszystko duchowie'nstwo bylo takie! westchnal Zagloba. Ale nasz Muchowiecki to jeno rece ku niebu wznosi, a placze, ze sie tyle krwi chrze'scija'nskiej leje.

Daj wa's'c pok'oj rzekl powaznie Skrzetuski. Ksiadz Muchowiecki 'swiety ksiadz i w tym masz najlepszy dow'od, ze cho'c on nie starszy od tamtych dw'och, przecie glowy przed jego zacno'scia schylaja.

Nie tylko ja tez nie neguje jego 'swiatobliwo'sci odparl Zagloba ale my'sle, ze i samego chana potrafilby nawr'oci'c. Oj, mo'sci panowie! Musi sie tam jego cha'nska mo's'c sierdzi'c, az wszy na nim koziolki ze strachu przewracaja! Jezeli przyjdzie z nim do uklad'ow, pojade i ja z komisarzami. Znamy sie z dawna i niegdy's wielce mnie milowal. Moze tez sobie przypomni.

Do uklad'ow Janickiego pewnie wybiora, bo on po tatarsku, tak jak po polsku m'owi rzekl Skrzetuski.

I ja tak samo, a z murzami znamy sie jak lyse konie. C'orki mi swoje chcieli w Krymie oddawa'c, zeby sie potomstwa pieknego doczeka'c, a zem to byl mlody i pakt'ow konwent'ow[3018] nie zawieralem ze swoja niewinno'scia, jako im'c Podbipieta z Myszykiszek, wiecem tam sila[3019] figl'ow naplatal.

Slucha'c hadko[3020]! rzekl pan Longinus spuszczajac oczy.

A wa'cpan to jako szpak wyuczony; jedno w k'olko powtarza. Wida'c, ze bo'cwinkowie[3021] mowy ludzkiej dobrze jeszcze nie umieja.

Dalszy ciag rozmowy przerwal gwar dochodzacy z zewnatrz namiotu wiec rycerze wyszli zobaczy'c, co sie dzieje. Mn'ostwo zolnierzy stalo na okopie, spogladajac na okolice, kt'ora w ciagu nocy zmienila sie znacznie i jeszcze w oczach sie zmieniala. Kozacy r'owniez nie pr'oznowali od czasu ostatniego szturmu, ale sypali sza'nce, zaciagali na nie dziala tak dlugie i dono'sne, jakich nie bylo w polskim obozie, porozpoczynali poprzeczne, wezowato idace fosy, aprosze[3022]; z daleka wydawaly sie te nasypy jak tysiace olbrzymich kretowisk. Cala pochyla r'ownina byla nimi pokryta, 'swiezo skopana ziemia czernila sie wszedzie miedzy zielono'scia i wszedy mrowilo sie od pracujacego ludu. Na pierwszych walach migotaly takze krasne czapki molojc'ow.

Ksiaze stal takze na okopie w towarzystwie starosty krasnostawskiego i pana Przyjemskiego. Ponizej kasztelan belski pogladal przez perspektywe[3023] na roboty kozackie i m'owil do podczaszego koronnego:

Nieprzyjaciel rozpoczyna regularne oblezenie. Widze, ze trzeba nam bedzie obrony w okopie po niecha'c i do zamku sie przenie's'c.

Doslyszal te slowa ksiaze Jeremi i rzekl pochylajac sie z g'ory ku kasztelanowi:

Niechze nas B'og od tego broni, bo dobrowolnie jakoby w potrzask by'smy le'zli. Tu nam zy'c albo umiera'c.

Takie i moje zdanie, cho'cbym mial co dzie'n jednego Burlaja zabija'c wtracil pan Zagloba. Protestuje imieniem calego wojska przeciw zdaniu ja'snie wielmoznego kasztelana belskiego.

To do wa'sci nie nalezy! rzekl ksiaze.

Cicho wa's'c! szepnal Wolodyjowski ciagnac szlachcica za rekaw.

Wygnieciemy ich w tych zakrywkach jako krety m'owil Zagloba a ja wasza ksiazeca mo's'c prosze, aby mnie pierwszemu pozwolil i's'c z wycieczka. Znaja oni mnie juz dobrze, poznaja jeszcze lepiej.

Z wycieczka?... rzekl nagle ksiaze i zmarszczyl brwi. Czekaj no wa's'c... noce z wieczora bywaja ciemne...

Tu zwr'ocil sie do starosty krasnostawskiego, do pana Przyjemskiego i do regimentarzy.

Prosze waszmo's'c pan'ow na rade rzekl.

I zstapil z okopu, a za nim udala sie cala starszyzna.

Na milo's'c boska, co wa'cpan czynisz? m'owil Wolodyjowski do Zagloby. C'oz to? Sluzby i dyscypliny nie znasz, ze do rozmowy starszych sie mieszasz? Ksiaze laskawy pan, ale w czasie wojny nie ma z nim zart'ow.

Nic to, panie Michale! odrzekl Zagloba. Pan Koniecpolski, ojciec, srogi byl lew, a na moich radach sila[3024] polegal i niech mnie dzi's wilcy zjedza, jezeli nie dlatego po dwakro'c pogromil Gustawa Adolfa. Umiem ja z panami gada'c! Albo i teraz! zauwazyle's, jak ksiaze obstupuit[3025], gdym mu wycieczke doradzil? Jezeli B'og da wiktorie, czyja bedzie zasluga co? twoja?

W tej chwili zblizyl sie Za'cwilichowski.

A co? Ryja! Ryja jak 'swinie! rzekl ukazujac na pole.

Wolalbym, zeby to byly 'swinie odpowiedzial Zagloba bo kielbasy by nam tanio wypadly, a ich padlo i dla ps'ow sie nie przygodzi. Dzi's juz musieli zolnierze kopa'c studnie w kwaterach pana Firleja, gdyz we wschodnim stawie od trup'ow wody nie zna'c. Nad ranem z'ol'c w psubratach popekala i wszyscy splyneli. Jak przyjdzie piatek, nie bedzie mozna ryb je's'c, bo miesem karmione.

Prawda jest rzecze Za'cwilichowski starym zolnierz, a tyle trupa dawnom nie widzial, chyba pod Chocimiem[3026] przy szturmach janczarskich[3027] na nasz ob'oz.

Zobaczysz go waszmo's'c jeszcze wiecej ja to waszmo'sci m'owie!

My'sle, ze dzi's wieczorem albo jeszcze i przed wieczorem znowu do szturmu rusza.

A ja powiadam, ze do jutra zostawia nas w spokoju.

Ledwie pan Zagloba sko'nczyl m'owi'c, gdy na sza'ncach kozackich wykwitly dlugie biale dymy i kule z szumem przelecialy nad okopem.

Masz wa's'c! rzekl Za'cwilichowski.

Ba! Sztuki wojennej nie znaja! odparl Zagloba.

Stary Za'cwilichowski mial jednak sluszno's'c. Chmielnicki rozpoczal regularne oblezenie, poprzecinal wszystkie drogi, wyj'scia, odjal pasze, sypal aprosze i sza'nce, podkopywal sie wezownicami pod ob'oz, ale szturm'ow nie poniechal. Postanowil on nie da'c spokoju oblezonym, nuzy'c ich, straszy'c, trzyma'c w ustawicznej bezsenno'sci i neka'c dop'oty, dop'oki bro'n nie wypadnie z ich rak zesztywnialych. Wiec wieczorem znowu uderzyl na kwatery Wi'sniowieckiego z nie lepszym jak poprzedniego dnia skutkiem, tym bardziej ze i molojcy nie szli juz z taka ochota. Nastepnego dnia ogie'n nie ustawal ani na chwile. Wezownice tak juz byly bliskie, ze i reczna strzelba donosila do wal'ow; przykrywki ziemne dymily jak male wulkany od rana do wieczora. Nie byla to walna bitwa, ale nieustajaca szarpanina. Oblezeni wypadali niekiedy z wal'ow, a w'owczas przychodzilo do szabel, cep'ow, kos i wl'oczni. Ale zaledwie wygnieciono jednych molojc'ow, natychmiast przykrywki napelnialy sie nowym ludem. Zolnierz przez caly dzie'n nie mial ani chwili odpoczynku, a gdy nadszedl upragniony zach'od slo'nca, rozpoczal sie nowy szturm generalny o wycieczce nie bylo co i my'sle'c.

W nocy 16 lipca uderzyli dwaj dzielni pulkownicy, Hladki i Nebaba, na kwatery ksiazece i ponie'sli zn'ow straszna kleske. Trzy tysiace najdzielniejszych molojc'ow leglo na placu reszta, goniona przez staroste krasnostawskiego, uciekla w najwiekszym poplochu do taboru, rzucajac bro'n i rogi z prochem. R'owniez niefortunny koniec spotkal i Fedore'nka, kt'ory korzystajac z gestej mgly o malo na 'switaniu nie wzial miasta. Odparl go pan Korf na czele Niemc'ow, a pan starosta krasnostawski i pan chorazy Koniecpolski wybili prawie do szczetu w ucieczce.

Lecz nic to bylo wszystko w por'ownaniu z okropna nawala, jaka dnia 19 lipca rozpetala sie nad okopem. Uprzedniej nocy wysypali Kozacy naprzeciw kwater Wi'sniowieckiego wysoki wal, z kt'orego armaty wielkiego kalibru zialy nieustannym ogniem, gdy za's dzie'n minal i pierwsze gwiazdy zablysly na niebie, dziesiatki tysiecy ludzi ruszyly do ataku. Jednocze'snie w dali ukazalo sie kilkadziesiat straszliwych machin, podobnych do wiez, kt'ore toczyly sie z wolna ku okopowi. Po bokach ich wznosily sie na ksztalt potwornych skrzydel mosty, kt'ore przez fosy miano przerzuca'c a szczyty dymily, 'swiecily i huczaly wystrzalami lekkich dzialek, rusznic i samopal'ow. Szly te wieze miedzy mrowiem gl'ow jakby olbrzymi pulkownicy to czerwieniac sie w ogniu armat, to niknac w dymie i ciemno'sci. Zolnierze ukazywali je sobie z daleka, szepcac:

To hulaj-horodyny! Nas to Chmielnicki bedzie mell w tych wiatrakach.

Patrzcie, jak sie tocza z hukiem, rzeklby's: grzmoty!

Z armat do nich! Z armat! wolali inni.

Jakoz puszkarze ksiazecy posylali kule za kula, granat za granatem ku straszliwym machinom, ale ze wida'c je bylo w'owczas tylko, gdy wystrzaly rozdarly ciemno's'c, wiec kule mijaly je najcze'sciej.

Tymczasem zbita masa kozactwa naplywala coraz blizej, jak czarna fala plynaca noca z dalekiej morskiej przestrzeni.

Uf! m'owil pan Zagloba stojac wraz z jazda przy Skrzetuskim goraco mi jak nigdy w zyciu! Noc taka parna, ze suchej nitki na mnie nie ma. Diabli nadali te machiny! Sprawze, Boze, zeby sie ziemia pod nimi rozstapila, bo juz mi ko'scia w gardle stoja te lajdaki... amen! Ni zje's'c, ni sie wyspa'c... psi w lepszych kondycjach[3028] od nas zyja! Uf! Jak parno!

Rzeczywi'scie powietrze bylo ciezkie i parne, a do tego przesycone wyziewami trup'ow gnijacych od kilku dni na calym pobojowisku. Niebo przyslonilo sie czarna i niska opona chmur. Burza wisiala nad Zbarazem. Zolnierzom pod zbrojami pot oblewal cialo, a piersi oddychaly z wysileniem.

W tej chwili bebny poczely warcze'c w ciemno'sciach.

Juz zaraz uderza! rzekl Skrzetuski. Slyszysz wa's'c? bebnia.

Slysze. Zeby w nich diabli bebnili! Czysta desperacja!

Koli! Koli[3029]! zawrzasly tlumy rzucajac sie ku okopom.

Bitwa zawrzala na calej dlugo'sci okopu. Uderzono jednocze'snie na Wi'sniowieckiego, na Lanckoro'nskiego, na Firleja i Ostroroga, aby jeden drugiemu nie m'ogl przychodzi'c z pomoca. Kozactwo, spojone gorzalka, szlo jeszcze zacieklej niz w czasie poprzednich szturm'ow, ale tym dzielniejszy napotykalo op'or. Duch bohaterski wodza ozywial zolnierzy; gro'zne piechoty kwarciane zlozone z chlop'ow mazurskich zbily sie tak z kozactwem, ze pomieszaly sie z nim zupelnie. Walczono tam na kolby, pie'sci i zeby. Pod razami zawzietych Mazur'ow leglo kilkuset najpyszniejszej piechoty zaporoskiej, ale wnet nowe tlumy zalaly ich zupelnie. Bitwa na calej linii stawala sie coraz zazartsza. Rury muszkiet'ow palily rece zolnierzy, tchu im braklo, starszy'znie glos zamarl w gardzieli od wrzask'ow komendy. Starosta krasnostawski i Skrzetuski wypadli zn'ow z jazda i zajezdzali z boku Kozak'ow, tratujac cale pulki i plawiac sie we krwi.

Godzina uplywala za godzina i szturm nie ustawal, bo straszliwe luki w szeregach kozackich Chmielnicki w jednym mgnieniu oka zapelnial nowymi silami. Tatarzy dopomagali wrzaskiem, puszczajac zarazem chmury strzal na broniacych sie zolnierzy; niekt'orzy, stojac w tyle czerni, zaganiali ja do szturmu batami z byczego surowca[3030]. W'scieklo's'c walczyla z w'scieklo'scia, pier's uderzala o pier's maz wiazal sie w u'scisku 'smiertelnym z mezem...

I tak walczyli, jak walcza rozhukane fale morskie z wyspa skalista.

Nagle ziemia zatrzesla sie pod nogami wojownik'ow, a cale niebo stanelo w sinym ogniu, jakby juz B'og nie m'ogl dluzej patrzy'c na okropno'sci ludzkie. Loskot straszliwy zgluszyl wrzaski ludzkie i huk armat. To artyleria niebieska rozpoczela teraz straszliwa kanonade. Grzmoty roztaczaly sie od wschodu na zach'od. Zdawalo sie, ze to niebo wraz z chmurami peklo i wali sie na glowy walczacych. Chwilami 'swiat caly wygladal jak jeden plomie'n, chwilami 'sleplo wszystko od ciemno'sci i zn'ow czerwone zygzaki grom'ow rozdzieraly czarna opone. Wicher uderzyl raz i drugi, zerwal tysiace czapek, proporc'ow, choragwi i rozmi'otl je w mgnieniu oka po pobojowisku. Pioruny poczely wali'c jeden za drugim potem nastapil chaos grzmot'ow, blyskawic, wichru, ognia i ciemno'sci niebo sie w'scieklo, jak ludzie.

Niepamietna burza rozszalala sie nad miastem, zamkiem, okopami i taborem. Bitwa zostala przerwana. Na koniec upusty niebieskie rozwarly sie i nie strugi, ale potoki dzdzu poczely la'c na ziemie. Fala przyslonila 'swiat: o krok naprz'od nie bylo nic wida'c. Trupy w fosie splynely. Pulki kozackie, porzuciwszy szturm, biegly jedne za drugimi ku taborowi, szly na o'slep, spotykaly sie ze soba i sadzac, ze to nieprzyjaciel je goni, rozpraszaly sie w ciemno'sci; za nimi, topiac sie i przewracajac, umykaly armaty, amunicje, wozy. Woda porozrywala roboty ziemne kozackie, szumiala w rowach i wezownicach, wciskala sie w nakrywki ziemne, lubo[3031] ubezpieczono je rowami, i biegla z szumem po r'owninie, jakby goniac uciekajacych molojc'ow.

Deszcz walil coraz wiekszy. Piechoty w okopie umknely z wal'ow, szukajac pod namiotami schronienia, tylko dla jazdy starosty krasnostawskiego i Skrzetuskiego nie przychodzil rozkaz odwrotu. Stali wiec jeden przy drugim jakoby w jeziorze, strzasajac z siebie wode. Tymczasem burza poczela z wolna przechodzi'c. Po p'olnocy deszcz wreszcie ustal. Miedzy przerwami chmur tu i owdzie zablysly gwiazdy. Uplynela jeszcze godzina i woda troche spadla. W'owczas przed choragwia Skrzetuskiego ukazal sie niespodzianie sam ksiaze.

Mo'sci panowie spytal a ladownice wam nie zamokly?

Suche, mo'sci ksiaze! odpowiedzial Skrzetuski.

To dobrze! Zsia's'c mi z koni, ruszy'c przez wode ku onym beluardom, podsypa'c je prochem i zapali'c. A cicho mi i's'c! Pan starosta krasnostawski p'ojdzie z wami.

Wedlug rozkazu! odpowiedzial Skrzetuski.

Wtem ksiaze dojrzal mokrego pana Zaglobe.

Wa's'c sie prosile's na wycieczke ruszajze teraz! rzekl.

Masz, diable, kubrak! mruknal pan Zagloba. Tego jeszcze brakowalo!

W p'ol godziny potem dwa oddzialy rycerzy po dwie'scie pie'cdziesiat ludzi, brodzac po pas w wodzie, biegly z szablami w reku ku owym straszliwym hulaj-horodynom kozackim, stojacym o p'ol staja od okopu. Jeden oddzial wi'odl lew nad lwy, pan starosta krasnostawski, Marek Sobieski, kt'ory ani chcial slysze'c o pozostaniu w okopie, drugi Skrzetuski. Czelad'z niosla za rycerzami ma'znice ze smola, suche pochodnie i prochy, a oni szli cicho jak wilcy skradajacy sie ciemna noca ku owczarni.

Maly rycerz przylaczyl sie na ochotnika do Skrzetuskiego, bo kochal pan Michal takie wyprawy nad zycie dreptal wiec teraz po wodzie majac rado's'c w sercu, a szable w dloni; obok postepowal pan Podbipieta z golym Zerwikapturem, widny miedzy wszystkimi, bo o dwie glowy od najwyzszych wyzszy; a miedzy nimi nadazal sapiac pan Zagloba i mruczal z nieukontentowaniem, przedrze'zniajac slowa ksiazece:

Chcialo ci sie wycieczki ruszaj teraz! Dobrze! Psu by sie nie chcialo i's'c na wesele przez taka wode. Jezelim doradzal wycieczke w taki czas, to niech nigdy w zyciu nic pr'ocz wody nie pije! Ja nie kaczka, a m'oj brzuch nie cz'olno. Zawsze mialem abominacje[3032] do wody, a c'oz dopiero do takiej, w kt'orej chlopska padlina moknie...

Cicho wa's'c! rzekl pan Michal.

Wa's'c sam cicho! Nie wiekszy's od kielbia[3033] i umiesz plywa'c, to ci latwo. Powiem nawet, ze niewdziecznie to ze strony ksiecia, zeby mi jeszcze po zabiciu Burlaja nie da'c spokoju. Do's'c juz Zagloba zrobil, niech jeno kazdy tyle zrobi, a Zaglobie dajcie spok'oj, bo pieknie bedziecie wygladali, jak go nie stanie! Na Boga! Jezeli wpadne w jaka dziure, wyciagnijcieze mnie, wa'cpanowie, za uszy, bo sie zaraz zaleje.

Cicho wa's'c! rzekl Skrzetuski. Kozacy tam siedza, w tych ziemnych zakrywkach, jeszcze cie uslysza.

Gdzie? Co wa'cpan gadasz?

A tam, w onych kopcach pod darnia.

Tego jeszcze brakowalo! Niechze to jasne pioruny zatrzasna!

Reszte sl'ow stlumil pan Michal polozywszy Zaglobie dlo'n na ustach, bo zakrywki byly juz ledwie o pie'cdziesiat krok'ow odlegle. Szli wprawdzie cicho rycerze, ale woda chlupotala im pod nogami; szcze'sciem deszcz znowu zaczal pada'c i szum jego gluszyl stapania.

Strazy przy zakrywkach nie bylo. Kt'oz bowiem spodziewalby sie wycieczki po szturmie i po takiej burzy, kt'ora jakby jeziorem rozdzielila walczacych.

Pan Michal z panem Longinem skoczyli naprz'od i pierwsi doszli do kopca. Maly rycerz pu'scil szable na sznurek, zlozyl dlonie do ust i poczal wola'c:

Hej, ludy[3034]!

A szczo[3035]? ozwaly sie ze 'srodka glosy molojc'ow, widocznie przekonanych, ze to kto's od tabor'ow kozackich przychodzi.

Slawa Bohu! odrzekl Wolodyjowski a pu's'ccie no!

A to nie wiesz, jak wej's'c?

Wiem juz! odrzekl Wolodyjowski i zmacawszy wej'scie skoczyl do 'srodka.

Pan Longinus z kilku innymi runal za nim.

W tej chwili wnetrze pokrywki zabrzmialo przera'zliwym wyciem ludzkim jednocze'snie rycerstwo, wydawszy okrzyk, rzucilo sie ku innym kopcom. W ciemno'sci rozlegly sie jeki, szczek zelaza, gdzieniegdzie przebiegaly jakie's ciemne postacie, inne padaly na ziemie, czasem huknal wystrzal ale wszystko razem nie trwalo dluzej jak kwadrans. Molojcy, zaskoczeni po najwiekszej cze'sci w 'snie glebokim, nie bronili sie nawet i wygnieciono ich wszystkich, zanim zdolali za bro'n chwyci'c.

Do hulaj-grod'ow! Do hulaj-grod'ow! rozlegl sie glos starosty krasnostawskiego.

Rycerstwo rzucilo sie ku wiezom.

Pali'c od 'srodka, bo z wierzchu mokre! zagrzmial Skrzetuski.

Ale rozkaz nielatwy byl do wykonania. W wiezach budowanych z bierwion sosnowych nie bylo ani drzwi, ani zadnego otworu. Strzelcy kozaccy wchodzili na nie po drabinach, dziala za's, poniewaz mogly sie mie'sci'c tylko mniejsze, wciagano na powrozach. Rycerze biegali wiec czas jaki's naokolo, pr'ozno siekac szablami belki lub szarpiac rekoma za wegly.

Na szcze'scie czelad'z miala siekiery; poczeto raba'c. Starosta krasnostawski kazal tez podklada'c puszki z prochem umy'slnie na ten cel przygotowane. Pozapalano ma'znice ze smola, jak r'owniez pochodnie i plomie'n poczal liza'c mokre, lecz przesiakniete zywica bierwiona.

Zanim jednakze zajely sie bierwiona, zanim prochy wybuchly, pan Longinus schylil sie i podni'osl ogromny glaz wydobyty z ziemi przez Kozak'ow.

Czterech najtezszych z ludu mocarzy nie ruszyloby go z miejsca, lecz on kolysal nim w poteznych rekach i tylko przy 'swietle ma'znic wida'c bylo, ze krew wystapila mu na twarz. Rycerze oniemieli z podziwu.

To Herkules! Niechze go kule bija! wolali wznoszac rece do g'ory.

Tymczasem pan Longinus zblizyl sie do nie podpalonej jeszcze beluardy, przechylil sie w tyl i pu'scil kamie'n w sam 'srodek 'sciany.

Obecni az pochylili glowy, tak glaz huczal. Pekly od ciosu zaraz spojenia; rozlegl sie trzask, wieza roztwarla sie jak zlamane podwoje i runela z loskotem.

Stos drzewa polano smola i podpalono w jednej chwili.

Po niejakim czasie kilkadziesiat olbrzymich plomieni o'swiecilo cala r'ownine. Deszcz padal ciagle, ale ogie'n przem'ogl go i palily sie te beluardy z podziwem obu wojsk, jako ze w dzie'n tak mokry.

Skoczyli na pomoc z kozackiego taboru Stepka, Kulak i Mrozowicki, kazdy na czele kilku tysiecy molojc'ow, i pr'obowali gasi'c pr'ozno! Slupy ognia i czerwonego dymu strzelaly coraz potezniej ku niebu, odbijajac sie w jeziorkach i kaluzach, kt'orych burza naczynila na pobojowisku.

Tymczasem rycerze wracali w 'sci'snietych szeregach do okopu, gdzie z daleka juz witano ich radosnymi okrzykami.

Nagle Skrzetuski obejrzal sie naokolo, rzucil okiem w glab szeregu i krzyknal grzmiacym glosem:

St'oj!

Pana Longina i malego rycerza nie bylo miedzy wracajacymi.

Widocznie, uniesieni zapalem, zbyt dlugo zabawili sie przy ostatniej beluardzie, a moze odnale'zli gdzie zatajonych jeszcze molojc'ow, do's'c, iz widocznie nie spostrzegli odwrotu.

Naprz'od! skomenderowal Skrzetuski.

Starosta krasnostawski, idac na drugim ko'ncu szeregu, nie rozumial, co zaszlo, i biegl pyta'c gdy w tejze chwili obaj pozadani rycerze ukazali sie, jakby spod ziemi wyro'sli, na p'ol drogi miedzy beluardami a rycerstwem.

Pan Longinus z blyszczacym Zerwikapturem w reku stapal olbrzymimi krokami, a przy nim biegl klusem pan Michal. Obaj glowy mieli zwr'ocone ku goniacym ich na ksztalt zgrai ps'ow molojcom.

Przy czerwonej lunie pozaru wida'c bylo cala gonitwe doskonale. Rzeklby's: olbrzymia losza[3036] uchodzi przed gromada strzelc'ow ze swoim malym, gotowa w kazdej chwili rzuci'c sie na napastnik'ow.

Zgina! Na milosierdzie boskie, predzej! krzyczal rozdzierajacym glosem pan Zagloba ustrzela ich z luk'ow albo z piszczeli[3037]! Na rany Chrystusa, predzej!

I nie baczac na to, ze nowa bitwa moze sie za chwile zawiaza'c, lecial z szabla w reku razem ze Skrzetuskim i innymi na pomoc, utykal, przewracal sie, podnosil, sapal, krzyczal, trzasl sie caly i gnal resztkami n'og i tchu.

Jednakze molojcy nie strzelali, bo samopaly zamokly, a cieciwy luk'ow rozmiekly wiec nacierali jeno coraz blizej. Kilkunastu ich wysforowalo sie naprz'od i juz, juz mieli dobiec, ale w'owczas obaj rycerze zwr'ocili sie ku nim jak ody'nce i wydawszy krzyk okropny wznie'sli szable do g'ory. Kozacy staneli w miejscu. Pan Longinus ze swym olbrzymim mieczem wydawal im sie jaka's nadprzyrodzona istota.

I jako dwa bure wilki zbyt napierane przez ogary odwr'oca sie i blysna bialymi klami, a psiarnia, skomlac z dala, nie 'smie sie na nie rzuci'c, tak i oni odwracali sie po kilkakro'c i za kazdym razem biegnacy na przedzie stawali na miejscu. Raz tylko pu'scil sie ku nim jeden, widocznie 'smielszej natury, z kosa w reku; ale pan Michal skoczyl jak zbik ku niemu i ukasil go na 'smier'c. Reszta czekala na innych, kt'orzy nadchodzili biegiem gesta lawa.

Lecz i szereg rycerzy byl coraz blizszy, a pan Zagloba lecial z szabla nad glowa, krzyczac nieludzkim glosem:

Bij! Morduj!

Wtem huknelo z okop'ow i granat, chychoczac jak puszczyk, zakre'slil czerwony luk na niebie i upadl w 'sci'snieta lawice; za nim drugi, trzeci, dziesiaty. Zdawalo sie, ze bitwa rozpoczyna sie na nowo.

Kozakom az do oblezenia Zbaraza nie znane byly tego rodzaju pociski i po trze'zwemu bali sie ich najwiecej, widzac w nich czary Jaremy wiec lawica wstrzymala sie w jednej chwili, potem pekla na dwoje, a razem pekly i granaty roznoszac postrach, 'smier'c i zniszczenie.

Spasajtes[3038]! Spasajtes! rozlegly sie przerazone glosy.

I pierzchlo wszystko, a tymczasem pan Longinus i maly rycerz wpadli w zbawczy szereg husarzy.

Zagloba rzucal sie to jednemu, to drugiemu na szyje, calowal ich po policzkach i oczach. Rado's'c dlawila go, a on ja tlumil, nie chcac miekkiego serca okaza'c i wolal:

Ha, skurczybyki! Nie powiem, zebym was milowal, ale sie o was balem! Bodaj was byli usiekli! Tak to sluzbe znacie, ze na tylach zostajecie! Warto by was ko'nmi po majdanie za nogi powlec! Pierwszy powiem ksieciu, by wam poenam[3039] obmy'slil... Chod'zmy teraz spa'c... Chwala Bogu i za to! Szcze'scie tych psubrat'ow, ze przed granatami uciekli, bo bylbym ich naszatkowal jak kapusty. Wole sie bi'c niz patrzy'c spokojnie, jak znajomi gina. Musimy dzisiaj podpi'c! Chwala Bogu i za to! Juz my'slalem, ze wam obum requiem[3040] jutro za'spiewamy. Ale zaluje, ze spotkania nie bylo, bo mnie reka okrutnie 'swierzbi, cho'c w nakrywkach dalem im bobu z cebula.


Rozdzia l XXIV | Ogniem i mieczem | Rozdzia l XXVI