Book: Obraz zła



Diehl William





Obraz zła



Tytuł oryginału : Show of Evil


Tłumaczyli : Jan Zakrzewski i Ewa Krasnodębska




Adresatami dedykacji są:

Shani, za jej wspaniały charakter,

Shakes, wuj Dan, obaj Michaelowie,

Buddy i Brett oraz po wsze czasy

Wirginia.




Bo w sądach naszych gdzież jest tak zła sprawa,

Która by, słodkim okraszona słówkiem,

Wad swych nie skryła?



William Szekspir

„Kupiec Wenecki”

akt 3, scena 2

przekład Leon Ulrich

Prolog


Miasteczko Gideon w stanie Illinois, biblijne nazwą i temperamentem, rozsiadło się blisko styku stanów Indiana i Kentucky, na skraju pasma Gór Błękitnych. Zachodnią jego granicę stanowi rzeczka, a raczej strumyk Wahoo, podczas gdy od południa i wschodu rozpoczynają się wzniesienia Appalachów. Pierwsza osada powstała tu w połowie dziewiętnastego wieku, założona przez garstkę farmerów wygnanych z południa przez rozpełzające się miasta Środkowego Zachodu, wkraczającą wszędzie kolej, no i przez surowe zimy. Wkrótce po pierwszych osadnikach przybył kaznodzieja o gorejącym spojrzeniu, Abraham Gideon z mormońskiego Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych Dnia Ostatniego. Przyprowadził gromadkę wiernych, którzy odbili się od głównego nurtu mormonów Brighama Younga. Nowo przybyłym podobało się to, co zobaczyli, i zostali na zawsze. W spadku Gideon obdarował miasteczko nazwą i surowym kodeksem moralnym, który przetrwał blisko sto pięćdziesiąt lat.

Teraz miejscowość ma dwa tysiące i coś tam jeszcze obywateli, w znakomitej większości ciężko pracujących konserwatystów, w tym licznych potomków mormonów. Miasteczko daje sobie jakoś radę i interesuje się wyłącznie sobą. Zabudowa jest prosta, w surowym stylu, ulice brukowane tylko tam, gdzie zaistniała absolutna konieczność. Handlowe centrum jest malutkie, a sklepiki małe i wyłącznie z tym, co jest nieodzowne. Rada miejska zbiera się w świątyni baptystów, największym budynku miasteczka.

Jedyny przedstawiciel przemysłu motoryzacyjnego sprzedaje Fordy i maszyny rolnicze. Pojawienie się w Gideon samochodu marki zagranicznej jest równie możliwe, jak powstanie z grobu Ma Moses w celu przebiegnięcia przez miasteczko w niedzielę rano, zupełnie nago.

Rada miejska, prawdziwa kolekcja upartych jak osły zrzęd, dyryguje sprawami z ewangelickim zacięciem, godząc się z bólem na kilka barów i tawern, ale z wykluczeniem elementów seksu. Pod koniec lat osiemdziesiątych radni zamknęli jedyny bar, w którym był możliwy topless, i konsekwentnie dręczą swoich współobywateli z powodu rzekomego moralnego spustoszenia, sianego przez filmy dla dorosłych. W rezultacie mieszkańcy wolą oglądać te filmy w kablowej telewizji, zamiast chodzić do jedynego kina o dwóch salkach i ryzykować gniew oraz potępienie ze strony pięciu starców, którzy z racji pełnionej funkcji ustanawiają klimat moralny miasteczka. Młode pokolenie, które w milczeniu buntuje się przeciwko anachronizmom, spędza weekendy w pobliskich osiedlach, gdzie są nowoczesne centra handlowe, liczne kina i gdzie bez zwracania niczyjej uwagi można sobie kupić sześciopak piwa.

Większość gideończyków to ludzie przyjaźni, wrażliwi na problemy innych, opiekuńczy. Pomagają bliźnim w kłopotach i na swój sposób, nieco archaiczny, przestrzegają zaleceń, by nie robić drugiemu tego, czego samemu nie chciałoby się doznać, oraz podstawowej zasady, że bliźniego należy kochać. I wszystko jest w porządku, póki obywatele uprawiają gorszące praktyki za zaryglowanymi drzwiami i zamkniętymi okiennicami. Podsumowując, można śmiało powiedzieć, że Gideon jest miejscem, które czas, odległość i styl życia mieszkańców odizolowały od reszty świata.

I oni sami są z tego bardzo zadowoleni. Nie lubią obcych, zaglądających im przez ramię i rozwiązują własne problemy bez interwencji ludzi z zewnątrz, takich jak na przykład politycy, funkcjonariusze federalni czy zawsze coś podejrzewający reporterzy wielkich gazet.

Wszystko to miał zmienić odrażający akt przemocy, który wydarzył się we wtorek rano w październiku 1993 roku, niespełna tydzień przed dniem Wszystkich Świętych.

Nagle podejrzliwość zajęła miejsce zaufania, strach - nudy, a potępienie i obrzydzenie - spokoju ducha. Ludzie na dzień ryglowali drzwi domostw i zamykali szczelnie okna, w nocy mieli aż do świtu zapalone lampy na gankach. Dalsi sąsiedzi, którzy dotąd pozdrawiali się wesołym gestem ręki lub przyjaznym „cześć”, teraz mijali się w milczeniu, czujni, jakby przechodzili obok obcych.

Jednakże mieszkańcy Gideon, niczym zżyta i czuła na opinię publiczną rodzina, trzymali skandal w sekrecie za swoimi zaryglowanymi drzwiami i rozmawiali o nim tylko szeptem. Wieść o straszliwym akcie przemocy nie dotarła do szerszego świata - w każdym razie przez pewien czas.

Tego jesiennego poranka Linda Balfour przygotowywała jak zwykle lunch dla męża: kanapki z tuńczykiem i majonezem na białym pszennym chlebie, kawałek szarlotki upieczonej poprzedniego wieczoru, chrupki kartoflane i sok pomarańczowy w termosie. Następnie, zanim jeszcze podała śniadanie - sadzone jajka, dobrze przyrumieniony tost i mocną czarną kawę - wypucowała mężowski jaskrawopomarań-czowy kask. Gdy mąż zszedł na dół, kask już leżał obok śniadaniowego talerzyka, dotykając pudełka z południowym śniadaniem i porannego wydania gazety z St. Louis.

George Balfour był mężczyzną dość tęgim, nieco powyżej czterdziestki, miał uśmiech cherubina, co sugerowało, że jest człowiekiem łagodnym i cieszącym się życiem. Od urodzenia mieszkał w Gideon i po krótkich zalotach ożenił się z Lindą w wieku trzydziestu kilku lat. Swoją dwudziestosześcioletnią żonę i trzyletniego synka Adama uważał za dar boski. Nim poznał Linde podczas szkolenia zawodowego w Decatur, przed trzema laty, prowadził raczej samotniczy tryb życia.

Ich piętrowy, niemal spartański biały domek w centrum miasteczka pochodził sprzed siedemdziesięciu lat. Z trzech stron był obudowany werandą, a przed frontowymi oknami rozpościerał się mały trawnik. Wewnątrz znajdowała się staroświecka kuchnia z piecem na drewno i nowszej generacji kuchenka gazowa. Dom był jedynym spadkiem, jaki George Balfour otrzymał po rodzicach zmarłych w tej samej sypialni, którą zajmował obecnie z żoną.

Mieszkając tu przez całe życie George uwielbiał schodzenie rano na dół do tych samych zapachów, jakie pamiętał jeszcze z dzieciństwa: kawy, dymiących dębowych szczap w piecu i boczku, w lecie zaś aromatu świeżo pociętych kawałków melona. Wiedział, że telewizor będzie włączony na kanale porannych wiadomości NBC i że przy talerzu znajdzie gazetę.

Miał na sobie to, co nosił zawsze: spodnie khaki, wykrochmalone, z kantami na żyletkę, biały bawełniany podkoszulek pachnący szeroko reklamowanym proszkiem do prania, ciężkie wypastowane brogany, no i, oczywiście, ukochaną pomarańczową wiatrówkę, na plecach której można było przeczytać KOMPANIA ENERGETYCZNA POŁUDNIOWEGO ILLINOIS, z przodu natomiast, po lewej stronie, gdzie normalnie znajdowałaby się kieszeń, umieszczono słowo MAJSTER. Wszystko w ubiorze George'a, w jego domu i w jego rodzinie świadczyło, że ma się do czynienia z człowiekiem żyjącym zgodnie z zasadami ładu i porządku. Nie należał do ludzi lubiących niespodzianki i zmiany.

Po zejściu na dół pocałował na dzień dobry synka, przy okazji ścierając mu z bródki ślady jedzenia, po czym czule klepnął Linde w kark. Linda uśmiechnęła się do męża. Była kobietą już pulchnawą z przedwczesnymi zmarszczkami wokół oczu i ust. Ciemnorude włosy nosiła upięte w mały kok. George powtarzał często, że zmarszczki są rezultatem bardzo częstego śmiania się.

George nie był zbyt wnikliwy.

- Wczoraj Święci dostali wreszcie w skórę - powiedziała Linda, gdy usiedli do stołu.

- Najwyższy czas - mruknął w odpowiedzi George, przeglądając tytuły pierwszej strony gazety. - A przy okazji... Po lunchu jadę do Carbondale. Przyszedł nowy transformator. Mogę spóźnić się na kolację.

- Trudno. Gdzieś o szóstej trzydzieści? O siódmej?

- Powinienem być o szóstej trzydzieści.

O siódmej piętnaście George stał już na werandzie, gdy furgonetką podjechał Lewis Holliwell. George pocałował na do widzenia Linde i Adama, a potem pomachał im jeszcze z szoferki, gdy wóz ruszył spod białego domu. Lewis skręcił w zupełnie pustą ulicę. Jedynie stara pani Aiken pomachała im, schodząc ze swojej werandy w domowych pantoflach i w szlafroku, by ze skrzynki przy chodniku zabrać gazetę. Po chwili mignął im jeszcze samotny mężczyzna w kombinezonie z torbą na narzędzia, idący wolno przejściem między domami. Jaskrawe słońce wynurzało się właśnie zza gór na wschodzie, zapowiadając wspaniały bezchmurny dzień.

Trzydzieści minut później sąsiadka Balfourów, Miriam Perrone, zauważyła, że tylne drzwi domu George'a stoją otworem. Pomyślała, że to bardzo dziwne, bo poranek był raczej chłodny. Nieco później wyjrzała przez okno swojej sypialni i stwierdziła, że drzwi nadal są otwarte. Wyszła tylnymi drzwiami i trawnikiem przeszła do Balfourów.

- Lindo! - zawołała, ale nie otrzymała odpowiedzi.

Podeszła bliżej do otwartych drzwi i raz jeszcze zawołała Linde. Milczenie. Niespokojna wstąpiła ostrożnie do kuchni. Nie chciała się narzucać, ale...

- Lindo!

Nagle ogarnął ją wielki strach i niewytłumaczalne uczucie, że stało się coś złego. Zacisnęła się jej krtań i wyschły usta. Słyszała telewizję, ale nie dobiegał żaden odgłos, ani Lindy, ani dziecka. Miriam zrobiła kilka kroków w stronę otwartych drzwi pokoju dziennego. Najpierw zobaczyła pusty kojec, a po chwili Adama leżącego na boku, na dywanie, plecami do niej.

Gdy weszła do pokoju, zamarła, a potem zadygotała. I dygotała chyba całą wieczność, zanim z gardła wydobył się jej jęk, a następnie dziki ryk.

O metr od dziecięcego łóżeczka leżało pod ścianą zmasakrowane ciało Lindy Balfour z szeroko otwartymi oczami, zamarłymi w śmiertelnym przerażeniu, i otwartymi ustami. Wokół wyraźnie rosła kałuża krwi. Na ekranie telewizora splamionego krwią Katie Couric i Willard Scott żartowali na temat pogody.

I tak się właśnie zaczęło.

MIASTO


Cztery miesiące później


1


Przed świtem mgła wirowała wokół potężnych reflektorów, przebijających najciemniejsze godziny nocy. Reflektory, umieszczone na wysokich stalowych masztach, obnażały snopami zimnego światła cuchnące i parujące wysypisko, zaznaczając głębokim cieniem każdą nierówność, wzniesienie czy zagłębienie. Góry i doliny śmieci oraz odpadów - plastikowe butelki, styropianowe talerze, kartonowe opakowania z barów szybkiej obsługi, stare gazety, wyrzucone ubrania i zrobaczywiałe resztki jedzenia. Niczym cuchnące pasmo górskie, usiłujące konkurować z miejskimi wieżowcami odległymi o kilka kilometrów, wysypisko tworzyło własny karłowaty świat wyklętych wartości, z którego unosiła się gigantyczną spiralą cuchnąca para przepędzana bakteryjnym żarem. W jaskrawym świetle niby pracowite mrówki uwijało się kilku zamiataczy, za którymi charcząc posuwał się wolno spychacz wyszukując każdego zagłębienia, by zepchnąć do niego śmiecie i jako tako wyrównać powierzchnię.

Operator buldożera, opatulony kilkoma warstwami odzienia, przypominał istotę z innej planety. Miał rurowate spodnie na długich kalesonach, flanelową koszulę, gruby wełniany sweter i watowaną kurtkę, w której można było stawić czoło arktycznej pustce. Miał też wełnianą czapkę naciągniętą na uszy, brezentowe rękawice podszyte futrem, na ustach „chirurgiczną” maskę, zabezpieczającą przed wdychaniem cuchnącego, choć lodowatego powietrza, i narciarskie gogle na oczach. Z walkmana w kieszeni poprzez słuchaweczki w uszach płynęła wyrykiwana przez Glorię Estefan piosenka „Mi Terra”, skutecznie eliminując warkot motoru spychacza.

Jeszcze godzina, pomyślał Jesus Suarino, znany na swojej ulicy jako Gaucho. Jeszcze tylko godzina, i będę mógł wrócić do domu.

Obrócił spychacz w miejscu i opuścił stalowy, podgięty od dołu lemiesz. Natarł na kolejną stertę. Zachrzęściły gąsienice wyrzucając za siebie strugi mokrych odpadów. Spychacz ruszył. Przez zamglone gogle Suarino widział, jak ostra stal wrzyna się w górę śmieci i spycha jej czubek w zagłębienie terenu. Suarino zatrzymał maszynę, cofnął, jeszcze niżej opuścił lemiesz i potem zepchnął kolejną warstwę. Gdy po raz trzeci powtarzał ten sam manewr, nagle coś zobaczył, mimo że gogle nie były zbyt przejrzyste.

Cofnął manetkę gazu, stalowy potwór zwolnił, zakrztusił się i stanął. Silny podmuch powietrza przemknął przez wysypisko. Suarino pochylił się i wytężył wzrok. Potem jedno szkło gogli przetarł spodem rękawicy.

To, co ujrzał, wstrząsnęło nim. Stalowe ostrze mającego kształt litery L lemiesza uniosło z wysypiska zjawę. Suarino widział jej głowę - czaszkę z pustymi oczodołami i strąkami blond włosów zlepionych czarnym mazidłem. Głowa kiwnęła się parę razy na przeżartym i przegniłym do kości korpusie, a potem opadła na górne żebra odsłoniętej klatki piersiowej.

Suarino wydał nieartykułowany okrzyk przerażenia, wytłumiony przez maskę na ustach. Zdarł z głowy gogle i wstał, wychylając się ponad silnikiem. Wtedy właśnie zjawa runęła na bok odsłaniając rękę, która raz się zakołysała i opadła na korpus. Pozbawione cielesnej powłoki palce dłoni wskazywały prosto na kierowcę spychacza.

Suarino zgasił silnik i wyskoczył z maszyny na przemacerowane odpady. Wpadł w nie prawie po kolana. Zerwał maskę i dziko, wprost zwierzęco wyjąc zaczął się przebijać przez cuchnący teren do baraku na skraju wysypiska.


Martin Vail nienawidził telefonów. Dzwonek telefonu był oznaką wtargnięcia w prywatność i zawsze przeszkadzał. Niestety obowiązki pierwszego prokuratora -będącego zarazem zastępcą prokuratora okręgowego - wymagały, by był zawsze osiągalny przez telefon. Dlatego miał ich w mieszkaniu aż trzy. Trzy odrębne linie! Jedna, oczywiście, alarmowa, z numerem znanym tylko pierwszemu asystentowi, Ablowi Stennerowi, i osobistej sekretarce, Naomi Chance. Wszystkie aparaty miały przyłączone automatyczne sekretarki i słuchawki, które można było przenosić z pokoju do pokoju. Ponadto Martin Vail woził zawsze w teczce telefon komórkowy, a w służbowej limuzynie zainstalowano mu dwa aparaty. Jedynym miejscem, dokąd mógł umknąć przed telefonami, był prysznic. Vail najbardziej nienawidził nocnych , telefonów. Zainstalował u siebie aparaty, które wywoływały cicho i melodyjnie, ale ponieważ czyniły to bardzo wytrwale, potrafiły wyrwać z najgłębszego snu.

Sygnał telefonu alarmowego zapowiadał zawsze coś niemiłego. Tym razem Vail obudził się dopiero po pół minucie. Po ciemku wymacał wreszcie właściwą słuchawkę.

- Która godzina? - wymamrotał na powitanie.

- Prawie piąta - odparł spokojnym głosem Stenner.

- Co to znaczy prawie? Chcę wiedzieć dokładnie.

- Czwarta dwadzieścia.

- Jest pan sadystą, majorze Stenner. Jestem pewien, że uwielbiasz wpychać wykałaczki pod paznokcie dzieci i podpalać, a potem ryczysz ze śmiechu, kiedy dzieci krzyczą z bólu.

- Proszę włożyć jakieś bardzo stare ubranie.

- A dokąd to jedziemy?

- Za dwadzieścia minut, dobrze?

- Co się, do cholery, dzieje, Abel?

- Zadzwonię z limuzyny. - I Stenner odłożył słuchawkę.

Vail co najmniej przez pół minuty wymyślał aparatowi telefonicznemu, po czym zapalił nocną lampkę, aby ponownie nie zasnąć. Przeciągnął się, zrzucił z siebie kołdrę i leżał jeszcze z minutę w zimnym pokoju, póki całkowicie się nie rozbudził.

Czwarta dwadzieścia rano! Wstał, włożył szlafrok i poszedł do kuchni. Tam w elektrycznym młynku zmełł garść aromatycznych ziaren jamajskiej kawy, nalał zimnej wody do maszynki, włączył ją i poszedł wziąć prysznic. Po piętnastu minutach miał już na sobie sztruksowe spodnie, buty terenowe i wełniany sweter. Przygotował dwa duże kubki kawy, zgarnął z biurka do teczki kilka aktówek, a kiedy zadzwonił telefon, był gotów do drogi.

Podniósł słuchawkę i nie czekając na nic rzucił do niej:

- Niech no tylko zawiedzie to moje oczekiwania! - odłożył słuchawkę. Narzucił na siebie krótki barani kożuszek, wyszedł z mieszkania i zjechał dziesięć pięter do holu.

Major Abel Stenner siedział wyprostowany za kierownicą. Był nieskazitelnie ubrany w popielaty garnitur w prążki. Gdy przyjął stanowisko pierwszego inspektora

śledczego w biurze Vaila, otrzymał rangę majora - tytuł rzadko używany poza policją stanową. Było to makiaweliczne posunięcie ze strony Vaila - Stenner przewyższał rangą wszystkich oficerów policji w mieście z wyjątkiem jej szefa. Vail podał mu zniesiony z góry kubek kawy.

- Dzięki - powiedział Stenner.

- Czyżbym się przesłyszał, że zachęcałeś mnie do włożenia łachów? Bo ty wyglądasz, jakbyś się udawał na kościelną mównicę w celu głoszenia peanów na cześć właśnie grzebanego nieboszczyka.

- Byłem ubrany już wcześniej - wyjaśnił Stenner ruszając.

Stenner był człowiekiem bardzo zorganizowanym i dokładnym, każdy krok zawsze precyzyjnie przemyślał, a jego stoicki wyraz twarzy i wnikliwe spojrzenie doskonale maskowały wszelkie emocje. Uważano go nie tylko za najlepszego glinę w mieście, ale i za najoszczędniejszego w słowach. Rzadko się uśmiechał, a wypowiadał się zawsze krótkimi, celnymi zdaniami bez zbędnych ozdóbek.

- Dokąd, do diaska, jedziemy? - spytał Vail.

- Zobaczysz.

Vail wtulił się w fotel i małymi łyczkami pił kawę.

- Czy ty nigdy nie śpisz, Abel?

- Pytasz mnie o to co tydzień.

- I nigdy nie otrzymuję odpowiedzi.

- To po co wciąż pytasz?

Jechali w milczeniu. Graniczyło z cudem, że ci dwaj mężczyźni naprawdę się zaprzyjaźnili. Przed dziesięcioma laty, kiedy Vail był już znanym w całym stanie obrońcą sądowym, występując często przeciwko stanowej prokuraturze, miast walczyć w jej imieniu, Martin i Abel byli przeciwnikami na śmierć i życie. Stenner wyróżniał się wśród innych policjantów tym, że miał wszystko zapięte na ostatni guzik, zdając sobie sprawę, co wart jest w sądzie pełny materiał dowodowy. Nigdy nie wpadł w pułapkę podstępnego pytania obrońcy i potrafił przewidzieć wszystkie kombinacje obrony. Tylko raz dał się pokonać. Właśnie przez Vaila podczas procesu Aarona Stamplera. Kiedy Vail objął stanowisko prokuratora, jedną z jego pierwszych czynności oficjalnych było wykradzenie Stannera z ekipy szefa policji, Erica Ecklinga. Był przygotowany na to, że Stenner odmówi współpracy z dawnym przeciwnikiem. Ich stosunki nie mogły być dobre, gdyż wkradła się w nie osobista animozja. Vail szczerze się zdziwił, gdy Stenner zaakceptował propozycję.

- Jest pan teraz po mojej stronie - wyjaśnił swoją decyzję. - A poza tym Eckling lo niekompetentny bufon.

Minęło dziesięć lat. W tym czasie Stenner bardzo się zmienił. Bywało, że czasami się uśmiechnął, a po biurze prokuratora krążyła nie potwierdzona plotka, że raz nawet zażartował. Niestety, nie znalazł się nikt, kto potrafiłby to uwiarygodnić.

Z obiema dłońmi zaciśniętymi na kubku, by kawa się nie wylała, Vail właściwie drzemał, kiedy Stenner skręcił z głównej szosy i popędził drogą szutrową w kierunku ogromnego miejskiego wysypiska śmieci.

W półśnie Vail śmiesznie kiwał głową na boki. W pewnej chwili poczuł na powiekach świetlne odblaski. Otworzył oczy i usiadł prosto. Na wysypisku migały białe,

czerwone i niebieskie koguty policyjne i karetek pogotowia. Jakby tańczyły w mglistym, zadymionym brzasku. Gdy Stenner podjechał bliżej, Vail ujrzał przed sobą całą scenę: paręnaście wozów policyjnych i ambulansów oraz jeden furgon ekipy wydziału kryminalistyki. Samochody stały zaparkowane w rzędzie tuż przed wysypiskiem, a na wysypisku snuli się żółtoodziani policjanci, strażacy zaś - niby zjawy z innej planety - penetrowali cuchnące odpadki długimi drągami. Powietrze pachniało przegniłymi produktami spożywczymi, spalenizną i mokrym papierem. Było gorąco. Na mgnienie oka Vail zobaczył inny obraz - odwiedzonej po raz ostatni przed trzynastoma laty rodzinnej miejscowości, Tęczowy Zakątek. Pojechał tam na pogrzeb babki. Tęczowy Zakątek został uśmiercony przez fabrykantów, którzy za gościnność odpłacili mieszkańcom zatrutą ziemią, powietrzem i wodą. Z początku owi goście byli nieliczni. Przybywali pojedynczo zwabieni dobrymi warunkami, a potem rzucili się całą paką, niby hieny na znalezioną padlinę, i zamienili wszystko w wyspę śmierci otoczoną lasami, które czekały teraz na zgon. Obraz przemysłowego parku Tęczowego Zakątka tylko przemknął pod powiekami Vaila. Zawsze denerwowało go, że tamci ludzie mają czelność śmiercionośny obszar nazywać parkiem.

Parametry przeszukiwanego terenu znaczyła żółta taśma rozpięta między wbitymi w śmiecie palikami. Chodziło o jakieś sto kilkadziesiąt metrów kwadratowych. Może to złudzenie, ale Vailowi wydawało się, że chwilami powiew wiatru dodaje do cuchnącego powietrza słodkokwaśny zapach śmierci. Do skraju wysypiska podeszło czterech mężczyzn dźwigających zielony plastikowy pojemnik z ciałem.

- To już trzecie - powiedział Stenner.

- Gdzie znaleziono ciała? - spytał Vail.

- Tam gdzie są wetknięte żółte chorągiewki na wysokich drągach.

- Jezu!

- Pierwsze ciało było tam! Przy górce śmieci. Trafili na drugie, gdy do ciebie telefonowałem.

Kiedy Stenner wychodził z samochodu, lodowaty podmuch uderzył w wóz. Vail podniósł kołnierz i też wysiadł. Wsunął ręce głęboko do kieszeni i skurczył ramiona, broniąc się przed zimnem. Czuł, że pierzchną mu wargi. Gorący wydech zmieniał się w parę, która owiewała mu twarz.

Pod żółtą plastikową taśmą, oznaczającą teren przestępstwa, stało dwóch policjantów - stary wyga i młodzik. Zasalutowali, gdy Vail i Stenner przechodzili. Wiatr wyszarpnął Stennerowi krawat, który zafurkotał niby proporzec. Szybko upchnął go pod marynarkę.

- Rany boskie, w taki ziąb facet nie wziął płaszcza! Jest co najmniej minus dziesięć - odezwał się młody policjant.

- On nie potrzebuje płaszcza - odparł jego starszy kolega. - Nie ma ani kropli krwi. To Stenner. Wiesz, jak go nazywali, kiedy pracował w dyrekcji policji? Sopel Lodu.

Uszedłszy jeszcze kilka metrów Stenner zatrzymał się, obrócił i przez dobre dziesięć sekund prześwidrowywał policjanta ostrym spojrzeniem. Potem wzruszył ramionami i poszedł dalej.

- Widzisz? - szepnął starszy policjant do młodszego. - Nikt nigdy nie nazwał go tak otwarcie.

- On ma uszy chyba z tyłu głowy - zauważył młodszy.

- To oczy.

- Co oczy?

- On ma oczy z tyłu głowy.

- Ale przecież to nie chodzi o widzenie, tylko o słyszenie? - upierał się młodszy.

- Że co?

- Powiedział pan, że...

- Męczysz mnie, Sanders. Daj spokój. Po prostu daj sobie spokój. Mamy chyba najzimniejszy dzień roku. Że też musiałem trafić na to wysypisko z wioskowym idiotą jako partnerem...

- Jest tu Shock! - powiedział Stenner do Vaila, wskazując głową wysokiego tęgiego policjanta, który stał na brzegu wykopu. Kapitan Shock Johnson był czarny jak heban i łysy, miał olbrzymie pełne blizn łapska, w które właśnie chuchał, i bary niedźwiedzia. Gdy obrócił głowę i zobaczył Stennera oraz Vaila wyraźnie się zdziwił. Odchrząknął rozbawiony i powiedział:

- Własnym oczom nie wierzę! A po co szanowni panowie przyjechali?

- Co się tu, do cholery, dzieje? - spytał bez wstępów Yail.

- Operator spychacza znalazł ciało, więc postanowiłem się trochę porozglądać, no i teraz mamy już trzy...

- Jak zginęli?

- Lepiej spytać o to pana Okimoto. On jest ekspertem od takich rzeczy. To, co znaleźliśmy, jest, skromnie mówiąc, w złym stanie. Długo tu już przebywało. Robale miały ucztę dziękczynienia.

Na podsunięty mu obraz Vail zareagował warknięciem.

- Więc w rzeczywistości jeszcze nic nie wiemy? - zapytał.

- Wiemy, że trzy trupki gotowały się tu już od dłuższego czasu.

- Trudno chyba będzie określić, kiedy to się stało - odezwał się Stenner. - I gdzie. A to jest przecież podstawowy element dochodzenia. Ważne jest to miejsce... każdy szczegół...

Johnson potwierdził skinieniem głowy. - Robimy zdjęcia, pomiary, kręcimy wideo. Zamówiłem helikopter, który przyleci, jeśli poprawi się pogoda, i zrobi zdjęcia z góry.

- Doskonale.

Johnson był niegdyś sierżantem u Stennera, a potem został porucznikiem, gdy Stenner odszedł. Obecnie awansował na kapitana. Był wdzięczny Stennerowi za lata nauki i wpojenie mu zasady polegania na intuicji. Był też przewodnikiem Stennera do niezbyt przyjaznego mu departamentu policji.

- Eckling już tu był? - spytał Vail.

- O tak, natychmiast się pojawił. I jeszcze jest, udaje ważną osobę i szykuje się do wypowiedzi dla Kanału 7. Oni pierwsi to wyniuchali.

- Łatwo przy takim smrodzie - zażartował Vail.

- Masz jakąś teorię? - spytał Stenner Johnsona.

- Trudno to nazwać teorią. Wydaje rai się, że wszystkie trzy ciała zostały tu porzucone w jednym czasie. Nie jestem jednak tego pewien. Opieram to przypuszczenie na tym, że sprawcy trudno byłoby znaleźć trzykrotnie to samo miejsce. Zakładając, oczywiście, że sprawca jest jeden. Spychacze nieustannie przerzucają śmieci i krajobraz stale się zmienia... Przepraszam, muszę rzucić okiem na ostatnie znalezisko, a poza tym widzę, że Eckling już was dostrzegł. Mam dość rozrywki, jak na jedną noc. Cześć! - Odszedł.

- Będę czekał w samochodzie - powiedział Stenner. Nie odezwał się słowem do byłego przełożonego od dnia, kiedy opuścił departament policji.

Szef policji wychynął zza pagórka, szedł w prawdziwym orszaku - towarzyszyła mu ekipa telewizyjna i reporter. Coś tłumacząc wymachiwał rękami, a wypowiadanym słowom towarzyszyły kłęby pary.

- Widzę człowieka prokuratora okręgowego - prychnął złośliwie. - Wszyscy uwielbiają cyrk.

Eckling zawsze nazywał Vaila „człowiekiem prokuratora okręgowego”. Wypowiadał to tonem, który nadawał określeniu obraźliwe znaczenie. Trzyosobowa ekipa telewizyjna wydobyła już wszystko, co mogła od Ecklinga, i teraz skierowała obiektyw na Vaila.

- Mogę prosić o komentarz, panie Vail? - odezwał się drobny szczupły reporter w puchowej kurtce. Nazywał się Billy Pearce i miał dwadzieścia parę lat.

- Jestem tylko obserwatorem - odparł Vail.

- A jakieś spekulacje na temat tego, co mogło się tu wydarzyć?

- Ja nigdy nie spekuluję, Billy. Nigdy.

Vail odwrócił się i podszedł do Ecklinga. Ekipa telewizyjna, wdzięczna za zwięzłość wypowiedzi, pognała do swej furgonetki.

Eckling był wysokim mężczyzną z początkami brzucha. Patrzył przenikliwie zza przyciemnionych szkieł.

- Po co tu przyjechałeś? - spytał. - Pan Martin nie mógł poczekać i nie robić hałasu wokół sprawy?

- Wiesz dobrze, dlaczego tu jestem, Eric. Już wielokrotnie o tym mówiliśmy. ' - Nie mogliście nawet poczekać, żeby szczątki ostygły?

- W tej temperaturze już są z powrotem zimne - odparł Vail.

- Wiem, wiem. Chcesz, żeby zobaczyli twoją buzię w „Wiadomościach O Szóstej”.

- A ty? Niby po co tu przyjechałeś? - z uśmiechem odciął się Vail.

- Może jednak nie wsadzałbyś wszędzie nosa przez siedem dni w tygodniu? Zostaw mnie czasami w spokoju, żebyśmy mogli bez przeszkód robić to, co do nas należy.

- Ach, gdybym tylko mógł się nie wtrącać! Ale niestety... - odparł Vail miłym tonem.

- Idź do diabła! - warknął Eckling i odszedł wściekły.

Vail wrócił do samochodu. W jego ciepłym wnętrzu szybko otrząsnął się z zimna.

- Szczypie, jak diabli...

- Porozmawiałeś sobie jak zwykle słodko z Ecklingiem?

- Ale jest lepiej. Tym razem nie pokąsaliśmy się.



2


Stenner zakręcił ciasnym łukiem i ruszył z powrotem do miasta.

- Wpadniemy do Motyla - powiedział Vail. - Umieram z głodu.

- Jeszcze nie otwarty.

- Wejdziemy od tyłu.

Vail oparł kark na zagłówku fotela i zamknął oczy. Myślał o Stennerze i jego małomówności. Wkrótce po przejściu Stennera do biura prokuratury, Vail i on pojechali do małego miasteczka w celu przesłuchania świadka. Półtorej godziny jazdy tam i półtorej z powrotem. Kiedy Stenner wyszedł z samochodu, Vail wychylił się przez okno i powiedział:

- Spędziliśmy trzy godziny w samochodzie. W tym czasie wypowiedziałeś, Abel, dwanaście słów, w tym raz „cześć” i raz „żegnam”.

Na to Abel odpowiedział:

- Bardzo cię przepraszam. Następnym razem będę się streszczał. - Na twarzy nie miał ani śladu rozbawienia. Dopiero później Vail uświadomił sobie, że Stenner mówił zupełnie poważnie.

Przez piętnaście minut jechali w milczeniu. Gdy byli już pod miastem, Stenner powiedział:

- Jestem pewien, że sprawa wyląduje u nas.

- Zawsze tak bywa - odparł Vail nie otwierając oczu.

- Paskudna sprawa. Brudna.



- Większość zabójstw jest taka.

To były ostatnie słowa wypowiedziane przed zatrzymaniem się w wąziutkiej uliczce na tyłach Motyla. Podczas gdy Stenner umieszczał pod przednią szybą kartkę ze słowami BIURO PROKURATORA OKRĘGOWEGO - SAMOCHÓD SŁUŻBOWY, Vail pukał do drzwi, które lekko się uchyliły i wyjrzał parszywie wyglądający olbrzym o mięśniach zapaśnika.

- Jeszcze zamknięte - obwieścił i chciał zatrzasnąć drzwi.

- Jestem Martin Vail. Poczekamy w środku, aż otworzycie.

- Vail?

- Jest pan tu nowy? - zapytał Stenner zza pleców Vaila.

- A nowy, bo co?

- Pan Martin Vail jest prokuratorem okręgowym. Poczekamy w środku.

- Oo? Oczywiście. Proszę bardzo.

- Zastępcą prokuratora okręgowego - poprawił Vail, gdy weszli do zaparowanej kuchni.

- Jestem tu nowym barmanem - oświadczył olbrzym.

- Jak się nazywasz?

- Louis. Ale wołają na mnie Lou.

- Miło mi, Lou - powiedział Vail i podał mu rękę.

Przeszli przez całą kuchnię. Było to duże pomieszczenie z piecami i piekarnikami z nierdzewnej stali i olbrzymią zamrażarką, do której można było nawet wejść przez oszklone i termicznie uszczelnione drzwi. Bobby Wo, chiński kucharz, właśnie krajał w plasterki cebulę tak szybko, że dłoń wydawała się cieniem. Vail zatrzymał się, żeby zajrzeć do kociołka ze „specjałem dnia”.

- Gówno na patyku - poinformował Wu nie zwalniając tempa.

- I powtarzają to trzy razy w tygodniu - poskarżył się Vail.

- Niech pan to powie pani. - Ofiarą padała teraz kolejna cebula, a może już następna.

- Przestań mleć ozorem - usłyszeli w formie warknięcia.

Głos dobiegł z drzwi w głębi kuchni i należał do Motyla - damy w wieku nieokreślonym, ważącej sporo powyżej stu kilogramów.

- Miała być wołowina skrawana w paski - powiedziała kobieta o przezwisku Motyl. - Jako specjał dnia.

- Ja bym wolał coś innego, Motylku. Krepy!

- Krepy?

- No przecież wiesz, takie cieniutkie francuskie naleśniki i do tego... - zaczął wyjaśniać Vail.

- Stosik naleśników! - wrzasnęła do Bobbyfego. - A tobie co, generale?

- Majorze - odparł z powagą Stenner. - To co zwykle.

- Trzy jajka gotowane trzy i pół minuty, tost i spalony bekon! - wrzasnęła kobieta.

- Kawa już jest? - spytał Vail, zajmując miejsce przy stoliku.

- Gdyby jeszcze nie, to nie byłabym dla was taka cholernie miła. - Odczłapała ciężko w starych męskich pantoflach domowych.

Stenner i Vail sami nalali sobie kawy ze stojącej na ladzie maszynki. Zajęli okrągły stolik w głębi salki. Na stoliku leżały już poranne gazety.

- Myślę o tej całej sprawie - powiedział Stenner.

Vail uśmiechnął się. Stenner nigdy nie przestawał myśleć.

- I wiem o czym konkretnie. Dlaczego wysypisko, tak? - spytał Vail, nie podnosząc głowy znad gazety.

- Nie, nie o tym. Kim byli ci ludzie? Jak długo ich ciała tam leżały? Czy nikomu ich nie zabrakło...? Co z ich rodzinami?

- Wywiezienie ciał na wysypisko, to raczej bardzo przewrotne. Zatrąca ironią.

- Kiedy się zastanowić, to logiczne.

- W pewnym sensie tak. Ciało się rozkłada. Nie tak jak plastik - mruknął Vail, nie przerywając lektury i popijania kawy drobnymi łyczkami.

Stenner natomiast przez długie sekundy wpatrywał się w swój kubek, by wreszcie powiedzieć:

- Nie było specjalnego modus operandi. Nie ma śladu seryjnej roboty. Coś mi tu nie gra.

- Czy coś wiemy o tych ludziach? Cokolwiek?

- Dwaj mężczyźni i kobieta. Różny wiek, różne rozmiary i sylwetki. Rudy, łysy ze sztucznym okiem, blondynka.

- A może to jest jednak seryjne morderstwo...? Może wszyscy są z jednej dzielnicy, z jednego sąsiedztwa... pracowali w tym samym budynku, jadali w tej samej restauracji... - Vail wzruszył ramionami i powrócił do gazety.

- Instynkt mówi mi, że nie... że to nie jest żaden seryjny zabójca.

- Masz takie przeczucie...?

- Nie przeczucie. Przeczucie to zgadywanka, a instynkt opiera się na długoletnim doświadczeniu.

- Rozumiem.

Stenner przez długą chwilę patrzył na Vaila, upił trochę kawy i ciągnął dalej: -Seryjni zabójcy nie ukrywają zwykle ciał, zostawiają je na miejscu zbrodni - właśnie po to, by je znaleziono. To zasadniczy element ich koncepcji...

Vail nie próbował polemizować.

- A więc jakie mamy opcje? - sam siebie zapytał Stenner. - Trzy trupy na wysypisku. Czy możemy założyć, że to nie przypadek?

- Jestem gotów zgodzić się z tobą - odparł Vail znad gazety. - To nie przypadek.

- A więc cmentarzysko...

- Dla kogo?

- Dla osób, których się pozbyto.

- Morderstwo na zlecenie?

- W trzydziestych latach mieliśmy mafijną organizację Murder Incorporated. Grzebała swoje ofiary w bagnie w New Jersey. Pogrzebała tam dziesiątki ludzi.

Podano im śniadanie i na piętnaście minut przerwali rozmowę. Stenner uważnie pokruszył swój bekon, posypał nim jajka i wszystko razem wymieszał, a potem łyżeczką nałożył na tost, by następnie przystąpić do konsumpcji za pomocą widelca l noża. Gdy skończył, otarł usta papierową serwetką i dopił resztę kawy.

- Eckland jak zwykle wszystko popsuje. Nastawia się zawsze na szybkie rozwiązanie.

Vail roześmiał się. - No cóż, musi. Wszyscy na niego napierają. A sprawa nabierze wielkiego rozgłosu. Jest na tyle ponura, że zainteresuje opinię publiczną w całym kraju. - Dokończył jedzenie i rozparł się w krześle. - A może mamy do czynienia z „przedsiębiorstwem usługowym”? Zabijesz teściową, dzwonisz pod odpowiedni numer i prosisz o zabranie szanownego ciała.

- Traktujesz to na wesoło - mruknął Stenner. - A co byś powiedział na wojnę gangów? Może bardzo szacownych gangów, których członkowie noszą krawaty i chodzą do kościoła. - Chwilę się zastanawiał, a potem dodał: - I finansują polityków.

- Bardzo niemiła myśl. Budzi głęboki niepokój.

- Bardzo niemiłe wydarzenie.

- Wiesz co, Abel? Mamy niemało roboty. Eckling ma tydzień, nim my się oficjalnie włączymy. Dajmy mu ten tydzień. Zostawmy go samego.

- Chcę być przygotowany - odparł Stenner.

- Jestem pewien, że będziesz. Stenner chwilę się zastanawiał.

- Ciekaw jestem, co by powiedział Sędzia?

Na kilka chwil Vail przeniósł się w przeszłość. Zaraz żwawym krokiem wejdzie do pokoju Sędzia, z gazetą „New York Limes” pod pachą, w tweedowym garniturze, z goździkiem w butonierce. Zanim usiądzie do śniadania, sardonicznie powita obecnych, a potem będzie przeglądał gazetę i rozprawiał o problemach prawnych.

Sędzia miał cztery miłości: żonę Jenny, Martina Vaila, prawo i wyścigi kojine. Dwie tragedie nieomal go zabiły: ukochana żona Jenny, śmiertelnie pokiereszowana w wypadku samochodowym, przez miesiąc nie odzyskiwała przytomności i umarła. Była uroczą skromną damą z Południa. Przeżyli razem trzydzieści siedem lat. Drugiej tragedii sam był sobie winien. Aby stłumić żal i ból po śmierci Jenny zaczął namiętniej grać na wyścigach i w ciągu miesiąca stracił trzydzieści tysięcy dolarów. Jego reputacja sędziego znalazła się nagle w bookmakerskich rękach. Ocaliły go przywiązanie i szacunek obrońców, prokuratorów, policjantów, reporterów sądowych, sądowych urzędników, bibliotekarzy sądowej biblioteki i polityków. Wszyscy niesłychanie cenili jego poczucie sprawiedliwości i mądrość, jakie okazywał podczas prowadzonych rozpraw. Złożyli się - jedni po dolarze, inni ofiarowując kwoty czterocyfrowe - i spłacili długi Sędziego. Sędzia umknął hańbie.

Kiedy przeszedł na emeryturę, spędzał całe dni albo jako advocatus diavoli Vaila, albo na zapleczu lokalu „Wall Eye" McGinty'ego. Lokal był podobny do biura brokerskiego, miał obrotową, okoloną neonem tablicę podającą zmianę szans, skreślenia i inne skrawki informacji, które dla zwykłych istot ludzkich były greką, ale dla miłośników konnych wyścigów okazywały się fontanną wiedzy. Sędzia siedział zawsze we własnym fotelu, który tu sprowadził, z nogą założoną na nodze, z legendarną czarną książeczką na kolanach, z piórem Mont Blanc w palcach, wpatrzony w elektroniczną tablicę totka i zastanawiał się nad następną gonitwą.

W czarnej księdze Sędzia robił codziennie wyimaginowane zakłady i prowadził szczegółowe zestawienia. Zapisany był każdy wyścig, opisany każdy tor, koń i dżokej. W tę pracę zaangażowana była cała wiedza o wyścigach i koniach, całe wieloletnie doświadczenie oraz wielka pamięć do statystyk. Czarna księga zawierała zapis nieprzerwanych dziesięcioletnich sukcesów. Księgi tej tak bali się bookmakerzy, że kiedyś się porozumieli i zaproponowali sześciocyfrową premię, jeśli Sędzia ją spali. Odmówił, ale też nigdy z nikim nie dzielił swej wiedzy ani nie podpowiadał, jak należy grać i na jakiego konia stawiać. Mówiono, że w ciągu tych dziesięciu lat Sędzia zbił wyimaginowaną fortunę w wysokości dwu milionów dolarów. Na papierze, w czarnej księdze.

Porankami wysiadywał u Motyla, fechtując się z młodymi prawnikami, popołudnia spędzał w eleganckim lokalu McGinty’ego.

Trzecim ulubionym zajęciem Sędziego była walka na paragrafy z Martinem Vailem. Nie była to tylko zwykła szermierka słowna, ale wielka próba i jednocześnie egzamin z wiedzy zdobytej przez czterdzieści pięć lat w sądownictwie i adwokaturze. Spotkania i debaty z Vailem dostarczały emocji większych, niż gra na wyścigach. Prześcigali się argumentami grając na srebrne dolary, które przesuwali na stole ze skraju na skraj, niby żetony, po każdym zwycięstwie przeciwnika. Po piętnastu latach Sędzia był górą o dokładnie dwadzieścia dwa srebrne krążki.

Jeden z klientów Vaila, gangster o nazwisku HeyHey Pinero, określił raz Sędziego mianem pysznego. „Najpyszniejszy facet, jakiego kiedykolwiek znałem", powiedział. I chyba nie można było lepiej Sędziego podsumować.

Najpyszniejszy facet.

Wreszcie wiek i burzliwa przeszłość dopadły starego prawnika. W wieku osiemdziesięciu jeden lat miał kilka kolejnych wylewów. Przetrwał trzeci, ale pozostał słaby i nieporadny. Nie był zdolny nic sobie ugotować ani nawet przyrządzić kanapkę. Niszczony bezsennością, niewyraźnymi obrazami z przeszłości i życiem j w pułapce domu przepojonego wspomnieniami, siedział martwo w oknie, patrząc f na ruch uliczny, albo drzemał przed telewizorem, póki nie przyszedł któryś ze i „swoich", pomógł mu się ubrać i potem zaniósł wychudzone ciało do samochodu, | by pojechać z nim do McGinty’ego. Tam Sędzia był jak zwykle witany z rewerencją. j Sam McGinty, litościwy bookmaker, zawsze odwoził Sędziego do domu po zamknięciu lokalu.

Któryś ze „swoich” pojawiał się w domu Sędziego codziennie. Vail albo jego sekretarka, niezastąpiona Naomi, czy też Stenner lub któryś z młodych prawników w biurze Vaila. A jeśli zdarzył się dzień, kiedy wszyscy byli zajęci czymś bardzo pilnym, Vail wysyłał policjanta, by dopełnił obrzędu. McGinty czekał wówczas przed wejściem do swego lokalu, by nie narażać mundurowego przedstawiciela prawa na wyrzuty sumienia, które mogły się zrodzić po obejrzeniu nielegalnego przybytku hazardu. Dzięki obustronnemu zrozumieniu przedsięwzięcie McGinty’ego mogło prosperować w tym samym miejscu od dwudziestu lat. A tak naprawdę, to policjant j nie byłby nadmiernie zdziwiony, gdyby zajrzał do wnętrza.

Przez sześć dni w tygodniu Sędzia nadal typował konie i zapisywał wyniki „wygranych” gonitw w czarnej księdze, nowej, dużo większej od poprzedniej.

Siódmego dnia Sędzia odpoczywał. Bez ruchu siedział w swoim wózku, twarzą | do słońca, z ciemnymi okularami na oczach, i opalał szarą ze starości skórę pokrywającą cieniutką warstewkę ciała. Bezużyteczne nogi miał owinięte kocem, ubrany ( w popielate spodnie i tweedową marynarkę, zastanawiał się, czy jego słabe palce i jeszcze słabszy wzrok pozwoliły mu założyć na siebie odzienie tak, jak należy. Zaawansowany wiek pozbawił go wszystkiego z wyjątkiem dumy. Tak więc któregoś ciepłego niedzielnego poranka w czerwcu przed dwoma laty, ubrany jak mógł najlepiej, Sędzia siedział w ogrodzie i cicho rozmawiał z dawno odeszła Jenny o ich wspólnym życiu i o jego życiu bez niej. Powiedział, że już dłużej nie może. Następnie włożył do ust lufę pistoletu i pociągnął za spust.

Zostawił krótki list do Vaila, który pozostał przy zmarłym do zakończenia prac ekipy dochodzeniowej, a potem towarzyszył karetce odwożącej do kostnicy ciało człowieka, który był dla niego prawie jak własny ojciec. Gdy skończył tę okrutną podróż, wyszedł ze szpitalnej kostnicy, usiadł na ławce i przez godzinę beczał jak małe dziecko. O sto metrów dalej stał Stenner i czekał, nie próbując nawet podejść do przełożonego. Wreszcie Vail otworzył list.

Drogi Martinie,

Lubiłem cię najbardziej jako obrońcę, ale przyznaję, że jesteś

doskonałym prokuratorem. Zawsze byłem dumny z naszej znajomości.

Moje myśli, mój rozum giną. Wszyscy o tym wiemy. Od tygodni nie

wytypowałem ani jednego zwycięzcy. Nie potrafię nawet pokrajać

zwykłego obwarzanka.

Cóż ci mogę więcej powiedzieć, mój przebojowy i błyskotliwy przyjacielu?

Nie będę przecież prosił o wybaczenie. Tu nie ma nic do wybaczania.

Zainwestuj w Disawaya, trzeci bieg jutro w DelMar. Z wygranej zafunduj chłopakom, no i Naomi, kolejkę. Żegnaj, drogi przyjacielu. Sędzia

Koperta listu obciążona była dwudziestoma dwoma srebrnymi dolarami, które postawione na Disawaya przyniosły dziewięćset siedemdziesiąt cztery dolary. Zabawa była bardzo huczna.

- On już nie przyjdzie, Martin - odezwał się Stenner przerywając błąkanie się Vaila we wspomnieniach.

- Jasnowidz, psiakrew! - odparł Vail.

- Czasami mam chwile... - zaczął Stenner, ale nie skończył.

- Wszyscy je mamy - stwierdził Vail, powracając do lektury gazety.

Tego chłodnego poranka ciała na wysypisku były dla Vaila raczej denerwującą ciekawostką, która tylko skomplikuje przeładowane pracą dni. W biurze prokuratora zawsze był ogrom roboty. Z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że ciała z wysypiska mogą prowadzić do czegoś znacznie poważniejszego. Do czegoś nawet bardziej przerażającego, niż te ludzkie szczątki w śmieciach. Mogą prowadzić do czegoś, co zmusi Martina Vaila, by zawarł przymierze z własną przeszłością.

Nazwisko, które od dziesięciu lat nawiedzało Vaila, miało wkrótce się przypomnieć.

Brzmiało: Aaron Stampler.


3


Shana Parver szła szybko w mroźnym powietrzu poranka i prawie wbiegła po schodach budynku sądów. Z natury zbyt sentymentalna i idealistycznie traktująca życie, chociaż starannie ukrywała to za fasadą agresywności i twardym spojrzeniem, zawsze przyśpieszała kroku, gdy widziała tę masywną budowlę. „Prawo jest jedyną rzeczą, która różni nas od zwierząt”, powiedział kiedyś Vail, co nie przeszkadzało, by dodał cyniczne post scriptum: „Chociaż w dzisiejszych czasach trudno jest tę różnicę dostrzec”. Niemniej widok doryckich kolumn, zdobiących główne wejście, i alegorycznych postaci symbolizujących Prawo, Sprawiedliwość, Mądrość, Prawdę, Siłę, Miłość, Wolność i Pokój, umacniał wiarę Shany Parver w świętość prawa oraz potwierdzał wzniosłość profesji, którą wybrała, gdy jeszcze uczęszczała do szkoły podstawowej.

Przyszła dziś wcześnie. Za czterdzieści pięć minut miała znaleźć się twarzą w twarz z Jamese'em Waynem Darbym. Chociaż nie było to spotkanie na sali sądowej, zwykłym przesłuchaniem też nie należało gardzić, gdyż łączyło się z szansą zmierzenia sił z chytrym szowinistą bez charakteru. Wykorzysta teraz dodatkowy czas na lepsze przygotowanie się do rozmowy.

Naomi Chance jak zwykle siedziała już za biurkiem, przygotowała nawet maszynkę do kawy. Jednym słowem, gdy o ósmej piętnaście pojawiła się Shana Parver, Naomi była gotowa do wszelkich batalii dnia. Naomi zawsze przychodziła do biura pierwsza. Obchodziła cały lokal, zapalała światła, jeśli była taka potrzeba, i przygotowywała dzbanek kawy dla Vaila. Patrzyła równocześnie władczo i onieśmielająco. Wyprostowana, uderzająco piękna, miała skórę barwy mlecznej czekolady, a wydatne kości policzkowe upodobniały ją do Egipcjanki. Czarne włosy z pierwszymi śladami siwizny nosiła modnie krótko przycięte. Całości dopełniały duże brązowe oczy o bystrym spojrzeniu. Była wdową w wieku pięćdziesięciu lat, ale miała życiową mądrość osiemdziesięciolatki i figurę kobiety trzydziestoletniej. Szybko się uczyła i umiała docierać do źródeł. Robiła to z pasją. Wystarczyło dać jej nazwisko, a wracała z biografią osoby. Proszona o datę, przedstawiała cały kalendarz. Gdy miała przynieść raport, wracała z pełną dokumentacją sprawy. Na maszynie pisała z prędkością osiemdziesięciu słów na minutę, biegle stenografowała. A do tego w wieku czterdziestu sześciu lat zdobyła dyplom szkoły prawniczej. Jednakże jej oddanie Vailowi było większe, niż chęć oddania się praktyce adwokackiej. Od samego początku opiekowała się Vailem. Znała wszystkie jego humory i zachcianki, jego gust w sprawie Ubrania, kina, jedzenia, kobiet, wina i - choć bez oficjalnego tytułu - była raczej jego partnerem, niż „stowarzyszonym prokuratorem". Określenie to wynalazł dla niej sam Vail. Ponieważ brzmiało tak nieprawdopodobnie, mogło pokrywać wszystko, l po/a tym robiło lepsze wrażenie niż „osobista sekretarka”.

Naomi z większą łatwością rozgryzała problemy biurokratyczne, niż bóbr potrafi rozgryźć grubą żerdź. Nie lubiła biurokratów i produktów ich pracy. Wiedziała, gdzie l Jak wygrzebać najbardziej ukrywaną dokumentację. A poza tym wszystkim była surogatem matki i chętnie ofiarowywała ramię, by mogli się na nim wypłakać i użalić młodzi pracownicy, których Vail tak wielu zgromadził w swoim biurze.

Jeśliby Vaila określić mianem szefa sztabu, to Naomi zasługiwała na tytuł generała dowodzącego jego armią w terenie.

Shana Parver była najmłodszym i najnowszym nabytkiem zespołu, który Vail nazwał Sztabem Dochodzeń Specjalnych - lepiej znanym w kuluarach policyjnych i sądowniczych jako Niepokorni. Pracowali z nim wyłącznie młodzi ludzie do trzydziestu kilku lat, wszyscy „wynalezieni" przez Naomi, której szerokie pełnomocnictwa obejmowały również prawo do rekrutacji personelu dla szefa. Szefem też go wszyscy nazywali.

Shana Parver była żywym dowodem dobrego nosa Naomi Chance. Niewielkiego wzrostu, ale o wspaniałej figurze zapierającej dech w piersiach, o czarnych jak noc włosach, spływających na plecy, o skórze barwy piasku. Jej oczy pod półprzymkniętymi powiekami wydawały się zawsze zamglone, co nadawało twarzy nieco orientalny wygląd. Chyba nie stosowała makijażu. Nie potrzebowała go. Miała też wspaniałe wysportowane nogi. Pewno dzięki temu, że wychowywała się w pobliżu plaż Rhode Island i Connecticut. W liceum była jedną z najlepszych pływaczek i mistrzynią koszykówki. Dziś włożyła czarny kostium ze spódnicą tuż powyżej kolan i białą bluzkę, a do tego sznur różowych pereł. Włosy związała na plecach białą kokardą. Mimo że była ubrana jak można najbardziej konserwatywnie, to i tak zwróciłyby się na nią wszystkie oczy w każdym zgromadzeniu. Należała do kobiet, których widok jak magnes przyciąga uwagę kierowców i bywa przyczyną wypadków drogowych. To właśnie nieomal jej uniemożliwiło zaangażowanie przez Vaila. Jednakże Naomi przekonała go, że gdyby odmówił podpisania kontraktu z takich właśnie powodów, oznaczałoby to nic innego jak dyskryminację na opak. Shana skończyła z wyróżnieniem wydział prawa na Uniwersytecie Columbia i bardzo szybko wyrobiła sobie nazwisko jako asystentka prokuratora w niewielkim okręgu stanu Rhode Island. Kiedy zgłosiła chęć pracy w Sztabie Dochodzeń Specjalnych urzędu prokuratorskiego, Naomi przeprowadziła dyskretny wywiad.

Zbuntowane dziecko, które potrafiło otrzymywać najlepsze oceny bez ślęczenia nad książkami. Dziewczyna rozrabiała i wyrzucono ją z ekskluzywnej szkoły w New England, do której wysłali ją rodzice. Przyjęta następnie do twardej, pełnej rygorów szkoły dla trudnych dzieci, zaczęła otrzymywać najwyższe oceny i od tej chwili była doskonałą uczennicą, a potem wyróżniającą się studentką w koledżu i szkole prawniczej.

- Co się właściwie stało? - zadała jej pytanie Naomi podczas wstępnej rozmowy.

- Doszłam do wniosku, że chcę być prawniczką, a nie utrapieniem - odpowiedziała Shana Parver.

- Dlaczego chcesz pracować w tej właśnie służbie?

- Ponieważ kieruje nią Martin Vail. Ponieważ pracę dyplomową pisałam o Martinie Vailu. Znam wszystkie sprawy, w których brał udział. Jeszcze z czasów, gdy był obrońcą. Jest najlepszym w kraju prokuratorem. Jak można nie chcieć dla niego pracować?

Ponieważ padły właściwe odpowiedzi, Naomi dłużej się nie zastanawiała.

- Dynamit - oświadczyła Vailowi. - Bierzemy ją.

Vail spodziewał się wszystkiego, ale nie drobniutkiej, nie dającej sobie dmuchać w kaszę, przebiegłej i agresywnej panny o doskonałych kwalifikacjach prawnych.

- No nie wiem... - powiedział, patrząc na jej zdjęcie. - Nie chcę, aby jakiś starszy wiekiem sędzia dostał ataku serca.

- Chcesz, żeby sobie zrobiła oszpecającą operację plastyczną? - spytała wtedy Naomi.

Kiedy Shana Parver wyszła z windy i pewnym siebie krokiem zmierzała przez biuro na pierwszą rozmowę z Vailem, ten westchnął i powiedział do Naomi:

- A już myślałem, że tylko kamera fotograficzna była dla niej tak łaskawa. To znaczy miałem nadzieję.

- W zbliżeniu jest jeszcze lepsza. Czy nadal masz zastrzeżenia, ponieważ jest zbyt ładna?

- Tu nie tylko chodzi o to, że jest ładna. To dziecko... bo to jeszcze prawie dziecko... ma coś...

- Magnetyzm? - podsunęła Naomi.

- Zwierzęcy magnetyzm! Stanowi poważne zagrożenie dla kandydatów do zawału serca, a są nimi wszyscy mężczyźni powyżej czterdziestki. Mówię to z własnego doświadczenia.

- A więc uroda ma dyskwalifikować, tak? To jest zwykła dyskryminacja, Marty. Shana Parver jest najlepszym młodym prawnikiem, jakiego kiedykolwiek miałam okazję kwalifikować do pracy. Może jest ciut zbyt agresywna, może buduje wokół siebie zbyt wysoki parkan, ale daję głowę, że za sześć miesięcy poradzi sobie z każdym adwokatem w mieście. I poza tym ona po prostu i przede wszystkim chce być prokuratorem. Pieniądze jej nie obchodzą.

- Jest bogata.

- Powiedzmy, że dobrze sytuowana.

- Jej ojciec wart jest kilka milionów dolarów. Ja to nazywam bogactwem.

- Wiesz, co ci jeszcze powiem, Marty? Ta młoda kobieta bardzo mi przypomina ciebie wtedy, kiedy się poznaliśmy. Tak mi przypomina, że się boję, co z nią będzie...

- Jest kobietą, jest bogata, jest piękna. Jedyne, co mamy wspólnego, to zamieszkiwanie tej samej planety.

- Lepiej dla ciebie, jeśli będziesz dla niej miły - ostrzegła Naomi i wyszła na powitanie Shany Parver.

Sześć miesięcy wcześniej Shana występowała w dwu sprawach. Jedną przegrała. Vail powiedział jej później, że była zbyt twarda, zbyt nieustępliwa i bezlitosna.

- Ława przysięgłych lubi prokuratorów twardych i zdecydowanych, ale nie krwiożerczych - tłumaczył. - Musisz złagodzić formę, czasami się powstrzymać. Obserwuj ławę przysięgłych, oni są w naszym wypadku najważniejsi. Miałem przyjaciela, którego nazywaliśmy Sędzią. Sędzia mawiał, że przy morderstwie z premedytacją odbywa się śmiertelny pojedynek. Dwaj prawnicy walczą w śmiertelnym zwarciu. Kruchym śmiertelnikiem, o którego życie chodzi, jest oskarżony. Wspaniała analogia: śmiertelny pojedynek. Dwie wrogie strony w pełni spolaryzowane. Jeden ma rację, drugi nie. Wobec tego jeden z nich musi dokonać czarodziejskiej sztuczki. Uczynić czarne białym w świadomości ławników. W ostatecznym rozrachunku życie oskarżonego zależy od tego, który z prawników przekona ławę przysięgłych, że jego percepcja i prezentacja faktów stanowi rzeczywistość. Tylko o to chodzi, Shana! O ławę przysięgłych, o zdobycie sobie ławników. Złagodzenie wystąpień nie przyszło łatwo.

- Jest pani gotowa, panno Parver? - spytała Naomi, sprowadzając myśli Shany do teraźniejszości.

- Nie pierwszy raz przesłuchuję podejrzanego o morderstwo - niezbyt grzecznie odpowiedziała Shana. Shana Parver była główną oskarżycielką publiczną w sprawie Darby'ego, ale zajęta inną sprawą opuściła pierwsze przesłuchanie. Teraz miała okazję przebić jego pancerz.

- Darby jest przebiegłym bydlakiem. Pilnuj się, żeby cię nie zapędził do kąta.

Shana uśmiechnęła się zjadliwie.

- Niech tylko popróbuje.

- Nie znasz jeszcze Raineya. Bądź ostrożna. On idzie na całego. Dobry i uczciwy adwokat, ale potrafi być zabójczy. Niech cię nie oszuka ten jego uśmiech.

Shana nalała sobie kawy, wsypała pół łyżeczki cukru, zamieszała palcem i oblizała go.

- Ktoś mi mówił, że on jest tak dobry, jak Martin w dawnych czasach - powiedziała niby to mimochodem i czekała na wybuch.

Naomi prychnęła. - A któż to ci powiedział?

- Nie pamiętam.

- Nie bierz się na podobne gadki. Nie ma lepszego od Martina i długo nie będzie.

- Nigdy nie mówisz o tamtych czasach, Naomi. Od jak dawna jesteś z Martinem?

- Osiemnaście lat. - Naomi długim czarnym palcem wodziła po kartce kalendarza Vaila na bieżący dzień. - Kiedy zaczęłam pracę z Martinem, brał pięćdziesiąt dolarów za godzinę i dziękował Bogu, że ma klienta, który płaci. Ja o prawie nic nie wiedziałam. Oprócz tego, że prawo to piędoliterowe słowo. - Zatrzymała palec u dołu strony. - Boże drogi, niech on się tylko dowie! Czeka go dziś straszny dzień. Najpierw długi roboczy lunch, potem wielkie przyjęcie Stanowego Stowarzyszenia Adwokatów. Nie powiem mu od razu, bo dostanie szału i pójdzie, na przykład, udusić Darby'ego.

Dosłownie w chwilę później Vail wyszedł z windy i ruszył w dżunglę szklanych przepierzeń, biurek, szaf na akta, komputerów, tablic i monitorów telewizyjnych. Kierował się do swego biura w samym rogu wielkiej sali, jak najdalej od gabinetu Jacka Vanceya, prokuratora okręgowego. Obaj egzystowali na tym samym piętrze, ale w innych światach.

Boże drogi, pomyślała Naomi. On się chyba ubierał po ciemku. Vail miał na sobie stary popielaty garnitur, brudne półbuty i niemodny, grubo tkany niebieski krawat, który wyglądał, jakby wielokrotnie używali go dusiciele z Bombaju.

- Jezu, Martin! Sprawiasz wrażenie nie posłanego łóżka - powiedziała.

- I czuję się jak nie posłane łóżko - warknął, wchodząc za przepierzenie, za którym znajdowało się jego biurko. - Sprzed ilu dni jest ta kawa?

- Sprzed piętnastu minut.

- Może być. - Podszedł do staromodnej, mosiężnej, pełnej zbędnych ozdób maszynki, którą przed laty otrzymał jako część honorarium za reprezentowanie bankrutującej restauracji, i nalał sobie pełny kubek kawy.

Naomi i Shana stały w otwartych drzwiach.

Zapchany do niemożliwości, zagracony i chyba nigdy nie porządkowany „gabinet” był niemal reliktem, którego styl Naomi określiła kiedyś mianem „wczesnych lat”. Królował w nim gigantyczny ciężki dębowy stół, używany przez Vaila zamiast biurka. Był zarzucony stosami listów, aktówek i książek, z wydzielonym do pracy małym „placykiem” pośrodku. Stół otaczało osiem foteli z twardymi oparciami. Vail opadł na fotel dziewiąty, z wysokim oparciem, miękkim, obitym skórą. Fotel miał kółka, więc Vail mógł w nim jeździć po gabinecie do przepełnionych książkami półek i wypchanych szaf z aktami. Był szczęśliwy, że nie musi wstawać. Dolną połowę jednego z okien wypełniał potężny wentylator wyciągowy. Vail pozostał jedynym palaczem w zespole i kiedy palił, nikt nie wchodził do pomieszczenia, jeśli nie mógł usiąść w pobliżu wentylatora.

- Stenner obudził mnie przed piątą i zabrał na spacer na miejskie wysypisko -mruknął w formie wyjaśnienia powodu swego wyglądu. - Dzień dobry, Shana! -Jakby dopiero teraz ją zobaczył.

- Pan tam był? - W spojrzeniu Shany pojawił się zachwyt. - I to prawda, że znaleźli trzy ciała?

- Co? - zdumiała się Naomi.

- Trzy corpora delicti - potwierdził Vail. -I przebywały tam długo. Bardzo długo. Wspaniały sposób na rozpoczęcie dnia. Nie będę was dręczył i nie podam szczegółów.

- Morderstwo? - spytała Naomi.

- Okie nam wkrótce powie. Jesteś gotowa wziąć za rogi dwa byczki, Shana? Pana Jamesa Wayne'a Darby'ego i Paula Raineya?

- Jestem gotowa! - Pełne zdecydowanie.

- Chciałabyś może porozmawiać o tym ze mną? Masz jeszcze piętnaście minut.

- Jeśli pan sobie tego życzy - odparła Shana. Jej postawa wyrażała niewzruszoną pewność siebie.

- Boże, Boże, ta odwaga młodzieży - mruknęła Naomi przewracając białkami. - Gdybym mogła znów mieć trzydzieści lat...!

- Mam dwadzieścia osiem - zauważyła półgłosem Shana Parver.

- Dwadzieścia osiem - powtórzyła Naomi. - Ja nawet nie chcę myśleć o latach dwudziestych mojego życia. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że rok dwudziesty ósmy miałam bardzo zły...

Vail z wyrozumiałością przyglądał się młodej prawniczce. Wydawała się bardzo opanowana, zrównoważona i pewna siebie jak na dwadzieścia osiem lat. W ciągu minionych sześciu lat kompletował bardzo starannie swój zespół młodych niepokornych, diabelnie zdolnych prawników, przesuwając dawnych asystentów prokuratorskich Vanceya - przeważnie zbiurokratyzowanych wypalonych urzędników i prawników bez wyobraźni, którzy woleli zakulisowe kompromisy i porozumienia, niż zmaganie procesowe - do spraw rutynowych, takich jak rozboje gangów, drobny handel narkotykami, napaści, uszkodzenia ciała, włamania i kradzieże oraz nieporozumienia rodzinne, często kończące się zabójstwami. Ich miejsca powoli zaczęli zajmować młodzi, bardziej agresywni, ale nie wyrywający się do sławy. Woleli mieć chwilowo pewną posadę, zdobyć doświadczenie i dopiero potem, po przejściu do adwokatury, zdobywać nazwisko. Pod czujnym okiem Vaila rozpracowywali dwa tysiące sześćset spraw - morderstw, gwałtów, napadów z bronią w ręku, aktów pedofilii, wielkich kradzieży, defraudacji itp. -jakie rokrocznie trafiają do okręgowego urzędu prokuratorskiego.



Niepokorni stanowili niewielką grupę ludzi o specyficznych cechach: młodzi, błyskotliwi, zadziorni i agresywni. Zajmowali się sprawami złożonymi, wielowątkowymi i trudnymi. Działali jako zespół. I chociaż na każdym kroku bezlitośnie ze sobą konkurowali, łączył ich wzajemny szacunek, długie godziny pracy, mizerna płaca i szansa nauczenia się sztuki od mistrza. Niektórzy, jak na przykład Shana Parver, sami się zgłosili. Inni zostali wytropieni przez wytrwałą Naomi Chance. Przez te kilka lat, jakie mieli pracować razem, stawali się specjalistami w konkretnej dziedzinie, a poza tym uczyli się potrzeby polegania na innych i działania zespołowego. Wspierał ich Stenner i pozostali dochodzeniowcy, wszyscy doświadczeni policjanci, którzy byli ekspertami w chodzeniu po linie między ustawowymi zasadami a procedurami zakazanymi. Wszyscy byli przebiegli, pomysłowi i zaradni. Potrafili poddawać w wątpliwość prawnicze teorie i nie stronili od podejmowania rozsądnego ryzyka, jeśli oczekiwany rezultat był tego wart. A w rzadkich wypadkach, kiedy im się nie udawało i wpadali, czynili to tak spektakularnie, że Vail, ryzykant z natury, wszystko im wybaczał z wyrozumiałym uśmiechem.

Zatrudnieni u Vaila młodzi prawnicy uwielbiali salę sądową. I to był powód, dla którego Naomi i Vail wybrali takich, a nie innych. Stanowiło to warunek ich zatrudnienia. Dla tych prawników, podobnie jak dla Vaila, prawo było religią i wyzwaniem, a sala sądowa ich świątynią, rzymskim Koloseum, areną wywołującą przypływ adrenaliny, mobilizującą całą wiedzę, spryt i przebiegłość. Na sali sądowej dawały o sobie znać cechy współzawodnictwa. Każdemu ze swoich młodych prokuratorów Vail zaszczepił naturalną potrzebę kontestowania pewnych zakorzenionych i przestarzałych kanonów prawnych, utartych tradycji i nawet struktur - czynienia tego wtedy, gdy trzeba oczarować ławników, gdy się nimi manipuluje słowem i skłania do uwierzenia w proponowaną im wersję prawdy. Vail wierzył święcie, że ta domena prawna musi być nieustannie atakowana i podważana po to, aby ją umocnić i aby mogła przetrwać. Nalegał, aby jego prawnicy spędzali co najmniej trzy dni w miesiącu w sądzie tylko po to, by studiować zachowanie ławników i adwokatów. Zwłaszcza metody tych ostatnich, ich strategię, sztuczki, przemówienia na otwarcie i na zakończenie przewodu sądowego. Vail z zadowoleniem patrzył, jak jego ludzie dojrzewają, wzbogacając się o własny styl gry w tym najbardziej intrygującym z niebezpiecznych sportów.

Cały zespół miał awersję do Jamesa Wayne'a Darby'ego, który był zuchwały i arogancki, wobec kobiet zespołu chełpliwy i uwodzicielski, wobec mężczyzn zgryźliwy. Jego adwokat, Paul Rainey, stanowił przeciwieństwo - dżentelmen w każdym calu, ale człowiek twardy, o wyraźnych zasadach moralnych. Rainey gorąco wierzył w swoich klientów i swoim klientom. Do chwili obecnej Darb’emu nie postawiono jeszcze formalnego zarzutu.

Shana Parver była zgłodniała sukcesu po ostatniej porażce. Darby mógłby być dobrą okazją, gdyby udało się podważyć jego wersję wydarzeń. Vail miał świadomość, że zbyt wielka gorliwość Shany w połączeniu z pochopnością może być źródłem porażki.

- To jest nasza ostatnia szansa, jeśli idzie o Darby'ego - powiedział Shanie. -Pamiętaj, że Rainey potrafi zabić jednym złym spojrzeniem. Jeśli będzie zbyt natarczywy, to go po prostu zignoruj. Znasz pole gry i zasady. Jeśli wyjdzie na aut, to ja go dopadnę. Ty koncentruj się na Darbym. Rób to, co umiesz najlepiej.

- Rozumiem - odparła Shana.

- Trafiłaś na coś nowego?

- Właściwie nie. Chociaż jest coś... Numer telefonu.

- Numer telefonu?

- Karteczka z numerem telefonu Poppy Palmer. - Shana przerzuciła grubą teczkę z raportami policyjnymi, protokołem koronera, zeznaniami świadków i innymi dokumentami dotyczącymi sprawy. Znalazła wreszcie wygniecioną kartkę z notesu: „Pammer, 555-3667”. - On twierdzi, że Ramona Darby musiała to zapisać, bo on na pewno nie. Nazwisko Palmer jest z błędem. Grafologowie nie mają pewności.

- A więc...?

- Załóżmy, że to jednak on zapisał i zostawił specjalnie po to, żeby Ramona znalazła... Ale przypuśćmy, że zrobił to już po dokonaniu zbrodni. I załóżmy, że Ramona nigdy nie zadzwoniła do Poppy Palmer, i że nie było żadnych gróźb. Jeśli uda nam się udowodnić, że Ramona Darby nigdy nie dzwoniła do Palmer, i nigdy nie groziła, że zabije Darby'ego, to będziemy mogli podważyć zeznania Darby'ego. A w każdym razie wzbudzić uzasadnione wątpliwości.

- Tylko wtedy, kiedy uda się nam skierować sprawę do sądu. W chwili obecnej nie mamy żadnej sprawy. Nie mamy nawet tyle, by iść z tym do lawy przysięgłych.

- Jest tu trochę przemawiających dowodów - upierała się Shana, poklepując teczkę.

- Wyłącznie poszlaki - odparł. - Zresztą możesz to nazwać jak chcesz. Poszlaki, dowody, insynuacje, przypuszczenia, obciążające okoliczności czy kłamstwa. Wszystko to można wykorzystać. Zdefiniuj przestępstwo, obciąż nim Darby'ego i zmuś ławę przysięgłych, by sama oddzieliła fakty, twoje fakty, od fikcji przeciwnika. Tylko że w tej chwili nie masz nic, czym mogłabyś naprawdę pogrążyć Darby'ego i zmusić ławników.

- To prawda. Ale powiedzmy, że uda nam się spłoszyć Poppy Palmer? Jeśli dojdzie do wniosku, że grozi jej sprawa o krzywoprzysięstwo i druga za współudział po fakcie...

- No to co? Potrząśniesz nią, ale nadal nie ruszysz jej.

- W końcu ruszę. Zacznę z nim, a potem wrócę do niej.

- Sznase znikome - odparł Vail.

- Mamy w tej sprawie słabą pozycję, a więc nic do stracenia.

- Niech będzie. Pokaż nam wszystkim, jaka jesteś dobra.


4


Sala, w której prokuratorzy przesłuchiwali składających zeznania podejrzanych i świadków, znajdowała się na drugim piętrze gmachu sądów, pod biurem prokuratora okręgowego. Skromnie wyposażone pomieszczenie - stół i sześć krzeseł, a w kącie sofa i niski długi stolik. Na niewielkiej lodówce w pobliżu okna stało rządkiem sześć czystych kubków obok ekspresu do kawy oraz naczynia z pakiedkami cukru i mleka w proszku. Widok z okna nijaki, nigdzie żadnego telefonu. Salka miła, ale niezbyt wygodna, za to z podsłuchem i kamerą wideo, której obiektyw skierowany był na stół.

Vail i Parver już czekali, gdy przybył Darby w towarzystwie Raineya. Rainey był zwodniczo uprzejmym człowiekiem. Wysoki, szczupły z ciemnymi włosami poprószonymi siwizną. Nosił okulary w złotej oprawie oraz elegancki i drogi granatowy garnitur. Można by go wziąć za bogatego biznesmana z Teksasu. Darby był jego przeciwieństwem. Były reprezentant koledżu w baseballu, który się zmarnował. Metr osiemdziesiąt trzy wzrostu, piętnaście kilo nadwagi, niechlujne dżinsy, ciężkie buciory do leśnych wędrówek, flanelowa koszula i myśliwska kurtka khaki. Tępe brązowe oczy były tym razem osłonięte tanimi ciemnymi szkłami lotniczymi. Zbyt krótko przycięte jasne włosy barwy kuchennych mydlin, twarz piwosza, brzuch pi-wosza i postawa piwosza. Miał trzydzieści osiem lat, ale można go było wziąć za blisko pięćdziesięciolatka. Farmer z Sandytown, małej farmerskiej miejscowości z czterema tysiącami mieszkańców, na północnym krańcu okręgu. Zastrzelił żonę z dubeltówki, twierdząc, że w samoobronie, bo ona chciała zabić jego. Cały zespół Vaila była zdania, że Darby zamordował żonę z zimną krwią. Nie było jednak dowodów na to, że jego wersja wydarzeń jest nieprawdziwa. Istniały okoliczności obciążające, lecz tylko okoliczności. Miał romans ze striptizerką Poppy Palmer. Na sześć miesięcy przed morderstwem ubezpieczył siebie i żonę na ćwierć miliona dolarów. Natomiast poprzedzające dwa lata były katastrofalne. Darby znalazł się na krawędzi bankructwa i groziła mu utrata farmy.

Jednakże brakowało świadków, którzy mogliby podważyć wersję Darby'ego. A jego wersja, potwierdzona przez dość tępą pannę Palmer, brzmiała następująco: Raniona Darby w ataku histerii zadzwoniła do striptizerki, mniej więcej na godzinę przed zabójstwem, grożąc, że zamorduje zarówno ją, jak i Darby'ego. W pobliżu telefonu Darby'ego znaleziono świstek z numerem telefonu Poppy Palmer.

Vail przywitał się nawet dość miło i przedstawił Shanę, z którą usiadł przy stole plecami do kamery wideo. Darby zajął miejsce naprzeciwko nich i skrzyżował ręce na piersiach. Nawet nie zdjął kurtki myśliwskiej. Rainey położył na stole cieniutką aktówkę i stanął za swoim klientem, z dłońmi na oparciu krzesła.

- No dobrze - powiedział. - Załatwmy to szybko.

Vail uśmiechnął się. - Po co się śpieszyć, Paul? Mamy kawę, możesz palić. Widok z okna niebrzydki.

- Drogi przyjacielu, poradziłem mojemu klientowi, by jeszcze ten jeden raz z wami współpracował. Ostatni raz. Już był dwukrotnie przesłuchiwany przez policję,

w tym raz przez sześć godzin, a poprzednio przez twoje biuro i trwało to trzy godziny. Mój klient nie został o nic oskarżony. Zaczyna to pachnieć nękaniem. Chcę formalnego uzgodnienia, że mój klient poddaje się dobrowolnemu przesłuchaniu, w związku z czym rezygnujecie z prawnych dyrdymałów. Oraz że oświadczenie mego klienta lub ciąg oświadczeń nie będą stanowiły oficjalnego zeznania lub deklaracji pod przysięgą.

- Czyżby pan sugerował, że pański klient może bezkarnie kłamać? Nie ponosząc za to prawnej odpowiedzialności? - spytała Shana Parver.

- Ja tylko mówię, że pan Darby przyszedł tu z własnej woli. Jest gotów z wami współpracować. Możecie przyjąć jego oświadczenie takie, jakie zechce złożyć.

- Ma pan obiekcje, by rozmowa była nagrywana? - spytała z kolei Shana Parver. Rainey chwilę się zastanawiał. - Nie, pod warunkiem że otrzymamy kompletną

kopię i że nagranie nie będzie użyte w sądzie ani udostępnione środkom przekazu.

- Dla nas do przyjęcia - odparła Shana.

- A więc do przyjęcia i dla mojego klienta. Nie mamy nic do ukrycia. Vail nacisnął guzik pod stołem uruchamiając kamerę wideo.

John Wayne Darby milczał. Patrzył przed siebie, z ustami wykrzywionymi w ironicznym uśmiechu.

Shana Parver otworzyła aktówkę i wyjęła ołówek.

- Jest pan gotów? - spytała z miłym uśmiechem.

- W każdej chwili, panienko.

Shana spiorunowała go wzrokiem. - Proszę mi podać swoje imiona i nazwisko oraz adres.

- Co ona...? - zaczął Darby. - Pani zna moje nazwisko i adres!

- Podaj jej, Jim - mruknął Rainey

- James Wayne Darby, RFD* Trzy, Sandytown.

- Od jak dawna mieszka pan pod tym adresem?

- Będzie osiem lat. Ojciec mi zostawił farmę...

- Wiek?

- Dwadzieścia dziewięć. - Zaśmiał się. - Żartowałem. Mam trzydzieści osiem lat i chcę żyć jak najdłużej.

- Jest pan żonaty?

- Byłem. Moja żona nie żyje.

- Czy pańską żoną była Ramona Smith Darby?

- Tak.

- Jak długo byliście małżeństwem?

- Dziesięć lat.

- Ma pan maturę, panie Darby?

- Mam.

- Uczęszczał pan do koledżu?

- Tak. Miałem stypendium sportowe. Baseball.

- Skończył pan koledż?

- Nie. Złamałem nogę w wypadku samochodowym. Na początku trzeciego roku. Nie mogłem już grać w baseball i straciłem stypendium.

- Co pan wtedy zrobił?

- Zacząłem pracować na farmie ojca.

- I w tym czasie ożenił się pan?

. - Tak. Ramona i ja pobraliśmy się zaraz po opuszczeniu przeze mnie koledżu.

- I wtedy pojechał pan na farmę RFD Trzy, Sandytown?

- Tak. Na farmę ojca. Ojciec dobudował nad garażem mieszkanie dla mnie i Raniony.

- Ma pan dzieci?

- Nie.

- Ojciec pana nadal żyje?

- Przed czterema laty ojciec miał wylew do mózgu.

- l umarł?

- Ano, umarł.

- Matka?

- Nie żyje. Umarła, kiedy byłem w koledżu. Rak.

- Czy zgadza się pan na badanie z poligrafem?

- Zgłaszam sprzeciw! - odezwał się Rainey. - Już była o tym mowa. Doradziłem memu klientowi, aby nie zgadzał się na wykrywacz kłamstw. Rezultat nie jest przyjmowany przez sąd. A poza tym nie widzę żadnych korzyści płynących z testu z poligrafem. Mówię o korzyściach dla mojego klienta. I proszę cię, Martin, nie podrzucaj tego tematu prasie. Nie rób sensacji z naszej odmowy.

- A więc zdecydowana odmowa? - spytała Shana.

- Zdecydowana, moja panienko - potwierdził ironicznie Darby.

Vail pochylał się nad stołem, chcąc coś powiedzieć, kiedy Shana trąciła go pantoflem w but i patrząc Darb/emu prosto w oczy zimnym głosem powiedziała:

- Po pierwsze, panie Darby, nie jestem niczyją panienką, zwłaszcza nie pańską. Po drugie: skoro zgodził się pan przyjść na przesłuchanie, to albo zakończymy je szybko, albo posiedzimy przez cały dzień. Co pan woli? Wybór zależy od pana.

Darby stężał, spurpurowiał i zerwał się z krzesła. Rainey położył mu rękę na ramieniu i zmusił do zajęcia krzesła. Darby coś warknął, ale posłuchał i usiadł na-burmuszony.

Shana wyciągnęła z teczki szkic i położyła przed Darbym. Był to plan parteru budynku mieszkalnego farmy. Drzwi z szerokiego ganku otwierały się na niewielki przedpokój, w którym łuk po lewej prowadził do dziennego pokoju. Na osi łuku narysowane było krzesło z zaznaczoną odległością od łuku: trzy metry siedemdziesiąt centymetrów. Na krześle znajdowały się dwa x. Drugie dwa w przedpokoju na ścianie przeciwległej do łuku, jeden na ścianie przy łuku. Wysokość sufitu określona była na dwa metry sześćdziesiąt centymetrów.

- Czy szkic, który panu pokazuję, panie Darby, jest wiernym planem miejsca zbrodni?

- Wnoszę o skreślenie słowa „zbrodni" - powiedział znużonym głosem Rainey. - Nie ma żadnej zbrodni. Nikomu nie postawiono żadnego zarzutu.

- Czy odpowiada panu słowo „zabójstwo"? - spytała Shana.

- Wolę „wydarzenie". Właściwym określeniem będzie moim zdaniem „scena wydarzenia".

- Panie Darby, czy ten szkic wiernie przedstawia scenę wydarzenia?

Darby przyglądał się długą chwilę, a potem skinął głową. - Może być. Ale w pokoju są jeszcze inne meble.

- Jednakże nie mają związku z naszą sprawą, prawda?

- Że niby nie miały nic wspólnego ze strzelaniną? Nie, nie miały.

- Czy byłby pan teraz łaskaw, panie Darby, opisać nam, co wydarzyło się siódmego stycznia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego roku?

- Mam zacząć od wstania z łóżka, wzięcia prysznicu...?

- Wybierał się pan na polowanie...

- Charlie Waters, Barney Thompson i ja pojechaliśmy na kaczki. W sezonie jeździmy parę razy w tygodniu...

- Gdzie polowaliście?

- Na Big Marsh. Dobre tereny bagienne...

- O której tam dotarliście?

- Byliśmy ukryci w kępie już około... bo ja wiem... w pół do piątej, o piątej...

- Czy przed wyjściem z domu rozmawiał pan z żoną?

- Ramona jeszcze spała. Nigdy jej nie budzę. Poprzedniego wieczoru przygotowała mi kanapki i coś tam jeszcze...

- Czy poprzedniego wieczoru była między wami awantura? Kłóciliście się?

- Właściwie to nie.

- Co to znaczy „właściwie to nie"?

- Między nami nie było dobrze. Już wam to mówiłem. Nie wszystko było cacy, ale nie wydzieraliśmy się na siebie, nic takiego. Po prostu chłodne stosunki. No i przecież przygotowała mi posiłek do zabrania na polowanie.

- Jak długo pan polował?

- Opuściliśmy Big Marsh około trzeciej po południu. Wracając z polowania zawsze zatrzymujemy się po drodze na parę piwek, żeby sobie obgadać, jak komu poszło, kto ile ustrzelił i tak dalej.

- l to podczas takich powrotów z polowania poznał pan Poppy Palmer w „Skin Gamę Club", czy nie tak?

- Tak, tak. Przecież to wszystko już parę razy mówiłem. - Rozłożył ręce, spojrzał na Raineya i z rezygnacją wzruszył ramionami.

- Nie ma pani żadnych nowych pytań do zadania? - zapytał Rainey poirytowany.

- Jest wiele punktów, które muszę wyjaśnić ponad wszelką wątpliwość - odparła bardzo spokojnie Shana. Vail był zbudowany jej opanowaniem. - W jakim odstępie czasu od chwili poznania Poppy Palmer nastąpiło między wami zbliżenie fizyczne?

- Mam to wyliczyć w minutach czy godzinach? - Darby bezczelnie się uśmiechnął.

- Może być w godzinach - odpowiedziała Shana zupełnie nieporuszona.

- No więc jak już mówiłem, zatrzymaliśmy się w „Skin Gamę" i ona akurat tego dnia tam pracowała, wypiliśmy parę piwek i Charlie zaprosił ją na piwko z nami, ale ona chciała koktajl na szampanie. Oni tam tak załatwiają frajerów. Do szklanki leją Coca-Colę czy coś takiego, płaci się pięć dolców, a oni nazywają to koktajlem na szampanie. Trochę jeszcze tam posiedzieliśmy, tak chyba do siódmej. Ona wtedy kończyła pracę, więc jej zaproponowałem, żebyśmy gdzieś pojechali na prawdziwego

drinka. W końcu wylądowaliśmy w „Bavarian Inn" i wzięliśmy pokój. - Pochylił się ku Shanie i zapytał drwiąco: - Mam opisywać ze wszystkimi szczegółami?

- To nie jest konieczne. - Zagłębiła się na chwilę w swoich notatkach. - W każdym razie jeszcze nie teraz...

Doskonały strzał, pomyślał Vail. Niech sobie myśli, że to jeszcze nie koniec. To go zaniepokoi.

- Wnoszę, że tego wieczoru miał pan stosunek seksualny z panną Palmer? -ciągnęła dalej Shana.

Darby zdetonowany spojrzał na Raineya, który uspokoił go gestem dłoni.

- Oczywiście, że tak.

- ile razy potem spotykał się pan z panną Palmer?

- Nie wiem, dokładnie nie pamiętam. Cztery, może pięć. Shana zerknęła do notatek.

- Panna Palmer mówi, że spotkała się z panem sześć razy w „Bavarian Inn". Pan po raz pierwszy stwierdził, że pięć. Potem poprawił na sześć. A teraz mówi pan, że cztery albo pięć? Więc ostatecznie ile razy?

- A co to za różnica? Bawiłem się z nią i nigdy tego nie ukrywałem. Pierwszego wieczoru powiedziałem o tym glinom, kiedy ze mną rozmawiali.

- Więc ile to było razy? Cztery, pięć czy sześć? - zapytała z absolutnym spokojem Shana.

- Mówiłem, że nie pamiętam. Dobrze, niech będzie sześć, skoro Poppy tak twierdzi. Ja tam nie zapisuję w kalendarzu. Może ona to robi.

- l za każdym razem dochodziło do zbliżenia?

- Ano dochodziło. A co, podnieca panią, jak się o tym mówi?

- Dość błazenady, Darby! - warknął ostro Vail.

- Słuchajcie, to co zrobiłem, zrobiłem w samoobronie. Ile jeszcze razy mam to wam, do diabła, powtarzać? Zajmijcie się lepiej jakąś grubą rytą handlującą narkotykami, róbcie coś pożytecznego dla ludzi, a mnie dajcie wreszcie spokój.

- Potrwa to bardzo długo, jeśli takie jest jego życzenie - powiedział Vail do Raineya.

- Masz odpowiadać „tak" albo „nie", Jim - nakazał Rainey, nie odrywając wzroku od Yaila.

- Powróćmy do dnia, kiedy zabił pan żonę - włączyła się z powrotem Shana. -Czy tego dnia był pan w „Skin Gamę Club"?

- Nie. Zatrzymaliśmy się w barze przy szosie siedemdziesiąt osiem. Nie wiem, jak się nazywa i czy w ogóle się nazywa. Znak nad drzwiami mówi „Koktajle" i tyle.

- Widział pan się tego dnia z Poppy?

- Nie.

- Rozmawiał pan z nią?

- Nie przed strzelaniną.

- Pytałam o cały dzień.

- Zadzwoniłem po przyjściu policji. Wtedy właśnie znalazłem przy telefonie kartkę z jej numerem.

- Po co pan do niej dzwonił?

- Chciałem jej powiedzieć, co się stało, i chciałem się dowiedzieć, skąd i po co ten jej numer. Skąd Ramona go dostała, ponieważ numeru Poppy nie ma w książce telefonicznej. Poppy mi powiedziała, że Ramona zadzwoniła do niej między w pół do piątej a piątą i pluła przez telefon. Powiedziała, że mnie załatwi. Wszystko to pani już wie, rozmawiała pani przecież z Poppy, no nie?

- Co dokładnie powiedziała panu Poppy przez telefon?

- Właśnie to, co mówiłem. Ramona do niej zadzwoniła i tak plotła, jakby zwariowała. Wymyślała Poppy za to, co się stało, że to niby wina Poppy. Poppy nie mogła wtrącić słowa. Ramona płakała i wydzierała się. Powiedziała, że mnie załatwi na amen. Tak właśnie dokładnie powiedziała mi Poppy, że Ramona jej powiedziała, że mnie załatwi na amen.

- O której godzinie opuścił pan bar przy siedemdziesiątej ósmej?

- Dokładnie nie wiem. Może o wpół do szóstej. Nie patrzyłem na zegarek. -Chrząknął rozbawiony. - Nie było w zwyczaju, żeby moja stara strzelała do mnie, kiedy wracam późno.

- i o której wrócił pan do domu?

- Do domu miałem jakieś pół godziny jazdy i kiedy przyjechałem, leciał właśnie dziennik. Wszedłem do domu i słyszałem głos Dana Rathera w telewizji. Dziennik dopiero się zaczynał.

- Niech mi pan pokaże na szkicu, co się wydarzyło, kiedy wszedł pan do domu.

- Cholera! - Wziął ołówek i jego końcem pokazywał, jak wchodzi do domu. W miarę mówienia słowa płynęły coraz szybciej: - Tędy wchodzę, idę tu, od drzwi do wejścia do dziennego pokoju jest, no nie wiem, ze dwa metry, zaglądam do pokoju... Ramona jest... siedzi w fotelu, o tu! I celuje we mnie z mojego własnego rewolweru, z trzydziestkiósemki... Jak mnie widzi, to zaczyna strzelać, więc ja daję nura na drugą stronę łuku i chowam się za mur, a ona strzela dalej i pakuje kulę w to miejsce na ścianie, gdzie jest x, w drugą tu... a ja wpadam w panikę, ładuję dwa naboje do dubeltówki, a ona jeszcze raz strzela i kula przechodzi przez mur tuż koło mojej głowy, prawie że się o nią ociera, a ja wtedy myślę sobie, że ona mnie zabije, więc wyskakuję zza muru i strzelam nisko raz, żeby ją uspokoić, a ona jakby zapada się w ten swój fotel i jeszcze raz strzela, ale w sufit, ja lecę ku niej i jeszcze raz strzelam... A to wszystko nie trwało nawet jednej minuty...

- Co pan pomyślał, kiedy strzelanina się skończyła?

- Co ja pomyślałem? Byłem przerażony, byłem wkurzony. O mało mnie nie zabiła.

- A co pan myślał, kiedy trwała strzelanina? Czy próbował pan coś powiedzieć? Uspokoić ją?

- Nie. Bo niby jak i kiedy? To działo się bardzo szybko, cholernie szybko. Bang, bang, bang, bang. Kule przelatywały przez cienką ścianę. Ja nic nie myślałem, ja tylko próbowałem pozostać przy życiu.

- Nie ostrzegł jej pan, że będzie też strzelał?

- Kula przeleciała mi tuż koło głowy. Ze strachu niemal zwymiotowałem. Nie wiedziałem, że będę strzelał. I co mogłem powiedzieć? „Hej, Ramona, ręce do góry!" Spanikowałem, ponieważ sytuacja była taka, że albo ona, albo ja, no i wbiegłem strzelając...

- Rozumiem. Jest już po wszystkim, pańska żona leży z dwiema ranami w głowie. Co wtedy pan myślał?

- Najpierw mnie aż zatkało., I zebrało mi się na rzyganie. Jeszcze nigdy w życiu nie strzelałem do ludzkiej istoty. A ona krwawiła. Rzuciłem dubeltówkę i próbowałem wyczuć puls, ale byłem zupełnie zgubiony i zgłupiały, więc skoczyłem do telefonu i wydzwoniłem 911.I kiedy dzwoniłem, zobaczyłem, że Ramona włamała się do szafki z bronią, no i tę kartkę z numerem telefonu...

- Ten numer był zapisany ręką pańskiej żony?

- A skąd ja mogę wiedzieć? Co się pani zdaje, że jestem grafologiem? Tego wieczoru gliny rozmawiały ze mną przez trzy albo cztery godziny. Zabrali tę kartkę i od tego czasu jej nie widziałem.

- Ale to nie było pańskie pismo? Pan nie zapisywał tego numeru.

Vail siedział wygodnie rozparty skupiając uwagę na Shanie Parver. Doskonała robota! Sprawa pisma na kartce zupełnie umknęła uwadze Yaila. I z tego, co wiedział, wszystkim innym też. Shana była opanowana, spokojna, ale nie łagodna. Jej pytania były bardzo celne i zaczynały denerwować Darby'ego. Przestał czuć się tak pewnie, jak na początku. Shana parła prosto naprzód. Vail pomyślał, że jest podobna do Jane Yenable, jego poprzedniczki na stanowisku szefa prokuratury.

- Oczywiście, że nie! - wykrzyknął Darby. -Już pani mówiłem, że telefonu Poppy nie ma w książce. I co pani chce? Żebym mojej żonie dawał telefon Poppy? Po co? Żeby do niej zadzwoniła? - Prychnął rozbawiony.

- I nie ma pan najmniejszego pojęcia, skąd mogła wziąć lub gdzie znaleźć ten numer?

- Nie.

- Kto jeszcze zna ten numer?

- A skąd ja to mam, do cholery, wiedzieć?

- Czy nie uważa pan za możliwe, że sam pan kiedyś zapisał ten numer i o tym zapomniał, a ona go znalazła? W jakiejś szufladzie albo schowku?

- Ja-nie-zapisywałem-tego-cholernego-numeru! - wyskandował. - Czy to jasne? Obrócił się do Raineya i pożalił płaczliwie:

- Te same cholerne pytania, co ostatnim razem. Znają przecież odpowiedzi. Co to ma być? O co im chodzi? - Wzruszył ramionami i powrócił do poprzedniej pozycji. Patrząc Shanie w oczy oświadczył: - Więc dobrze, zabiłem żonę! Ona strzelała do mnie, ja strzeliłem do niej. To wszystko! Nie mam nic więcej do powiedzenia.

- On ma rację - wtrącił Rainey. - Już parę razy przeoraliście to poletko.

- Chciałabym jednak, by pan dobrze zrozumiał, panie Darby, że mamy dwa poważne motywy morderstwa - oświadczyła Shana. - Pierwszy to pieniądze. Polisa ubezpieczeniowa na dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Drugi motyw: w czasie, kiedy wykupywał pan polisę, groziło panu bankructwo. Do tego dodajmy zdradzanie przez pana żony... To bardzo istotne motywy, panie Darby. Z tego, co ustaliliśmy, wiemy, że pańska żona nie była osobą gwałtowną, poddającą się impulsom. Wiemy też, że robiło się jej wprost niedobrze na widok broni. Czy jest prawdą, że chciał pan, aby brała lekcje strzelania, ale ona nie chciała dotknąć rewolweru?

- Tak było. Może też dlatego mnie nie trafiła - odparł zachwycony swym argumentem.

- Prowadzę do tego, panie Darby, że jeśli będziemy chcieli ponownie z panem porozmawiać, to z pewnością porozmawiamy. Będziemy tak długo z panem rozmawiać, aż nie stwierdzimy bez najmniejszych wątpliwości, czy było to zabójstwo w samoobronie, czy też nie...

Darby zerwał się wściekły. Wsparty dłońmi na stole, wychylony ku Shanie, niemal wykrzyczał: - Było tak, jak mówię. Ramona i ja byliśmy w domu sami. Ramona nie żyje. Niech pani pokaże dowody, że było inaczej, pa-nien-ko, albo zostawi mnie w spokoju! - Potem obrócił się na pięcie i wyszedł z sali.

Rainey spokojnie chował dokumenty do teczki. Spojrzał na Yaila i pokręcił głową. Następnie zwrócił się do Shany.

- Protestuję przeciwko takiemu przesłuchaniu, panno Paryer. Kartka z numerem jest wątpliwym dowodem czegokolwiek. Ot po prostu była, gdzie była, i co najwyżej potwierdza zeznanie panny Palmer, którego ani policji, ani prokuraturze nie udało się podważyć. Niech pani nie próbuje robić sałatki z kurzych odchodów. Wie pani doskonale, że sytuacja mogła być odwrotna. Jimmy mógł znajdować się pod ziemią, a pani nękałaby Ramonę Darby, że go sprzątnęła. - Znowu pokręcił głową. - Wy oboje zabrnęliście na bezdroże. - Zabrał teczkę i wyszedł.

- Psiakrew! - zaklęła Shana i cisnęła ołówek na stół.

- Darby gra ostro - mruknął Yail. - Nie ma innego wyboru.

- Sądzi pan, że Rainey mu wierzy?

- Jestem pewien, że tak. Nie udało się nam przekłuć balonu i dać mu materiału do myślenia. Rainey wierzy w niewinność swego klienta, l wie, że nie mamy dowodów.

- Darby ją zabił z zimną krwią - oświadczyła Shana Parver. - Ja to wiem. Wszyscy wiemy.

- Opowiem ci pewną historię - powiedział Yail, gdy wracali na trzecie piętro. -Przed kilkoma laty w mieszkaniu na północy miasta znaleziono martwego starszego pana nazwiskiem Shuman. Strzał w głowę. Wszystkie drzwi i okna były zamknięte, w mieszkaniu nie znaleziono żadnej broni. Ostatnim, kto go widział za życia, był jego przyjaciel, niejaki Turk Loudon, narkoman, karany za rabunek z bronią w ręku. Miał sygnet zabitego, pięćdziesiąt siedem dolarów i klucz do mieszkania. I nie miał alibi. Twierdził, że stary pan powiedział mu, iż ma dosyć życia, dał sygnet i pieniądze. A klucz od dawna już miał, gdyż był bezdomny i Shuman pozwolił mu spać w nocy na podłodze. Loudona aresztowano pod zarzutem popełnienia zabójstwa pierwszego stopnia. Jego obrońca z urzędu parł do układu z prokuraturą. Był jednak problem rany. W chwili strzału pistolet dotykał skroni. Sugerowało to skrajnie złą wolę. Sam Loudon był największym problemem. Zdecydowanie odmawiał ugody, twierdząc, że jes?niewinny. Nikt mu nie wierzył. Przede wszystkim nie wierzył mu jego własny adwokat.

- Mniej więcej w dwa tygodnie po aresztowaniu Loudona zjawili się malarze, by odnowić mieszkanie starego pana. Za grzejnikiem znaleźli wojskowy pistolet, czter-dziestkępiątkę. Na pistolecie i nabojach były ślady palców Shumana. Policja ustaliła,

że kula w czaszce Shumana pochodziła z tego pistoletu. Shuman sam się zabił. Siła odrzutu odbiła mu rękę, pistolet wyleciał z dłoni i łukiem wpadł za grzejnik. Policjanci przeszukując mieszkanie nie znaleźli pistoletu, ponieważ wydawało im się, że za grzejnikiem nie ma co szukać, bo pistolet nie zmieściłby się za nim. A poza tym grzejnik był za gorący. Zajrzeli tylko pod grzejnik, ale już nie za.

- Był pan wtedy prokuratorem?

- Nie. Byłem obrońcą z urzędu. I nie uwierzyłem memu klientowi. Myliłem się. I gdyby Loudon mi uległ i zgodził się na ugodę, to spędziłby resztę życia w więzieniu.

- Z tego, co pan mówi, wynika, że Darby ma prawo do domniemania niewinności.

- Nie o to mi chodzi. Twierdzę tylko, że jeśli broni się kogoś podejrzanego o popełnienie morderstwa, to musi się wierzyć w jego niewinność. Nie wolno sobie pozwolić na luksus zwątpienia. Paul Rainey wierzy w niewinność swego klienta, ponieważ nie ma innego wyboru. Jeśli podważymy historyjkę Darby'ego, to Rainey zacznie wątpić. Zacznie go to gnębić i będzie robił wszystko, by dotrzeć do prawdy. Problem polega na tym, że nie potrafimy uczynić najmniejszego wyłomu w wersji Darbyego.

- Więc tak długo, jak Darby będzie tkwił przy swoim...

- ...A nam zabraknie szczęścia - dokończył Vail. - Tak, Darby miał szczęście. Amatorzy zaplątani w podobną historię przeważnie potykają się o jakiś drobny szczegół. O czymś zawsze zapominają, czegoś nie przewidzieli, pojawia się niespodziewany świadek, pokazuje się ślad linii papilarnych w miejscu najmniej spodziewanym. Od miesiąca obrabiamy tego faceta ze wszystkich stron i niczego nie znaleźliśmy.

- Niech mi pan raz jeszcze pozwoli pojechać do Sandytown. Chcę sprawdzić, czy coś nie umknęło naszej uwadze. Może mi się uda.

Vail westchnął. W pełni rozumiał frustrację i rozczarowanie Shany. Wszyscy to odczuwali. Ale w życiu widział przecież niejednego przestępcę, który umykał wymiarowi sprawiedliwości. Poza tym pozostawała kwestia personelu i czasu potrzebnego na złamanie Darb/ego. A szansa wydawała się nikła.

- Może to było rzeczywiście tak, jak on mówi? Może jest w naszych oczach tak antypatyczny, że po prostu chcielibyśmy, by był winny? - spytał.

- Jest winny! Zaplanował wszystko i zamordował ją z zimną krwią - przeciwstawiła się Shana.

- I byłabyś gotowa wystąpić w sądzie, mając przeciwko sobie Raineya?

- Marzę o tym - odparła bez wahania.

- Z tak wątłymi argumentami, jakie masz?

Długo zastanawiała się nad pytaniem. Potem jakby opadły jej skrzydła. - Nie -odpowiedziała, ale po chwili odzyskała pewność siebie. - Dlatego też raz jeszcze chcę obejrzeć miejsce przestępstwa. Raz jeszcze zadać kilka pytań Poppy Palmer. Jeśli nic nie znajdę, zamknę sprawę. Bardzo proszę...!

- Dobrze, daję ci jeden dzień. Zabierz z sobą Abela. Ale jeśli do jutra do wieczora nie pojawisz się z czymś konkretnym, to umarzamy dochodzenie.

5

Harvey St. Claire na coś trafił.

Vail zauważył to zaraz po wyjściu z windy.

Rosły mężczyzna siedział na brzeżku krzesła. Łokciami wsparty o kolana, pochylony do przodu, znieruchomiały wpatrywał się w monitor głównej stacji komputera. Tylko lewa noga mu dygotała. To był sygnał.

Obok St. Claire'a siedział Ben Meyer. St. Claire był niski i otyły, Meyer wysoki i szczupły. Twarz miał wydłużoną, skupioną, nad czołem sterczała grzywa czarnych włosów. Miał na sobie to, w co ubierał się zawsze - prążkowany garnitur, białą koszulę i krawat w poważnych ciemnych barwach. St. Claire też miał na sobie to, co zawsze - niebiesko-żółtą flanelową koszulę, czerwone szelki, niechlujne niebieskie dżinsy, ciężkie buty i wiatrówkę z emblematem klubu sportowego White Sox.

Meyer miał trzydzieści dwa lata, był etatowym ekspertem komputerowym i sam zaprojektował wyszukany system, który łączył biuro prokuratora okręgowego z HITS - policyjną siecią biur dochodzeń kryminalistycznych wydziałów zabójstw. Sieć ta łączyła wszystkie departamenty policji w całym kraju. St. Claire, który już skończył pięćdziesiąt dwa lata, w ciągu dwudziestu sześciu lat pracy w policji i w organach pokrewnych ścigał już elektronicznie wszelkiego autoramentu przestępców - od pędzących nielegalnie alkohol w Georgii i Tennessee, poprzez przemytników na granicy meksykańskiej, nielegalnych handlarzy i przemytników broni z Kanady, nielegalnych imigrantów w dzielnicach meksykańskich Los Angeles i San Diego, aż po najgorszych oszustów w kraju. Robił to wszystko, kiedy pracował w federalnym urzędzie zwanym Amerykańskim Korpusem Porządku Publicznego - U. S. Marshal Service. Teraz pracował dla Yaila.

Meyer był specjalistą od fałszerstw. Pierwszy wykrył pewne nieprawidłowości, które pozwoliły pociągnąć do odpowiedzialności dwóch radnych miejskich za przywłaszczenie i branie łapówek. Podczas rozprawy sądowej, wygłaszając przemówienie końcowe, Meyer wygrał sprawę kierując do ławników dramatyczny apel o ochronę praw podatników. St. Claire był graczem, który kierowany instynktem potrafił kojarzyć pozornie nie związane ze sobą fakty i wydarzenia, tworząc całościowy obraz. Miał umysł analityczny i łączył bezbłędnie poszczególne ogniwa, wyciągając słuszny wniosek. Większość prawników-dochodzeniowców potrzebowało papieru i komputera, by spisywać fakty, szukać elementów wspólnych, korygować, łączyć w grupki i grupy, by móc wreszcie stworzyć jakiś schemat lub wykazać wzajemny związek. St. Claire robił to wszystko w pamięci, zupełnie jakby widział na spodzie powiek powstający wzór czy rysunek. Miał też nieprawdopodobną pamięć do faktów dotyczących przestępstw. Nigdy nie zapominał tego, co raz usłyszał, przeczytał lub zobaczył, jeśli idzie o informacje związane z działalnością przestępczą.

Wspólna obecność Meyera i St. Claire'a oznaczała kłopoty i Vail zignorował Naomi wzywającą go do biura. Podszedł i stanął za plecami St. Claire'a.

- Oto co sobie wykombinowałem - mówił St. Claire. - Porównam listy osób zaginionych z nie rozwiązanymi zabójstwami, no i zobaczę, czy jakieś daty się nie pokrywają. Chyba można to zrobić...

- W obrębie stanu?

- Z początku w obrębie stanu. A potem zobaczymy.

- Żaden problem - odparł Meyer i zaczął stukać w klawiaturę komputera.

- Co wy dwaj kombinujecie? - spytał Vail.

- Mam pomysł. Instynkt mi coś podpowiedział - mruknął St. Claire, nie odrywając oczu od monitora. Światło odbijało się od szkieł okularów w drucianej oprawce, zawieszonych na końcu nosa.

- Wszystkich nagle nawiedził instynkt. Przez całe śniadanie musiałem wysłuchiwać, co instynkt podpowiedział Ablowi, a teraz wy. Co wam ten instynkt nagadał?

- W związku z tą nową sprawą...

- Jaką sprawą?

St. Claire żuł prymkę. Teraz, nie odrywając oczu od monitora, splunął do srebrnego kubeczka, który w tym właśnie celu zawsze miał przy sobie.

- Te ciała na wysypisku. Chcemy ruszyć cholerstwo z miejsca.

- Zanim my się do tego zabierzemy, podłubie jeszcze Eckling. Ma siedem dni. Dopiero potem oficjalnie przejmiemy sprawę.

- Ślad będzie wtedy zimny.

- Poczekajmy, aż nam coś powie Okimoto.

- To może być dopiero za parę dni - odparł St. Claire. - Ja chcę tylko coś sprawdzić przez komputer. To przecież nic wielkiego.

- Ale właściwie jeszcze nie wiemy, czy to było morderstwo - wtrącił Meyer.

- To zbyt smakowite, żeby nim nie było - odparł St. Claire i ponownie splunął do srebrnego kubeczka.

- Ile masz spraw na głowie, Ben? - spytał Vail.

- Cztery.

- A zajmujesz się tym? - Wskazał na komputer.

- Ja go prosiłem, bo nie wiem, jak obsługiwać to cholerstwo - wyjaśnił St. Claire. Vail postanowił dać St. Claire'owi szansę sprawdzenia swej teorii. - Możesz go

męczyć do popołudnia. Potem Meyer wraca do swoich spraw - zdecydował.

- Przez trzy godziny wiele nie zrobię - skarżył się St. Claire.

- Jak się pośpieszysz, to zdążysz - stwierdził Vail.

Zniecierpliwiona długim czekaniem Naomi podeszła i chwyciła Yaila za łokieć. Palcem wskazała gabinet Yanceya.

- Dzwonił przed dziesięcioma minutami. Powiedziałam mu...

Vail ruszył w kierunku swego gabinetu. - Nie. Jeszcze raz nie! - rzucił w przestrzeń. Zatrzymał się patrząc na wieszak. Wisiały na nim ciemny garnitur i smoking.

- Co to ma być? - spytał Naomi.

- Kazałam zapakować i przywieźć. Dodatki też. Wiedziałam, że nie zdążysz wrócić do domu, żeby się przebrać...

- Przebrać? A po co?

- Masz jechać z Yanceyem na obiad - uroczystość otwarcia stanowego zjazdu adwokatów. Yancey przemawia. Jest głównym mówcą. W samo południe... - Podniosła oczy ku niebu.

- Rany boskie! I co jeszcze?

- Wieczorem koktajl otwarcia. O szóstej w Marina Center.

- Jasna cholera, psiakrew, do wszystkich diabłów, dlaczego mi wcześniej nie powiedziałaś?

- To już lepiej dokończę ciąg złych wieści. Yancey chce cię zaraz widzieć w swoim biurze. Kazał mi nawet zejść na dół i ściągnąć cię.

- Ściągnąć z przesłuchania? Zwariował?

- Tłumaczyłam mu to parę razy...

- Powiedz mu teraz, że jestem zajęty do południa.

- Nie uwierzy. Jest z nim Raymond Firestone. Zjawił się niezapowiedziany. Vail spojrzał na Naomi wzrokiem pełnym desperacji. - Najgorsze zachowałaś na

koniec, co? Stałaś sobie niby spokojnie i znienacka łupnęłaś mnie pałką w głowę.

- Daj mi święty spokój. A poza tym ani mi się śni brać winę za twoje balowania, obiadki i przyjęcia. Mówiłam ci o tym w lecie i akceptowałeś.

- W lecie! I dopiero teraz mi przypominasz?

- A niby co, Marty, miałam ci co dzień zaznaczać ptaszkiem w kalendarzu? I wyliczać, że za trzy dni zjazd, za dwa dni, za osiem godzin... Może miałam zatelefonować do ciebie do domu, obudzić i zawiadomić, że zostało ci tylko dziewięć godzin do włożenia smokingu?

- Obudzić? Ja się w ogóle nie kładłem.

- Nie ja ciągnęłam cię na wysypisko. Nie ja, a Shana wymyśliła przesłuchiwanie Darby'ego. l nie miałam też nic wspólnego z wizytą radnego Firestone'a!

Vail ze złością patrzył na znajdujące się po przeciwnej stronie sali drzwi gabinetu prokuratora okręgowego, Jacka Yanceya. Wiedział, co go czeka, kiedy tam się zjawi. Raymond Firestone przybył do miasta przed dwudziestoma laty. Miał jedną zniszczoną walizkę, osiemdziesiąt dolarów w kieszeni i gibki język. Chodził od drzwi do drzwi, namawiając biedaków na kupno polisy pogrzebowej. To groszowe przedsięwzięcie szybko rozbudował i wkrótce patronował imperium ubezpieczeniowemu posiadającemu filie w całym stanie. Pozostał zaczepnym, nieokrzesanym brutalem. W ciągu siedmiu lat pełnienia funkcji radnego miejskiego doprowadził perfidię i nepotyzm na niespotykane wyżyny, nadając im rangę złowrogiej sztuki. Abel Stenner powiedział kiedyś, że Firestone ma w sobie tyle nieuczciwości, że wystarczyłoby na bliźnięta.

Firestone, którego otwarcie popierał Eckling i związek policjantów, wkrótce po pierwszym wyborze na radnego dał do zrozumienia, że „usadzi Yaila". Była to śmieszna i niespełniona groźba, ale stanowiła zadrę.

Teraz Firestone siedział naprzeciwko Yanceya tyłem do drzwi. Gdy wszedł Vail, obrócił głowę i patrzył czujnie przez przymrużone powieki, które wydawały się zastygłe w permanentnym skurczu. Firestone był mężczyzną średniego wzrostu i miał matowe brązowe włosy, zawsze zaczesane do przodu, aby zamaskować formującą się nad czołem łysinę. Wąskie zaciśnięte usta rzadko się uśmiechały. Całości dopełniała pocętkowana i plamista cera alkoholika.

- Cześć, Raymond - przywitał się Vail i ignorując krzesło obok Firestone'a usiadł w wygodnym fotelu pod ścianą, o dobre parę metrów od biurka Yanceya.

Firestone nie odpowiedział, tylko lekko skinął głową.

Yancey siedział za biurkiem. Był to jegomość pucołowaty, z przyklejonym do twarzy obłudnym uśmiechem i falującymi białymi włosami. Znany był jako wyszczekany kombinator i naciągacz. Przed laty, gdy kandydował w wyborach na stanowisko prokuratora okręgowego, mówiono, że nie ma szans. Ale wygrał, bo kontrkandydaci „skasowali się", i okazał się kwintesencją biurokraty, wykorzystując swój obleśny urok i talent do mediacji i kompromisów. Otoczył się błyskotliwymi prawnikami, którzy wykonywali za niego brudną robotę i prowadzili potyczki w sądzie, bo on nie miał na to dość wigoru i odwagi do walki.

- Mamy tutaj pewien mały problem - zaczął Yancey. - Ale nie widzę powodu, dlaczego nie mielibyśmy w pełnej zgodzie znaleźć rozwiązania...

Vail nie odezwał się słowem.

Podobnie jak Jane Yenable, Vail nie miał wielkiego szacunku dla Yanceya jako mediatora, ale mimo wszystko trochę go lubił. Yancey, porzucony przed dziesięciu lary przez przez jane, chętnie przyjął i nawet przylgnął do Yaila - śmiertelnego przeciwnika na sali sądowej - jako swego pierwszego prokuratora. Umowa była prosta: Yancey zajmuje się polityką, Vail prowadzi interes.

- Chodzi o to... no wiesz, o to między tobą a Ecklingiem - ciągnął Yancey. „To" między Yailem a Ecklingiem sięgało jeszcze czasów, kiedy Vail nie był prokuratorem. Bardzo dawnych czasów.

- Najwyższy czas zakopać ten cholerny topór - odezwał się Firestone i przebił Yanceya złym spojrzeniem.

- Tak? A w czyich plecach? - spytał spokojnie Vail.

Firestone warknął, Yancey westchnął, potem uśmiechnął się i rozparł wygodniej w fotelu. Złożył palce jak do modlitwy, tyle że rozcapierzone, i spojrzał w sufit.

- Właśnie tego chcielibyśmy uniknąć, Martin - powiedział.

- Tak mówisz?

- Martin, nasza sugestia jest taka, żebyś ciut ciut ustąpił - oświadczył Firestone.

- I to miałby być kompromis?

- Myślałem, że jest raz na zawsze ustalone, iż biuro prokuratora przez siedem dni od chwili popełnienia przestępstwa nie wtrąca się do dochodzenia prowadzonego przez policję. Czy mam rację? Była taka umowa? - Zadając pytanie, Firestone patrzył na Yanceya.

- Aha, była - odparł Vail.

- No to dlaczego, do cholery, jej nie przestrzegasz? - Firestone obrócił się całym ciałem do Yaila i dosłownie wywarczał pytanie.

- Przestrzegam. Ja i wszyscy moi ludzie.

- Łgarstwo! Ty i twoi ludzie pokazujecie się za każdym razem, gdy jakiś kryminalista pierdnie.

- Zaraz, zaraz, Raymond - wtrącił Yancey. - Jest rzeczą normalną, że przedstawiciel prokuratury pojawia się na miejscu przestępstwa. Policja to nawet sobie ceni. Yail jest pierwszym prokuratorem, moim zastępcą...

- Mowa jest o współpracy, a nie o wtykaniu nosa. - Firestone aż poczerwieniał.

- Może ja wrócę do siebie? - powiedział Yail z uśmiechem. - Gadacie sobie panowie, jakby mnie tu nie było. Mam przykre uczucie, że podsłuchuję...

Firestone z wściekłością zaatakował Yaila:

- Robisz zawsze wszystko tak, żeby Eckling wypadł jak najgorzej.

- Nie muszę nic robić - odparł Yail. - On to sam robi.

- Widzisz? - Firestone zwrócił się do Yanceya. - Jak Eric może pracować, kiedy ten zarozumialec stale go drażni?

- Panowie mi wybaczą - powiedział spokojnie Yail i wstał.

- Spokojnie, Marty, spokojnie! - Yancey gestem ręki poprosił Yaila, by z powrotem usiadł.

- Masz do mnie pretensję, przyjdź i powiedz. Ale mnie, nie jemu. - Yail nadal mówił opanowanym, spokojnym głosem.

- Przychodzę do niego, bo on jest twoim przełożonym.

- Nie na tym obszarze - odparł Yail. Wiedział, że najlepszym sposobem dopieczenia Firestone'owi jest zachowanie spokoju. W kąciku ust pojawił mu się uśmiech. - Wiesz, co ci powiem, Raymond? Szczerze, l gówno mnie obchodzi, czy to ci się będzie podobało, czy nie. Jesteś chłopię z miasta. I tylko z miasta. Prokuratora obejmuje okręg. Nie masz tu więcej do gadania, niż dozorca budynku. Może zająłbyś się więc swoimi sprawami i nie wtykał nosa w nasze.

- Jezu! Marty, co ty...? - wyjąkał Yancey.

- Spokojnie, Jack. Nie będę wysłuchiwał obelg tego nadętego bufona - odparł Yail.

- Cholera! A mówiłem ci, Jack, że rozmowa z nim to czysta strata czasu. Martin nie jest zdolny z nikim współpracować. - Firestone kipiał.

- Powiedziałeś mu, że będę z nimi współpracował, Jack? Obiecałeś to? - spytał Yail.

- Powiedziałem tylko, że może wszyscy powinni zrobić kroczek do tyłu i ochłonąć. Chodzi mi o to, żeby była jaka taka kooperacja między prokuraturą a policją.

- Nie mam potrzeby ochłonięcia, bo jestem zupełnie spokojny - odparł Yail. -A jeśli idzie o Ecklinga, to nie jest wart dwóch centów. Jest niekompetentny. Bierze łapówki. I nie rozpoznałby śladu zbrodni, nawet gdyby wielki jak pięść siedział mu na czubku nosa.

- Słuchaj no...!

- Nie! To ty słuchaj, panie radny: jestem funkcjonariuszem wymiaru sprawiedliwości. Odpowiadam za najlepsze jak tylko można przedstawienie sprawy sądowi, za doprowadzenie do ukaranie winnego. Nie mogę tego robić polegając na Ericu Ecklingu. Przed dwoma laty był gotów pogrzebać sprawę przeciwko twoim dwóm koleżkom z rady miejskiej. Odebraliśmy mu sprawę i obaj panowie siedzą teraz na Rock island za nadużycie władzy. - Yail na chwilę zamilkł, a potem dodał: - Może tu leży pies pogrzebany, Raymond? Może zaczynają ci się pocić dłonie...?

Firestone zatrząsł się ze złości. Twarz miał szkarłatną. Chciał coś powiedzieć, ale słowa utknęły mu w krtani.

- Wiesz, co ci zaproponuję? - ciągnął Yail. - Daj sobie spokój z Ecklingiem. 'yrzuć go na śmietnik, gdzie jest jego miejsce, i weź szefa policji z prawdziwego

zdarzenia, a nie alfonsa, a wtedy nie będziesz miał problemu. Ani małego, ani dużego.

- Niech cię cholera! - wrzasnął Firestone i jak oparzony wyleciał z biura Yanceya. Yancey głośno wypuścił wstrzymywane powietrze. Na czole perlił mu się pot. -

Jezu, Marty, czy musisz być takim twardym sukinsynem? - wydusił.

- Mamy umowę, Jack. Ja rządzę prokuraturą, ty politykujesz. Ja cię nie proszę o pomoc. A ty nie proś mnie.

- W partii liczą się z jego głosem.

Yancey miał już właściwie w zasięgu ręki to, o czym od dawna marzył - nominację sędziowską, ale do tego potrzebował poparcia wszystkich demokratów w okręgu. Dlatego też jego głównym zadaniem w chwili obecnej było zachowanie spokoju w rodzinie. Vail dobrze znał scenariusz.

- Postaraj się, aby bardziej liczyli się z twoim. Naciśnij tu i tam. Przestań się zachowywać jak wystraszony chłopaczek i rozdaj parę kopniaków.

- Nie miałem zamiaru nalegać na ciebie...

- Oczywiście, że miałeś. Firestone nie po raz pierwszy wywiera na ciebie presję. On wcale nie jest ci potrzebny. Ani jego lokalny związek. Środowisko robotnicze. Sami demokraci. Nie głosowaliby na republikanów, nawet gdyby z grobu wstał Jimmy Hoffa i kandydował z republikańskiej listy.

- Nie znoszę tego rodzaju problemów.

- Największy problem jest z tobą, Jack. Koniecznie chciałbyś, żeby wszyscy cię kochali. Życie takie nie jest, jak powiedziałby Huckleberry Finn. No, ale kiedy zostaniesz sędzią, to będziesz mógł sobie na wszystkich posiusiać, a oni jeszcze się uśmiechną i powiedzą „dziękuję".

Vail zrobił krok w stronę drzwi.

- Marty?

- Co jeszcze?

- Czy... masz zamiar iść w tym ubraniu na obiad?

- Jezu - jęknął Vail i wyszedł.

St. Claire i Meyer strzelali na ślepo. Na chybił trafił pakowali dane do komputera, poszukując związku i skrawków informacji, które dałyby się złożyć w całość, wskazując na jakiś kierunek. Meyer wciągnął się w zabawę, która przypominała grę komputerową „Smoczy Labirynt" - gracze, nim dobrną do wyjścia, muszą przejść przez wiele pieczar pełnych niespodzianek.

Niektóre z nie rozwiązanych zabójstw, jakie znaleźli, wydawały się same w sobie bardzo interesujące, ale nic w nich nie pasowało do ciał znalezionych na wysypisku. Meyer poczuł się zmęczony. Spędził z St. Claire'em ponad trzy godziny przy komputerze, a żołądek wysyłał od dłuższego czasu sygnały, że nadeszła pora posiłku. Biuro opustoszało. Pozostali w nim tylko oni dwaj. Znaleźli dane o siedemdziesięciu sześciu zaginionych osobach i dziewiętnastu nie rozwiązanych zabójstwach. Sporo, jak na jeden stan, ale nic nie wiązało się z sobą.

- Czego dalej szukasz, Harvey? - spytał zmęczonym głosem Meyer. - Żadna z tych spraw nie ma i nie może mieć nic wspólnego z wysypiskiem.

- Te trzy ciała na wysypisku muszą mieć ze sobą coś wspólnego. Leżały obok siebie. Sądzę, że zostały tam wyrzucone w tym samym czasie. Nie jesteś tego zdania?

- Chyba masz rację.

- Więc pomyśl: trzy zwłoki w tym samym czasie lądują na miejskim wysypisku, w jednym miejscu. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że za życia te osoby się znały. Miały coś wspólnego...

- Owszem, przestały żyć.

- Ciała leżały w śmieciach przez dłuższy czas. Otóż, jeśli wszyscy troje się znali, jeśli łączyło ich coś i jeśli znikneli w tym samym czasie, to ktoś powinien to zgłosić. Otóż pierwsze, co zrobiłem dziś rano, to zadzwoniłem do Biura Osób Zaginionych i zadałem pytanie, czy przypadkiem szukają trojga osób, które się znały i które zniknęły w tym samym czasie. Otrzymałem odpowiedź, że nie.

- Może...

- Normalnie ludzie, którym zaginęli przyjaciele lub krewni, zgłaszają się, żeby zidentyfikować ciała. Bo powiedz sam, czy jeśliby ci zginął dzieciak i przeczytałbyś w gazecie, że na wysypisku miejskim znaleziono trzy nie zidentyfikowane ciała, to nie byłbyś ciekaw, czy jednym z ciał nie jest twój dzieciak? Na liście mamy wiele zaginionych osób, kowboju! I co najmniej jedna osoba poszukuje jedną osobę zaginioną.

- Nie rozumiem, do czego prowadzisz, Harvey?

- Powiedzmy, że nie zidentyfikujemy tych trzech ciał. W każdym razie przez pewien czas. Czy to nie zwiększa prawdopodobieństwa, że ci ludzie nie byli z naszego okręgu?

Meyer na chwilę oderwał wzrok od ekranu monitora.

- Myślisz, że to obcy? Nie z miasta?

- Może turyści. Może goście jakiegoś zjazdu, konferencji? Lub też załóżmy na chwilę, że zostali zabici gdzie indziej i przywiezieni do miasta.

- Czy nie uważasz, że poniosła cię trochę fantazja?

- Dobrze, wiem, że prawdopodobieństwo jest małe, ale bądź dla mnie wyrozumiały i okaż cierpliwość. Pomyśl, co dalej, jeśli założymy, że oni nie są stąd. Mogło ich łączyć coś, co istniało albo wydarzyło się poza naszym miastem. Napad na bank? Transakcja narkotykowa? Zbrodnia kultowa? Coś komuś nie wyszło, coś się nie udało i ktoś nam wyprodukował trójkę anonimowych nieboszczyków, i wyrzucił ich na wysypisko. Przecież ktoś ich tam musiał wyrzucić. Nie spadli z nieba.

- Gonisz za cieniem.

- Może tak, może nie - odparł starszy mężczyzna i cisnął do kosza pusty papierowy kubek po kawie. Rozsiadł się i zafundował sobie kolejną porcję tytoniu do żucia, po czym splótł palce obu dłoni na brzuchu. - Przypominam sobie... to było przed pięcioma czy sześcioma laty... Policja w Seattle znalazła dwa trupy we wspólnym grobie tuz za miastem. Dwaj biali mężczyźni. Nie mogli ich zidentyfikować. Minęło sześć miesięcy, już mieli odłożyć sprawę do archiwum, kiedy któregoś dnia otrzymali telefon od szefa policji w Arizonie. Półtora tysiąca kilometrów! Okazało się, że arjzońskie gliny chwyciły gościa puszczającego w obieg odnotowane pięć-dziesiędodolarówki, pochodzące z napadu na bank sześć miesięcy wcześniej. Gość

w czasie przesłuchania nie tylko przyznał się do udziału w napadzie, ale powiedział, że było ich trzech, że pojechali do kryjówki w Seattle, tam się pokłócili i on ich załatwił, a potem zakopał w lesie i wrócił do Phoenix. Wszystko się zgadzało. Policja Seattle rozwiązała sprawę podwójnego morderstwa, policja w Arizonie mogła zamknąć sprawę napadu na bank.

- I wszyscy radośnie się uśmiechali z wyjątkiem faceta, który załatwił swoich koleżków - powiedział Meyer.

- Właśnie. A ostatnia rzecz, jakiej spodziewać się mogła policja w Seattle, to, że sprawca morderstwa ukrywa się w Arizonie. Nigdy nic nie wiadomo. Więc będziemy szukali tak długo, aż coś nam wpadnie w oko, zgoda?

Meyer ponownie skupił uwagę na ekranie, na którym przemykały opisy najrozmaitszych zarejestrowanych spraw. Nagle zatrzymał tekst.

- A co powiesz o satanizmie, Harve? Pasuje ci?

- O satanizmie?

- Na południowym krańcu naszego kochanego stanu mamy miasteczko, które nazywa się Gideon. Chyba od dwudziestu lat nie mieli poważniejszego zabójstwa. Miejscowa policja myśli, że sataniści zabili gospodynię domową.

- Gideon? Ładne biblijne imię - mruknął St. Claire. - Raczej nieodpowiednie miejsce na obrzędy satanistyczne.

- Szef policji nie przysłał raportu o popełnieniu zbrodni. Nie wezwał nawet ekipy medycyny sądowej, co w takich wypadkach jest prawnym obowiązkiem. Zgodnie z załącznikiem wyjaśniającym Gideon jest malutką religijną społecznością. Lokalne władze sądzą, że chodzi o akt satanistyczny i nie chcą rozgłosu. - Meyer włączył drukarkę i po chwili wyrwał kartkę. Na głos odczytał tekst:

- Nie zgłoszone zabójstwo, 12.07.93. Morderstwo w Gideon. Illinois, gospodyni domowa. Gideon jest religijną wspólnotą mormonów. Około dwóch tysięcy mieszkańców. Al Braselton, agent stanowego biura FBI, dowiedział się o wydarzeniu podczas dochodzenia prowadzonego w innej sprawie w Shelby, 18 kilometrów na północ od Gideon. Hiram Young, szef policji w Gideon, bardzo niechętnie przekazał agentowi Braseltonowi fotografie i bardzo ogólnikowy raport. I to jest wszystko, co w tej sprawie posiada FBI. Szef Hiram Young powiedział, że miasto nie chce widzieć żadnych obcych i dlatego zachowywana jest taka dyskrecja.....zwłaszcza, że sprawa ma

aspekt satanistyczny".

- To ostatnie zdanie jest w cudzysłowie - zauważył Meyer. - I FBI dodaje, że z tej właśnie przyczyny sprawa zabójstwa nie została rozwiązana.

- Nigdy nie myślałem o podobnym motywie morderstwa - powiedział St. Claire. - Satanizm! - Roześmiał się sucho.

- Boże drogi, spojrzyj na te zdjęcia!

Na ekranie monitora pojawiło się sześć fotografii. Jak wszystkie policyjne zdjęcia z miejsca zbrodni tak i te przedstawiały fakty bez troski o kompozycję. Można je było uznać za pornograficzne. Na pięćdziesięciocalowym ekranie zdjęcia pojawiały się w dwu rzędach, po trzy w każdym. Górne trzy przedstawiały kolejno pełną postać, półzbliżenie i zbliżenie twarzy niegdyś ładnej, nieco zbyt tęgiej kobiety pod trzydziestkę. Otrzymała kilkanaście dźgnięć. Pierwsze zdjęcie obejmo-

wało najbliższe otoczenie miejsca zbrodni. Ofiara leżała w kącie pokoju, groteskowo wykręconą głowę miała opartą o ścianę, usta szeroko otwarte, oczy zamarłe w przerażonym spojrzeniu. Krew było widać wszędzie - na ścianie, na telewizorze, na podłodze...

Zdjęcie środkowe jeszcze bardziej było wstrząsające. Kobieta miała odcięte sutki i gardło podcięte aż do kości.

Ostatnie zdjęcie budziło wstręt - kobieta miała wepchnięte do ust odcięte sutki.

- Dobry Boże! - wyszeptał St. Claire z obrzydzeniem.

- Całe szczęście, że jeszcze nie jadłem obiadu... - Meyer z trudem przełknął. Zdjęcia w dolnym rzędzie przedstawiały ofiarę w podobnej perspektywie, ale od

tyłu, gdzie okaleczenie były równie brutalne.

- Zaczynam rozumieć, dlaczego lokalny szef policji myśli, że to dzieło satanistów - powiedział Meyer. - Szczyt ohydy.

St. Claire pochylił się nad ramieniem Meyera i razem przeczytali jedyny raport Hirama Younga.

Dnia 27 października 1993 roku, około godziny ósmej rano otrzymałem telefon z domu Ceorge'a Balfoura, stałego mieszkańca Cideonu. Dzwoniła sąsiadka Balfoura, pani Miriam Peronne, zamieszkała tuż obok, wzywając mnie do natychmiastowego przyjazdu. Gdy przybyłem na miejsce, na podłodze dziennego pokoju znalazłem białą kobietę, którą osobiście zidentyfikowałem jako panią Balfour. Kobieta nie żyła. Koroner Ben Fields podaje jako przyczynę śmierci liczne rany od ciosów zadanych nożem. Syn ofiary w wieku jednego roku znajdował się o niecałe dwa metry obok, cały i zdrowy. W czasie popełnienia morderstwa mąż ofiary przebywał wiele kilometrów od miasta. Podejrzanych o morderstwo brak.

- Nie ma tu wiele - mruknął Meyer.

St. Claire nie skomentował tego. Wstał i podszedł do ekranu. Zaczął przyglądać się zbliżeniu tyłu czaszki ofiary.

- Co to jest? - spytał.

- Co?

- Spójrz tu! - St. Claire wskazał palcem jakieś znamię pod włosami.

- Zrobię zbliżenie. - Meyer wyodrębnił fragment fotografii. Udało mu się powiększyć go czterokrotnie, nim obraz zaczął się rozmazywać. Pod zlepionymi krwią blond włosami znajdował się w istocie rząd jakichś znaków, ale powiększona do maksimum fotografia była zbyt rozmydlona, by mogli je zdefiniować.

- Może to tylko zadrapania? - spytał Meyer.

- Nie masz możliwości poprawić, wzmocnić...?

Meyer zaczął nad tym pracować. Przy każdym uderzeniu klawisza obraz nabierał ostrości.

- Już więcej nie mogę - powiedział Meyer. - Ale jest dużo lepiej.

- Chyba cyfry... - St. Claire poprawił szkła na nosie. - Cyfry i litera...

gfcj - I wygląda, jakby były wypisane jej krwią - zauważył z niesmakiem Meyer.

St. Claire poczuł falę znajomego podniecenia. Nie miał jeszcze nic konkretnego, ale instynkt kazał iść dalej i szukać.

- Ben, musimy pogadać z panem Hiramem Youngiem. On wie więcej, niż mamy w sieci.

- Harvey, na biurku czekają na mnie cztery sprawy...!

- Mam w tej sprawie mocne trącenie, Ben. Nie oponuj.

- Trącenie? Jakie znowu trącenie?

- Ma się je wtedy, kiedy instynkt trąca szare komórki i każe im myśleć.

- No cóż, jesteś więc trącnięty.

6

W wielkim holu hotelu „Ritz" trzystu najznamienitszych dżentelmenów zmierzało ku sali jadalnej. Wchodzili przez szeroko otwarte drzwi nadęci, z zaciśniętymi szczękami, podejrzliwie na siebie zerkając. Rozdawali pełne wyższości spojrzenia, które umieszczały każdego na właściwym mu miejscu w hierarchii. Południowy obiad Rady Stanowego Stowarzyszenia Adwokatów był jednym z bardziej znamienitych wydarzeń roku, a dla najbardziej wpływowych konkursem postaw. Wysłano trzysta zaproszeń. Trudniej je było otrzymać niż bilet na finałowy mecz mistrzostw baseballowych, choćby dlatego, że nie udawało się ich ani kupić, ani też wykorzystać karty wystawionej na inne nazwisko. Najbardziej ekskluzywny - i snobistyczny - „klub" w mieście ustalał ex officio, kto należy do grona najpotężniejszych i najważniejszych obywateli. Obecność na liście zaproszonych oznaczała akceptację przez samozwań-czych przywódców społeczności. Opuszczenie lub skreślenie równało się straszliwej obeldze.

Wybranie Yanceya na głównego mówcę było sygnałem, że jest uznawany za najcenniejszego inspiratora i „aktywistę" w dziedzinie zawiązywania i rozplątywania intryg. Przez lata marzył, by być nie tylko przyjętym, ale w pełni akceptowanym członkiem tego zarozumiałego klubu dorosłych dzieci i teraz pławił się w prawionych mu duserach. Vail wszedł tuż za nim do sali i uśmiechnął się lekko, patrząc jak jego wysokość prokurator okręgowy podąża ku stołowi prezydialnemu, rozdając po drodze lepkie uściski dłoni. To był dzień triumfu Yanceya. No i bardzo dobrze, pomyślał Vail, chociaż z pogardą odnosił się do całej imprezy.

Vail miał miejsce przy stole na wprost mównicy. W towarzystwie trzech sędziów stanowego Sądu Najwyższego oraz czterech najbardziej wpływowych członków stanowej legislatury - wszystko starszawi, ponurzy i nudni panowie, nadziani poczuciem własnej ważności i bardziej zainteresowani dalszym wchłanianiem napitków i zawartością talerzy, niż inteligentną rozmową. Vąil przez cały czas bardzo cierpiał.

Kiedy przedstawiono Yanceya, został powitany rzęsistymi oklaskami. No bo czemu nie? Gadanie było jego silną stroną, miał sławę szpikowania swych przemówień wątpliwego smaku dowcipami i wezwaniami do oklaskiwania najważniejszych spośród najważniejszych. W czasie „wstępniaka", mającego na celu zaprezentowanie go obecnym, Yancey poczuł niemiły ból w tyle czaszki. Potarł to miejsce. Ale kiedy wstał, by zacząć przemawiać, ból stał się nie do zniesienia. Potrząsnął głową i poczuł, jakby mu ktoś szpilkę wbijał w głowę. Salę nagle pokryła mgła, oklaski stały się szmerem. Usiłował złapać się rękami o krawędzie mównicy.

Vail widział, że Yancey się chwieje, jedną dłonią chwyta mównicę, drugą masuje sobie kark, kręcąc przy tym szyją, jakby opędzał się od natrętnej pszczoły. Potem wsparł się już obiema dłońmi o mównicę i wyszczerzył zęby. Siedzący poniżej, ale dość blisko Vail widział, że Yanceyowi trzęsą się ręce.

Oklaski nie milkły i Yancey wykorzystywał ten czas na głębokie oddechy, najwidoczniej chcąc się uspokoić. Wreszcie przemówił:

- Zanim zacznę, pragnę wykorzystać okazję, aby wam przedstawić... aa... moją... prawą... i lewą... aa... lewą... - jąkał się, słowa wychodziły bełkotliwie.

Vail poczuł ciarki na plecach. Co się z nim dzieje?

- ...jednego z... wielkich... pro-prokuratorów... tego... naszego... kraju... i człowieka... któ-który... - Yancey zamilkł, rozglądając się bezradnie po sali i szaleńczo mrugając. Vail zerwał się i pobiegł w kierunku mównicy, ale nim tam dotarł, Yancey przewinął się przez mównicę i padł na podłogę.

Vail jechał karetką z Yanceyem. Przedtem zdążył zadzwonić do St. Claire'a. Polecił mu odszukać żonę Yanceya.

Yancey miał spopielała twarz, oddech słabiutki. Dwaj sanitariusze niemal w panice robili, co mogli. Kierowca karetki wydzwaniał do szpitala, by przygotowano aparaturę i sprowadzono neurochirurga do gabinetu pierwszej pomocy. Gdy karetka podjechała pod szpital, szybko wyciągnęli nosze i pobiegli z nimi do izby przyjęć. Vail został sam. Długo czekał. Dopiero po godzinie lekarz wyszedł z gabinetu. Przedstawił się jako Gary Ziegler. Był wysokim, szczupłym mężczyzną o pooranej, niemal złowieszczej twarzy, w której tkwiła para smutnych oczu. Sprawiał wrażenie wiecznie zmartwionego. Nie należał do ludzi promieniujących nadzieją i wlewających otuchę w serca tych, którzy czekali na wieści o dotkniętych chorobą najbliższych. Uważnie zdjął z rąk lateksowe rękawiczki, ściągnął z głowy czepek i z twarzy maseczkę, po czym potarł wierzch nosa dwoma palcami i westchnął.

- Aż tak źle, Gary? - spytał Vail.

Ziegler obrzucił go bacznym spojrzeniem i powiedział:

- Mam nadzieję, że masz dużo siły i energii, Martin.

- Bo niby co? Dlaczego?

- Dlatego, że będziesz bardzo zapracowanym człowiekiem. Minie wiele czasu, nim Jack powróci do pracy. O ile w ogóle powróci.

- Atak serca?

- Nie. Skrzep w mózgu.

- Co to takiego?

- Niedrożność jednej z głównych tętnic do mózgu z powodu skrzepu. Trombus. Oznacza to, że cerebellum, móżdżek, z powodu niedokrwienia został pozbawiony tlenu.

- innymi słowy udar?

- Innymi słowy rozległy udar. Liczne hemoplegia, porażenia połowiczne. Już to stwierdziliśmy. Podejrzewam, że cierpi również na afazję, brak mowy, chociaż trudno mi w tej chwili powiedzieć, w jakim stopniu.

- Mógłbyś mi to wszystko jeszcze raz powtórzyć ludzkim językiem? Ziegler podszedł do umywalki i zaczął szorować ręce.

- Paraliż lewej strony ciała w wyniku uszkodzeń prawej półkuli mózgu. Utrata mowy z powodu uszkodzenia lewej półkuli. Przyczyną może być guz mózgu, arte-rioskleroza lub nadciśnienie. Trudno mi w tej chwili powiedzieć. Udało mi się ustabilizować stan chorego, ale sytuacja jest zdecydowanie zła. Yancey nie odzyskał jeszcze przytomności.

- O mój Boże!

- To, że przeżył dwie godziny, daje nam nadzieję. Jeśli przetrzyma tydzień lub dziesięć dni, jego szansę wzrosną. Jednakże w tej chwili nie możemy przewidzieć długofalowych skutków.

- Z tego, co mówisz, wynika, że Jack może zostać roślinką?

- To byłoby zbyt pochopne stwierdzenie - odparł Ziegler, wyraźnie niezadowolony z określenia użytego przez Vaila. - Wiadomo, że udar to nie żarty, zwłaszcza tak rozległy, ale nic nie możemy powiedzieć, póki nie ma wyników EKG, badania krwi, tomografii, angiografii i paru innych. Nie poważyłbym się na żadne spekulacje.

- Czy mogę go zobaczyć?

Ziegler wskazał na drzwi do sali intensywnej terapii.

- Idę zgarnąć instrumenty. Jeśli przyjdzie Beryl, nim wrócę, to porozmawiaj z nią. To nie potrwa długo.

Vail zajrzał przez szybę w drzwiach sali intensywnej terapii. Yancey leżał nieruchomo. Rurki z kroplówką prowadziły do górnych i dolnych kończyn. Twarzy chorego nie widział, była przesłonięta maską tlenową. Monitory za łóżkiem sygnalizowały rytm serca, ciśnienie i inne parametry. Yancey wydawał się zamarłą bryłą. Biel skóry sprawiała przykre wrażenie.

Co za ironia losu, pomyślał Vail. To był jeden z najwspanialszych dni w jego życiu, a oto mózg odmawia mu nagle posłuszeństwa.

W kilka chwil później rozwarły się drzwi windy i wyszła z niej Beryl Yancey w towarzystwie trzydziestoletniej córki. Towarzyszył im umundurowany policjant. Widać było, że obie kobiety są w szoku. Stanęły i, trzymając się za ręce, patrzyły tępo dokoła. Gdy Beryl ujrzała Vaila, podbiegła do niego, chwyciła za klapy marynarki i zaczęła niespójnie mówić. Vail objął ją i jej córkę, Joannę. Beryl Yancey dobrze wiedziała, że między jej mężem a Yailem toczy się prawie nieustanny bój, ale zarówno ona, jak i Jack lubili Yaila i byli świadomi, że jego wspaniałe osiągnięcia zawodowe wydatnie pomogły Yanceyowi utrzymać się przez dziesięć lat na stanowisku prokuratora okręgowego.

- Byłam w salonie kosmetycznym - paplała Beryl. - Wyobrażasz to sobie? W salonie kosmetycznym! Czy on żyje, Martin? O Boże, tylko mi nie mów, że umarł. Nie wyobrażam sobie, nie mogę...

- Jack się trzyma, Beryl.

- Dzięki Bogu, dzięki tobie, Marty...!

- Mnie nie masz...

- Czy mogę się z nim widzieć? O Boże, jąkają muszę być rozczochrana! Właśnie fryzjerka... - Urwała w pół zdania, by w pełnym skupieniu poprawić nie dokończone dzieło fryzjerki.

- Gary Ziegler jest na sali zabiegowej. Zaraz przyjdzie. Wszystko ci powie.

- Przyjechali po mnie samochodem policyjnym. W salonie wszyscy dostali histerii, kiedy ten miły pan... Kto to jest, Marty?

- Harvey St. Claire.

- Powiedział, że będzie na ciebie czekał w samochodzie. -/Bardzo dobrze.

- Ale teraz nas tu nie zostawisz samych. Nikt mi nie chciał nic powiedzieć. Pan St. Claire też nie chciał nic powiedzieć. Pomyślałam, że to... pomyślałam najgorsze...

- St. Claire nie mógł ci nic powiedzieć, bo nic nie wie.

- Czy moje włosy wyglądają bardzo źle?

- Z twoimi włosami jest wszystko w porządku, mamo - powiedziała córka, klepiąc matkę po ramieniu.

- Beryl, jeśli będziesz czegokolwiek potrzebowała, to dzwoń. O każdej porze. Do biura, do domu...

- Wiem, Martin. Wiem, że mogę na tobie polegać. Ale Jack szybko wyzdrowieje. Ja go znam. On nigdy nie choruje. Szybko wyzdrowieje. Czy ty wiesz, że on się nawet nigdy nie przeziębią?

Po dalszych paru minutach podobnej rozmowy pojawił się wreszcie Ziegler w świeżym fartuchu i obie kobiety natychmiast do niego podbiegły. Vail zjechał na dół. Nie wyszedł jednak z windy, gdyż za oszklonymi drzwiami szpitalnego wejścia zobaczył tłum dziennikarzy i ekipę telewizyjną. Nacisnął guzik do podziemia. Wyszedłszy na piwniczny korytarz, wystukał na komórkowym telefonie numer samochodu. St. Claire odebrał po jednym sygnale.

- Gdzie jesteś? - spytał.

- W szpitalnym podziemiu. Główne wejście okupuje prasa.

- Wiem. Właśnie na nich patrzę.

- Nie jestem przygotowany do rozmawiania z dziennikarzami.

- Idź za strzałkami prowadzącymi do rampy załadowczej na tyłach. Podjadę tam.

- Zrozumiałem - odparł Vail i schował aparat. Długim i ponurym podziemnym tunelem poszedł ku tylnemu wyjściu, które wskazywały strzałki. Wzdłuż ścian stały puste wózki obite pokrwawionym płótnem. Paliły się tylko niektóre żarówki sufitowych lamp. Pachniało alkoholem i zaschniętą krwią. Dotarł do wyjścia służbowego, wyskoczył przez nie i pobiegł na rampę. Zeskoczył z niej w chwili, gdy St. Claire podjeżdżał. Wsiadł. St. Claire natychmiast ruszył na główny podjazd, którym dotarł do szosy, i pojechał dalej do gmachu sądów.

- Co to było? Zawał? - spytał.

- Rozległy udar. Nie chodzi. Nie mówi. Żyje na powietrzu z butli, mózg przez chwilę był pozbawiony tlenu. Nadal jest nieprzytomny. Kiedy zauważyłem, że może z niego zostać pure kartoflane, Zigiel zrobił się nerwowy.

- No cóż, twoja diagnoza nie była zbyt profesjonalna. - St. Claire splunął przez okno.

- Nie jestem doktorem, nie widzę...

- Doktorem nie jesteś, ale jesteś nowym prokuratorem okręgowym.

- Nie mam czasu, żeby się w to bawić - odparł ostro Vail. - Może to zabrzmi dziwacznie, ale od paru godzin myślę o dniu, kiedy zamordowano Kennedyego. Konkretnie o Johnsonie składającym w samolocie przysięgę prezydencką.

- Przekazywanie niewidzialnego płaszcza władzy.

- Nie jestem zawodowym ściskaczem rąk i zbyt szczerze mówię to, co myślę, by zabłysnąć i uzyskać aplauz podczas imprez towarzyskich. Nie potrzebny mi żaden płaszcz władzy. Widzialny czy niewidzialny.

- Chcesz czy nie chcesz, będziesz go nosił.

Szef policji Hiram Young siedział za popielatym metalowym biurkiem i przebierał palcami po blacie, wpatrzony w leżący przed nim telefonogram. Jego nadmiernie wrażliwa sekretarka, Rosę, zawsze emocjonalnie reagowała na zamiejscowe telefo-nogramy, zwłaszcza z departamentów policji wielkich miast, jak gdyby każda z otrzymanych wiadomości była zwiastunem narodowego kataklizmu. Jej staranne, bezbłędne i nieskazitelne pismo złościło Younga, ale ponieważ Rosę była siostrą burmistrza, nie mógł narzekać i robić niemądrych uwag. Co gorsza, dodatkowo podkreślała słowa, które jej zdaniem wymagały szczególnego zwrócenia uwagi.

Był pilny telefon od prokuratora okręgowego z Chicago (!!) godzina 13.30. Szukałam pan w wielu miejscach. Jak tylko pan wróci, ma pan koniecznie zadzwonić do pana Bena Meyera. Zabrałam Charlotte do dentysty. Wrócę o trzeciej. Obiecałam, że pan zadzwoni.

Na dole blankietu urzędowych telefonogramów wypisany był podwójnej wielkości cyframi numer telefonu.

Young z wielkim wahaniem podjął słuchawkę, wykręcił numer i spytał o Bena Meyera.

- Przy telefonie - odpowiedział mu głęboki baryton.

- Mówi szef policji z Gideon, Hiram Young.

- Wspaniale! - odparł Meyer uradowanym głosem. - Dzięki za szybką reakcję.

- Cała przyjemność po mojej stronie - odparł Young i, podtrzymując słuchawkę barkiem, zaczął przeglądać pocztę.

- Przepraszam, że pana niepokoję, szefie, ale pracujemy tu nad pewną sprawą, w której być może będzie pan mógł nam pomóc...

- Chętnie - odparł Young, otwierając kopertę z rachunkiem telefonicznym.

- Chodzi nam o sprawę kobiety nazwiskiem Balfour... Nastąpiła cisza. Bardzo długa cisza.

Wreszcie Young wyjąkał: - Taak...?

- To może mieć związek ze sprawą u nas...

- Aha...

- Czy moglibyśmy otrzymać od was uzupełniające informacje? Mamy tylko okólnik wewnętrzny FBI, ale treść jest skąpa.

- Posiadane przez nas informacje też są skąpe.

- Czy nastąpił jakiś rozwój wypadków? Są podejrzani? Uzyskał pan jakieś nowe informacje?

- Absolutnie nic.

- Z tego, co zrozumiałem, podejrzewa pan, że to mogą być sataniści...?

- To były tylko spekulacje - odparł sucho Young.

- Rozumiem. Czy coś konkretnego wywołało to podejrzenie?

- Widział pan zdjęcia, które dołączyliśmy?

- Owszem, widzieliśmy.

- Są bardzo znamienne, prawda?

- A więc to sposób popełnienia przestępstwa kazał panu przypuszczać, że to być może...

- Powiedziałem, że to była czysta spekulacja. Niektórzy ojcowie miasta i miejscowi duchowni wyrazili takie przypuszczenie.

- Więc osobiście pan się z tym nie zgadza?

- Tego nie powiedziałem. A czego dotyczy pańska sprawa?

- Nie zidentyfikowane ciała. Są pewne podobieństwa. Czy pani Balfour miała wrogów? Jakichś...

- Nic takiego. Znałem Linde, od kiedy wyszła za George'a w Carbondale i przeniosła się tutaj. Przed trzema... raczej już czterema laty. Miła kobieta. Żadnych komplikacji rodzinnych. George to dobry chłop, sól tej ziemi. Teraz wychowuje chłopca sam. Miał aż za wiele kłopotów...

- Czy wie pan coś o rodzinie Balfour? l ma pan jakieś informacje o jej życiu przed przeniesieniem się do Gideon?

- Nie widziałem potrzeby węszenia w jej sprawach, już powiedziałem, że to była miła, porządna kobieta. Żadnych problemów.

Meyer zastanawiał się, czym by tu można poruszyć szefa Younga, pozwolić mu się otworzyć.

- l nie było żadnych podejrzanych?

- Był tego ranka technik z zakładu użyteczności publicznej, ale nie mogliśmy go odszukać.

- Technik? Z jakiego zakładu? Woda, elektryczność, telefony?

- Nie wiem. Widziała go kobieta mieszkająca po drugiej stronie ulicy, ale nie udało nam się stwierdzić, gdzie pracował.

- I to był wasz jedyny kandydat na podejrzanego?

- Jak już panu powiedziałem, panie Meyer, Linda nie miała wrogów. Niczego nie ukradziono. To musiał być jakiś szaleniec przechodzący przez miasteczko. Jedyna opcja. Przez miesiąc pracowaliśmy nad sprawą.

- Znaleźliście jakieś odciski palców?

- Tylko rodziny i ich przyjaciół.

- Interesuje mnie stan, w jakim znajdowało się ciało. Czy mógłby pan...

- Nie mam prawa o tym mówić, sir. Ale może porozmawiać pan z doktorem Fieldsem w klinice. Jeśli on zgodzi się coś powiedzieć. On pełni zarazem funkcję koronera.

- Dziękuję, szefie. Czy może mi pan podać numer doktora Fieldsa?

Young podał numer i odwiesił słuchawkę. Przez kilka minut siedział bez ruchu i patrzył na aparat telefoniczny. Potem ujął słuchawkę i zaczął wykręcać numer Fieldsa, jednakże zmienił zamiar i odłożył słuchawkę. Fields jest człowiekiem dorosłym. Powie temu Meyerowi tylko to, co będzie chciał powiedzieć. Young powrócił do przeglądania poczty.

Przyciskając patyczkiem język doktor Fields oglądał zaczerwienione i opuchnięte gardło. Od lat nie widział podobnie rozległego zapalenia. Wyjął patyk i wyrzucił go do kosza. Ostro spojrzał na sześciolatka.

- Paliłeś, Moses? - zapytał.

Chłopczyk otworzył szeroko pełne zdumienia oczy, matka jęknęła, doktor Fields roześmiał się.

- Tylko żartuję, młodzieńcze. Mamy bardzo niedobre migdałki. Baaardzo niedobre! Jesteś baptystką, Beth, tak? - spytał matki.

Kobieta skinęła głową.

- No cóż, nie ma rady, migdałki trzeba usunąć. Oczy chłopczyka zaszły łzami, bródka się zatrzęsła.

- Ale nie martw się, synku. A poza tym przez najbliższe dwa dni możesz jeść tyle lodów, ile tylko chcesz. Co ty na to?

Perspektywa skonsumowania lodowej góry rozwiała wszelkie niepokoje Mosesa.

- Porozum się z Sally i ustal z nią najdogodniejszy dla nas wszystkich termin - powiedział Fields do matki, ale nim zdążyła pójść do pielęgniarki, ta wsunęła głowę przez drzwi.

- Zamiejscowy telefon, doktorze. Z Chicago.

- Co ty mówisz? Pewno wydział medycyny na uniwersytecie chce mnie wezwać na konsultację. - Podniósł słuchawkę. - Mówi doktor Bert Fields. Czym mogę służyć?

- Tu Ben Meyer z biura prokuratora okręgowego. Mam nadzieję, że będzie mi pan mógł pomóc...

- Co pana boli? - spytał sardonicznie doktor Fields.

Meyer roześmiał się. - Dużo rzeczy. Prowadzimy pewną sprawę, która może mieć związek z popełnionym u was zabójstwem.

- Z zamordowaniem lindy Balfour?

- Jak pan to zgadł?

- Jedyne zabójstwo, jakie mieliśmy od dwunastu lat. A mówiąc zupełnie poważnie najpaskudniejsze, jakie widziałem, od kiedy jestem tu lekarzem. A jestem nim od sześćdziesiątego pierwszego.

- Rozumiem, że jest pan także koronerem?

- Koronerem, lekarzem rodzinnym, chirurgiem i co pan jeszcze chce.

- I przeprowadzał pan sekcję?

- Oczywiście.

i - Przypomina pan sobie jakieś szczegóły?

- Przypominam sobie każdy centymetr ciała tej biednej kobiety. I nigdy w życiu ttego nie zapomnę.

- Czy moglibyśmy dostać kopię sekcji? Fields zawahał się.

- Zapewniam pana, że potraktujemy to jako materiał poufny, doktorze - dodał szybko Meyer. - Mamy tutaj podobną sprawę. Istnieje możliwość, że chodzi o seryjnego zabójcę. Pańska przychylność pomoże nam szybciej załatwić się ze sprawcą, nim będą nowe ofiary. Czy dysponuje pan faksem?

Fields roześmiał się. - A po diabła byłby mi faks? I komukolwiek innemu w Gie-deon. W zeszłym roku sprawiłem sobie automatyczną sekretarkę i to mi na długo wystarczy.

- Faks przydałby się właśnie teraz - zauważył przygnębionym głosem Meyer.

- Wie pan co? Może wyjmę z szafy ten raport z sekcji i przeczytam panu przez telefon? - zaproponował Fields. - Nie jest taki długi.

- Wspaniale - odparł podniesiony na duchu Meyer. Sięgnął do magnetofonu podłączonego do telefonu i nacisnął klawisz nagrywania. Zgodnie z prawnym obowiązkiem zapytał: - Nie przeszkadza panu, że będę nagrywał?

- To można ot tak, po prostu?

- Można ot tak po prostu. Jesteśmy dobrze wyposażeni. Obaj panowie roześmieli się.

Fields na minutę odłożył słuchawkę. Meyer słyszał metaliczny odgłos otwierania i potem zamykania szuflady.

- Oto dokładnie, co zapisałem, panie Meyer. Jest pan gotów?

- Gotów. Słucham.

- Ofiara, Linda Balfour, rasa biała, lat 26. Wzrost 165 centymetrów, waga 61,5 kilogramów. Oczy niebieskie, włosy jasnokasztanowate. Nie żyła w chwili mego przybycia do jej domu przy Poplar Street w Gideon. Ofiara miała w 56 miejscach ślady pchnięć nożem, nacinania, odcinania i podrzynania. Stwierdziłem objawy pośmiertnego skurczu i aeroembolizmu. Duże wykrwawienie w wyniku pchnięć nożem. Głębokie rozcięcie gardła niemal pozbawiło ofiarę głowy i wywołało aeroembolizm, który spowodował natychmiastową śmierć. Rany na rękach wskazują, że przed śmiercią ofiara usiłowała się bronić. Są również ślady pośmiertnych okaleczeń. Sutki i łechtaczka zostały odcięte i włożone ofierze do ust. Wydaje się, że rany były zadane przez osobę lub osoby posiadające pewną wiedzę chirurgiczną bądź anatomiczną. Na karku znalazłem wypisane krwią ofiary znaki Cl 3.489, poniżej linii włosów, 4,6 centymetra powyżej podstawy czaszki. Ustalono, że narzędziem zbrodni był zwykły nóż kuchenny do mięsa, o ostrzu długości 20,5 centymetra, znaleziony na miejscu i należący do ofiary. Rutynowa sekcja zwłok nie wykazała we krwi ofiary alkoholu, śladu narkotyków bądź trucizn. Ofiara była w dziewiątym tygodniu ciąży. Podpisano: Edward Fields, doktor. Data: 10 czerwca 1993. Czy to panu w czymś pomoże? -spytał Fields.

- Nie ma wątpliwości - odparł Meyer. Serce mocno mu biło. - Czy byłby pan łaskaw powtórzyć zapis na karku? Chcę mieć absolutną pewność.

- Cl 3.489., domyśla się pan, co to może znaczyć?

- Nie mam zielonego pojęcia. Ale jeśli nam się uda to rozszyfrować, to damy panu znać.

- Mam nadzieję, że panu pomogłem, panie Meyer.

- Dziękuję panu. Dziękuję bardzo. Jeśli pan tu kiedyś będzie, to proszę zadzwonić. Stawiam lunch.

- Jest pan swój chłop! Będę pamiętał.

Meyer odłożył słuchawkę i bardzo długo wpatrywał się w świstek, na którym zapisał: C13.489.

Co to, do cholery, może znaczyć? Może stare wygi będą wiedziały.

7

Vail zebrał wszystkie siły i pchnął drzwi do wielkiego salonu, wiedząc dobrze, czego może się spodziewać. Niby obuchem uderzyła go fala dźwięków i gorąca. Salę okupowało tysiąc adwokatów i ich żon. Wszyscy rozmawiali jednocześnie, zagłuszając melodię calypso. Pod ścianami ustawiono osiem stołów pełnych smakowitości, a każdy stół zdobiła wielka lodowa rzeźba. Ponadto gdzie można poutykano bary, a musiało ich być kilkanaście. Nie było z kim rozmawiać oprócz adwokatów, lobbystów i polityków. Nie było gdzie usiąść.

Zdawał sobie sprawę, że z obecnych na sali on właśnie wywołuje największy lęk, reprezentując potencjalne zagrożenie dla każdego z prawników na przyjęciu. Wszyscy wiedzą, że jest prokuratorem strzelającym z biodra, nieprzewidywalnym, nie-przekupnym, nie do pokonania, który spędził dziewięć lat w ich gronie, zanim przeskoczył na drugą stronę bariery i stał się największą zmorą palestry, gdyż był prokuratorem znającym wszystkie ich sztuczki i lepiej rozgrywał sprawy, niż którykolwiek z jego przeciwników. W ciągu dziesięciu lat udało mu się wsadzić za kratki dwóch radnych, jednego zastępcę burmistrza i jednego senatora - za łapownictwo i wyciąganie osobistych korzyści w czasie pełnienia publicznego stanowiska - oraz uzyskał wyrok skazujący miejscowy bank za pranie brudnych pieniędzy. Gdy przeciskał się przez salę, był witany serdecznie, ale z dystansem, co miało dać mu do zrozumienia, że nie jest jednym z nich. Były to jedyne chwile przyjęcia, kiedy czuł się dobrze i dobrze się bawił, gdyż bardzo mu odpowiadała rola nietykalnego.

Nienawidził tego dorocznego rytualnego tańca i nieustannej gry o wpływy, i tak już potężnej stanowej palestry oraz płaszczących się popleczników. Partnerzy wielkich korporacji prawniczych dokonywali przeglądu młodych zdolnych pochlebców oraz ich żon i dokonywali wyboru lub potwierdzali słuszność wyboru już dokonanego. Jak owi młodzi stąpają po arenie, gdzie toczy się nieustanna walka? Czy umieją się właściwie zachować w tak szacownym towarzystwie? Czy ich żony są odpowiednio ubrane? Czy młodzi prawnicy aby za dużo nie piją? Czy nie wyrażają niesłusznych opinii politycznych? Czy potrafią prowadzić inteligentną towarzyską rozmowę ze starszymi i znamienitszymi od siebie? I jeszcze jedna rzecz, chyba najważniejsza: czy nie rozmawiają publicznie o sprawach firmy? Młodzi adepci lizania butów popisywali się przed swoimi przełożonymi, niczym uniwersyteccy kandydaci do tajnego bractwa. Wiedzieli dobrze, że ich zachowanie będzie w szczegółach omawiane w zacisznych gabinetach. Znane były przypadki, że po tego rodzaju egzaminie następowało rozwiązanie umowy i pożegnanie młodego prawnika.

Wszyscy pili za dużo, przechwalali się zbytnio, ale tu chodziło o interesy. Wielkie interesy. Rozmawiano o naciskaniu na przyjęcie jednej ustawy i pogrzebaniu innej, decydowano, kogo poprzeć w wyborach, ponieważ „robi dobrą robotę", ustalano, którzy kongresmani i ustawodawcy stanowi są łachmytami i można łatwo wpłynąć na ich opinię za darmowy obiad w czterogwiazdkowej restauracji lub polowanie w ekskluzywnej rezydencji gdzieś w Wisconsin lub Minnesocie. Ustalano także, kto

jest zwykłym „padlinożercą" - taniutkim łapownikiem, którego kupowało się za butelkę whisky lub pudełko cygar - a kto „pawim jastrzębiem" - neofitą, którego przekabaca się komplementami i okazywaniem wielkiego szacunku. Przy okazji obgadywano niepokornych lub niechętnych kooperowaniu za jakąkolwiek cenę. Postanawiano, że w oględny sposób ludzie tacy będą izolowani, aż „dojrzeją" i zrozumieją, że główną zasadą, dającą prawo do uczestniczenia w grze, jest kompromis. Wszystkie te rozmowy nie dotyczyły prawa. Dotyczyły interesów, polityki i przedsięwzięć, które nie miały wiele wspólnego z prawem czy prawością, a jeszcze mniej z etyką i uczciwością.

Vail przeszedł obok pięciu prawników, którzy właśnie popisywali się przed wysokim potentatem o bielutkich włosach i czerstwej czerwonej twarzy. Było widoczne, że przedstawienie bardzo go cieszy.

- To będzie przypięte do ustawy 2641 - mówił jeden z pięciu mężczyzn otaczających starszego pana. -Furley już zadba o to, by zostało dopisane. Już go mamy w kieszeni. Bez obaw, przejdzie.

- No a co z Perdue i tym nowym, mało o nim wiemy, jak mu tam... Eagle? -zapytał drugi.

- Harold Eggle. Łatwy - padła odpowiedź. - Nie warto się nim zajmować.

- A Perdue to padlinożerca. Wysłać mu butelkę dobrej whisky i sprawa załatwiona.

- Wydaje się, że sprawa załatwiona. Nikt nie przeciwstawi się Furleyowi z wyjątkiem paru nie kooperujących i izba ich wyśmieje - zakończył siwowłosy starszy partner. Temat został wyczerpany.

Vail westchnął i poszedł dalej. Czekała go wędrówka od jednej grupki do drugiej, uśmiechanie się, mówienie „cześć" i odwzajemnianie skinięć głowy. Obejdzie w ten sposób salę do bocznego wyjścia i umknie.

Tym razem jednak miało być inaczej. Czekało go więcej ukłonów, więcej wyciągniętych na powitanie rąk, więcej uśmiechów i poklepywania po plecach. Szedł w oparach okazywanej mu serdeczności. Dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę,

0 co tutaj chodzi.

Przeciskając się przez tłum, był obserwowany z daleka i z bliska przez bardzo wielu. Spostrzegł Jane Yenable, patrzącą nań z uśmiechem. Jane była wysoka, niedostępna, utrzymywała dystans do wszystkich, miała klasę, emanowała arogancją

1 pewnością siebie. Taka właśnie była Jane Yenable. Od czubka długiego nosa, aż po długą szczupłą szyję wszystko wydawało się owiane mistyczną mgiełką, stanowiącą część jej pełnego wyniosłości wdzięku. Miała metr osiemdziesiąt wzrostu i podczas dni roboczych maskowała wspaniałą figurę grubymi swetrami i luźnymi kurtkami. Niemniej w sądzie wolała lepszą oprawę dla błyskotliwego umysłu. Prezentowała urodę i szyk. Była wówczas naprawdę sobą. W sądzie korzystała ze wszystkich dostępnych jej rekwizytów. Występowała w najdroższych szytych na zamówienie kostiumach, które uwypuklały doskonałość jej sylwetki. Była nieskazitelnie ponętna od ramion po kształtne biodra, włosy miała upięte w kok na tyle głowy, barwione soczewki kontaktowe pogłębiały głęboką zieleń promiennych oczu. Sprawiała wrażenie rekina wyruszającego na łowy. Zawsze doskonale przygotowana. Drapieżnik krążący

wokół ofiary. Zmagający się z nią w sądzie nie mieli prawa do najmniejszego potknięcia. Nie pozostawiała im marginesu na błąd.

Podobnie jak Vail miała jedną niewzruszoną zasadę: nie brać jeńców.

Tego wieczoru księgę zasad pozostawiła w domu. Wystawiła wszystko na pokaz. Była ubrana w oszałamiającą ciemnozieloną suknię bez ramiączek. Naszyte na materiał błyskotki, większe od zwykłych cekinów, w tajemniczy sposób upiększały doskonałą sylwetkę i wydobywały urok cudownie czerwonych włosów opadających kaskadą na ramiona. Ponieważ włożyła zielone pantofle na bardzo wysokich obcasach, górowała nad wszystkimi. W nieco dusznej atmosferze zapchanej sali była jakby symbolem seksu, wyrastającym o pół głowy ponad nawet dość wysokich mężczyzn. Nie można jej było odmówić odwagi, nie można było zignorować tej pięknej amazonki. Jane Yenable wiedziała, jakie guziki należy nacisnąć, by ten wieczór był jej wieczorem. I nacisnęła wszystkie.

Poprzedniego dnia odniosła wielki sukces. Doprowadziła ostatecznie do największej od lat kapitałowej transakcji. Wszyscy już wiedzieli, że spędziła sześć miesięcy na nauce języka japońskiego i zgłębianiu tajników japońskiej kultury. Potem pojechała do Tokio i wynegocjowała wykup Midland Dynamics przez koncern Mitsuschi. Jej strategia popsuła szyki czterem firmom prawniczym, z których jedna była absolutnie pewna, że [przez cały czas trzyma rękę na pulsie. Jane otrzymała za swój sukces premię w wysokości ćwierć miliona dolarów i jej nazwisko znalazło się na trzecim miejscu w nagłówku [papieru listowego firmy prawniczej, której była partnerką.

Obserwowała Yaila od chwili jego pojawienia się na sali, widziała tłumek, który jrozstępował się na jego drodze, gratulował, poklepywał, a po jego przejściu powracał !zaraz na swoje miejsce i do swoich rozmów. I w tej chwili nie myślała o ostatnich zawodowych sukcesach Yaila, ale o pewnym dniu przed dziesięcioma laty, kiedy poniosła największą życiową porażkę.

Chociaż od czasu do czasu wymieniali spojrzenia w teatralnym foyer czy w restauracji, od dziesięciu lat nie zamienili ani słowa. Wtedy była to jej ostatnia sprawa jako prokuratora przed przystąpieniem jako partnerki do ekskluzywnej kancelarii prawniczej. A sprawa należała do jednej z najbardziej sensacyjnych w historii miasta. Młodzieniec z Appalachów, Aaron Stampler, był oskarżony o okrutne zadźganie nożem jednego z najznamienitszych i najbardziej szanowanych obywateli Chicago, arcybiskupa Richarda Rushmana. Wina oskarżonego wydawała się oczywista, tyle że obrońcą był Yail.

Podczas pełnego ostrych akcentów procesu - któremu przewodził chyba najbardziej konserwatywny i sfanatyzowany sędzia, Harry Shoat, zwany także „Katem" Harry - Yail i Jane Yenable dostarczyli wiele smakowitych kąsków środkom masowego przekazu. Jane wpadła w pułapkę zastawioną przez Yaila. Stampler cierpiał na rozdwojenie jaźni. Faktu tego Yail nie umieścił wśród dowodów. Ukrył go także przed opinią publiczną. Wmanewrował Jane w sytuację, w której zaczęła przesłuchiwać alter ego Stamplera. W rezultacie musiała iść na kompromis i Stampler nie zasiadł na krześle elektrycznym. Wyrokiem sądu został zamknięty w stanowym szpitalu dla umysłowo chorych „do czasu, gdy zostanie uznany za uleczonego". Jane Yenable odeszła z prokuratury. Przegrała sprawę. We własnych oczach czuła się osobą przegraną.

Sprawę tę przeżył także głęboko Vail. Po przedstawieniu swych atutów przed sądem, miał wyrzuty sumienia. Rezultat właściwie go zmartwił. I jak na ironię Vail, najlepszy obrońca sądowy, zastąpił Jane Yenable na stanowisku pierwszego prokuratora. Ale nawet jako prokurator nie polepszył swych stosunków z sędzią Shoatem. Nadal ścierali się na sali sądowej, póki „Kat" Harry nie otrzymał nominacji do stanowego Sądu Najwyższego.

Jane Yenable nie wybaczała łatwo, ale teraz doszła do wniosku, że już dość długo nosiła urazę do Yaila. Poza tym zawsze ją interesował jako mężczyzna, chociaż potrzeba było lat, by się do tego przyznała. Podobnie jak ona był drapieżnikiem. Na sali sądowej zmieniała niespodziewanie strategię i ton, olśniewając ławę przysięgłych i psując szyki przeciwnikom. Przyciągała ją także interesująca twarz, irlandzka niemal uroda i te szare oczy, które potrafiły ją przeniknąć. Teraz Yail był nie tylko najgroźniejszym stanowym prokuratorem, ale i prokuratorem okręgowym, któremu należał się odpowiedni szacunek. Niewiele więcej myśląc, postanowiła położyć kres wojnie i zapomnieć o wendecie.

Zdecydowanym krokiem ruszyła przez salę za Yailem, ale nieco okrężną drogą, by niepostrzeżenie zajść go od tyłu. Tymczasem z tłumu wysunęła się niespodziewanie czyjaś ręka i silne palce zacisnęły się mocno na ramieniu Yaila. Poprowadziły go na obrzeże sali i następnie do niewielkiego przedpokoju.

Yaila przywłaszczył sobie na chwilę stanowy senator, Shaughnessey, stary wyga na arenie polityki, który z radnego wspiął się na stanowisko prokuratora okręgowego, potem generalnego, a następnie został senatorem, przegrywając tylko jedne wybory na przestrzeni trzydziestu lat. Przed dwoma laty postanowił uczestniczyć w wyborach na stanowisko gubernatora, ale został wyeliminowany w wyborach wstępnych. Nie stracił jednak wpływów. Shaughnessey był stanowym wielkim kapłanem, który jednym skinięciem głowy mógł sprowadzić katastrofę na każdego, kto chciałby rzucić wyzwanie politycznym potęgom w stanowej legislaturze. W porównaniu z nim większość stanowych polityków była sezonowymi robotnikami. Był mężczyzną o potężnym cielsku odzianym w smoking wart półtora tysiąca dolarów, z barwną jedwabną chusteczką w kieszonce. Ta chusteczka była jego symbolem. Nad nalaną, mocno opaloną twarzą bielała grzywa gęstych włosów. Usta miał nieco wykrzywione, co naiwny obserwator mógł wziąć za uśmiech. Teraz wyraźnie zamierzał zabiegać o względy nowego prokuratora okręgowego.

Bardzo zaintrygowało to Jane Yenable i postanowiła odczekać na uboczu.

W niewielkim nie umeblowanym pomieszczeniu Shaughnessey wbił w Yaila przenikliwe spojrzenie przymrużonych oczu i mocno klepnął go po plecach.

- Jak ci odpowiada nowa funkcja prokuratora okręgowego? - zapytał.

- Już ci powiedziałem przed dziesięcioma laty, Roy, że nie chcę tego stanowiska. Chciałem zostać pierwszym prokuratorem i jestem nim.

- Już nie, już nie, przyjacielu. Pełnisz obowiązki prokuratora okręgowego i najwyższy czas, byś zaczął się zachowywać jak prokurator generalny.

Yail miał wrażenie, że uczestniczy w tej samej scenie, w jakiej uczestniczył właśnie przed dziesięcioma laty. Popołudnie, sypie śnieg, Yail siedzi na tylnym siedzeniu limuzyny Shaughnesseya, pociągając malutkimi łyczkami trzydziestoletni koniak. Wtedy właśnie wszystko się zaczęło.

- W całym stanie nie ma od ciebie lepszego adwokata. Nikt przeciwko tobie nie chce występować w sądzie.

- Czy za tymi komplementami kryje się jakaś propozycja?

- Powiedzmy, że jest to ciąg dalszy twojej edukacji. Powinieneś tylko... nieco się uładzić.

Yail roześmiał się. - Masz na myśli mój charakter czy wygląd?

- Jedno i drugie. Ostrzyż się, wyprasuj spodnie i przestań wszystkich kopać w tyłek.

- Nie widzę potrzeby żadnej zmiany. Świetnie się bawię.

- Owszem, jest taka potrzeba. Wiem, że tak jak wszyscy chciałbyś przenieść się na inne piętro miasta. Gdzie ci się będą kłaniać, gdzie nie tylko z grzeczności zaczną uchylać przed tobą kapelusza i zwracać się „sir". Nie chcesz chyba przez całe życie bronić bandziorów. Yancey cię potrzebuje. Jane Yenable opuściła go. Stracił wszystkich strzelców wyborowych. Jaja zwisły mu do ziemi. Prawdę powiedziawszy, on nie ma predyspozycji do tej roboty. Ani serca. Jest politykiem na stanowisku, które wymaga kogoś, kto jest bryłą lodu. Marzy o tym, żeby zostać za kilka lat sędzią i przez resztę życia mieć święty spokój. Aby to osiągnąć, musi odbudować swoją reputację, którą utracił między innymi przez ciebie. Dałeś mu porządnie po nosie. Dwukrotnie w ciągu ubiegłego roku pokonałeś prokuraturę w głośnych sprawach. Niemal zgnoiłeś jego dwu najlepszych prokuratorów. Silverman jeszcze nie może ochłonąć po sprawie Pinero, a Jane Yenable umknęła do grona adwokatów korporacyjnych, gdzie gra idzie o wielkie stawki. On ciebie potrzebuje, synu!

- I dlatego wpakowałeś mi sprawę Rushmana?

- Potrzebna ci jest lekcja pokory, Martin. Poza tym oni chcą mieć trochę cyrku. Podczas tego procesu ty im go dostarczysz, nie ma obawy.

- Teraz wszystko rozumiem. Chodzi o sądowy spektakl i nauczenie mnie pokory. Shaughnessey tylko się uśmiechnął.

Teraz okazuje się, że po dziesięciu latach nic się nie zmieniło.

- Co to ma, do cholery, znaczyć, żebym zaczął zachowywać się jak prokurator generalny?

- Wasze wzajemne stosunki. Twoje i Erica...

- Eric jest niekompetentnym bałwanem i dupolizem...

- Jest szefem policji. Musicie współpracować.

- Coś ci powiem, Roy. Podczas moich pierwszych dziewięciu miesięcy w prokuraturze przegrałem więcej spraw niż jako adwokat w ciągu dziewięciu lat. Wiesz dlaczego? Odpowiedź brzmi: Eric Eckling.

- Współpracuj z nim, a nie skupiaj się na robieniu z niego idioty.

- Policjanci Ecklinga zarażeni są jego niekompetencją. Gubią dowody, kłamią, sypią się w sądzie, niechlujnie przygotowują sprawy, gwałcą prawo...

- Może tak się dzieje, ponieważ podkradłeś mu najlepszych ludzi. Mówię w tej chwili o...

- Wiem, o kim mówisz. Złapałem go, kiedy uciekał od Ecklinga. Nie mógł go znieść. Tacy jak on umieją tylko sprawiać kłopoty wszystko psując. My prowadzimy teraz własne dochodzenia i dzięki temu nie przegrywamy w sądzie.

- Trochę dyskrecji by nie zaszkodziło... Trochę umiaru...

- Kim ty jesteś, Roy? Panem Załatwialskim? Negocjatorem między policją a prokuraturą?

- Nikomu i niczemu nie służą te... tarcia.

- Na stare lata okropnie miękniesz. Dawniej dyktowałeś, a nie prosiłeś...

- Wszystkim innym nadal dyktuję, ciebie proszę. Usiłuję tylko zachować jaki taki spokój w rodzinie.

- W rodzinie! Nie należę do żadnej rodziny. Co się tu dzieje? Miałeś może rozmowę z Firestonem?

- Firestone skarży się wspólnemu przyjacielowi. I w ten sposób dociera to do mnie.

- Firestone to rozrabiacz.

- Parę osób do mnie dzwoniło w tej sprawie. Zalazłeś za skórę Firestone'owi. Coś ty mu zrobił? Kazałeś się pocałować w tyłek?

- Nie. Powiedziałem tylko, że nie jestem po to, żeby jego całować w to miejsce.

- Jest zastępcą przewodniczącego rady miejskiej. Czy naprawdę musiałeś z nim zadzierać? Tak samo, jak z początku zadzierałeś z Yanceyem.

- Yancey i ja rozumiemy się, i dobrze współpracujemy. Mamy umowę. Problemy powstają tylko wtedy, kiedy on o tym zapomina.

- Firestone ma dobre układy z policją. I nie pała zachwytem do przedszkola, jakie sobie zorganizowałeś.

- To nie przedszkole, ale klasa przedmaturalna.

- Niech tam sobie będzie... Mówiłem tylko, że...

- Owszem, usiłowałeś karmić mnie tym, co znam już na pamięć. Być dla Firestone^ miłym, wmówić mu, że go lubię. Współpracować z Ecklingiem. Otóż moje stosunki z Ecklingiem to otwarta rana. Nie zagoi się. Powiedz Firestone'owi, żeby się odczepił. To nie jego sprawa. Nie jestem funkcjonariuszem miejskim, pracuję na rzecz całego okręgu obejmującego między innymi miasto.

- Jezu! - jęknął Shaughnessey, potrząsając głową. - Ty nadal tylko czyhasz, żeby wpakować za kratki miejscowe grube ryby?

- Kto ci to powiedział? Gdzieś to słyszał?

- Nie zawracaj głowy głupimi pytaniami. - Shaughnessey zaczął obierać z opakowania cygaro wielkości krążącego nad miastem sterowca z reklamą firmy Goodyear.

- Może któregoś dnia ty będziesz jedną z moich ofiar. Ostrzegałem cię, kiedy przydusiłeś mnie przed dziesięcioma laty, żebym przeszedł do prokuratury.

- Nie ma obawy. Nie dam ci tej szansy. - Shaughnessey roześmiał się. - Ty nie jesteś w mojej lidze, a ja wyszedłem z twojej. - Pochylił się konfidencjonalnie i przyciszonym głosem powiedział: - Do tego potrzebny byłby prokurator generalny. A on zawdzięcza stanowisko mnie. I należy do ludzi bardziej wdzięcznych niż ty.

W chwili, gdy powrócili na salę, Jane Yenable stała obrócona plecami do przedpokoju. Kątem oka widziała, jak ściskają sobie dłonie i rozchodzą się. Vail ruszył z powrotem w tłum, kierując się w stronę bocznego wyjścia. Jane ruszyła tuż za nim. Kiedy nagle stanął, by się z kimś przywitać, zobaczył ją. Ich spojrzenia skrzyżowały się. Tym razem żadne z nich nie odwróciło głowy. A niech tam, pomyślała

sobie i podniosła kieliszek z szampanem. Wzniosła toast w jego kierunku. Podszedł, wymijając parę osób.

- Jak idzie, Janie? - zapytał.

- Myślę, że obojgu nam idzie doskonale - odparła i ofiarowała mu swego szampana. Przyjął, upił łyk i dał znak jednemu z kręcących się kelnerów. Otrzymali dwa nowe kieliszki i przeszli z nimi w spokojniejszy kąt, z dala od orkiestry i gęstego tłumu.

- Właśnie czytałem o twoim międzynarodowym mistrzowskim posunięciu. Moje gratulacje.

- Dziękuję panu, panie prokuratorze okręgowy.

- Za wcześnie, Janie. Trochę się pośpieszyłaś.

- Oo, nie wiem. Masz wszystkie atrybuty władzy. Masz władzę, Martin. Nie czujesz tego? Nie widzisz? - Szerokim gestem objęła tłum.

- A jutro nastąpi kolejny zwykły dzień.

- Nie. Kolejny tak, ale już nigdy nie taki sam. Jesteś teraz człowiekiem, z którym będą musieli paktować. I każdy wie, że jesteś głuchy na racje polityczne.

- Jesteś bardzo inteligentną kobietą, Janie. - Odstąpił o krok i przez parę chwil bacznie się jej przyglądał. - I jeszcze ładniejszą, niż przed dziesięcioma laty, jeśli można być ładniejszą, niż byłaś.

Straciła oddech chyba na wieczność, ale udało się jej ukryć to przed nim.

- Myślałam, że takich rzeczy nie widzisz.

- Jeszcze żyję. Tylko na sali sądowej takich rzeczy nie dostrzegam.

- Doskonale o tym wiem.

- Czy to oznacza zawieszenie broni? Zapominamy o tym, co było? Znowu będziemy jedli sobie z dziubków?

- Nigdy nie jedliśmy sobie z dziubków. - Roześmiała się. - Więc nie ma mowy

0 żadnym „znowu".

- No cóż... - wzruszył ramionami. - Moglibyśmy spróbować.

Zielone oczy zwęziły się. Co on kombinuje, pomyślała, jeszcze niezbyt gotowa zaufać pozornie szczerej propozycji rozejmu.

Janie zastanawia się, co też zamyślam i czy mam ukryte intencje, pomyślał

1 szybko postanowił ją uspokoić. - Prawdopodobnie już nigdy nie staniemy oko w oko na sali sądowej - dodał.

- Jaka szkoda!

Wiedział dokładnie, co miała na myśli. Jakże podniecające byłoby jeszcze raz zetrzeć się na oczach sędziów. Wpatrywali się w siebie przez następne kilka sekund. Jane niespodziewanie zmieniła temat:

- Jakie są prawdziwe rokowania?

- Znasz lekarzy. Kręciło się koło niego pół tuzina specjalistów i żaden z nich nie udzieli ci uczciwej odpowiedzi. Jedna rzecz jest pewna: czeka go długa i ciężka droga.

- Zawsze lubiłam Jacka - powiedziała Jane, wspominając płaszczącego się, wygadanego jarmarcznego kramikarza z falistymi białymi włosami i z wiecznym uśmiechem na ustach. Takiego go zapamiętała sprzed dziesięciu laty. Czy takiego

można nie lubić? Jack nie był kłótliwy i nie znosił żadnych awantur. Nigdy nie walczył, natomiast uwielbiał „obgadywać" sprawy i problemy. Był kwintesencją biurokraty, otaczał się młodymi i sprytnymi prawnikami, by za niego odwalali czarną robotę.

- Jack do perfekcji doprowadził sztukę włażenia w tyłek, ale wcale tego nie ukrywał i nie uważał za coś niewłaściwego - stwierdził Vail.

- To prawda. Gotów był każdego całować w tyłek, byle pozostać w łaskach -zgodziła się Jane i wypiła łyk szampana. - Zawiodłam go tylko dwa razy. W obu wypadkach ty byłeś przyczyną.

- To było wieki temu. Upłynęło wiele wody pod zaporą, jak mawiał jeden z moich przyjaciół.

- Byłeś potworem, Martin. Pewno nadal nim jesteś. Ile to już czasu minęło? Dziesięć lat, od kiedy zostałeś prokuratorem...

- W przyszłym miesiącu minie dziesięć lat.

- Długo czekałeś. Jaka była umowa? Jack zostanie sędzią, a ty zajmiesz jego miejsce?

- Nie było żadnych umów oprócz jednej: będę miał wolną rękę, jeśli idzie o organizację pracy i codzienne funkcjonowanie prokuratury. Poza tym w polityce obietnice nie są warte funta kłaków. Wiesz, jak się poznaje, kiedy polityk kłamie? Porusza ustami.

Głośno się roześmiała. Podobał mu się jej śmiech.

- A wiesz, co powiedziano by, gdyby wszyscy adwokaci w tej sali znaleźli się na dnie jeziora?

- Nie wiem. Mów.

- Że to jest dobry początek. - Ponownie się roześmiała. - Jeśli było, jak mówisz, to okazali dużą inteligencję. Odciągnęli cię z twojego ogródka i przesadzili do swojego. Jestem pewna, że stał za tym Jack. On to wszystko wykombinował.

- Nie. Dołączył się po pierwszym strzale.

- Więc kto? Chyba nie Shaughnessey.

- Właśnie on.

- Żartujesz?! Jeśli to prawda, była to dobrze ukrywana tajemnica stanu.

- Żadna tajemnica. Shaughnessey zaproponował, a Jack zaczął kłaniać się patronowi w pas i klaskać z zachwytu. Ty właśnie odchodziłaś i Yancey nie miał już ani jednego dobrego prokuratora.

- Dlaczego się zgodziłeś? Ile wtedy zarabiałeś? Z milion albo i więcej rocznie? Oddałeś to za sto pięćdziesiąt tysięcy?

Uwaga Jane przypomniała Yailowi sprawę Stamplera i wielu innych - handlarzy narkotyków, gangsterów, złodziei oraz opryszków, których ocalił przed więzieniem.

- Nigdy nie rozpatrywałem propozycji pod kątem zarobków - odparł.

- A więc dlaczego to zrobiłeś? Miałeś już dość pracy dla wyrzutków społeczeństwa? No tak, kiedy byłeś adwokatem, wypuściłeś z powrotem na ulicę sporo śmiecia. „Mecenas Vail, kupno sprawiedliwości za duże pieniądze".

- Sprawiedliwości? O czym ty mówisz? Wolności, tak. Jednej rzeczy się nauczyłem przez dwadzieścia lat pracy w sądzie. Jeśli pragniesz sprawiedliwości, idź do

burdelu. Jeśli chcesz, popieprzyć, idź do sądu. To tylko lekkie zniekształcenie myśli Thomasa Jeffersona.

- Bardzo cyniczna opinia, jak na urzędnika wymiaru sprawiedliwości.

- Wszyscy jesteśmy cynikami. To jedyny sposób przetrwania.

- A więc co dalej? Ukończysz kadencję Jacka, a potem będziesz się ubiegał o wybór na własną? A potem co? Wybory gubernatorskie?

- Mówisz jak szef kampanii wyborczej. Spojrzała na Yaila i jej zielone oczy nabrały ciepła.

- Tak tylko sobie pomyślałam - powiedziała cicho.

Postanowił zaryzykować. - Zjesz dziś ze mną kolację? - zapytał. - Wymienimy tajemnice...

- Znasz wszystkie moje tajemnice, Marty - powiedziała jakby z żalem. - Dziś nie mogę. Ale zadzwoń. Z tą kolacją to niezły pomysł.

- Gdybyś jednak zmieniła zdanie, będę w ,Avanti". Znasz to miejsce. Blisko stąd. Odszedł parę kroków, ale wrócił, stanął bardzo blisko i szepnął jej do ucha: -

Będę sam - po czym pocałował w policzek i odszedł.

Jane Yenable wmieszała się z powrotem w tłum, w żar, w hałas, między adwokatów, w rytmy calypso i... opadły jej ramiona.

No to co, pomyślała. Pieprzyć dumę!

8

Guido Signatelli, przystojny, jowialny, bardzo gościnny właściciel ,Avanti" - najlepszej w całym stanie włoskiej restauracji - miał tylko jedną skazę: niezbyt dobry gust. Ze sztucznych gałęzi winorośli pokrywających sufit zwisały kiście plastikowych winogron i zakurzone butelki po chianti, a nisze, jakie otaczały ściany sali, miały kształt wielkich bek wina. Ale Guido i jego ,Avanti" przetrwali i dalej trwali dzięki osobowości właściciela, dyskrecji i wyśmienitej kuchni. Znajdująca się o trzy przecznice od ratusza restauracja „U Guida" - stali bywalcy nigdy nie używali oficjalnej nazwy „Avanti" - była obiadową siedzibą władz okręgowych, a w bekach wina i wśród fałszywych winorośli przeważali prawnicy. Temperatura powitania przez Guida zależała od kategorii, do jakiej gość został raz na zawsze zaliczony. Na samym dole byli lobbyści o suchych ustach i wilgotnych dłoniach, zawsze wobec wszystkich przymilni. Następnie młodzi adwokaci, pragnący się pokazać, krążący po sali z nadzieją w sercu, że ktoś zechce uścisnąć im rękę. Od nich ważniejsi byli prokuratorzy, debatowali dyskretnie przy zestawionych kilku stolikach, z pochylonymi głowami omawiali szeptem strategię procesową. I następna kategoria: potężni politykierzy, którzy ustalali prawa zza kulis, skinieniem palca obalający i powołujący oficjalnych dostojników miejskich. Ich obiadowe narady nazywano żartobliwie „sesjami wykonawczymi", a ich celem było pilnowanie, by nikt nie zamknął dróg pozwalających na obchodzenie prawa. Na samym szczycie znajdowali się sędziowie, „imperatorzy sprawiedliwości", jak ich nazywał Guido. I każdy z nich rezerwując stolik otrzymywał zawsze ten sam, przydzielony sobie dożywotnio, każdy był zawsze otoczony przez pochlebców i każdy świadom, że pozostali goście tylko czyhają, by móc w czymś pomóc czy pośredniczyć.

Guido, mężczyzna niewielkiego wzrostu, z olbrzymią strzechą białych włosów i z wiecznym uśmiechem na twarzy, poprowadził Vaila do niszy w rogu. Vail upatrzył sobie tę właśnie niszę, kiedy był jeszcze obrońcą. Uważał ją za swoją własną. Tu mógł jeść, czytać i załatwiać interesy we względnym odosobnieniu. Paru barowych bywalców okupowało stołki przy długiej dębowej ladzie z marmurowym blatem. Rozmowy na sali zlewały się w dyskretny szum.

Vail zamówił kieliszek czerwonego wina i rozsiadł się, by przeczytać, co „Chicago Tribune" miała do powiedzenia na temat Yanceya i ludzkich szczątków znalezionych na wysypisku. Oba te tematy były eksponowane na pierwszej stronie. Zauważył Jane Yenable dopiero wtedy, gdy stanęła przy stoliku. Podniósłszy głowę był szczerze zaskoczony i zareagował z pewnym opóźnieniem. Zerwał się, odrzucając gazetę.

- Sama nie wiem, co tutaj robię. Chyba zwariowałam. Myślę, że podobnie jak ty mam dosyć tej jarmarcznej bandy chciwców...

To nie była Jane, jaką znał. Trajkotała, by pokryć zakłopotanie. Z pewnością miała nawrót wątpliwości, czy słusznie zrobiła przychodząc na kolację z mężczyzną, którego tak długo ignorowała - i który ignorował ją. Przez dziesięć lat! Vail odsunął dla niej krzesło.

- Nie musisz się z niczego tłumaczyć ani za nic przepraszać. -1 dodał cicho: -Nigdy.

- Ja nie przepraszam. Ja po prostu...

- ...jestem zadowolona, że przyszłam? - podsunął.

Przez chwilę mierzyła go ostrym spojrzeniem, a potem ślady konsternacji znik-neły z twarzy i siadając uśmiechnęła się nieporadnie.

- Minęło dziesięć lat - powiedziała, jakby to miało wszystko tłumaczyć.

- No cóż, oboje byliśmy bardzo zajęci - odparł. - Czego się napijesz?

- Kieliszek szampana. Jeśli zmienię trunek, upadnę zaraz na nos.

- Eddie! - zawołał Vail do znajdującego się w pobliżu kelnera. - Szampan dla pani. Zresztą ja też. Wiesz co? Przynieś butelkę. Taittinger 73, jeśli znajdziesz.

Przez dobre pół minuty siedzieli nic nie mówiąc, a potem nagle zaczęli mówić oboje naraz. Przerwali i roześmieli się.

- Janie, musimy wreszcie zacząć się zachowywać jak dorośli. Nie uważasz? O ile się nie mylę, rozwiodłaś się już przed dwoma laty. Ja jestem wolny jak ptak.

Wydawała się zdziwiona, że on cokolwiek o niej wie. Zwłaszcza o jej osobistym życiu.

- Widzę, że podążałeś moim tropem.

Nie odpowiedział. Patrzył jej prosto w oczy. Tak trwało przez kilka sekund, potem Jane odwróciła głowę.

- Ten jeden, który umknął, co? - Sięgnęła po papierosy.

- Gdybym myślał o tych wszystkich, którzy umknęli wymiarowi sprawiedliwości, to nie miałbym czasu na nic innego.

Roześmiała się. - Zachowywaliśmy się bardzo po dziecinnemu, prawda?

- Może nadszedł czas i jest odpowiednie miejsce, by o tym zapomnieć, Janie.

- Już ci to mówiłam, Martin: nikt nie nazywa mnie Janie.

- Ja nazywam. I co zrobisz? Każesz mnie za to aresztować? Jestem cholernym prokuratorem okręgowym i nie dam na to zgody.

Oboje się roześmieli.

- Ale prokuratorem okręgowym jesteś niechętnie. Nie widzę błysku satysfakcji w oczach.

- Może szukasz pracy?

- Chcesz oddać swoją?

Przyglądał się jej przez długą chwilę. - Jak ty uważasz, po co my tu oboje siedzimy, Janie?

Wzruszyła ramionami. - No cóż, mamy po czterdzieści lat... - W tych słowach była wyraźna sugestia.

- Z hakiem, z haczykiem...

- Oboje nienawidzimy takich przyjęć jak dzisiejsze...

- Oboje nienawidzimy adwokatów.

- Racja! - zgodziła się. - Ale może jest jeszcze coś... może oboje czujemy się cholernie samotni...

- Ja mogę mówić tylko za siebie - powiedział Vail. - Brakowało mi ciebie. Mnie i z pewnością każdemu mężczyźnie, który choć raz widział cię w sądzie. Ty wszyst-

kich olśniewałaś. Byłaś czystej wody diamentem w gmachu sądów okręgu Cook. Nie brak ci tego? Odgłosów na sali sądowej, zapachu tłumu?

- Nadal spędzam dni w sądzie.

- To nie to samo. Obrona przemysłowych zatruwaczy środowiska, stających przed sądem z powództwa cywilnego, to zupełnie co innego. Żadnej emocji.

- Przestań, prokuratorze Vail! Miałam jedną karną sprawę.

- I niestety wygrałaś.

- Zaraz, zaraz... - W oczach jej pojawiło się wzburzenie.

- Przepraszam, przepraszam! - przerwał jej szybko. - Już schodzę z mównicy. I nie powinienem był na nią wchodzić.

Wzruszyła ramionami. - Być może jestem zbyt przeczulona, gdy chodzi o te sprawy. Byłam zawsze ciekawa szczegółów historii, którą mi opowiadano. Czy to prawda, że kiedy zacząłeś, to cię przenicowali?

- Tak, oberwałem porządnie. Bolało. Izba Handlowa wszystkich porzuciła na pastwę losu, gazety kłamały, możni przekupili sędziów, wprowadzono specjalną gwardię adwokacką, wytoczono największe działa, jakie można było znaleźć. W efekcie zamieniono raj na bitewne pole, na którym nie bierze się jeńców. Tyle z tego miałem, że się czegoś nauczyłem. Doskonała lekcja.

- Czego się nauczyłeś?

- Nie wolno dać się oślepić idealizmowi. To jest bardzo niebezpieczne. Niech tylko hieny dowiedzą się, że jesteś uczciwy, natychmiast sprowadzają swoich morderców w jedwabnych garniturach.

- Ale potem poszło ci dobrze. Załatwiłeś szacowny bank za pranie mafijnych pieniędzy, doprowadziłeś do zamknięcia dwóch chemicznych fabryk za zanieczyszczanie środowiska, ukarałeś połowę radnych miasta za branie łapówek. Innymi słowy, odegrałeś się.

- jakiś początek, to prawda. - Zmienił temat powracając do nich obojga: - Brak mi naszych dawnych potyczek. Nawet po dziesięciu latach jest mi ich brak.

- Zawsze wiedziałam, że można powiedzieć coś dobrego o tradycyjnym miłym podrzynaniu sobie gardła na sali sądowej...

- Byłaś w tym mistrzynią.

- A ty mistrzem.

Podniosła kieliszek i oboje wypili toast za podcinanie sobie gardła. Spojrzenia ich ponownie się spotkały, zwarły i tym razem Jane nie odwróciła głowy.

- Janie, jesteś bardzo głodna?

Oparła się o ściankę niszy, spojrzała w sufit, a potem przymknęła oczy. Lekko potrząsnęła głową i zerknęła na Yaila.

- Takie imprezy jak dzisiejsza zawsze psują mi apetyt - odparła.

Widziała Yaila zupełnie innym, niż jawił się poprzednio. Dostrzegła wrażliwość i romantyzm. Zabrał ze sobą butelkę schłodzonego Taittingera oznajmiając Guidowi, że zmienili zamiar i nie będą jedli kolacji. Jane uświadomiła sobie, że Vail zawsze, od samego początku bardzo ją pociągał. Dawniej nigdy nie przyznałaby się do tego. Pewną fascynację tłumaczyła podziwem dla jego talentu i lękiem przed nim. Stojąc teraz w jego salonie i patrząc, jak rozpala ogień w kominku, uświadomiła sobie, że

bardzo go pożąda. Zaczęła się jednak zastanawiać, czy nie popełniła błędu tu przychodząc. Czy nie pakuje się w głupią historię? Jednonocny romans? Czy nie okaże się to okropnym błędem? Czy nie obudzi się rano z seksualnym kacem? Kiedy jednak Vail podniósł się z kolan i obrócił w jej kierunku, lęki zniknęły, zastąpione falą gorąca. Zdjął jej z ramion płaszcz, rzucił go na kanapę i poszedł do kuchni po kieliszki.

Rozejrzała się po apartamencie. Spory, dwie sypialnie, jest na tyle wysoko, by zapewnić widok panoramy miasta, ale żadnej ostentacji. Jedna z sypialni ustąpiła gabinetowi, nieprawdopodobnie zapchanemu książkami - z których wiele miało strony pozaznaczane papierowymi zakładkami - teczkami pełnymi akt w każdym kącie, stosami periodyków jeszcze nie wyjętych spod opasek, kartkami, karteluszkami, no i górami wycinków prasowych. W łazience jarzyło się niebieskie światło. Jane zajrzała i zobaczyła minioranżerię.

Wzdłuż jednej ze ścian ustawione stało dwumetrowej długości koryto z wkładem z blachy cynkowej. Od głównego kranu nad umywalką prowadziły do niego rozmaite rurki z kranikami. W korycie stały gęsto doniczki z kwiatami. Specjalne lampy, podłączone do regulatora czasu, przez dwanaście godzin na dobę stwarzały roślinom złudzenie dziennego światła. W doniczkach pławiły się w nim delikatne niebieskie kwiatki w koronie paprociopodobnych liści. Po drugiej stronie wąskiego pomieszczenia stał niewielki, przykryty plastikiem pojemnik, którego boki pokryte były rosą. Można było jednak dostrzec jak przez mgłę jaskrawe barwy innych kwiatów.

- Kto by pomyślał - powiedziała do siebie półgłosem. - Ogrodnik-konspirator.

- Te niebieskie kwiatki nazywają się po prostu dzwonkami. Dzwonkami leśnymi - usłyszała głos Yaila, który podszedł niepostrzeżenie.

Drgnęła zaskoczona. - Przepraszam za myszkowanie. Podał jej szampanówkę.

- Dzwonki mają obwieszczać swym delikatnym dźwiękiem urodę odwiedzających je dam. Słyszysz? Przyłożył dłoń do ucha. To kwiaty zimowe. Tam, gdzie się wychowywałem, rosną dziko na brzegu rzeki. Zbierałem je i zanosiłem mamie, a ona stawiała je w wazonie na fortepianie i czasami z nimi rozmawiała. Mówiła, że zagra im Chopina. I grała.

- Musiała być cudowną kobietą.

- Była cudowną kobietą. Umarła, kiedy chodziłem do ósmej klasy.

- Bardzo mi przykro...

- To już dawno temu...

Jej niepokoje zamieniały się ponownie w tęsknotę, w pragnienie... w zwykłe pożądanie. Usta jej wyschły. Upiła troszkę szampana, żeby je zwilżyć. W sypialni była tylko jedna fotografia. Przedziwna, jak na to miejsce: ponura, ciemna panorama fabrycznych budynków częściowo przesłoniętych białymi oparami i czarnym dymem. Kolonia gigantycznych kominów wypluwających czarną zarazę. Na pierwszym planie pienista rzeczka z pasmami pary unoszącej się z brzegów niewyraźnie odbijała okropną rzeczywistość.

- Witaj na tęczowej ziemi - powiedział kwaśno, widząc, że Jane przygląda się ciekawie fotografii. - Uwierzysz, że kiedyś kąpałem się w tej rzece?

- Tutaj ci przycięli palce? - spytała.

- Jak na ironię losu właśnie tu. Izba Handlowa nazywa to parkiem. Parkiem przemysłowym. Zawsze kojarzyłem słowo park z pełnym radości miejscem, gdzie bawią się dzieciaki. Bonzowie przemysłu rozwiali moje złudzenia.

- Po co trzymasz tę fotografię?

- Bym nigdy nie wpadł w błogi stan zadowolenia. |

- Nie wyobrażam sobie Martina Yaila w błogim stanie zadowolenia z czegokol- \ wiek. - Gdy wracali do salonu, zrzuciła z nóg pantofle. - Mam nadzieję, że nie masz | mi tego za złe. Już nie mogłam wytrzymać. \

- Siadaj. Jestem w tym świetny. |

- W czym? p,

- Jestem jednym z najlepszych na świecie masażystów stóp.

Usiadła na kanapie i oparła się o miękkie puchowe poduszki. Ujął jedną stopę w obie dłonie. Najpierw ją delikatnie masował, potem zaczął ugniatać, mocno naciskając palcami podbicie. Całym ciałem odbierała masaż. Poczuła go między nogami niby prąd elektryczny. Jej oddech stał się ciężki, urywany, puls szybszy. Zamknęła oczy. Reakcję potęgował wypity szampan.

- Wspaniały masaż - wyszeptała.

Powoli przesunął dłoń na obleczoną w jedwab nogę, najpierw na łydkę, potem wyżej na skraj uda. Oderwała się od poduszek, usiadła wyprostowana, uświadamiając sobie, że z trudem oddycha. «

- Muszę na chwilę wstać - powiedziała. Podniosła się i zrobiła parę kroków w kie- i runku kominka. Poszedł za nią. l

- Marty... - zaczęła, ale obrócił ją ku sobie, ujął twarz w obie dłonie i pocałował. * Poddała się natychmiast, reagując namiętnie, wpijając usta w jego usta. Stali zwarci, ich języki poszukiwały się, penetrowały, zapowiadały... Wędrował dłońmi po jej ciele, przez plecy do twardych pośladków i niżej ku nogom, potem z początku nieśmiało wzdłuż zewnętrznej strony ud, by wreszcie z pieszczotą zawędrować między uda

i stamtąd rozpocząć powrotną wędrówkę po jedwabisty brzeg rajstop. Pieszczota była delikatna - ledwo muskał palcami jej ciało. Jane cicho pojękiwała i ciężarem ciała napierała na wędrującą dłoń mężczyzny. Wtedy drugą ręką zaczął ją głaskać. Obcałowywał jej uszy i szyję. Jej reakcją było przyciągnięcie jego głowy i powolne jej zepchnięcie ku piersiom. Długo tłumione pragnienia eksplodowały. Jak szaleni zaczęli się wzajemnie rozbierać, nie zmieniając rytmu pieszczot. Zadygotał pożądaniem, gdy położyła dłoń na jego palcach pieszczących jej ciało, krążących w wilgotnym kręgu i badających każdy centymetr. Zaczęła prowadzić dłoń mężczyzny... Sięgnął i ściągnął suwak sukni. Przylgnęła mocniej, drażniąc go, nie pozwalając, by suknia | opadła. Potem położyła dłoń na jego brzuchu, przesunęła po twardych mięśniach, | zawędrowała do pępka pod paskiem spodni, niżej, niżej, aż trafiła na twardy członek. \

Odsunął się, suknia zaczęła opadać, na ułamek sekundy zatrzymała się na sztywnych sutkach i zleciała do bioder. Tkwili w jednym długim pocałunku, oczy mieli zamknięte, dłonie w ciągłym ruchu, głodne dotyku drugiego ciała. Sięgnęła po jego dłoń i powolnym ruchem zsunęła ją sobie na brzuch, a potem niżej między nogi. Zaczęła nią trzeć o siebie w górę i w dół, w górę i w dół. Obróciła własną dłoń i grzbietem docisnęła do jego dłoni. Razem wędrowali w górę i w dół, w górę

i w dół, pieszcząc się wzajemnie. Drugą ręką zawędrowała na jego pośladki. Spotkały się ich sutki, przylgnęła jeszcze mocniej.

Położyła mu głowę na ramieniu. Pod jego pieszczotą, coraz szybszą i szybszą, zaczęła niekontrolowanie dygotać, drżeć, rzucać się. Wygięła plecy w łuk i tkwili tak przez parę minut wykonując powolne ruchy w rytmie jej westchnień i jęków rozkoszy.

- Boże! Boże! Zwolnij! - szepnął jej do ucha.

- Nie mogę - odparła również szeptem. - Nnnie mo... gę! Zaczęła szybciej trzeć

0 jego dłoń, a on musiał dopasować się do nowego tempa. Była coraz bardziej rozdygotana. Wzięła głęboki oddech i stanęła na palcach. Poczuł pod dłonią nową twardość i wilgoć. Nagle krzyknęła i naparła na dłoń mężczyzny. Nogi trzęsły się pod nią spazmatycznie...

Ułożył ją na podłodze i legł obok. Opuściła ramiona. Wspierając się na łokciach

1 kolanach zawisł nad nią. Oczy miał zamknięte, bicepsy rozedrgane. Gdy wprowadzała go w siebie, wstrzymał oddech. Potem rzucił się i zaczął rytmicznie przeć i cofać się. Objęła go mocno za szyję i przetoczyła się. Znalazła się nad nim. Jej twarde sutki opadały, dotykały jego piersi i oddalały się. Uniosła się, uwolniła i usiadła na nim okrakiem. Dźwignęła się i ponownie wprowadziła członek. Ustami przykryła jego usta tłumiąc wyrywający się z nich okrzyk rozkoszy. Kochali się, kończyli, odpoczywali, a potem nie mogli oprzeć się fali nowych pragnień i pożądania. I zaczynali od początku. W pewnej chwili poczuł zaciskające się w spazmatycznym skurczu mięśnie wilgotnej otchłani. Wsunął dłoń między spięte ciała, powędrował nią niemal w samo źródło żaru. Palcami pieścił obrzeże. Stężała, zaczęła dygotać i szarpnęła się w ekstazie. Jej reakcja była tak silna, że zmysły nabrały nagle barw i poczuł pierwszy spazm, potem drugi, trzeci... Eksplozja!

Jane poczuła to niby uderzenie prądu, poczuła się zagubiona w czasie i przestrzeni. A potem zaczęły ją ogarniać fale gorąca...

- Boże, Boże! - wykrzyknęła, padając na mężczyznę i wyprostowała długie nogi, zwierając je z całych sił. Całowali się i nagle poczuła kolejny orgazm. Zawyła...

Leżał przyciśnięty jej ciężarem, obejmował głaszcząc plecy. Powoli ich oddechy uspokajały się, serca biły wolniej. Poruszył się. Czuła go w sobie. Wślizgnął się głębiej, a potem wysunął. Pojawiła się w niej nowa fala pragnień. Uniosła głowę, kaskada jej włosów spadła mu na twarz. Usiadła z głową pochyloną i pieściła włosami tors mężczyzny. Wezbrało w nich pragnienie połączenia się raz jeszcze. Tym razem wyzwolenie przyszło szybko. Krzyknęła i padła jęcząc.

Przez długą chwilę leżeli bez ruchu, ciągle jeszcze połączeni, wzajemnie wyczuwając drobne spazmatyczne skurcze. Miała usta blisko jego ucha. Słyszał jej coraz powolniejszy oddech. Po pewnym czasie wysunęła jedną nogę, następnie drugą i legła wyciągnięta na nim. Ujął jej głowę i twarz przybliżył do swojej twarzy. Koniuszkiem języka pociągnęła po jego górnej wardze.

- Dlaczego tak długo czekaliśmy? - spytała szeptem.

Zsunęła się i położyła obok, pozostawiając jedną nogę w poprzek jego brzucha. Przez kilka minut patrzyli w ogień na kominku.

- Co się stało z tą cudowną dziewczyną, która u ciebie pracowała? - przerwała milczenie.

- Naomi Chance?

- Tak się nazywała? Bardzo ładne imię i nazwisko.

- Nadal u mnie pracuje. Po prostu straciłaś kontakt z biurem.

- Krążyły plotki na wasz temat.

Obróciła się na plecy, potem na bok, podniosła jedną nogę. Miał przed oczami kuszący widok jej ciała.

- Plotki były prawdziwe? - zapytała. Podniósł jeden palec.

- Zrobiliście to raz? Tylko jeden raz?

- Tylko jeden raz. Któregoś wieczoru bardzo dawno temu. Powiedziała, że nie chce tego ciągnąć, gdyż uniemożliwiłoby to jej pracę u mnie.

Pogłaskała mu plecy. - Głupia była.

- Nie jesteś głodna? - spytał.

- Chętnie bym zjadła ciebie - odparła.

- Może zamiast tego ser i szampan?

- Na początek może być. Masz świece?

- Gdzieś tu miałem. Jeśli ze starości się nie rozkruszyły.

- A więc szampan i ser przy świecach. Będzie wytwornie i uroczyście.

- Widzę, że odzyskałaś apetyt.

- O tak! - odpowiedziała miękkim głosem.

Patrzyła za nim, gdy szedł do kuchni. Miał muskularne ciało. Był zgrabny i jeszcze szczupły. Bardzo jej się to podobało. Ani grama tłuszczu. Bardzo czuły kochanek, który znał wszystkie miejsca, wszystkie wrota... Podejrzewała, że tak będzie. Vail wszystko robił z oddaniem i pasją.

Wrócił po paru minutach, niosąc wiszące między palcami czyste kieliszki i tacę z cieniutkimi krakersami oraz trójkąt sera Brie. W drugiej ręce trzymał świece. Z dużej popielniczki wyrzucił niedopałki, zapalił jedną z dwóch świec i przechylił ją nad popielniczką. Gdy skapnęło dość stearyny, postawił w niej świecę i przytrzymał, aż stearyna zastygła. Jane przyglądała się temu jak fascynującemu spektaklowi. Nie był to koniec - odwinął sreberko z Brie, małym palcem przebił cienką skórkę sera, nabrał na palec i podał Jane. Wzięła do ust cały palec i zlizała ser.

Zadzwonił telefon.

- Nie teraz! - jęknął.

Z początku chciał zignorować wezwanie, ale po pięciu dzwonkach wiedział, że! nie pozbędzie się Stennera. Stenner wiedział, że Vail jest w domu i dlaczego...

- Jasna cholera, cholera, cholera! - mruczał, podnosząc wreszcie słuchawkę, -i Nie ma mnie w domu, majorze. Proszę zostawić wia...

- John Farrell Delaney. Chwilę milczał. - Co Delaney?

- Leży po środeczku najwyższego apartamentu przy Lakę View Drive. Ubrany w dwie kule kalibru zero trzydzieści osiem i nic więcej. Każda z dwu kuł mogła go zabić.

- Żeby cię diabli...!

- Za dziesięć minut? Czy chcesz wziąć jeszcze prysznic?

Yailowi wydawało się, że wyczuwa lekką kpinkę w głosie Stennera. Zignorował pytanie na temat prysznica.

- Byłeś już tam?

- Nie. Shock mnie zawiadomił. Powiedziałem ci wszystko, co wiem.

- Za dziesięć minut - powiedział z rezygnacją Vail.

- Jestem już pod domem.

- Powinienem był odgadnąć, psiakrew. - Odłożył słuchawkę.

Jane patrzyła na niego, gdy zaczął się ubierać. Nadal podziwiała jego muskularną sylwetkę. - Nie musisz iść do domu - zażartowała. - Możesz tu spędzić całą noc...

- Świetny dowcip, tylko że mamy zabójstwo.

- Niezbyt to pochlebne.

- Co jest niezbyt pochlebne?

- Wykorzystałeś mnie, a teraz rzucasz się na trupka.

Wciągnął spodnie i ze złością szarpnął do góry suwak. - Udaję się na nocną bibkę w ludzkiej dżungli.

- Chyba dobrze pamiętam, że w ubiegłym roku było około dwóch tysięcy zabójstw. Czy wstawałeś z łóżka do wszystkich?

- Nie wszystkie były w nocy - odparł, rozglądając się za butem. Usiadła i sięgnęła po papierosy.

- Czy mam na ciebie czekać? - spytała i zamrugała powiekami, naśladując aktorki epoki niemego filmu.

- Czy nigdy ci się to nie zdarzyło, kiedy byłaś prokuratorem? Pokręciła głową. - Miałam tylko jeden telefon i wyłączałam go na noc.

- A jeśli wydarzyło się coś bardzo ważnego? Wypuściła kłąb dymu. - Jak bardzo ważnego? Wyczuł w jej głosie rozbawioną ciekawość.

- Bardzo, ale to bardzo ważnego.

- Dokąd idziesz? - spytała podejrzliwie. Zbył ją gestem dłoni.

- O nie, tak łatwo pan się nie wymknie, panie prokuratorze. Co się wydarzyło? Dokąd pan idzie o godzinie... - spojrzała na zegarek - ...jedenastej trzydzieści wieczorem?

- Czy John Farrell Delaney budzi twoje zainteresowanie?

Wyprostowała się, gdy wypowiedział nazwisko, w oczach pojawiło się zdziwienie. - Co z Delaneyem?

Vail uśmiechnął się i przyłożył palec do ust.

- Coś zrobił! Czy nie zro...? Nie. Coś jemu zrobili... Przez głowę Yaila przemknął obraz z przeszłości.

Sędzia i Vail. Siedzą naprzeciwko siebie przy jego wielkim biurku. Są pogrążeni w myślowej potyczce, w palcach obracają srebrne dolarówki.

- Od tej chwili sprawa utajniona, Janie. Przecież wiesz, że nie mogę...

- Nie opowiadaj mi głodnych kawałków, Martinie Vail! Słyszałeś kiedyś o gwałcie podczas niewinnej wizyty? Mów albo zacznę krzyczeć i wzywać pomocy.

- Nie odważyłabyś się.

- Delaney nie żyje, tak? - Pochyliła się. Twarz jej była o parę centymetrów od twarzy Yaila. - Powiedz, nie żyje?

Skinął głową. - Ktoś mu wpakował dwie kulki w to złe, stare serce.

- Ale historia! Ktoś dopadł Delaneya. O tak, będziesz miał problem, panie prokuratorze okręgowy. I my oboje jesteśmy chyba jednymi żyjącymi w tym mieście istotami, które nie miały powodu, by go zabić. Nie miałeś, prawda?

- Nie. Wysyłał zawsze do mnie swego stręczyciela, Firestone'a. - Yail rozglądał się. Był w smokingu, ale bez muszki. Dostrzegł płaszcz, włożył go. - Nigdy nie miałem wiele do czynienia z Delaneyem.

- Szczęściarz z ciebie. W powstałej sytuacji wybaczam ci porzucenie mnie, ale pod jednym warunkiem: kiedy wrócisz, podzielisz się ze mną wszystkimi co naj-krwawszymi szczegółami. Jutro będzie to temat wszystkich plotek w mieście.

Pocałował ją lekko w usta.

- Jeśli nie wrócę, zanim będziesz wychodziła, to dobrze zatrzaśnij za sobą drzwi.

- Byle tylko nie była to tania jednonocna przygoda - wyszeptała z uśmiechem i oddała mu pocałunek.

9

- Delaney był sam, kiedy go znaleziono? - spytał Vail, wsiadając do samochodu.

- Czy też jest jakiś podejrzany?

- Powiedziałem wszystko, co wiem - odparł Stenner.

Szybko pokonał kilka przecznic, które dzieliły dom Yaila w Dearborn Park od Loft Apartments. Zatrzymał wóz przed przeszklonym frontonem budynku, za którym

- o jakieś sto metrów dalej, za hotelem „Hilton" - w świetle księżycowej półpełni łyskała powierzchnia jeziora. Na ulicy stały cztery wozy policyjne, karetka i zawsze w takich wypadkach obecna furgonetka Okimoty. Żądny sensacji, zziębnięty tłumek napierał na policyjne taśmy odgradzające miejsce zbrodni. A nuż wydarzy się coś dramatycznego? Vail i Stenner pojechali windą na trzydzieste piętro.

Z windy weszli do niewielkiego przedpokoju z parą drzwi. Jedne były szeroko otwarte i podparte krzesłem. Obok nich stał mundurowy policjant, przyglądając się ciekawie temu, co działo się w mieszkaniu.

Gdy weszli, w głębi długiego korytarza zobaczyli Shocka Johnsona. Korytarz był szeroki, spełniał rolę holu, wyłożony białym dywanem i jasno oświetlony dyskretnie umieszczonymi lampami. Johnson uśmiechnął się, podszedł do Yaila i Stennera, wyciągając na powitanie rękę wielkości rękawicy baseballisty.

- Cześć, panowie! - Po przywitaniu poprowadził ich do salonu. - Ostatnio często się widujemy - zauważył.

- Ludzie zaczną gadać - odparł Vail.

- Nie jesteś w moim typie - odparł Shock. - Wolę blondynki.

- Następnym razem włożę perukę - obiecał Vail.

- To nie to samo - usłyszał w odpowiedzi.

Weszli do salonu z przeszkloną ścianą od strony jeziora. Policyjny technik na czworakach, z ręcznym odkurzaczem, zmiatał dywan. Skończył w chwilę po ich wejściu, wstał i wyszedł. Drugi technik, specjalista daktyloskopii, posypywał białym proszkiem lampy, stoły, krzesła, fotele i inne miejsca, gdzie mogły pozostać odciski palców. Niemodna już szklanka z mrożonego szkła stała na jednym ze stolików, też nosząc ślady białego proszku.

Z wyjątkiem panoramicznego okna z bajkowym widokiem pokój był zimny i sterylny. Czarne, ultranowoczesne meble kontrastowały nieprzyjemnie z białą wykładziną dywanową i ścianami. Trzy wielkie obrazy na przeciwległej do okna ścianie reprezentowały malarstwo abstrakcyjne - biel i czerń w najrozmaitszych konfiguracjach. Tchnęło czystością. Z wyjątkiem jednego miejsca, gdzie leżał na plecach na-gutki przewodniczący rady miejskiej, Delaney, wpatrzony martwymi oczami w sufit. Miał jedną dziurę w piersi, drugą nad prawym okiem. Pod ciałem zebrała się spora kałuża krwi wysychającej w rdzawe plamy na dywanie.

- Gdzie jest Okie? - spytał Vail.

- W sąsiednim pokoju. Mówi, że najprawdopodobniej Delaney oberwał między siódmą a ósmą trzydzieści.

- Kto go znalazł? Ł

- Delaney miał być głównym mówcą na bankiecie dziś wieczorem. Kiedy się nie pojawił do końca kolacji i nie odpowiadał na telefon, ktoś wreszcie zadzwonił do portierni. Portier powiedział, że nie widział, by Delaney wychodził. Na żądanie zajrzał do garażu, można tam zjechać omijając portiernię, i zobaczył, że wóz Delaneya stoi na swoim miejscu. Po dłuższych naradach dwóch dygnitarzy postanowiło przyjechać. Nocny portier otworzył drzwi uniwersalnym kluczem. Weszli i zobaczyli nieboszczyka.

- O której to było?

- Jedenasta pięć.

Stenner zbliżył się i pochylił nad ciałem. Prawa strona twarzy Delaneya była osmalona. - - Strzał z przyłożenia - stwierdził.

- Może był już zbędny - zauważył Shock. - Pierwsza kula wystarczyła. Jeśli była pierwszą.

- Coś się dzieje w sypialni? - zapytał Vail.

- Sam zobacz - odparł Shock.

- Na twarzy Delaneya nie ma wyrazu zdziwienia - zauważył Vail idąc ze Steń-nerem do sąsiedniego pokoju.

- Może mrugał, kiedy dostał - podsunął Shock.

- Dość rozsądne przypuszczenie - zgodził się Vail. - A w ogóle, co on robił spacerując po salonie z fiutem na wierzchu?

- Może zostawiła go tak żona?

- Albo przyjadółeczka.

- Albo przyjaciel?

- To też możliwe.

- Znam kogoś, kto mówi, że jest jedyną w mieście osobą, która nie miała powodu go zabijać.

- A ty miałeś z nim kiedyś jakieś starcie, Marty?

- Nie. Zawsze przysyłał mi Firestone'a, żeby za niego wykonywał brudną robotę.

- Jeszcze jeden kandydat...

- Może mu to przypomnimy?

- Pomysł bardzo mi się podoba! - Shock roześmiał się.

- Ilu ludzi Eckling oddelegował do tej sprawy? - Vail głową wskazał salon.

- Połowę policji miasta.

- Wcale mu się nie dziwię. Poczuł smród. Grunt zaczyna mu się palić pod nogami. Wszyscy polityczni macherzy będą mieli biegunkę.

- Zadając sobie pytanie, kto następny, i trzęsąc się ze strachu, że być może właśnie ten, kto pyta - z satysfakcją dodał Shock.

- No bo kto ma czyste sumienie? - zapytał Vail. Vail i Shock zaśmiali się porozumiewawczo.

- Panowie nie mają wielkiego szacunku dla majestatu śmierci - włączył się Stenner. - A tu poza tym chodzi o przewodniczącego rady miejskiej, przewodniczącego komisji finansów, przewodniczącego miejskiego komitetu partii demokratycznej...

Z sypialni wyszedł niski, godnej postawy Amerykanin japońskiego pochodzenia, z krótko ostrzyżonymi czarnymi włosami i w okularach w szylkretowej oprawie. Miał na sobie papierowy fartuch, plastikowe buty i rękawiczki. Przechodząc koło Yaila powitał go krótkim: - Jak się masz?

- Ostatnio zbyt mało snu - odparł zapytany.

- W każdym razie jest ci tu cieplej niż na wysypisku.

W wieku lat trzydziestu sześciu Okimoto był jednym z najlepszych specjalistów wydziału kryminalistyki. Przeszedł przez cały salon, ostrożnie przesunął w kąt krzesło i usiadł na nim twarzą do oparcia, na którym położył ręce, a na nich brodę. Wpatrywał się w salon, nie wypowiadając ani słowa. Vail wyjął z kieszeni papierosy i dopiero wtedy Okimoto odezwał się: - Proszę nie zapalać.

- Pobierasz próbki powietrza? - spytał Vail.

- To mi przeszkadza.

Vail schował papierosy. Wszyscy czekali w ciszy, aż Okimoto skończy myśleć. Po upływie trzech minut wstał i odstawił krzesło na miejsce.

- Skończyliśmy i możesz wracać do domu - powiedział Yailowi. - Poza tym jednym miejscem - wskazał na ciało - całe mieszkanie jest nieskazitelne. Nie ma śladów włamania. Mokre ręczniki na posadzce łazienki. Na łóżku wyłożony smoking. Na stoliku leży złoty wodoszczelny Rolex. Nie taniocha. Wart co najmniej dziesięć kawałków. I portfel. W nim karty kredytowe i gotówka. Trzysta osiemnaście dolarów.

Spojrzał na ciało.

- Moim zdaniem... to jest wyłącznie supozycja... moim zdaniem ktoś, kto miał klucz, wszedł do mieszkania, kiedy on brał prysznic. Delaney wychodzi spod prysznica, wyciera się i przychodzi tu zrobić sobie drinka w tym barku w rogu. Myśli, że jest sam, więc nic na siebie nie wkłada... No, bo gdyby usłyszał dzwonek albo że ktoś wchodzi, włożyłby szlafrok czy owinął się ręcznikiem. Bierze drinka, obraca się i widzi naszego tajemniczego gościa, który stoi mniej więcej tu, w wejściu do salonu. Zaczyna z tym kimś rozmawiać. A może zdaje sobie sprawę, że jest źle i błaga o darowanie mu życia. Tak czy inaczej odstawia szklankę na stół i kiedy się odwraca, gość nadziewa go dwiema kulami. Jestem prawie pewien, że pierwszy strzał był w pierś. W tym miejscu znaleźliśmy łuskę. Następnie ten ktoś podchodzi, najprawdopodobniej staje okrakiem nad Delaneyem, pochyla się i pakuje mu drugą kulę. Łuskę od tego pocisku znaleźliśmy tuż obok głowy. Motywem nie był rabunek. I mam wrażenie, że mordercą była kobieta.

- Dlaczego tak sądzisz? - spytał Vail.

- Ślady na dywanie. Wysokie obcasy. Nie szpilki. Oceniam je na średniej wysokości obcasy. Mamy zresztą fotografie i woskowy odcisk. Myślę, że sekcja zwłok nie przyniesie żadnych niespodzianek. Oczywiście, nie wykluczam śladów narkotyków we krwi, ale wątpię. W mieszkaniu nie znalazłem żadnych nielegalnych substancji. Zawartość żołądka będzie nikła. Szedł dopiero na kolację.

- Ten, kto go zabił, przyszedł wyłącznie, żeby zabić - mruknął Stenner.

- Skąd taki wniosek? - zapytał Okimoto.

- Jeśli to się stało tak, jak przed chwilą opisałeś, to nasza dama musiała go nienawidzić - powiedział Vail. - Abel ma rację. Ona przyszła, żeby go zabić.

- Poczekajmy na autopsję. Wszystko tam znajdziemy. - Okimoto pokiwał głową. - A jeśli idzie o te ciała na wysypisku, to będziemy wiedzieli dopiero jutro lub pojutrze. Szczątki są w okropnym stanie.

Wyszedł do holu i skierował kroki do kuchni.

- No cóż, Shock, musisz tylko znaleźć osobę, która go nienawidziła. - Wskazując Stennera Vail dodał: - Zgodnie z opinią mego przyjaciela, może to być każdy mieszkaniec okręgu.

- Przyszła mi do głowy pewna myśl... - zaczął powoli Shock. - Delaney miał stanąć na jesieni do kolejnych wyborów. Może robił sobie zdjęcia do kampanii wyborczej...

- Trafiłeś w dziesiątkę - ironicznie odparł Vail. - Nawet jest wyposażony jak jurny amerykański łoś. Chciał pewno zapolować na głosy kobiet.

Obaj się roześmieli.

- No a wypychacze zwierząt? Też nie jest ich mało. Vail na chwilę przestał się śmiać, by dodać:

- Nie, na pewno by go wypchali.

Śmieli się jeszcze, gdy pojawił się Eckling. Z holu wszedł prosto do pokoju śmierci.

- Co tu jest takiego śmiesznego? - warknął. - Jeden z miejskich prominentów leży martwy na ziemi, a wy dwaj uważacie, że to śmieszne? Bardzo się panu dziwię, kapitanie!

- Zostaw go w spokoju, Eric - zareagował dość ostro Vail. - Przecież wiesz, jak to jest. Nerwowy śmiech często towarzyszy przebywaniu na miejscu zbrodni.

- Dobrze wiem, jaką masz opinię o naszych radnych, ale przypominam ci, że| reprezentują wyborców. Należy im się szacunek! - Eckling to wszystko niemal wy-1 krzyczał. |

- Może skończymy z tymi głupotami, Eckling - odparował Vail z niesmakiem, -j Trzeba zająć się dochodzeniem. Mamy do czynienia z morderstwem. l

- W nowej roli zaczynasz odgrywać ważniaka, co Vail? - Eckling się zjeżył. l

- Kiedy zacznę, to sam zobaczysz. Nie będziesz musiał pytać - odparł niewzru-' szony Vail.

Uwagę Ecklinga odwrócił Stenner, który wyszedł z sypialni. Zobaczywszy Ecklinga stanął, oparł się o framugę drzwi i skrzyżował na piersiach ręce. Nic nie powiedział.

- Skończył pan już tu, kapitanie? - zapytał Eckling.

- Niedługo skończę, gdy tylko chłopaki z kryminalistyki zrobią swoje - odparł Shock.

- Wysłałem ludzi na przeczesanie okolicy. Rano zajmiemy się personelem w ratuszu i w prywatnym przedsiębiorstwie Delaneya. Osobiście będę kierował dochodzeniem, kapitanie Johnson. Jest pan pierwszy po mnie.

- Tak jest, sir.

- Jedzie tu jego żona - kontynuował Eckling. - Macie pojęcie, ona nic nie wiedziała o tym jego mieszkaniu? Apartament z tarasem, najdroższy, jaki można sobie wyobrazić, a żona nic nie wie. Kiedy jej powiedziałem, gdzie znaleziono męża, to myślała, że on tu kogoś odwiedza.

- To znaczy, że ona wie o śmierci Delaneya? - zapytał Shock.

- Powiedzieliśmy jej, że nastąpił wypadek... Radny Firestone miał pojechać i jej powiedzieć. Utrzymywał z nimi bliskie stosunki.

Usłyszeli trzaśniecie drzwi windy i Shock po chwili zobaczył wchodzącego Ray-monda Firestone'a, który prowadził Adę Delaney. Ada Delaney była ponad pięćdziesięcioletnią wysoką kobietą o surowej twarzy, która pozornie gładka, niemniej mimo sztuki chirurgii kosmetycznej uwidaczniała budzące współczucie znamiona nieszczęśliwej kobiety w pułapce, nie takiego, jakiego pragnęła, życia. Teraz dodatkowo miała wysoko podniesione brwi i zagubione spojrzenie. Była bez makijażu, choć w koktajlowej sukni do kolan. Stanęła w drzwiach, rozejrzała się dokoła po wewnętrznym holu, a potem skierowała kroki do salonu.

- Jezu! -jęknął Shock. - Dajcie szybko jakieś prześcieradło. Trzeba to przykryć. Ada Delaney usłyszała. - Nie! - powiedziała ostro, stając w progu salonu i patrząc

na doczesne szczątki Johna Farrella Delaneya. - Zostawcie tak, jak jest.

Shock spojrzał na Ecklinga, który skinął głową. Kobieta weszła do pokoju i stanęła o dwa metry od ciała.

- Tak go znaleziono? - spytała.

- Tak, proszę pani - odparł Shock.

- Typowe dla niego.

Obecni spojrzeli po sobie. Nikt nic nie powiedział.

- Nawet nic nie wiedziałam o tym mieszkaniu. - Podeszła do okna i spojrzała na panoramę miasta. Potem odwróciła się i jakby skamieniała ze wzrokiem wbitym w makabryczny widok. - Piękny apartament. Może trochę zbyt surowy, ale piękny. Wspaniały dla człowieka, który zbił furtunę na rzeźniach. - Spojrzała na jeden z obrazów: - Nigdy nie podzielałam jego zachwytów nad abstrakcyjną sztuką. - Obróciła się do Firestone'a: - To bardzo nie fair, bardzo nie fair, Raymond, mieć takie piękne miejsce i nie dzielić go z kobietą, którą się rzekomo kocha, prawda? Z kobietą, która dała mu potomków, dzieliła z nim łoże... - Milczała przez chwilę, a potem dodała z pewną nonszalancją: - Która tolerowała jego nieustanne kłamstwa.

Przez cały czas mówiła głosem równym, niezbyt głośnym, ale o coraz wyższej częstotliwości i coraz szybciej. Pod koniec sprawiała wrażenie, jakby nauczyła się na pamięć monologu i teraz bała się, że czegoś zapomni. Vail doszedł do wniosku, że pani Delaney doznała szoku na widok nagiego trupa męża.

Podeszła teraz do niego tak blisko, że mogła go dotknąć czubkiem pantofla.

- Wyszłam za niego prosto po koledżu - ciągnęła. - Trzydzieści jeden lat małżeństwa. Nigdy nie znałam innego mężczyzny. To znaczy nie znałam intymnie. Zawsze tylko Farrell, Farrell, Farrell. Jakże czułym był zalotnikiem... i tak bardzo go kochałam... trzydzieści jeden lat temu. Na bal propomocyjny w koledżu kupił mi orchideę. Nie wiem, skąd wziął pieniądze. Nigdy przedtem nie widziałam prawdziwej orchidei. I potem na każdą rocznicę małżeństwa dawał mi ich pięć. Przestał kilka lat temu. - Dłonią zasłoniła sobie usta. - Boże, jak bardzo chciałabym popłakać. Ale nawet tego nie mogę zrobić. Nie mogę znaleźć w sobie łez. Ty dobrze wiesz, coja czuję, Raymond. Czuję ulgę. Czuję wielką ulgę, że to się skończyło. - Wpatrywała się intensywnie w zwłoki. - Zaczęłam cię szczerze nienawidzić, Farrell. l pomyśleć,

że nie musiałam nic w związku z tym zrobić. Nie musiałam ani się z tobą rozwodzić, ani pozwalać, byś mnie nadal upokarzał. Ktoś to zrobił za mnie. Jaka... miła... nieoczekiwana... niespodzianka.

Odwróciła się od martwego męża i wyszła z pokoju.

- Zabierz mnie do domu, Raymond! - Rzuciła przez ramię.

Patrząc na nią Vail przypomniał sobie Beryl Yancey, która przybiegła do szpitala umierając ze strachu, że jej mąż może nie żyć lub jest umierający. Co za kontrast z Adą Delaney, niezdolną do uronienia choćby jednej łzy.

Coś do siebie mruknął, gdy za panią Delaney zatrzasnęły się drzwi windy.

- Dla mnie jest podejrzaną - powiedział Stenner.

- Podzielam tę opinię - zgodził się Shock. - Nie sądzisz, Marty, że to może być łatwiutka sprawa?

- Nie ma łatwiutkich spraw - usłyszał w odpowiedzi.

Gdy Vail wrócił do domu, zastał za drzwiami na ziemi bibułkową serwetkę z wypisanym szminką zastrzeżonym numerem telefonu Jane Yenable. I ani słowa.

10

Dom Delaneyów znajdował się w Rogers Park, na Greenleaf, przecznicy Ridge Avenue. Była to staroświecka „italianizowana" rezydencja z kolumienkami, a wysokie okna i podparte wysunięte połacie dachowe nadawały jej dziewiętnastowieczny charakter.

Eckling zostawił asystenta w samochodzie i sam poszedł do wejścia. Wpuściła go pokojówka i przeprowadziła przez wypatroszone ze śladów przeszłości pokoje, wysoko sklepione, nowocześnie urządzone w pastelowych barwach. Wszedł do roz-słonecznionego atrium na tyle domu. Wielkie przeszklone drzwi prowadziły do ogrodu obsadzonego wysokim żywopłotem. W betonowej sadzawce dla ptaków, rozpryskując wodę, kąpała się sójka.

Ada Delaney ubrana jak przystało wdowie na czarno, siedziała na sofie obitej zielonym materiałem w kwiaty. Towarzyszył jej szczupły mężczyzna o siwiejących, gładko przyczesanych włosach, śniadej twarzy i ostrych, sępich rysach. Ubrany był w granatowy garnitur. Wyraźne poprzedniego wieczoru zakłopotanie i zmieszanie pani Delaney ustąpiło lodowatemu spokojowi. Zimno powitała Ecklinga.

- Znasz Gary^ego Angela, Eric? - spytała.

- Spotkaliśmy się - odparł Eckling i podał rękę mężczyźnie.

- Pan Angelo jest adwokatem rodziny. Będzie wszystko załatwiał w moim imieniu. Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci jego obecność podczas naszej rozmowy.

- Ależ nie - odparł szef policji, jakby pozostawał mu jakikolwiek wybór.

- Napijesz się kawy? - Ada Delaney wskazała srebrną zastawę na stoliku. - A może drinka?

- Za wszystko dziękuję. Mam nadzieję, że w niczym nie przeszkodziłem, bo jeśli tak...

- Ależ nie. - Zaopatrzyła te dwa słowa w smutny uśmiech. - Rozmawialiśmy właśnie o tym, jak Farrell zabezpieczył mnie i dzieci. Przynajmniej w tej sprawie wykazał troskę.

- Boleję z powodu tego, co się stało...

- Oszczędź sobie zdawkowych kondolencji - przerwała szorstko. - Dla mnie istotne jest to, że byłeś jego przyjacielem i wiedziałeś, co się dzieje.

- To nie była moja sprawa. Nie mogłem...

- Czego nie mogłeś? Raymond Firestone wszystko mi powiedział. Zabawy, poker, weekendowe wypady, jak to je Farrell nazywał, dla wtajemniczonych przyjaciół. Ty byłeś jednym z nich. A teraz przychodzisz, dając do zrozumienia...

- Nic nie chcę dać do zrozumienia, nic nie sugeruję - odparł Eckling z posmutniałym wyrazem twarzy. - Wykonuję mój obowiązek. Sprawa musi być wyjaśniona.

- Przynajmniej przyszedłeś sam. Nie darowałabym ci, gdybyś przysłał któregoś ze swoich... lokai.

Eckling poczuł się niesłychanie głupio. - Bardzo cię proszę... Postaram się, żeby to była miła rozmowa...

- Miła! Co chcesz wiedzieć? 4

- Czy przychodzi ci na myśl ktoś, kto chciałby... zrobić coś podobnego...?

- Nie zadawaj głupich pytań, Eric. Bardzo łatwo było znienawidzić Farrella.

- A jeśli idzie, no wiesz, o...? - Eckling sam zawiesił pytanie.

- O kobiety? Czy zawsze jesteś taki dyplomatyczny, kiedy przesłuchujesz podejrzanych?

- Ado, proszę cię...!

- Nie wmawiaj mi, że przyszedłeś na towarzyską rozmowę. Ty wiesz i ja wiem, że nie po to. Jestem pewna, że moje wczorajsze komentarze umieściły mnie na samym początku listy podejrzanych.

- Jeszcze nie mamy żadnej listy.

- No to pisz. Weź książkę telefoniczną i zacznij od litery A.

Eckling spojrzał bezradnie na mecenasa Angelo, ale ten całkowicie ignorował szefa policji. Siedział z nogą założoną na nogę i ciekawie przyglądał się swym wyma-nikiurowanym paznokciom.

- A więc nie masz żadnych konkretnych podejrzeń?

- Zacznij od jego partnerów w interesach. Słynął z tego, że zawsze próbował oszukać przyjaciół. Tak, był z tego sławny, a może raczej niesławny. Mam nadzieję, że ktokolwiek by to był, nie poniesie zbyt surowej kary za przysługę oddaną światu.

- Boże drogi, Ado! Co ty wygadujesz?

- Daj spokój tym wygłupom. Nie bądź takim hipokrytą. I zadawaj wreszcie pytania, z jakimi tu przyszedłeś.

- Właśnie! - odezwał się wreszcie Angelo, obrzucając Ecklinga zimnym spojrzeniem. - Może pan skończy z tymi gładkimi zwrotami i przystąpi do załatwiania sprawy. Wydaje mi się, że wszyscy mamy ważniejsze rzeczy na głowie, niż bawienie się w grzeczne słówka.

- Niech będzie. Ado, gdzie byłaś między siódmą trzydzieści a dziewiątą wieczorem?

- Jadłam kolację w „Les Chambres" z córką i zięciem - odpowiedziała z zadowolonym uśmieszkiem. - Przyjechali po mnie około pół godziny przedtem, nim zadzwonił Raymond Firestone.

Eckling w myślach przeliczał, ile potrzeba czasu, by z domu Delaneya w Rogers Park dostać się do restauracji na Gold Coast. Co najmniej trzydzieści minut. „Les Chambres" była o jakieś piętnaście minut jazdy od apartamentu Delaneya w mieście. Może dziesięć. Pięć do dziesięciu minut na załatwienie sprawy...

- Przyjechaliśmy do restauracji o ósmej - mówiła dalej Ada Delaney. - Przebywaliśmy tam do prawie w pół do jedenastej. Spotkaliśmy wielu znajomych...

- Może pan odetchnąć, szefie - wtrącił Angelo. - Alibi pani Delaney jest więcej niż stuprocentowe.

- Widzę to - mruknął Eckling.

- Co jeszcze chciałbyś wiedzieć? - spytała Ada Delaney lodowatym głosem.

- Chyba nic... A może ty masz coś do dodania?

- Nie mam nic i nie sądzę, abym miała w przyszłości. Więc nie przychodź więcej do tego domu. - Wstała i wyszk

- Boże drogi... Przecież ja będę musiał jeszcze ją pytać o wiele rzeczy. - Zwrócił się do adwokata. - Ona chyba zrozumie, że będziemy musieli zadawać jej różne pytania. Aż do rozwikłania sprawy.

- Pani Delaney ma alibi. Niewzruszone. Niech je pan sprawdzi. Zalecę jej, aby współpracowała z policją we wszystkim, ale dopiero wtedy, kiedy się pan upewni, że jest niewinna.

- Dziękuję panu - odparł Eckling.

Po drugiej stronie miasta ludzie Yaila właśnie zbierali się na naradę, na którą zaprosiła ich Shana Parver. Shana i Stenner siedzieli w „zagrodzie" młodej prokurator i rozmawiali przez telefon, podczas gdy młode asy gromadziły się w gabinecie Yaila, gdzie czekały na nich ciastka i kawa. Wkrótce byli już prawie wszyscy. Meyer, Stenner, Naomi, Hazel Fleishman - córka kłótliwego i zbyt wiele pijącego sierżanta Armii Stanów Zjednoczonych - która w wieku trzydziestu czterech lat była ekspertem w sprawach o seksualne i fizyczne znęcanie się oraz gwałtów, należała do grona najwytrwalszych oskarżycieli publicznych, wreszcie Dermott Flaherty, czarnowłosy Irlandczyk, znający na wylot ulicę i jej sekrety, były młodociany złodziejaszek z wisielczym poczuciem humoru. Flaherty wrócił na uczciwą drogę i z wyróżnieniem ukończył studia na uniwersytecie w Chicago, skąd też otrzymał czteroletnie stypendium na studia w szkole prawniczej.

Nieobecny był Bobby Hartford, syn czarnego doradcy prawnego związków zawodowych, który przez pierwsze dziesięć lat jako adwokat walczył o swoich klientów, o ich cywilne prawa w Missisipi i mając teraz trzydzieści siedem lat był najstarszym członkiem szturmowej drużyny Niepokornych. Nie pojawił się także Bucky Winslow, błyskotliwy negocjator, którego ojciec stracił w Wietnamie obie nogi i zmarł w szpitalu dla kombatantów. No i nie było St. Claire'a.

- Gdzie są Hartford i Winslow? - zapytał Vail.

- Obaj są dziś rano w sądzie - wyjaśniła Naomi.

- A St. Claire? - Vail zwrócił się do Meyera.

- Coś sprawdza w archiwum.

- A co z jego błyskotliwą teorią? Macie już coś?

- Właściwie... jeszcze nic konkretnego. - Meyer nie chciał poruszać tematu pod nieobecność St. Claire'a.

Rozmowa szybko skoncentrowała się na dwu tematach: wylew Yanceya i zamordowanie Delaneya. Ciała znalezione na wysypisku poszły nie tyle w niepamięć, co zajęły pośledniejsze miejsce. Vail przedstawił pokrótce szczegóły zabicia Delaneya i zapewnił, że nie zamierza być w tym wypadku prokuratorem okręgowym, który z założonymi rękami czeka na wyniki śledztwa policyjnego.

- Zamierzam sam prowadzić równoległe czynności dochodzeniowe - oświadczył. Tymczasem Stenner i Shana Parver zakończyli swoje rozmowy telefoniczne

i weszli do gabinetu Yaila z uśmiechem opitych mlekiem kotów.

- Z czego jesteś taka zadowolona? - spytał Yail.

- Chyba dorwaliśmy Darby'ego - obwieściła z dumą Shana. - Mamy czym podważyć jego wersję wydarzeń. Mowy nie ma, żeby się wykręcił.

- Świetnie! - Vail usiadł wygodnie w fotelu za stołem. Zaczął bawić się papierosem, obracając go w palcach. - W takim razie zaczynaj. Ale od początku.

Wszyscy znali gołe fakty, Vail wprowadził zwyczaj, by na takich naradach omawiać nie tylko rozwój wypadków, ale streszczać to, co wiedziano przedtem. Pozwą- >. lało to wszystkim mieć lepsze wyobrażenie o sprawie. '••

Shana powtórzyła więc, że Darby miał rodzinne problemy z żoną, Ramoną, ostat- ; nie trzy lata przyniosły na farmie straty, przepadł mu rządowy kontrakt subsydialny, ;: wydał wszystkie pieniądze, jakie miał, oraz pięćdziesiąt tysięcy dolarów, które Ra-mona rok przedtem otrzymała w spadku. No i oczywiście fakt bardzo istotny: Darby miał kochankę, niejaką Poppy Palmer, striptizerkę w lokalu o nazwie „Skin Club". Wreszcie sprawa polisy ubezpieczeniowej.

- Darby powiedział, że ubiegłego lata miał wypadek z maszyną żniwiarską -wyjaśniła Shana. - Maszyna rzekomo przewróciła się i omal go nie zabiła. Dlatego też wykupił polisę na życie na dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów, a skoro wykupywał na siebie, to przy okazji wykupił i na żonę.

Shana wzięła kilka głębokich oddechów i ciągnęła dalej:

- No i teraz wydarzenia trzeciego stycznia o szóstej popołudniu. Darby polował od świtu z dwoma koleżkami. W drodze powrotnej do domu zatrzymali się na piwo. - Shana wstała i posługując się linijką zaczęła odgrywać scenę zabójstwa. Shana Parver była urodzoną aktorką. Uwielbiała ilustrować stówa gestami bądź nawet inscenizacją epizodu. Oparła się teraz plecami o wyimaginowaną ścianę i przyłożyła linijkę do piersi.

- Darby wraca do domu - zaczęła. - Słyszy początek dziennika telewizyjnego CBS. Jego żona, Ramoną, siedzi w saloniku. Nim Darby zdoła otworzyć usta, by • powiedzieć „dobry wieczór", ona podnosi z kolan jego rewolwer kalibru 0,38 i zaczyna do niego strzelać. Darby odskakuje na bok i chowa się za ścianą. Ramoną strzela przez ścianę. Kula przelatuje mu kilka centymetrów od głowy. Darby dostaje , szału. Pakuje dwa naboje do dubeltówki i wyskakuje z ukrycia. Taka jest wersja • Darb/ego. ;'

Shana obróciła się i wycelowała linijkę w Hazel Fleishman.

- I strzela. Trafia ją w bok. Ramoną instynktownie podnosi rękę, naciska spust, kula trafia w sufit.

Z wycelowaną linijką Shana podbiega do Hazel. Zatrzymała się, gdy koniec linijki był o kilka centymetrów od jej głowy.

- Bum! Trafia tu, powyżej prawego oka. Rzuca dubeltówkę i idzie przez pokój do telefonu. Wykręca 911 i wzywa policję. Koło telefonu leży kartka z notesu z zastrzeżonym numerem Poppy Palmer. Później Darby twierdził wobec nas, że nie on zapisywał ten numer i że nie ma pojęcia, skąd ta kartka się wzięła. Następnie Darby wychodzi na ganek, siada i czeka na przybycie policji. Koniec jego opowieści. Żadnych świadków. Nikt nie może zaprzeczyć prawdzie -jego słów.

Fleishman: - Widziałam kiedyś film kowbojski „Pojedynek o północy". Nikt nie widział, nikt nie słyszał...

- Właśnie. Bardzo podobna historia. Może Darby też oglądał ten film. Później Darby twierdził, że zadzwonił do Poppy Palmer, żeby jej powiedzieć, co zaszło,

i dowiedzieć się,, skąd Ramoną mogła mieć numer Poppy. Poppy poinformowała Darby'ego, że około piątej po południu Raniona do niej zadzwoniła i zachowywała się histerycznie, grożąc, iż zabije oboje.

- Poppy i Darby'ego? - zapytał Vail.

- Poppy i Darby'ego.

- Mów dalej.

- Biorąc pod uwagę motyw oraz charakter Darby'ego, żadne z nas nie uwierzyło w taki przebieg wypadków, jaki podał Darby, ale nie mieliśmy źdźbła dowodu pozwalającego na przedstawienie sprawy ławie przysięgłych. Towarzystwo ubezpieczeniowe zamierza wypłacić należne odszkodowanie. Martin i ja w dniu wczorajszym przesłuchiwaliśmy Darby'ego, ale nie udało się nim wstrząsnąć. Abel i ja pojechaliśmy więc do Sandytown. Postanowiliśmy raz jeszcze poniuchać tu i ówdzie i wysłuchać każdego, kto może coś wiedzieć i powiedzieć. Cokolwiek.

Shana wzięła głęboki oddech.

- Mieszka tam stara kobieta, ma siedemdziesiąt sześć lat, mieszka po przeciwnej stronie drogi, jakieś siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt metrów od domu Darby^go. Oba domy przedziela droga i pole, na którym w lecie rośnie kukurydza. Drogę prowadzącą do Darby'ego osłania kilka drzew, ale w zasadzie widok z jej domu na dom Darby'ego jest dobry. Kobieta nazywa się Shunderson. Mabel Shunderson, wdowa. Mieszka tam od ponad trzydziestu lat i zna Darby'ego od czasu, kiedy zamieszkał na farmie, to znaczy... - rzuciła okiem na notatki - od dwunastu lat. Pani Shunderson widziała, jak Darby wraca furgonetką do domu. Była wtedy w kuchni i wyglądała przez okno, z którego widać dom Darby'ego. Miała otwarte okno, ponieważ przypaliło się jej coś w kuchni i chciała wywietrzyć. Widziała, jak Darby podjeżdża pod dom, wysiada i z dubeltówką w ręku wchodzi na ganek, a potem znika wewnątrz. W minutę potem usłyszała strzały. Ona już nam przedtem mówiła, że słyszała strzały, ale nie rozmawialiśmy z nią na temat kolejności zdarzeń...

- Powiadasz, że ma siedemdziesiąt sześć lat? - zapytał Vail.

- Tak jest, sir. Niemniej kobieta mówi, że słyszała strzały bardzo wyraźnie. Wieczór był chłodny, powietrze czyste, niosło daleko.

- Czy ona jest pewna, że to był Darby? - wtrącił się Fleishman.

- Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości.

- Czy jest pewna, o której to było godzinie? - zapytał Meyer.

- Mówi, że właśnie zaczynał się wieczorny dziennik telewizyjny. Co zresztą pasuje do wersji Darby'ego i odnotowanego czasu telefonu na policję o szóstej sześć.

- Dobrze, mów dalej - powiedział Vail.

- Jak mówiłam, była to powtórna wizyta, nazwijmy ją grzecznościową. Chcieliśmy się upewnić, czy wówczas wszystko od niej wyciągnęliśmy. Spytałam ją, czy słyszała wszystkie sześć strzałów. Odpowiedziała, że tak, i dodała, że zna się dobrze na broni, bo jej mąż, gus, który zmarł przed sześcioma laty, dużo polował, i ona dobrze wie, że u Darby'ego strzelano z dwu różnych broni... i następnie powiedziała... -Shana odczytała zapis z kartki: - ...że zna różnicę między strzałem z dubeltówki i z rewolweru, i że kiedy usłyszała te strzały z dubeltówki, a potem z rewolweru, to wiedziała, że dzieje się coś złego. Może na farmę przyszli złodzieje...

Shana podniosła głowę i rozejrzała się po obecnych. Następnie powtórzyła kluczowe zdanie.

- „Kiedy usłyszałam te strzały z dubeltówki, a potem z rewolweru..." Dokładnie tak powiedziała.

Vail bacznie przyglądał się Shanie.

- Na wszelki wypadek ją spytałam... a właściwie zasugerowałam, że się omyliła, że najpierw były cztery strzały z rewolweru, a dopiero potem dwa z dubeltówki. Ona mi odpowiedziała: „Droga panno, znam różnicę między strzałami z rewolweru i z dubeltówki. Najpierw padł strzał z dubeltówki, potem cztery z rewolweru, wreszcie ostatni znowu z dubeltówki".

- Ona twierdzi, że Darby strzelił pierwszy? - zapytał Vail.

- Właśnie.

- Ma siedemdziesiąt pięć lat? - zapytał Fleishman.

- Siedemdziesiąt sześć.

- l jej dom stoi o osiemdziesiąt metrów od domu Darby'ego?

- Dokładnie tyle. Ale ona jest pewna tego, co słyszała. Moim zdaniem nie myli się. Ale żeby się upewnić, przeprowadziliśmy z Ablem eksperyment.

- Jaki eksperyment? - zapytał Vail. Spojrzał na Stennera.

- W kuchni tej kobiety ustawiliśmy magnetofon blisko otwartego okna - wyjaśnił Stenner. - Poszliśmy na farmę Darby'ego, do stodoły, gdzie do worków z ziarnem wystrzeliliśmy dwie serie...

- Gdzie był Darby?

- Nie było go na farmie.

- Mmh... Naruszenie...

Coś zapisał na bloczku żółtych kartek.

- - Możemy tam wrócić i zrobić wszystko legę artis. Chciałem się tylko upewnić, czy kobieta może być wiarygodnym świadkiem.

- Wiem.

- Najpierw zrobiłem to według wersji Darby'ego - ciągnął Stenner. - Wystrzeliłem trzy razy z rewolweru, raz z dubeltówki, jeszcze raz z rewolweru i wreszcie po raz drugi z dubeltówki. Następnie strzelałem tak, jak pani Shunderson mówiła, że słyszała. Raz z dubeltówki, potem cztery strzały z rewolweru i ostatni z dubeltówki. Shana stała obok pani Shunderson dokładnie w miejscu, gdzie ta stała, kiedy zabójstwo miało miejsce, i nagrała obie serie strzałów.

- Pani Shunderson była absolutnie pewna swego - powiedziała Shana. - Raz bum, potem bang, bang, bang, bang i znowu bum. W żadnym wypadku nie bang, bang, bang, bum, bang, bum. Oto nagranie.

Postawiła na. stole mały magnetofon i nacisnęła klawisz odgrywania. Najpierw panowała cisza, potem rozległy się strzały odbijając echem w nocnym powietrzu.

- Bang, bang, bang, bum... bang... bum.

- Nie, nie. To nie było wcale tak - usłyszeli pewny siebie głos starszej kobiety. - Przecież wam powiedziałam...

- Chwileczkę... - przerwał jej głos Shany. - Niech pani teraz słucha, pani Shundersori

- Bum... bang, bang, bang, bang... bum!

- Tak, tak. Właśnie w takim porządku! Tyle że może upłynęło trochę więcej czasu między czwartym strzałem z rewolweru a drugim z dubeltówki.

- Jest pani absolutnie pewna? - usłyszeli nagrane na taśmę pytanie Shany.

- Przecież ci już mówiłam, moje dziecko, że znam różnicę między rewolwerem a dubeltówką.

- l jest pani pewna kolejności strzałów?

- Najpierw dubeltówka. Potem cztery z rewolweru, przerwa i drugi z dubeltówki. Shana Parver wyłączyła magnetofon.

- Ale heca! - wykrzyknęła Hazel Fleishman. Pozostali członkowie prokuratorskiej drużyny zaczęli mówić jednocześnie. Vail uciszył wszystkich stukając w stół.

- Twoim zdaniem Shunderson jest dobrym świadkiem? Mów otwarcie, Abel? -spytał Vail.

- Rześka staruszka - odparł Stenner. - Powinna dać sobie radę.

- Kobieta w tym wieku... - zaczął Meyer.

- Jest pewna tego, co słyszała. A słyszy dobrze. Nie jest głucha - zapewnił Stenner.

- Czy sądzicie, że na podstawie zeznań tego jednego świadka możemy wytoczyć Darb^emu sprawę o zabójstwo pierwszego stopnia? - spytała Hazel Fleishman.

- Kobieta jest pewna swego - upierał się Stenner.

- Moim zdaniem, oto co się wydarzyło... - powiedziała Shana. Zaczęła ponownie „odgrywać" swoją teorię: wyszła na środek gabinetu, w opuszczonej ręce trzymała linijkę. - Darby wraca do domu z naładowaną dubeltówką, wchodzi do holu, żona siedzi w saloniku...

Shana podeszła do Hazel Fleishman. Kiedy była od niej o metr, wymierzyła w jej j głowę linijkę.

i - Bum! Podszedł do niej blisko i strzelił w głowę - kontynuowała Shana. - Na-| stępnie wziął swój rewolwer, a miał jeszcze na dłoniach rękawiczki, wsadził go żonie do ręki i bang, bang, gang. Dwa strzały w kierunku przedpokoju, jeden w ścianę i jeden w sufit. Potem cofnął się kilka kroków i drugi raz strzelił z dubeltówki. O wszystkim pomyślał. O śladach prochu na jej rękach, o strzale z daleka po tym, jak ona rzekomo strzeliła parę razy do niego. Udało mu się zamaskować wszystko z wyjątkiem odgłosu strzałów.

- Nie tylko kolejność strzałów jest elementem obciążającym - odezwał się Stenner głosem jak zwykle pozbawionym emocji. - Ale i przerwy czasowe między nimi. Pani Shunderson mówi, że między strzałami z dubeltówki a tymi z pistoletu była przerwa. Mówi, że było bum... bang, bang, bang, bang... bum. Ramona Darby nie żyła, kiedy Darby wkładał jej do ręki rewolwer i potem nacisnął czterokrotnie spust.

Vail siedział z głową na oparciu fotela, wpatrzony w sufit.

- Dobra robota, Shana! Dobra robota, Abel! - powiedział po chwili.

- Problemem będzie udowodnić premedytację - wtrącił Flaherty. - Będziemy musieli ujawnić istnienie świadka Shunderson jeszcze przed procesem i druga strona będzie dokładnie wiedziała, czym dysponujemy. Darby przefarbuje swoją wersję.

- To mu się nie uda - odparł Stenner. - Żadna ława przysięgłych nie uwierzy, że podskoczył do niej, kiedy ona do niego strzelała. I to podskoczył tak blisko, że

końcem lufy niemal dotknął jej głowy, a sam przez ten czas nie oberwał kulki. Nie wytłumaczy przekonująco tego strzału z bliska.

- Obrona może wysunąć argument nagłego impulsu - podpowiedział Dermott Flaherty. - Darby wszedł do domu. Żona ma w ręku rewolwer. Grozi mu. On strzela. Potem wpada w panikę i wymyśla resztę historii, ponieważ boi się, że nie potrafi udowodnić samoobrony.

- No to jaką zastawimy na niego pułapkę? - spytał Vail. Zapadło głuche milczenie.

Vail ciągnął dalej: - Jeśli nie uzyskamy dowodu potwierdzającego, to Darby zacznie z nami tańcować, a Paul Rainey wykombinuje najlepszą teorię, jaką da się dopasować do wszystkich obciążających okoliczności i będzie bronił jej do upadłego.

- A owa teoria będzie podobna do tej, jaką nam tu przed chwilą przedstawił Dermott - powiedziała Hazel Fleishman.

Vail skinął głową. - Tak. Darby wszedł, ona, oczywiście, miała broń. Darby się przestraszył, strzelił, ale jej nie zabił, no i dalej w podobnym guście.

- To nie przejdzie - zaoponowała Shana. - Aby jego wersja miała sens, pierwszy strzał z dubeltówki musi być w bok. Strzał w głowę oddano z odległości dwudziestu centymetrów. Strzał z zimną krwią. Ten strzał ją zabił.

- Adwokat powie, że nie z zimną krwią, ale w afekcie - odezwała się Hazel Fleishman. - Kobieta rzuca się na niego, on strzela w panice...

- Jest w panice, a potem leci cztery metry przez pokój, żeby strzelić po raz wtóry? - zapytał Stenner. - Żadna ława przysięgłych w to nie uwierzy. Jeśli zeznanie pani Shunderson nie zostanie podważone, jeśli Rainey jej nie zniszczy, gdy będzie zeznawała, Darby nie wywinie się. Będzie musiał zmienić swoją wersję.

- Co powie? Że wpadł w panikę? Że był wyczerpany? Spędził pięć godzin w gęstwinie? - Flaherty opuścił głowę i przedrzeźniając Darby'ego improwizował: - Było mi okropnie zimno, byłem zmęczony. I nagle ta szalona kobieta zaczęła do mnie strzelać. Uskoczyłem za ścianę. Ona ciągle strzelała. Więc co miałem robić? Wpadłem do pokoju i też wystrzeliłem. Wszystko stało się okropnie szybko. Nie przypominam sobie mojego drugiego strzału. Pamiętam tylko okropny hałas i zapach prochu oraz że kula przeleciała mi koło policzka. Mógłbym przysiąc, że poczułem jej gorąco. I nagle było po wszystkim... - Flaherty trzepnął w palce.

- Dobra ta twoja wersja, Dermott - stwierdził Vail. - Powinieneś być jego obrońcą. Roześmieli się wszyscy z wyjątkiem Shany Parver, która przebijała Flahertyego

złym spojrzeniem.

Flaherty wzruszył ramionami i uśmiechnął się. - Niech pani nie będzie taka wściekła, pani prokurator - powiedział żartobliwie. - Badam obie strony medalu. Genialne z waszej strony wyłowienie tego świadka. Gratulacje.

- Moje też - odezwał się Vail. - Musimy teraz podjąć decyzję w paru sprawach. Czy aresztujemy go już teraz? Czy idziemy na całość, czyli na zabójstwo pierwszego stopnia, czy też tylko drugiego?

- To było zabójstwo popełnione z zimną krwią, zaplanowane - powiedziała Shana Parver. - Możemy udowodnić premedytację. Dokonał zabójstwa natychmiast po wejściu do domu.

* - No więc jak, aresztujemy go? - zapytał Stenner. Z pełnym satysfakcji uśmieszkiem patrzył, jak Vail idzie do maszynki po kawę. Stary lis chce zyskać na czasie. A w głowie kręcą mu się wszystkie kółka.

Vail z kubkiem kawy podszedł do Shany, wziął od niej linijkę i zaczął nią się bawić.

- A co z naszą gołą tancereczką? Rozmawiałaś z nią o telefonie? Shana szeroko się uśmiechnęła. - Zwiała.

- Co takiego?

- Poszliśmy do klubu i jego właściciel powiedział nam, że po południu poprzedniego dnia wyjechała z miasta - wyjaśnił Stenner. - Powiedziała mu, że jej siostra w Texarkanie umiera na raka. Sprawdziliśmy to dziś rano. Właśnie dlatego tak długo sterczeliśmy przy telefonie. Jej siostra mieszka w San Diego. Cieszy się doskonałym zdrowiem. Ostatni raz otrzymała wiadomość od Poppy Palmer przed pięcioma laty.

- No, no, wasze węszenie przyniosło rezultaty. Pytania zadane Darby^mu na temat Palmer musiały ją wypłoszyć. Brawo, Shana! - pochwalił Vail.

- Tak, coś ją spłoszyło - mruknął Stenner.

- Chcesz więc wnieść oskarżenie? - spytał Shanę Vail. Skinęła głową.

- Hazel?

- Bierzmy go - odparła. - To powstrzyma towarzystwo ubezpieczeniowe i mocno wstrząśnie Darbym. I Raineyem też.

- Racja. A ty, co powiesz, Meyer? Wnieść oskarżenie? Postawić zarzuty?

- Duże ryzyko. Cała sprawa wisi na świadectwie pani Shunderson. Przydałoby się jeszcze coś.

- Mamy podpórki w postaci licznych dowodów pośrednich, poszlak... - zaprotestowała Shana.

- Abel?

- Jeśli doszło już do tego...

Vail uśmiechnął się, a młodzi prawnicy spojrzeli po sobie.

- A co to niby znaczy? - spytała Shana.

Vail wstał, wyszedł zza stołu i wreszcie zapalił porządnie wymiętoszonego papierosa. Podszedł z nim do wyciągu i dmuchnął weń kłębem dymu.

- Naszym podstawowym celem jest dążenie do sprawiedliwości, tak? Otóż mamy tutaj człowieka, który z zimną krwią, z chęci zysku i dla innej kobiety, zaplanował to zabójstwo starannie, do najdrobniejszego szczegółu. Włożył broń do jej martwej ręki i sam, będąc w rękawiczkach, nacisnął spust. Zależało mu, by miała ślady prochu na dłoni. To się nazywa planowaniem, a więc stanowi przestępstwo z premedytacją. Był przygotowany. Jeśli wierzyć świadectwu pani Shunderson, nie zastanawiał się. Wiedział dokładnie, co zrobić po wejściu do domu. I natychmiast to zrobił. Musimy to udowodnić, poprzeć dowodami, jeśli chcemy uzyskać wyrok skazujący za zabójstwo pierwszego stopnia. Flaherty ma rację. Wynik sprawy zależy od tego, czy przysięgli uwierzą pani Shunderson i zaakceptują element upływu czasu. Znikomego upływu! Jeśli nie uwierzą, Darby będzie mógł wyjść z sądu pod pachą ze swoją przyjaciółeczką i zainkasować ćwierć miliona dolarów odszkodowania. Ryzykujemy i idziemy na całego czy łapiemy, co się da?

- Ma pan na myśli jakąś ugodę? - spytała Shana nie wierząc własnym uszom.

- Nie jakąś, ale konkretną ugodę z obroną.

- Na przykład?

- Dwadzieścia lat. Bez prawa do wcześniejszego zwolnienia.

- Częścią naszej sprawy jest teza, że to była zbrodnia zaplanowana. Z premedytacją - zaczęła Shana, nadal broniąc własnego wniosku, by oskarżyć Darby'ego o zabójstwo pierwszego stopnia. - Dwadzieścia lat to wyrok za zabójstwo drugiego stopnia.

- Nie. To wyrok za zabójstwo drugiego stopnia bez żadnych ulg. Pomyśl o tym, Shana. Jeśli pójdziemy do sądu, oskarżając go o zabójstwo pierwszego stopnia i nawet uzyskamy wyrok skazujący, ale ława przysięgłych uzna, że mimo wszystko było to zabójstwo drugiego stopnia, Darby otrzyma od dwudziestu lat do dożywocia, ale wyjdzie po ośmiu latach.

- l myślisz, że uda się wmanewrować Raineya w akceptowanie dwudziestu lat bez zwolnienia warunkowego? - zapytał Flaherty.

- Tak, jeśli podważymy jego zaufanie do Darby'ego. Do chwili obecnej wierzy on święcie swemu klientowi. Większość obrońców ma w nosie, czy ich klient jest winny, czy niewinny. Wynik sprawy zależy wtedy od tego, czy prokuratura potrafi odpowiednio przygotować i przedstawić oskarżenie, a ława przysięgłych uwierzy. Przy Raineyu wygląda to nieco inaczej. Jeśli dowie się, że klient go okłamał, to wszystko streści się do tego, czy uwierzy, że nam się uda to udowodnić. Nie będzie już chodziło o winę czy niewinność, ale o wygranie czy przegranie. Jeśli Rainey uzna, że trzymamy Darb/ego za gardło, będzie gotów do ugody.

- l myślisz, że to nagranie ci pomoże?

- Tego nie wiem - odparł Vail. - Ale nie wiem też, czy udałoby się wygrać w sądzie z dowodami, jakie mamy. Jeśli sukinsyna załatwimy na dwadzieścia lat, to będzie miał pięćdziesiąt sześć lat, kiedy ponownie pojawi się między nami. I nie będzie miał dwustu pięćdziesięciu tysięcy dolarów.

Przez kilka minut panowała cisza. Vail usiadł i położył nogi na brzegu blatu stołu. Myślał.

- Wypisz nakaz aresztowania, Shana - zdecydował wreszcie. - Piękny nakaz aresztowania Jamesa Wayne'a Darby^go. Zabójstwo pierwszego stopnia. Powiedz w biurze szeryfa, że sami go doręczymy. Naomi, zorganizuj lunch z Raineyem. Jak można najprędzej. Flaherty, pogadaj z kumplami w dziale audio. Niech podkręcą dźwięk nagrania.

- Ach, ta sztuka transakcji i kompromisów... - powiedział cicho Stenner i uśmiechnął się.

11

Dzielnica zwana po prostu Tyłami, rozciągnięta na kilkanaście przecznic, sąsiadowała z wielkimi rzeźniami. Budynki były co najmniej stuletnimi, podobnymi do pudeł konstrukcjami z betonu, cegły lub drewna za fasadami z terakoty - magazyny i bloki fabryczne, niegdyś siedziby wielkich potęg przemysłowych kraju: Goodyear, Montgomery Ward, Swift i Libby. Architekci tchnęli nowe życie w te zabudowania, odnowili je i przekształcili smutną przestrzeń pełną kanałów, torów kolejowych i w swoim czasie rozry-czanych zagród w nostalgiczny i zarazem zabytkowy obszar biurowców, nazywany nawet „parkiem biurowym".

Budynek Delaneya miał pięć pięter i zajmował spory odcinek ulicy w pobliżu Ashland. Mosiężna tabliczka obok wejścia informowała krótko: DELANEY ENTERPRISES, INC. ZAŁ. w 1961 r.

Biura zarządu mieściły się na piątym piętrze i wystrojem przypominały nieco dawne biura, jakie mogły tu się znajdować przed stu laty. Gdy Shock Johnson wyszedł z windy, zobaczył otwartą przestrzeń podzieloną na klitki przepierzeniami z mahoniu i szkła. Z wyjątkiem gabinetowego apartamentu Delaneya i trzech gabinetów wiceprezesów, zajmujących jedną stronę prostokątnej przestrzeni piętra, pozostałe pomieszczenia nie zapewniały pracownikom prywatności i nie miały nawet śladu indywidualności. Johnson myślał przez chwilę o Dickensie. Przy odrobinie wyobraźni nie trudno było dostrzec ducha Uriaha Heepa* siedzącego w rogu na wysokim stołku i pilnującego, by wszyscy pracowali. Osobista sekretarka Delaneya, Edith Stoddard, ubrana była żałobnie, w czarną suknię do kostek. Prawie bez makijażu, włosy zaczesane gładko, z tyłu skręcone i spięte w kok na modłę lat trzydziestych. We włosach przeświecała już siwizna. W zasadzie kobieta miła, choć o ostrych rysach ściągniętej i wyraźnie zmęczonej twarzy.

- Do pana dyspozycji są trzy gabinety kierownictwa - wskazała drzwi gestem dłoni. - Ma pan listę pracowników?

- Tak. Mam. Dziękuję - odparł Johnson.

- W trybie nadzwyczajnym wyznaczyliśmy posiedzenie rady dyrektorów. Będę zajęta przez parę godzin - poinformowała.

- Jest pani członkiem rady?

- Sekretarzuję.

Trzem zespołom detektywów przydzielono do pracy gabinety dyrekcyjne. Czterdziestu dwu pracowników - sekretarek, kierowników działów sprzedaży i inspektorów kontroli - umieszczono na trzech listach, tak że każdy zespół miał na swojej liście czternaście nazwisk. Johnson i jego partner tego dnia - zgryźliwy i mizantro-piczny detektyw Simon Irving - zajęli środkowy gabinet. Irving był kanciastej budowy, o pół głowy niższy od swego przełożonego, z kępkami czarnych włosów na łysej głowie. Był świetnym detektywem, ale ze starej szkoły. Powiedział kiedyś John-sonowi: „Moje motto to łapać ich, wyciskać z nich soki i smażyć".

* Postać z „Davida Copperfielda" Karola Dickensa [przyp. red.].

Przecierpieli paradę szóstki nudnych jak flaki z olejem mężczyzn i kobiet, z których żadne nie powiedziało złego słowa o Delaneyu i żadne nic nie wiedziało. Shock siedział rozparty w obrotowym fotelu na kółkach, nogi miał oparte na wysuniętej szufladzie biurka. Jako siódma weszła Miranda Stewart. Była kobietą uderzającej urody. Blondynka, zadbana, w doskonale skrojonym czerwonym kostiumie i czarnej jedwabnej bluzce. Włosy miała związane na tyle białą wstążką. Johnson ożywił się i opuścił nogi z szuflady na ziemię. lrving zbolałymi oczami przyglądał się nowo przybyłej.

- Panna Miranda Stewart? - spytał Jonson, przysuwając się z fotelem do biurka.

- Tak.

- Proszę usiąść. Nazywam się Johnson. Jestem kapitanem policji, a to mój kolega, Simon lrving z wydziału zabójstw.

Miranda Stewart uśmiechnęła się i usiadła - dobrze ułożona, przyjazna osoba, lat około trzydziestu pięciu, pewna siebie i spokojna. Założyła nogę na nogę i obciągnęła spódnicę, która prawie przykryła jej kolana.

- Chcę od razu zaznaczyć, że jest to nieformalna rozmowa, a nie przesłuchanie - zaczął Johnson. - To znaczy, że nie będzie pani zaprzysiężona ani nie sporządzimy protokołu, niemniej będziemy robić notatki. Jeśli jednak podczas rozmowy zajdzie potrzeba odczytania pani jej praw, to damy pani możliwość skontaktowania się z adwokatem. Jest to standardowa procedura w takich sytuacjach i mówimy to wszystkim przed rozpoczęciem rozmowy. Nie chciałbym więc, aby pani pomyślała, że mówienie o odczytaniu pani praw stanowi jakąkolwiek groźbę. Wszystko jasne?

- Wszystko jasne - odparła pełnym gotowości głosem, jakby cieszyła się na myśl o czekającym ją przeżyciu, a może po prostu cieszyła się z uwagi, jaką na sobie skupia.

- Pani pełne nazwisko?

- Miranda Duff Stewart.

- Gdzie pani mieszka?

- Przy Wabash 3212, apartament 3A.

- Jest pani mężatką?

- Nie. Rozwiodłam się w 1990 roku.

- Od jak dawna mieszka pani pod tym adresem?

- Od 1990 roku. Trzy lata.

- Od jak dawna pracuje pani w Delaney Enterprises?

- Od półtora roku.

- Co pani robiła przed rozpoczęciem pracy tutaj?

- Byłam sekretarką pana Dona Webera, wiceprezesa w firmie Trumbell i Sloan.

- Agencja reklamowa?

- Tak. Na Riverfront.

- A jakie pani pełni funkcje w Delaney Enterprises?

- Ostatnio otrzymałam awans na osobistą sekretarkę pana Delaneya. Edith Stod-dard, która jeszcze tę funkcję pełni, zamierza odejść.

- A więc nowej pracy jeszcze pani nie rozpoczęła?

- I tak, i nie. Miałam już kilka rozmów z panem Delaneyem. No wie pan, na temat moich obowiązków, czego ode mnie oczekuje i tak dalej. Wiem dobrze, od czego mam zacząć...

- Czy pani pracowała z panią Stoddard? Panią, prawda? Nie panną?

- Nie. Pani Stoddard jest mężatką i ma córkę, która uczęszcza na tutejszy uniwersytet.

- Co robi jej mąż?

- Jest inwalidą. Zdaje się, że jest sparaliżowany.

- A teraz, ostatnio, pracowała pani z panią Stoddard?

- Nie. Pan Delaney powiedział, że chce, żebym zaczęła, gdy ona zda obowiązki. Powiedział, że nie życzy sobie, abym przeniosła na moją kadencję jej złych obyczajów. Ale on chyba tylko tak żartował. Wszyscy znają Edith i wiedzą, jaka z niej świetna pracownica. Myślę, że może... bo ja wiem., chciał po prostu zmiany.

- Czy pani wie, od jak dawna pani Stoddard pełni swoją funkcję? - spytał Johnson.

- Dokładnie nie wiem. Chyba od zawsze. Chyba z piętnaście lat.

- Panno Stewart, celem naszych rozmów z pracownikami jest dowiedzenie się, czy mogły istnieć głębokie konflikty, urazy, żale i pretensje między panem Delaneyem a jego pracownikami czy partnerami w interesach. Rozumie mnie pani? - Głos lrvinga zabrzmiał skrzeczące. - Wie pani o jakichś kłótniach, groźbach, nieporozumieniach...?

- O partnerach pana Delaneya nie wiem nic. Musi pan spytać o to Edith. A jeśli idzie o pracowników, to w zasadzie był z nimi w dobrych stosunkach... Oczywiście... - zamilkła, nie kończąc zdania.

- Oczywiście co? - zapytał lrving.

- Mam wrażenie, że Edith nie jest zachwycona zmianą... Tym, co ją spotyka...

- To znaczy, że to nie ona chciała odejść? Uznała to za degradację?

- Nie, to wygląda inaczej. Edith miała odejść z pracy...

- Na jej życzenie?

- On mi powiedział... to znaczy pan Delaney powiedział, że Edith odchodzi na wczesną emeryturę, ale ja odniosłam wrażenie, że to była sytuacja przymusowa. Albo, albo...

- Albo, albo? - spytał Johnson.

- Albo przejdzie na emeryturę, albo wyleci...

- l pani Stoddard nie była nazbyt zadowolona z tej sytuacji?

- Takie odniosłam wrażenie.

- Czy Delaney omawiał to wszystko z panią? - dociekał Johnson.

- Nie, skąd! To były tylko... biurowe plotki. Pan wie, jak pracownicy zawsze powtarzają zasłyszane sensacje. Oficjalnie jeszcze nie było wiadomo, że ja obejmuję stanowisko Edith.

- A więc pani jest jedyną osobą, która oficjalnie o tym wiedziała? - rzucił z boku pytanie Irving.

- Z tego, co wiem, to chyba tak.

- A żona Delaneya?

- Nigdy nie spotkałam jego żony. Ona tu nie przychodziła. Widziałam jej fotografie w kronikach towarzyskich, z okazji jakichś charytatywnych imprez.

- Nie takie zadałem pytanie - powiedział bez ogródek lrving. W ogóle Indng był w rozmowie bardziej formalny i szorstki niż Johnson, który zachowywał się przystępniej, chcąc by jego rozmówcy czuli się swobodnie.

- Co? Aha... A jak brzmiało pytanie?

- Czy pani Delaney wiedziała, że pani ma zająć stanowisko Edith Stoddard? Tak brzmiało pytanie - wyjaśnił Johnson.

- Ooo, tego to ja nie wiem - wzruszyła ramionami.

- Kiedy pan Delaney zaproponował pani przejecie obowiązków Edith Stoddard?

- spytał Irving.

- Jakieś dwa miesiące temu.

- Czy wspominano o takiej możliwości, kiedy pani przyszła tu do pracy? Innymi słowy, czy wisiało to przez cały czas w powietrzu? Było obiecane?

- Było wspomniane, że jeśli się sprawdzę, to będę szybko promowana.

- Konkretnie na stanowisko sekretarki osobistej Delaneya?

- To było wspomniane mimochodem. Bez konkretów.

- Innymi słowy marchewka na sznurku, tak? Będzie pani dobra, otrzyma pani najwyższe stanowisko? Bo w tym przedsiębiorstwie jest to najwyższe stanowisko dla kobiety, prawda?

- W dziale handlowym są kobiety, no ale praca bezpośrednio z szefem... Funkcja osobistej sekretarki... To jest bardzo dobre stanowisko. Dla osoby z moimi kwalifikacjami to jedna z najlepszych ofert w mieście.

- No i przed dwoma miesiącami Delaney już konkretnie zaproponował pani objęcie tej pracy? - spytał Irving.

- Tak.

- Chcę panią o coś zapytać: z tego, co zrozumiałem, miała pani wrażenie, że pani Stoddard jest tym wszystkim wytrącona z równowagi. Czy tak? - zapytał Johnson.

- Nigdy o tym z nią nie rozmawiałam. Pracuję na parterze, ona na piątym piętrze.

- Ale powiedziała pani na początku naszej rozmowy, kiedy poruszaliśmy sprawę odejścia pani Stoddard... dała pani do zrozumienia, że... właściwie powiedziała pani: „albo, albo". - Johnson zaglądał do notatek.

- Tak powiedział pan Delaney.

- Pozwoli pani, że sformułuję pytanie inaczej - odezwał się Irving. - Czy kiedykolwiek zauważyła pani w zachowaniu pani Stoddard coś, co wskazywałoby, że jest wytrącona z równowagi pani osobą, ponieważ to właśnie pani była przyczyną jej odejścia?

- Powiedziałam już to panu. Robiłam wszystko, żeby nie wchodzić jej w drogę.

- Po raz pierwszy w głosie panny Stewart pojawiło się zniecierpliwienie.

- Czyj to był zamysł?

- Nie rozumiem?

- Czyj to był pomysł, żeby nie wchodzić w drogę pani Stoddard? Pani czy pana Delaneya?

- Jego. John... pan Delaney...

- Ooo, była z nim pani po imieniu? - spytał Irving.

- Edith jest... to znaczy też była z nim po imieniu. To jego propozycja, żeby się do niego w ten sposób zwracać. - Westchnęła. - Panowie... czy mogłabym zapalić? Dziękuję. Kiedy po raz pierwszy pojawiła się ta sprawa... to znaczy odejścia Edith,

on zabrał mnie na lunch, bo nie chciał, żeby ludzie w biurze wiedzieli, jaki ma zamysł. W pracy bardzo rzadko go widywałam. Bardzo rzadko. Tylko kiedy przechodził przez parter. To wszystko.

- Więc pan Delaney wybrał panią. W biurze wiele kobiet ma dłuższy staż pracy od pani... - Irving przerwał zdanie, które tym samym stało się pytaniem.

- Czy ja jestem podejrzana albo coś takiego? - Panna Stewart miała oczy pełne niepokoju i zmarszczyła czoło.

- Ależ skąd, panno Stewart! - pośpieszył z ratunkiem Johnson. - Zamordowano człowieka i prowadzimy śledztwo. Na wstępie musimy poznać ofiarę oraz ludzi, którymi się otaczał i z którymi pracował.

- Jestem ekspertem komputerowym, panie kapitanie. To część moich kwalifikacji. Przed dwoma laty ukończyłam specjalny kurs. Pomyślałam sobie, że jeśli ma mi dobrze pójść w tym świecie, to muszę zostać elektronicznym geniuszem. I to go chyba skłoniło do zainteresowania się mną. Chciałam móc zaimponować życiorysem przedstawionym w ofercie pracy, l jeszcze to, że znałam się na reklamie. To również mu się podobało.

- Uściślijmy: była pani sekretarką szefa w firmie Trumbell i Sloan... - zaczął Ir-ving przeglądając notatki. -1 poszła pani na kursy komputerowe. Delaney się o tym dowiedział i zaproponował pani pracę, wspominając przy okazji, że może pani otrzymać najwyższe stanowisko. Potem któregoś dnia Delaney wymyka się z panią na lunch, proponuje owe najwyższe stanowisko i daje do zrozumienia, że Edith Stoddard odejdzie, bo ma alternatywę albo, albo. Zakładam, że to znaczy odejść samej lub wylecieć. Czy ogólnie rzecz biorąc tak właśnie było?

- Tak.

- Jak Delaney dostał pani ofertę pracy? - spytał Johnson.

- Co to ma wszystko znaczyć?! - wykrzyknęła nagle, a krew napłynęła jej do twarzy, policzki pociemniały. - Dlaczego zadajecie mi te wszystkie osobiste pytania? Ja z tą sprawą nie miałam nic wspólnego. Straciłam świetną pracę, kiedy... aaa, kiedy pan Delaney został... kiedy go...

- Nikt pani o nic nie oskarża - uspokoił ją Johnson. - Chcemy tylko poznać... puls życia w tym biurze, dowiedzieć się, jak Delaney kierował firmą. Chcemy, na przykład, wiedzieć... właśnie, ciekawe... czy pani była kiedykolwiek w tym jego apartamencie na najwyższym piętrze na Gold Coast?

- Właściwie to nie...

- Właściwie to nie? - zdziwił się lrving. - Albo się jest, albo nie... Tu słowo „właściwie" zupełnie nie pasuje.

- Nie chciałabym, by ktokolwiek odniósł fałszywe wrażenie...

- My dziś żadnych wrażeń nie odnosimy i nie mamy. My tylko słuchamy - warknął ostro !rving.

- Niech pani będzie z nami szczera - zwrócił się do przesłuchiwanej Johnson z szerokim „proszę mi zaufać" uśmiechem. - Miała pani klucz do tego apartamentu?

- Nie! - Była wyraźnie urażona pytaniem. - Edith jest jedyną osobą, o której wiem, że miała klucz.

- Edith Stoddard miała klucz? A skąd to pani wie?

- Wtedy, kiedy tam pojechałam, to wzięłam taksówkę podczas przerwy na lunch. W jednej z sypialni zamienionej na miejsce pracy stało biurko zawalone wydrukami komputerowymi. Pan Delaney powiedział, że często tam pracuje, bo w biurze nie można właściwie się skupić. Kazał przysłać kanapki i rozmawialiśmy o stanowisku sekretarki. Wtedy mi właśnie powiedział, że Edith ma klucz i że będzie musiał zmienić zamek, kiedy ona odejdzie. To chyba zwykła rzecz, prawda? Kiedy ktoś... odchodzi, to zmienia się zamek.

- Czy powiedział, dlaczego Edith ma klucz?

- Powiedział tylko, że kiedy obejmę pracę, to będę musiała tam po coś pójść albo sekretarzować podczas konferencji poza biurem. Zakazał mi też komukolwiek wspominać o tym mieszkaniu. Powiedział, że to jest bardzo prywatne miejsce i on chce, aby to tak pozostało.'

- Ma pani pistolet, panno Stewart? - zapytał nagle Iwing.

- Nie! - wykrzyknęła. - Nienawidzę wszelkiej broni.

- Nie wie pani, czy pani Stoddard ma broń?

- Pojęcia nie mam.

- Czy pan Delaney miał ostatnio jakiś problem, jeśli idzie o panią Stoddard? Jakieś spięcie związane z jej odejściem? - zapytał Johnson.

- Nie wiem.

- Kiedy go pani widziała po raz ostatni?

- Dziś jest czwartek, tak? W poniedziałek. W poniedziałek albo we wtorek. Wracałam z lunchu, a on wychodzisz biura. Powiedzieliśmy sobie „dzień dobry". Już mówiłam, że rzadko go widywałam...

- A kiedy pani Stoddard miała odejść?

- Dziś miał być jej ostatni dzień.

Gdy podziękowali Mirandzie Stewart, Irving wziął słuchawkę, nacisnął jeden z paru-nastu przycisków, po czym wystukał numer. W tym czasie Johnson przeglądał notatki.

- Kto mówi! Aaa! Tu Irving... Si Irving, a nie jakiś Irving. Si Irving z wydziału zabójstw. Słuchaj, Cabrilla, chcę sprawdzić nabywcę broni. Że co? A po jakim czasie otrzymujesz zestawienia...? A więc trudno, jeśli to było w zeszłym tygodniu, to po prostu nie mam szczęścia. Edith Stoddard. Literuję: S-t-o-d-d-a-r-d. Adresu nie znam, ale ile może być Edith Stoddard? Tak, czekam. - Zasłonił mikrofon dłonią i poinformował Johnsona: - Wykazy sprzedanej broni otrzymują po tygodniu. Ale teraz są trochę opóźnione. Zgodnie z nowymi przepisami muszą wszystko wprowadzać do kompu... Co, co? Poczekaj chwilę, biorę pióro... - Po chwili zaczął pisać na kartce bloczku. - Fajno. Dziękuję, Cabrilla, masz u mnie piwo. - Odłożył słuchawkę, wziął z powrotem, wystukał inny numer i przez parę minut rozmawiał. Gdy skończył, poinformował Johnsona:

- Pani Stoddard kupiła pistolet Smith & Wesson, kalibru 0,38 cala, policyjny. Zakupu dokonała dwudziestego drugiego stycznia w sklepie z bronią „Sierżant York" przy Wabash. Zadzwoniłem tam, rozmawiałem z kierownikiem sklepu. Przypomniał sobie klientkę. Pytała go, czy wie, gdzie mogłaby brać lekcje strzelania. Polecił jej Klub Strzelecki. Jest to kryta strzelnica w Canaryville. Jedzie się Pershingiem. Zrobimy małą przerwę? Pojedziemy tam pogadać?

Klub Strzelecki znajdował się na samym skrzyżowaniu ulicy pełnej sklepów, około dwóch kilometrów od biura Delaneya. Tuż za wejściem ustawiono oszklone gabloty, które prezentowały najnowsze modele „przyjaznych" broni: rewolwery, pistolety, dubeltówki, wojskowe karabiny, rosyjskie noktowizory, laserowe wskaźniki celu, celowniki optyczne, nocne lornetki. Ściany obwieszone były mundurowymi naszywkami Armii Amerykańskiej i zagranicznymi. Stalowe drzwi w głębi prowadziły na strzelnicę. Można tam było zajrzeć przez grube szkło w drzwiach: trzydzieści stanowisk oferowało kandydatom na strzelców wyborowych rozerwanie w strzępy papierowych ludzkich sylwetek. Strzelnica była dźwiękoszczelna. Wśród gablot kręciło się kilku klientów, z pół tuzina zaś wprawiało się na strzelnicy.

Właściciel był postawnym wysokim mężczyzną po czterdziestce w ochronnej czarnej watowanej kurtce, podobnych spodniach i w wojskowych butach jednostek specjalnych, o grubych ciężkich podeszwach. Czarną czapkę miał naciśniętą prawie na oczy. Johnson pokazał policyjną odznakę. Ubrany na czarno mężczyzna przedstawił się jako Roy Bennett.

- Jakiś problem? - spytał ostrym tonem, któremu usiłował nadać przyjazną barwę.

- Chcielibyśmy porozmawiać z instruktorem na strzelnicy.

- Jesteśmy nimi na zmianę. Wszyscy tu pracujący to byli żołnierze i kwalifikowani eksperci w posługiwaniu się wszelkimi rodzajami broni.

- Chcemy dowiedzieć się czegoś o kobiecie, która najprawdopodobniej przychodziła w czasie przerwy na lunch albo zaraz po pracy. Nazywa się Edith Stoddard. Coś to panu mówi? - zapytał Irving.

- Starsza osoba? Pięćdziesiąt, pięćdziesiąt pięć lat? Takiego wzrostu? - Pokazał dłonią powyżej ramienia.

- Tak. Kupiła Smith & Wesson .380 Lady Smith. W sklepie „Sierżant York". Chciała nauczyć się strzelać i tam jej podano wasz adres.

- Tak, to ta sama. - Bennet sięgnął pod ladę i wyjął rejestr. Przerzucił kilka stron. -Jest. Pierwszy raz przyszła dwudziestego drugiego zeszłego miesiąca... - Przerzucił kilka dalszych stron, wodząc po każdej palcem. -1 była ostatni raz w poniedziałek. Codziennie przez piętnaście dni. Ani jednego nie opuściła. Teraz ją sobie dobrze przypominam. Nie była rozmowna. Widziałem, że nie jest obyta z bronią. Jeśli o mnie idzie, to sprzedałbym jej dwudziestkępiątkę, góra trzydziestkędwójkę. Policyjny był dla niej za ciężki.

- Jak jej się wiodło na strzelnicy?

- W dwa tygodnie to nawet mumię nauczę celnie strzelać - odparł Bennett z uśmiechem.

- Z tego wnoszę, że poszło jej dobrze? - zapytał !rving.

- Interesowała ją umiejętność trafiania na małą odległość. Na dwadzieścia, dwadzieścia parę metrów. I na tę odległość potrafiła trafić w serce sylwetki. Coś się jej wydarzyło?

- Jej nie - odparł Ining. - Ale powiem panu jedno: świetnie nauczył pan ją strzelać.

Johnson i Ining pojechali z powrotem na Tyły.

- Zagramy z nią w dobrego i złego policjanta? - spytał Irving.

- Dajże spokój, to nie będzie rozmowa z jakimś twardzielem, którego trzeba zgnoić. To kobieta po pięćdziesiątce...

- Cios w brzuch i zaraz potem pogłaskanie po główce, to dobra metoda, ale jeśli nie chcesz... - Irving wzruszył ramionami.

- Kobieta kupiła trzydziestkęósemkę i poszła uczyć się strzelać. No to co z tego? Wiesz, ile kobiet w mieście robi to samo? Na strzelnicę chodzą wszystkie wystraszone baby.

- Może i chodzą wszystkie wystraszone, ale nie wszystkie mają klucz do apartamentu Delaneya i nie wszystkie dostały kopniaka, żeby zwolniło się miejsce dla biednej kochanej Mirandy. Dla mnie ona pasuje jak ulał, kapitanie.

- No i właśnie jedziemy z nią porozmawiać.

- Mały cios w brzuszek i...

- Dobrze, już dobrze.

- Odczytamy jej prawa?

- Na miłość boską, Si, jedziemy z nią tylko porozmawiać...

- Dobrze, rozumiem. Ja po prostu nie chcę, żeby ten cholerny Vail nadepnął nam potem na ucho, ponieważ nawaliliśmy. Moim zdaniem, jeśli dojdzie do sprawy broni, to odczytajmy jej prawa...

- Yaila zostaw mnie.

Johnson z początku myślał, że Edith Stoddard jest zmęczona. Jej twarz mieniła się, gdy siedziała za biurkiem naprzeciwko obu policjantów. Oczy miała bez wyrazu, wzrok obojętny, bruzdy na twarzy. Jednym słowem twarz kobiety, którą życie potraktowało bardzo źle, kobiety związanej ze sparaliżowanym mężczyzną, usiłującej wykształcić córkę i nagle pozbawionej dobrej pracy, absolutnie niezbędnej dla zabezpieczenia bytu rodzinie. To nie było zwykłe zmęczenie. W twarzy Edith Stoddard Shock Johnson widział upokorzenie, zawód, niepokój, rozpacz, załamanie. Ale nie nienawiść czy gniew. Gniew, jeśli go odczuwała, został zaspokojony. Jeśli nie przez nią samą, to przez kogoś innego.

Irving natomiast widział winę.

Postukiwał nerwowo piórem po blacie, czekając na zakończenie wymiany grzeczności i wstępnych pytań, by przystąpić do natarcia. Nie patrząc na partnera Johnson położył dłoń na piórze. Edith Stoddard siedziała sztywno wyprostowana, ręce trzymała złożone przed sobą. Johnson powtórzył to samo, co mówił każdemu z przesłuchiwanych tego dnia:

- W czasie rozmowy mogę przerwać i zgodnie z przepisami odczytać pani jej prawa. Proszę tego nie rozumieć jako jakąś groźbę. W tej chwili nie zamierzamy tego zrobić, ale wszystkim to mówimy na początku rozmowy, więc to, że informuję o tym teraz, wcale nie oznacza, że do tego dojdzie. Jasne?

Skinęła głową.

- Pani imię i nazwisko?

- Edith Stoddard.

- Wiek?

- Skończę pięćdziesiąt trzy w maju.

- Jest pani zamężna? -Tak.

- Gdzie pracuje pani mąż?

- Jest niezdolny do pracy. Otrzymuje niewielką rentę.

- Niezdolny do pracy? Konkretnie?

- Ma porażenie wszystkich kończyn. Jest sparaliżowany od szyi w dół.

- Jest mi ogromnie przykro...

- Charley uwielbiał pracę wokół domu. Uzupełniał brakujące gonty na dachu, poślizgnął się i spadł na plecy na betonowy podjazd. Złamanie kręgosłupa w dwóch miejscach.

- Kiedy to się stało?

- W 1982 roku.

- I od tego czasu jest sparaliżowany? Skinęła głową.

- Ma pani córkę?

- Tak. Angelika ma dwadzieścia jeden lat. Uniwersytet chicagowski. Studiuje fizykę. Jest w połowie studiów.

- Pani Stoddard, od jak dawna pracuje pani dla Delaneya? W Delaney Enterprises?

- Od siedemnastu lat.

- Od jak dawna jest pani osobistą sekretarką i szefową sekretariatu Delaneya? Bo spełnia pani obie te funkcje?

- Tak. Od dziewięciu lat.

- Była pani zadowolona z tej pracy? Sprawiała pani satysfakcję?

Początkowo Edith Stoddard wydawała się zaskoczona pytaniem. Wreszcie odpowiedziała: - Tak. To była wprost wspaniała praca. Pan Delaney był... okazał wielką sympatię i pomoc, gdy mąż uległ wypadkowi.

- Początkowo użyła pani słowa „był" - wtrącił Irving. - Czy dlatego, że pan Delaney... nie żyje?

- Byłam... Tak, dlatego.

- Tym razem zaczęła pani od „byłam". Czy chciała pani coś powiedzieć?

- Nie. Nic.

- Czy to prawda, pani Stoddard, że zdecydowała się pani przejść na emeryturę i dzisiejszy dzień miał być ostatnim dniem pani pracy?

Przez chwilę wahała się. - Tak.

- Więc kiedy użyła pani słowa „był", to chodziło pani raczej o to, że już tu pani nie pracuje?

- Nie rozumiem, dlaczego... To znaczy...

- Detektyw Irving chciał podkreślić tylko fakt, że opuszcza pani firmę - wyjaśnił łagodnie Johnson.

- Tak, to prawda.

- I jest pani zadowolona z odejścia? To znaczy z przejścia na emeryturę?

Nie odpowiedziała. Bawiła się palcami, wargi jej drżały. Irving dostrzegł pierwsze objawy załamania i postanowił przeć dalej.

- Pani Stoddard, miała pani klucz do apartamentu Delaneya na Astor, prawda?

- Tak.

- Często tam pani chodziła?

- To należało do moich obowiązków. Pan Delaney nie lubił pracować w biurze. Ciągle mu przeszkadzano...

- Więc zna pani dobrze apartament, o którym wspomniałem?

- Oczywiście, że znam.

- l mogła pani tam chodzić, kiedy pani chciała?

- Chodziłam tam tylko wtedy, kiedy tego ode mnie żądano.

- Rozumiem, ale miała pani wolny dostęp do apartamentu, prawda?

- Można tak powiedzieć.

- A o kim jeszcze pani wie, że miał klucz i dostęp?

- Nie mam pojęcia, kto jeszcze miał klucz. Skąd mogłabym wiedzieć?

- Wynikałoby więc z tego, co pani nam mówi, że nikt inny nie miał ani klucza, ani swobodnego dostępu? - naciskał Irving.

- Nie słyszałam, by ktoś inny miał klucz.

- Z tego, co pani wie... czy pani Delaney mogła mieć klucz?

- Nie wiem... To znaczy zakładam, że... bo ja wiem...

- Czy nie jest prawdą, pani Stoddard, że pani doskonale wie, iż pani Delaney nie miała takiego klucza i nawet nie miała pojęcia, że taki apartament istnieje? Mam rację?

- To nie była moja sprawa.

- Rozumiem. Czy nie jest prawdą, że miała pani zapowiedziane, by o tym mieszkaniu nikomu nic nie mówić? Że apartament miał być osobistą tajemnicą pana De-laneya?

- Proszę pana, byłam powiernicą wielu poufnych informacji. Pan Delaney nigdy w sposób wyraźny nie powiedział mi, bym nie ujawniała istnienia tego apartamentu pani Delaney.

- Niemniej był to w pewnym sensie jego sekret, tak?

- Tak.

- Proszę mi powiedzieć, czy poszła pani kiedykolwiek do apartamentu pana Delaneya bez konkretnego polecenia czy zaproszenia?

- Oczywiście, że nie!

- Nie wpadła pani nigdy, no wie pani, po jakieś dokumenty czy teczki, a dla pana Delaneya było to niespodzianką, nie oczekiwał pani?

- Nie, nigdy, l nie rozumiem, do czego pan zmierza. - Przybrała postawę defen-sywną.

- Wybaczy pani nam na chwilkę - powiedział Irving i skinął na Johnsona, by wyszedł z nim z biura. Stanął blisko kapitana i szepnął: - Docieramy, jesteśmy już blisko. Moim zdaniem powinniśmy odczytać teraz prawa.

- Jeszcze nie - odpowiedział szeptem Johnson. - Ona wtedy ściągnie adwokata i będziemy mieli długą przerwę. Musimy dowiedzieć się, ile można, zanim zrobimy, co proponujesz.

- A jeśli ona zacznie zasłaniać się piątą poprawką, to też klops. Czuję się źle grzebiąc za głęboko i nie odczytując podejrzanemu jego praw. Za chwilę mam zamiar poruszyć sprawę broni. Wdepniemy w temat i co?

- Sam ci powiem, kiedy uznam, że nadszedł czas na odczytanie praw - odpowiedział sucho Johnson.

- Na tym etapie nie chciałbym spieprzyć roboty.

- Powiem ci kiedy, Si!

- Tak jest, sir! - odparł lrving wyraźnie zdegustowany. Wrócili do pomieszczenia, w którym czekała pani Stoddard.

Siedziała z głową pochyloną, z dłońmi na kolanach. Johnson pomyślał, że ta kobieta jest blisko całkowitego załamania. Johnson i Irving zajęli swoje miejsca.

- Pani Stoddard, rozmawialiśmy o pani dostępie do apartamentu - zaczął Johnson. - Czy była pani tam kiedykolwiek wieczorem lub w nocy?

- Wieczorem owszem, czasami. Kiedy pan Delaney o to prosił.

- A więc w pewnym sensie ten apartament był dla pani drugim miejscem pracy? Skinęła głową wpatrzona w ścianę.

- l spędzała tam pani długie godziny?

- Można tak powiedzieć.

- Idźmy dalej, pani Stoddard - włączył się Irving. - Czy ma pani broń? Spojrzała na niego, jakby pytanie wyrwało ją nagle ze stanu oszołomienia.

- Broń?

- Tak, broń. - Irving odsunął klapę marynarki i poklepał swój pistolet. - Taką broń.

- Ja...

Zainterweniował Johnson: - Pani Stoddard, jest nam wiadomo, że dwudziestego drugiego stycznia bieżącego roku w sklepie „Sierżant York" kupiła pani pistolet kalibru 0,38 cala. Gdzie ten pistolet znajduje się w chwili obecnej?

- Aa, o tę broń chodzi...

- Tak, o tę. Gdzie on jest? - spytał lrving. - Pistolet?

- Skradziono mi go.

- Skradziono? - Irving podniósł brwi i spojrzał na Johnsona.

- Z mojej torebki.

- Nosiła pani ten pistolet w torebce? - lrving z niedowierzaniem pokręcił głową.

- Na ulicach jest coraz niebezpieczniej, napady, pobicia, i pomyślałam...

- Czy pani wie, jak posługiwać się bronią? - zapytał Johnson.

- Pomyślałam, że pistolet przestraszy napastników...

- Jakich napastników?

- Tych, co okradają ludzi na ulicy.

- Więc pani nic nie wiedziała o tym pistolecie, nie umiała się nim posługiwać, a tylko chciała pani straszyć nim? - zapytał lrving.

- Tak, postraszyć...

- Ale nie umiała pani posługiwać się tym pistoletem? Tak mamy to rozumieć?

- Tak. Nie. To znaczy, że nie jestem obyta z bronią w ogóle. To chciałam powiedzieć...

Johnson przez kilka chwil wpatrywał się we własne palce, a potem spojrzał pani Stoddard prosto w oczy: - Pani Stoddard, jestem zmuszony przerwać tę rozmowę,

by pouczyć panią, że ma pani prawo zachować milczenie. Cokolwiek pani powie od tej chwili, może i będzie użyte przeciwko pani w sądzie. Ma pani prawo do pomocy adwokata. Jeśli nie ma pani wbsnego adwokata albo...

Przerwała mu: - Zabiłam go! - powiedziała bez zmiany wyrazu twarzy i z wielką obojętnością.

Johnson i Irving zaniemówili.

Dopiero po paru sekundach Irving zapytał: - Co pani powiedziała?

- Zabiłam go - powtórzyła równie obojętnie.

- Jezu! - mruknął Irving.

- Pani Stoddard - odezwał się Shock Johnson głosem stanowczym, ale cichym -czy pani dobrze zrozumiała, że ma pani prawo do obecności adwokata?

Przenosiła wzrok z Johnsona na Irvinga i z powrotem.

- Ja już przestałam cokolwiek rozumieć - wyszeptała zbielałymi wargami.

12

Historia przestępstw i występków w okręgu była składowana pod postacią niezliczonych ton dokumentów w potężnych rozmiarów magazynie, zajmującym kwadrat ulic blisko gmachu sądów powszechnych. Rząd za rzędem półek sięgających dachu, pełnych procesowych akt w identycznych brązowych okładkach, powiązanych w paki. Cały magazyn był wypełniony wyblakłą przeszłością. Wiele dokumentów zostało zniszczonych, zagubionych, źle skatalogowanych. Wystarczyło przestawić dwie cyfry indeksu, a historia sprawy przepadała, wysiana gdzieś, gdzie nikt nie będzie jej szukał, bo nie tam powinna się znajdować. Dowody rzeczowe były jeszcze trudniejsze do odszukania. Zwracane właścicielom, gubione, niszczone. Właściwie szkoda było czasu na ich szukanie.

St. Claire wpisał się do rejestru i dość szybko znalazł numer sprawy: 83-45976432, STAN ILUNOIS PRZECIW AARON STAMPLER. O ZABÓJSTWO PIERWSZEGO STOPNIA. OSKARŻYCIEL PUBLICZNY: JANE YENABLE. OBROŃCA: MARTIN VA1L St. Clairebwi wskazano wąskie przejście między stelażami pełnymi akt. Promienie światła przenikające przez zapylone okna w dachu wydawały się ciężkie od kurzu. Piętnaście minut zajęło mu znalezienie wielkiego pudła z wypisanym grubym flamastrem tekstem: STAMPLER A. 83-45976432. Zaniósł całe pudło, a były w nim trzy tomy akt, na metalowy stół w wydzielonej wolnej przestrzeni i zabrał się do przeglądania stenogramu najsławniejszej sprawy Yaila.

Coś zamigotało w fenomenalnej pamięci St. Claire'a, ale jeszcze nie był zdolny wskazać dokładnie, co go dręczy. Było to abstrakcyjne doznanie poza możliwością sprecyzowania. Ale St. Claire był niemal absolutnie pewien, że w tym pudle znajdzie odpowiedź. Wiedział teraz także na pewno, że to, co znajdzie, nie ma nic wspólnego z ciałami na wysypisku.

Zaczął czytać pierwszy tom, ale szybko zdał sobie sprawę, że musi z pewnych fragmentów zrezygnować, a resztę skategoryzować tematycznie i dopiero potem czytać to, co będzie konieczne. Przekartkował selekcję ławników i formalne przygotowania sądu do procesu. Przerzucając kartki wodził wzrokiem z góry do dołu, poszukując kluczowych słów, przechwytując fragmenty zeznań świadków. Często z poszczególnymi dokumentami chodził do kopiarki. Wreszcie przeszedł do kolejnego etapu - bardzo specyficznej analizy, składając następnie wyodrębnione elementy w ciąg raczej logiczny niż chronologiczny.

Ale St. Claire interesował się również tym, jak Vail poradził sobie z obroną w sprawie uznanej za beznadziejną dla oskarżonego. No i, oczywiście, przesłuchiwaniem przez niego wrogiego świadka, Stennera, który z ramienia policji prowadził dochodzenie w sprawie Stamplera i zebrał przeciwko niemu dowody. Race zaczęły strzelać w kilka minut po rozpoczęciu procesu.

Sędzia Shoat: Panie Vail, na kwalifikację przez prokuraturę czynu oskarżonego jako zabójstwa pierwszego stopnia, pan wpisał wniosek braku winy. Czy pan chce zmienić te kwalifikację czynu?

Vail: Tak jest, Wysoki Sądzie.

Sędzia Shoat: Jak oskarżony obecnie wnosi?

Vail: Winny, ale chory umysłowo.

Sędzia Shoat: Panie Vail, jest pan chyba świadomy, że trzej kwalifikowani

psychiatrzy stwierdzili, że pański klient jest zdrów na umyśle?

Vail: Spieprzyli robotę.

St. Claire zdał sobie sprawę, ze właśnie od tej chwili rozpoczęła się walka tytanów - Vail przeciw Yenable - każdy był mistrzem w swojej profesji, obaj wspaniali stratedzy i bezlitośni, bezwzględni strzelcy słowem. Wstępne oświadczenie Jane Yenable było krótkie, treściwe i niemal tchnęło arogancką pewnością siebie. Jane Yenable niewątpliwie była pewna sukcesu.

Yenable: Panie i Panowie z ławy przysięgłych, będę mówiła krótko. Podczas rozprawy zobaczycie zdjęcia, które wami poruszą. Zobaczycie miażdżący fizyczny dowód. Usłyszycie zeznania świadków-ekspertów, którzy powiedzą, że Aaron Stampler, i tylko Aaron Stampler, mógł popełnić ten zdeprawowany i bezsensowny czyn brutalnego mordu szanowanego powszechnie środowiskowego przywódcy. Aaron Stampler z zimną krwią i z premedytacją zamordował arcybiskupa Richarda Rushmana. Jestem pewna, że po zakończeniu przewodu sądowego zgodzicie się ze stanowiskiem prokuratury stanu Illinois, że jakakolwiek kara mniejsza od kary śmierci byłaby pomyłką sądową i złem takim samym jak to straszne morderstwo.

W przeciwieństwie do wystąpienia oskarżyciela publicznego Yail skonstruował obronę jako złożony i gorący apel do ławy przysięgłych.

Yail: Panie i Panowie z ławy przysięgłych, nazywam się Martin Vail. Sąd obarczył mnie obowiązkiem obrony podsądnego, Aarona Stamplera. Jesteśmy tu, by ustalić, czy podsądny, który siedzi przed wami, jest winny ohydnego i rozmyślnego morderstwa jednego z najbardziej szanowanych i kochanych obywateli tego miasta, arcybiskupa Richarda Rushmana. Generalnie rzecz ujmując prawo karne dostrzega dwa rodzaje przestępstw. Najgorszym jest malum m se, co oznacza zło samo w sobie. Morderstwo, gwałt, poważne uszkodzenie ciała, permanentne okaleczenie. Dla uproszczenia powiedzmy, że są to celowe i zaplanowane zamachy czy też zakusy na ciało człowieka. Z taką zbrodnią mamy obecnie do czynienia. Zamordowanie arcybiskupa Richarda Rushmana jest bez wątpienia malum in se. Oskarżony temu nie zaprzecza. Zrobi się wam niedobrze, gdy zobaczycie zdjęcia z miejsca zbrodni. Oskarżyciel publiczny zażąda od was, abyście uwierzyli, że zbrodnię tę popełnił człowiek zdrowy na umyśle, l oskarżyciel publiczny zażąda też, abyście wydali werdykt uznając mens rea czyli zły zamiar podsądnego i jego pełną

świadomość szkodliwego działania. Innymi słowy macie uwierzyć, że Aaron Stampler świadomie zamierzał dokonać zamachu na ciało ofiary i celowo zamordował arcybiskupa Rushmana. Aaron Stampler zaprzecza, by w przypadku tego morderstwa on był winny mens rea... W przypadku sprawy „Stan przeciw Aaron Stampler" okoliczności łagodzące są wyjątkowej natury, związane są bowiem ze stanem umysłowym oskarżonego. Zamierzam przedstawić obszerny materiał dowodowy z dziedziny psychologii. Proszę bardzo o pilne słuchanie, gdyż tylko na podstawie analizy faktów można zdecydować, czy zachodzi w tym przypadku mens rea. W celu wydania właściwego werdyktu, konieczna jest analiza postępowania oskarżonego i udzielenie sobie odpowiedzi na pytanie: czy Aaron Stampler cierpi na zaburzenia rozumowania? Czy działał pod wpływem impulsu nie do pokonania? Odpowiedź na te i wiele innych pytań pozwoli wam określić stan psychiczny Aarona Stamplera w chwili popełnienia zbrodni. Kiedy będziecie podejmowali ostateczną decyzję, panie i panowie przysięgli, to pamiętajcie właśnie o najważniejszym i poszukajcie odpowiedzi na bardzo konkretne pytania: jeśli Aaron Stampler był w pełni władz umysłowych w chwili popełniania morderstwa, to dlaczego je popełnił? Jakie motywy mogły go skłonić do kroku tak desperackiego i okropnego? Czy można być zdrowym na umyśle, popełniając tak straszną zbrodnię? Przy końcowej analizie te właśnie pytania, a raczej odpowiedzi na nie, mogą okazać się najważniejsze. Waszym obowiązkiem, panie i panowie przysięgli, będzie określenie wiarygodności dowodów przedstawionych wam przez panią prokurator i przeze mnie. Komu powinniście uwierzyć?Jej czy mnie? W co macie uwierzyć? A co najważniejsze, czy przyjmujecie dowody jako wykraczające „poza uzasadnioną wątpliwość'? l mam nadzieję, że kiedy zapoznacie się już z całym materiałem dowodowym, wydacie werdykt uniewinniający mojego klienta, Aarona Stamplera.

St. Claire spędził wiele godzin na kopiowaniu fragmentów rozprawy i ustanowieniu własnej chronologii procesu. Ta metoda powinna go naprowadzić na nieuchwytny dotychczas trop, za którym węszył. Potyczki pojawiły się szybko, już podczas pierwszych krzyżowych pytań zadawanych przez Yaila. Świadkiem był wtedy psychiatra, doktor Harcourt D. Bascott, powołany jako ekspert przez prokuraturę.

Vail: Czy znane jest panu rodzinne miasto Aarona Stamplera, Crikside

w stanie Kentucky?

Bascott: Opisywano mi je.

Vail: Ale nie był pan tam?

Bascott: Nie, nie byłem.

Vail: Z tego, co pan się dowiedział, doktorze, czy jest możliwe, że

czynniki środowiskowe w Crikside mogą przyczynić się do wystąpienia

objawów schizofrenii?

Venable: Zgłaszam sprzeciw, Wysoki Sądzie. Niedopuszczalne są dowody

ze słyszenia. Poza tym, jakie znaczenie mogłoby mieć podobne

świadectwo?

Vail: Wysoki sądzie, mamy do czynienia z zabójstwem, które w mojej

opinii jest rezultatem konkretnego zaburzenia umysłowego. Moje pytanie

ma charakter wstępny.

Venable: Czy mamy tu również przechodzić kurs psychiatrii?

Vail: Czy należy to rozumieć jako sprzeciw?

Venable: Jeśli pan tak sobie życzy.

Sędzia Shoat: Bardzo przepraszam. Czy państwo życzą sobie przerwy,

by móc kontynuować tę pasjonującą prywatną wymianę zdań? Bo jeśli nie,

to proszę kierować wszystkie uwagi do sądu.

Tak więc już na samym początku procesu ustalono ton i tempo rozgrywki. Z zeznań wielu świadków St. Claire dowiedział się, że Stampler był fizycznie maltretowanym, religijnie zdezorientowanym, dwudziestoletnim młodzieńcem z Appalachów, o ilorazie inteligencji geniusza, z rodziców niepiśmiennych. Dusił się w górskiej wiosce Kentucky, zmuszony do pracy w kopalni węgla, gdzie przyszłością była powolna śmierć z powodu pylicy lub szybka śmierć w wypadku eksplozji czy trujących gazów. Stampler przeraźliwie bał się głębokiego szybu, który według jego słów „był czymś stokroć gorszym od najgorszych sennych koszmarów. Nie wiedziałem, że szyb może być tak głęboki. Na dole pułap wynosi tylko nieco ponad metr. Musieliśmy pracować na klęczkach. Czerń pochłaniała światło".

Do kopalni kazano mu zjechać w dziewiąte urodziny. Umknął wreszcie z Crikside, Kentucky, gdy miał osiemnaście lat. Zachęciła go do tego Rebeka, wioskowa nauczycielka jednoizbowej szkoły. Od pierwszego dnia pobytu Stamplera w szkole nauczycielka usiłowała zaspokoić jego pragnienie wiedzy. W Chicago wyłowił go arcybiskup Richard Rushman, założyciel schroniska dla młodzieży, która zbiegła z domu. Schronisko nazywało się „Przybytkiem Zbawiciela". I przybytek ten był dla Stamplera domem do czasu, kiedy zdecydował, że zamieszka razem z przyjaciółką. Decyzja ta okazała się tragiczna w skutkach. Dziewczyna uciekła do rodziców w Ohio. Stampler wylądował w ponurym ciemnym hadesie - schronisku dla bezdomnych, nazywanym „Dziuplą".

Vail: Powiedz mi, Aaron, czy miałeś za to żal do biskupa Rushmana? Za to,

że skazał cię na zamieszkanie w tak okropnym miejscu?

Stampler: Nigdy mi nic na ten temat nie powiedział.

Vail: Czy miałeś kiedyś jakieś poważne starcie z arcybiskupem

Rushmanem?

Stampler: Nie, sir. Nigdy nie miałem żadnego starcia z biskupem.

Rozmawialiśmy często, przeważnie na temat różnych rzeczy w książkach,

0 ideologiach i tym podobne. Zawsze przyjaźnie.

Vail: Więc biskup nie nakazał ci opuszczenia „Przylądku Zbawiciela"

1 przyjazne stosunki trwały po twoim wyprowadzeniu się? Stampler: Tak jest, sir.

St. Claire przeczytał następnie zeznania dotyczące samego morderstwa. Były dwie wersje wydarzeń: Aarona bez szczegółów i lekarza policyjnego, Williama Danielsona, niemal pornograficzna w szczegółach.

Vail: Teraz chciałbym porozmawiać o wieczorze, kiedy zamordowany

został biskup Rushman. Było wyznaczone zebranie ministrantów, tak?

Stamper: Tak jest, sir.

Vail: Ministranci przyszli?

Stampler: Nie, sir.

Vail: Pojawił się ktoś inny?

Stamper: Nie, sir.

Vail: Biskup był bardzo zły?

Stampler: Nie. Powiedział, że czuje się już zmęczony i że może spotkać

się z ministrantami kiedy indziej.

Vail: Co zrobiłeś, kiedy pożegnałeś biskupa?

Stampler: ...Postanowiłem iść do jego gabinetu i pożyczyć książkę do

czytania. Kiedy tam wszedłem, usłyszałem jakiś hałas... jakby krzyczeli

ludzie... w sypialni biskupa. Więc poszedłem zobaczyć, czy wszystko jest

w porządku. Kiedy wszedłem na piętro, zdjąłem buty i schowałem do

kieszeni kurtki. Biskup był w łazience i wtedy zdałem sobie sprawę, że to,

co słyszałem, to jego śpiew, l zaraz... poczułem, jakby tam był ktoś

jeszcze z biskupem, l to właśnie wtedy urwał mi się czas...

Vail: Urwał ci się czas? Zamroczyło cię?

Stampler: Tak jest, sir.

Vail: W rzeczywistości nikogo innego nie widziałeś?

Stampler: Nie, sir.

Vail: Widziałeś biskupa?

Stampler: Nie, sir. Ale go słyszałem. Śpiewał w łazience.

Vail: Po prostu czułeś, że jeszcze ktoś jest w pokoju?

Stampler: Tak jest, sir.

Vail: l potem co się stało?

Stampler: Następne, co wiem, to że się znajduję na dole drewnianych

schodków prowadzących do kuchni, na zewnątrz, i zobaczyłem samochód

policyjny... i obracał się dokoła reflektor na dachu... i spojrzałem w dół...

na moich rękach była krew... wszędzie krew... i nóż... A wtedy zacząłem

biec... nie wiem, dlaczego. Wbiegłem do kościoła, właśnie przed kościół

podjeżdżał drugi samochód policyjny, i wszedłem do konfesjonału...

Vail: Powiedz mi, Aaron, czy miałeś jakikolwiek powód aby zabić biskupa

Rushmana?

Stampler: Nie, sir.

Vail: Czy zaplanowałeś to morderstwo?

Stampler: Nie, sir.

Vail: Czy zabiłeś biskupa Rushmana?

Stampler: Nie, sir.

W czasie procesu Vail dość wcześnie zaczął wprowadzać dowody i świadectwa sugerujące, że w czasie morderstwa Stampler nie był sam w sypialni. Utrzymywał, że jego klient znajdował się w stanie zamroczenia i dlatego nie mógł wiedzieć, kim był tajemniczy gość - argument trudny do udowodnienia, ale jeszcze trudniejszy do obalenia. Lekarz policyjny, William Danielson, prowadzony przez Jane Yenable, wypełnił luki w wersji wydarzeń przedstawionej przez Stamplera.

Venable: Doktorze Danielson, proszę nam przedstawić przebieg wydarzeń opierając się na dowodach fizycznych. Danielson: W mojej opinii Stampler wszedł przez kuchnię, zdjął obuwie, wziął kuchenny dwudziestoparocentymetrowy nóż leżący na tacy, pozostawiając parę włókien z rękawiczek, które miał na rękach. Następnie przez hol wszedł do sypialni i rzucił się na biskupa, który bronił się, jak mógł, o czym świadczą rany na jego dłoniach. Był dźgany, przebijany nożem i krajany. Siedemdziesiąt siedem ran. Po napaści pozostało mu nieco ponad pół litra krwi, mniej więcej jedna dwunasta tego, co krąży w żyłach i tętnicach żyjącego człowieka...

Pierwsza poważniejsza batalia nastąpiła wtedy, gdy Vail usiłował nie dopuścić, by fotografie z miejsca zbrodni dołączono do materiału dowodowego. Twierdził, że to wpłynie niekorzystnie na stosunek ławy do oskarżonego, wywołując uprzedzenie. Wniosek Yaila w tej sprawie został oddalony. Niestety, te oryginalne fotografie, stanowiące integralną część materiału dowodowego, zostały przed laty zgubione czy zniszczone, a kopie dołączone obecnie do zeznania były bardzo złej jakości i nic nie dały St. Clai-re'owi. Danielson długo zeznawał, opisując w najdrobniejszych szczegółach makabryczne aspekty zbrodni, używając wszystkich rekwizytów - fotografii, dowodów fizycznych, zebranych i analizowanych włókien, próbek krwi, odcisków palców, no i opisów zadanych ran. Na żądanie oskarżycielki publicznej wyjaśniał skutki takiego, a nie innego ciosu, a także różnice między ciosem prostym, przebiciem i nacięciem. Jane Yenable budowała w świadomości ławników apokaliptyczny obraz.

Venable: Doktorze Danielson, czy doszedł pan do wniosku, że śmierć

mogła być rezultatem różnych czynników?

Danielson: Tak. Trauma ciała, aeroembolizm, trupi spazm, wiele

z zadanych ran, no i wykrwawienie. Każda z tych rzeczy mogła

spowodować zgon.

Venable: Czy mógłby pan wskazać na przyczynę, która pana zdaniem

była w tym wypadku najistotniejszą?

Danielson: Moim zdaniem rana gardła.

Venable: Dlaczego?

Danielson: Ponieważ wywołała aeroembolizm, czyli nagłe opróżnienie

płuc z powietrza. Tego rodzaju rana jest zawsze śmiertelna, l śmierć jest

prawie natychmiastowa. A ponieważ rana byte głęboka, poważnym

czynnikiem było też wykrwawienie.

Gdy St. Claire czytał opis Danielsona, przypomniał sobie nagle raport koronera dotyczący Lindy Balfour... ciosy nożem, nacięcia, nakłucia, trupi spazm, aeroembolizm... poważne wykrwawienie z powodu dźgnięć nożem... Tak! Poderżnięcie gardła spowodowało aeroembolizm! Okaleczenia... dokonane przez kogoś, kto zna dobrze anatomię... To, co przedtem dręczyło tylko podświadomość St. Claire'a, teraz natrętnie się dobijało. Wyjaśnienie Yaila jeszcze bardziej umocniło podejrzenia St. Claire'a.

Vail: Nóż wszedł tędy, tuż poniżej prawego ucha i przejechał całe podgardle prawie do lewego ucha, potem przez kręgosłup, przeciął żyłę szyjną, wszystkie arterie i żyły karku, tchawicę, mięśnie i tkanki...

Następnie Yail zaczął polemizować z twierdzeniem Danielsona, że ta rana gardła spowodowała śmierć Rushmana, ponownie wysuwając przypuszczenie, że w sypialni oprócz Stamplera był ktoś jeszcze, gdy biskup został zabity.

Vail: Tak więc... jeśli dwa z groźnych, w zasadzie śmiertelnych ciosów zostały zadane przez jedną osobę, a pozostałe przez drugą, to jest również teoretycznie możliwe, że jedna osoba zadała decydujący śmiertelny cios, a druga zadawała rany biskupowi już po jego zgonie, mam rację? Danielson: Przypuszczam, że... tak, to możliwe... ale mało prawdopodobne.

St. Claire często przerywał i robił notatki. Napisał: „Czy w sypialni była inna osoba? Zapytać Yaila? Stennera? I dlaczego Yail wydobywał tę sprawę, skoro Stampler ustami swego adwokata przyznał się do winy? Czy kwalifikacja towarzysząca przyznaniu się, a mianowicie teza o niepoczytalności była tylko grą?" St. Claire przedzierał się przez grube tomiska opuszczając mniej istotne dialogi.

Vail: Aaron, czy znane ci jest określenie „fuga"? Być w „stanie fugi'?

Stampler: Znane, sir.

Vail: l co to oznacza?

Stampler: Oznacza zapominanie na pewien czas różnych rzeczy.

Vail: Masz na to swoje określenie?

Stampler: Mam, sir. Nazywam to gubieniem czasu.

Vail: l czy kiedykolwiek zgubiłeś w ten sposób czas?

Stampler: Tak jest, sir.

Vail: Często?

Stampler: Tak jest, sir.

Vail: Kiedy? Przy jakich okazjach?

Stampler: Nie jestem zupełnie pewien. Na początku człowiek

nie wie, że zaczyna gubić czas. A potem to już wie, kiedy.

Vail: Skąd to wie?

Stampler: No bo w jednej minucie siedzę, na przykład, tu,

a po sekundzie, jakby za trzepnięciem palca, gdzieś tam albo

spaceruję po ulicy. Kiedyś poszedłem z dziewczyną do kina

i nagle spostrzegłem, że już nie jesteśmy w kinie, tylko spacerujemy

na zewnątrz. Nie mam pojęcia, jak zakończył się film. Znajdowałem się

na ulicy.

Vail: Czy kiedyś komuś o tym mówiłeś?

Stampler: Nie, sir.

Vail: Dlaczego nikomu się nie zwierzyłeś?

Stampler: Bo by mi nikt nie uwierzył. Pomyślałem, że śmialiby się ze mnie

albo zamknęli w wariatkowie.

Właśnie pytanie Yaila o okresy utraty świadomości Stamplera, o jego „stanach fugi", wywołało salwę krzyżowych pytań oskarżycielki publicznej oraz, jak na ironie, spięcie między Yailem a Stennerem, który był wtedy detektywem policji prowadzącym śledztwo przeciwko Stamplerowi.

Vail: Czy jest panu znane medyczne określenie: „stan fugi" lub

„histeryczna amnezja'?

Stenner: Znane. Omawiał to ze mną doktor Bascott.

Vail: l nie wierzy pan, poruczniku Stenner, w teorię fugi?

Stenner: Nie mam wyrobionej opinii.

Vail: Jest to fakt potwierdzony naukowo.

Stenner: Jak już powiedziałem, nie mam wyrobionej opinii.

Vail: Czy ma pan wyrobioną opinię i wierzy pan, że dwa plus dwa równa

się cztery?

Stenner: Oczywiście.

Vail: Czy wierzy pan, że Ziemia kręci się wokół Słońca?

Stenner: Tak.

Vail:Jest pan chrześcijaninem?

Stenner: Tak.

Vail: Wierzy pan w Zmartwychwstanie?

Stenner: Tak, wierzę.

Vail: Zmartwychwstanie jest faktem czy teorią?

Venable: Sprzeciw, Wysoki Sądzie. Religijne obyczaje porucznika Stennera

nie mają nic wspólnego ze sprawą.

Vail: Wprost przeciwnie, Wysoki Sądzie. Jeśli będę mógł kontynuować,

wykażę związek.

Sędzia Shoat: Sprzeciw odrzucony. Pani Blanchard, proszę odczytać

ostatnie pytanie.

Pani Blanchard: „Zmartwychwstanie jest faktem czy teorią?"

Vail: A więc, poruczniku?

Stenner: Jest to kwestia wiary, sir.

Vail: A więc wierzy pan w naukowe fakty, wierzy pan w religijne teorie, ale

neguje pan naukową rzeczywistość psychicznego rozkojarzenia, która

istnieje, co potwierdzają wszyscy psychologowie i co jest wymienione

w DSM 3 ustalającym standardy identyfikacyjne wszystkich

psychiatrycznych zaburzeń? Czyż tak nie jest, poruczniku?

Stenner: Psychiatryczne zaburzenia można udawać. Nie można natomiast

nikogo oszukać, że dwa plus dwa nie równa się cztery. Można świetnie

udawać stan fugi.

Vail: Wszystko jest teraz jasne. A ile osób pan zna, poruczniku, o których

pan wie z całą pewnością, że udawały stan fugi?

Stenner: Nikogo takiego nie znam.

Vail: A ile zna pan osób, które miały kontakt lub doświadczenie z kimś,

kto udawał stan fugi?

Stenner: Nikogo takiego nie znam.

Vail: Z pewnością czytał pan o wielu wypadkach symulowania stanu fugi?

Stenner: Nie.

Vail: A więc są to tylko spekulacje z pana strony? Proszę odpowiedzieć tak

lub nie.

Stenner: Tak.

Vail: Więc podstawą pańskiej niewiary w prawdę oświadczenia Aarona

Stamplera jest czysta spekulacja, że może on udawać, kłamać?

Stenner: To prawda.

Vail: Założył pan więc, że Aaron kłamie, wobec czego może być mordercą

biskupa Rushmana?

Stenner: Było to logiczne założenie.

Vail: Ja nie kwestionuję logiki pańskiego założenia, poruczniku. Pragnę

jedynie ustalić, że takie założenie istniało. Założył pan, że Stampler jest

winny?

Stenner: Tak.

Vail: Może mi pan teraz powie, poruczniku, od jakiego momentu uznał

pan na podstawie materiałów dowodowych, że Stampler działał sam?

Znowu powraca ten sam temat, pomyślał St. Claire. Cholera, czy tam mógł być jeszcze ktoś?

Stenner: Od samego początku.

Vail: ...Aaron Stampler mówtł panu, że uległ zamroczeniu, kiedy wszedł

do pokoju biskupa, tak?

Stenner: Tak.

Vail: Co pan zrobił, żeby podważyć jego oświadczenie, że ktoś był

w pokoju? Innymi słowy, jakie dowody lub świadków może pan

przedstawić, które by i którzy by uprawdopodobnili pańską teorię, że

Stampler był w pokoju sam i działał w pojedynkę?

Stenner: Dowody przedstawione sądowi, dowody rzeczowe, no i prosta

logika...

Vail: ...Mam pewien problem z niektórymi z owych logicznych założeń

czynionych podczas obecnej rozprawy. Wie pan, dlaczego mam problem?

Stenner: W większości wypadków...

Vail: Tu chodzi o życie mojego klienta, poruczniku. „W większości

wypadków" to za mało. A teraz pomówmy o logice i większości materiału

dowodowego. Doktor Danielson powiada, że nie jest absolutnie pewien,

czy Stampler był w pokoju sam. Nie jest pewien, czy to tylko jedna osoba

dźgała nożem biskupa Rushmana. Doktor Danielson nie może również

bezspornie potwierdzić, że to Aaron dostał się do domu tylnymi drzwiami

ani że to on przyniósł nóż na scenę morderstwa. Mimo to wszystko pan

założył, że Aaron Stampler kłamie, ponieważ to, co mówił, nie brzmiało

logicznie, tak?

Stenner: (nie daje odpowiedzi).

Vail:Jest niezaprzeczalnym faktem, poruczniku, że jest pan gotów przyjąć

za fakt, że Chrystus został ukrzyżowany i umarł, a potem powstał

z martwych i wstąpił do nieba, ale nie chce pan uwierzyć i przyjąć za fakt,

że człowiek w olbrzymim stresie i szoku może ulec zamroczeniu, i wejść

w stan naukowo sklasyfikowany jako fuga lub stan fugi. l dlatego też nigdy

nie próbował pan dowieść, że Aaron Stampler kłamie. Nie próbował pan,

prawda?

Stenner: Nie moim zadaniem jest dowiedzenie, że oskarżony jest

niewinny. To pańskie zadanie.

Vail: Natomiast pańskim obowiązkiem, poruczniku, jest przedstawienie

bezspornych dowodów winy.

Następnie St. Claire zainteresował się pytaniami dotyczącymi symboli. Wewnętrzne sygnały były coraz wyraźniejsze.

Vail: Chciałbym teraz na chwilę powrócić do symboli. Czy zechciałby pan,

doktorze, prostym językiem wyjaśnić przysięgłym znaczenie symboli? Jak

one wyglądają, czym są.

Bascott: Język symboliczny mogą stanowić rysunki, znaki, wszelkie

rozpoznawalne... symbole. Celem jest porozumienie się ludzi między

sobą. Na przykład krzyż jest symbolem chrześcijaństwa, natomiast liczba

666 uniwersalnym symbolem diabła. Sięgając do nowszych symboli

naszych czasów: symbolem zakazu jest czerwony okrąg przecięty na ukos

czerwoną linią. Symbol ten został zaakceptowany zarówno u nas, jak

i w Europie. Choćby w zestawie znaków drogowych.

Vail: Czy symbolem może być słowo? Albo słowa w postaci wiadomości?

Bascott: Chyba tak. Tak, z pewnością...

Vail: A więc symbolami mogą być nie tylko rysunki i znaki? Mogą

występować inne formy?

Bascott: Tak, to prawda.

Vail: Zeznał pan, doktorze, że oglądał pan fotografie ofiary zabójstwa

będącego przedmiotem tego procesu. Mówię o zabójstwie biskupa

Rushmana.

Bascott: Tak, oglądałem.

Vail: Dokładnie pan im się przyjrzał?

Bascott: Tak.

Vail: Spostrzegł pan na ciele jakieś symbole?

Bascott: Ja... symbole...?

Vail: Sformułuję to prościej: czy pana zdaniem zabójca pozostawił na ciele

ofiary jakąś wiadomość w postaci symbolu?

Bascott: Na pewno tego nie wiem. Wydaje się, że zabójca chciał na coś

zwrócić uwagę, ale nie udało nam się tego ustalić, Stenner też niewiele

pomógł...

Vail: Doktorze, obaj myślimy o tym samym, o literach i cyfrach na karku,

tak?

Bascott: Sądziłem, że o to właśnie panu chodzi. Tak, litery i cyfry.

Vail: Przypomina pan sobie ich sekwencję?

Bascott: Tak. B32.145.

Vail:CzynieB32.156?

Bascott: Bardzo przepraszam, omyliłem się. l 56.

Vail: l czy jest pan zdania, że jest to symbol pozostawiony

przez mordercę?

Bascott: Cóż mam powiedzieć...? Chyba wszyscy zrobiliśmy to założenie.

- Nareszcie! - wykrzyknął St. Claire. Jest! Może mieszkańcy Gideon nie byli dalecy od prawdy? Ta sama kombinacja - litera i cyfry - jaką zabójca zostawił na głowie Lindy Balfour. St. Claire rozgorączkowany czytał dalej, zadając sobie pytania: co to może znaczyć, czy Vail dociekał znaczenia symbolu?

Vail: l dalej nie badał pan sprawy, nie dociekał znaczenia symbolu?

Bascott: Czasami potrzeba lat, żeby podobną zagadkę rozwiązać.

Bywa, że tylko szczęśliwy przypadek pozwala trafić na rozwiązanie.

Vail: Innymi słowy nie miał pan czasu na zbadanie wszystkich faset,

użyjmy tu słownictwa szlifierzy diamentów, problemu pana Stamplera.

Problemu życia i śmierci.

Venable: Sprzeciw, Wysoki Sądzie. Obrona usiłuje tylko zamącić sprawę

i wprowadzić w błąd przysięgłych. Doktor wyraźnie powiedział, że

czasami potrzeba lat, by rozgryźć znaczenie znaków, które obrońca

określa mianem symbolu. Jesteśmy teraz w sądzie w celu rozstrzygnięcia

o winie oskarżonego na podstawie posiadanych dowodów. Pytanie

o symbole jest w tym wypadku nie związane z głównym nurtem sprawy.

Cyfry mogły oznaczać cokolwiek. Może nawet jakiś numer telefonu bez

najmniejszego znaczenia?

Vail: Niech więc doktor Bascott złoży takie oświadczenie.

Sędzia Shoat: Panie mecenasie, proszę inaczej sformułować pytanie.

Vail: Doktorze, czy ten symbol ma procesowe znaczenie?

Bascott: Możliwe, że ma.

Wreszcie St. Claire znalazł odpowiedź na swoje pytania w potyczce Yaila ze Stenne-rem.

Vail: ...Mam jeszcze tylko jedno pytanie, poruczniku Stenner. Przed

kilkoma minutami oświadczył pan, że było to morderstwo z premedytacją.

Powiedział pan to jako stwierdzenie faktu. Czy jednak nie jest to jeden

z kolejnych pańskich zarzutów bez podparcia dowodowego?

Stenner: Nie, sir. Tak nie jest.

Vail: Proszę więc powiedzieć sądowi, na jakich dowodach oparł pan swoje

twierdzenie.

Stenner: Opierałem się na różnych okolicznościach.

Vail: Na przykład?

Stenner: Na symbolach na karku biskupa.

Vail: Co pan nam może powiedzieć na temat owych symboli?

Stenner: Litera i cyfry odnoszą się do cytatu z książki w bibliotece biskupa.

Ten cytat był w książce zakreślony. Podobne zakreślenia znaleźliśmy

w książkach znalezionych wśród rzeczy Stamplera, w jego kwaterze

w schronisku dla bezdomnych. Wszystkie oznaczenia tym samym żółtym

flamastrem. Pismo Stamplera. Potwierdzone przez grafologów.

Vail: Dlaczego pana zdaniem oznaczenia w książkach świadczą

o premedytacji?

Stenner: Bo on wszystko zaplanował. Krwią wypisał na karku ofiary

symbol B32.1 56. Litera i cyfry identyfikują książkę. Jest to system

katalogowania w bibliotece biskupa.

Vail: Jest to identyfikacja książki, ale i cytatu?

Stenner: Tak. W tym wypadku chodzi o cytat ze „Szkarłatnej litery"

Nathaniela Hawthorne'a. „Żaden człowiek na czas dłuższy nie ponosi

jednej twarzy dla siebie, a innej dla gromady, by nie wpaść w rozterkę,

która jest prawdziwa".

Vail: Jakie znaczenie ma ten cytat?

Stenner: Jesteśmy zdania, że Stampler czuł się zdradzony przez biskupa

Rushmana, który zmusił go do opuszczenia „Przybytku Zbawiciela".

Zostawiła go dziewczyna, mieszkał w norze. Uważał, że biskup jest

dwulicowy. Umieścił symbol na głowie człowieka, którego zamordował,

jako dodatkowy wyraz nienawiści.

Vail: Myślę, że pan zbyt pochopnie wyciąga wnioski, poruczniku.

Stenner: Uważam, że miałem dostateczne dowody, by takie właśnie

wnioski wyciągnąć.

St. Claire napisał do siebie kolejną kartkę: „Co się stało z książkami biskupa?". Potem powrócił do lektury, by wreszcie dotrzeć do zaskakującego finału.

Venable: Ma pan doskonałą pamięć do cytatów, panie Stampler, prawda? Do cytatów i powiedzeń, które pana zafrapowały.

Stampler: Mam dobrą pamięć, proszę pani.

Venable: Zna pan książkę „Szkarłatna litera" Nathaniela Hawthorne'aZ

Stampler: Tak, proszę pani. Znam tę książkę.

Venable: A czy B32.1 56 coś dla pana znaczy?

Stampler: (nie daje odpowiedzi)

Sędzia Shoat: Czy pan zrozumiał pytanie, panie Stampler?

Stampler: To są chyba numery, jakie były na fotografiach z tyłu głowy

biskupa...

Venable: l po raz pierwszy widział je pan na fotografiach?

Stampler: Chyba tak.

Venable: l nie wie pan, co znaczą te cyfry?

Stampler: Nie jestem pewien.

Venable: Zaznacza pan w książkach fragmenty, które zwróciły pana

specjalną uwagę, tak?

Stampler: Czasami.

Venable: Zaznaczał pan fragmenty w książkach branych z biblioteki

biskupa?

Stampler: Czasami.

Venable: Wysoki sądzie, wnoszę o wpisanie do rejestru dowodów

rzeczowych oskarżenia, pod numerem trzydziestym drugim, egzemplarza

wymienionej książki.

Vail: Nie zgłaszam sprzeciwu.

Przyjęto dowód rzeczowy prokuratury w postaci egzemplarza

„Szkarłatnej litery" Nathaniela Hawthorne'a i wpisano do rejestru pod

numerem 32.

Venable: Poznaje pan tę książkę, panie Stampler?

Stampler: To chyba z biblioteki biskupa.

Venable: Panie Stampler, czy zaznaczył pan fragment ze strony 156

w tym egzemplarzu „Szkarłatnej litery", oznaczonym numerem

bibliotecznym B32? Tak czy nie?

Stampler: Chyba tak.

Yenable: Uściślijmy, panie Stampler. Czy znany jest panu cytat z książki

„Szkarłatna litera" Nathaniela Hawthorne'a, brzmiący następująco: „Żaden

człowiek na czas dłuższy nie ponosi jednej twarzy dla siebie, a innej dla

gromady, by nie wpaść w rozterkę, która jest prawdziwa". Czy poznaje

pan ten cytat, panie Stampler?

Stampler: Chyba tak.

Venable: Chyba czy tak? B32.156., czy to coś panu przypomina, z czymś

się kojarzy?

Stampler: Chyba nie.

Venable: Czy nie jest prawdą, panie Stampler, że wyuczył się pan tego

cytatu, zapamiętał go, a potem jego sygnaturę wypisał na karku biskupa,

gdy go pan zamordował?

Vail: Zgłaszam sprzeciw.

Podsądny Stampler nagle głośno krzyknął i przeskoczył przez barierkę,

oddzielającą świadków od przesłuchującego, a następnie rzucił się na

oskarżycielkę publiczną, Jane Venable.

Stampler: (krzyczy) Ty załgana suko, chcesz mnie zabić!

Oskarżony Stampler został obezwładniony przez policję sądową. Na sali

powstał chaos.

Sędzia Shoat: Spokój! Spokój na sali! Cisza!

A więc to jednak ów symbol na karku Rushmana wyprowadził z równowagi Stam-plera zeznającego z ławy świadków. Problem najwidoczniej rozstrzygnięto w gabinecie sędziego, kiedy bowiem wznowiono rozprawę, sędzia Shoat oznajmił, że prokuratura zawarła ugodę z obroną. Aaron Stampler został wysłany do stanowego szpitala psychiatrycznego w Daisyland, gdzie miał przebywać „do czasu, aż władze stanowe uznają, że jest zdolny powrócić na łono społeczeństwa".

Na czym polegał kompromis zawarty w gabinecie sędziego i dlaczego go zawarto? Nad tym zastanawiał się St. Claire zbierając swoje notatki. Ponieważ był człowiekiem metodycznym, układał kartki w porządku chronologicznym, raz jeszcze czytając każdą stronę, nim wpiął ją do teczki. W pewnym momencie zastygł, wpatrując się we fragment z początku rozprawy. Nagle poczuł suchość w gardle.

Mój Boże, pomyślał, jak mogłem to przepuścić!

I gdzie, psiakrew, przebywa obecnie Aaron Stampler?

13

Z okna swego biura na trzydziestym piętrze wieżowca ze szkła i stali Jane Ve-nable spoglądała w kierunku budynku sądów i myślała o Martinie Yailu. Od dawna nie doznała uczucia podobnego pożądania i nie czuła się tak dobrze z mężczyzną. Przez cały dzień przemykały jej przed oczami obrazy z minionej nocy, na parę sekund przesłaniając wszystko inne. Zapatrzona w mgliste powietrze późnego popołudnia zastanawiała się, czy i Martin podobnie przeżywał spędzone z nią chwile.

Boże drogi, reaguję jak nastolatka, uświadomiła sobie i zbyła to szybko wzruszeniem ramion.

Mimo że powinna wysłać sekretarkę z dokumentami, które należało złożyć w sądzie, postanowiła iść sama i przy okazji odwiedzić Yaila. Bo niby dlaczego nie? Przypomniała sobie pewne popołudnie sprzed dziesięciu laty, kiedy do tego samego gabinetu, który obecnie zamierzała odwiedzić, a który wówczas był jej gabinetem, wpadł niespodziewanie niezapowiedziany Vail. I wtedy, podczas rozmowy, złapała się na tym, że oddycha nieco szybciej i bardziej zwraca uwagę na niego samego, niż na to, co on mówi. Minęło dziesięć lat, a ona nadal pamięta to krótkie spotkanie, w czasie którego po raz pierwszy zdała sobie sprawę, jak bardzo ją pociąga ten nieokrzesany, niechlujny i wiecznie rozczochrany, śmiertelnie groźny mistrz sądowych pojedynków.

Od tamtych lat nieco się uładził. Włosy nosił trochę krótsze, ubrania mniej workowate i mniej wypchane w kolanach, ale za nową fasadą czyhało niejedno żądło. Nawet jako prokurator pozostał graczem i ryzykantem w odróżnieniu od większości prawników, których znała - najbardziej zainteresowanych tym, czy mają gabinet w rogu piętra, z oknami na dwa kierunki świata, i pochłoniętych myślami o tym, jaki model samochodu powinni sobie kupić.

No więc skoro coś między nami wreszcie zaistniało, to niech mnie diabli, jeśli pozwolę temu wygasnąć!

Ledwo to pomyślawszy, zaśmiała się z siebie.

Zaistniało! Miałoby wygasnąć? Jeszcze nic nie zaistniało, nie ma żadnego pożaru. Co ci chodzi po głowie, kobieto?

Wpakowała dokumenty do teczki i ruszyła do drzwi.

Z gabinetu na trzecim piętrze budynku sądów wypadł jak burza Abel Stenner i pobiegł w kierunku biurka Naomi.

- Gdzie się pali? - spytała sekretarka.

- Jest zajęty? - Wskazał palcem drzwi gabinetu Yaila, ignorując pytanie Naomi.

- Rozmawia przez telefon z...

- Nie mogę czekać - przerwał Stenner i wszedł do gabinetu prokuratora, Naomi tuż za nim.

Yail siedział w fotelu tyłem do drzwi i wysyłał kłęby dymu w kierunku wentylatorowego wyciągu. Słysząc za sobą szmer obrócił się w fotelu. Jedno spojrzenie na twarz Stennera wystarczyło, by zrozumiał, że wydarzyło się coś ważnego.

- Muszę kończyć, oddzwonię - powiedział do słuchawki i odłożył ją.

- Sprawa Delaneya rozwiązana! - obwieścił Stenner.

- Tak szybko? Kto? - spytała zaskoczona Naomi.

- Osobista sekretarka. Pięćdziesiąt trzy lata. Mąż sparaliżowany. Córka w kole-dżu.

- Rany boskie, jak oni na to trafili tak błyskawicznie? - dopytywała się Naomi.

- Najprawdopodobniej Shock się tym zajął - podsunął Vail.

- Trafiłeś. Właśnie zadzwonił do mnie z samochodu. Regulaminowo odczytali jej formułkę o prawach i tak dalej, no i wszystko opowiedziała. Dwa razy powtórzyła, że go zabiła. Przywożą ją. Morderstwo z premedytacją.

Vail zagwizdał.

- Dlaczego to zrobiła? - spytała Naomi.

- Jeszcze nie wiem. Może powinniśmy zejść do biura rejestracji zatrzymanych? Wszyscy troje szybkim krokiem wyszli z gabinetu.

- Chodź z nami! - rzucił Vail, przechodząc koło przepierzenia, za którym pochylona nad biurkiem pracowała Shana Parver.

- Dokąd? - spytała zaskoczona najpierw pukaniem w szybę, a potem krótkim poleceniem.

- Na parter.

Edith Stoddard szła skulona między Shockiem Johnsonem i Si Irangiem, którzy po wyjściu z samochodu prowadzili ją przez tłum cisnących się reporterów. Weszli z nią do izby zatrzymań w chwili, gdy otworzyły się drzwi windy i stanęli w nich Stenner, Vail i Shana Parver. Do holu wdarli się jednocześnie dziennikarze - trzy ekipy telewizyjne, fotografowie prasowi, reporterzy i komentatorzy radiowi. Wszyscy rzucili się do izby zatrzymań. Edith Stoddard miała ręce spięte kajdankami na plecach i wydawała się przerażona groźną scenerią oraz jej uczestnikami. Wzrok miała rozbiegany, mało przytomny. Pojawili się też liczni detektywi i policjanci po cywilnemu, ciekawi, jakąż to sławę aresztowano. Wszyscy obiegli szczelnie barierkę, która oddzielała biurową część izby od reszty obszernego pomieszczenia. Reporterzy podtykali aresztowanej mikrofony pod nos i wykrzykiwali pytania, odtrącając łokciami konkurentów. Reflektory na telewizyjnych kamerach zalały białym światłem całą przestrzeń.

Shock podprowadził zagubioną i przerażoną kobietę do wysokiego kontuaru będącego centralnym meblem izby zatrzymań. Edith Stoddard rozglądała się półprzytomnym wzrokiem po otaczającym ją tłumie, mrużąc oczy, ilekroć trafiał w nią oślepiający snop reflektorowego światła, i krzywiąc twarz ogłuszana wywrzaskiwany-mi pytaniami. Z bocznych drzwi sali wyszedł Eckling i zajął miejsce obok roztrzęsionej kobiety. Na twarzy miał triumfalny uśmieszek myśliwego pokazującego wszem i wobec trofeum. Vail z niesmakiem patrzył na całe to widowisko, popis Ecklinga i zachowanie reporterów.

- Cóż stało się z zasadą, że człowiek jest niewinny, póki nie udowodniono mu winy? - szepnęła stojąca obok Shana Parver.

- Ten sukinsyn Eckling zrobił z tego festiwal, popis własnego geniuszu - odparł Vail. Zaczął się przeciskać w głąb sali, za nim Stenner i Shana Parver.

Wchodząc z drugiej strony Jane Yenable wbite się w żądny sensacji tłum. Też z niesmakiem obserwowała całą scenę. Zobaczyła Yaila, który dotarł do Shocka John-sona i chwycił go za ramię. Nie dosłyszała jednak pytania, które mu zadał:

- Co Eckling, do cholery, wyrabia?

- Ja z tym cyrkiem nie mam nic wspólnego - zaczął bronić się Jonhson. Widać było niesmak na jego twarzy. - Edith Stoddard to dobra, miła kobieta. Właśnie odczytywaliśmy jej prawa, kiedy nam przerwała i powiedziała: Ja go zabiłam!" Powtórzyła to dwa razy.

- I jesteś pewien, Shock, że jej przyznanie się do winy ma ręce i nogi? Ma pokrycie w faktach?

- Powiedziała, że weszła do apartamentu, kiedy brał prysznic. State w przedpokoju, a on nago wszedł do salonu i nalał sobie drinka. Zobaczył ją. Kiedy dostrzegł w jej dłoni rewolwer, odstawił szklankę. Wtedy strzelite. A potem podeszła i dokończyła.

- Co jeszcze ci powiedziała?

- To już wszystko. Ona ma pięćdziesiąt trzy lata. Właśnie przechodziła na wcześniejszą emeryturę. Dziś był jej ostatni dzień w pracy. Mąż sparaliżowany, córka w koledżu. Delaney wyrzucił ją, żeby zrobić miejsce dla trzydziestoletniego blond wampa. Przed trzema tygodniami kupiła rewolwer trzydziestkęósemkę i przez dwa tygodnie uczyła się na strzelnicy, jak się nią posługiwać. State dokładnie tam, gdzie Okie powiedział, że stał morderca, kiedy strzelił do Delaneya. I wszystko wyznała, gdy już odczytaliśmy jej prawa. Czego ci jeszcze potrzeba?

- Wiesz, co z tym zrobi dobry obrońca? Sprowadzenie jej tu w świetle reflektorów, przesłuchiwanie bez adwokata! Nie będziemy mieli żadnych szans.

Vail przepchnął się do Ecklinga.

- Natychmiast skończ z tym cyrkiem! - odezwał się ostro. - Tym gorszącym widowiskiem naraziłeś całą sprawę.

- Psiakrew... - szepnął Eckling, ale nim zdołał powiedzieć coś więcej, Vail łagodnie ujął Edith Stoddard pod ramię i przez tłum wywrzaskujących reporterów wyprowadził do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie zwykle chwilowo przebywali podejrzani po formalnym spisaniu danych. Ciężkie drzwi tłumiły hałas w izbie zatrzymań.

- O Boże! - powiedziała Edith Stoddard i zamknęła oczy.

Gdy reporterzy zaczęli się rozchodzić, Jane Yenable ruszyła w kierunku zamkniętych drzwi. Przecież ja tę kobietę znam, pomyślała.

Przed czterema laty Jane Yenable reprezentowała Delaney Enterprises w sprawie dotyczącej uszkodzenia ciała. Edith Stoddard była osobistą sekretarką Delaneya. Jane Yenable przypomniała sobie, że bardzo ją wówczas poruszyła trudna sytuacja życiowa Edith. Miała sparaliżowanego męża. Jej córka, niesłychanie zdolna dziewczyna, właśnie rozpoczynała studia uniwersyteckie. Ciężar rodzinnych obowiązków przytłaczał Edith Stoddard. Już wtedy było to widoczne na jej jakby zmartwiałej twarzy. Teraz było bardziej widoczne.

Jane Yenable wyraźnie widziała upokorzenie i strach w spłoszonym spojrzeniu aresztowanej kobiety.

Bardzo wielu ludzi w tym mieście będzie uważało, że zabijając Delaneya oddała światu przysługę, pomyślała Jane, idąc w kierunku zamkniętego pokoju, gdzie znajdował się Vail z panią Stoddard.

- Jest mi niezmiernie przykro, pani Stoddard. Zawiadomienie mediów było niestosowne - powiedział Vail.

Edith Stoddard długo wpatrywała się w twarz prokuratora. Powoli strach zniknął z jej oczu, a zastąpił go stoicki spokój.

- Pan jest nowym prokuratorem okręgowym? - spytała.

- Tak. Ta pani to Shana Parver, jedna z moich współpracownic. Shana poda pani jej prawa.

- Już mi je odczytano.

- Wiem o tym. Ale chcę, żeby pani dobrze zrozumiała ich znaczenie. Do pokoju wpadł jak burza Eckling.

- Co ty sobie myślisz, do cholery... - zaczął, lecz nie skończył, gdyż Vail chwycił go brutalnie za ramię i niemal siłą wypchnął do pustego pokoju przesłuchań, wszedł też sam do niego i zatrzasnął za sobą drzwi.

- Słuchaj no, Eckling, to nie jest zwykła sprawa pochwycenia jakichś handlarzy narkotyków. Ta kobieta dostanie najlepszego z najlepszych adwokata, a każdy adwokat, wart nawet jednego centa, powiesi nas za jaja za ten cyrk, jaki urządziłeś w izbie zatrzymań.

- Co ty wygadujesz?! Przecież się przyznała!

- No to co? Czy precedensy prawne nic ci nie mówią? Jeśli braciszkowie adwokaci potrafią chodzić, a potrafią, to ta kobieta wyjedzie z sali sądowej na złotym rydwanie, a ty go będziesz ciągnął. - Vail przebijał powietrze palcem, niby ostrzem skierowanym w pierś Ecklinga. - Ta kobieta jest niewinna, póki ława przysięgłych nie zdecyduje inaczej albo póki sędzia z jej własnych ust nie usłyszy przyznania się do winy. Chociaż w to ostatnie wątpię, Edith Stoddard zmieni bowiem swoje tak zwane zeznanie z chwilą, gdy dobry adwokat przekona ją o słuszności takiego kroku. - Vail ruszył w kierunku drzwi, ale w pewnej chwili obrócił się ku policjantowi: -I zapamiętaj sobie jedno, Eckling, to już nie pierwszy prokurator z tobą rozmawia, ale prokurator okręgowy. Wyjmij łeb z dupska i zmykaj.

Vail wrócił do sąsiedniego pomieszczenia w chwili, gdy wyprowadzano panią Stoddard w celu pobrania jej odcisków palców i spisania danych osobowych.

- Nie chciała mnie słuchać - powiedziała Shana Parver, podchodząc do Vaila. -Kobieta upiera się, że go zabiła, i nie chce żadnego procesu.

- Czy ona zdaje sobie sprawę, że grozi jej dożywocie bez szansy warunkowego zwolnienia?

- Wydaje mi się, że nie interesuje jej to w najmniejszym stopniu - odparła Shana.

Otworzyły się za nimi drzwi i weszła Jane Yenable. Oczy jej gorzały. W całej krasie dawna Jane gotowa do walki.

- Co tu się dzieje? - zapytała. - Eckling z maczugą na biedną kobietę?

- Wiem, wszystko wiem. Masz rację. Właśnie dałem «iu po uszach. Znasz Shanę Parver? Shana, to jest Jane Yenable.

- Cześć! - powiedziała Shana. - Mam wrażenie, że dobrze panią znam. Kilka razy czytałam transkrypt procesu Stamplera.

- Miałam lepsze dni! - odparła Jane, zabijając wzrokiem Yaila.

- Co tu robisz? - spytał szybko Vail i natychmiast dodał: - Bardzo mi miło cię widzieć, ale jestem zaskoczony wizytą.

- Przyszłam złożyć pozew i zobaczyłam cisnący się motłoch. Pomyślałam, że może aresztowano burmistrza albo kogoś równie ważnego.

- Shichaj, Janie, zrób kobiecie przysługę... - zaczął Vail.

- Jaką przysługę?

- Ona postanowiła przyznać się do zabicia Delaneya. Nie ma adwokata. Sędzia Pryor najprawdopodobniej wyznaczy rano obrońcę z urzędu... Ale do rana będzie miał ją w łapach Eckling od chwili, gdy tylko ją zarejestrują. Jeśli kobieta jemu powtórnie się przyzna, to nie będę miał wyboru. Będę zmuszony żądać maksimum...

- Przecież nie mogę, Marty...

- Możesz tam wejść i porozmawiać z kobietą. Wyjaśnij jej, jakie ma możliwości... Jane skrzywiła się.

- Pakujesz mnie nie wiadomo w co, tylko dlatego, że przypadkiem tu się znalazłam... To nie fair.

- Proszę cię, ponieważ jesteś najlepsza i ponieważ jesteś kobietą. Może ona przyjmie radę od ciebie.

- Cholera! - Jane Yenable zaklęła i przeszła tam i z powrotem po pokoju. - Znasz jakieś szczegóły?

- Sprawa mętna. To zresztą w tej chwili nieważne. Ona potrzebuje kogoś, kto potrzyma ją za rączkę, póki nie zjawi się właściwy obrońca. Potrzymaj ją tylko za rękę. O nic więcej nie proszę.

- Boże drogi, Marty! Co z tobą? Mówisz jak obrońca, a nie prokurator.

- Słuchaj, Janie. Kobieta właśnie straciła pracę. Jej mąż jest sparaliżowany. Córka w koledżu. Edith Stoddard pewno nie ma pieniędzy na dalsze opłacanie studiów. Zawalił się jej cały świat. Jeśli teraz uczyni fałszywy krok, otrzyma wyrok bez prawa do przedterminowego zwolnienia. Bo tego będziemy zmuszeni zażądać i to jej sędzia wlepi.

- Przedziwny z ciebie prokurator, Marty.

- Chcę poznać wszystkie szczegóły, nim zdecyduję, na co ta kobieta zasługuje. Jeśli damy Ecklingowi wolną rękę, nie będę miał żadnej możliwości wyboru. Porozmawiaj z nią, Janie, proszę... - Uśmiechnął się. - Stawiam kolację.

- Pocałuj mnie, wiesz gdzie - mruknęła Jane Yenable i poszła w kierunku pokoju, do którego wprowadzono Edith Stoddard.

- Wiem gdzie - odparł roześmiany Yail.

Shana Parver patrzyła na nich z ironicznym uśmieszkiem na twarzy.

- Myślałam, że się nie znosicie - powiedziała.

- Postanowiliśmy się znosić - poinformował ją Yail.

Harvey St. Claire przeprowadził niezliczoną ilość rozmów telefonicznych z osobami związanymi z katolicką katedrą. Z kościelnym, dwoma księżmi i grupą parafian. Wreszcie trafił na siostrę Mary Alice i ta udzieliła mu odpowiedzi na pytanie.

- Czy siostra nie wie, co stało się z książkami z biblioteki biskupa Rushmana? - zapytał już zrezygnowany. - Nikt mi nie może powiedzieć.

- Może powtórzy pan swoje nazwisko. Skąd pan dzwoni?

- Nazywam się Harvey St. Claire. Dzwonię z biura prokuratora okręgowego.

- Pracuje pan u pana Yaila?

- Tak. To mój szef. Siostra go zna?

- Raz go spotkałam. Przed wieloma laty - odparła. - Wiem, że to nie moja sprawa, ale może pan mi powie, czy pańskie pytanie o książki biskupa Rushamana ma coś wspólnego z Aaronem Stamplerem?

- Bardzo wnikliwe pytanie, siostro. Jak siostra odgadła?

- No cóż, pracuje pan dla pana Yaila, a pan Vail bronił Aarona. Książka z biblioteki biskupa byb ważnym dowodem oskarżenia.

- Pamięta to siostra?

- Pamiętam tylko, że książka miała coś wspólnego z morderstwem. To było bardzo dawno temu.

- l siostra może wie, gdzie te książki znajdują się obecnie?

- Zna pan Bibliotekę Newberry przy Walton Street?

Biblioteka Newberry wypełniała okazały czteropiętrowy budynek z czerwonej cegły, zajmujący pokaźny odcinek ulicy West Walton, od skrzyżowania do skrzyżowania. Do wnętrza prowadziło troje drzwi pod wysoko sklepionymi łukami. Instytucja obchodziła właśnie stulecie swego istnienia. Potężne gmaszysko symbolizowało swoim wyglądem zamierzchłą przeszłość i konserwatyzm. Ufundował ją niegdyś William Loomis Newberry, aby gościła „niezwykły zbiór niezwykłych zbiorów", l tak właśnie było.

Miła niewiasta, która przedstawiła się jako „Panna Prichard, zastępczyni głównego bibliotekarza", rozmawiała z ożywieniem, prowadząc St. Claire'a szerokimi przejściami między półkami pełnymi książek, map i dokumentów.

- Czy pan wie, że to był pierwszy zelektryfikowany budynek w mieście? - spytała, wskazując na sufit w holu. - Dlatego żarówki w świeczniku wiszą łebkami do dołu. Żeby ludzie wiedzieli, że to elektryczność. No bo lampy gazowe nie mogą palić się do dołu.

- Czy zawsze jest tu tak chłodno?

- Mamy kontrolowaną temperaturę dla trzydziestu kilometrów książek i manuskryptów - odparła z dumą panna Prichard. - Przez sto lat nie utraciliśmy ani jednej książki.

- To wielki sukces w naszych czasach, kiedy niektórzy ludzie gotowi są wszystko kraść.

- Myślę, że nasza klientela jest bardziej subtelna - odparła panna Prichard tonem obwieszczającym niepodważalną prawdę.

Tak zwany Księgozbiór Rushamana znajdował się w jednym z pomieszczeń w głębi gmachu. Było bez okien. Cztery ściany, z wyjątkiem drzwi, obłożone były po sufit książkami biskupa Rushmana. Pośrodku pokoju stał dębowy stół z trzema w równych odległościach ustawionymi mosiężnymi lampami z zielonymi abażurami.

Dokoła stołu zmieściło się jeszcze sześć ciężkich dębowych krzeseł. Było cicho jak w grobowcu.

Księgozbiór Rushmana okazał się zadziwiająco różnorodny. Utwory Dostojewskie-go i Dantego stały obok dzieł Rousseau, Hobbesa i Darwina. Oprawne w skórę to-miska prawa kanonicznego dzieliły przestrzeń z Faulknerem, Hammettem i Chand-lerem.

St. Claire szybko wyciągnął jedną z książek i przeczytał oznaczenie na grzbiecie. Skrzywił się. Pierwotny entuzjazm zastąpiło rozczarowanie. Osobliwy system stosowanej przez Rushmana indeksacji zastąpiono metodą dziesiętną Deweya. St. Claire rozejrzał się po półkach i zdał sobie sprawę, że nie ma sposobu na wyłuskanie tomu Cl 3. Przez następne kilka minut wpatrywał się w rzędy książek, usiłując doszukać się korelacji między oznaczeniami w systemie Deweya a dawnymi oznaczeniami Rushmana. Nid Obrócił się na pięcie i wrócił do biura panny Prichard.

- Panno Prichard, zauważyłem, że system inwentaryzacji książek Rushmana został zmieniony... - zaczął.

- O tak. Musieliśmy zastosować metodę Deweya. W całej bibliotece musi być jednolity system. Gdybyśmy akceptowali wyjątki, powstałby chaos. Ale nie uszkodziliśmy książek. U nas nigdy żadna książka nie została uszkodzona.

- Nie o to mi chodzi. Czy Biblioteka Newberry ma przypadkiem zachowany ślad dawnego systemu indeksacji Rushmana?

- Ależ jest pan drobiazgowy, panie St. Claire. Drobiazgowy perfekcjonista! - zaśmiała się z własnego dowcipu. - Zajrzyjmy więc do dokumentów. Może nam coś powiedzą.

Wyciągnęła wąską długą szufladę i zaczęła zgrabnie przerzucać palcami karty, jakby grała na fortepianie. Wreszcie wyciągnęła kartonik, przez chwilę odczytywała umieszczony na nim zapis i potem z uśmiechem na twarzy podała St. Claire'owi.

Na kartoniku widniał tytuł HUCKLEBERRY FINN. Była to karta systemu Deweya. W rogu znajdowała się informacja: „Indeks Rushmana - J03".

Twarz St. Claire'a rozjaśniła się.

- Niech panią Bozia błogosławi - powiedział. - Teraz wystarczy przejrzeć wszystkie karty, znaleźć C13, otworzyć książkę na stronie 489. Mam nadzieję, że będę wiedział, czego mam na niej szukać.

- Przypominam sobie panią - powiedziała Edith Stoddard do Jane Yenable. -Pani zajmowała się sprawą Robertsona. Uszkodzenie ciała. Chyba w 1990 roku. -Kobieta otrząsnęła się już trochę po upokarzającej procedurze zatrzymania i wydawała się nawet nieco odprężona. Siedziała przy poobijanym stoliku karcianym w malutkiej, tak zwanej przelotowej celi przy izbie zatrzymań. Oprócz stolika i pryczy nic innego w celi nie było. Edith Stoddard miała już za sobą pobieranie odcisków palców i rewizję osobistą. Dano jej pomarańczowy kombinezon ze słowem WIĘZIEŃ wydrukowanym na plecach. Rękawy kombinezonu podwinęła poza łokcie. Powiedziano jej, że pozostanie tu do sesji sądu następnego dnia rano. Jane przypomniała sobie tę celę sprzed dziesięciu lat. Chyba nic się nie zmieniło. Ten sam stół i ten sam szaroniebieskawy kolor ścian oraz zakratowane okno w rogu.

- Tak. Zajmowałam się sprawą Robertsona - odparła.

- Bardzo miła z pani osoba, ale drapieżna negocjatorka - powiedziała pani Stod-dard dość obcesowo, lecz bez najmniejszej intencji urażenia Jane.

- Za to mi płacą. Żebym drapieżnie broniła racji moich klientów. A nie po to, żebym była miła. Ale dziękuję za komplement.

- Ja nie potrzebuję obrońcy, panno Yenable - oświadczyła zdecydowanym tonem Edith Stoddard.

- Owszem. Potrzebuje pani. Nigdy w życiu tak bardzo nie był pani potrzebny obrońca, jak właśnie teraz - odparła Jane Venable.

- Jestem winna, panno Yenable.

- Proszę do mnie mówić Jane.

- Dobrze, Jane. Chcę przyznać się do winy i skończyć z całą sprawą.

- To jest bardziej skomplikowane, niż myślisz, Edith.

- Chyba nie.

- Słuchaj mnie uważnie: musisz zdawać sobie sprawę, że nawet jeśli go zabiłaś...

- Zabiłam go.

- Dobrze, zabiłaś. Ale mimo to musisz pomóc swojemu obrońcy czy obrończyni, by mogli uzyskać dla ciebie jak najsprawiedliwszy wyrok. Nawet jeśliby miało nie dojść do przewlekłego procesu, obrońca wyznaczony przez sędziego ma obowiązek oszczędzić ci, ile się da, czasu i problemów.

- Nie chcę procesu. Już to powiedziałam.

- To nie będzie proces, ale tak zwana sądowa ugoda. Przyznajesz się, ustalone zostają okoliczności i w zamian za oszczędzenie sądowi czasu, a podatnikom kosztów, zyskujesz względy sądu. Chodzi o ugodę między twoim obrońcą a prokuratorem.

- Z panem Yailem?

- Tak. Albo z jednym z wyznaczonych przez niego oskarżycieli.

- I ta ugoda będzie zawierana publicznie?

- Nie.

- Sama nie wiem... Ja po prostu... Ja chcę z tym jak najszybciej skończyć. Tak czy inaczej mam zrujnowane życie...

- Zastanów się, Edith! Kto będzie zajmował się twoim mężem? Co się stanie z twoją córką? f

- Tak czy inaczej nie będzie mnie przez wiele lat. Więc co za różnica?

- Jeśli uda nam się zmienić kwalifikację na zabójstwo, powiedzmy drugiego stopnia, to możesz otrzymać stosunkowo lekki wyrok. Powiedzmy dziesięć lat. I wtedy wyjdziesz na wolność po czterech albo najwyżej pięciu latach. To da im obojgu nadzieję. Będą wiedzieli, że nie pozostaniesz w więzieniu na zawsze.

Edith Stoddard wstała i podeszła do okna. Stała wpatrzona w jasno oświetloną ulicę przed gmachem sądów, zasłuchana w nocną ciszę, w której tle szczekał gdzieś pies. Westchnęła głęboko i jakby się skurczyła.

- Zrobisz to, Jane? - spytała, odwracając się od okna.

- Co mam zrobić?

- Wziąć moją sprawę w swoje ręce. . • .

- Rano mogę zaprowadzić cię do sądu, a potem sędzia...

- Nie o to mi chodzi. Poprowadzisz moją sprawę do końca?

- Ja mam swoje...

- Przecież powiedziałaś, że chodzi tylko o to, żeby usiąść z panem Yailem i wszystko omówić. Przecież to ci nie zajmie dużo czasu.

- Tu nie chodzi o czas. Od wielu lat nie zajmuję się takimi sprawami. Obawiam się, że nie jestem odpowiednią osobą. Są inni adwokaci, znacznie lepiej przygotowani...

- Nie chcę ich. Wobec tego powiem tylko sędziemu, że jestem winna, zabiłam. I niech będzie, co chce.

Jane Yenable westchnęła. Przez chwilę przyglądała się w milczeniu drobnej kobiecie, westchnęła po raz wtóry i spytała:

- Będziesz ze mną szczera? Powiesz mi wszystko, co muszę wiedzieć, żeby uzyskać najkorzystniejszy rezultat?

- To zależy.

- Od czego?

- Od tego, co chcesz wiedzieć.

Restauracja „U Cochrana" była podniszczonym pomieszczeniem z mahoniowymi boazeriami i pełnym błyszczącego mosiądzu. Specjalnością były steki. Pachniało piwem i dymem tytoniowym. Lokal mieścił się o jedną przecznicę od rzeki, w pobliżu starego budynku gazety „Sun Times", i od wielu lat stanowił ulubioną kryjówkę Yaila. Na wielkim ekranie telewizora obtańcowywali się dwaj bokserzy wagi półciężkiej, w sąsiednim zaś rogu, od frontu odbywał się hałaśliwy pojedynek w rzucaniu do czarnej tarczy rzutkami. Parunastu stałych bywalców obsiadło barowe stołki, obserwując na ekranie ostatnią rundę walki.

- Widzę, że znasz najlepsze spelunki - powiedziała Jane, rozglądając się po hałaśliwym wnętrzu.

- Nie narzekaj. Najlepsze steki w mieście. Chodźmy na zaplecze. Tam jest cicho.

W małej salce na zapleczu znaleźli niszę odgrodzoną przepierzeniami od sąsiednich podobnych stołów. Przepierzenia doskonale tłumiły harmider panujący w głównej sali. W głębi zaplecza, nad łukiem prowadzącym do niszy, widniała tabliczka DLA PAŃ obramowana starymi reklamami papierosów i piwa.

- Teraz wiem, dlaczego tu nikogo nie ma. Żadna szanująca się kobieta nie przestąpiłaby progu tego lokalu. A chłopy wolą siedzieć w hałasie i smrodzie - powiedziała Jane. - Ten lokal powinien zostać przechrzczony na „Jamę szowinistów". -Nim usiadła, serwetką strzepnęła okruchy z ławki.

- Nie wspominałaś, że wstępujesz do klubu snobów - odparł Yail.

- Tak jak każdy lubię irlandzkie bary, ale ten lokal od tygodni nie widział szczotki i ścierki od kurzu. Aż dziwne, że nie zainteresował się tym inspektor sanitarny.

- Inspektor sanitarny nie odważyłby się tu wejść. Zostałby wrzucony do rzeki. Czego się napijesz, Jane?

- A co jemy?

- Stek, frytki, sałata, bułka.

- No to pastylkę Alka-Seltzer w szklance wody. Vail roześmiał się. - A czym to popijesz?

- Whisky z wodą.

Kelner miał zdeformowane uszy zapaśnika, potężne łapska i jedno szklane oko.

- Cześć, Martin, cześć! Jak się mamy! - wyseplenił, stawiając na stole butelkę po koniaku z wetkniętą w nią świecą, którą zapalił od wielkiej kuchennej zapałki. - Dla atmosfery - wyjaśnił.

- Taran, to jest panna Yenable. Być może zostanie regularną klientką. Masz ją należycie traktować.

Taran się rozpromienił. - Ale doda szyku naszej budzie!

- Dziękuję za komplement - odparła Jane. -Ale nie wiem, po co wam więcej szyku.

- Taran był niegdyś mistrzem Kanady w wadze ciężkiej - wyjaśnił Vail.

- To wspaniale - skomentowała.

- Piąłem się, piąłem się, ale zboczeniec wybił mi oko, a jakieś bydle rozdeptało je obcasem. Wyobraża sobie pani? Rozdeptało obcasem!

- Fascynująca opowieść - stwierdziła Jane. - Nie myśli pan o wydaniu pamiętników?

Taran przez długą chwilę wpatrywał się w sufit, rozpatrując istotę propozycji. -Może... właśnie, kiedy ja sobie nic nie przypominam. - Wzruszył ramionami. - A co tam. Więc żytnia z wodą i cygaro dla mistrza... A co z żarciem? Jak to jest? Pani Yannie... Yinnie...?

- Yenable - odparła Jane słodziutkim głosem. - Ale najłatwiej będzie po prostu Jane. I proszę o Black Jacka z wodą.

- Już się robi - odparł z szerokim pokiereszowanym uśmiechem. - Lubię babki, które wiedzą, co pić. - Odszedł, wycierając dłonie o fartuch zatknięty za pasek od spodni.

- Następnym razem zaprowadzę cię do „Herbaciarni Ciotki Klary". Wszystkie kelnerki mają po dziewięćdziesiątce i mówią staroangielskim.

- A co podają? Kanapki z ogórkiem i lemoniadę?

- Trafiłeś.

- No dobrze. Teraz mi powiedz o Edith Stoddard.

- Nie mogę. Jesteś przeciwnikiem.

- O Boże, znowu?

- Będę jej obrończynią.

- Co takiego? Prosiłem cię tylko o udzielenie jej rad, zanim sędzia jutro rano wyznaczy... - Zawahał się.

- Prawdziwego adwokata? To chciałeś powiedzieć?

- Wcale nie. Jednego z sądowych speców od spraw kryminalnych. To już nie twoje pole działania.

- Znowu jest. I to z twojej winy. Ty mnie do niej wysłałeś.

- Żebyś pomogła w ciężkiej dla niej chwili. Żebyś pomogła jej podjąć właściwą decyzję.

- Wiem. Ale to nie wyszło tak, jak sobie umyśliłeś.

- Co się, do cholery, stało?

- Stało się to, do cholery, że ona powiedziała, iż albo ja, albo ona opowie wszystko Ecklingowi.

Taran przyniósł drinki. Zbyt silnie postawił szklankę z whisky i trochę płynu wylało mu się na palce. Oblizał je.

Jane pochyliła się nad stołem i przyciszonym głosem powiedziała:

- Coś mi tu pachnie.

- Mianowicie co?

- Ona nie chce procesu. Woli raczej maksymalny wymiar kary.

- Dlaczego?

- Właśnie, dlaczego?

- Wiem tylko tyle, co mi powiedział Shock Johnson. Ona nic ci nie powiedziała?

- Nawet gdyby powiedziała, nie mogłabym ci powtórzyć. Ale dziś wieczorem nie chciała nic mówić. Poleciłam Ecklingowi, by ją do rana zostawił w spokoju, l mam zamiar narobić szumu na temat jego dzisiejszego spektaklu. Tak jest, drogi panie prokuratorze okręgowy, narobię hałasu!

- Psiakrew! Jesteś zaledwie godzinę poza gabinetem twojej złotodajnej firmy prawniczej, a już zaczynasz mówić jak dawna Jane.

- Nie pójdzie ci ze mną łatwo, Martin. Zamierzam walczyć.

- Powiedz to Shanie Parver. To jej sprawa.

- Dlaczego? Boisz się mnie i wolisz podstawić kogoś innego?

- To doświadczenie obu wam dobrze zrobi.

- Ona jest dobra?

- Błyskotliwa prawniczka. Może ciut zbyt agresywna. Myślę, że przypadniecie sobie do gustu. - Roześmiał się.

- W każdym razie wielkie dzięki. Powrócił Taran.

- Zamawiacie żarcie czy tylko pijecie? - zapytał.

- Steki. Jak chcesz swój? - zwrócił się do Jane.

- Półkrwisty.

- W środku tylko nieco różowy - wyjaśnił Taranowi Vail. - Pani nie lubi dobijać zwierzęcia podczas jedzenia.

Taran zarechotał.

- Macie pieczone kartofle? - spytała Jane.

- Jasne, że mamy - odparł urażonym tonem Taran.

- I sos szefa na sałacie - dodała.

Taran zmarszczył brwi i pytająco spojrzał na Vaila.

- Włoski sos. l dla mnie też - powiedział Vail.

- Trzeba było tak od razu. - Taran odszedł.

- Nie zdążyłam jeszcze przeczytać policyjnego raportu - powróciła Jane do sprawy Edith Stoddard. - Wiem tyle, co przeczytałam w gazetach. Nie podałeś mi żadnych szczegółów, a obiecałeś.

- Wyszłaś wcześnie.

- Pomyślałam, że będziesz diablo zmęczony, kiedy się wreszcie wyrwiesz i wrócisz do domu.

- Byłem cholernie zmęczony - przyznał z uśmiechem, ale natychmiast przybrał poważny wyraz twarzy. - Z tego, co mówi Shock, Edith Stoddard jest w poważnych opałach. Jeszcze w styczniu kupiła broń. Pistolet trzydziestkęósemkę. Pojechała na strzelnicę w Canaryville i przez kilkanaście wieczorów uczyła się z niego strzelać. Nie może zasłaniać się argumentacją, że działała w obronie własnej. Delaney był golutki, kiedy oberwał. Stoddard strzeliła dwa razy. Raz tu... - Pokazał- palcem serce. - A drugi raz tu... - Wskazał miejsce nad prawym okiem. - Ten drugi strzał był oddany po namyśle i zbędny. Delaney przebywał już wtedy wśród aniołów. - Vail rozłożył ręce. - Teraz wiesz tyle, co i ja.

- Dlaczego ta kobieta woli ryzykować dożywocie bez prawa do wcześniejszego zwolnienia niż proces? - zastanawiała się Jane.

- Może nie ma zaufania do swej obrończyni.

- Świetny dowcip.

- Naprawdę nie wiem, dlaczego - odparł poważnie. - Nie domyślasz się?

- Może uważa, że lepsza śmierć od utraty honoru. - Wzruszyła ramionami. -Nie wiem.

- Delaney nie może już stracić honoru. Wcześnie zadbał o to, by się go pozbyć.

- Nie myślałam o nim.

Vail długo się zastanawiał. - Mąż? Myślisz, że miała kiedyś romans z Delaneyem? Chyba nie. On lubi kształtne ciałka, a nie mądre mózgi. Miła kobieta, ale nigdy nie należała do pięknych.

- Może on lubił takie i takie. Są mężczyźni, którzy idą za zapachem. Tym razem Vail zastanawiał się jeszcze dłużej.

- Jakoś tego nie widzę. A zresztą, co to zmieni? Nie kupię podobnej teorii obrony, że to odtrącona kobieta i tak dalej.

- Takie rzeczy się udają.

- Nie ze mną.

- Powiedz mi o tej... Parver.

- Ona też tego nie kupi. Jest zbyt napalona. I zbyt sprytna. Jeśli chcesz wybronić Stoddard od zabójstwa pierwszego stopnia, to musisz lepiej pokręcić główką.

- Śpiewasz teraz nieco inaczej, niż przed dwiema godzinami.

- Przed dwiema godzinami powiedziałem ci, że chcę być uczciwy wobec oskarżonej, ale nie obiecywałem taryfy ulgowej.

- Jej przyznanie się do winy jest prawnie dziurawe. Była w stresie, złożyła oświadczenie pod presją...

- Zamierzasz zrobić z tego aferę?

- Przecież jestem jej obrończynią!

14

Mężczyzna siedział pochylony nisko nad warsztatem, koncentrując uwagę na cienkim jak pajęczyna druciku, który przylutowywał do procesora mniejszego od paznokcia.

Był potężnej budowy, wysoko podwinięte rękawy koszuli odsłaniały muskularne ramiona. Na czubku nosa tkwiły okulary z powiększającymi szkłami.

- Idziesz na lunch, Raymond? - zawołał do niego Terry.

- Nie mogę teraz przerwać! - odkrzyknął Raymond, nie odrywając wzroku od roboty.

- Chcesz, żebym ci coś przyniósł?

- Owszem. Krakersy serowe i Coca-Colę.

- Dobra.

Raymond słyszał trzaśniecie drzwi. Skończył lutowanie, gorącą lutownicę odłożył na żaroodporną tackę, zdjął okulary i plecami wsparł się o tył krzesła. Z miejsca, gdzie siedział, widział przez szybę biuro i sekretarki, które zbierały się do wyjścia na lunch. Niewolnice przyzwyczajenia, pomyślał. Obserwując ich czynności można było regulować zegarek. Znikały w samo południe. Przez pięć dni w tygodniu. Gdy wyszły, wstał i poszedł do niewielkiego magazynu-warsztatu, pełnego magnetowidów, telewizorów i komputerów. Wybrał magnetowid i zaniósł go na swoje stanowisko robocze. Odkręcił wierzchnią płytę i wyjął spod niej minikomputer oraz czarne pudełeczko o wymiarach pięć na pięć centymetrów. Kawałkiem drutu telefonicznego przymocował pudełeczko do minikomputera. Następnie włączył komputer. Na klawiaturze wystukał MODEM i po chwili na ekranie pojawiło się MENU. Kursor ustawił na odbiór i nacisnął klawisz ENTER. Po chwili w rogu ekranu zamigotały słowa POŁĄCZENIE UZYSKANE. Patrzył na puste biuro za szybą i czekał. Minęło pięć minut, nim na ekranie pojawiło się krótkie zdanie GOTOWA DO ROZMOWY.

l zaraz potem rozpoczęła się komputerowa rozmowa:

Odbierasz, Lis?

Jestem, Hydro, jesteś gotowa?

Zawsze jestem gotowa, Lis.

Widziałaś osobę?

Tak, przed trzema dniami.

l znasz sygnaturę?

Znam na pamięć, Lis.

Doskonale. Lerue dziś wieczorem.

Bardzo ci dziękuję, Lis. Od dawna czekam.

Czas jest doskonały.

Dziękuję, bardzo dziękuję. To świetny plan.

Bądź ostrożna.

Zawsze jestem ostrożna.

Za dwa dni. O tej samej porze.

Za dwa dni.

15

Lex był wściekły. Ostatni kurs dnia, a musiał jechać pięćdziesiąt kilometrów do Hilltown, żeby doręczyć jedną głupią paczkę. Pięćdziesiąt cholernych kilometrów w dniu, kiedy na wieczór miał podgotowane dwie panienki. Nadeszły dobre czasy. Może sobie wybierać. Zachichotał i klepnął dłonią w kierownicę furgonetki. A może uda mu się zainteresować obie jednocześnie? To byłby ubaw!

Ale najpierw ta cholerna paczka. Pięćdziesiąt kilometrów od Hilltown i nie wolno mu pędzić ponad dozwoloną szybkość.

Ma już punkty karne. Jeszcze jeden mandat, a załatwią go.

Nie wolno ryzykować utraty prawa jazdy. Praca jest zbyt dobra z wyjątkiem dni, kiedy mu pakują późną przesyłkę i musi jechać pięćdziesiąt kilometrów w jedną stronę i pięćdziesiąt z powrotem. I wręczyć cholerną paczkę! To zajmie dziesięć minut. Wszystko załatwi w dwie godziny i będzie z powrotem w mieście o ósmej wieczorem. I wtedy podejmie decyzję.

Toni czy Jassie? Brunetka czy ruda?

Był tak zamyślony, że omal nie przegapił zjazdu z autostrady. Skręcił w ostatniej chwili.

Komu, do cholery, chce się mieszkać w podobnej dziurze! W reflektorach zobaczył tablicę ze słowami GRANICA MIASTA.

To chyba kpiny? Granica miasta! Jakiego miasta? Tysiąc dwustu mieszkańców. Cała ludność tego „miasta" zmieściłaby się w starym kinie „Paramount" w St. Louis.

Zapalił światło w szoferce i wyjął kwit doręczeniowy.

Calvin Spiers. RFD2.

Niech mnie pocałują w... Cała ta wioska to jedno wielkie rfd... Jak tego faceta znaleźć? Zaklął. Ale na odwrocie kwitu ktoś nabazgrał kilka słów. Może informacja? Zwolnił i podnosząc kartkę pod nikłe światło odczytał:

Skręcić na lewo za biblioteką publiczną. Po dwu kilometrach jest jaskrawoczerwona skrzynka na listy tuż za sklepem Elmo's SuperStore.

Niezbyt to skomplikowane. Powinien trafić.

Po dziesięciu minutach znalazł się za Hilltown na wiejskiej drodze. „Elmo's SuperStore" miał po prawej ręce - ponury niski budynek z żelbetonowych prefabrykatów z migającym neonem na dachu. Minął go i reflektory prawie natychmiast wyłapały czerwoną skrzynkę.

Nie było trudno znaleźć, pomyślał.

Skręcił w gruntową drożynę przy skrzynce i wytężył wzrok, wypatrując jakiegoś śladu życia. Wreszcie przez drzewa mignął mu dom po lewej. Domek, nie dom. Między drzewami, zadbany podjazd. Lampa na ganku nie paliła się, ale przez zasłonę na oknie

widać było światło. Nie wiadomo dlaczego przyszło mu do głowy, że pewno w pokoju dziennym. Zatrzymał wóz w pobliżu drzwi wejściowych, dwa razy zatrąbił, wyszedł z furgonetki, przeszedł na jej drugą stronę i odsunął drzwiczki. Paczka była niewielka, może trzydzieści na trzydzieści centymetrów. I lekka. Ponad pół kilo? Kilo?

Nie słyszeli mnie, pomyślał i wszedł po schodkach na ganek. I wtedy zobaczył kartkę wetkniętą w ramę zewnętrznych siatkowych drzwi. Położył paczkę na deskach ganku i wyciągnął kartkę.

Do doręczyciela przesyłki: musiałem pójść do sklepu. Drzwi są otwarte. Proszę położyć paczkę na stole w pracowni. Drugie drzwi po lewej. Dziękuję.

Przekręcił gałkę drzwi. Były otwarte. Zobaczył długi ciemny przedpokój, a na jego końcu drzwi. Otwarte. Trochę światła niewidocznej lampy przedostawało się do przedpokoju.

Powinienem paczkę zostawić tu, przy drzwiach wejściowych. Co on sobie myśli? Że jestem kamerdynerem?

- Czy ktoś tu jest? - zawołał. - Żadnej odpowiedzi. - Panie Spiers!

Nie zostawił paczki i poszedł z nią w głąb przedpokoju. Zauważył na ścianie wyłącznik i przekręcił go. Nic. Spojrzał w sufit i zobaczył zwisającą oprawkę bez żarówki. Gdyby nie te troszkę światła z pokoju, nie widziałby nic.

- Facet mógłby zostawić na progu latarkę - mruknął do siebie.

- Jest tu ktoś? - wykrzyknął jeszcze raz, zbliżając się do drugich drzwi po lewej. - Przesyłka ekspresowa!

Uchylił drzwi i zajrzał do ciemnego wnętrza. Nic nie widział. Odłożył paczkę na podłogę i obiema dłońmi zaczął obmacywać ścianę w poszukiwaniu przełącznika. Nie słyszał i nie widział postaci, która z wysoko podniesioną ręką zbliżała się w mroku za jego plecami. Lex ujrzał tylko błysk światła z sąsiedniego pokoju. Zaczął się odwracać, gdy poczuł straszliwy ból w plecach, przenikający do klatki piersiowej.

Zawył i zatoczył się do przodu chwytając framugę drzwi. Ostrze noża wymknęło się z pleców. Ale uderzyło powtórnie tym razem pod łopatkę, stwarzając nowe ognisko bólu. Osunął się na kolana, na ślepo machając rękami. Trafił na oparcie krzesła i mocno je uchwycił.

- O Boże, Boże...! Jestem tylko doręczycielem... Poczta ekspresowa! Proszę...! Kolejny cios! I jeszcze jeden. I jeszcze. Rzucał się nieporadnie na boki, usiłując

umknąć śmiertelnym pchnięciom w plecy, w ramiona, w boki. Pokój zamienił się w skłębioną przestrzeń, a on był jednym z jej rozdygotanych elementów. Drobiną w bezmiarze bólu. Na ustach miał smak soli, z twarzy'spływały mu gęsto krople potu. Poczuł nad uchem gorący oddech i usłyszał szept:

- Billy... Peter...

- O mój Boże! - odparł słabym głosem. Ostatnie, co poczuł, to podcinanie gardła. A potem już nic. Powietrze ze świstem uciekło z otwartej rany. Powietrze z krwią. Morderca z demonicznym uśmieszkiem na twarzy zadawał w ciemnościach dalsze ciosy.

Kiedy wreszcie uznał, że właściwie dokonał egzekucji, umoczył palce w rosnącej kałuży krwi i odsunąwszy włosy z karku ofiary wypisał na nim: R41.102.

16

Przez drewniane sztachetki okiennic przeciskały się czerwone promienie porannego słońca, rzucając głębokie ostre cienie na parkiet. Vail leżał na plecach, wpatrzony w upstrzone różowymi plamkami kremowe katedralne sklepienie, odbijające światło poranku. Obrócił głowę. Jane leżała obok z głową opartą o jego ramię. Lekką puchową kołderkę podciągnął na jej obnażone ramiona i cicho wysunął się z łóżka. Zaczął zbierać rozrzucone na ziemi ubranie i obuwie.

Mruknął przypomniawszy sobie, skąd się tu wziął.

Tudor Manor był jedną z rezydencji kompleksu budynków wzniesionych w połowie lat dwudziestych i naśladujących angielskie budowle epoki Tudorów. Amerykańskie kopie nie pasowały swym zewnętrznym wystrojem do architektury dzielnicy zwanej Rogers Park, gdzie panował styl środkowo-zachodnich stanów. Każdy budynek (a było ich cztery w zespole określanym ogólną nazwą Tudor Estates) był zakończony potężnymi szczytami, miał ozdobne gargulce i zwieńczenia kominów, kre-nelaże, łupkowe dachówki oraz wysokie okna ze szprosami.

Jane przekształciła wnętrze w jasne, miłe mieszkanie. Ściany były pastelowe, boazerie i futryny w barwie wybielonego dębu. Okna wychodziły na park. Przeciwległa do okien ściana została częściowo wybita, by mogło powstać atrium w mosiądzu i szkle, sięgające wyższego piętra. W atrium rosły dwa potężne fikusy, a po oszklonych ścianach rozpełzły się pnące rośliny. Wokół obu fikusów i między nimi kolorowy dywan tworzyły begonie, narcyzy i niecierpki. Była jeszcze sypialnia gościnna, jadalnia i kuchnia - spełnienie marzeń najbardziej wyrafinowanego kucharza.

W szafce Vail znalazł filtry, w lodówce półkilogramową paczkę kawy. Najpierw zaparzył i wypił kawę, a dopiero potem udał się do gościnnej łazienki. Po półgodzinie, już w wymiętym ubraniu i koszuli z poprzedniego dnia, nalał ponownie kawy, tym razem do dwu kubków i jeden z nich zaniósł po schodach na górę do sypialni.

Postawił kubek na nocnym stoliku, pochylił się nad łóżkiem i pocałował Jane w policzek. Poruszyła się i sięgnęła za siebie. Jej dłoń trafiła na puste prześcieradło. Otworzyła jedno oko i półprzytomnie spojrzała na Yaila.

- Za trzy godziny masz być w sądzie - powiedział. - Sędzia Pryor będzie zła, jeśli się spóźnisz. Ale jeśli się pośpieszysz, to może jeszcze zdążysz pójść ze mną na śniadanie do Motyla.

Jane obróciła się na plecy.

- Przez następne trzy godziny będę bardzo zajęta - odparła sennym głosem.

- Czyżbyś szykowała jakąś niespodziankę, pani mecenas?

Powolnym ruchem ściągnęła z siebie puchową kołderkę, odsłaniając się aż poza pępek i wyciągnęła obie ręce w górę.

- Przeziębisz się - powiedział Vail. *

- Zawsze się tak rozbudzam - odparła. - Robi się zimno i odchodzi mi ochota na dalszy sen. A o tej porze nie ośmieliłabym się pojawić u Motyla. Zlinczowano by mnie, gdyby to odkryto. To twoja nora.

- Myślałem, że to już za nami.

- Po sprawie Edith Stoddard.

- To nie moja sprawa, ale Shany.

- Po dzisiejszej wstępnej rozprawie będziemy wiedzieli, jak stoimy.

- Wspaniale! - powiedział. Pochylił się nad łóżkiem, podpierając się obiema rękami na materacu i złożył pocałunek na ustach Jane. - Wobec tego do zobaczenia w sądzie.

Przed wyjściem, już na dole, zadzwonił pod numer telefonu Stennera w samochodzie.

Stenner odebrał po pierwszym sygnale. - Gdzie jesteś? Czekam przed twoim domem. Dzwonię do ciebie od piętnastu minut.

- Podjedź pod Indian Bounty Park na rogu Estes-Rockwell.

- Co tam robisz?

- Poranny bieg. Zadyszałem się.

- Cholera, co ty porabiasz o świcie na rogu ulicy...?

Vail odwiesił słuchawkę. Znał na pamięć uwagi Stennera. Wyszedł z domu i niemal pobiegł przez park na drugą stronę. Raz się zatrzymał i spojrzał za siebie. Okiennice jednego z okien sypialni były otwarte, widać było sylwetkę Jane. Stała owinięta kołdrą i patrzyła za nim. Nie pomachała. Patrzyła. Vail uśmiechnął się i poszedł dalej.

Troskliwość Stennera w stosunku do Yaila zrodziła się przed czterema laty, zaraz po tym, jak do Niepokornych dołączył Flaherty. Vail aż do przesady starał się być zawsze bezstronny, ale w głębi serca przyznawał, że Shana Parver i Dermott Flaherty są jego faworytami. Może dlatego, że dostrzegał w nich swego buntowniczego ducha. Parver buntowała się przeciwko bogatym rodzicom, Flaherty przeciwko ulicom, które go wychowały.

Flavin był niesfornym dzieckiem ulicy, zawsze w kłopotach. Wdawał się bójki, kradł w sklepach, próbował fachu kieszonkowca, jednym zdaniem zmierzał ku bramom więzienia. Ocaliło go jedno: lubił szkołę, kochał szkołę. Była jedynym miejscem, gdzie mógł się wznieść ponad swe beznadziejne życie. Kiedy go złapano na kradzieży portfela kibica drużyny Red Sox i zabraniu z niego dwu biletów na mecz, zacny sędzia, który wiele o chłopaku wiedział i był pod wrażeniem jego sukcesów szkolnych oraz doskonałych stopni, wysłał go do poprawczaka dla trudnych młodocianych przestępców. Tam oberwał sporo łań skórzanym pasem i kopniaków rozdawanych w nadziei, że zbuntowana dzika sierota spokornieje. Nie zapłakał ani razu.

Którejś nocy, dumając w nieogrzanej pustej komórce, która spełniała rolę karceru, miał objawienie: dysponuje tylko jednym atutem - błyskotliwym umysłem. Tylko inteligencja może mu posłużyć jako instrument oderwania się od ponurej rzeczywistości ulicy, wyjścia ze ślepego zaułku. Gdy powrócił na ulicę, zarabiał na życie uczestnicząc w nielegalnych walkach bokserskich bez rękawic na zapleczach podejrzanych barów, gniew zaś, pasję i bunt poświęcił książkom. W krótkim czasie stał się nie tylko jednym z lepszych uczniów, ale najlepszym w klasie.

Raz na miesiąc jechał pięćset kilometrów (dzięki uprzejmości zatrzymywanych na szosie kierowców) do więzienia Ossining, by spędzić trzydzieści minut na rozmowie z człowiekiem, który był odpowiedzialny za jego podłe życie.

- Zostanę adwokatem - mówił temu człowiekowi. - Wydostanę cię stąd.

- Pieprzyć adwokatów - odpowiadał rozmówca. - To przez nich tu siedzę.

Zmienił nazwisko z Flavin na Flaherty, żywił się hamburgerami i batonami czekoladowymi, żeby mieć siły, unikał przyjaźni w obawie, że to wyjdzie na jaw. Kiedy ukończył koledż, postanowił umknąć jak najdalej z Rochester i autostopem pojechał na zachód. W Chicago skończyły mu się pieniądze. Złożył podanie o stypendium na dalszą naukę, niezliczone godziny spędzał w bibliotece publicznej, aby przygotować się do egzaminu kwalifikacyjnego. Osiągnął wspaniałe wyniki. Dwudziestotrzyletni chłopak ujawnił, że ma dojrzałą wiedzę prawniczą. Nikt nie mógł zrozumieć skąd i jak, nikt o to nie zapytał, ale komisja kwalifikacyjna była pod wrażeniem; przyznała mu pełne stypendium na rok, uzależniając ciąg dalszy od wyników po pierwszym semestrze. W jednym z chicagowskich drapaczy chmur otrzymał pracę nocnego dozorcy i kiedy mógł, spał na pryczy w składziku sprzętu gospodarczego. Kiedy się nie uczył, przebywał zwykle na jakiejś sali sądowej, robił notatki i przypatrywał się adwokackim tuzom w akcji, współczując przy tym zawsze oskarżonym i odczuwając wrodzoną niechęć do prokuratorów. Niechęć ta wyparowała, gdy podczas kilku rozpraw poznał Vaila i przeczytał parę artykułów na temat jego Niepokornych. Z pewnym ociąganiem przyznał się sobie po roku, że zastępca prokuratora okręgowego jest jego idolem. Pierwszy rok studiów zakończył z doskonałymi ocenami, a po następnych dwóch latach pełnego stypendium otrzymał dyplom z wyróżnieniem. Został prawnikiem.

Miał wówczas dwadzieścia siedem lat. Znał doskonale ulicę. Był twardy. Nieto-warzyski. Błyskotliwy.

Otrzymywał wiele propozycji od znanych firm prawniczych, ale postanowił pracować u złamanego życiem sądowego bojownika, Sida Bernsteina, niegdyś wielkiej gwiazdy świata adwokatury, który niestety polegał na alkoholu i kokainie, by przetrwać dzień. Flaherty udoskonalał swoje umiejętności, zapoznając się z aktami dawnych spraw starego prawnika. Rano wyciągał pijaczynę z łóżka, podprowadzał go pod lodowaty prysznic, pompował weń litry najczarniejszej kawy, ubierał go i zawoził do sądu. Następnie „przeprowadzał" przez każdą sprawę notkami podtykanymi pod nos i wskazywanymi palcem fragmentami uczonych ksiąg prawniczych. Któregoś poranku, gdy Bernstein nie pojawił się w kancelarii, Flaherty pojechał do jego mieszkania i dowiedział się, że starego zabrano w nocy do szpitala. Ostre zapalenie płuc. Mistrz przeżył jeszcze pięć dni.

Po pogrzebie, siedząc w ponurej kancelarii Bernsteina i patrząc na tomiska prawnicze w wytartych oprawach i na zniszczone segregatory, usłyszał szelest, podniósł głowę i ujrzał w drzwiach atrakcyjną kobietę o czarnej twarzy.

- Dermott Flaherty?

- Tak, Dermott Flaherty.

- Bardzo mi przykro z powodu Bernsteina.

Flaherty nie wiedział, jak na to odpowiedzieć. Bernstein był dla niego cierniową ,koroną, noszoną przez półtora roku.

- Dziękuję. Czym mogę pani służyć?

- Przejmuje pan jego kancelarię?

- Tu nie ma nic do przejęcia. Zastanawiam się tylko, co zrobić z biblioteka i innymi rzeczami. Czy pani chce...?

- Szuka pan pracy?

- Zależy jakiej.

- Prawniczej.

- U kogo?

- Słyszał pan o Martinie Vailu?

Kiedy się zjawił na rozmowę z Vailem, zamiast koszuli miał czarny golf i twee-dową marynarkę, którą za sześć dolarów kupił w lombardzie przy Division Street. Do tego włożył tenisówki. Nie oczekiwał wiele po tym spotkaniu.

- Obserwowaliśmy pana w sądzie - zaczął Vail. - Przez półtora roku utrzymywał pan przy życiu starego Bernsteina.

- Praca jak każda inna.

- Ma pan dobry życiorys prawniczy, panie Flaherty. Doskonały dyplom. Prawdopodobnie mógłby pan znaleźć dobrą posadę w kilku lepszych firmach prawniczych. Dlaczego wybrał pan Sida?

- Pomyślałem, że więcej się od niego nauczę.

- W rzeczywistości to pan prowadził te sprawy firmowane przez Bernsteina. -Vail przerzucał kartki transkryptu przygotowanego przez sekretarkę.

- Pan węszył w moich sprawach? - spytał zaczepnie Flaherty.

- Niepokoi to pana, tak? Flaherty tylko wzruszył ramionami.

- Pochodzi pan z Rochester w stanie Nowy Jork? Flaherty chwilę się wahał, nim odpowiedział. - Chyba tak...

- Chyba tak? Nie zna pan miejsca swego urodzenia? - zapytał ze śmiechem Vail.

- Staram się o tym zapomnieć.

- Dlaczego? Wcale nieźle poradził pan sobie jako bezdomny chłopak bez rodziców. Ile lat spędził pan jako dziecko ulicy? Kiedy stracił pan matkę i ojca?

Flaherty zerwał się jak oparzony. Dłonie miał zaciśnięte w pięści, twarz czerwoną ze złości. Ta reakcja zdumiała Vaila.

- Nie ma o czym mówić. Do widzenia - rzucił Flaherty, idąc do drzwi.

- Masz problem, synu. Poważny problem. Masz też zadatki na doskonałego prawnika, ale pod skórą utkwiła ci drzazga. Czyżbyś miał pretensję do całego świata?

- Nic z tego nie wyjdzie - odparł Flaherty z dłonią na gałce drzwi.

- Z czego co ma nie wyjść? Siadaj, chłopcze. Chcę z tobą poważnie porozmawiać. Nie musisz mi opowiadać o Rochester. Możesz zapomnieć o Rochester. Nie będziemy o tym mówić.

Flaherty wrócił i usiadł. - Mogę zapalić? - spytał. Vail obrócił fotel i włączył wyciąg. Także zapalił.

- Wcześniej czy później i tak pan się dowie.

- Czego się dowiem, synu? Jakiż to wielki ciężar dźwigasz?

- Matka umarła, kiedy miałem dziewięć lat...

- Akceptuję tę wersję - odparł Vail.

Flaherty spojrzał bacznie na Yaila i nagle posmutniał. Zrezygnowany wzruszył ramionami.

- Niech tam będzie... tak naprawdę to ona sama nie umarła... Co innego się wydarzyło... - I opowiedział to, co w sobie przez te wszystkie lata tłamsił. - Mój ojciec ją zabił. Zatłukł na śmierć własnymi rękami. Siedzi w Sing Singu na oddziale skazanych na śmierć. Siedzi tam od... dwudziestu lat. Często myślałem... Dawniej tak myślałem... że muszę zostać adwokatem po to, żeby go wyciągnąć. Zabrałbym go i potem...

- Co potem? - spytał Vail po dłuższym milczeniu.

- Potem zatłukłbym go w taki sam sposób, jak on mamę. Tłukłbym go i tłukł... - Młody człowiek zamilkł i tylko nerwowo się zaciągał.

- Kiedy go pan po raz ostatni widział?

- Nim tu przyjechałem, przed czterema laty. Przedtem odwiedzałem go co miesiąc. Potem, jak wyjechałem, nawet ani razu nie napisałem.

- Dermott!

- Słucham?

- Twój ojciec umarł przed dwoma laty. Na serce.

- A więc pan o wszystkim wiedział?

- Naomi się dowiedziała. Naomi Chance. Kobieta, która cię odwiedziła po śmierci Sida. Naomi zawsze wszystko wie. Jest jeszcze bardzo młodym prawnikiem. A więc sprawa ojca... To już przemyślałeś i ten rozdział zakończony. Tak czy inaczej to nie była twoja wina. Jeśli idzie o nasze biuro, to mamy bardzo zgrany zespół. A w jego łonie komórkę w pewnym sensie elitarną. Prasa nazywa ją „Drużyną Niepokornych". Jej członkowie wzajemnie się wspierają i wzajemnie na sobie polegają. Gdybyś do nich dołączył, oczekiwaliby tego samego po tobie. Presja pracy jest tam olbrzymia. W pojedynkę nikt tam nic nie zdziała. Kto wie, może gdybyś w tym zespole się znalazł, to raz na zawsze pogrzebałbyś przeszłość. A jeśli ją pogrzebiesz, to o niej zapomnisz. Chcesz tę pracę?

Stenner był bardzo sceptyczny co do nowego rekruta, który obnosił ostentacyjnie swoją ponurość, ubierał się na czarno, jak dyrektor domu pogrzebowego, i który był nadal w zasadzie „ulicznym gówniarzem". Stenner użył właśnie takiego określenia.

Sytuację poważnie zmieniła sprawa Shouldersa. Vail po raz pierwszy znalazł się w sytuacji zagrożenia żyda.

Jake Shoulders, któremu lista popełnionych przestępstw odbierała prawo otrzymania licencji na prowadzenie handlu alkoholem i bronią oraz prowadzenia restauracji czy barów, siedział cicho i nie wychylał się publicznie, ale był dobrze znany w okręgowej prokuraturze. Jego specjalnościami były szantaż i wymuszanie, a ofiarami środowisko miejskich funkcjonariuszy. Na listę Shouldersa wcześniej czy później trafiali wszyscy, którzy mieli coś do ukrycia: zwykli pracownicy urzędu miejskiego, radni, szefowie wydziałów i departamentów. Dzięki temu procederowi Jake rozwinął skrzydła. Zaczął kręcić w biznesie restauracyjnym. Pod fałszywymi nazwiskami uzyskiwał licencję na sprzedaż alkoholu, a nawet udało mu się wkręcić w lukratywne interesy w porcie lotniczym. Było jasne, że komuś się opłaca. Komuś

postawionemu odpowiednio wysoko w miejskiej hierarchii. Komuś, kto zbierał śmietankę i z otrzymanych funduszy wręczał „gratyfikacje" inspektorom sanitarnym i policjantom, mającym baczyć, by licencje były nie tylko szybko wydawane, ale dobrze kryte.

Vail i jego ludzie dobrze wiedzieli, co Shoulders kombinuje, ale nie potrafili uzyskać dowodów przekupstwa miejskich funkcjonariuszy. Bez takich dowodów nie można było wystąpić przeciwko Jake'owi. Gdyby udało się zdobyć dowody powiązań dostojników z ratusza z gangiem, to bardzo zaszkodziłoby to mafii od zbyt wielu lat rządzącej miastem. Yailowi potrzebny był punkt zaczepienia, jeden świadek, jeden świstek papieru, który wykazał „obecność" Jake'a w ratuszu. Nadarzyła się okazja, gdy za napad z bronią w ręku aresztowano dwukrotnego recydywistę o nazwisku Bobby Bollinger. Bollinger miał trzydzieści trzy lata i postanowił zeznawać w zamian za immunitet i bilet dokądś daleko od miasta, wiedział bowiem, że jako recydywiście grozi mu wysoki wymiar kary bez szansy na przedterminowe zwolnienie. O swojej intencji powiadomił Stennera, który właśnie po raz trzeci go aresztował. Stenner umieścił Bollingera w bezpiecznym, jak sądził miejscu - podupadłym hoteliku przy Erie Street. Wtedy Bollinger zaczął wierzgać.

- Bollinger kręci - powiedział któregoś poranka Stenner Yailowi.

- O co mu chodzi?

- Dostał od nas bardzo dużo.

- Ale cierpi na syndrom Jeszcze więcej".

- Konkretnie czego chce?

- Chce specjalnej ochrony w stanie, w którym się znajdzie, i pracę, która mu da sto tysięcy rocznie. Żąda zmiany nazwiska i czystej kartoteki. Nowego samochodu. Powiada, że banda od razu trafi na jego starą Corvette.

- Jachtu nie chce? - spytał z rozbawieniem Vail.

- Powiada, że wszystko czego chce, to i tak jest mniej, niż teraz zarabia.

- A czy mówi, że właśnie dokonał napadu z bronią w ręku i skoro ma już za sobą wyroki, to teraz może iść do pudła na dłużej?

- Chyba o tym zapomniał.

- To mu przypomnij.

- Co byłbyś gotów dać mu z tej jego listy?

- Ochrona świadka w innym stanie i idąca za tym zmiana nazwiska. Tak, uda się nam załatwić to w innym stanie. Jego kartoteka natomiast zostaje ze starym nazwiskiem. Więc będzie miał to, czego chce. Ale żadnych stu tysięcy. Będziemy go utrzymywali przez trzy miesiące, kiedy będzie podlegał programowi przeszkoleniowemu. Potem musi chodzić o własnych siłach. I może też jeździć na rowerze. Może zostawić swoją Corvette.

- A jeśli powie „nie"?

- To otrzyma maksymalny wymiar kary bez ulg. Jest recydywistą.

- On sam się do nas zgłosił, Marty.

- Przyszedł do nas, bo się boi o własne życie. Po prostu chce je uratować i przy okazji zarobić.

- Powiada, że potrafi nam dostarczyć dowody związków Shouldersa z ratuszem.

- Chwilowo tylko tak twierdzi. Nie wiadomo, co w rzeczywistości da. Poza tym nie mam zamiaru kupować dla nikogo skazującego wyroku za sto tysięcy dolarów rocznie. Chyba przyznasz mi rację, Abel?

- Sam nie wiem. Kupując od Bollingera możemy pozbyć się gromady łobuzów z ratusza, a przy okazji i samego Bollingera. Niech się nim martwią inni w innym stanie.

Vail przerwał spacer i zapalił papierosa. Potem wznowił przechadzkę w kółko.

- Cholera, Abel. Z tobą nigdy nie wiadomo. Nigdy nie wiadomo, w którą stronę pociągniesz. - Vail oparł się o ścianę i posłał kłąb dymu ku sufitowi. - Nie lubię Bollingera i nie lubię robić interesów z Bollingerami. Zawsze będą coś kombinować bez względu na to, gdzie wylądują. Tacy ludzie jak on nie potrafią żyć uczciwie. l nadal nie jestem wcale taki pewien, czy on jest zdolny dostarczyć nam dowody coś warte w sądzie, ale... Dobrze. Najpierw mu przedstaw moją propozycję. Jeśli będziesz musiał coś dorzucić, to dwadzieścia pięć tysięcy przez sześć miesięcy. I żadnego samochodu. To wykluczone. Poradź mu, żeby sprzedał swój wóz i z tego, co dostanie, dał zaliczkę na nowy.

- Kto wie, może sprzedam mu twój pakiet.

- Spróbuj. Jeśli będzie się opierał, to zastosujemy technikę dobrego i złego gliny. Ponieważ on już ma ciebie za negocjatora, pozostań jego duchem opiekuńczym. Zabierz Flaherty'ego jako złego.

- Flaherty'ego?

- Czeka cię niespodzianka, Abel, jeśli idzie o Flahertyego. Daj mu zagrać, jak chce. Kiedy będzie przejmował pałeczkę, stój spokojnie i nie interweniuj.

Flaherty wyglądał dostatecznie groźnie, by grać rolę złego gliny. Był właściwie przystojny ze swoimi czarnymi włosami i brązowymi oczami, ale surowe, a zarazem marzycielskie irlandzkie rysy psuł nieco spłaszczony nos i blizna nad okiem.

W zapchlonym hoteliku Stenner zasiadł do rozmowy z Bollingerem, ponurym rudzielcem o zepsutych zębach i paskudnym charakterze. Flaherty usiadł w kącie obserwując bacznie negocjatorów i ściskając trzydziestkęósemkę w kaburze pod pachą.

- Cholera! - wykrzyknął Bollinger. - Wyrzekam się wszystkiego, człowieku! Przyjaciół, domu, samochodu, wszystkich cholernych rzeczy, a on, sukinsyn, odmawia mi głupiej stówy rocznie i nowego wozu?

- Ja ci powiem, czego się nie wyrzekasz. Czegoś bardzo ważnego. Nawet zdobywasz nową szansę nie utracenia tego.

- O czymże pan gada?

- O reszcie życia, Bobby. O reszcie życia za kratkami bez prawa do przedterminowego zwolnienia. A kiedy my naszą sprawę załatwimy, bo i bez ciebie ją załatwimy, to cię wypożyczymy z celi. Na krótko. Na kolejną rozprawę tym razem za współudział w przestępstwie. Nie wyjdziesz na ulicę do dnia, kiedy mój syn wystartuje w wyborach prezydenckich. A mój syn jeszcze się nie urodził.

- Ślicznie, wspaniale, aż boki zrywać ze śmiechu. Ja tu do was z własnej woli przychodzę z rozsądną propozycją...

- Nie ma nic rozsądnego w żądaniu stówy rocznie i nowego samochodu. Sprzedaj swego grata. Z tego, co za niego dostaniesz, zaliczkujesz niezły wózek.

- Co, do cholery, chce pan być moim doradcą finansowym?

- Może i dobrze doradzałbym.

- Jeśli pójdę na współpracę z wami, to do końca życia będę musiał się chować.

- Masz wolny wybór. Jeśli chcesz, możemy od razu cię schować w więzieniu Joliet. Tylko że tam zaraz cię dopadną. A może jeszcze wcześniej. Nie zapominaj, że już uciekasz. Możemy ci pomóc kupując bilet w ciche miejsce.

- Widzę, że cała sprawa streszcza się do jednego pytania.

- Jakiego?

- Jak bardzo wam zależy na informacjach ode mnie.

- Moim zdaniem to fałszywe pytanie. Prawdziwe brzmi inaczej: jak bardzo zależy ci na życiu, Bobby? Chcesz grać w ruletkę o samochód za życie?

Bollingerowi wyschły usta. Nerwowo je zwilżył. Ten cholerny prokurator okręgowy żąda pokazania kart. Chce wiedzieć, czy blefuję, pomyślał.

- Jak długo to potrwa? - zapytał.

- Tak długo, jak będzie trzeba - odparł Stenner. - Może minie rok, nim uda nam się przygotować sprawę i przedstawić sądowi...

- Rok! - Bollinger aż podskoczył. - W tej cuchnącej kostnicy?

- Dlaczego mu, cholera, nie znajdziemy jakiegoś ładnego kącika w lesie? - prych-nął niespodziewanie Flaherty.

Bollinger spojrzał na Flahertyego, który obcinał sobie paznokcie. Kim, do jasnej, jest ten facet? Powrócił wzrokiem do Stennera.

- Przez cholerny rok bez ciasteczka? - wyjrzał.

- Jakiego znowu ciasteczka?

- No wie pan... ying-yang... - odparł Bollinger z lubieżnym uśmieszkiem. - Chyba zasługuję na taką rzecz.

Flaherty nagle wybuchł. O przeciwległą ścianę rzucił nożyczki do paznokci i pod-skoczył do Bollingera z taką złością, że zaskoczył nawet Stennera. Pochylił się nad Bollingerem i ryknął: - Na nic nie zasługujesz, sukinsynu!

Nogą przysunął sobie fotel i usiadł przed Bollingerem. Twarz miał o parę centy-jmetrów od twarzy gangstera. Zaczął mówić cicho, pełnym groźby tonem:

- Znam wszystkie sztuczki, Bobby. A wiesz, skąd je znam? Ja tam wszędzie byłem. Doskonale wiem, co ci w tej chwili kołata po łepetynie. Wcześniej od ciebie wiem, co powiesz. Mam nad tobą przewagę, Bobby, zrozumiałeś?

Bollinger tylko wybałuszył pełne niepokoju oczy.

- Major traktuje cię jak istotę ludzką i co ma w zamian? Krętactwo. I to bardzo liche. Od paru dni zawracasz nam głowę. Wygrywasz nam coraz nowe melodyjki. Więc ci oświadczam, że zabieram ci smyczek. Koniec zabawy. Zapomnij o cholernej Corvecie, zapomnij o jakiejś tam stówie. Koniec, kropka. Mamy ciebie dość. Rozu-miesz? Weszło coś do twego zakutego łba?

- Zrobiłem...

- Sam sobie jesteś winny tego, co zrobiłeś. A teraz ci powiem, co dalej: dasz nam wszystko, co masz. Nazwiska, daty, godziny i minuty, miejsca, wszystko, co dotyczy odbytych spotkań i samej akcji. Będziesz próbował nas ocyganić, to wyco-

fujemy obietnice. Nie odpowiesz na pytanie, wycofujemy obietnice. Poczęstujesz nas jednym kłamstwem, otrzymasz od nas figę z makiem. Jasne?

Bollinger spojrzał błagalnie na Stennera, oczekując pomocy. Major siedział z kamienną twarzą.

- A kiedy skleimy sprawę, to staniesz przed sądem i zaczniesz śpiewać. Na całe gardło...!

- Niech pana cholera weźmie. Miałem już prawie ugodę - zaczął Bollinger.

- Gówno miałeś - przerwał mu Flaherty. - Nie będziesz należycie kooperował, to... Wiesz, co wtedy zrobimy? Wycofamy oskarżenie przeciwko tobie i wypuścimy cię na ulicę, a na chwilę przedtem, na chwilę przed otwarciem więziennej bramy, poświęcimy kilka żetonów i potelefonujemy na miasto informując każdego, kto zechce słuchać, że zostałeś policyjnym informatorem. Wyjdziesz z bramy więzienia jako żywy trup. Trzepną cię, nim dojdziesz do rogu ulicy.

Stenner z zachwytem przyglądał się wyczynom Flaherty'ego. Słyszał, że Irlandczyk był dzieckiem ulicy, ale nigdy jeszcze nie widział go w akcji.

Flaherty zaczął podsumowywać, podkreślając wagę słów wystawionym oskarżyciel-sko palcem. - A więc zaczynamy teraz, z miejsca, ponieważ podejrzewamy, że nie masz wiele do powiedzenia i wodzisz nas za nos. Trochę sobie pogadałeś, myśmy pogadali, ale nikt jeszcze nie powiedział „tak", nikt nie powiedział „nie". Więc jak to będzie, Bobby? Mam włączyć magnetofon, czy chcesz odbyć spacerek do kostnicy?

Bollinger z błaganiem w oczach patrzył na Stennera.

- Mój kolega ma chyba rację - powiedział Stenner lekko wzruszając ramionami.

- A więc słuchamy! - oświadczył Flaherty. - Teraz. Już. Od razu! Bollinger spojrzał na obu swych dręczycieli i oświadczył:

- Byłem doręczycielem...

- Czyim?

- Shouldersa.

- Komu doręczałeś?

Bollinger przez chwilę się wahał, potem wyrzucił z siebie: - Roznickowi.

- Yickowi Roznickowi? Dyrektorowi zarządu miejskiego? - zapytał zdziwiony Stenner.

- A ilu innych Roznicków pan zna?

- Jak to się odbywało?

- Dostawałem telefon. Szedłem do „Shamrock Club" na West Eerie. Shoulders ma tam biuro na pierwszym piętrze. On mi dawał teczkę pehią dwudziestek i pięćdziesiątek. Szedłem z teczką na parking na Illinois przy gmachu Tribuen. Bagażnik był otwarty. Wkładałem do niego teczkę. To wszystko.

- Skąd wiedziałeś, co zawiera teczka? - spytał Stenner.

- Jezu, przecież Jake liczył to na moich oczach. I mówił, że urwie mi łeb, jeśli choć jeden dolar zniknie.

- I to był samochód Roznicka?

- Czasami jego. Siedziałem zawsze niedaleko w moim wozie i patrzyłem, jak wychodził, zaglądał do bagażnika, zabierał teczkę i zmykał. Czasami to nie był on, ale Glen Scott, Eddie Malone, Peter Yankoyitch.

- Urzędnicy miejscy?

- Tak. Jak to mieli być oni, to dostarczałem gdzie indziej. Shoulders na nich wszystkich miał haka. Za coś, co kiedyś zmalowali. Miał nagrania magnetowidowe, audio, fotografie. Za współpracę odpalał im dolę i przestawał szantażować.

- Szantażysta nigdy nie przestaje szantażować ofiary - mruknął Stenner.

- Zrobiłem nawet kilka zdjęć - pochwalił się Bollinger.

- Po co? - zainteresował się Stenner.

- Tak na wszelki wypadek. Polisa ubezpieczeniowa.

- A może dla małego szantażyku na własne konto? - podsunął Flaherty. Bollinger wzruszył ramionami, ale nic nie powiedział.

- Masz sfotografowany moment odbierania pieniędzy przez tych, których wymieniłeś?

- Mam. Ale powinny być warte jakiejś premii...

- Stanowią część pakietu - warknął Flaherty ostrzegawczym tonem.

- Ja mam coś jeszcze, co może warte byłoby nowego wozu... - wymamrotał Bobby.

- To musiałoby być coś nadzwyczajnego - odparł Flaherty.

- Jest kontrakt na waszego szefa...

Stenner zerwał się. Zwężone oczy wlepił w Bollingera. - Co ty bredzisz? Powtarzasz plotki w związku z nieporozumieniami z Yanceyem...

- Nie. Chodzi o Piranię.

- O jaką znowu Piranię? - spytał Flaherty.

- O Yaila. Cholernie się go boją. Nie bierze. Nie można go kupić. Nigdy nie wiadomo, gdzie następnym razem uderzy.

- Twierdzisz, że wydano kontrakt na Martina Yaila? - ostro zapytał Flaherty. -Kto go wystawił?

- Zgoda na nową Corvette? - spytał Bollinger z uśmiechem.

Flaherty głośno warknął i wyjął z kabury trzydziestkęósemkę. Lufę podstawił Bol-lingerowi pod nos.

- Nie igraj z nami, braciszku. Kto wystawił kontrakt i kto ma go wykonać? Albo powiesz od razu, albo, przysięgam, wyrzucę cię przez okno.

- Co... Co...! - Bollinger zbladł jak trup.

Stenner podszedł i położył rękę na broni. - Odpowiesz mi zaraz na oba pytania, Bobby - powiedział surowym tonem.

- Shoulders. Kontrakt na dwieście tysięcy.

- Shoulders zlecił zamordowanie Yaila?

- Tak. Ale nie sam płaci. Wszyscy się na to złożyli.

- Kto ma to zrobić? - zapytał głucho Flaherty.

- Nie możecie mnie w tej sprawie ujawniać...

- Kto ma być cholernym wykonawcą?! - ryknął Flaherty.

Bollinger zaczął się wyraźnie pocić. Westchnął głęboko i wymamrotał: - Glina, różne robi rzeczy dla Shouldersa.

- Glina? Nazwisko! - spytał Stenner.

- Słuchajcie, kiedy ja... - Bollinger zaczął się jąkać.

- Nazwisko! - zażądał tym razem Flaherty.

- Nazywa się Heintz - wybełkotał Bollinger.

- Lou Heintz? Sierżant? - spytał Stenner. -Tak.

- Zna go pan, majorze? - zapytał Flaherty.

- O tak, dobrze go znam. Ta informacja bardzo mnie nie zdziwiła. Kiedy to ma się stać?

Bollinger wzruszył ramionami. - W każdej chwili. Już zapłacone.

- O mój Boże! - Stenner pobiegł do telefonu.

- Jeśli zełgałeś, to mamy twój los - zagroził Bollingerowi Flaherty.

- Kim pan właściwie jest, do cholery? - jęknął płaczliwie Bollinger.

Flaherty po raz pierwszy się uśmiechnął. - Człowiekiem, który uczyni z ciebie najlepszego śpiewaka od czasów Caruso i tancerza nie gorszego od Freda Astaire'a.

I Flaherty spełnił tę obietnicę. Trwało to osiemnaście miesięcy, ale w efekcie Flaherty doprowadził do skazania Shouldersa, dwóch jego goryli, trzech wyższych urzędników miejskich, dyrektora zarządu miejskiego i zastępcę radcy prawnego tegoż zarządu. Ponadto dostarczył Meyerowi cennych materiałów, by zbudować sprawę przeciwko dwóm radnym. Wszyscy nadal przebywają w więzieniu.

Bollinger mieszka w stanie Oregon z zakazem przekraczania rzeki Missisipi.

Lou Heintz, sierżant z drużyny motocyklowej, po prostu zniknął. Stenner został „ochroniarzem" Yaila, zabierając go rano z mieszkania, odwożąc na zebrania, nieustannie pilnując i wreszcie odwożąc wieczorem do domu.

Mniej więcej po roku znaleziono dało Heintza w porzuconym samochodzie w Pitts-burgu, z czterema kulami kalibru 0,22 cala wpakowanymi w tył głowy. Zapisano to w rubryce porachunków gangsterskich. Nikt nigdy się nie dowiedział, czy to miało jakikolwiek związek z kontraktem na Martina Yaila, czy też było finałem innej sprawy.

Ale Stenner nie porzucił swej roli „ochroniarza". Był nadal nieodłącznym towarzyszem Yaila, z wyjątkiem nielicznych wypadków, kiedy Yailowi udało się wymknąć, jak na przykład ostatniej nocy.

Gdy Stenner podjechał, Yail był nadal pogrążony we wspomnieniach. Stenner spojrzał karcącym wzrokiem na swego przełożonego i pokręcił głową.

- Stoisz sam w odsłoniętym miejscu - powiedział po zajęciu przez Yaila miejsca w samochodzie. - Stanowiłeś doskonały cel.

- Daj spokój, Abel. To już się skończyło. Heintz nie żyje, Shoulders odsiaduje dziesiątkę.

- Raz wystawiony kontrakt... Nic nie wiadomo.

- Doceniam twoją troskę, ale od czasu do czasu potrzebuję źdźbła prywatności. Ty też się wymykałeś z domu jak dzieciak...

- Nigdy się nie wymykałem z domu.

- Chyba to podejrzewałem.

Stenner krytycznym wzrokiem obrzucił wymięte ubranie Yaila i przekrzywiony krawat.

- Chcesz jechać do domu i przebrać się? - spytał.

- A tam, do diabła z przebieraniem.

- Masz być dziś rano w sądzie, a Naomi mówi, że czeka cię lunch z Paulem Raineyem.

- Jedziemy do Motyla, majorze. Chcę zjeść śniadanie. A w sądzie to nie moja sprawa, tylko Shany Parver. Ja będę siedział z tyłu i przysłuchiwał się.

- A lunch z Raineyem?

- Ja zapłacę. Nie będzie go obchodziło, co mam na sobie.

17

Gdy Vail i Stenner przybyli do Motyla, zastali tam już Naomi Chance i Dermotta Flahertyego, pogrążonych w lekturze porannych gazet. Naomi krytycznie przyjrzała się Yailowi.

- Zgubiłeś maszynkę do golenia? - spytała.

Zdecydował się nie odpowiadać, bo niby jak mógłby się wytłumaczyć. Natomiast obserwującej go właścicielce lokalu, Motylowi, zlecił krótko:

- Dwa sadzone, kiełbaski, biały tost.

- Sadzone! - Wydęła wargi. - Boże! - poczłapała bez dalszych komentarzy.

- I to ubranie... - nie wytrzymała Naomi.

- Nie chcę nic więcej słyszeć na temat ubrania, golenia i tym podobnych rzeczy.

- Mógłbyś szybko się ogolić w łazience przy gabinecie - zasugerowała niezrażona Naomi.

- Pieprzę łazienkę przy gabinecie. A w dodatku to nie jest łazienka. Umywalka i prysznic w komórce na szczotki. Ale mi łazienka!

- Przydaje się.

- Wielkości toalety w samolocie.

- W jednej z szafek na dokumenty jest czysta koszula i krawat. W ściennej szafie szary garnitur w paski. Przebranie zajmie piętnaście minut. Zdążysz przez rozprawą - ciągnęła Naomi, przeglądając pierwszą stronę „USA Today".

- Co wam się dziś wszystkim stało? - narzekał Vail. - Nie kandyduję na prezydenta. Dlaczego nie czepiacie się Flaherty'ego? Codziennie ma na sobie to samo czarne ubranie.

- Nie to samo. Mam cztery czarne garnitury - wyjaśnił Flaherty, nie podnosząc wzroku znad gazety. - Codziennie biorę inny.

- Czy nie uważacie, że to trochę dziwne, że Flaherty ubiera się na co dzień jak Johnny Cash? Zajmijcie się jego ubiorem - upierał się Vail.

- Rzeczywiście. Od czasu do czasu pożądana byłaby jakaś odmiana - zgodził się Stenner.

- Czuję się dobrze w czarnym - odparł Flaherty, kończąc temat.

Dalszej rozmowie przeszkodziło pojawienie się Okimoty, który wydawał się bardzo zadowolony z siebie. W ręku miał teczkę. Podszedł powoli do stolika. Motyl zmarszczyła brwi. - Nie podajemy japońskiego jedzenia - warknęła.

- Nie mam najmniejszej ochoty na tutejsze jedzenie, piękny Motylu. Ale chyba nie otruję się kubkiem kawy.

- Mądrala! - mruknęła i poczłapała do kuchni.

Okimoto dosiadł się do okrągłego stołu, otworzył teczkę i wyjął z niej kilka dokumentów.

- Mam tutaj raport na temat trupów na sławnym wysypisku śmieci - zaanonsował ironicznie. - A może powinienem był powiedzieć na „niesławnym wysypisku".

- I co w tym śmiesznego? - zapytał Stenner.

- Całe zamieszanie jest śmieszne - odparł Okimoto. - Gdzie jest Harvey? Chcę, aby usłyszał to z moich ust.

- Może zaspał - podsunęła Naomi.

- Ha! Powinienem więc poczekać.

- Nie. Skoro powiedziałeś już tyle, dokończ. Posłuchamy - zdecydował Vail.

- Okay. Opuszczam anatomiczne szczegóły i medyczne terminy. Zaserwuję samo mięso. - Okimoto położył przed sobą kartki. - A przy okazji: Eckling jeszcze tego nie dostał. Mam nadzieję, że przynajmniej przez godzinę szanowne zgromadzenie zachowa pełną dyskrecję.

- Oczywiście, oczywiście. Mów dalej - polecił Vail.

- Zamarzli! - oświadczył Okimoto z triumfalnym uśmiechem. - Zamarzli na śmierć.

- Co takiego? - Flaherty wreszcie uniósł głowę znad gazety.

Zapadła głucha cisza. Vail, Flaherty, Stenner i Naomi wpatrywali się w Okimoto, oczekując szczegółów zdumiewającego obwieszczenia.

- Wyrażając się ściśle, dwaj mężczyźni zamarzli, a kobieta udusiła się - oświadczył zdumionemu gronu.

- Zamarzli na śmierć? - powtórzył Stenner.

- Dokładnie tak. A jeśli chcecie mojej opinii eksperta - ciągnął Okimoto - to wam powiem, co sądzę. Gdzieś tam wczołgali się do śmieciarki Dempseya, zagrzebali w śmieci, żeby się ogrzać... bo to było już wiele tygodni temu, w styczniu. Mieliśmy wtedy okropną pogodę, silny mróz przez dwa tygodnie, zaraz po Nowym Roku. Pamiętacie? No i do rana mężczyźni zamarzli, a kobieta zbyt osłabła, by móc się ruszyć. Kierowca bierze śmieciarkę i jedzie na wysypisko, żeby ją opróżnić. Kobieta dusi się w śmieciach. Pewno już na wysypisku.

- Dobry Boże! - wyrwało się z ust Flaherty'emu.

- Nie mamy więc żadnego przestępstwa. Mamy tylko dramat bezdomnych -stwierdził Vail.

- Aha! I tyle zostało z teorii Harveya na temat okropnego morderstwa. - Okimoto rozparł się łokciami na stole. - Wiecie, co myślę? Myślę, że to musi często się zdarzać. Pewno są jeszcze inne ciała, ale nikomu tego nie podpowiem, bo zaczęliby rozkopywać całe wysypisko.

- Zamarzli na śmierć! - powtórzył półgłosem Stenner, kręcąc głową. - Harvey będzie zdruzgotany.

- Słyszałem, że tkwi przy komputerze, grzebiąc po wszystkich zbiorach w poszukiwaniu zaginionych osób w całym stanie - powiedział Okimoto i zaczął się śmiać. Dokończył kawę. - Wiecie co? Poinformuję Harveya, że narzędziem zbrodni była zamrażarka - wstał i wyszedł nadal chichocząc.

- Harvey dał się nabrać własnej intuicji - stwierdził Flaherty wracając do lektury gazety. - Harvey i jego intuicja!

- Intuicja zwykle dobrze mu podpowiada - wtrąciła Naomi. - Musicie to przyznać.

- Możliwe, tylko że on nam tą swoją intuicją ciągle przed oczami wymachuje -odezwał się Flaherty. - Chyba zauważyliście, że zawsze wychodzi z tą swoją intuicją, kiedy, na przykład, nie możemy sobie przypomnieć jakiejś głupiej informacji. Na

przykład którego dnia tygodnia zabito Johna Dillingera. Co to ma wspólnego z intuicją? Dillingera zabito trzydzieści lat przed moim poczęciem.

- W środę dwudziestego drugiego lipca 1934 - poinformowała Naomi. - Przed budynkiem starego „Biografu". To nawet blisko stąd. - Uśmiechnęła się na widok zdziwionej miny Flaherty'ego i mrugnęła porozumiewawczo. - To jest rozdział lokalnej historii. Nie martw się, kochanie, że jej nie znasz. Nie jesteś stąd.

Gdy przyszli do biura, Shana Parver już tam była, spacerując tam i z powrotem po sali, z kubkiem kawy w dłoni. Usiłowała wprowadzić się w odpowiedni nastrój.

- Gotowa do walki? - spytał Vail, wchodząc do gabinetu. Szybko ściągnął krawat i zdjął marynarkę.

. Shana Parver skinęła głową, nie przerywając wędrówki.

- Jaki masz plan?! - krzyknął zza otwartych drzwi Vail. Podeszła bliżej.

- Żadnej kaucji. I jak najszybciej postawić ją przed ławą przysięgłych.

- Druga strona też ma zęby - odparł Vail.

- Będę musiała mocno kopać.

Vail roześmiał się. - Ale zadziorna dziewczyna. Lubię takie. Naomi wyciągnęła z szuflady czystą koszulę i wraz z wyjętym poprzednio ubraniem podała Yailowi.

- Nie ma tam miejsca dla mnie i dla dodatkowego ubrania - narzekał, ale wszedł do łazienki i zamknął za sobą drzwi.

- Masz dwadzieścia minut! - krzyknęła za nim Naomi i wróciła do swego biurka. Piętnaście minut później Shana Parver i Vail wpadli na Harveya St. Claire'a, który

wychodził z windy w chwili, gdy oni szli na rozprawę. Harvey wydawał się albo bardzo zmęczony, albo zatopiony w myślach.

- Brakowało nam ciebie podczas śniadania - powiedział Vail.

- Czy mogę zająć minutę? - odparł St. Claire poważniejszym niż zwykle tonem.

- Muszę iść z Shana na wstępną rozprawę Edith Stoddard. Potem mam lunch z Raineyem. Czy nie możemy tego odłożyć do popołudnia?

- Dobrze.

- A przy okazji: u Motyla był dziś rano Okie i zachowywał się... mniejsza o to, Ciała na wysypisku. Troje bezdomnych wczołgało się do śmieciarki i zamarzło na śmierć. Dwóch zamarzło, kobieta się udusiła. W każdym razie możesz dać sobie spokój z poszukiwaniem po komputerach zaginionych osób. Możesz wrócić do normalnej pracy...

Vail i Shana odeszli szybkim krokiem.

- Wcale nie jestem tego pewien - powiedział za nimi St. Claire.

Dwaj strażnicy prowadzili Edith Stoddard ponurym korytarzem, z którego prowadziły schody na pierwsze piętro do sali rozpraw numer 3. Ręce miała skute na plecach kajdankami, chociaż po perswazjach jej obrończyni, Jane Yenable, odstąpiono od zwyczajowego skucia nóg.

- Przecież to jest pięćdziesięciotrzyletnia kobieta - tłumaczyła Jane Yenable. -Chyba nie sądzicie, że biega szybciej od was i ucieknie za kanadyjską granicę.

Gdy zbliżano się do klatki schodowej, rozwarły się z hukiem boczne drzwi i wpadła z hałasem ekipa telewizji kanału 7 z zapalonymi reflektorami i wysuniętym mikrofonem. Edith Stoddard krzyknęła i instynktownie opuściła głowę.

- Niech to wszyscy diabli! - warknęła Jane Yenable i jadowitym wzrokiem obrzuciła obu strażników. Media zawsze tak robiły. Pakowały dziesięć dolarów w łapę któremuś strażnikowi więziennemu, by im powiedział, którędy i kiedy będą prowadzić oskarżonego.

Jane popchnęła przed siebie Edith Stoddard, ale ekipa dopadła ich przy drzwiach na schody. Jane otworzyła drzwi i przeciągnęła szybko oskarżoną, za którą przeszli natychmiast strażnicy. Sama stanęła na progu twarzą do ekipy. Posypały się pytania.

- Kiedy podjęła się pani obrony?

- Czy to Edith Stoddard panią wezwała?

- Wnioskuje pani obniżoną kaucję?

- Czy to prawda, że oskarżona już się przyznała?

Pytania padały jedno za drugim. Wreszcie Jane Yenable uniosła dłoń, a kiedy to nie uciszyło reporterów, podniosła głos i wrzasnęła: - Może posłuchacie, co mam do powiedzenia?! - Odczekała, aż ucichli i oświadczyła: - Mam do powiedzenia to, że nie będę odpowiadała na żadne pytania. Jest to sesja mająca na celu ustalenie prawa do kaucji i wysokości kaucji. Jeśli chcecie wiedzieć, co się dzieje lub będzie działo, idźcie na górę jak wszyscy inni. Na salę rozpraw. Jeśli idzie o inne rzeczy, to moja odpowiedź brzmi: bez komentarza. I po rozprawie też nie będzie komentarza. Jasne?

Obróciła się i wstępując na schody zatrzasnęła za sobą drzwi. Klatka schodowa pachniała lizolem. Ten zapach zawsze przyprawiał ją o mdłości. Dlaczego wszystkie najpaskudniejsze budynki publiczne śmierdzą lizolem?

- Ja nie chcę., ja proszę... - bełkotała Edith Stoddard. Oczy miała pełne łez.

- To nie potrwa długo. Może pięć minut. Niech się pani trzyma i zaufa mi -powiedziała Jane. Dotarli szybko na szczyt schodów.

Na sali rozpraw za stołem prokuratora siedziała już Shana Parver. Przed sobą miała cieniutką kartonową okładkę z paroma dokumentami, blok żółtych kartek i kilka ostro zatemperowanych ołówków. Przyglądała się wejściu Edith Stoddard i Jane Yenable na salę. Obrończyni i oskarżona usiadły, strażnicy pozostali z tyłu. Jane pochyliła się do ucha oskarżonej i coś szeptała. Dotychczas jeszcze nie rzuciła nawet okiem w kierunku stołu oskarżyciela publicznego.

W głębi sali pod ścianą siedział Yail, ciekawy pierwszej krótkiej potyczki obu kobiet. Jane Yenable będzie usiłowała uzyskać jak można najniższą kaucję, a kto wie, czy nie prawo do odpowiadania z wolnej stopy bez kaucji, na jej osobiste zobowiązanie stawienia się na rozprawę. Oczywiście Jane Yenable będzie musiała uzasadnić taką petycję bez ujawniania strategii obrony. Postawiony sobie cel przez Shanę Parver brzmiał: żadnej kaucji.

Yail przeniósł wzrok na Edith Stoddard. Ten jeden dzień dokonał swego. Wydawała się jakby skurczona, głowę trzymała opuszczoną. Przez chwilę myślał o zbiegu okoliczności i pewnym podobieństwie obu spraw: Darby'ego i Stoddard. W obu wypadkach strzał w głowę. Jeśli idzie o Darby'ego, strzał w głowę był pierwszy i póz-

wolił dowieść premedytacji. W wypadku Delaneya strzał w głowę padł jako drugi i dowodził złych intencji.

Na salę weszła sędzia lone Pryor, kobieta czterdziestoletnia, wysoka, o sępim wyrazie twarzy, co zapowiadało zarówno rzeczowość, jak i surowość, ze stalowym spojrzeniem zza okularów w złotej oprawie, mówiącym, że na sali rozpraw cyrkowe popisy adwokatów będą niemile widziane. Zajęła sędziowski fotel.

- Pierwsza sprawa? - zwróciła się do protokólantki sądowej.

- Stan lllionois przeciwko Edith Stoddard. Sesja w celu ustalenia wysokości kaucji. Oskarżona została aresztowana wczoraj. Zarzut: zabójstwo pierwszego stopnia.

- Kto reprezentuje stan? - spytała sędzia Pryor.

Shana Parver wstała. - Ja, Wysoki Sądzie. Shana Parver z biura prokuratora okręgowego, Wiceprokurator.

Sędzia Pryor znad oprawy okularów spojrzała na oskarżoną, następnie wzrok jej spoczął na Jane Yenable.

- Pani występuje w imieniu oskarżonej? - spytała z pewnym zdziwieniem.

- Tak, Wysoki Sądzie. Jane Yenable w imieniu podsądnej.

- Dawno pani nie widzieliśmy na sali rozpraw w sprawach kryminalnych - zauważyła sędzia Pryor.

- To prawda, Wysoki Sądzie.

- Co ma do powiedzenia pani Parver?

- Wysoki sądzie, prokuratura ma dostateczne dowody, by ława przysięgłych wystawiła przeciwko Edith Stoddard akt oskarżenia o zabójstwo pierwszego stopnia na osobie Johna Farrella Delaneya. Wnioskujemy o zatrzymanie Edith Stoddard w areszcie aż do dnia procesu, bez prawa do wyjścia za kaucją. Wniosek uzasadniam tym, że było to zabójstwo z premedytacją.

Jane Yenable wstała.

- Zgłaszam sprzeciw, Wysoki Sądzie - powiedziała. - Prokuratura dysponuje wyłącznie oświadczeniem mojej klientki złożonym dwóm funkcjonariuszom policji, którzy przesłuchiwali ją na okoliczność zgonu jej przełożonego, Johna Delaneya. W oświadczeniu tym Edith Stoddard nie wymieniła Delaneya z nazwiska. Użyła słów ,Ja go zabiłam". Nic więcej nie powiedziała.

- Za pozwoleniem Wysokiego Sądu, wspomniane przesłuchanie Edith Stoddard dotyczyło jej stosunków z ofiarą - rozpoczęła przeciwnatarcie Shana Parver. - Jest rzeczą jasną, że słowo „go" w zdaniu Ja go zabiłam" było przyznaniem się do zabicia właśnie Delaneya. Szczerze wątpię, czy Edith Stoddard miała na myśli Johna Ken-nedy'ego lub Abe'a Lincolna.

Sędzia Pryor spojrzała surowo na Shanę Parver i przez chwilę zastanawiała się nad daniem jej upomnienia. Zrezygnowała jednak. Młoda prawniczka miała dużo racji w tym, co mówiła. Sędzia przeniosła wzrok na Jane Yenable.

- Muszę się z tym zgodzić, pani Yenable...

- Sprawa jest niejasna, Wysoki Sądzie. W każdym razie sporna. Oświadczenie złożone przez moją klientkę nie może służyć jako dowód winy. Podsądna była w tym czasie w wielkim stresie, rozstrzęsiona. Była śmiertelnie przerażona. Nie miała przy sobie obrońcy.

- Tekst odczytywanych jej praw zawierał ustęp o prawie do wezwania adwokata - oświadczyła sędzia Pryor.

- Nie sądzę, aby w tym czasie potrafiła racjonalnie myśleć. W całej sprawie jest wiele okoliczności łagodzących. Jeśli idzie o kaucję, to chciałabym, by Wysoki Sąd wiedział, że pani Stoddard ma sparaliżowanego męża. Moja klientka ma pięćdziesiąt trzy lata i jest jego opiekunką. Nie uważam, by stanowiła zagrożenie dla otoczenia, i zapewniam Wysoki Sąd, że pani Stoddard nie zamierza opuścić jurysdykcji sądu.

- Przepraszam, Wysoki Sądzie - odezwała się Shana Parver. - Jeśli obrona sugeruje, by pani Stoddard została zwolniona z tymczasowego aresztu, prokuratura składa kategoryczny sprzeciw. Podsądna jest oskarżona o zabójstwo pierwszego stopnia. Jeśli idzie o opiekę nad panem Stoddardem, to ma on dwudziestojednoletnią córkę, która będzie musiała przejąć obowiązki pani Stoddard. l jeszcze jedno: wiek podsądnej nie ma tu najmniejszego znaczenia.

Sędzia Pryor długo wpatrywała się w panią Stoddard, po czym zdjęła okulary i parę razy stuknęła nimi o brodę.

- Gdzie jest córka podsądnej? - spytała. - Na sali sądowej?

- Nie - odparła Jane Yenable.

Shana Parver nie chcąc dalszych dywagacji na temat specyficznych aspektów sprawy oświadczyła: - Sugerujemy, Wysoki Sądzie, by obrona powstrzymała się od odpowiadania na oskarżenie do czasu rozpoczęcia właściwego postępowania procesowego.

Cios w zęby, pomyślała Jane Yenable. Dobra uczennica Yaila.

Sędzia Pryor z trudem powstrzymała uśmiech.

- Prokuratura zgłosiła wniosek o odmówienie kaucji - przypomniała Shana Parver.

- Proszę odczytać wniosek - poleciła sędzia Pryor sądowemu stenografowi, który przewinął taśmę, znalazł odpowiedni fragment i odczytał: „Wnioskujemy o zatrzymanie Edith Stoddard w areszcie aż do dnia procesu, bez prawa do wyjścia za kaucją".

- Kiedy zamierza pani przedstawić sprawę ławie przysięgłych? - spytała sędzia Shany Parver.

- Jak tylko można najszybciej. Mamy nadzieję uczynić to w bieżącym tygodniu.

- Dobrze. W chwili obecnej odmawiam wypuszczenia podsądnej za kaucją. Zgadzam się z argumentacją prokuratury. Chodzi o zabójstwo pierwszego stopnia. Co do przyznania się pani Stoddard do winy, to orzeknie w tej sprawie sędzia procesowy, jeśli taka potrzeba powstanie i jeśli orzeczenie ławy przysięgłych doprowadzi do procesu.

- Proszę o głos, Wysoki Sądzie - odezwała się Jane Yenable, a widząc skinienie głową sędziego Pryor ciągnęła dalej: - Wnoszę o pozostawienie pani Stoddard w tymczasowym miejscu zatrzymania w dystrykcie drugim do czasu orzeczenia ławy przysięgłych, a nie przenoszenie jej do ogólnego więzienia.

Sędzia Pryor spojrzała na Shanę Parver, która po chwili zastanowienia odpowiedziała: - Prokuratura nie wnosi sprzeciwu.

- Wobec tego zgadzam się - oświadczyła sędzia Pryor, uderzyła młotkiem w pulpit i wywołała następną sprawę.

Jane Yenable podeszła do stołu prokuratury i powiedziała do Shany Parver: -Dobra robota. Pierwsza runda dla was.

- Dziękuję - odparła Shana.

- Do zobaczenia następnym razem. - Powróciła do Edith Stoddard w chwili, gdy strażnicy więzienni mieli ją właśnie skuwać przed wyprowadzeniem z sali.

- Czy nie moglibyście założyć jej kajdanków z przodu? - zapytała. - Przecież ta kobieta nie zamierza wam uciec.

Strażnicy wymienili spojrzenia.

- Oczywiście, panno Yenable - odparł jeden z nich.

- No i po co było to wszystko? - spytała Edith Stoddard, gdy ją wyprowadzano z sali. Po raz pierwszy w jej dotychczas martwym głosie pojawiła się nuta gniewu i jakby pretensji, że Jane ją oszukała. - Powiedziałam, że chcę się przyznać. Nie zniosę tych hord fotografów i rozwrzeszczanych reporterów. Będą robili zdjęcia...

- Edith, proszę cię, pozwól mi działać, jak uważam dla ciebie za najlepsze. Ła„„ przysięgłych z pewnością sformułuje oskarżenie o zabójstwo pierwszego stopnia. Wtedy ja zgłoszę wniosek o odrzucenie twego pierwszego zeznania. Nie mają broni. Nie mogą nawet dowieść, że twój rewolwer był narzędziem zbrodni. Pójdę do Yaila i zawrę ugodę z urzędem prokuratorskim.

- Ja pragnę tylko jednego. Skończyć z tym - odparła zmęczonym głosem Edith Stoddard.

- Bardzo szybko się z tym uporamy. - W głosie Jane Yenable można było wyczuć wyraźne współczucie.

Shana Parver przeciskała się przez tłum oblegających ją reporterów. Yail już wcześniej wymknął się z sali i czekał na nią w holu.

Shana Parver zatrzymała się tuż przed grupką dziennikarzy i oświadczyła:

- Kierujemy do ławy przysięgłych wniosek o uznanie Edith Stoddard winną zabójstwa pierwszego stopnia. Mamy nadzieję zdążyć jeszcze przed końcem tygodnia. Chwilowo to wszystko, co mam do powiedzenia.

- Czy będzie pani żądała kary śmierci? - zapytała reporterka telewizyjna. Shana Parver przez długie sekundy wpatrywała się w reporterkę. Pytanie wytrąciło

ją nieco z równowagi.

- Nie mam zamiaru prowadzić sprawy przez prasę - odparła. - Powiedziałam, że to już wszystko, co mogę dziś powiedzieć. Dziękuję państwu. - Odeszła.

Dziennikarze pobiegli przez wielki hol rozglądając się za Jane Yenable. Yail dołączył do Shany.

- Nie mogę zrozumieć, dlaczego Edith Stoddard tak się upiera, żeby uznano ją za winną - mruknęła Shana.

- Z wielu powodów - odparł Yail. - Po pierwsze, jest przerażona, następnie przygnębiona ciężarem własnej winy. Wie, że jest winna. Nie chciałaby ranić własnej rodziny bardziej, niż to jest w obecnych okolicznościach konieczne. Moim zdaniem boi się długiego procesu ze względu na męża i córkę. Długi proces to długie publiczne upokorzenie. Niezwykle traumatyczne doświadczenie dla takiej kobiety.

- Wydaje mi się, że jeszcze do niej nie dotarło, że zabiła człowieka z zimną krwią i że ciężko za to zapłaci - mruknęła Shana. - Dożywociem.

- Jestem pewien, że Jane wbija jej to w głowę, ale myślę, że Edith Stoddard jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.

- Przyznam się, że jest mi jej trochę żal - przyznała Shana półgłosem.

- Na taki luksus cię nie stać - odparł Yail i dodał: - Jest jeszcze jedna sprawa...

- Wiem. Musimy znaleźć narzędzie zbrodni.

- Odgadujesz moje myśli.

- Abel już nad tym pracuje. Kiedy będę mogła przesłuchać panią Stoddard?

- Po posiedzeniu ławy przysięgłych. Kiedy zostanie formalnie oskarżona o zabójstwo. Gdy dotrze do niej świadomość tego, czemu będzie musiała stawić czoło, to może zacznie mówić.

- Wątpię - odparła Shana. - Postanowiła być winną bez procesu.

- A Jane Yenable postanowiła się temu przeciwstawić. Poczekajmy, zobaczymy. Gotowa na Paula Raineya?

- Gotowa.

- Masz dokument?

- Mam. - Wyjęła z teczki nakaz aresztowania i podała Yailowi, który schował go do wewnętrznej kieszeni marynarki.

- No to chodźmy potrząsnąć prętami jego klatki - zaproponował Yail.

18

Siedzieli w „Sundance" - w bardzo wysoko sklepionym całkowicie od góry oszklonym atrium. W zależności od pogody oszklone przepierzenia całego tarasu mogły być otwierane za naciśnięciem guzika w biurze kierownika. Restauracja ta była popularna jako idealne miejsce do spotkań. Przychodzili tu tłumnie pracownicy śródmiejskich biur i instytucji. Podawano najlepsze hot-dogi na wschód od Missisipi i kopiaste talerze rozmaitych sałatek dla wegetarian. Tuż obok znajdowała się jedna z największych księgarni w mieście i w południe niemal antyczne restauracyjne stoliki z żeliwa obsiadali liczni miłośnicy obiadowej lektury, przynosząc ze sobą zakupione książki i periodyki.

- Umiesz podejmować gości, Marty - powiedział z przekąsem Paul Rainey, doprawiając dwa hot-dogi kwaszoną kapustą, piklami, musztardą, keczapem i drobno pokrajaną cebulą. - Czy on zawsze jest taki hojny? - zapytał siedzącej obok Shany.

- Jako zastępca prokuratora okręgowego nie mogę sobie pozwolić na więcej -odparł Vail.

- Komu to mówisz, Marty - ciągnął temat Rainey. - Zanim przeszedłeś do prokuratury, zarobiłeś tyle, że do końca swoich dni możesz żyć na polędwicy. A ty oszczędzasz. Założę się, że chowasz jeszcze pierwsze dziesięć centów, które zarobiłeś. Przecież nie masz samochodu, a ubierasz się jak obdartus. Nie wiesz nawet, że w „Lawson Club" zastanawiają się, czy nie zrobić składki na nowy garnitur dla ciebie.

- Mam na sobie bardzo dobry garnitur - odparł Vail.

- Wełna z bawełną. Garnitur ze sklepowego wieszaka. Góra dwieście dolarów. Wiesz, ile mnie kosztowało to, co mam na sobie? Dwa tysiące. Od Barneya.

Przez co najmniej minutę Vail zajmował się wyłącznie swoim frankfurterem. Kiedy skończył, powiedział bardzo spokojnie:

- Dwa tysiące, powiadasz? To więcej niż zarobisz na Jamesie Darbym. Rainey podniósł oczy do nieba. - Boże drogi, nawet nie poczekasz, aż skończymy

ucztować? - westchnął. - No dobrze, panie prokuratorze, po co to spotkanie? |

- Znamy się od prawie dwudziestu lat. Tak, Paul? i

- Nie liczyłem. f

- Znam Temidę od frontu i z profilu... l

- Skończ z frazesami i przejdź do rzeczy - powiedział Rainey.

- Twój chłopaczyna Darby jest winny jak jasna cholera.

- Powiadasz? I pójdziesz z tym do ławy przysięgłych? l powiesz im, że taki a taki jest winny jak jasna cholera? Na pewno nie. Słuchaj, stary, ja go nie lubię nie mniej niż ty, ale z tego nie wynika, że zamordował żonę. Nędzny typ, z tym się zgadzam. Połowa ludności świata to nędzne typy.

- Paul, ten człowiek starannie wszystko zaplanował i z zimną krwią zamordował żonę. I zrobił to z dwóch najgorszych powodów: dla pieniędzy i dla dziwki o wielkich cycach.

- Marty, Marty, ty byś chciał żelazem przypalać każdego, kto sieje poza żoną. Gdyby tak robiono, na kuli ziemskiej zostałoby najwyżej dziesięciu mężczyzn.

- W przypadku Darby'ego Ława nie zastanawiałaby się zbyt długo. Najwyżej godzinę.

- Marty, czy ty nie możesz poczekać do rozprawy? - odparł Rainey, głośno się śmiejąc. - Chcesz go sądzić tu, podczas lunchu? Może jeszcze zaprosimy kelnera, żeby zabawił się w sędziego?

- Spotkałem się z tobą na lunch w interesie sprawiedliwości i w celu oszczędzenia podatnikom kosztów procesu - odpowiedział spokojnie Vail.

- Tak, to oczywiste, że obaj jesteśmy tu w rym celu.

- Posłuchaj poważnie przez minutę. Jaką mamy sytuację dochodzeniową? Otóż Darby twierdzi, że kiedy wrócił do domu, żona trzykrotnie do niego strzeliła, on W obronie własnej wypalił z dubeltówki, ona wpakowała czwartą kulę w sufit, a on dokończył dzieła drugim strzałem z dubeltówki. Taka jest mniej więcej jego opo-wieść, tak?

- Bo tak było.

- No to pomyśl przez minutę. Trzy strzały z trzydziestkiósemki, jeden z dubeltówki, jeszcze jeden z rewolweru i drugi z dubeltówki.

Vail otworzył teczkę, wyjął z niej mały magnetofon, w którym znajdowała się kopia wzmocnionego nagrania Stennera w kolejności wymienionej przez panią Shun-derson, a więc z pierwszym strzałem z dubeltówki.

- Posłuchaj, Paul - powiedział Vail, podając parę słuchawek. Włączył magnetofon, gdy Rainey miał już je dobrze osadzone na głowie. Potem wraz z Shaną pilnie mu się przyglądał. Rainey zdjął wreszcie słuchawki i powiedział:

- No więc co? Strzały. Ktoś strzelał.

- Słychać wyraźnie, że pierwszy strzał padł z dubeltówki.

- I po co mnie tu ściągnąłeś? Żebym wysłuchał spreparowanego nagrania? Taką sztuczką chcesz mnie podejść, Martin?

- Więc ci od razu powiem, Paul: mam świadka, i to świadka nie do podważenia, że taśma dokładnie oddaje sekwencję strzałów.

- No i co z tego? - Rainey był wyraźnie rozeźlony.

- To z tego, że twój klient nakłamał ci, co jest zrozumiałe, ponieważ zabił żon? z zimną krwią. Istotne jest właśnie to, że nie był z tobą szczery. W tej chwili lecisz na ślepo, a on kieruje cię prosto na pionową skałę.

- Co zamierzasz z tym dalej robić, Marty?

- Proponuję ci ugodę. Twój klient przyzna się do zabójstwa drugiego stopnia. Otrzyma dwadzieścia lat bez prawa do warunkowego zwolnienia. Po dwudziestu latach wyfrunie. To ci właśnie proponuję. Będzie miał pięćdziesiąt parę lat, będzie bez grosza, ale wyjdzie na wolność. Myślę, że społeczeństwo będzie zadowolone z takiego rozwiązania.

- Jesteś szalony.

- Dobrze cię znam, Paul, i wiem, że wierzysz w niewinność swego klienta i w to, że wszystko odbyło się tak, jak on ci to powiedział. Ale bardzo bym nie chciał, byś został przez niego oszukany. Posłuchaj taśmy jeszcze raz.

- Nie potrzebuję słuchać jeszcze raz. Słyszałem, co na niej jest. I to nie ma najmniejszego znaczenia.

- Ma znaczenie. Takie, że Darby wszedł do domu, podszedł do żony, która oglądała program telewizyjny, strzelił jej w głowę, potem włożył do ręki zabitej rewolwer, wystrzelił z niego cztery razy, w tym raz w sufit, a potem cofnął się kilka kroków i strzelił z dubeltówki po raz drugi, trafiając w bok. To również znaczy, że było to morderstwo z premedytacją.

- Gdybyś był taki pewien, że go trzymasz za włosy, to nie proponowałbyś mi układu. Znam cię. Parłbyś ile się da.

- Powód jest inny. Nie mam dostatecznej ilości personelu, nie mam czasu na zbieranie oświadczeń i gonienie za świadkami. Nie mam czasu i ochoty na rozprawę wstępną, długi przewód sądowy, twoją apelację i tak dalej, i tak dalej. Mam szufladę pełną pilnych spraw. Szkoda mi czasu na takiego rodzaju pewniki, jak sprawa Dar-by'ego, która mnie opóźnia. Ale jeśli będę musiał... Zawrzemy ugodę, oszczędzę podatnikom około dwustu tysięcy dolarów, sobie kłopotów, a twojemu klientowi ocali to wiele lat życia.

Vail obrócił się do Shany i wyciągnął rękę. Wyjęła z teczki nakaz aresztowania i podała. Vail położył go na stole i popchnął do Paula.

- Oto nakaz aresztowania twojego klienta. Jeśli przyjmiesz dokument, to możesz nam przyprowadzić pana Darby'ego, powiedzmy o ósmej wieczorem.

Rainey przeczytał nakaz aresztowania za zabójstwo pierwszego stopnia. Był wyraźnie zaskoczony. Przenosił wzrok z dokumentu na Yaila i z powrotem. Zadrgała mu szczęka. Wzrastał w nim gniew i oburzenie.

- Wierzyć mi się nie chce, że idziesz na podobną sztuczkę - wydusił.

- I jeszcze jedno, mój drogi - powiedział Vail. - Darby jest bez grosza. Wczoraj późno wieczorem rozmawiałem z Tomem Smoote'em z nowojorskiego towarzystwa ubezpieczeniowego. Zamrażają wypłatę odszkodowania do czasu oficjalnego wyjaśnienia sprawy.

- Zawsze o wszystkim pamiętasz - mruknął Rainey z przekąsem. - Wiesz, co ja

0 tym wszystkim myślę? Myślę, że udzielasz mi podejrzanie dużo informacji. Tak sobie właśnie myślę.

- Jeszcze nie usłyszał pan wszystkich - odezwała się słodko Shana Parver.

- A mianowicie?

- Mamy karteczkę z tym numerem telefonu. Wydaje się, że numer zapisał Darby

1 zostawił koło aparatu telefonicznego, aby wyglądało, że jego żona dzwoniła do Poppy Palmer. Jesteśmy zdania, że Poppy Palmer nigdy w życiu nie rozmawiała z Ramoną Darby.

- Kilka razy przesłuchiwaliście Poppy Palmer - odparł Rainey. - Nie dowiedliście, że nie rozmawiała, i nie dowiedziecie. Wszystko to są domysły. Chcecie jeszcze raz z nią pogadać? Proszę bardzo, nie mam nic przeciwko temu.

- Bardzo chcielibyśmy - potwierdziła Shana. - Kłopot w tym, że nie możemy jej znaleźć. Wyparowała.

- Co pani znowu wymyśliła?

- Shana nic nie wymyśliła - odparł Vail. - Poppy dała nogę, zniknęła, rozpłynęła się.

Nieco spłoszony Rainey przerzucał wzrok z Shany Parver na Yaila.

- Zadzwoniła wczoraj do swego patrona. Mniej więcej w dwie godziny po tym, jak wypytywaliśmy Darby'ego o ten jej numer telefonu na kartce. Powiedziała w pracy, że jej siostra w Texarkana jest umierająca i że musi natychmiast do niej jechać. Prawda jest taka, że jej siostra mieszka w Kalifornii i cieszy się doskonałym zdrowiem. Od pięciu lat nie słyszała słowa od Poppy.

Rainey, bardzo rozsądny i przebiegły adwokat, rozparł się w krześle i wlepił wzrok w twarz Vaila, potem przeniósł go na Shanę Parver. Patrzył szparkami oczu i milczał. Wiedział dobrze, że na tym etapie rozgrywki dowie się jeszcze więcej, jeśli się nie odezwie.

- Wystawiamy list gończy za Poppy Palmer w celu jej przesłuchania. Ale się zastanawiam, czy nie wystawić również nakazu aresztowania za krzywoprzysięstwo - oświadczył Vail. - Poppy Palmer zeznała pod przysięgą, że Ramoną Darby do niej dzwoniła. Uważamy, że skłamała. Nigdy nie było takiej rozmowy. Następnie zamierzam zawiadomić FBI, by wystawiono krajowy list gończy za opuszczenie stanu w celu uniknięcia odpowiedzialności karnej.

Rainey głęboko się zamyślił, przebierając palcami po blacie stolika. Nadal jednak milczał.

- Siedzisz po uszy, Paul. Pozostaje pytanie: czy zamierzasz reprezentować mordercę w sprawie, której wygrać nie możesz? Musisz wyciągnąć z faceta prawdę. Winien to jesteś sobie, spokojowi własnego sumienia. Przedstaw mu opcje: dwadzieścia lat bez warunkowego zwolnienia albo szybkie usmażenie na krześle elektrycznym. W najlepszym zaś wypadku reszta życia spędzona na pisaniu petycji

0 ułaskawienie i niespokojnym zerkaniu w koniec korytarza, na ciągle oczekujące go krzesło.

- Chcesz, żebym porzucił klienta, ponieważ nie może mi płacić? - zapytał spięty Rainey.

- Ani mi to w głowie, Paul. Mówię tylko, że powinieneś poznać prawdę, upewnić się, że ją znasz. A wtedy wszystko przemyślisz i zrobisz to, co najlepsze dla ciebie

1 twego klienta. Albo on przyzna się do zabójstwa drugiego stopnia i akceptuje należną za to karę, albo cela śmierci. Wszystko zależy od ciebie. Sprawa jest w twoich rękach i jeszcze jedno: gdyby próbował zmykać, to nie dotrze do granicy stanu.

Rainey jakby się skurczył. Spojrzał na Yaila, na nakaz aresztowania i znowu na Yaila.

- Darby powie, że w sytuacji, jaką zastał w domu, wszystko mu się pomyliło, że wszedł, że ona do niego celowała, że wtedy strzelił...

- Strzał z dubeltówki był w głowę - przerwała Raineyowi Shana Parver. - To go pogrąży w opinii przysięgłych. Czy ktoś uwierzy, że Ramoną Darby z prawie rozłupaną głową mogła do niego oddać jeszcze cztery strzały? Strzał z dubeltówki w głowę był pierwszy. Niech pan posłucha taśmy...

- Do diabła z nagraniem. Nagranie nic nie znaczy i pani o tym doskonale wie.

- Jesteś zbyt starym wygą, byś nie potrafił dogrzebać się prawdy - powiedział Yail. - Jeśli on będzie upierał się przy swojej wersji - Yail postukał palcem w magnetofon - to będziesz wiedział, że ci kłamie.

Rainey wypił łyk wody, otarł usta serwetką, po czym rzucił ją rra stolik. Palcem zaczął popychać nakaz aresztowania raz w jedną, raz w drugą stronę.

- Gram z tobą w otwarte karty, Paul - powiedział Vaii. - Mogłem wczoraj kazać szeryfowi zatrzymać Darby'ego. Siedziałby już teraz w celi.

Rainey schował do kieszeni nakaz aresztowania i wstał.

- Będę z wami w kontakcie - warknął. Potem niespodziewanie się uśmiechnął, pochylił i wyszeptał do ucha Yaila: - O dziesięć lat dłużej od ciebie należę do pa-lestry, ale pierwszy raz w życiu spotykam prokuratora, który oferuje mi układ przed zatrzymaniem klienta.

- Takie nadeszły czasy - odparł Vail również z uśmiechem. - Wszyscy się cholernie śpieszą.

- W dalszym ciągu uważam, że coś tu nie jest w porządku - mruknął Rainey, krzywiąc usta.

- Nie coś, ale ktoś. Po prostu pański klient nie jest w porządku - włączyła się do rozmowy Shana Parver.

- Jakiż to był piękny dzień do chwili spotkania się z wami. Ale z was para! Stawiacie lunch, marny bo marny, a potem robicie wszystko, żeby gość zwymiotował. - Rainey odszedł od stolika, nim Shana zdążyła się odciąć. W zamyśleniu patrzyła na stół i bezwiednie odsunęła szklankę z wodą.

- Coś cię trapi? - spytał Vail.

- Nie... Nic.

- Owszem, tak.

- Właściwie dlaczego dajemy Darby^mu prezent? Dlaczego zaproponował pan tę ugodę? Mogliśmy go mieć bez reszty. Przecież wiem, że mogliśmy.

- Wszystko, co mamy, to starszą panią, która słyszała strzały. Paul Rainey połyka takie na śniadanie. Rozłożyłby ją na sali sądowej. Nie mamy nikogo, kto podparłby swoim zeznaniem panią Shunderson. Poppy Palmer dała dyla i pojęcia nie mamy, gdzie jej szukać. A teraz załóżmy, że trafimy na litościwą ławę przysięgłych? Wtedy Darby może nam umknąć i wyjdzie na wolność. Albo zostanie skazany za nieumyślne zabójstwo i posiedzi najwyżej trzy lub cztery lata. A przy ugodzie, jeśli udało się nam sprzedać Raineyowi całą historię, mamy Darby'ego na dwadzieścia lat.

- ja w dalszym ciągu uważam, że wygrałabym.

- Już wygrałaś, Shana, pakując Darby'ego w ustronne miejsce na dwadzieścia lat bez żadnych zniżek. To najlepsze, czego mogłem sobie życzyć. Poza tym jesteś cholernie zajęta. Dopiero co ukończyłaś jedną sprawę, teraz masz na głowie Edith Stoddard, a jutro pewno znajdą się na twoim biurku dwie nowe sprawy. Zapomnij o Darbym. Już go przymknęłaś. Miejmy nadzieje, że Rainey go wypatroszy.

- Wyjawiliśmy wszystko Raineyowi! l dlaczego nie daliśmy szeryfowi nakazu aresztowania?

- Nie daliśmy Raineyowi nic, czego nie dowiedziałby się pierwszego dnia po przedstawieniu przez nas zarzutów pod adresem Darby'ego. I dając mu możliwość przyprowadzenia swego klienta do nas, pokazaliśmy, że działamy w dobrej wierze.

- Czy będzie miała znaczenie sprawa jego honorarium? Że Darby nie ma pieniędzy?

- To nasz dżoker. Rainey zawierzył Darby^mu. Uwierzył we wszystko, co mu Darby mówił. Jest rzeczą normalną, że obrońca stara się ufać klientowi. Teraz Rainey się dowiedział, że być może Darby łgał mu od samego początku. Paul Rainey nie lubi być oszukiwany przez swoich klientów. Zwłaszcza przez klienta, do którego nie czuje sympatii. Jeśli dojdzie do wniosku, że w istocie Darby mu kłamał, to będzie musiał wybierać: bronić człowieka, o którym wie, że jest winny, i nic za to nie dostać, bądź zawrzeć układ z prokuraturą.

- Moim zdaniem Rainey się nie nabierze - wyraziła opinię Shana.

- Może tak, może nie. Co nim najbardziej poruszyło, to informacja o zniknięciu Poppy Palmer. Moim zdaniem Rainey pojawi się z kontrpropozycją.

- No i co wtedy?

- Dałem mu maksimum tego, co mogę dać. Jeśli Rainey nie przyjmie propozycji, oddaję Darby'ego w twoje ręce.

- Wspaniale! - odparła z entuzjazmem Shana. - Mam nadzieję, że Rainey zagra nam na nosie. I zostanie za to ukarany.

- Jeśli tak się ma stać, to lepiej odnajdźmy Poppy Palmer. Ona będzie gwoździem do jego trumny.

19

W gabinecie Martina Vaila wielki stół zarzucony był protokołami z rozpraw, raportami policyjnymi, medycznymi opisami sekcji zwłok i kserokopiami wybranych stron z prawniczych ksiąg. Przed tym potężnych rozmiarów stołem siedzieli Naomi, Flaherty i Harvey St. Claire studiując w milczeniu dowody, które Harvey określił jako „dowody rzeczowe". Od czasu do czasu któreś z nich brało do ręki fotografię lub jakiś dokument, zapoznawało się z nim bliżej i potem odkładało na miejsce. Naomi i Flaherty byli wyraźnie zdumieni tym, co Harvey rozłożył na stole.

- Dobra robota, Harvey - odezwał się Flaherty. - Powinieneś był zostać'adwokatem.

- Wyglądałbym zbyt niepozornie na sali sądowej - odparł Harvey. - Najwyżej jako świadek. Pod przysięgą potrafię mówić jak trzeba. Nie dam się.

- Co mówi Abel? - spytała Naomi.

- Bardzo się przejął - odparł St. Claire.

- W przypadku Abla oznacza to, że jest bliski paniki - skomentował Flaherty z rozbawieniem.

- Czyżbym się mylił? Może ogarnęła mnie paranoja - mruknął St. Claire. - Sam już nie wiem.

- Z pewnością nie jesteś paranoikiem - zaprzeczyła Naomi. - Tylko dlaczego, na miłość boską, nie dowiedzieliśmy się o tym wcześniej?

- Ponieważ miasteczko Gideon nie chciało, by świat się o tym dowiedział - poinformował zebranych St. Claire. - Z tego, co się zorientowałem, w Gideon rządzą fundamentalistyczni dziadkowie. Wyobrażam sobie, że wszyscy są podobni do Abrahama, Mojżesza albo Johna Browna. Za żadne skarby nie chcą dopuścić do tego, by świat się dowiedział, że po ich świętym miasteczku hulają sataniści.

- Czy naprawdę ich nie obchodzi, kto to zrobił?

- Chyba nie. To wydarzyło się przed sześcioma miesiącami i od tego czasu cisza. Pewno lokalni „mężowie stanu" zdecydowali, że trzeba o tym zapomnieć. Odpędzić złe moce niedzielnymi modlitwami.

- I wykreślili Linde Balfour z pamięci?

- Można tak to określić - odparł St. Claire.

- Pierwsze pytanie, jakie mi przychodzi do głowy, to kto to zrobił. A drugie, dlaczego - odezwał się Flaherty.

- Mogę ci tylko powiedzieć, kto tego nie zrobił. To nie Aaron Stampler. Siedzi dobrze pilnowany w Daisyyille.

- Szpital nazywa się Daisyland - poprawiła Naomi.

- Równie głupio - mruknął St. Claire.

Naomi uniosła głowę, gdy na piętrzę zatrzymała się winda. Wyszli z niej Vail, Shana Parver i Stenner. - Oto idzie ktoś, kto potrafi odpowiedzieć na nasze pytania, jeśli w ogóle ktokolwiek potrafi. - Wskazała głową Yaila.

- A cóż tutaj mamy? - spytał Vail, wchodząc do swego gabinetu.

Obecni spojrzeli po sobie, a następnie skupili wzrok na Harveyu St. Claire, który pogładził wąsy.

- Powiem, skąd to się wzięło i jak na to trafiłem. Buszowałem po całej sieci HITS myśląc, że może znajdę tam coś, co wiąże się z tymi ciałami na wysypisku. Może osoby poszukiwane, może napad na bank albo gang narkotykowy... Szedłem na instynkt, rozumiecie? No i Ben Meyer trafił na brutalne morderstwo w pobliżu granicy Kentucky. Miasteczko o nazwie Gideon. Słyszeliście o nim kiedyś?

- Chyba nie - odparł Vail.

- W miasteczku rządzą zwariowani fanatycy religijni i schowali sprawę pod sukno. Zapisali w protokole, że to zrobili jacyś sataniści. Zainteresowałem się ze zwykłej ciekawości. Ofiarą była szczęśliwa mężatka. Mąż porządny, solidny. Roczne dziecko. Nie wiedziałem, czy iść dalej tym tropem, czy nie. Przeczytałem raport z sekcji zwłok. Szef policji usiłował mr.ie zbyć, ale miejski lekarz, pełniący także funkcję koronera, okazał się miły i był chętny do pomocy.

St. Claire zaczął grzebać wśród dokumentów na stole i wyciągnął oświadczenie doktora Fieldsa, które Ben przepisał do komputera i wydrukował. St. Claire zaczął czytać na głos:

- Ofiara, Linda Balfour, rasa biała, lat 26. Wzrost 165 centymetrów, waga 61,5 kilogramów. Oczy niebieskie, włosy jasnokasztanowate. Nie żyła w chwili mego przybycia do jej domu przy Poplar Street w Gideon. Ofiara miała w 56 miejscach ślady pchnięcia nożem i nacinania. Stwierdziłem objawy pośmiertnego spazmu, traumy i aeroemboli-zmu. Duże wykrwawienie w wyniku pchnięć nożem. Głębokie rozcięcie gardła niemal pozbawiło ofiarę głowy i wywołało aeroembolizm, który spowodował natychmiastową śmierć. Rany na rękach wskazują, że przed śmiercią ofiara usiłowała się bronić.

St. Claire podniósł głowę i spytał Yaila: - Czy to nie brzmi znajomo, Martin?

- Do czego zmierzasz, Harve?

- Posłuchaj tego. Wyjątek z przesłuchania lekarza sądowego podczas procesu Stamplera.

St. Claire odczytał z kolei wyjątek opisu ran zadanych przed dziesięcioma laty arcybiskupowi Rushmanowi. Przed sądem zeznawał doktor William Danielson:

- Trauma, aeroembolia, śmiertelny skurcz, wielkie wykrwawienie. Każdy z tych elementów mógł spowodować śmierć... jednakże moim zdaniem pierwotną przyczyną było poderżnięcie gardła... Nastąpiła natychmiastowa aeroembolia, to znaczy nagłe pozbawienie płuc powietrza. Zgon jest w zasadzie natychmiastowy... rany zdradzały znajomość technik chirurgicznych...

Vail wyglądał na zainteresowanego. Pochylił się w swoim fotelu, między palcami tlił mu się zapomniany papieros.

- Alę teraz, posłuchajcie jeszcze reszty raportu doktora Fieldsa z autopsji:

- Są również ślady pośmiertnych okaleczeń. Sutki i clitork zostały odcięte i włożone ofierze do ust. Wydaje się, że rany były zadane przez osobę lub osoby posiadające pewną wiedzę chirurgiczną bądź anatomiczną. Na karku znalazłem wypisane krwią ofiary znaki: C13.489, poniżej linii włosów, 4,6 centymetra powyżej podstawy czaski. Ustalono, że narzędziem zbrodni był zwykły nóż kuchenny do mięsa, o ostrzu długości 20,5 centymetra, znaleziony na miejscu i należący do ofiary.

- Mogę do tego dodać, że ofiara była w dziewiątym tygodniu ciąży - dorzucił po paru sekundach ciszy St. Claire, jakby dopiero teraz o tym sobie przypomniał.

Vail patrzył w przestrzeń. Milczał bardzo długo. Chyba z minutę. Nikt inny nie przerywał ciszy.

- Gdzie jest Stampler? - spytał wreszcie.

- W Daisyland - rygor obostrzony - odparł Stenner. - Jeszcze nikt nigdy go nie odwiedził, nigdy nie otrzymał listu, nigdy nigdzie nie dzwonił.

- Przez całe dziesięć lat?

- Przez całe dziesięć lat - potwierdził Stenner. - Rozmawiałem z naczelnikiem ochrony.

- Jest jeszcze jeden drobiazg. Ba, może i nie drobiazg - zabrał ponownie głos St. Claire. - Kiedy kończyłem z protokołami sądowymi czytając je po raz wtóry, mój wzrok zatrzymał się na zdaniu, które przy pierwszym czytaniu nie zastanowiło mnie. Kiedy drugi raz je przeczytałem, niemal skoczyłem pod sufit. To było wtedy, kiedy Stampler zeznawał z fotela dla świadków, a ty go przepytywałeś, Martin. Stampler mówi: „Moja dziewczyna, Linda, i ja postanowiliśmy zamieszkać razem..." Pomyślałem, no cóż, zwykły zbieg okoliczności, dwie kobiety imieniem Linda... - St. Claire wybrał zbliżenie Lindy Balfour - głowa do ramion - i podał je Yailowi.

- Nic ci nie przypomina? - spytał.

Vail wpatrywał się przez kilka sekund w fotografię. - Marne zdjęcie. Naprawdę jest mi bardzo trudno...

- Sprawdzałem w aktach stanu cywilnego w Carbondale, gdzie Linda i Balfour wzięli ślub. Panieńskie nazwisko Lindy brzmi Gellerman. Urodzona w Akron, w stanie Ohio.

Vail spojrzał na St. Claire'a i nagle wrota pamięci otworzyły się. Dziesięć lat temu!

Drobna zastraszona istotka w żółtym nieprzemakalnym płaszczu, stoi w deszczu, patrzy pełnymi strachu oczami.

- Pan Vail? - zapytuje cienkim głosikiem.

Wpuszcza ją do środka, częstuje Coca-Cola i wypytuje o jej przyjaciela, Aarona Stamplera.

- Uważasz, że Aaron zabił biskupa?

- Wszyscy tak uważają.

- Byłaś tam, Lindo?

- Gdzie?

- U biskupa. W wieczór, kiedy został zabity.

- Oczywiście, że nie!

- Dlaczego więc uważasz, że Aaron go zabił? Skąd o tym wiesz?

- No dlatego, że schował się w kościele, miał nóż i w ogóle...

- Skąd wiesz, że to nie był Peter albo Billy Jordan?

- Pan o tym wie?

- O czym?

- Nie, nic, nic.

- Po co tu przyszłaś, Lindo?

- Bo nie mogę pomóc Aaronowi i chcę, żeby pan przestał mnie szukać.

- A może możesz mu pomóc.

- Jak?

- Chcę, żebyś zeznawała przed sądem.

- Żebym co zeznawała?

- Na temat ministrantów.

Wpadła w panikę, cofnęła się od niego parę kroków. Sprawiała wrażenie zaszczutego zwierzęcia. Potem pobiegła do drzwi. Vail złapał ją za ramię, gdy chwytała klamkę.

- Nie zrobię tego! Będę kłamała. Powiem, że to nieprawda!

- Lindo, posłuchaj: to bardzo pomoże przysięgłym zorientować się, co naprawdę zaszło... Co biskup kazał ci zrobić? Do czego cię zmusił?

- Czy pan nie rozumie, że on mnie do niczego nie zmuszał? Zaraz potem było bardzo dobrze. Przyjemnie nam było...

Powiedziawszy to otworzyła drzwi i wybiegła, znikając szybko w mroku spłakanego deszczem wieczoru.

Vail nigdy więcej już jej nie zobaczył do chwili, gdy Harvey podał mu fotografię leżącej na ziemi kobiety ociekającej krwią.

- Linda Gallerman - powiedział głośno Vail. - Przyjaciółka Aarona Stamplera.

- Tak sobie myślę, czy przypadkiem nie mamy do czynienia z naśladowcą -podsunął St. Claire.

- Byłoby to możliwe, gdyby nie pewien aspekt - wtrącił Stenner. Vail skończył za niego. - Ministranci?

- Właśnie.

- Co za ministranci, do cholery? - spytał St. Claire. - Nic o nich nie ma w protokole z rozprawy.

- To prawda, nie ma nic - potwierdził Vail.

- Ale ten, kto zabił Linde Gallerman, wiedział o ich istnieniu. Musiał wiedzieć -powiedział Stenner.

- Kim oni są? Co oni mają z tym wspólnego? - zapytał St, Claire.

Vail zdusił papierosa i podszedł do pojemnika z kawą. Nalał pełny kubek.

- Musisz zrozumieć, że przed dziesięcioma laty arcybiskupa Richarda Rushmana nazywano Świętym z Lakeside Drive - zaczął wyjaśniać. - Nie tylko był lubiany. Był czczony. Jednocześnie należał do grona najbardziej wpływowych postaci w naszym stanie. Było w nim tyleż samo z kardynała Richelieu, co z Jana Chrzciciela. I tyleż z Machiavellego, co z Billy'ego Budda. Ale dla prostego człowieka z ulicy, dla przeciętnego sędziego? Ha! Był człowiekiem, przed którym się klęka i który zaćmiewa swoją doskonałością. A teraz Aaron Stampler. Aaron pochodził z zapomnianej przez Boga mieściny w Kentucky. Był prawdziwym anachronizmem. Współczynnik inteligencji geniusza, ojciec i matka analfabeci. Rodzina żyła w biedzie wśród pokrytych kopalniami węgla wzgórz Kentucky. Aaron wymykał się do domu nauczycielki, żeby móc czytać książki. Ojciec nie pozwalał na żadne książki we własnym domu, z wyjątkiem Biblii. Ojciec nalegał również, by syn pracował w miejscu, którego młody

Aaron bał się bardziej, niż jakiegokolwiek innego miejsca na świecie. W kopalni. I pracował. W szybie numer pięć. Pamiętam, jak mi o tym opowiadał. Była to głęboka kopalnia. Gdy wreszcie udało mu się umknąć z tego miejsca, przyjechał tu. Rushman go poznał, zabrał do swego .Przybytku Zbawiciela", schroniska dla bezdomnych dzieci i tych, które uciekły od swoich rodzin. Stampler bardzo zbliżył się do biskupa. Biskup go polubił. Aaron spotkał dziewczynę, zaprzyjaźnił się z nią. Postanowili razem zamieszkać. Od tego miejsca obraz staje się mniej przejrzysty. Jane Yenable była zdania, że biskupowi nie podobało się, iż dwoje młodych żyje w grzechu, więc ich wyrzucił. Aaron i Linda zamieszkali w przytułku w starym portowym magazynie nazywanym po prostu Dziuplą. To było dno. Przed laty budynek rozebrano. Dziewczyna opuściła Stamplera. Zdaniem prokuratury, konkretnie Jane Yenable, zrozpaczony i wściekły Stampler poszedł do kościoła i pokrajał biskupa na kawałki niby świątecznego indyka.

Vail upił parę łyków kawy i ciągnął dalej:

- Teza obrony brzmiała, że Stampler dobrowolnie opuścił schronisko biskupa, że między nim a biskupem nie zaistniało żadne nieporozumienie. Nadal odwiedzał biskupa. Znajdował się właśnie w bibliotece, kiedy dobiegły go odgłosy kłótni w mieszkaniu biskupa. Poszedł sprawdzić, co się dzieje. Kiedy zajrzał do sypialni, zdawało mu się, wyczuł, że był tam ktoś obcy. l wtedy stracił świadomość, wpadł w stan nazywany fugą. Często mu się to zdarzało, zwłaszcza wtedy, kiedy był nadmiernie podekscytowany, rozstrojony, spięty. Ocknął się w konfesjonale z narzędziem zbrodni, z którego skapywała krew biskupa. Pamiętajcie: jego przyjaciółką była Linda Gallerman.

- Ale to nie był jedyny powód - wtrącił Stenner.

- Nie, był jeszcze jeden. Bardzo mroczny. Zarówno obrona, jak i prokuratura były tego świadome. Ale żadne z nas nie użyło go podczas procesu.

- A mianowicie? - spytał Flaherty.

- Biskup był pedofilem. Ofiarami byli ministranci. Biskup filmował ministrantów gwałcących dziewczynę. Potem odkładał kamerę i sam zabierał się do dziewczyny bądź do chłopców. W zależności od tego, co mu w danej chwili odpowiadało. Aaron Stampler był jednym z ministrantów. Linda była jego dziewczyną.

- Dlaczego to nie wyszło na jaw podczas procesu? - spytała Shana Parver.

- Wydawało się to nam zbyt ryzykowne. Po procesie postanowiliśmy zniszczyć nagrania filmowe.

- Dlaczego?

- By chronić dobre imię biskupa - odparł Stenner.

- Chryste panie, biskup pedofilem! - wykrzyknął St. Claire. - Kogoś takiego się nie chroni.

- Nie byłeś tu. Biskup był uwielbiany przez wszystkich - tłumaczył Stenner. -Rocznie zbierał miliony na cele dobroczynne. Niesłychanie wpływowy.

- No i już nie żył - dodał Vail. - Ryzykowne było ujawnienie tych nagrań. Biskup na nich nie występował. Słychać było tylko jego głos. Zarówno dla Jane Yenable, jak i dla mnie przedstawienie sądowi taśmy stanowiło ryzyko w tym sensie, że ława przysięgłych mogła uznać to za desperackie posunięcie prokuratury czy obrony.

Efekt mógłby być odwrotny do zamierzonego. Poza tym, jeśli o mnie idzie, było to niepotrzebne. Nasza obrona opierała się na twierdzeniu, że Stampler jest chory umysłowo...

- Że cierpi na rozdwojenie jaźni? - spytał Flaherty.

- Niewłaściwe określenie, ale mnie więcej o to chodziło. Jego alter ego był szaleńcem o imieniu Roy. Stampler to słodki, niemal naiwny dzieciak z głuchej prowincji. Roy natomiast był psychopatą. Podczas gdy Stampler podniecony wpadał w fugę, Roy dostawał morderczego szału. Stampler w stanie fugi nie wiedział, co się dookoła niego dzieje, Roy mordował.

- Więc to Roy był ową drugą osobą w sypialni, kiedy biskup został zabity? -spytał St. Claire.

- Tak - odparł Yail. - Kiedy Jane Yenable przesłuchiwała Stamplera, musiała coś w nim wyzwolić, bo zmienił się w Roya. Wyskoczył jak raca z fotela świadków i usiłował ją udusić na oczach sędziego, ławników i publiczności.

- Dobrze przygotowałeś grunt, Martin. Zastawiłeś na nią pułapkę - powiedział Stenner.

- Ona ci się skarżyła?

- Ja tak mówię.

- Jakżeś to sobie wykombinował?

- Od tygodni wiedziałeś o tym, nagrywając wszystko, co mówi Aaron.

- O czym wiedziałem? Co wiedziałem?

- Że przyduszanie go na temat tych cytatów z książek może spowodować nagłą zmianę osobowości. Posadziłeś Stamplera na fotelu świadków. Zacząłeś krążyć wokół cytatów, ale ich nie dotykałeś bezpośrednio, potem oddałeś „świadka" w ręce prokuratora, który połknął haczyk. Jane Yenable pomyślała, że się boisz zagłębiać w temat, i sama to zrobiła.

- Ale ty nie dałeś się nabrać? Stenner pokręcił głową.

- Okropnie wymęczyłeś Abla, kiedy go przesłuchiwałeś. Przystawiłeś do muru na temat stanu fugi - powiedział St. Claire z uśmiechem.

- Nie przypominam sobie wszystkiego aż tak dokładnie - odparł Yail niemal opryskliwie. - Lata wiele wymazują z pamięci.

- No dobrze, ale wróćmy do ministrantów - zaproponował St. Claire.

- Było ich pięciu. Linda i jeden z nich uciekli. Dwaj następni zostali zabici. Nie było świadków mogących zidentyfikować głos Rushmana na taśmie, l dlatego też ani Jane Yenable, ani ja nie chcieliśmy przedstawiać nagrania sądowi.

- Dwaj zabici? Jak, kiedy? - spytał Flaherty.

- Przez Stamplera-Roya - wyjaśnił Stenner. - Też o tym wiedzieliśmy, obrona i ona. Jane Yenable była pewna, że trzyma Stamplera w garści i nie chciała ryzykować wprowadzenia dodatkowych morderstw, które mogłyby skomplikować sprawę. Jedno dobre i pozornie łatwe do wygrania zupełnie jej wystarczyło.

- Po uznaniu Stamplera za umysłowo chorego powstał spór - uzupełnił Yail. -Jednym z warunków ugody z prokuraturą była moja zgoda na uznanie Stamplera winnym wszystkich trzech morderstw...

Harvey St. Claire przerwał reminiscencje Yaila: - Jeszcze jedno. Trafiłem na to w księgozbiorze Rushmana. Znajduje się on w Bibliotece Newberry. Znalazłem to od razu, kiedy otworzyłem tom na stronie 489. Fragment, o który chodzi, był wyraźnie oznaczony.

- Niedawno? - zapytał Stenner. - Czy oznaczenie jest niedawne?

- Może Okimoto będzie nam mógł powiedzieć. Moim zdaniem znajdowało się tam już od pewnego czasu.

- Jaka to była sentencja czy posłanie? - spytał Vail.

- Cytat z „Kupca Weneckiego" Szekspira - odparł St. Claire.

Bo w sądach naszych gdzież jest tak zła sprawa, Która by, słodkim okraszona słówkiem, Wad swych nie skryła.

Zapadła martwa cisza, która trwała parę minut. Vail zastanawiał się. Czyja zła sprawa, czyje stanowisko, obrony czy oskarżenia, było okraszone przymilnym słówkiem i zaciemniało obraz zła?

Doszedł do wniosku, że cytat był skierowany pod jego adresem. Oczywiście, że tak! Czy jego linia obrony Stamplera była wdzięcznie zaprawiona kłamstwem, krętactwem? Czy to jego obrona zaciemniła obraz zła? A może to są paranoiczne pytania? Po procesie Stamplera Vail zupełnie poważnie zadawał sobie pytanie, czyjego chytra taktyka procesowa nie zaciemniła trochę obrazu prawdy, co Szekspir dosadnie określił słowami „obraz zła". Pytania te dręczyły go przez wiele miesięcy, zmuszając do głębokiego zastanowienia się nad własną karierą obrońcy w sprawach kryminalnych. Rozmyślał o tych wszystkich gangsterach, handlarzach narkotyków, złodziejach samochodów i innych przestępcach, których z takim zapałem bronił. Już przedtem przeprowadzał często rachunek sumienia i ważył na wyimaginowanych szalach. Ważył dobro i zło. Ważył na szali kłamstwo i prawdę. Rozgrzeszał się i znajdował ucieczkę oraz ulgę w prawnej koncepcji „uzasadnionej wątpliwości", tłumacząc ową wątpliwość na korzyść oskarżonego, którego bronił. Jednakże do tej chwili Vail nigdy poważnie nie zastanawiał się nad problemem tak wyraziście sformułowanym przez Szekspira: czy rzeczywiście on, Vail, był stronniczy i skorumpowany przemawiając w sądzie głosem wdzięcznie zaprawionym mistrzowsko spreparowaną pewnością siebie?

Vail zdawał sobie w tej chwili sprawę, że już przed dziesięcioma-łaty Stampler coś podobnego powiedział, kiedy go wywożono do Daisyland. Mimochodem, może jako bolesny żart... Dręczyło to jednak Yaila przez długie miesiące. Wreszcie doszedł do nieuchronnego wniosku: jest jego obowiązkiem, jako obrońcy sądowego, zapewnić klientowi jak najlepszą obronę i spełnił to zadanie błyskotliwie, tak jak zawsze w przeszłości. Wszystkie wyrzuty sumienia rozpłynęły się jako abstrakcyjne wymysły.

Ale stało się to dopiero wtedy - do czego obecnie się przyznawał - kiedy zmienił togę adwokacką na prokuratorską. Dopiero wtedy poczuł spokój sumienia.

Teraz, w chwili przerażającego deja vu, Vail mógł wreszcie zrozumieć sens wszystkich wydarzeń, ponieważ tylko on znał brakujący element. Tylko on znał praw-

dziwy klucz do zagadki, ów wycinek czasu - chwilę, której tajemnicy z nikim nie podzieli...

Dzwonek telefonu przerwał mu tok myśli. Naomi wyszła z gabinetu i odebrała przy swoim biurku. W parę sekund później wróciła.

- Do ciebie, Harvey. Buddy Harris z IBI.

- Czego, do diabła, chce Budd? - warknął St. Claire, idąc do telefonu.

- Ten cytat z Szekspira jest dość nieprzejrzysty - zauważył Stenner po wyjściu Harveya. - O kogo tutaj chodzi?

- Właśnie - odparł Vail. - Przy sprawie Rushmana wszystkie cytowane zdania odnosiły się do arcybiskupa. O kim myśli ten, kto wybrał zdanie z „Kupca Weneckiego"?

Do gabinetu wrócił ze zmarszczonym czołem St. Claire.

- Jest następny - zawiadomił obecnych.

- Co takiego?! - wykrzyknął Vail.

- Gdzie? - spytał Stenner,

- Hilltown w Missouri. Około pięćdziesięciu kilometrów od St. Louis. Mężczyzna. Biały. Lat dwadzieścia sześć. Doręczyciel przesyłek ekspresowych UPS. Zawiózł paczkę do prywatnego domu. Zadźgany, pocięty, poderżnięty. Harris powiedział, że wydział kryminalny policji w St. Louis zajmuje się sprawą i chwilowo nie chce puścić pary z ust. Prawie nic nie dali prasie. Buddy mówi, że rano rozmawiał ze znajomym policjantem z St. Louis w sprawie narkotykowej i tamten mu powiedział, że po drugiej stronie rzeki znaleźli ofiarę rzeźniczej obróbki. Wtedy Buddy zadzwonił do departamentu policji w St. Louis, ale nie chcieli o tym mówić, Wreszcie przyznali, że pokrajano na kawałki dostarczyciela przesyłek ekspresowych. Buddy powiada, że to wygląda na powtórkę morderstwa w Gideon.

- Powiedział im o morderstwie w Gideon?

- Nic im nie powiedział. Tylko słuchał.

- Nazwisko ofiary?

- Jeszcze go nie podano. Nie mogą znaleźć krewnych. Buddy powiada, że drapią się mocno w głowę.

- Widzicie, moi drodzy? Niespodzianka po niespodziance - powiedziała Naomi. Vail siedział nieruchomo. Głęboko zatopiony w myślach patrzył tępo na Stennera

i nawet nie mrugnął okiem. Wreszcie przemówił:

- Jeśli Stampler kryje się za tymi morderstwami, to jak znajduje tych ludzi, jak dopada ofiary? Gideon w Illionois. Hilltown w Missouri. Nawet na mapie trudno znaleźć te miejscowości.

- I jeśli jest w to zamieszany, to jak to robi z oddziału o obostrzonym reżimie w stanowym szpitalu psychiatrycznym? - spytał St. Claire.

- Może Stampler nie ma z tym nic wspólnego - podsunął Stenner. - Może to robi na jego wzór ktoś, kto dowiedział się o ministrantach?

- I odczekał dziesięć lat, żeby się wziąć do dzieła? - zakwestionował tezę Vail.

- Może jest leniwy - mruknął Flaherty i roześmiał się.

Vail wyprostował plecy, a potem podparł się łokciami na blacie stołu, i na zwiniętych w pięści dłoniach wsparł brodę. Długo wpatrywał się w St. Claire'a.

- Harvey, polecisz z samego rana do St. Louis i wydobędziesz od tamtejszej policji wszystkie informacje.

- Nie mogę, szefie. Rano mam być w sądzie. Sprawa Quarrlesa. .

- Abel?

- Mam jutro dwa przesłuchania pod przysięgą.

- Ja mam jutro czas - zaoferował się Flaherty.

- Doskonale. Naomi, zarezerwuj Dermottowi najwcześniejszy poranny lot, załatw samochód na lotnisko. Ty, Dermott, zadzwoń do Buddy'ego i weź od niego nazwiska ludzi, z którymi można pogadać.

- Tak jest.

- Naomi, połącz mnie z Bascottem w Daisyland. Z nim osobiście. Nie obchodzi mnie, czy ma konferencję z samym panem Bogiem, chcę z nim rozmawiać teraz.

Dziesięć minut zajęło Naomi uzyskanie połączenia z dyrektorem stanowego szpitala psychiatrycznego. Vail zapomniał już, jak zwodniczo łagodnie brzmi głos Bascotta:

- Panie Vail, Stamplerem od niemal ośmiu lat zajmuje się doktor Samuel Wood-ward - poinformował po wymianie wstępnych formułek powitalnych. - Wolałbym, aby porozmawiał pan z nim bezpośrednio, jeśli ma pan jakieś pytania dotyczące jego...

- W jakiej formie Stampler jest obecnie? - przerwał mu Vail.

- Jeszcze raz powtarzam: wolałbym...

- Panie Bascott, mam tutaj bardzo poważną sprawę i potrzebuję odpowiedzi na parę pytań. Teraz, już! Jeśli doktor Woodward jest osobą, która może mi udzielić odpowiedzi, to proszę go poprosić do telefonu.

- Doktor Woodward jest na urlopie. Łowi ryby w Wisconsin. Wraca jutro wieczorem. Powiem mu, żeby do pana...

- Pojutrze pojawię się osobiście. Pojutrze rano - odparł Vail. W jego głosie wyczuwało się duże niezadowolenie. - Proszę mi zaaranżować spotkanie z Woodwar-dem i Stamplerem.

- Panie Vail, pan był... Aaa, adwokatem Aarona. Przez dziesięć lat pan go nawet nie odwiedził. Nie widzę powodu...

- Pojutrze dyrektorze - powtórzył Vail. - Pojutrze chcę mu złożyć wizytę. - Odwiesił słuchawkę. - Cholera! - zaklął. - Bascott mnie zwodzi. Jakby coś ukrywał. Naomi, załatw, żeby pojutrze o ósmej rano samolot dyspozycyjny zawiózł mnie do Daisyland.

- Zapisałam.

Tego wieczoru o szóstej Stenner jak zwykle pojawił się w drzwiach gabinetu Yaila.

- Pakujesz manatki?

- Aha - odparł Vail zmęczonym głosem, ale nim zdążył podnieść się z fotela, zadzwonił telefon. Był to Paul Rainey.

- Nie mogę znaleźć Jima Darby'ego - powiedział.

- Co to znaczy, nie możesz?

- Całe popołudnie musiałem spędzić na sali sądowej. Odczytywanie wyroku. Dopiero godzinę temu złapałem wolną chwilę, żeby do niego zadzwonić. Pewno jest gdzieś z koleżkami. Daj mi czas do jutra rana, wtedy go przyprowadzę.

Vail przez chwilę wahał się.

- jestem pewien, że go znajdę, Marty - dodał Rainey, słysząc ciszę w słuchawce. - Przepraszam, ale naprawdę nie miałem sekundy przez całe popołudnie.

- Dobrze, Paul. Daję ci czas do dziewiątej rano. Jeśli o dziewiątej Darby się nie pojawi, każę szeryfowi poszukiwać go listem gończym.

- To nie będzie potrzebne.

- Paul, staram się iść ci na rękę. Z tego, co wiem, Darby jest już być może w drodze do Rio.

- Marty, on nie wie, że noszę w kieszeni nakaz jego aresztowania. Na pewno poszedł gdzieś na piwo... Przyprowadzę go rano.

- Biorąc nakaz przyjąłeś obowiązek doprowadzenia go. Jesteś odpowiedzialny za Darby'ego. A przy okazji: myślałeś na temat naszej rozmowy podczas lunchu? Coś wymyśliłeś?

- Niczego nie wymyśliłem. Przecież jeszcze nie rozmawiałem z Darbym - odparł Rainey. Ton jego głosu wskazywał na głęboki niepokój.

- A więc do zobaczenia rano. - Vail odłożył słuchawkę i spojrzał na Stennera. -Wystawiliśmy nakaz aresztowania Darby'ego za zabójstwo pierwszego stopnia. W głosie Raineya wyczuwam niepokój. Jeśli nie dostarczy nam Darby'ego do dziewiątej rano, to weźmiesz od szeryfa dwóch najlepszych ludzi, odszukacie Darby'ego i doprowadzicie do aresztu.

Stenner skinął głową, ale wydawał się niespokojny.

- Co cię znowu martwi? - spytał Vail.

- Poppy Palmer.

- Co konkretnie?

- Myślę, że spanikowała. Może... - Nie dokończył, ale Vail domyślił się ponurego wniosku.

- Masz wybujałą wyobraźnię, Abel.

- Jestem gliną od prawie dwudziestu pięciu lat. Człowiek poznaje naturę ludzką...

- Co proponujesz?

- Spróbować ją znaleźć. Darby stoi w obliczu kary śmierci, a ona może być głównym świadkiem oskarżenia. Mam ochotę poniuchać sam.

- Masz przecież te dwa przesłuchania.

- Jakoś wygospodaruję czas.

Vail pomyślał chwilę i przyzwalająco skinął głową.

- Dobra, oddaję ci ją. Znajdź ich oboje.

20

Gdy Flaherty wszedł do biura wydziału zabójstw policji St. Louis, prawie nikogo nie zastał. Sala była pełna biurek, szaf na akta, komputerów i telefonów. Za swoimi biurkami siedzieli tylko porucznik Oscar Gilanti, który kierował brygadą dochodzeniową w sprawie morderstwa w Hilltown, oraz sierżant-detektyw Ed Nicholson, stary wyga o godnej postawie i wyglądzie agenta FBI.

Obaj policjanci okazali się znacznie milsi, niż Flaherty się spodziewał. Porucznik był krępym niskim mężczyzną, prawie łysym, oprócz kilku czarnych jak węgiel kręconych kosmyków wokół uszu. Miał ciemne kręgi pod oczami i ciemny dwudniowy zarost na policzkach oraz brodzie. Jego ubranie wyglądało tak, jakby w nim spał, co najprawdopodobniej uczynił. Chrapliwy głos mówił o tym, że nie spał długo.

- Muszę wracać na miejsce zbrodni - poinformował Flaherty'ego. - Zostawiam panu sierżanta Nicholsona. Wie tyle samo o całej historii, co my wszyscy. Niech mi pan przypomni, jak pan się nazywa?

- Dermott Flaherty.

- Doskonale, Dermott. Jeśli będzie pan chciał gdzieś pojechać, coś zobaczyć, Nick cię zawiezie. Masz go na cały dzień. Wyciągnąłem zdjęcia, wstępny raport, opis miejsca i tym podobne. Rezultatów sekcji zwłok jeszcze nie mamy. Prawdopodobnie dostaniemy jutro rano. Możemy przefaksować, jeśli będziecie potrzebowali.

- Serdecznie panu dziękuję, poruczniku - odparł Flaherty.

- Nie ma sprawy. Ale będziemy wdzięczni za informacje, jeśli wy coś wiecie. W tej sprawie chętnie przyjmiemy każdą pomoc. Cholerna sprawa, spędza nam sen z powiek.

- Wyobrażam sobie.

- Jadę teraz do Hilltown, Nick. Jeśli Dermott też chce to obejrzeć, to go przywieź.

- Tak jest - odparł Nicholson.

Sierżant bardzo uprzejmie zadał Flaherty'emu zwyczajowe pytanie: - Masz broń, kolego?

Flaherty uśmiechnął się. - Jestem tylko prokuratorem. Jeszcze tak źle nie jest, żebym musiał kręcić się po świecie z artylerią.

Policjant chrząknął rozbawiony. Należał do starych zawodowców, był wysoki, szczupły, trzymał się prosto, twarz miał ogorzałą, łagodne czujne spojrzenie i siwiejące blondynowate włosy.

Otworzył z klucza szufladę biurka i wyjął z niej rewolwer, który wsunął do kabury przy pasie. Przy pasie nosił także metalową oznakę policyjną, Pchnął ku Fla-herty'emu grubawą papierową teczkę.

- Możesz zacząć od zdjęcia, które da ci punkt odniesienia. Hilltown jest stąd prawie dokładnie pięćdziesiąt kilometrów autostradą na północny wschód od szosy numer 44. Dom Spiersa znajduje się około trzech kilometrów za miasteczkiem. Niewielki, drewniany parterowy dom. Dwie sypialnie, kuchnia, pokój dzienny, duża łazienka. To chyba wszystko. Dom stoi kawałek od szosy, między drzewami.

Sierżant wybrał zdjęcie lotnicze, na którym było wyraźnie widać dom oddalony od głównej drogi jakieś czterysta metrów. Do domu od szosy prowadziła między drzewami i kępami wysokiej trawy wąska, kręta droga gruntowa, która tuż za domem łączyła się z drugą podobną, prowadzącą do jeziora.

- Właścicielami domu są Calvin Spiers i jego żona. Przebywają obecnie w Las Yegas. Mieli wrócić dopiero w połowie przyszłego tygodnia, ale wrócą wcześniej. Dziś, jutro.

- Czy znają ofiarę?

- Spiers powiada, że nie. Chce pan tam pojechać? Tylko trzydzieści minut -mrugnął porozumiewawczo - jeśli włączę koguta.

Flaherty skinął głową.

Jazda była przyjemna mimo deszczowej mgiełki. Nicholson, istota towarzyska, mówił spokojnym głosem, autorytatywnie, opisując Flahertyemu wszystko, co poprzedzało samo morderstwo, a młody prokurator wertował zawartość teczki z dokumentacją. Zdjęcia ofiary potwierdziły jego podejrzenie, że to jest kropka w kropkę powtórzenie morderstwa Lindy Balfour-Gellerman.

- Zamordowanego znalazł taki jeden, co ma warsztat dalej przy drodze prowadzącej do Spiersów w kierunku jeziora. Kiedy przejeżdżał rano, zobaczył przez drzewa furgonetkę UPS. W południe zobaczył, że ona tam jeszcze stoi, zatrzymał się i postanowił rozejrzeć się dookoła. Drzwi frontowe były otwarte. Usłyszał brzęczące muchy. Niemal dostał ataku serca, kiedy ujrzał tego młodego posłańca pokrajanego na kawałki. Nie żył już wtedy chyba od piętnastu godzin.

- Nazwisko ofiary? - spytał Flaherty.

, - Alexander Lincoln. Wołano na niego Lex.

Alex Lincoln! Ostatni z ministrantów, uświadomił sobie Flaherty.

Nie ostatni, bo pozostał jeszcze Aaron Stampler!

Z żółtej plastikowej taśmy policyjnej, ogradzającej teren wokół domu, skapywały ciężkie krople wody. Na poboczu podjazdu stał samochód szeryfa. Siedzący w nim policjant dał im wolny przejazd. Kilka policyjnych wozów, jeden za drugim, stało zaparkowanych bliżej domu. Padał gęsty deszcz.

- Przebiegniemy te kilkanaście metrów - powiedział Nicholson, stawiając kołnierz marynarki. Wysiedli z wozu i w strugach deszczu pobiegli na niewielki frontowy ganek. Znajdowało się na nim kilku policjantów w żółtych nieprzemakalnych pelerynkach. Skinęli głowami.

- Deszcz nas załatwił, Nick - poskarżył się któryś z nich Nicholsonowi. - Zmył wszystko. Ślady kroków, ślady opon, wszystko. Stary szaleje.

Nicholson i Flaherty weszli do domu, zatrzymując się tuż za drzwiami, których pilnował młody detektyw po cywilnemu, zapisując coś w notesie.

- Cześć, Nick! - powiedział podnosząc głowę. - Ale heca, co?

- Rzeczywiście heca. Poznajcie się. Ray Jensen, a to jest Dermott Flaherty, prokurator z biura prokuratury okręgowej w Chicago.

Jensen wyciągnął rękę na powitanie. - Co pana tu sprowadza? - spytał.

- Mamy taką jedną sprawę, którą obrabiamy. Mało to prawdopodobne, ale kto wie, czy nie ma powiązań z tym, co się wydarzyło u was. - Ruchem głowy wskazał na wnętrze domu.

- Cholernie by nam pomogło, gdyby ktoś dorzucił nam parę ochłapków - odparł Jensen. - Chwilowo karmimy się pobożnymi życzeniami.

Wąski przedpokój prowadził w głąb domu. Flaherty dostrzegł ślady kredy na podłodze w miejscu, gdzie nogi ofiary wystawały z pokoju do holu. W ręku trzymał fotografię zrobioną z miejsca, w którym właśnie stał. Na fotografii widać było jeszcze nogi Lincolna tam, gdzie teraz pozostały tylko kredowe linie, wystające na sam środek przedpokoju.

- Spiersowie przed wyjazdem zostawili zapalone światło w pokoju dziennym -powiedział Jensen. - Reszta mieszkania była nie oświetlona. Myślę, że morderca zawołał Lincolna do siebie i wtedy go załatwił.

Pomieszczenie, w którym zamordowano Alexandra Lincolna, było niesłychanie malutkie.

Przeszli obok otwartych drzwi pokoju dziennego, pseudo-saloniku z masą indiańskich lalek, haftowanych poduszek i oprawionych fotografii. Meble pokryte były przezroczystymi plastikowymi pokrowcami. Flaherty poczuł w powietrzu słodko-kwaśny zapach krwi i śmierci.

Śmierć rozszalała się w małym pokoju, ni to składziku, ni warsztacie majsterko-wicza. Z pomieszczenia tego na tylny ganek prowadziły oszklone drzwi. Inne drzwi wychodziły na kuchnię. Krew była wszędzie - na ścianach, na suficie, na wykładzinie podłogowej. Z teczki Flaherty wygrzebał dalsze zdjęcia ciała w pozycji, w jakiej je znaleziono. Lincoln leżał na boku, głowę miał nienaturalnie przekrzywioną i niemal odciętą przez poderżnięcie gardła. Usta szeroko otwarte jak u zdechłej ryby. Na ciele liczne okropne rany. Spodnie miał opuszczone do kolan, członek odcięty i wpakowany do otwartych ust.

Flaherty przerzucał zdjęcia, aż znalazł to, którego szukał. Kark. Jest! R41.102. Nic po sobie nie pokazał i dalej przerzucał zdjęcia.

- Jak tu się dostał? - spytał. - Mam na myśli mordercę.

- Wybił szybę w oknie z tyłu domu - wyjaśnił Jensen. - Jesteśmy przekonani, że przedtem dokładnie wybadał teren. Był pewny, że o tej porze roku droga do jeziora będzie pusta, zwłaszcza po zapadnięciu zmroku. Zajechał od tyłu. Zatrzymał się pod samym domem i wszedł przez okno, a potem przez zasuwane drzwi. Co ciekawe: w nocy poprzedzającej jego pojawienie się padało. Ale w domu nie ma żadnych śladów. Ganek został zmyty wodą z węża, więc też nie ma śladów. Myślę, że morderca wchodząc zdjął obuwie. Odchodząc zmył ganek. I z siebie zmył krew, bo przecież musiał być zachlapany.

- Hmm, nasz morderca dobrze wszystko obmyślił - odparł Flaherty, nadal wertując zdjęcia. - I musiał ponadto wiedzieć, że Spiers i jego żona będą nieobecni. W takiej mieścinie...

- Było w „Post-Dispatch".

- Co było?

- O wyjeździe Spiersa i jego żony do Las Yegas. Cały artykuł w rubryce towa- ,. rzyskiej. Pojechali samochodem. Spiers otrzymał tę wycieczkę za dziesięcioletnią ;. nienaganną służbę, l dlatego o tym pisali. r

- A ta przesyłka, z którą przyjechał Lincoln? |

- Nadana we wschodnim St. Louis, w tamtejszym biurze wysyłkowym, gdzie paczki można na miejscu pakować, w czasie południowej przerwy w biurach. Było tłoczno, nikt nic sobie nie przypomina na temat nadawcy. Adres zwrotny i nazwisko nadawcy są fałszywe.

Flaherty wziął do ręki kopię pokwitowania. W linijce „nazwisko" odczytał: M. Lafferty.

- Znacie jakiegoś M. Lafferty? - spytał Jensen.

- Nie - odparł krótko Flaherty. -1 ofierze dano przesyłkę w celu dostarczenia...?

- Tak. Lincoln okropnie wyrzekał, że po godzinach musi tak daleko jechać i to w dodatku po zapadnięciu zmroku.

- No dobrze, Lincoln, Lex Lincoln. Co o nim wiecie?

- Dwadzieścia sześć lat, pracował jako doręczyciel w UPS od dwóch lat, od kiedy przeniósł się tu z Minneapolis.

- Z Minneapolis? Pytaliście tam?

- Nic na jego temat nie mają. Nie ma go w kartotece. Jego szef w UPS, Josh Pringle, powiada, że chłopak dobrze pracował, nigdy się nie spóźniał. Lubił też po-żartować. Nie odkryliśmy, by miał jakichkolwiek wrogów. Kogut był z niego. Na wieczór, kiedy został zabity, miał zaklepaną randkę z dwiema.

- Może obie się skumały, żeby go załatwić - powiedział Flaherty rechocząc. Towarzyszący mu Nick też się roześmiał. - Z tego, co słyszałem, były zrozpaczone, kiedy się dowiedziały...

- Czy z tego domu coś zniknęło? - spytał Flaherty.

- Na oko nic - odpowiedział Jensen. - Ale dopiero Spiersowie będą nam mogli dokładnie powiedzieć. Myślę jednak, że śmiało możemy wykluczyć cele rabunkowe. Morderca zabrał sprzączkę do paska Lincolna.

- Sprzączkę do paska?

- Tak. Bardzo ozdobną sprzączkę. Mosiężna z amerykańską flagą pośrodku -wyjaśnił Nicholson. - Została odcięta z kawałkiem paska. I jeszcze jedno. Spójrz kolego na tę fotografię. Na tył głowy Lincolna. Krwią wypisne R41.102. Czy to coś ci mówi?

Nim Flaherty zdążył odpowiedzieć, do domu wrócił Gilanti, otrzepując krople deszczu z nieprzemakalnego płaszcza. Przemierzył przedpokój kilkoma mocnymi krokami, twarz miał wykrzywioną złością i głośno mówił do siebie podchodząc do Flaherty'ego, Jensena i Nicholsona:

- Nie mamy opisu sprawcy, nie mamy opisu jego samochodu, nie mamy absolutnie nic. I ten, który jest winny rzezi, miał blisko dwadzieścia godzin, żeby gdzieś się zaszyć...! - Zatrzymał się przy trzech mężczyznach i z niesmakiem spojrzał na ślady kredy na podłodze. - Sukinsyn może już być w połowie drogi do Nowego Jorku.

Jensen wzruszył ramionami. - Rozmawialiśmy z wszystkimi w miasteczku i w okolicy. Sprawdzamy wszystkie samochody, o których wiemy, że przejeżdżały między siódmą a dziesiątą wieczorem. Rozpytujemy się przy wszystkich stacjach benzynowych przy szosie 44. Rozglądamy się za kimkolwiek i czymkolwiek podejrzanym. Jezu drogi, przy takim nędznym opisie, jaki możemy dać, przez rok będą do nas dzwonić z całego świata.

- Może lekarz sądowy coś nam wniesie - mruknął Nicholson. - Krew, włókna, DNA, cokolwiek.

- Tylko na to liczyć! I jeszcze nas pogłaska, da lizaka, i wtedy będziemy zupełnie szczęśliwi! - wybuchnął Gilanti. - My nie mamy nic, absolutnie nic, kropka! Nie wiemy, czego szukamy, kogo szukamy i nie wiemy, dokąd ten ktoś umknął. Nawet gdyby morderca stał tam w deszczu i przyglądał się nam spod policyjnej taśmy, to też nie wiedzielibyśmy, co z nim zrobić i jak oskarżyć. - Podniósł wzrok na Flaher-ty'ego. - Może ty masz jakiś pomysł, Dermott?

Dermott obdarzył porucznika słodkim uśmiechem. - Ja ich oskarżam, ale w łapaniu jestem słaby.

- No cóż, przepraszam, chłopcy, że wam przerwałem. Wracajcie do tego, co robiliście przedtem. - Gilanti odszedł parę kroków, ale wrócił. - Jeśli wiesz coś, Dermott, cokolwiek, i podzielisz się ze mną, to słowo daję, następne dziecko ochrzczę twoim imieniem, choćby to miała być dziewczynka.

- Dziękuję panu serdecznie, poruczniku, za dopuszczenie mnie na miejsce zbrodni.

- Tak, tak, dobra... - Porucznik podejrzliwie spojrzał spod oka i wyszedł w deszcz.

- Co było w przesyłce przywiezionej przez Lincolna? - spytał Dermott Jensena.

- Coś, od czego można zwymiotować - odparł Jensen. - Tylko to. Opakowane w kilka warstw papieru toaletowego.

Flaherty spojrzał na pokazaną mu rzecz i poczuł zimny dreszcz w okolicach kręgosłupa.

Szef policji Hiram Young właśnie zasiadał do wieczornego posiłku, kiedy zadzwonił telefon.

- Jasna cholera! - zaklął pod nosem i podniósł słuchawkę. Nim przyłożył ją do ucha, zdążył jeszcze mruknąć: - Pewno pies Abe'a Greena zaszczekał na cudzym podwórku. - Głośno odezwał się: - Słucham!

- Szef Hiram Young?

- Hiram Young - odparł ostro.

- Dobry wieczór. Nazywam się Dermott Flaherty. Jestem prokuratorem z Chicago.

- Już rozmawiałem z którymś z pańskich kolegów. Ile razy mam wam powtarzać...

- Bardzo pana przepraszam. Chciałem zadać tylko jedno pytanie.

- Siadam właśnie do kolacji.

- To zajmie tylko chwilkę. Czy coś zginęło z domu wtedy, kiedy została zamordowana Linda Balfour?

- Już wam mówiłem. Motywem nie była kradzież...

- Nie pytam o kradzież w potocznym tego słowa znaczeniu. Pytam, czy nie zabrano czegoś drobnego, czegoś mato istotnego.

Nastąpiło milczenie. Young przytrzymywał głową słuchawkę opartą na ramieniu, gdyż dłonie miał zajęte nakładaniem konfitur na ciepły tost.

- To rzeczywiści nic istotnego - powiedział wreszcie.

- A co to było?

- Spreparowana wypchana ryba.

- Taka, jakie się preparuje, żeby na desce powiesić na ścianie?

- Nie. Malutki wypchany delfin. Na boku miał wydrukowane ST. SIMONSISLAND, CAUFORNIA. George kupił to Lindzie podczas podróży poślubnej.

- Gdzie on był? Czy ten delfin był w pokoju, w którym Linda Balfour została zamordowana?

- Tak. Stał na półce.

- W pokoju, gdzie ją zamordowano?

- Właśnie to powiedziałem.

- Dziękuję panu bardzo. Serdecznie dziękuję za pomoc. Do widzenia. Young z trzaskiem odłożył słuchawkę.

- Coś złego? - spytała go żona.

- Jakiś ważniak z Chicago wtyka nos w nasze sprawy - odparł Young i zabrał się do jedzenia.

- Abel? Jestem na lotnisku w St. Louis - Flaherty zawiadomił Stennera - Muszę się śpieszyć, już wpuszczają ludzi na pokład, za kilka minut start. Przylatuję o siódmej pięć.

- Odbiorę cię z lotniska. Masz coś?

- Sporo. Uważam, że jeszcze dziś wieczorem powinniśmy porozmawiać z Mar-tinem i Jane Venable. Ten sam morderca. Nie ma co do tego wątpliwości. Ofiara ma ten sam symbol na karku. Podaję ci. Może Harvey podskoczy do biblioteki i sprawdzi. Masz pióro, ołówek?

- Mam.

- Podaję: R41.102.

- R41.102 - powtórzył Stenner. - Zaraz przekażę.

- Świetnie. Do spotkania o siódmej.

21

Jane Venble pochyliła się nad rondlem ze spagetti i z drewnianej łyżki zlizała odrobinę oliwy z przyprawami. Oblizała usta i doszła do wniosku, że smakuje, choć trzeba dodać trochę soli, co też zaraz uczyniła. Zerknęła na stół. Nieco wcześniej przyniesiono z kwiaciarni zamówiony przez nią ozdobny bukiet. Dołączyła do niego kartonik ze słowami. „Chyba przesłaniasz mi świat, Marty", i wsunęła go między łodyżki.

Po raz pierwszy od wielu lat miała wrażenie, że jej życie prywatne nabiera nowych barw. W minionym okresie zdobyła fortunę, ale to ją kosztowało bardzo wiele -przede wszystkim rezygnację z osobistego życia. W ciągu zaledwie kilku dni wszystko się zmieniło. Patrzyła na bukiet i myślała w duchu: Boże drogi, ja chyba naprawdę zakochuję się w tym człowieku! Natychmiast jednak zaczęła sobie zaprzeczać. Nie, nie. To zwykły flirt, chwilowe zauroczenie, nie wolno z tego robić nic wielkiego!

- Nie sądziłem, że ty rzeczywiście pitrasisz tak wspaniałe rzeczy w tej kuchni godnej wielkiego mistrza. Gdzie nauczyłaś się tak gotować? Przecież nie jesteś Włoszką.

- A właśnie, że po części tak. Moja matka była Włoszką. Urodziła się we Florencji. Kiedy miałam osiemnaście lat, ona pracowała jako tłumaczka przy Trybunale Norymberskim.

- Teraz rozumiem, skąd to twoje zacięcie. Mówię o charakterze, nie o skłonnościach do gotowania.

- Mój ojciec też był zaciętym człowiekiem. W Norymberdze występował podczas procesu. Był adwokatem. Tam poznał matkę. A potem przez piętnaście lat był prokuratorem federalnym.

- Co powiedział, kiedy porzuciłaś prokuratorowanie i przerzuciłaś się na prywatną praktykę?

- Był zadowolony, że to zrobiłam. Powiedział, że dziesięć lat wystarczy, chyba że aspiruję do stanowiska sekretarza sprawiedliwości lub gubernatora.

- A kto by tego chciał! Polityka i prawda mają ze sobą mało wspólnego.

- Czyja wiem? Kiedy byłam prokuratorem, naprawdę wierzyłam, że chodzi tylko o prawdę i sprawiedliwość, i inne tym podobne głupstwa.

- Niestety, Janie, polityka i prawda to dwie różne rzeczy.

- Ale wiesz, co mówią. Że prawda to tylko punkt widzenia.

- Z małą poprawką. Prawda to jest punkt widzenia przysięgłych. Ich percepcja.

- Czy to cię nigdy nie dręczy? - spytała. - Wygrywanie?

- Niezupełnie rozumiem twoje pytanie.

- Niektórzy mówią, że ja i tym mamy obsesję wygrywania.

- Wszystko zależy od punktu widzenia. Kiedy byłem jeszcze bardzo młodym adwokatem, broniłem szczeniaka, który okradł sklep spożywczy. Kluczowym dowodem była wełniana czapka. Prokurator twierdził, że należy do chłopca, który ją zgubił uciekając ze sklepu. Obaliłem ten zarzut, udowadniając, że to nie mogło być jego

nakrycie głowy, zniszczyłem wiarygodność naocznych świadków, pozornie pewny sukces prokuratury zamieniłem w porażkę. Kiedy chłopaka uniewinniono, ten obrócił się ku mnie i spytał: „Czy teraz będę mógł odzyskać moją czapkę?". Tak mnie ta historia dręczyła, że któregoś wieczoru, jedząc kolację z sędzią... który nota bene został później jednym z moich najlepszych przyjaciół... opowiedziałem mu ją. Wiesz, co mi odpowiedział? Że to nie mój problem, tylko prokuratora. Podaj mi masło, proszę...

Jane roześmiała się. - Więc jaki jest z tego morał?

Vail upił łyczek wina i z rozbawieniem chrząknął. - Chyba przypomnienie starej prawdy, że nikt nigdy nie twierdził, iż życie jest sprawiedliwe.

- Cyniczne twierdzenie, panie prokuratorze okręgowy.

- Nie istnieją żadne gwarancje sprawiedliwości. Dajemy jej najlepsze szansę, robimy, co potrafimy, bez względu na to, jak dobry czy jak zły jest przeciwnik. To już nie chodzi o zwyciężanie, ale o najlepszą, na jaką się można zdobyć grę.

- Oczywiście, moglibyśmy stosować eutanazję wobec wszystkich złych adwoka-tów, jacy kręcą się po świecie, i w ten sposób oczyścić ze śmieci boisko. Tylko w ten j sposób moglibyśmy uzyskać jako tako sprawiedliwe wyroki. Czy nigdy się nie wściekłeś, Martin, kiedy stwierdziłeś, że twój przeciwnik na sali sądowej jest niekompetentny?

- Dlaczego miałbym się wściekać, skoro dzięki temu miałem łatwiejszą robotę? Chyba nie przechodzisz choroby wyrzutów sumienia, że tak dobrze ci idzie w sądach?

- Nie - odparła, chociaż w tym „nie" tkwiła odrobina wątpliwości.

- Powiedz mi, Jane, czy przez te wszystkie lata, kiedy byłaś prokuratorem, oskarżałaś kiedykolwiek kogoś, kogo uważałaś za niewinnego zarzucanego mu przestępstwa?

Była zbulwersowana tym pytaniem. - Oczywiście, że nie! - odparła pewnym siebie głosem.

- Czy kiedykolwiek broniłaś kogoś, kogo uważałaś za winnego?

Długo się wahała, nim odpowiedziała: - Nigdy o to nie pytałam mojego klienta. j - A więc oto masz punkt widzenia. Kończę przesłuchanie i oddaję sprawę w ręce jsądu. - Uśmiechnął się, zapalił papierosa i wygodniej usiadł w fotelu. W milczeniu jwpatrywał się w Jane.

- Myślę, że z takim przypadkiem mamy właśnie do czynienia - powiedział cicho. - Sprawa Edith Stoddard.

- Nie rozumiem?

- Mamy do czynienia z przypadkiem, kiedy obrońca jest w kropce. Masz poważny problem.

- Mam problem, bo coś mi w całym obrazie nie pasuje. Coś tu nie ma sensu. Ta kobieta nie chce, żeby jej bronić, a ja nie wiem, dlaczego.

- Ze względu na nasze pozycje w tej sprawie nie powinniśmy nawet o tym mówić.

- Nie zgadzam się z tobą. Przecież zarówno ty, jak i ja chcemy wiedzieć, co naprawdę wydarzyło się tego wieczoru, prawda? - spytała Jane.

- My wiemy, co się wydarzyło.

Przy stole zapadła kolejna cisza przerwana dopiero przez Jane: - Masz rację, nie powinniśmy o tym rozmawiać.

- Na przyszłość proponuję, że kiedy jesteśmy razem, odkładamy księgi prawnicze na bok albo jeszcze lepiej, zamykamy je na klucz w szafie.

Z uśmiechem na ustach uniosła kieliszek. - Dobry pomysł. - Wyciągnęła wolną rękę i pogładziła policzek mężczyzny. Vail wstał, podszedł do Jane, objął dłońmi jej twarz, obrócił ku sobie i pocałował w usta.

- A deser? - spytała między pocałunkami.

- Później. Zadzwonił telefon.

- Niech sobie dzwoni - zdecydowała Jane, nie otwierając oczu.

Włączyła się automatyczna sekretarka. Z głośniczka dobiegły słowa. Vail rozpoznał głos.

- Pani Venable, tu Abel Stenner. Bardzo przepraszam, że dzwonię do pani do domu, ale bezwarunkowo muszę zlokalizować Martina Yaila...

- Jezu! - jęknął Vail.

- Kiedy odbierze pani tę wiadomość i jeśli znane pani będzie miejsce jego pobytu...

- Właśnie mówiliśmy o odkładaniu ksiąg prawniczych, a tu zwala się całe biuro - powiedziała Jane.

Vail podszedł do lady oddzielającej kuchnię od jadalni i zgłosił się na przenośnym aparacie.

- Słucham, Abel. - Nie krył głębokiego niezadowolenia.

- Przepraszam, że ci zawracam głowę, Martin, ale właśnie wrócił Flaherty. Musimy porozmawiać.

- Teraz?!

- Tak jest, teraz, natychmiast. I uważam, że nadeszła chwila, kiedy należy wtajemniczyć w sprawę Jane Yenable.

- Po co?

- Zrozumiesz, kiedy przyjedziemy. Chciałbym też zabrać Harveya. No i, oczywiście, będzie ze mną Dermott. Wiem, że zajmuję ci wolne godziny, ale wydaje mi się to konieczne.

- Poczekaj chwilkę! - rzucił Yail do słuchawki i obrócił się do Jane zasłaniając dłonią mikrofon. - Przepraszam, że z mojej winy do twego domu podążyły oficjalne sprawy, ale Abel Stenner mówi, że musi porozmawiać z nami obojgiem. I to natychmiast.

- Z tobą i ze mną? O co chodzi?

Yail wahał się chwilę z odpowiedzią. - Dotyczy to Aarona Stamplera.

- O mój Boże! - wykrzyknęła. Była zarówno zaskoczona, jak i zaciekawiona. -No dobrze. Oczywiście. Pójdę.

- Oni tu przyjdą - odparł. - Przychodźcie! - rzucił do słuchawki i odłożył ją.

- Znacznie lepiej. Wobec tego czekamy. Wprowadź mnie. O co tu chodzi?

Yail opowiedział Jane o zamordowaniu Lindy Balfour i o drugim morderstwie w Missouri. Słuchała nie przerywając, z każdą chwilą coraz bardziej poruszona, zwłaszcza gdy opisywał, jak wyglądała Linda Balfour.

- Dokładnie ten sam modus operandi łącznie z odnośnikami wypisanymi krwią na karku. Harvey szuka teraz tekstów w księgozbiorze Rushmana. Cały się zachował, należy teraz do kolekcji Newberry.

- A Stampler? - brzmiało pierwsze pytanie Jane.

- Na oddziale o obostrzonym reżimie w Daisyland. Z tego, co wiemy, od dziesięciu lat nie miał żadnego kontaktu z światem zewnętrznym.

- Ktoś go naśladuje?

Yail wzruszył ramionami. - Możliwe. Morderca-naśladowca mógł zapoznać się z niektórymi cytatami z książek Rushmana. Ale nie znałby roli Lindy Gellerman w całej sprawie. To nigdy nie wyszło na jaw podczas procesu. Pokazywałaś komukolwiek nagranie?

- Ależ skąd! Skasowałam je następnego dnia po ogłoszeniu wyroku. A ty?

- Też nikomu nie pokazywałem. Ale była o tym mowa w rozmowach, jakie Molly Arrington przeprowadzała ze Stamplerem. Stampler szczegółowo o tym mówił. Wszystko było nagrywane.

- Gdzie są te nagrania?

- Prawdopodobnie zapieczętowane w archiwum.

- l po tylu latach... - zaczęła Jane.

- Tak, po tylu latach - odparł Yail. Twarz miał poważną. - Spędziłem parę miesięcy przygotowując najlepszą linie obrony Stamplera. Rozdwojenie jaźni. Ciężkie schorzenie. Aaron był niewinnym genialnym chłopakiem, Roy bliźniakiem rodem z piekła, winnym wszelkiemu złu. Udało mi się. Ale w dniu ogłoszenia wyroku, kiedy opuszczaliśmy salę sądową, Aaron... Aaron nie Roy... zwrócił się do mnie z uśmieszkiem niemal wyzywającym i powiedział: „Zawsze wiedziałem, kiedy mówi Aaron, a kiedy Roy. A jeśli nigdy nie było żadnego Aarona?" l głośno się roześmiał. Strażnicy zabierali go wtedy do Daisyland.

- Nie przywiązuj do tego większego znaczenia. To był jeden z jego chorych żartów, jakimi nas obdarzał. - Jane wzruszyła ramionami.

- Może tak, a może nie. A jeśli nie żartował? Jeśli zostałem nabrany?

- Daj naprawdę spokój, Martin. Przed chwilą mnie oskarżałeś o uleganie wyrzutom sumienia. Czy rzeczywiście sądzisz, że Aaron mógł udawać?

- Nie. Ani też psychiatra nie mógł się omylić. Molly Arlington jest dobrym fachowcem.

- No to po co się tym martwisz? Poza tym co miałbyś z tym zrobić? Komu powiedzieć? Są to słowa wypowiedziane w zaufaniu przez klienta. Zabrano by ci prawo praktykowania, gdybyś publicznie o tym pisnął.

- A jeśli on w jakiś nie znany nam sposób manipuluje kimś i te ostatnie morderstwa są dokonywane z jego poduszczenia?

- To czysta spekulacja. Oparta na słabych poszlakach. Musiałbyś mieć dużo więcej, żeby wesprzeć tę enigmatyczną wypowiedź Aarona. Zdobyć choćby cień dowodu, no i zechcieć pławić się w wyrzutach sumienia. I jeszcze jedno. Powiedziałeś mi, że on jest w Daisyland w systemie obostrzonego reżimu, czyli stale pilnowany. I że przez dziesięć lat nie miał kontaktu ze światem zewnętrznym. Jakże mógłby coś zrobić, kogoś inspirować?

- Pojęcia nie mam - odparł Vail.

- Przypomniałam sobie właśnie coś kapitalnego, co mi kiedyś opowiedział Jack Yancey. Jako młody adwokat, broniąc klienta oskarżonego o morderstwo, zorientował się, że broni człowieka winnego zarzucanego mu czynu. Poszedł do sędziego i powiedział, że chce zrezygnować z obrony. Sędzia odparł, że nie ma mowy. Trzeba by unieważnić proces, co uniemożliwiłoby ponowne postawienie domniemanego mordercy w stan oskarżenia. Poza tym, skoro Yancey nie z trzeciego źródła, ale od samego klienta dowiedział się o jego winie, informacja ta należy do konfidencjonalnych. Sędzia polecił Yanceyowi bronić klienta, jak potrafi najlepiej. I Yancey tak postąpił. Wygrał i klient wyszedł na wolność.

- l co Yancey o tym sądzi?

- Nie wiem, ale wygłosił sentencję, że sprawiedliwość nie zawsze wygrywa. -Uśmiechnęła się i pogłaskała policzek Vaila.

Po minucie zjawili się St. Claire, Flaherty i Stenner. Bardzo przepraszali za najście.

- Miło mi znów cię zobaczyć, Abel - powiedziała Jane Yenable podając rękę. -Minęło kupę lat od naszego ostatniego spotkania.

- Wiele o tobie czytałem - odparł.

Vail przedstawił Harveya St. Claire'a i Dermotta Flahertyego. Ze stołu zebrano naczynia i odsunięto na bok kwiaty, aby zrobić miejsce dla pakunku przyniesionego przez Flaherty'ego.

- Ładne kwiaty - skomentował Flaherty, wyjmując z torby teczki z raportami i fotografie. - Pani urodziny?

- Nie - odparła uśmiechając się tajemniczo.

- - Przedstawiłeś pani Yenable wszystkie fakty? - spytał Stenner Yaila.

- Do momentu wyjazdu Dermotta do St. Louis. No więc, co się dzieje?

- A więc tak... - zaczął Flaherty. - Po pierwsze, nie mam najmniejszych wątpliwości, że chodzi o tego samego mordercę. Ten sam modus operandi, co w Gideon. - Rozłożył na stole kilka fotografii Lincolna. - Ta sama różnorodność zadanych ciosów, takie same okaleczenia, jakie miały ofiary przed dziesięcioma laty... Na karku odnośnik do książki... - Flaherty zamilkł, jakby się wahał, czy mówić dalej.

- No i? - nalegał Yail.

- Zamordowanym jest Alexander Lincoln.

Yail był zaskoczony, chociaż później wyrzucał sobie, że wcześniej nie przyszło mu to do głowy. - Ostatni z ministrantów - mruknął.

- Pozostał tylko jeden. Aaron Stampler - poprawił go St. Claire.

- Czy morderców mogło być paru? - spytała Jane Yenable.

- Chyba to wystarczy za odpowiedź. Oto, co było w paczce, którą Alex Lincoln dostarczał. - Flaherty podał Yailowi polaroidową odbitkę.

- Jezu! - wyszeptał Yail.

Jane wzięła z jego ręki fotografię i wpatrywała się w nią z wyrazem obrzydzenia na twarzy - zakrwawione szczątki Lindy Balfour! Martwe przerażone oczy skierowane ku niebu.

- O mój Boże, któż to jest? - spytała Jane.

- Linda Gellerman Balfour - odparł Flaherty. - Zdjęcie musiał zrobić morderca natychmiast po zabiciu Lindy. Jeszcze widać krew tryskającą z podciętego gardła.

- Więc ten ktoś, on czy ona, chce, abyśmy o tym wiedzieli.

- Tak jest, proszę pani. Mamy tutaj do czynienia z profesjonalnym seryjnym mordercą - wyraził opinię Flaherty.

- Jane Yenable ma mieć od tej chwili pełną ochronę przez dwadzieścia cztery godziny na dobę - zdecydował Vail.

- Sądzisz, że on będzie teraz na nią polował? - spytał St. Claire.

- Kto to może wiedzieć? Ale można przypuścić, że tak. Załatwił ministrantów i wydaje mi się logiczne, że z kolei będzie próbował dobrać się do głównych postaci procesu. Pierwszą noc biorę na siebie. Mogę spać w gościnnym pokoju. Zgadzasz się, Jane? - zapytał Yail, siląc się na obojętny ton.

Stenner zachował pokerową twarz i tylko zaczął wąchać kwiaty na stole. To pozornie niewinne zachowanie nie umknęło uwadze pozostałych.

- Proszę bardzo, jeśli uważasz to za konieczne - odparła Jane równie niewinnym tonem.

- Doskonale. To rozwiązuje jeden logistyczny problem - odezwał się Stenner. - Rano przyjadę po was i zawiozę do pracy. Poza tym od zmroku dwóch ludzi na zewnątrz. Zostaną do czasu mojego pojawienia się rano. Jeden z frontu, drugi na tytech budynku.

- Proponowałbym, żeby umieścić jeszcze jednego człowieka w budynku przez cały dzień. Na wypadek, gdyby morderca wpadł na pomysł spenetrowania lokalu.

- Dobra myśl - pochwalił Yail.

- Nie zaszkodziłby także człowiek w twoim mieszkaniu, Marty - dorzucił St. Claire. - Na wypadek, gdyby morderca tam postanowił poczatować. Dobrze by było złapać sukinsyna, nim zdoła narozrabiać. Na takiego trzeba zarzucić sieć. Nie ma lepszej metody niż pułapka.

- Jeszcze kogoś trzeba chronić? - spytał Yail.

- Shoata? - podsunął Stenner.

- Jest teraz sędzią stanowego Sądu Najwyższego. Chyba nie jest zagrożony... ale... Trzeba go przestrzec i niech on sam zdecyduje, co powinien zrobić - powiedział Yail.

- Przygotujmy się na to, że niektórzy będą pukać się w czoło i mówić, że zwariowaliśmy - zauważył Stenner.

- Niech sobie mówią - odparł Yail.

- Co z prasą? - zapytał Flaherty.

Yail podrapał się w brodę. - Lada chwila prasa może zacząć dodawać dwa do dwóch i... Ale im nie pomagajmy.

- Skupmy się na tym, co wiemy - zaproponował Stenner.

St. Claire spojrzał na Jane i zaczął mówić: - Pierwszy cytat pochodził z „Kupca Weneckiego". A oto ostatnie posłanie od mordercy. - Wyjął notes, przekartkował i zatrzymał się na wybranej stronie.

- „Hamlet", akt pierwszy, scena piąta:

Gdybym miejsca Mojej pokuty

sekret mógł wyjawić, Takie bym rzeczy ci opisał, których Najmniejszy szczegół rozdarłby ci duszę, Młodą krew twoją zmroził, oczy twoje jak gwiazdy z posad wydobył, zwinięte, Gładkie kędziory twoje wyprostował Tak, że ich każdy włos stanąłby dębem Jako na jeżu kolce.

Przez długie sekundy wszyscy w milczeniu przetrawiali zasłyszane słowa.

- Jedno trzeba przyznać: uwielbia literatur? klasyczną - skomentowała wreszcie Jane Yenable. - Jeśli sobie dobrze przypominam, to przed dziesięcioma laty cytował Hawthorne'a i Jeffersona. Teraz przypadł mu do gustu Szekspir.

- I zdążył nam sprawić parę niespodzianek jeżących włosy na głowie - dodał Vail. Przypomniały mu się nagrane rozmowy Molly Arrington z Aaronem-Royem.

Aaron-Roy miał talent do opowiadania tajemnych dziejów mrożących krew w żyłach. I Aaron to umiał, i Roy... Niewinny niby aniołek Aaron opisujący swym specyficznym akcentem z Kentucky dziecięce przeżycia.

...Kiedy miałem siedem lat, może osiem. Był wtedy taki kaznodzieja, Josiah Shackles. Wielki, wysoki, ale chudziutki jak kij. Nosił długą czarną brodę do piersi i miał gniewne, złe oczy... Takie oczy, jakie miał, na przykład, John Brown. Widziała pani to zdjęcie, o którym mówię? Spojrzenie Browna przebija człowieka na wylot. Shackles tak właśnie patrzył. Ogień w spojrzeniu. Ogień tryskał mu z oczu. Nie wierzył w odkupienie win. Raz zrobiło się coś złego, raz powiedziało się jakieś kłamstwo, koniec. Było się przeznaczonym do piekła. On mnie często przebijał wzrokiem. Głosem jak grzmot kazał mi patrzeć w oczy. l patrzyłem, l wydawało mi się, że patrzę na niebosiężną górę. A on palcem mierzył w ziemię, niemal dotykał mnie i grzmiał, że idę prosto do piekła, l ja święcie w to wówczas wierzyłem. Naprawdę. Okropnie bałem się kaznodziei Shacklesa. l wierzyłem, że nie ma dla mnie zbawienia i przebaczenia. W biblii Shacklesa nie było zbawienia i przebaczenia dla takich jak ja.

Vail przypomniał sobie jeszcze coś. Obrazy powoli wyłaniały się z zakamarków pamięci. Dzień, kiedy Aaron po raz pierwszy pojawił się na nagrywaną rozmowę z Molly Arrington. Aaron był jeszcze poza kadrem, Molly przeglądała notatki. Nagle podniosła głowę. Zwierzyła się potem Yailowi, że poczuła się nagle tak, jakby w pokoju zabrakło powietrza i nie miała czym oddychać. Zakrztusiła się. W kadrze pojawił się za nią cień, następnie wyciągnięta ręka, która pochwyciła jej dłoń, i tuż przy uchu usłyszała przedziwny chropowaty świszczący szept. To był właśnie złowrogi syk „On będzie cię okłamywał", l pojawiła się głowa, która zawisła tuż nad jej twarzą. W kadrze było widać pochyloną sylwetkę. Ale to nie mówił Aaron. Zmienił się. Wyglądał na kogoś kilka lat starszego. Kiedy obrócił głowę, twarz miała twarde rysy, zmartwiałe, oczy spoglądały

z arogancją i przerażającą intensywnością. I były jaśniejsze, rozbłysłe pożądaniem. Wargi też wydawały się grubsze, wykrzywione, niemal nieprzyzwoitym uśmiechem. „Niespodzianka", wykrzyknął i nagle sięgnął do jej gardła, zacisnął na nim palce i zaczął

dusić. Widać było, jak palce zagłębiają się w ciało.....Nie możesz krzyczeć. Nawet tego

nie próbuj". Uśmiechnął się. „Widzisz tę dłoń? Nie widzisz, ale wystarczy, bym ją obrócił, a przestaniesz żyć. Coś pyknie i będzie koniec".

Wydarte pamięci wspomnienia napływały falą i jeszcze bardziej mroziły krew w żyłach: pojawił się Roy, kończący opowieść, już nie w swoim przedziwnym żargonie zachodniego Kentucky, ale bezbarwną mową chicagowskiej ulicy, mową, jaką posługiwał się zawsze Roy, psychopatyczny alter ego Aarona. Ale zarówno Aaron, jak i Roy potrafili przykuć uwagę słuchaczy...

Byliśmy w takim jednym miejscu, które nazywa się East Gorge See. Miejsce widokowe. Najwyższy punkt w okolicy. To skała, która wystaje poza grzbiet. Pod nią przepaść. Sto kilkadziesiąt metrów. Widać z niej East Gorge. Ściele się w dole. Można godzinami patrzeć. Shackles tam często chodził, stawał na samym skraju jakby zawisłej w powietrzu skały i wygłaszał kazanie. Darł się, ile sił w jego cholernych płucach. Wykrzykiwał o czekającym nas ogniu piekielnym i wiecznym potępieniu, a echo w kółko powtarzało jego słowa, l Shackles, kiedy szedł na tę skałę, zawsze zabierał ze sobą Aarona. Ja tam poszedłem po raz pierwszy. Gdy tam wszedłem, to miałem dość. Patrzę, a Shackles ciągnie Aarona na sam skraj przepaści i paluchem wskazuje na dół, że jak to niby będzie, kiedy poleci do piekła. Że będzie to tak, jakby spadał z tej skały. Aaron trzęsie się ze strachu, a Shackles łapie go za kołnierz i zmusza do uklęknięcia, a potem zaczyna mu wymyślać, jakby chciał się trochę rozgrzać przed wykrzykiwaniem w świat swojego kazania. A kiedy kazanie zaczął, to znów było tylko o nienawiści, ogniu piekielnym i potępieniu na wieczność, a właściwie wszystko było przez cały czas pod adresem Aarona. Więc obaj uciekliśmy i skryliśmy się w lesie, i patrzyliśmy, jak Shackles nas szuka i gada do siebie. Ale potem odszedł i wrócił na skałę, i zaczął wywrzaskiwać wszystko od początku, że Aaron jest skazany na piekielne męki i że jest do cna zepsuty. Podkradłem się do niego. Wcale to nie było trudne. On tak krzyczał, że nawet nie usłyszał moich kroków. Znalazłem gruby kij, zaszedłem od tyłu, wpakowałem mu kij w plecy i mocno pchnąłem. Poleciał od razu. Ale nie wiem, kiedy przerwał kazanie, a kiedy zaczął ryczeć ze strachu. Widziałem, jak rozpłaszczył się na zboczu poniżej. Takiego widoku nie chciałbym nigdy stracić. Rozpłaszczył się, a potem zaczął staczać porywając ze sobą żwir. l na dole żwir go prawie całego przykrył. To znaczy przykrył to, co z niego zostało. Wspaniale. To nie był żwir, to był łupek. Zasypany łupkiem!

Słuchając tej historii Vail już wtedy powinien był zrozumieć! Powinien był wiedzieć!

A jeśli nie wtedy, to nieco później, kiedy Roy opisywał ten wieczór, gdy bestialsko zamordowano arcybiskupa Rushmana.

Aaron znajdował się przy drzwiach sypialni, kiedy poczuł szarpnięcie. Jakby ręka boska sięgnęła w głąb niego i usiłowała go przemienić. No i przemieniła. Pstryk i oto jestem ja. l w tym momencie musiałem przejąć sprawę, gdyż Aaron wszystko by popsuł. Pomyślałem, co prawda, że to płonna nadzieja. Nie wolno było na to liczyć. Cicho przebiegłem przez przedpokój do kuchni i sprawdziłem kuchenne drzwi. Nie były zaryglowane. Wyszedłem na ganek i rozejrzałem się dokoła. Nikogo nie zauważyłem. Pustka. Wróciłem do domu, zdjąłem biegówki, z lodówki wyjąłem napój mleczny i wypiłem. Serce biło mi tak mocno, że bałem się, iż wyrwie się spomiędzy żeber. Zimny napój nieco mnie uspokoił. Otworzyłem szufladę z nożami i wszystkie sprawdziłem. Doskonały był nóż szpiczaste zakończony i przeznaczony do krajania mięsa. Taki, jakim kraje się indyka upieczonego na Święto Dziękczynienia. No i będzie takie krajanie. Sprawdziłem ostrze. Jak brzytwa. Sprawdzając skaleczyłem sobie palec. Ssałem ranke tak długo, aż przestało krwawić. Przez przedpokój wróciłem pod sypialnię. Słyszałem muzykę. Była głośno nastawiona. „Oda do Radości". Oczami wyobraźni widziałem, jak on stoi pośrodku sypialni i z zapałem dyryguje wyimaginowaną orkiestrą. Powinien był zostać cholernym dyrygentem. Może wtedy nigdy byśmy go nie poznali, l właśnie on to robił. Dyrygował. Paliły się wonne świece. Jakieś kadzidło. On to nazywał puryfikacją powietrza. Arcybiskupi pierścień leżał na stoliku przy łóżku. On zawsze zdejmował ten pierścień, kiedy zamierzał wziąć prysznic. Zegarka nie zdejmował, pewno wodoszczelny, ale pierścień zdejmował. Zrozumcie to! No i stał tak sobie, pieprzony święty patron miasta. Stał w świątobliwej nagości i dyrygował orkiestrą wyimaginowanych aniołów. Wydawało mi się, że muzyka jest coraz głośniejsza. Pomyślałem, że nadeszła moja kolej. Więc wszedłem, wziąłem pierścień i włożyłem na palec. Jego Świątobliwość przebywał w innym świecie. Dyrygując wymachiwał rękami, oczy miał zamknięte. Był nieobecny. Podszedłem do niego z tyłu i postukałem nożem w plecy. Obrócił się. Myślałem, że mu gały wyskoczą z głowy, kiedy zobaczył nóż. Ale szybko zrozumiał. Wyciągnąłem przed siebie dłoń z pierścieniem i końcem noża wskazałem na pierścień. Zaczął się uśmiechać, więc ciachnąłem nożem w kierunku dywanu i to zmyło uśmiech z twarzy pana biskupa. Opadł na kolana, a ja mu pomachałem przed nosem dłonią z pierścieniem. Pochylił się, żeby pocałować pierścień, a ja wtedy cofnąłem dłoń i obiema rękami zamierzyłem się nożem. Kiedy podniósł głowę, uderzyłem, ile sił, w gardło. Krzyknąłem głośno: „Wybacz mi ojcze!", ale śmiałem mu się wtedy w twarz. Ponieważ się uchylił, ostrze nie trafiło w krtań, ale osunęło się na ramię z taką siłą, że mu prawie odcięło rękę. Wrzasnął i wyciągnął obie ręce. Pojęcia nie mam, jak on to mógł zrobić tą

prawie odciętą. Ale zrobił. Wyciągnąłją i potem podniósł. Zacząłem naprawdę go dziobać. Ramiona, ręce. Potem dopiero podciąłem mu gardło. Wtedy zmieniłem cel uderzeń. Od dołu, pod żebrami, w klatkę piersiową. Nie uszkodziłem żadnego żebra, ale dobrałem się do środka. Nóż zagłębił się aż po rękojeść. To był cios doskonały. Teraz stary padł na plecy i nóż wyślizgnął mi się z ręki, pozostając w klatce piersiowej. Musiałem nogą przydeptać pierś, żeby nóż uwolnić. No i kiedy to się udało, to mogłem zabrać się do podrzynania mu do reszty gardła. Takie to było fascynujące, że nie mogłem przestać. Zupełnie jak w galerii gier, kiedy się patrzy, jak kulka leci między przeszkodami. Krew lała się strumieniem, l wszystkie moje ciosy były bezbłędne. W sumie było ich trzydzieści dwa. Oprócz tego dwanaście głębokich ran ciętych i siedemnaście cięć zwykłych. No i jedna wspaniała amputacja. Wszystko liczyłem.

- O tak - przyznał Vail półgłosem. - Stampler z pewnością potrafi snuć opowieści,

0 których... Jak to powiedział Szekspir?... Staje włos każdy, niby na jeżu kolce.

- Niezupełnie, ale prawie tak powiedział - zgodził się St. Claire. - Nasz problem polega na tym, żeby odgadnąć, do kogo adresuje cytat. Do Martina? Do Jane? Komu to posłanie przeznacza nasz seryjny morderca? Kogo i o czym chce powiadomić, zostawiając kodowaną informację na karku.

- Stampler nigdy nie był seryjnym mordercą - oświadczył kategorycznie Stenner

1 zaczął wyliczać na palcach. - Po pierwsze, nie wybierał swych ofiar ot tak, kto pod-padnie. Stampler starannie ukrywał swe zbrodnie. Stampler nie kolekcjonował... Jak to nazwiemy?... Fetyszy, trofeów z miejsca zbrodni. Żadnych klamer od paska, nic.

Vail potakiwał słowom Stennera i dodał:

- Kiedy przyjrzymy się zbrodniczym wyczynom Stamplera, trwającym przez blisko dziesięć lat, to stwierdzimy, że wszystkie jego ofiary były osobami, które w jego opinii wyrządziły mu krzywdę. I być może naprawdę wyrządziły. Shackles, religijny szaleniec, zrzucony ze skały, ciała nigdy nie znaleziono. Jego własny brat i eksprzy-jadółka. Zainscenizowany wypadek. Szpitalny noszowy w Louisville. Spalony, prochy rozrzucone na cztery strony świata.

- No i mamy Rushmana, Petera Hollowaya i Billy'ego Jordana - wyliczył Stenner. - Od tej chwili zaczął pozostawiać oznaczenia-odnośniki do cytatów. Od tego morderstwa mamy już specyficzny modus operandi.

- Ale nie ukrywał ciał i nie zabierał trofeów - odezwał się Flaherty. - Nowy morderca niemal co do joty kopiuje modus operandi, lecz zabiera ofiarom jakieś przedmioty. Linda Balfour miała wypchanego delfina. Zabawkę. Delfin zniknął. Podobnie zniknęła sprzączka od pasa Alexa Lincolna. I założeniem mordercy było, by ofiary zostały znalezione. Tak więc są pewne różnice...

- Chcesz przez to powiedzieć, że ten nowy jest mordercą seryjnym - stwierdził St. Claire.

- l cieszy się tym, co robi - dodał Stenner. - Zabijając doznaje przyjemności, a nawet rozkoszy. Aaron-Roy zabijał z powodów osobistych. Dotknięty, zraniony,

1SQ

pragnący się zemścić, rozwścieczony, wszystko mi jedno. Ten nowy zabija co prawda nie bez motywacji, ale i dla przyjemności.

- l pamiętajmy, że oto Stampler dostarcza motywacji - dorzucił Flaherty.

- A nie sądzisz, że Royowi sprawiało przyjemność mordowanie? Opowiadał o tym z prawdziwą satysfakcją - stwierdził Vail.

- Ale miał specyficzne powody uśmiercania wszystkich swoich ofiar - polemizował St. Claire.

- W ostatnich dwóch przypadkach mamy do czynienia ze specyficznymi ofiarami - powiedział Flaherty.

- Ale nie z ofiarami Stamplera - wtrąciła Jane.

- Jeśli Stampler znalazł jakąś metodę inspirowania nowego mordercy, to jaką sytuację teraz mamy? Jest mordercą, którego bawi zabijanie, i jest podżegacz z motywacją, Stampler wskazujący ofiary. W pewnym sensie dostarczający mordercy ofiary - powiedział St. Claire.

- To może nie być wcale tak. Może mamy tylko naśladowcę, inspirowanego wydarzeniami z przeszłości. Było nagranie ze wszystkimi rozmowami, które Molly prze: prowadziła ze Stamplerem. Nagranie to zostało przesłuchane tylko raz. W pokoju sędziowskim sędziego Shoata. Słuchali Shoat i Jane.

- I nigdy nie zapomnę tego przeżycia - wtrąciła Jane.

- Nagranie jest w archiwum dowodowym. Nigdy go stamtąd nie zabierałem -poinformował Vail. - Może ktoś na nie natrafił. Może to nagranie stanowi inspirację. W nim jest wszystko. Każdy szczegół.

St. Claire westchnął. - No cóż, czeka mnie wędrówka po archiwum. Szukanie szpilki w stogu siana.

- Moim zdaniem, wcześniej czy później nasz pan X zacznie węszyć za własną zwierzyną - powiedział Vail.

- Nie musi - odparła Jane. - Stampler mógł mieć na swojej liście jeszcze kilka potencjalnych ofiar. Ciebie, mnie, ewentualnie Shoata. Może to właśnie jest naszą szansą...

- Jak to? - zdziwił się Flaherty.

- Po prostu wiemy, kto następny. Przedtem nie wiedzieliśmy. Morderca będzie chciał zabijać inne osoby występujące w procesie -wyjaśnił spokojnym głosem Sten-ner. - Jane, Martina, Shoata...

- Włącz do listy siebie - przerwał mu Vail. - Byłeś istotnym świadkiem.

- No cóż, w obecnej chwili oba ostatnie morderstwa to nie nasza sprawa - mówił dalej Stenner, - Policja w Gideon olewa sprawę, a jeśli idzie o Lincolna, to jurysdykcję ma policja w St. Louis.

- Tak więc nasz problem sprowadza się do pytania: kto ma być następną ofiarą? - skonkludował St. Claire.

- No i gdzie? - dorzucił Flaherty.

- Mam kolejne pytanie: jak on, na miłość boską, odnalazł te dwie osoby? Gideon w Illionois i gdzieś tam w Missouri. Jak on wpadł na ich trop? - spytała Jane.

- Kolejne pytanie: jeśli ma z tym coś do czynienia sam Stampler, to jakże, do cholery, on to robi? - zapytał Flaherty.

- Może będziemy mieli szczęście - zażartował St. Claire. - Może policja St. Louis złapie tego szaleńca, nim uda mu się przemieścić tu. Bo wszyscy tak uważamy, prawda? Że on zmierza w naszym kierunku?

- Uważam, że musimy założyć, iż takie ma zamiary - odparł poważnie Vail. -Może nawet już tu jest.

Poczuł dotyk dłoni Jane. Była rozdygotana. Ujął ją i lekko uścisnął.

- Nigdy nie zapomnę tego dnia w sądzie, kiedy podszedł do barierki dla świadków i rzucił się na mnie - powiedziała. - I te jego oczy. Chwilę potem, nim mnie chwycił, patrzyłam w te oczy...

- Co w nich widziałaś? - spytał Vail.

- Przez chwilę wydawały się czerwone. Zupełnie jakby nagle napłynęła do nich fala krwi i odpłynęła. I w życiu nie widziałam takiej nienawiści, zła... Te oczy śniły mi się potem po nocach.

Nagle Vail stracił ochotę do kontynuowania rozmowy. Siedział wpatrzony w swój kubek kawy, myślał o Lindzie i Alexie, o ministrantach i biskupie Rushmanie. Wszyscy oni byli przyjaciółmi Stamplera, a on się przeciwko nim obrócił. W czasie procesu Vail także był jego przyjacielem. Miał przedziwne wrażenie, że całe to szaleństwo jest w rzeczywistości skierowane przeciwko niemu. Przypomniał sobie ostatnie słowa Aarona o tym, że być może nie było nigdy żadnego Aarona...

A jeśli rzeczywiście nie było żadnego Aarona?

Stampler wówczas nie żartował. Vail był tego absolutnie pewien. Jeszcze bardziej niż przedtem. I jeśli Stampler był na tyle przebiegły wówczas, by ich wszystkich wyprowadzić w pole, mógł być jeszcze sprytniejszy potem, by z Daisyland sterować dalszymi morderstwami. Yaila w tej chwili przestało interesować, dlaczego Stampler to robi, i czy on, Vail, jest w jakimś stopniu odpowiedzialny za wydarzenia. Najważniejsze teraz było powstrzymanie Stamplera. I ponieważ Stampler jest w zasadzie dobrze pilnowany w zakładzie dla umysłowo chorych, należało się skupić na jego wspólniku.

Trzeba złapać wspólnika, zmusić do zeznawania przeciwko Stamplerowi i raz na zawsze skończyć z tym koszmarem. A wspólnik jest już blisko. Vail był tego pewien.

Bo gdzie indziej mógł być? Nigdzie indziej nie ma już kandydatów na ofiary.

22

Vail chwycił słuchawkę samochodowego telefonu i wystukał numer.

- Paul Rainey przy telefonie, słucham?

- Tu Vail. Gdzie on jest? - spytał ostro Vail.

- Ja... wiesz... Nie mogę... - zaczął się jąkać Rainey.

- Nie możesz go znaleźć dziś, podobnie jak nie mogłeś go znaleźć wczoraj, tak?

- Marty, to błahostka. On się zjawi. On przecież nie wie, że został wydany nakaz aresztowania. Pewno łowi ryby albo poluje. On tyle przeszedł...

- Jego żona też. A ty, moim zdaniem, Paul, lekceważysz sobie sprawę, mimo że masz w kieszeni nakaz aresztowania za morderstwo klienta, który ukrywa się przed wymiarem sprawiedliwości.

- On nigdzie nie ucieka, nie przesadzaj.

- Wziąłeś na siebie obowiązek wręczenia nakazu. Jesteś prawnie zobligowany to uczynić i jesteś za to odpowiedzialny. Wystawiam list gończy.

- Daj mi jeszcze cztery godziny, Marty, dostarczę go w południe.

- Po co te cztery godziny? Żeby się wyuczył nowej lekcji? I co to będzie tym razem? Biedne dziecko seksualnie maltretowane przez mamusię, co wywołało kompleksy i potrzebę odbicia sobie tego na żonie? A może powie, że bał się odcięcia członka przez żonę pragnącą się zemścić za Poppy Palmer? Casus pani Bobbit*?

- Niech cię wszyscy diabli, Marty!

- Złaź z wysokiej szkapy, Paul, i przestań mi tu udawać szlachetne oburzenie. Zbyt długo cię znam. My go znajdziemy. A przy okazji znajdziemy i Poppy Palmer. l nasza umowa przestanie obowiązywać. Czeka go krzesło. Do widzenia.

Vail odłożył słuchawkę. Spojrzał na St. Claire'a i Stennera. - Darby prysnął, dam głowę. Niemal czułem, jak Rainey się poci.

St. Claire zatarł ręce i przez długą chwilę wyglądał przez szybę.

- Potrzebuję nakazu rewizji na cały teren farmy - powiedział Stenner. - Prowadzimy kontrolę lotnisk, dworców autobusowych, pociągów i firm wynajmu samochodów. Dotychczas nie wypłynęło nic na temat striptizerki.

- Myślisz, że Darby mógł jej zrobić kuku? - spytał St. Claire, a kiedy Stenner ponuro skinął głową, dodał: - No cóż, chłopaczek ma już pewną praktykę.

- l poza tym myśli, że ma nad sobą niebieskie niebo. Nic nie wie o zbierających się chmurach - powiedział Stenner,

- Chyba że Rainey go pilotuje, przygotowując nową opowieść, która pozwoliłaby mu wyjaśnić kolejność strzałów.

Vail pokręcił głową: - Nie, nie sadzę, aby Rainey był w to zamieszany. Przyjął obowiązek wręczenia nakazu aresztowania. To go obliguje. Gdyby przyłożył palec

* Bohaterka głośnego procesu sądowego z pierwszej połowy lat 90. oskarżona o poważne okaleczenie niewiernego małżonka. Po udanej operacji chirurgicznej mąż odzyskał sprawność, stając się gwiazdą mediów amerykańskich [przyp. red.].

do umknięcia czy ukrycia Darby"ego, mógłby zostać pozbawiony prawa wykonywania zawodu. Ta sprawa nie jest warta podobnego ryzyka, l poza tym myśli pewno, że mamy na Darby'ego coś więcej niż to nagranie. Wie też, że Darby jest bez grosza. Wy dwaj zabierajcie się do roboty, jak tylko wysadzicie mnie na lotnisku.

- Nie będziemy leniuchować! - zapewnił go ironicznie St. Claire. - Przecież to już ósma trzydzieści rano.

Był całkowicie łysy i na czaszce miał wytatuowaną jaszczurkę z językiem opadającym na czoło. Rękawy hawajskiej koszuli zawinął wysoko na muskularne bicepsy, z których spływała aż po dłonie mozaika tatuażu - niczym kilim upleciony ze sztyletów, imion, przebitych strzałami serc i kwiatów. Spodnie trzymały się na pasie ze skórzanej plecionki związanej w marynarski węzeł tuż pod pępkiem. Zamiast wykałaczki trzymał w kąciku ust długi gwóźdź. W drugim rozwartym kąciku przebły-skiwała srebrna koronka. Był zajęty - właśnie sprawdzał zapasy na barowych półkach.

O dziesiątej rano bar cuchnął dymem dawno wypalonych papierosów, potem nieobecnych już bywalców i rozlanych piw. Przez uchylone drzwi wejściowe wcisnęło się pasemko słonecznego światła i przemknęło przez podłogę zasłaną niedopałkami papierosów, zgniecionymi papierowymi serwetkami - wszystko to na grubej warstwie brudu.

- Jestem major Stenner z biura prokuratury okręgowej w Chicago, a to porucznik St. Claire.

- Majorze, poruczniku! - barman skinął głową. - Cholernie dużo gwiazdek jak na dwóch facetów.

- Jest szef?

- To ja. Mikę Targis. - Uścisnął im dłonie tak, jakby chciał zadać ból. - Szukacie Poppy. Powiedziałem waszym już chyba wszystko. Przedwczoraj prysnęła. Nawet nie przyszła, tylko zadzwoniła.

- O której zadzwoniła?

- Niech się zastanowię. Chyba piętnaście po pierwszej.

- Coś jej się należało?

- Aha, za trzy dni, trzy setki.

- Tak jej się śpieszyło, że zrezygnowała z trzystu dolarów? Targis wzruszył ramionami.

- Miała samochód? - spytał Stenner.

- A co myślicie? Wyciągała od trzech do czterech tysięcy miesięcznie w samych napiwkach i setkę dziennie ode mnie. Była tu wielką atrakcją, panowie. Miała czerwonego Mustanga, model z zeszłego roku.

- Zna pan numer rejestracyjny?

Targis spojrzał z politowaniem na St. Claire'a. - Nie znam ani numeru rejestracyjnego, ani numeru silnika.

- Ale wie pan, gdzie ona mieszka?

- Jasne że wiem. Fairway Apartments, w pobliżu pola golfowego. Trzeba jechać trzy kilometry szosą 84. Widać z daleka. Chodzi wam o Darby'ego, co?

- A co pan o tym wie? - spytał Stenner.

- Tylko to, co przeczytałem w gazetach. Jeśli można temu wierzyć.

- Pan nie wierzy?

- O tej strzelaninie, że ona do niego, a on do niej? Bzdura!

- Ale to tylko pańska opinia?

- Tak, tylko moja opinia.

- Czy Poppy coś o tym mówiła?

- Pan chyba żartuje. - Pochylił się konfidencjonalnie i dodał półgłosem, chociaż byli w barze sami: - Była taka przerażona, że chyba robiła w majtki.

- Czego się bała? Kogo?

- Wszystkiego i wszystkich. - Glin, was, Wielkiego Jima.

- Wielki Jim? To Darby?

- Poppy go tak nazywała. Wszyscy się z tego śmieli. Wielki Jim! Cholernie wielki. Chleje przez cztery godziny, a potem zostawia dolara napiwku. Ale kto tam zrozumie babę. Chociaż... Poppy nie jest wcale głupia, l ma taką figurę, że marmurowemu posągowi stanie. - Zarechotał. - Wygląda jak Michelle... Jak to ona się nazywa?

- Pfeiffer? - podsunął Stenner.

- Nie, ta druga. Ta, co śpiewała.

- Phillips - powiedział St. Claire.

Targis wycelował wielki paluch w kierunku Harveya. - Oo, właśnie o niej myślałem.

- Opowiadała o tej swojej siostrze? - spytał Stenner.

- Parę razy coś o niej mówiła.

- Więc nie odniósł pan wrażenia, że siostry są ze sobą blisko?

- Żadnego wrażenia nie odniosłem. Gówno mnie obchodziła jej siostra. Mam dość kłopotów z własną rodziną.

- Dziękujemy panu, panie Targis. - Stenner podał mu wizytówkę. - Jeśli coś pan sobie przypomni, to proszę zadzwonić.

- A co, uciekła czy coś takiego?

- Chcemy tylko porozmawiać z nią.

- Myślałem, że się narozmawialiście.

- Zapomnieliśmy zadać paru pytań. Gdyby zadzwoniła, to proszę dać jej ten numer i moje nazwisko, dobrze?

- Ona nie zadzwoni. Jestem w tym interesie od prawie dwudziestu lat. Wiem, co to znaczy, jak ktoś mówi mi pa pa. A ten jej telefon to było definitywne pa pa.

- Może zadzwoni po te trzysta dolarów, które się jej należą?

Targis pokręcił głową, wziął ścierkę, zmoczył ją pod kranem z wodą i zaczął zmywać ladę barową.

- Gdyby jej na tych pieniądzach zależało, toby wpadła i zabrała je. Nie zajęłoby to jej wiele czasu. Musiała tędy przejeżdżać w drodze do autostrady.

- A co, powiedziała panu, że wyjeżdża w kierunku Texarkany?

- Nic takiego mi nie powiedziała. Wykombinowałem sobie, że jedzie na lotnisko 0'Hare.

- Dziękujemy!

- Proszę bardzo. Wróćcie panowie na drinka. Stawiam.

- Fajny z ciebie facet, Mikę, dziękujemy.

W drodze do wyjścia St. Claire mruknął: - Targis siedział.

- Skąd to wiesz? - spytał Stenner.

- Siedział z dziesięć lat. Jest o dziesięć lat spóźniony ze słownictwem. Poza tym ja wiem wszystko. Nawet wiem, kto to jest Michelle Phillips.

- Mamas and the Papas - odparł Stenner, otwierając drzwi samochodu. St. Claire spojrzał na niego zdumiony. - Zapomniałeś, że nie zawsze miałem pięćdziesiąt lat.

Wsiedli i pojechali z powrotem na farmę Darby'ego, aby sprawdzić, jak idą poszukiwania.

Z asfaltowej szosy poderwał się helikopter i, biorąc kurs na północ, poszybował ku miasteczku Daisyland, niewielkiej aglomeracji w pierścieniu wiktoriańskich willi, ukrytych w gęstwinie dębów i wiązów. Nagle zagajniki się skończyły i Vail zobaczył w dole przed sobą zróżnicowany architektonicznie kompleks budynków. Stanowy Instytut Zdrowia Psychicznego im. Stevensona. Cały kompleks otoczony był wysokim murem, a ponadto od strony miasteczka jeszcze wyższym i bardzo gęstym żywopłotem. Do głównego i najwyraźniej najstarszego gmachu dobudowano w późniejszym okresie skrzydła i w ten sposób powstał centralny czworobok. Widać było kręcących się ludzi - na trawnikach i na przecinających trawniki alejkach. Z dużej wysokości wyglądali jak mrówki. Jeden z budynków Vail zapamiętał z paru wizyt, które tu złożył przed dziesięcioma laty: niemiłe trzykondygnacyjne gmaszysko z wielkim atrium o skośnych ścianach grubych prostokątów pancernego szkła. Budynek ten zajmowali pacjenci o obostrzonym reżimie. Od lat dziesięciu „dom" Aarona Stamplera.

W oknie jednego z budynków na wprost głównego wejścia stał mężczyzna i obserwował helikopter. Twarz miał miłą, na pograniczu ładnej, sylwetkę krzepką i muskularną. Dobrą formę zapewniły mu lata ćwiczeń w doskonale wyposażonej sali gimnastycznej. Ubrany był w spodnie khaki i niebieską koszulę strażnika. Uwagę zwracało intensywne spojrzenie niebieskich oczu, a także jasnoblond włosy krótko przystrzyżone nad uszami. Był ogolony i pachniał dobrą wodą kolońską. Na pełnych wargach błąkał się uśmieszek. Brodę podparł splecionymi dłońmi i z pełną koncentracją wpatrywał się w podchodzący śmigłowiec, który zatoczył krąg i zniknął między drzewami. Mężczyzna powiedział głosem bliskim szeptu:

- Witam, panie Vail!

I uśmiech rozszerzył mu się na całą twarz.

- Mówiłeś coś, Roy? - odezwał się głos z holu.

- Nie, Ralph. Nic nie mówiłem. Po prostu sobie nuciłem.

Mężczyzna miał jedwabisty głos. Usiadł za warsztatem i powrócił do pracy.

Kiedy śmigłowiec opuścił się na ćwiczebne boisko futbolowe w pobliżu szpitalnego czworoboku, drogą zaopatrzeniową podjechał czarny czterodrzwiowy Cadillac i stanął w bezpiecznej odległości. Śmigłowiec usiadł na trawie, z której wzbił się tuman szarego pyłu.

- Lądowałeś, Sidney, tak delikatnie, że nie stłukłbyś jajek, gdyby zasłana była nimi ziemia - pochwalił pilota Vail. Odpiął pas i otworzył drzwiczki.

- Powtarzasz to do znudzenia - odparł pilot.

Kierowcą limuzyny był schludny mężczyzna dobiegający czterdziestki. Miło się uśmiechał. Miał na sobie spodnie khaki i niebieską koszulę, ale nie wyglądał na strażnika, chociaż okazało się, że nim był.

- Jestem Tony - przedstawił się. - Zaraz pana odwiozę do naszej Daisy*.

- Do Daisy?

- Ano - odparł Tony otwierając drzwiczki samochodu. - Daisyland nie brzmiało dostatecznie idiotycznie.

Vail wsiadł i Tony zatrzasnął za nim drzwiczki. Podjazd pod szpitalny kompleks zajął pięć minut. Gdy zbliżali się do ogrodzenia, rozsunęły się skrzydła elektrycznie sterowanej bramy i Tony wjechał do środka żwirowaną drogą, obsadzoną niskimi iglakami. Vail poczuł się dziwnie nieswojo. Być może był to podświadomy lęk, że ktoś zechce zatrzymać go tu na zawsze. A może niemiła była perspektywa kontaktu z nieszczęśnikami odgrodzonymi od świata, zamkniętymi w miejscu okrutnie nazwanym Krainą Stokrotek.

Celem Shany Parver było zdobycie maksymalnej liczby informacji, by mogła twardo przeciwstawić się jakimkolwiek propozycjom ugody wysuniętym przez obronę. Po to właśnie chciała oficjalnie przesłuchać Edith Stoddard i mieć wszystko na piśmie. Była pewna, że Edith Stoddard w żadnym wypadku nie zgodzi się na długi proces, a jej obrończyni, Jane Yenable, będzie manewrowała i kluczyła, by zdobyć dla swej klientki pozycję przetargową. Miała częściowo rację.

Jane Yenable miała bronić klientkę, która wcale nie chciała się bronić, choćby po to, by mieć znacznie lepszą szansę negocjacji z prokuraturą na temat niższego wymiaru kary. Jane Yenable czekała ciężka praca. Żeby chociaż udało się jej przekonać panią Stoddard do konieczności opóźniania sprawy w fazie wstępnego dochodzenia, by nie ułatwiać Shanie Parver przygotowania ataku oskarżenia! Pierwszym sukcesem obrończyni było skłonienie Edith do odwołania pierwotnego przyznania się do winy. Teraz należało baczyć, by oskarżona nie pogrążyła się podczas odpowiadania na pytania młodej prokurator.

Przed przybyciem Shany Parver Jane Yenable miała kilka minut sam na sam z Edith. Strażniczka sprowadziła panią Stoddard do pokoju przesłuchań w przywięziennym aneksie. Strażniczka pozostała za drzwiami. Twarz Edith Stoddard była szara, kąciki ust opuszczone do dołu, oczy podkrążone. Miała na sobie więzienny ciemnoniebieski strój bez paska, na nogach białe tenisówki. Na głowie sterczały jej niedbale zaczesane siwawe włosy.

- Jak się czujesz dziś rano, Edith? - spytała Jane.

- Sama nie wiem - cichym głosem udzieliła odpowiedzi pani Stoddard.

- To nie potrwa długo - pocieszała ją Jane. - To tylko formalność.

- Kiedy to się skończy? Kiedy zawrze pani tę ugodę, o której pani mówiła?

- To przesłuchanie jest właśnie częścią procesu dochodzenia do ugody. Musisz wypaść dobrze, Edith. To nam pomoże, gdy przystąpię do negocjacji.

Edith Stoddard bezradnie pokręciła głową. »

* (ang.) stokrotka [przyp. red.].

- Prokurator będzie ostro naciskała w sprawie broni. Ja nie zadam ci pytania, kiedy zgubiłaś rewolwer. Ani czy w ogóle go zgubiłaś. Gdy ona cię zapyta, gdy zapyta o zgubienie broni, odpowiadaj ogólnikami, enigmatycznie. Zacznie cię naciskać na temat wieczoru, kiedy Delaney został zabity. Spyta cię, gdzie wtedy byłaś. Pamiętaj jedno: im mniej Shana Parver wie, tym lepiej.

- Dlaczego nie możesz jej od razu powiedzieć... Dlaczego od razu nie możesz powiedzieć, czego chcesz? Jak to się nazywa?

- Ugoda.

- No to zrób ją dziś. Chcę z tym szybko skończyć.

- Proszę cię, Edith, zaufaj mi! Muszę iść krok po kroku.

- Chcę z tym skończyć - powtórzyła tępo Edith Stoddard.

- Doskonale cię rozumiem. Ale pozwól mi wykonać moją pracę tak, jak powinna być wykonana.

Edith Stoddard zrezygnowała z dalszego oporu i jakby przygasła. Kilka razy głęboko westchnęła.

- Będzie dobrze - zapewniła ją Jane. - Wiem, że sobie doskonale poradzisz, Edith.

W parę minut później pojawiła się Shana Parver w towarzystwie sądowej steno-grafki. Shana była w kostiumie z prążkowanego jedwabiu, a włosy czarną kaskadą opadały jej na ramiona. Stenografka, wysoka, szczupła i miła kobieta, nazywała się Chorine Hempstead. Wymieniono uprzejme „dzień dobry", po czym Chorine Hemp-stead zaproponowała kawę. Wszyscy z wdzięcznością przyjęli propozycję z wyjątkiem Edith Stoddard, która usiadła za stołem obok Jane Yenable, naprzeciwko Shany Parver. Położyła dłonie na blacie stołu i cierpliwie czekała. Przypominała Shanie przestraszonego ptaka.

Shana Parver odstawiła na ziemię pękatą torbę, otworzyła teczkę i zaczęła wyjmować z niej swoje „przybory": bloczek kartek, plik notatek, kilka ołówków i mały magnetofon Sony. Wszystko to ułożyła przed sobą. Wróciła pani Hempstead z kubkami kawy, po czym usiadła na końcu stołu.

- Czy jesteśmy gotowi? - spytała Shana Parver, rozkładając własne notatki i raport Shocka Johnsona z dnia, kiedy to Edith Stoddard nagle oświadczyła mu, że zabiła Johna Delaneya.

- Zaczynajmy! - powiedziała sucho Jane Yenable.

- Dla celów protokolarnych stwierdzam - zaczęła Shana Parver - że jest to oficjalne przesłuchanie pani Edith Stoddard, którą oskarża się o popełnienie zabójstwa pierwszego stopnia na osobie pana Johna Farrella Delaneya w dniu 10 lutego 1994 roku w Chicago. Nazywam się Shana Parver i reprezentuję prokuratora okręgowego okręgu Cook. W przesłuchaniu uczestniczą pani Jane Yenable, reprezentująca panią Edith Stoddard, oraz Chorine Hempstead, urzędnik sądowy okręgu Cook, która jest odpowiedzialna za protokołowanie przesłuchania. Przesłuchanie odbywa się w sądowym aneksie o godzinie dziewiątej rano dnia 16 lutego 1994 roku. Pani Stoddard, czy ma pani coś przeciwko temu, by przesłuchanie było nagrywane?

Edith Stoddard spojrzała pytająco na Jane Yenable.

- Nie zgłaszam sprzeciwu - odparła Jane.

- Dobrze. Zaczynamy. Proszę nam podać pełne nazwisko. - Shana na chwilę przedtem włączyła magnetofon.

- Edith Hobbs Stoddard.

- Stan cywilny?

- Mężatka.

- Dane męża. To znaczy imiona i nazwisko.

- Charles Stoddard.

- Od jak dawna jest pani mężatką?

- Od dwudziestu sześciu lat.

- Gdzie pani mieszka?

- 1856 Magnolia.

- Ma pani dzieci?

- Córkę. Na imię ma Angelika.

- Ile ma lat?

- Dwadzieścia jeden.

- Czy zamieszkuje z panią?

- Studiuje na uniwersytecie. Tam mieszka. Ale zachowała pokój w naszym mieszkaniu.

- Studiuje na Uniwersytecie Chicago czy Uniwersytecie Illionis?

- Chicago.

- Jest na pani utrzymaniu?

- Ma niewielkie stypendium. Wystarcza na część kosztów nauki, na książki i opłaty laboratoryjne, ale ja... my... płacimy za dormitorium studenckie i wyżywienie. No i dajemy na inne konieczne wydatki.

- Ile to kosztuje panią miesięcznie?

- Pięćset dolarów. Dajemy jej pięćset dolarów miesięcznie.

- I ma pani pielęgniarkę do męża?

- Pielęgniarki nie mamy. Mamy pomoc domową, która robi, co potrzeba koło Charlesa, gotuje mu posiłki i sprząta.

- Czy ma pani osobną sypialnię, pani Stoddard?

- Co to ma wspólnego ze sprawą? - spytała Jane Yenable.

- Zwykła formalność - odparła Shana Parver obojętnym tonem.

- Mamy sąsiadujące ze sobą sypialnie - wyjaśniła pani Stoddard z pewnym ociąganiem. - Trzymam drzwi otwarte na wypadek, gdyby Charles potrzebował czegoś w nocy.

- Pracuje pani dla Delaney Enterprises przy Shland. Zgadza się?

- Pracowałam - odparła pani Stoddard. Pytanie chyba ją nieco rozdrażniło.

- A ile czasu zajmuje pani... to znaczy zajmował codzienny dojazd do pracy?

- Około trzydziestu minut. Zależało od natężenia ruchu.

- To znaczy, że jeździła pani samochodem? Sama pani prowadziła?

- Tak.

- Jak długo pracowała pani dla pana Delaneya?

- Siedemnaście lat.

- Była pani jego osobistą sekretarką?

- Sekretarką merytoryczną - padła dumna odpowiedź.

- I przez ile lat pełniła pani funkcję sekretarki merytorycznej?

- Przez dziewięć lat.

- Czy wypełniając tę funkcję miała pani okazję lub okazje do odwiedzania mieszkania pana Delaneya w kompleksie Lofts Apartments przy Astor Street?

- Owszem.

- Często?

- Dość często. Pan Delaney lubił tam pracować, w ciszy i spokoju, czego' nie miał w biurze. Często zanosiłam mu tam dokumenty czy listy do podpisania. Albo mi dyktował.

- Czy miała pani klucz do tego apartamentu?

W pierwszej chwili Jane Yenable chciała zgłosić sprzeciw, ale po zastanowieniu zrezygnowała.

- Miałam.

- Gdzie jest teraz ten klucz?

- Gdzie jest? No na moim kółku ze wszystkimi innymi kluczami.

- A gdzie jest to kółko z kluczami?

- Policja je zabrała po aresztowaniu.

- Więc klucze są w depozycie?

- Chyba tak.

- A teraz chciałam panią zapytać o broń. Posiada pani pistolet, tak?

- Tak.

- Jakiego kalibru?

- Zero trzydzieści osiem.

- Jakiej produkcji?

- Smith & Weston.

- Chyba Smith i Wessori?

- Chyba tak. Tak.

- Gdzie pani nabyła ten pistolet?

- Na Wabash. W „Sergeant York Storę".

- Czy przypomina pani sobie datę kupna?

- Mniej więcej miesiąc temu. Nie pamiętam dokładnej daty.

- Ile pani zapłaciła za pistolet, o którym mówimy?

- Sto trzydzieści pięć dolarów.

- Po co pani go kupiła?

- Dla osobistej ochrony.

- Czy zawsze nosiła go pani przy sobie? Chwila milczenia i odpowiedź: - Tak.

- Czyżby nie była pani tego pewna, pani Stoddard?

- Jestem pewna. Chciałam tylko się zastanowić, czy go nigdy nie zostawiłam w domu. Chyba nie.

- Gdzie go pani nosiła?

- Powiedziałam już pani, wszędzie.

- Nie o to pytam. Pytam, gdzie trzymała pani broń nosząc ją ze sobą?

- W torebce.

- A kiedy przebywała pani w biurze?

- W środkowej szufladzie biurka po lewej stronie. Szufladę zamykałam na klucz.

- A w nocy?

- Pod materacem.

- W pani sypialni?

- Tak.

- Gdzie teraz jest ten pistolet?

- Ja... Zgubiłam go.

- Jak? Jak go pani mogła zgubić, skoro nosiła go pani w torebce, potem zamykała w szufladzie biurka, następnie chowała z powrotem w torebce i wreszcie wsadzała pod materac? Czy jest możliwe, że ktoś wykradł pani broń z biurka?

- Nie sądzę... chociaż może.

- Więc co mogło stać się z pani pistoletem?

- Myślę, że może... musiał wypaść mi z torebki.

- Kiedy? Po tym, jak zabiła pani Delaneya?

- Sprzeciw! - wtrąciła szybko Jane Yenable. - Pani mecenas za dużo sobie pozwala. Nie było przyznania się...

- Mamy wyraźne stwierdzenie pani Stoddard - pośpieszyła Shana Parver.

- Stwierdzenie, które pani Stoddard wycofała, jak pani doskonale wie. Stwierdzenie było wypowiedziane w chwili emocjonalnego stresu. Pani Stoddard była emocjonalnie roztrzęsiona. Działała w stanie emocjonalnego przymusu...

- Czy pistolet zginął pani po tym, jak został zabity pan Delaney? - zrekonstruowała pytanie Shana Parver, przerywając obrończyni.

- Pytanie w dalszym ciągu niezbyt mi się podoba - stwierdziła Jane Yenable. -Wolałabym, aby pani spytała, kiedy pani Stoddard zgubiła pistolet, o którym jest tutaj mowa.

- Niech będzie. Pani Stoddard, kiedy zgubiła pani pistolet, o którym tutaj mówimy?

- Nie jestem tego pewna. Po raz pierwszy zauważyłam jego brak, kiedy wróciłam z pracy w czwartek wieczorem.

- Właśnie tego wieczoru został zamordowany pan Delaney, prawda? - Shana Parver spojrzała na Jane Yenable i uniosła brew.

- Tak - odpowiedziała pani Stoddard.

- A teraz niech mi pani powie, pani Stoddard, czy kupując ten pistolet wiedziała pani cokolwiek o broni palnej? Wtedy, kiedy pani kupowała pistolet Smith & Wesson kalibru 0,38 cala.

- Nic nie wiedziałam.

- Pobierała pani jakieś lekcje?

- Tak. Uczyłam się strzelać.

- Żeby umieć posługiwać się bronią?

- Tak.

- Gdzie uczyła się pani strzelać?

- Na strzelnicy. W Klubie Strzeleckim przy Pershing.

- Jak dobrze nauczyła się pani strzelać?

- Pojęcie relatywne, pani mecenas - wtrąciła Jane Yenable. - Proszę uściślić pytanie.

- Relatywne w stosunku do czego? - spytała Shana Parver.

- Pani Stoddard już oświadczyła, że w ogóle nie znała się na broni i nie umiała się nią posługiwać. Nie mamy więc punktu odniesienia. Obecnej sprawności nie możemy z niczym porównać, jeśli idzie o przeszłość.

- Pani Stoddard, czy pani zaprzestała brania lekcji?

- Tak.

- Dlaczego?

- Instruktor powiedział mi, że dostatecznie wszystko opanowałam.

- Wszystko, tak? Ładowanie, czyszczenie, strzelanie?

- Tak.

- Czyli była pani na tyle dobra, by zaprzestać brania lekcji?

- Chyba tak.

- Czy instruktor był zdania, że nie potrzebuje pani dalszych lekcji?

- Tak.

- I kupiła pani amunicję do swojego pistoletu?

- Tak.

- Czy wie pani, ile sztuk amunicji pani kupiła?

- Dwa pudełka.

- Ile naboi jest w pudełku?

- Pięćdziesiąt.

- l broń miała pani naładowaną?

- Tak.

- Ile naboi mieści magazynek?

- Sześć.

- Resztę pani schowała? Gdzie?

- Na półce w ściennej szafie w sypialni.

- Szafę trzyma pani zamkniętą?

- Nie. Dlaczego miałabym...

Jane Yenable położyła dłoń na dłoni pani Stoddard i lekko pokręciła głową. Shana Parver zignorowała ten prawniczy komentarz obrończyni. Otworzyła teczkę i wyjęła z niej dwukrotnie złożony arkusz szarego papieru. Rozłożyła go i położyła na stole przed panią Stoddard.

- Pani Stoddard, to jest tarcza, którą otrzymałam z Klubu Strzeleckiego. Zostawiła ją pani podczas ostatniej lekcji i instruktor ją schował myśląc, że będzie pani od czasu do czasu zaglądała, aby poćwiczyć, i wtedy on ją zwróci, bo a nuż będzie pani chciała zatrzymać ją na pamiątkę.

Jane przyjrzała się papierowej tarczy - czarna sylwetka na jasnym tle. Wszystkie strzelnice używały podobnych tarcz. Na kartoniku widać było sześć dziur blisko siebie. Wszystkie w pobliżu serca.

- Czy rozpoznaje pani tę tarczę, pani Stoddard? - spytała Shana Parver.

- Wszystkie tarcze są do siebie podobne. To mogła być tarcza kogoś innego -zaoponowała Jane Yenable.

- Na dole tej tarczy jest imię i nazwisko pani klientki oraz data - poinformowała Shana Parver wskazując miejsce. - Oznaczeniem tarcz zajmuje się personel strzelnicy.

- A więc to pewno moja tarcza - odezwała się pani Stoddard.

- Strzelała pani z odległości dwudziestu metrów. Dobrze pani strzela.

Edith Stoddard najpierw nic nie odpowiedziała. Potem wzruszyła ramionami i mruknęła: - Na strzelnicy właściwie wszyscy są równie dobrzy.

- Jaką torebkę pani nosi? - spytała z kolei Shana Parver.

- Louis Yuitton, standardowego rozmiaru.

- Standardowego rozmiaru, to chyba będzie około trzydziestu centymetrów długości i jakieś piętnaście wysokości, tak? - Shana Parver dłońmi w powietrzu określała kształt torebki.

- Chyba tak.

- I co pani zwykle nosi w torebce?

- Jaki to ma związek ze sprawą? - spytała Jane Yenable.

- Proszę o chwilę cierpliwości - odparła Shana Parver. Sięgnęła po leżącą na ziemi opasłą torbę skórzaną i postawiła ją na stole. - To jest moja torba, pani Stoddard. - Shana roześmiała się. - jak pani widzi, mam w niej wszystko. Brakuje najwyżej dziesięciotomowej encyklopedii.

Twarz Edith Stoddard nieco zmiękła, na ustach pojawił się ślad uśmiechu.

- Czy pani torebka była podobnie wypakowana jak moja torba?

- Nie wyobrażam sobie, bym mogła nosić tyle rzeczy w torebce. - Chrząknęła rozbawiona.

- A więc można założyć, że pani torebka nie była wypchana? - zapytała Shana Parver.

- Tak. Miałam tam portfel, książeczkę czekową, klucze, jednorazowe chusteczki, a czasami jakąś niewielką książkę, jeśli akurat byłam w trakcie jej czytania. Bywało, że podczytywałam w czasie lunchu.

- Pani Stoddard, czy pani wie, ile waży nabyty przez panią pistolet? - spytała Shana Parver po zajrzeniu do notatek.

- Nie mam pojęcia.

Parver przez chwilę się wahała. - Prawie sześćset gramów z nabojami. Jest wystarczająco ciężki i wystarczająco duży, by go było widać w niewielkiej torebce. Zgodzi się pani ze mną?

- Ja... bo ja wiem... - odparła ostrożnie pani Stoddard.

- Powracam do pani poprzedniego oświadczenia: tę broń nosiła pani dla własnego bezpieczeństwa, tak?

- Tak.

- Skoro ją pani nosiła, to chyba była pani świadoma jej wagi. Świadoma, że w razie potrzeby broń jest blisko...

- Sprzeciw. Pani Stoddard nosiła broń przez trzy tygodnie. Przez ten czas można tak przyzwyczaić się do nowego ciężaru, że się go nie czuje.

- Wszystko jest możliwe - mruknęła Shana Parver. - Powróćmy jednak do innej sprawy. Mówiła pani, że w biurze chowała pani broń do szuflady, a szufladę zamy-

kała na klucz, tak? Czy może pani sobie przypomnieć ostatnią sytuację, kiedy włożyła pani pistolet do szuflady?

- Na miłość boską, pani mecenas! Edith Stoddard była zdenerwowana, zrozpaczona faktem...

- Pani Stoddard - Shana Parver weszła w słowa Jane Yenable. - Kiedy dowiedziała się pani, że musi odejść na wcześniejszą emeryturę?

- W czwartek.

- Przedtem nic pani nie wiedziała?

- Oficjalnie nic.

- Nie o to pytałam. Czy przed czwartkiem miała pani podstawy sądzić, że coś się szykuje? Czy podejrzewała pani, że będzie musiała odejść z firmy?

- Krążyły plotki. W biurze zawsze krążą jakieś plotki.

- Kiedy po raz pierwszy dotarły do pani te plotki?

- Chyba pani wie, jak to bywa z plotkami! Człowiek sobie nie przypomina, kiedy słyszał to czy tamto. Ja nawet nie pamiętam, kto mi to powiedział.

- I one od dawna krążyły? Te plotki na pani temat.

- Moja klientka przed chwilą pani powiedziała, pani mecenas, że nie pamięta, od kiedy plotki zaczęły krążyć - powiedziała Jane Yenable. -1 muszę przypomnieć przedstawicielce prokuratury o niedopuszczalności dowodów ze słyszenia. Ponadto to, o co pani pyta, nie ma najmniejszego znaczenia...

- Wprost odwrotnie, pani Yenable. Ma znaczenie. Niektórzy pracownicy firmy, w której pani Stoddard pracowała, twierdzą, że było ogólnie wiadomo, iż Delaney zamierza zastąpić kimś innym Edith Stoddard. Było o tym wiadomo od pierwszych dni po Bożym Narodzeniu. Od blisko dwóch miesięcy.

- Zalecam mojej klientce, aby nie odpowiadała na dalsze pytania dotyczące tego, co mogła albo czego nie mogła usłyszeć, ani też na pytania od kogo mogła lub nie mogła czegoś usłyszeć. Moja klientka już raz pani powiedziała, że dowiedziała się w czwartek, iż przestaje pracować. W czwartek stało się to dla niej faktem.

- Dobrze. Pani Stoddard, dowiedziała się pani o tym w czwartek? I powiedział to pani pan Delaney, jeśli się nie mylę. Wtedy dowiedziała się pani, że ktoś inny zajmuje pani stanowisko. Jaka była pani pierwsza reakcja?

- Byłam... wstrząśnięta. I chyba bardzo zła... bardzo zdenerwowana i zagubiona.

- Zagubiona?

- No tak, bo nie mogłam zrozumieć, co się stało. Dlaczego? Bo on powiedział... on tylko powiedział: „Edith, nadszedł czas zmiany..." Moje całe życie się zawaliło, wszystko nagle w ciągu paru minut runęło tylko dlatego, że... nadszedł czas zmiany... Tak, czułam się zagubiona, byłam wściekła...

- Kiedy widziała pani pana Delaneya po raz ostatni?

- Powiedział mi, że dostanę dwutygodniową odprawę i że do piątku mam zabrać z biurka moje rzeczy. Po raz ostatni go widziałam... chyba w czwartek, kiedy szedł na lunch.

- W dniu, kiedy go zabito?

- Tak.

- A w piątek miała być pani po raz ostatni w biurze?

- Tak. On pewno myślał, że moja następczyni nauczy się tego, co ma robić, w czasie weekendu i w poniedziałek będzie gotowa funkcjonować... - Pani Stoddard zamilkła na chwilę i spojrzała na złożone na stole dłonie. - Przepraszam za ten sarkazm. Jestem pewna, że ona pracowała już z panem Delaneyem od tygodni, jeśli nie miesięcy.

- Więc może teraz będzie mi pani mogła powiedzieć, kiedy po raz ostatni mogła pani zamknąć broń w szufladzie?

- Chyba w środę.

- Z tego wynika, że w czwartek broń pozostała w pani torebce?

- Sprzeciw! Pani Stoddard już raz powiedziała, że sobie nie przypomina. A teraz mówiąc o środzie opatrzyła to słowem „chyba".

- A więc nie przypomina sobie pani, czy w czwartek miała pani przy sobie broń, czy też nie?

- Już raz moja klientka powiedziała, że sobie nie przypomina - burknęła Jane Yenable.

- Chcę ustalić choćby w przybliżeniu, kiedy pani Stoddard mogła zgubić swój pistolet...

- To było w czwartek - stwierdziła niespodziewanie Edith Stoddard. - Pamiętam, że w czwartek, kiedy wychodziłam z domu, włożyłam pistolet do torebki. Natomiast pojęcia nie mam, co się z nim stało później. Był to dla mnie ciężki dzień. Różni ludzie przychodzili do mnie, chcąc wyrazić swoje współczucie... Miałam głowę pełną spraw...

- Podsumujmy całość. Kupiła pani pistolet, brała pani lekcje, nauczyła się z niego dobrze strzelać. - Shana Parver postukała palcem w papierową tarczę leżącą na stole. - Postanowiła pani nosić broń w torebce w celu osobistej ochrony. Przychodząc do biura wyjmowała pani pistolet z torebki i chowała do szuflady biurka, w nocy zaś wsuwała pod materac. Przypomina sobie pani, że po raz ostatni włożyła pani pistolet do torebki w czwartek. Wychodząc z domu. Kiedy przyszła pani do biura, wezwał panią pan Delaney i powiedział, że odchodzi pani na emeryturę, l od tej chwili już pani nie pamięta nic, co dotyczy pistoletu. Czy to się zgadza?

- Tak.

- Dobrze. Teraz zajmijmy się czwartkiem. Proszę mi opowiedzieć własnymi słowami, co pani robiła tego dnia i wieczorem do chwili położenia się spać.

- Po tym, jak pan Delaney mi powiedział... zawiadomił mnie, że przestaję-pracować, wyszłam z biura. Za budynkiem jest teren rekreacyjny. Ludzie wychodzą tam na lunch, na papierosa, no wie pani... takie miłe miejsce na mały odpoczynek. Przez pewien czas siedziałam tam. Nie wiem, jak długo. Myślę, że... być może... płakałam. Doznałam szoku. Wreszcie uprzytomniłam sobie, że to się stało i usiłowałam zebrać myśli...

- Przepraszam, pani Stoddard. Ale przed chwilą pani powiedziała „Doznałam szoku. Wreszcie uprzytomniłam sobie, że to się stało". Z tego wynika, że znane były pani plotki, prawda?

- Sprzeciw! - odezwała się Jane Yenable. - Jest to tylko pani domniemanie.

- Nie tylko domniemanie, pani mecenas - odparła spokojnym głosem Shana Par-ver. - Pani Stoddard przyznała poprzednio, że słyszała plotki.

- Pani Stoddard nic podobnego nie przyznała!

- Słyszała pani plotki na temat swojego odejścia, prawda? - Shana Parver zwróciła się do Edith Stoddard.

- Proszę nie odpowiadać na to pytanie! - warknęła ostro Jane Yenable.

- Ja... ja... - wyjąkała Edith Stoddard.

- Dobrze. Idziemy dalej - spokojnym głosem powiedziała Shana Parver. - Powiedziała pani, że usiłowała pani zebrać myśli, tak?

Edith Stoddard była wyraźnie zmieszana. Zaczęła w zdenerwowaniu zacierać dłonie, jakby je myła, i zwilżać językiem wyschnięte wargi. Wreszcie słabym .głosem odpowiedziała: - Tak, usiłowałam zebrać myśli, rozpatrzyć sytuację. Jak pani wie, w ciągu dnia mam opiekunkę do męża, moja córka odbywa studia uniwersyteckie, mieszka w miasteczku studenckim, no i ja zastanawiałam się... Nie wiem, jak długo tam siedziałam. Z naszego biura wyszło kilka osób. Podchodzili do mnie i wyrażali swoje ubolewanie. Wreszcie już dłużej nie mogłam tego wytrzymać, więc wróciłam na górę, znalazłam jakiś karton i zaczęłam pakować moje rzeczy. Pilnowała mnie jedna z kobiet. Pan Delaney kazał młodej urzędniczce siedzieć ze mną, kiedy się pakowałam. Pewno po to, żebym... czegoś nie ukradła. Nie miałam w biurze wielu osobistych rzeczy. W każdym razie nie w biurku.

- Czy miała pani coś własnego w środkowej szufladzie po lewej stronie? W tej szufladzie zamykanej na klucz?

- Nie, były tam tylko dyskietki. Kopie zapisów komputerowych, l poufne dokumenty pana Delaneya.

- Ale sprawdziła pani tę szufladę?

- Sprawdziłam.

- l leżał tam pistolet?

- Ja...

- Ten temat już był poruszany - interweniowała Jane Yenable. - Pani Stoddard wyraźnie powiedziała, że nie pamięta, gdzie był pistolet.

- Wiem, że tak powiedziała. Ale teraz stwierdziła, że pakowała osobiste rzeczy i że sprawdzała, czy nie ma w szufladzie czegoś, co do niej należy. Gdyby zobaczyła tam broń, to z pewnością by ją zabrała, gdyż broń stanowiła jej osobistą własność. Nieprawdaż, pani Stoddard?

- Pani Stoddard już powiedziała, że sobie nie przypomina.

- Czy może jednak odpowiedzieć na jedno pytanie? Pani Stoddard, czy wyjęła pani z szuflady cokolwiek, co należało do pani?

- Ona-sobie-nie-przypomina - wyskandowała Jane Yenable.

- Dobrze. Wobec tego, co pani zabrała z biurka?

- Kosmetyki. Pióro wieczne Montblanc, które dostałam w prezencie. Rodzinne fotografie. Słownik. Nie mogę sobie... - Edith Stoddard spojrzała bezradnie na Jane Yenable. Zaczęły się jej trząść ręce.

Jane wiedziała, że jej klientka zaczyna się załamywać.

- Czy możemy zmienić temat, Shana? - spytała. - To, co pani Stoddard zabrała z biurka, nie wiąże się ze sprawą. Poza tym musiała być wówczas w wielkim stresie, myślała zupełnie o czymś innym...

Shana Parver rozsiadła się w krześle i wyłączyła magnetofon. - Może zrobimy małą przerwę? - spytała.

- Chcę z tym jak najszybciej skończyć - oświadczyła niemal szeptem Edith Stod-dard.

Shana Parver włączyła z powrotem magnetofon.

- Z biura wyszłam wcześnie - kontynuowała pani Stoddard. - To znaczy w czasie lunchu. Przez pewien czas kręciłam się samochodem po mieście. Potem pojechałam do parku Granta. Długo siedziałam przy fontannie.

- Przy-fontannie Wielkich Jezior?

- Nie. Przy fontannie Buckingham.

- Siedziała pani przy fontannie Buckingham i co? Rozmyślała pani?

- Usiłowałam, a właściwie to tylko wpatrywałam się w jezioro.

- Gdzie pani zostawiła samochód?

- Na wewnętrznym parkingu przy Instytucie Sztuki.

- Czy jest możliwe, by ktoś włamał się do pani samochodu w czasie, kiedy pani siedziała w pobliżu fontanny?

- Nikt się nie włamał do mojego wozu. Był zamknięty i nikt się nie włamał.

- Jak długo przebywała pani w parku?

- Nie wiem. Wyszłam, kiedy zrobiło mi się zimno. Może po godzinie.

- I co potem?

- Poszłam do kiosku z pamiątkami w Instytucie Sztuki i kupiłam torbę dla Angeli.

- Angela to pani córka?

Pani Stoddard skinęła głową. - To była taka torba z brezentu na książki. Przypomniałam sobie, że torba, którą ona ma, jest zniszczona, właściwie podarta. Angela mówiła mi, że potrzebuje nowej. Weszłam do budynku Instytutu, żeby się ogrzać i właśnie wtedy przypomniałam sobie o tej torbie, więc poszłam do kiosku i kupiłam. Kosztowała dwanaście dolarów.

- Kosztowała dwanaście dolarów?

- Właśnie, tylko tyle. A o czwartej poszłam do laboratorium przy Ellis Street. Angela ma tam w czwartki zajęcia laboratoryjne. Trochę na nią poczekałam i potem obie poszłyśmy do księgarni po drugiej stronie ulicy. Wypiłyśmy kawę i dałam jej tę torbę no i... no i wtedy... powiedziałam jej, co się wydarzyło. Była bardzo... była bardzo tym przejęta.

Głos pani Stoddard załamał się. Umilkła i spuściła wzrok na stół. Shana Parver wyłączyła magnetofon, sięgnęła do swojej wypchanej skórzanej torby i wyjęła paczkę chusteczek. Rzuciła ją przez stół.

- Dziękuję - powiedziała Edith Stoddard. Osuszyła oczy i wytarła nos. Potem wyprostowała się i skinęła głową. Shana Parver włączyła magnetofon.

- Bo pani wie, ona ma to stypendium - kontynuowała Edith Stoddard - ale stypendium nie wystarcza... Ona pilnie się uczy, dużo się uczy. Ma świetne stopnie, ale teraz chyba będzie musiała wziąć jakąś pracę i jest z tego powodu załamana. Potem ją zabrałam do domu. Przez całą drogę płakała. To było dla mnie okropne. Bardzo smutne. Nie chciała wrócić do miasteczka studenckiego, bo nie chciała spotkać się z koleżankami. Więc jej zaproponowałam, żeby spędziła noc w domu...

- Córka ma swój własny pokój?

- Tak. Tego wieczoru nic nie powiedziałam mężowi. Miał raczej zły dzień. Po co miałam ze złego zrobić jeszcze gorszy dzień? Opiekunka już go nakarmiła. My nie byłyśmy głodne. Mąż drzemał. Więc około piątej trzydzieści odwiozłam Alice na przystanek autobusowy.

- Alice jest opiekunką pani męża?

- Tak. Alice Hightower. Pracuje u nas od wypadku męża. Odwiozłam ją i wróciłam do domu. Angela wypłakała się i zasnęła na swoim łóżku. Ja poszłam do saloniku, nalałam sobie drinka i włączyłam telewizor, ale bez dźwięku. Byłam okropnie znużona. I chyba się zdrzemnęłam.

- O której to było?

- A bo ja wiem. Może szósta. Było ciemno.

- I o której pani się obudziła?

- Myślę, że to było... Nie, nie wiem. Może już dziesiąta. Albo wpół do jedenastej. Kiedy wyłączałam telewizor, na ekranie widziałam Dianę Sawyer. Poszłam na górę, obudziłam Angela i powiedziałam jej, żeby się rozebrała i weszła pod kołdrę. Potem poszłam spać do siebie.

- A więc między, powiedzmy, szóstą a dziesiątą lub dziesiątą trzydzieści pani mąż spał w swoim pokoju, Angela w swoim, a pani w saloniku, czy nie tak?

Edith Stoddard skinęła głową.

- l nikt pani nie widział?

- Nie.

- Nikt nie dzwonił? Żeby, na przykład, powiedzieć, że żałuje, iż pani odchodzi z pracy?

- Nie.

- Nikt nie dzwonił do pani córki?

- Nie.

Shana Parver zerknęła w kierunku Jane Yenable, ale ta z nisko pochyloną głową pisała coś na żółtych kartkach.

- A więc ani pani mąż, ani córka nie mogą poświadczyć, gdzie pani się znajdowała między szóstą i dziesiątą trzydzieści?

Edith Stoddard podniosła głowę i spojrzała na Shanę Parver ciskającym błyskawice wzrokiem. - Proszę ich do tego nie mieszać! - warknęła ostro. - Oni nic nie wiedzą. Proszę ich nie szarpać, nie szargać, nie wciągać w to bagno! - Podniosła wzrok na Jane Yenabe. Oczy miała załzawione, wargi jej drżały. - Powiedziałam, mówiłam, że tego nie...

Jane Yenable ją uciszyła. Zwracając się do Shany Parver oświadczyła: - Dosyć na dziś. Doradzam mojej klientce, aby na więcej pytań nie odpowiadała.

- Mam jeszcze tylko kilka...

Jane Yenable uderzyła dłonią w stół. Głośne plaśnięcie zaskoczyło zarówno Shanę Parver, jak i Edith Stoddard. - Powiedziałam, dosyć! Dowiedziała się pani o pistolecie i dowiedziała się pani, gdzie moja klientka spędziła wieczór. Chwilowo nie mamy nic więcej do powiedzenia.

- Tylko jedno pytanie - nalegała Shana Parver, spoglądając na notatki.

- Proszę, ale szybko i niech to będzie rzeczowe pytanie - zgodziła się Jane Yenable.

- Kiedy po raz pierwszy usłyszała pani, że pan Delaney nie żyje? - padło spokojnie zadane pytanie.

Edith Stoddard przez wiele sekund patrzyła niemo na Shane Parver, a potem odpowiedziała: - Usłyszałam to przez radio jadąc do biura.

Strzał był celny! Strategia Shany Parver przyniosła oczekiwany przez nią rezultat.

- Chciałabym odczytać fragment raportu porucznika Johnsona - obwieściła z triumfem Shana Parver. - Jest to wyjątek z raportu dotyczącego pierwszej jego rozmowy z panią w biurze Delaney Enterprises w ubiegły piątek. Cytuję: „Pani Stoddard, sekretarka merytoryczna, była niesłychanie przybita śmiercią pana Delaneya. Ubrana była na czarno, a ponadto miała czarną opaskę na rękawie". Koniec cytatu. Jeśli o śmierci pana Delaneya dowiedziała się pani w drodze do biura, to skąd ta czarna suknia i żałoba, pani Stoddard?

23

Gdy Tony podjeżdżał Cadillakiem pod główny budynek szpitala Daisy, Vail dostrzegł mężczyznę siedzącego na ławeczce przy schodach prowadzących do biur administracji. Mężczyzna napełniał fajkę, ubijając tytoń srebrnym przyrządem w kształcie okrągłej pieczątki do listów, z cienką rączką, i wydawał się całkowicie pogrążony pasjonującą czynnością. Obracał fajkę w palcach, sprawdzał twardość tytoniu i jeszcze bardziej go ugniatał.

- To jest doktor Samuel Woodward - poinformował Tony.

Gdy Vail wysiadał z samochodu, Woodward wstał. Był wyższy, niż Vail się spodziewał. Grubo ponad metr osiemdziesiąt. Ubrany był bardzo nieoficjalnie - w brązowe sztruksowe spodnie, jasnoniebieską koszulę z rozpiętym kołnierzem i w al-pakowy zapinany z przodu sweter, którego lewą dolną kieszeń wypychała paczka tytoniu. Doktor był szczupły i miał ściągniętą, zagonioną twarz długodystansowca. Krótko przycięte rude włosy tworzyły na głowie jajowaty owłosiony pagórek. Miał też krótko przyciętą rudą brodę. Teraz schował do prawej kieszeni swetra srebrny przyrząd do ubijania tytoniu i wyciągnął na powitanie dłoń. Vail zauważył, że Woodward ma długie szczupłe palce o zadbanych paznokciach.

- Jestem Sam Woodward. Witam pana, panie Vail. Bardzo mi miło. Przykro mi, że byłem nieobecny, kiedy pan tu dzwonił.

- Bardzo mi miło - powtórzył jak echo Vail i mocno uścisnął podaną mu dłoń.

- Dzień jest tak piękny, że pomyślałem, iż przejdziemy się po parku i po drodze porozmawiamy - powiedział Woodward łagodnym i jakby odległym głosem, sprawiającym wrażenie, że jest przesyłany z bardzo daleka. - W budynkach nie wolno palić. Rzuciłem papierosy około sześciu miesięcy temu i pomyślałem, że zastąpi mi je fajka. Zamiast raka płuc będę miał spalony język. Pan pali?

- Zastanawiam się nad rzuceniem.

- Hmm, życzę powodzenia. Palenie to barbarzyński obyczaj.

Woodward wyjął z kieszeni malutką złotą zapalniczkę i zainscenizował pokaz zapalania fajki. Popłynęła strużka aromatycznego zapachu fajkowego tytoniu. Vail dla towarzystwa zapalił papierosa. Poszli chodnikiem, który biegł wzdłuż pasma zadbanej zieleni wokół czworoboku głównych budynków szpitala.

- Muszę przyznać, że jestem niesłychanie ciekawy, dlaczego po dziesięciu latach nagle wkracza pan ponownie w życia Aarona Stamplera. Nie odwiedził go pan ani razu.

- Po zakończeniu sprawy nie mam zwyczaju odwiedzania żadnego z moich byłych klientów. Stosunek adwokata do klienta opiera się na pewnej umowie. Umowa ta wygasa z chwilą wydania wyroku.

- Zimno pan do tego podchodzi.

- A czy pana łączy gorąca przyjaźń z pacjentami, doktorze? Odwiedza ich pan po wypisaniu ze szpitala?

Doktor roześmiał się cicho. - Ma pan chyba rację. I trafił pan w samo sedno. Lubię ludzi, którzy celnie odparowują zarzuty. I skutecznie. Oraz mówią, co myślą.

W mojej branży rzadko się z tym spotykam. Czasami trzeba lat, żeby dogrzebać się do myśli człowieka.

- Podzielam pańską opinię.

- Więc po co pan przyjechał?

- Z ciekawości.

- Co pan mówi? Po tylu latach zaczął pan mieć wątpliwości?

- Wątpliwości?!

- Spokojnie, spokojnie. Teraz, kiedy pan jest prokuratorem... Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, prawda? - Zaśmiał się. - Wiem przecież, że wszyscy prokuratorzy są zdania, iż chorzy umysłowo tylko udają.

- Nie, doktorze. On mnie przekonał. Ocaliłem mu życie.

- I może pan teraz tego żałuje?

Pytanie zaskoczyło Vaila. Długo nad nim rozmyślał, nim odpowiedział: - Ja nie... Nie żałuję.

- To jest niezmiernie trudno, prawda? Trudno jest akceptować absurdalne meandry ludzkiego umysłu.

- Tak to pan określa? .Absurdalne meandry"?

- Tak. Dla przeciętnego osobnika wydają się absurdalne. Idiotyczne, śmieszne. Niewiarygodne. Szalone. Bardzo łatwo jest opatrywać etykietkami wszystko, czego nie potrafimy zrozumieć lub polubić, lub uznać za fałszerstwo czy chorobę umysłową. Choroba umysłowa to termin umowny, wygodny termin używany przez lekarzy. Z drugiej strony mamy rozdwojenie jaźni! To już co innego. Uznana choroba umysłowa, wyraźnie zdefiniowana jako DSM 3, akceptowana przez profesjonalistów, wielka zagadka ludzkiej osobowości.

- DSM 3 to pańska biblia, jeśli dobrze sobie przypominam.

- To prawda, całkowita prawda. Skatalogowane i zdefiniowane trzysta chorób psychicznych. Odpowiednik .Anatomii Graya", jeśli idzie o ludzki umysł.

- Skoro już poruszamy ten temat, to co DSM 3 mówi o udawaniu? Woodward zatrzymał się. Nie spojrzał na Yaila, lecz patrzył prosto przed siebie,

pociągając z fajki.

- To już jest w sferze akademickich rozważań. Nie ma konkretnej odpowiedzi.

- Rozumiem. Ogólnikowa.

Poszli dalej chodnikiem, a potem Woodward poprowadził Yaila przez trawnik pod same budynki. Z jednego z okien dobiegł Yaila stłumiony krzyk, podobny do wycia, który przemienił się w śmiech, po czym zamarł. Woodward nie pokazał, że cokolwiek słyszy. W obrębie czworoboku kilku pacjentów spacerowało tam i z powrotem, wymachując rękami i wydając przedziwne odgłosy. Jeden stał osobno, pod drzewem, z twarzą o kilka centymetrów od pnia, i z ożywieniem coś mówił. Również osobno siedział przywiązany do inwalidzkiego wózka osobnik wpatrzony w nieskończoność półotwartymi oczami. Z obwisłych ust ściekała ślina. Yail nie potrafił być obojętny wobec tych ludzkich aberracji. Ale Woodward miał rację - bez względu na współczucie, jakie można żywić do tych nieszczęśliwych istot, zawsze wydawały się obce i dziwne, absurdalne i śmieszne. Myśląc o nich, człowiek czuł się odruchowo zakłopotany.

- Nie musi się pan krępować, panie Yail. Może się pan dowoli w nich wpatrywać. Jest to nawet naturalne. Odpłacą tym samym, ponieważ dla nich jest pan równie dziwną istotą, jak oni dla pana.

Woodward skinął głową pacjentce, która zbierała wyimaginowane kwiaty. Kobieta uśmiechnęła się i też skinęła głową.

- A jeśli idzie o pańskie pytanie. O udawanie rozdwojenia. Sądzę, że możną udawać przez pewien czas. Nie sądzę, aby udało się przez dłuższy okres. Zbyt wiele elementów w to wchodzi. Mój Boże, trzeba zmienić całą postawę i zachowanie, głos, wygląd ogólny, całą osobowość. Każdy osobnik wysyła nieustannie sygnały, komunikuje ciałem. A więc trzeba stworzyć dwa odrębne systemy tej sygnalizacji. Jest to właściwie niemożliwe, by móc oszukać otoczenie przez dłuższy czas.

- Użył pan słowa kwalifikującego „właściwie", a więc?

- Zapomniałem, że rozmawiam z adwokatem. Właściwie niemożliwe. Tak powiedziałem, co? No cóż, przypuszczam, że w naszych czasach nic już nie jest całkowicie, absolutnie niemożliwe. Tak, nic, biorąc pod uwagę technologię, jaką dysponujemy. Upieram się jednak, że szansa długofalowego skutecznego udawania jest mniejsza, niż szansa wygrania głównej nagrody w loterii. Oszukanie jest prawie niemożliwe.

- Czy Aaron Stampler byłby zdolny to zrobić?

Woodward po raz drugi się zatrzymał: - Jeśli Stampler udaje, to ja nie jestem zdolny tego przeniknąć. Diagnozę postawił wasz psychiatra. Rozdwojenie jaźni. Pan był tym, który pierwszy zauważył problem i wykorzystał to. Teraz, po dziesięciu latach, spada pan nam tu z jasnego nieba i wyraża wątpliwości. Gdyby miały okazać się słuszne, to osiem lat naszej pracy i niewiarygodne wysiłki z naszej strony, by dojść do źródeł choroby... wszystko to wzięliby diabli. No to panu od razu odpowiem na pańskie pytanie, panie Yail: nie, ten człowiek nie udaje.

- Niech się pan nie denerwuje, doktorze. Ja po prostu pytam. Po prostu rozmawiamy.

Poszli dalej. Woodward pykał z fajki, zagubiony w myślach.

- Czy pan miewa sny, panie Yail? - spytał w pewnej chwili.

- Rzadko.

- Ale czasami miewa pan?

- Czasami tak.

- Przebywa pan w innym miejscu, w innym wymiarze, budzi się pan i znajduje się w zupełnie innym miejscu, ot tak, zwyczajnie... - Trzepnął w palce. - Bywa tak?

- Czasami.

- Natychmiastowe przeniesienie się w inny świat?

- Uważa pan, doktorze, że sen to stracenie poczucia czasu, tak, doktorze?

- W pewnym sensie.

- To by pasowało do tego, co mówił Aaron Stampler, kiedy wpadał w stan fugi i zamieniał się w Roya. Tracił poczucie czasu.

- Jest to popularne określenie stosowane przez tych, których dotykają stany fugi. Spróbuję to ująć jeszcze inaczej. Powiedzmy, że zasypia pan w czasie koncertu. Następne, co pan sobie uświadamia, to fakt, że koncert się skończył i wszyscy opuszczają salę. Nazwałby to pan utratą poczucia czasu?

- Raczej znudzeniem repertuarem.

Doktor Samuel Woodward głośno się roześmiał. - Tak by pan to określił, ponieważ jest pan człowiekiem normalnym. Oczywiście normalność to pojęcie względne. Istota tkwi w tym, że fuga jest właśnie niczym innym jak utratą poczucia upływu czasu. Przeważnie na niezbyt długo, na kilka minut. Przeciętna wynosi pięć minut. U niektórych osobników może jednak występować przez lata. Ofiary tej choroby przeważnie boją się o tym mówić. To całkowicie zrozumiałe. Oczywiście, że nie każdy, kto cierpi na fugi, jest chory na rozdwojenie jaźni.

- No i do jakich wniosków pan doszedł, jeśli idzie o naszego Aarona?

- To wymaga pewnego uzupełnienia danymi biograficznymi, ale nie zamierzam pana tym zanudzać. Mam dyplom z Harvardu, byłem internem w Bellevue, leka-rzem-rezydentem w Boston General, a następnie spędziłem pięć lat w psychiatrycznej przychodni szpitala Philadelphia Memoriał. Ten ostatni okres był wspaniały. Człowiek miał do czynienia z wszystkimi możliwymi przypadkami. Prawie codziennie coś nowego. I właśnie wtedy zafascynował mnie problem chorych na rozdwojenie jaźni. Z Filadelfii przeniosłem się do Menangera. I tam zacząłem się specjalizować w chorobach rozdwojonych jaźni. Na ten temat opublikowałem wiele prac. Skwapliwie skorzystałem, kiedy zaoferowano mi pracę w Daisyland. Jednym z wabików był właśnie Aaron Stampler...

- Co go różni od innych?

- Wszystko, drogi panie, absolutnie wszystko. Środowisko, z którego pochodzi, inteligencja, charakter popełnionych zbrodni, przyczyny i skutki. Fascynujący przypadek! Czytałem opinie sporządzone przez Bascotta, Ciaffo i Solomona, a także podsumowanie pani doktor Arrington. Mamy tu do czynienia z klasycznym przypadkiem rozdwojenia jaźni. Zawsze dwie te same osobowości, nigdy więcej, nigdy nowe. Żadnych tam pięć, sześć czy tuzin postaci. Zawsze te same dwie. Była więc szansa radzenia sobie z chorobą na relatywnie elementarnej płaszczyźnie. Było to jednocześnie wyzwanie. A co w tym wypadku najważniejsze: nikt go jeszcze nie próbował przedtem leczyć. Owszem, był długo przesłuchiwany, stosowano doraźną terapię i tym podobne, ale nikt nie próbował leczyć choroby. Wszystko to powodowało, że przypadek był marzeniem psychiatry. W każdym razie ja nie mogłem oprzeć się pokusie, by się tym zająć.

Doktor przerwał na chwilę i ponownie rozpalił fajkę.

- Przeczytałem również stenogram procesu. Prawny smakołyk, panie Vail. Procesowa perełka. Majstersztyk.

- Mam to rozumieć jako komplement czy ironię?

- Wyłącznie jako komplement. Wykorzystanie przez obronę rozdwojenia jaźni było w owym czasie bardzo odważnym posunięciem...

- Problem był skomplikowany, rezultat niepewny. Wcale nie byłem pewien, czy ława przysięgłych kupi moją argumentację. Bywa czasami, że prawda może zaszkodzić zdrowiu klienta.

- I dlatego wolał pan załatwić to kompromisowo w gabinecie sędziowskim? Pytanie Woodwarda obudziło czujność Yaila. ! podejrzliwość. Czy Woodward

uważa, że Aaron Stampler od początku udaje? Albo jest wręcz tego pewien i siedzi

cicho? A może i jego Stampler skutecznie oszukał? Po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że Woodward jest ofiarą podstępnych machinacji Stamplera.

- Nie, nie dlatego - odparł Vail. - Prokurator wywołał u Stamplera zmianę osobowości. I w wyniku tego wydarzenia znaleźliśmy się w gabinecie sędziego Shoata.

Przez pewien czas szli w milczeniu, wreszcie Woodward powiedział:

- Bardzo często pierwszą reakcją na objawy wielorakiego rozdwojenia jaźni jest niedowierzanie lub wprost negowanie podobnej formy tej choroby. - Po chwili milczenia dodał: - I ma pan rację. Czasami im mniej ludzie wiedzą, tym lepiej.

- Często zastanawiam się, kto naprawdę zabił biskupa. Aaron czy Roy? Wygląda na to, że Aaron miał motywację, natomiast zabił Roy. Z punktu widzenia prawnego można by wytoczyć Aaronowi sprawę, jeśli nie o morderstwo, to o podżeganie do przestępstwa, a nawet współudział.

- Nie zgadzam się z panem, panie Vail. Absolutnie się nie zgadzam. Mamy do czynienia z dwiema odrębnymi osobowościami. Nie można powiedzieć, że Aaron świadomie przygotował zamordowanie swych ofiar. W rzeczy samej był także ofiarą.

Vail chwilę się zastanawiał, a potem pokiwał głową.

- Prawie dobra argumentacja.

- Od chwili podjęcia leczenia miałem właściwie dwóch pacjentów, Aarona i Roya. Jakby dwie różne osoby - powiedział Woodward. - Jedno serce, ale osobne dusze. Oczywiście, jeśli pan wierzy w istnienie duszy.

- Wierzę w sumienie, w świadomość człowieka. Przypuszczam, że to jest to samo co dusza.

Woodward nie odpowiedział na komentarz Yaila, ale ciągnął dalej swoją myśl, jakby się obawiał, że ją zgubi.

- Co pan wie o umyśle ludzkim? O super ego i id?

- Niewiele wiem. Tyle że super ego jest jakby strażnikiem naszej moralności, a id miejscem, gdzie składuje się wszystkie stłamszone pragnienia.

- Odpowiedział pan bardzo smakowicie i dosadnie oraz w zasadzie poprawnie. Kiedy zniszczony zostaje mur oddzielający super ego od id, wówczas stłamszone, jak pan to określił, pragnienia stają się pragnieniami normalnymi. Nagle pomysł zamordowania kogoś jest pomysłem jak najbardziej naturalnym. Umysł-zostaje rozregulowany. Na tym polega choroba. Morderstwo jest tylko symptomem tego stanu. W pewnym sensie Roy był id Aarona. Aaron wszystko tłamsił. Jeśli Aaron kogoś nienawidził, Roy go zabijał.

- Bardzo wygodna sytuacja mieć pod ręką takiego Roya - mruknął Vail.

- O to właśnie chodzi! O zaaranżowanie wygodnej sytuacji. Jest to jedno z wyjaśnień, dlaczego istoty ludzkie sprawiają sobie drugie osobowości. Ból staje się nie do zniesienia, więc wynajdują coś, co ten ból złagodzi. Panie Vail...

- Na imię mi Martin...

- A więc, Martin, byłem lekarzem Aarona, spowiednikiem, przyjacielem. Jego jedynym towarzyszem. Byłem tym wszystkim przez minione osiem lat. Kiedy tu przyjechałem, znalazłem Aarona w opłakanym stanie. Cierpiał na rozmaite fobie, był zamknięty w sobie, wyalienowany, zdezorientowany religijnie, zdezorientowany seksualnie. Boże drogi, Aarona oblazły wszystkie psychiczne parchy. Bał się ciemności, nienawidził au-

torytetów, nie ufał starszym, pogardzał równymi sobie, był zagubiony w sprawach seksu. - Woodward zatrzymał się w pół kroku i zaczął kręcić głową. - Czy słyszał pan jego opowieści o Dziurze? Tak nazywał kopalnię, w której kazał mu pracować ojciec.

- O Dziurze słyszałem podczas pierwszej długiej z nim rozmowy. Szyb numer pięć. Nigdy nie zapomnę jego określeń. Pełzające i czołgające się nędzne stwory oraz demony.

- Co takiego?

- Tak Aaron określał to, co nań czekało, kiedy zjeżdżał na dół. Przypominam sobie dobrze jego barwny opis horrorów kopalnianych.

- Ta jego Dziura wydaje mi się symbolem wszystkiego, czego on się w życiu bał. Było to miejsce zamieszkania jego nieposłusznych i niepokornych mrzonek. Bo to jest tak: kiedy ty, Martin, patrzysz na Aarona, widzisz szaleńca. Kiedy ja na niego patrzę, widzę człowieka z poważnym schorzeniem. I od mego pierwszego dnia w tym szpitalu dostrzegłem w Aaronie osobę, którą można wyleczyć.

Vail spojrzał na Woodwarda z niedowierzaniem.

- Dlaczego tak ci jest trudno w to uwierzyć? - spytał Woodward. - Przecież to ty uratowałeś mu życie.

- Nie mogłem pozwolić, aby przy zabijaniu winnej osobowości zamordowali dobrą.

- Touche - odparł Woodward ze śmiechem. Ale zaraz potem spoważniał. - Aaron Stampler był przyczyną, dla której generalnie zmieniłem profesjonalny stosunek do pacjentów. Kiedy rozpocząłem sesje ze Stamplerem, w świecie psychiatrii zaczęła obumierać teoria, że chory umysł można leczyć terapią słowną. Wówczas zaczynała być modna psychiatria biologiczna.

- Wiele mi to nie mówi - odparł Vail bez specjalnego zainteresowania, ale gotów słuchać dalej.

- Wiesz, co się mówi w środowisku lekarskim? Że lekarz nie potrafi powiedzieć „cześć" w mniej niż pięciu sylabach.

- Natomiast prawnicy nie powinni używać nigdy więcej niż jednej sylaby, by określić swoje stanowisko. Chodzi o to, by ich nie można było łapać za słowa.

- Ha, ha! Świetne!

- Mówiliśmy o biologicznej psychiatrii!

- Właśnie. Opiera się ona na teorii, że przyczyną chorób psychicznych jest nierównowaga pewnych składników chemicznych mózgu i że wobec tego można choroby te leczyć środkami farmakologicznymi. Istniały więc, i nadal zresztą istnieją, dwie przeciwstawne teorie. Leczyć słowem lub leczyć pigułkami. Ja należałem do starej szkoły. Byłem wyszczekanym gadaczem, miłośnikiem słowa. Mówią, że trudno jest pogrzebać przyzwyczajenia. Postanowiłem jednak podejść do przypadku Stam-plera bez z góry poczynionych założeń. Gotów byłem próbować wszystkiego.

Woodward zaczął wymachiwać rękami i odliczać na palcach. Na zmianę otwierał i zamykał oczy wyrzucając z siebie hasła i nazwy:

- Thorazyna, Prosac, Xanax, Yalium, Zoloft, Halcion. Mamy bezodiazepiny, które jednak powodują uzależnienie, mamy Haldol, który stosujemy przy halucynacjach i złudzeniach. Są środki antypsychotyczne, są antydepresanty i środki przeciwko stanowi głębokiego niepokoju. Próbowałem wszystkiego. Każdego cholernego lekar-

stwa, które, jak sądziłem, mogło być skuteczne w konkretnym przypadku. Stosowałem terapię zachowawczą, próbowałem terapii rekreacyjnej i leczenia szokami... Zamilkł i zapalił wygasłą fajkę, a potem wypuścił ku niebu kłąb dymu.

- I przez osiem lat spędzałem z Aaronem po dwie godziny dziennie przez pięć dni w tygodniu... Nikt nie zna go tak dobrze jak ja. Nikt!

Doktor Woodward zaczął szczegółowo opowiadać o Aaronie Stamplerze. Był to nieco chaotyczny monolog, niemniej przywołał masę faktów z przeszłości zapomnianej przez Yaila. Woodward scharakteryzował Aarona jako zagubione dziecko, które wyrosło na utalentowanego, ale sfrustrowanego młodego intelektualistę. Surowy ojciec pogardzał jego szkolnymi sukcesami i uparł się, że syn pójdzie w jego ślady, zjeżdżając do piekła kopalni. Matka uważała wykształcenie syna za diabelską sztuczkę. W ocenie doktora lanie pasem i rodzicielskie ustawiczne wymyślanie jedynie utrwaliły pociąg Aarona do nauki. Z pragnieniami chłopca sympatyzowała nauczycielka, Rebeka, która widziała w jego zdolnościach zalążek nadziei, że zdoła on umknąć dożywotniemu wyrokowi w wypranej z uczuć paskudnej osadzie na rubieżach Kentucky. W rezultacie go uwiodła. Aaron był samotnikiem, którego przyciągały zarówno sztuki piękne, jak i wolne zawody. Pragnął, jak tego pragnie większość podobnych mu młodych ludzi, zostać prawnikiem, lekarzem, aktorem, poetą, ale, podobnie jak u większości młodych ludzi, pragnienia te i marzenia są zwykle przez wszystkich kwestionowane. Tylko Rebeka nie kwestionowała ich, lecz podsycała.

Woodward szerzej opowiedział o tej nauczycielce, jedynym jasnym promyku w Crikside. Była niby latarnia morska, której blask budzi tęsknoty za światem i rozświetla ponurą rzeczywistość. Niektórzy z mieszkańców osady traktowali tę kobietę jako konieczne zło. Zagrażała ich faigoterii, zagrażała ich przerażającemu spadkowi - ciemnocie - czego widomym symbolem była próba innego wychowania Aarona Stamplera. Woodward wreszcie poruszył sprawę seksualnego „wyzwolenia" Aarona Stamplera. Najpierw przyczyniła się do tego Rebeka, a następnie w swój perwersyjny i bolesny sposób pedofil - biskup Rushman.

- Biorąc pod uwagę to, co wiemy o dzieciństwie Aarona i o jego latach młodzieńczych, łatwo możemy zrozumieć, jak to wszystko mogło się wydarzyć - stwierdził doktor Woodward. - Upraszczając możemy założyć, że Aaron po to stworzył Roya, by ten mógł wziąć na swoje barki winę oraz przyjąć odpowiedzialność za czyny, których Aaron nie był zdolny dokonać. Aaron zrzucił winę z siebie na Roya. Powtarzam, że jest to założenie uproszczone, dotyczące bardzo złożonego problemu. Nie wolno nam zapominać, że mamy do czynienia z wyjątkowo skomplikowanym instrumentem, mózgiem ludzkim. W tym przypadku nauka nie objawia prawd tak oczywistych i niewzruszonych jak DNA czy odciski palców.

- Doktorze Woodward, w żadnym wypadku nie leżało w moich intencjach pomniejszać stosowaną terapię...

- Rozumiem. Natomiast bardzo bym chciał, by Martin Vail zrozumiał, że praca z Aaronem Stamplerem nie polegała na pogwarkach parę razy w tygodniu. Ten młody człowiek zdominował moje profesjonalne życie. Bynajmniej się nie skarżę. Było to zawodowo opłacalne. Niemniej uzyskanie wzajemnego przenoszenia zajęło mi trzy lata.

- Wzajemnego przenoszenia?

- Rodzaj wzajemnego zaufania. Transferencja. Jeśli to się udaje osiągnąć, pacjent uznaje rozmówcę za osobę z własnej przeszłości. Widzi w nim kogoś pokrewnego, mentora lub wychowawcę. Uważa za kogoś, z kim można snuć wspólne wspomnienia. Zaufanie zostaje w pewnym sensie przeniesione z owej postaci na psychoanalityka.

- Powiedział pan przed chwilą, że Aaron przerzucił winę z siebie na Roya. Czy tu również następuje podobna transferencja zaufania?

- Tak. Aaron wymyślił swego mściciela. Jest jednak odwrotna strona medalu. W takich przypadkach zawsze jest. W pacjencie rodzi się podświadomy lęk, że powtórzy się dawna sytuacja. Będą zadawane dawne rany. Innymi słowy, że powtórzy się dawny scenariusz krzywd. Nazywamy to ponownym przeżywaniem przeszłości. Ponownym przeżywaniem urazów doznawanych z winy dzieci, przyjaciół, mężów, z winy kogokolwiek, z kim miało się kiedyś do czynienia.

- Poczucie krzywdy przeniesione z przeszłości do teraźniejszości? Pacjent odczuwa ten sam ból?

- Tak. Ten sam ból, gniew, frustrację, irracjonalne nadzieje. Ale to jest bardzo ważne. To nam pozwala poznać przeszłość i to, co ona uczyniła pacjentowi. Są środki farmakologiczne, które mogą osłabić lęki, o których mówiłem. A tym samym stępić i ból.

- Jaki jest ostateczny cel takiej terapii, doktorze? Czy, mówiąc w przenośni, chodzi o platformę wyjściową do dalszego leczenia?

- Chodzi przede wszystkim o to, by pacjent skoncentrował się na swojej przeszłości. Na tym, co złego mu się przydarzyło. Wywołujemy skojarzenia i na nich budujemy program. Poznajemy myśli, uczucia, marzenia, cierpienia... Stwarzając właściwą atmosferę, w której pacjent powie nam absolutnie wszystko, co mu przyjdzie do głowy. I będzie mówił bez obaw, że zostanie skrytykowany, potępiony czy nieprzychylnie osądzony.

- No i w czym to pomaga? - spytał Vail.

- Ten etap to sporządzenie mapy umysłu, jeśli wolno mi to tak określić. Jest to odkrywanie najskrytszych sekretów. Pacjenci przypominają sobie rzeczy z dawno pogrzebanej przeszłości. Przypominają sobie wydarzenia, które niegdyś wywołały w nich szok, przywołują najbardziej bolesne przeżycia. Przypominają je sobie niezwykle jasno, a wraz z tym przeżywają ponownie dawne lęki i inne uczucia, których wówczas doznawali. Mamy nadzieję, że tym razem nasi pacjenci nauczą się akceptować to, co przeżyli. Nie zawsze tak jest. Psychiatria to nie nauka ścisła, jak matematyka, gdzie dwa plus dwa zawsze równa się cztery. O nie, kiedy ma się do czynienia z mózgiem człowieka, dwa plus dwa często równa się osiem lub dwanaście.

- Albo jeden?

- Albo jeden, choć bywa i jedna druga. W przypadku Aarona przypomnienie sobie niektórych ohydnych uczynków Roya i zdobycie wiedzy, jak sobie radzić z tymi faktami, było rezultatem ponownego przeżycia ich wszystkich oraz moich wysiłków, by korzystał ze skojarzeń.

- Ale ostateczny rezultat? Czy terapia przyniosła jakiś rezultat?

Woodward zatrzymał się i opróżnił fajkę nad beczką do śmieci, po czym schował fajkę do kieszeni swetra.

- Chyba tak. Chciałbym, żeby pan kogoś poznał. Nazywa się Raymond Yulpes.

- Kim jest ten Raymond Yulpes?

- Jedyna osoba oprócz mnie, która zna wszystkie intymne szczegóły życia zarówno Aarona, jak i Roya.

Przeszli przez podwórze do skrzydła, które w skrócie określano literami SD -Ścisłego Dozoru. Okna nie miały tu krat, za to szyby z grubego kuloodpornego szkła. Dookoła widać było troskę o to, by stworzyć miłą atmosferę. Na oddział ścisłego dozoru trzeba było przejść do samego końca korytarza, który łączył starą część z oddziałem w nowym skrzydle. Obciągnięte stalową siatką ażurowe drzwi prowadziły do biura. Woodward wyjął z kieszeni pęk kluczy, wybrał odpowiedni i otworzył drzwi, zapraszając Yaila do wejścia. Dziwne: gdy Vail przekroczył próg ogarnęło go uczucie, że wokół czai się zło.

Jak gdyby ktoś czy coś wyssało powietrze z tego pomieszczenia.

Przeniknął go lodowaty dreszcz.

Chyba włosy stanęły mu na karku.

Na ramionach i plecach poczuł gęsią skórkę.

Dotknął dłonią czoła. Było pokryte lodowatymi kropelkami. Pot lał mu się po brzuchu. Z ponurym rozbawieniem pomyślał, że jest bałwanem ze śniegu, który topi się w upale.

l zadygotał.

Zupełnie nieświadomie zachłysnął się łapiąc powietrze, którego mu nagle zabrakło.

l wszystko minęło równie nagle, jak się pojawiło.

Przez chwilę jeszcze stał, przykuty do miejsca, jakby mu nogi nagle skamieniały.

Co to było? Chimera wyzwolona przez jego wyobraźnię?

Podświadomy lęk przed nie zbadanymi i nie przewidywalnymi umysłami w tej wspólnocie wykolejonych istot?

Jakiś omen?

Szybko jednak odzyskał jasność myślenia. Był ciekaw, czy Woodward wchodząc tu odczuwa to samo. Chyba nie. Woodward wydawał się niewzruszony. Tylko Vail doświadczył... tego, co tu mogło być. Byli w niewielkim pomieszczeniu. Warsztat? Pełno elektronicznego sprzętu. Skład? Telewizory, magnetowidy, oscyloskopy i komputery ustawione rzędami na stołach warsztatowych podwajały ciasnotę i tak już zatłoczonej przestrzeni.

Przy warsztacie pod jedynym oknem siedział mężczyzna pod trzydziestkę. Przy jego twarzy paliła się lampa na długim łukowatym wysięgniku. Światło padało na wnętrzności wypatroszonego komputera. Mężczyzna miał muskularną budowę pływaka, jasne włosy i wyblakłe oczy. Odziany był w spodnie khaki i granatową koszulę, noszoną przez strażników, której rękawy zawinął do łokci. Gdy Woodward i Vail weszli, podniósł głowę i uśmiechnął się szerokim chłopięcym uśmiechem, odsłaniając równy rząd białych zębów.

Mężczyzna odezwał się pierwszy: - Jestem Raymond Yulpes, panie Vail. - Wyciągnął dłoń. - Nie mam słów, aby wyrazić moje zadowolenie ze spotkania z panem.

Vail przyjął podawaną mu dłoń i spojrzał uważniej w twarz Yulpesa. I dopiero wtedy zdał sobie nagle sprawę, że potrząsa dłonią Aarona Stamplera.

24

Zaskoczenie było zupełne. Vail doznał szoku. Cofnął się o krok i potem obrócił do Woodwarda, który z uśmieszkiem satysfakcji stał oparty o blat warsztatu. Przez chwilę Vail myślał, że padł ofiarą chorego żartu albo że wszyscy poszaleli, a największym szaleńcem jest Woodward, i kiedy Vail będzie chciał stąd wyjść, to zatrzasną się drzwi i on zostanie tu na zawsze wśród tych wszystkich wariatów.

- Bardzo chciałem, abyście się obaj spotkali - powiedział Woodward całkiem normalnym głosem. - Raymond, idziemy do apartamentu gości. Za kilka minut przyjdzie tu po ciebie Terry.

- Świetnie. Muszę jeszcze wymienić parę procesorów w komputerze Landberga.

- Wspaniale.

- A więc do zobaczenia, panie Vail - powiedział Yulpes, obdarzając prokuratora zniewalającym uśmiechem.

Woodward i Vail wyszli z warsztatu.

- Co tu się, do cholery, dzieje? Co wyście z nim zrobili? - zapytał Vail, gdy Woodward zatrzaskiwał i ryglował drzwi.

- Od razu go pan rozpoznał, prawda?

- Przez dziesięć lat tak bardzo się nie zmienił. Może przybrał na wadze. I jest w doskonałej formie.

- Codziennie godzina intensywnych ćwiczeń. Część naszego programu rehabilitacyjnego.

- Jakiego programu rehabilitacyjnego? To chyba jakaś ponura kpina.

- Kpina? Zapewniam, że nie. Ale spokojnie, Martin, spokojnie. Wszystkiego się dowiesz w swoim czasie...

Oddział ścisłego dozoru był odseparowany od korytarza i pozostałych części kliniki parą stalowych przesuwanych drzwi. Młody chudy strażnik imieniem Harley uśmiechnął się, gdy Woodward i Vail zbliżali się. Nacisnął guzik pod blatem biurka. Stalowe drzwi rozsunęły się. Harley pominął wymóg wpisywania się do książki odwiedzających i gestem dłoni zaprosił do wejścia. Za drzwiami ciągnął się dalej korytarz. Przeszklony dach zapewniał dzienne światło. Po obu stronach znajdowały się zaryglowane drzwi do szpitalnych pokoi. W korytarzu nie było nikogo, ale zza jednych drzwi dochodziły jęki. Woodward poprowadził Yaila do pierwszych drzwi po prawej.

Weszli. W pokoju znajdowało się biurko z dwoma twardymi krzesłami i miękkim fotelem oraz stół ze stojącym na nim telewizorem. Parapet okienny umieszczony był ponad półtora metra od ziemi. Wszystko w tym pomieszczeniu - ściany, podłoga i meble - pomalowane było na biało.

Vail przypomniał sobie ten pokój. Może tylko inaczej ustawiono meble. Poza tym nic nie zmieniło się od dziesięciu lat.

- Czy on tu... Jakże się teraz nazywa...?

- Raymond Yulpes.

- Czy to jego pokój?

- Nie. To jest gościnny apartament, jak go w żartach nazywamy.

- A więc są tu odwiedzający?

- Tak. Pacjenci na oddziale ścisłego dozoru nie mają prawa przyjmować nikogo w swoich pokojach, więc urządziliśmy specjalnie dla nich to przytulne pomieszczenie. Nie wolno im także spotykać się z innymi pacjentami szpitala.

- A czy mogą kontaktować się między sobą?

- Nie. Wiem, że to brzmi nieco średniowiecznie, ale jest po temu istotny powód. Każdy z nich jest w innym stadium leczenia, na innym etapie odzyskiwania równowagi psychicznej. Wzajemne kontakty mogłyby mieć katastrofalne konsekwencje.

- Moim zdaniem podobne konsekwencje może przynieść całkowite odosobnienie. Totalna izolacja - zauważył Yail.

- Mają kontakty z ludźmi. Dokoła kręci się ich pełno. - Woodward wzruszył ramionami. - Personel szpitalny, psychiatryczny, strażnicy ochrony. To z pewnością nie jest odosobnienie. Poza tym godzinę albo dwie spędzają na dworze.

- Ale nie wolno im rozmawiać ze sobą?

- Nie wolno.

- A więc Aaron przez minione dziesięć lat nie miał żadnej łączności ze światem zewnętrznym?

- Ma pan na myśli Raymonda?

- Raymond, Aaron, jedno i to samo. - Woodward zaczął złościć Yaila.

- Nie jedno i to samo. Rozróżnienie jest bardzo istotne i konieczne. Mam nadzieję, że to, co ci powiem, Martin, napełni cię dumą.

- Mnie ma napełnić dumą?

- Ty dałeś po temu impuls. Część zasługi jest twoja. Gdyby nie ty, Raymond nigdy by nie zaistniał. Ciało, które mu dało gościnę, przestałoby istnieć. Wykonano by wyrok śmierci...

- Kim jest Yulpes? - spytał tknięty złym przeczuciem Yail.

- Raymond jest osobowością wypadkową.

- Czym, do licha?

- Osobowością wypadkową. Roy był osobowością wypadkową. Teraz jest nią Raymond.

- Aaron ma więc trzecią osobowość?

- Tak i nie. Z pewnością występuje pod trzecią postacią. Ale dwie poprzednie przestały istnieć. Nie jest to jedyny przypadek, nie unikatowy, ale kto wie, czy takim się nie okaże.

- Dlaczego takim miałby się okazać?

- Jeśli uda się nam ustabilizować Raymonda. Przez ustabilizowanie rozumiem zabezpieczenie przed możliwością dalszego rozdwojenia jaźni. Bo przeważnie tak się dzieje, że nowe rozdwojenia następują...

- Skąd pojawił się Raymond i kiedy?

- Raymond został stworzony w celu neutralizowania konfliktów między Royem i Aaronem. Po raz pierwszy pojawił się przed trzema laty.

- Kto go stworzył?

- Aaron pozostał dawcą osobowości.

- Kolejny mechanizm ucieczki od rzeczywistości?

- Nie chodzi o ucieczkę, ale alternatywę. Jeszcze jedna forma przeniesienia. Transformacji. Jak już to tłumaczyłem, przeniesienie, czyli transformacja jest świadomym lub podświadomym przekazaniem wzorca zachowania jednego osobnika drugiemu. Dotyczy to również jednostek dotkniętych rozdwojeniem jaźni. Jest to forma odrzucenia jednego wzorca i przerzucenia go na drugiego osobnika. Schizo-frenik przerzuca winę na drugą osobowość, w tym wypadku na zupełnie nową. I oto mamy Raymonda. Voila!

- Voila! - powtórzył Vail z wyraźnym niesmakiem. - A co by się stało, gdyby to swoje winy przerzucił na Raymonda Roy, a nie Aaron?

- To nie mogło się wydarzyć. Raymond by tego nie chciał. Nie przejąłby ciężaru. Odpychane wzorce mogą być przekazane tylko osobowościom, które w normalnych okolicznościach przyjęłyby podobną transformację.

- Innymi słowy, przejmujący czyjś wzorzec musi być zdolny od samego początku do podobnego zachowania?

- Otóż to. Raymond nie potrzebuje Roya. Nigdy nie potrzebował.

- I Aaron zaufał tobie? - spytał Vail.

- O tak. To był mój wielki sukces. Zrozumienie się, transferencja, nie było łatwe. Moja strategia polegała na apelowaniu do jego wewnętrznej potrzeby uzyskania aprobaty osoby, która nim kieruje. To właśnie przyciągnęło go do Rushmana, który później zawiódł pokładane w nim zaufanie. Aaron przelał swoją potrzebę aprobaty, którą odczuwał jako dziecko, z rodziców na biskupa. Moim głównym problemem był, oczywiście, Rushman, który zawiódł Aarona. Przez wiele lat nie potrafiłem zdobyć zaufania Aarona. Płynęła z tego jedna korzyść: pojawiał się Roy, więc mogłem oddziaływać na obu. Kiedy wreszcie pojawił się Raymond, transferencja, i to pełna, stała się faktem. Aaron i Roy po pewnym czasie rozmyli się, zniknęli.

- I dysponuje pan teraz doskonałym tworem, Raymondem.

Woodward wydawał się zdziwiony taką uwagą. Nerwowo gładząc brodę dłońmi powiedział: - Zbędny sarkazm, Martin. Raymond za chwilę tu przyjdzie. Porozmawiaj z nim, zanim zaczniesz osądzać.

- Chciałem tylko powiedzieć, że Raymond przejął od Aarona wszystko co najlepsze. Inteligencję Aarona, jego marzenia i pragnienia...

- Dokładnie tak. Aaron zawsze widział siebie jako niewinną ofiarę. Nie panował nad Royem. Nie mógł nawet z nim się porozumiewać. Ja byłem łącznikiem między nimi.

- Były nagrania. Wiesz o nich?

- Masz na myśli nagrania ministrantów?

- l o tym wiesz?

- Oczywiście.

- Zarówno oryginał, jak i kopia zostały zniszczone za zgodą prokuratury.

- Dlaczego zostały zniszczone?

- By chronić wizerunek Kościoła Katolickiego. Rushman nie żył, sprawa została wyjaśniona i osądzona, nie było sensu tego trzymać i ryzykować komplikacji...

- To bardzo... cywilizowane z waszej strony, ale nie jestem pewien, czy korzystne dla mojego pacjenta.

- Niby dlaczego nie? Zawsze mogłeś otrzymać te wszystkie informacje z jego własnych ust. Jestem przekonany, że Roy dokładnie opisał każdą scenę wraz ze szczegółami.

- Opisał - przyznał Woodward.

- Wróćmy jednak do Raymonda. Skąd się wzięło to imię i nazwisko?

- Tak mi się przedstawił, kiedy pojawił się po raz pierwszy. Spytałem go, kim jest, a on odparł, że Raymondem Yulpesem.

- Roy dominował nad Aaronem, a Raymond nad Royem?

Woodward skinął głową. - Aaron nigdy nie „widział", jeśli tak można powiedzieć, ani Roya, ani Raymonda. Jak już powiedziałem, byłem między nimi pośrednikiem. Natomiast kiedy pojawił się Raymond, mogłem wydobyć zarówno Roya, jak i Aarona. To było fascynujące patrzeć, jak się w siebie wcielali, tam i z powrotem. Przerywali sobie, kłócili się. Następowały nieprawdopodobne zderzenia różnych osobowości. A Raymond był przez cały czas normalny. Tak jak ty czy ja. Jego ego i id były na właściwych płaszczyznach i on sam przez cały czas panował nad sytuacją i tamtymi. Doprowadzał Roya do szału. Co tu dużo mówić: Roy był bezsilny, był impotentem w obecności Raymonda.

- A Aaron? Jak się zachowywał?

- Całkowicie się wyłączył i zostawił Raymondowi wolną rękę, by sam sobie radził z Royem.

- Bardzo wygodnie...

- Dla mnie jest to całkowicie zrozumiałe. Raymond na nic nie cierpi, nic go nie boli. Raymond nie przeżył nigdy agonii powtórnego doznawania. Aaron przecież cierpiał. I Raymond ostatecznie dowiedział się od Aarona, co ten ostatni przeżył, by pogodzić się z własnym bólem wynikającym z wiedzy i faktów. Raymond mógł odstąpić parę kroków i na zimno, obiektywnie i racjonalnie, obserwować zmagania Aarona i Roya. Raymond postrzegał Aarona i Roya jako jedną osobowość, a nie dwie w wyniku rozdwojenia. Horror, jakiego doświadczył Aaron, nie dotyczył Raymonda. Niczym go nie zaraził. Raymond zachował prawo do szczęścia. Był zdolny do konsumowania radości. Raymond był i jest tym wszystkim, czym pragnął być Aaron. Tak więc Raymond przejął ster i wreszcie unicestwił też Roya. A przy okazji pozbył się i Aarona. Pozbył się ich obu i chyba był z tego powodu bardzo zadowolony.

- Nie wątpię - odparł sucho Vail. - A więc nie potrafiłbyś już wywołać ani Aarona, ani Roya?

- Nie. Przez ostatnie osiemnaście miesięcy Raymond wykazuje psychologiczną stabilność. Żadnych fug. Żadnych pojawień się Aarona czy Roya. I w ostatnich miesiącach Raymond ich nawet nie wspominał. Najwyżej przelotnie parę razy. Jest bardziej zainteresowany teraźniejszością i przyszłością, niż tym, co było.

- Chcesz mi więc powiedzieć, że Raymond Yulpes jest zdrowym człowiekiem?

- Równie zdrowym jak ty czy ja. W tym konkretnym przypadku zagubionego, zmaltretowanego młodzieńca zastąpił uroczy, inteligentny, wykształcony mężczyzna. Naprawdę uroczy człowiek o współczynniku inteligencji geniusza i z nieprawdopodobną pamięcią. Jest racjonalny w postępowaniu, przystosowany do życia, ma olbrzymi wachlarz zainteresowań. Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Tak, Raymond

i ja jesteśmy przyjaciółmi. Gramy razem w szachy, dyskutujemy o filmach i książkach. Raymond masę czyta. Stale czyta. Wszystko, od podręczników, przez powieści, periodyki aż do książek tematycznych. Jego głód wiedzy jest wiecznie niezaspokojony. - Woodward skończył i uśmiechnął się.

Patrząc na pełną zadowolenia z siebie twarz Woodwarda Vail poczuł, że jego zażenowanie doktorem zmienia się w pogardę. Kiedy Woodward mówił o Raymon-dzie, kojarzył się Yailowi z jakimś współczesnym Frankensteinem, który z kości i skóry Aarona usiłuje stworzyć ludzką istotę własnego pomysłu.

- Czy ktoś go odwiedzał? Czy miał z kimkolwiek łączność, czy pisał bądź otrzymywał listy, prowadził rozmowy telefoniczne, czy miał jakikolwiek kontakt z zewnętrznym światem?

- W zasadzie nie. W minionych miesiącach mieliśmy wizyty lekarzy, którzy chcieli wiedzieć, co nam się udało z nim zrobić. Zawsze przy takich spotkaniach był obecny ktoś z naszego personelu. Były to czysto akademickie sesje. Pytania i odpowiedzi. Żadnych kontaktów towarzyskich.

- Żadnych telefonów?

- A kto by miał do niego dzwonić? Od dziesięciu lat nie otrzymał nawet jednego listu ani nawet karty pocztowej.

- Nie koresponduje z nikim?

- Prawdę powiedziawszy, to nie wiem, czy istnieje ktoś, z kim Raymond chciałby korespondować. Spójrzmy na to tak: Raymond wie dużo na temat własnej przeszłości, ale nie wie wszystkiego. Wie tyle, by zrozumieć, co wydarzyło się Aaronowi i dlaczego pojawił się Roy. Niektóre sprawy go nie interesują. W tym sensie można by porównać Raymonda do człowieka cierpiącego na amnezję. Dowiedział się tyle z przeszłości, ile było potrzeba, by czuł się dobrze w swej nowej osobowości. I nie potrzebuje więcej wiedzieć.

Woodward wstał i podszedł do drzwi. - Wyślę Maxa, żeby go przyprowadził. Przepraszam na minutę. - Wyszedł.

Vail wyjął z paczki papierosa i zaczął się nim bawić. W zasadzie wszystko, co mu powiedział Woodward, brzmiało logicznie. Medycznie było to do przyjęcia. Z pewnością psychiatria znała wiele podobnych przypadków. To ma sens, powtarzał sobie.

Oczywiście, że ma sens. Szaleniec z zaburzeniami umysłowymi żyje spokojnie w szpitalu psychiatrycznym, gdzie udaje mu się przekonać wszystkich lekarzy o swoim cudownym przekształceniu się w prawdziwe kochaniątko o nazwisku Raymond Yulpes, rzekomo całkowicie zdrowe na umyśle.

l kto tu prowadzi szpital? Lekarze czy pacjenci?

Vail nie wierzył ani jednemu słowu Woodwarda. Niestety, nie wolno mu było poruszać rzuconej przez Aarona uwagi po procesie. Zakazywała tego etyka zawodowa - poufność rozmów klienta z obrońcą.

Po kilku minutach pojawił się Max z Yulpesem, który nadal się uśmiechał, ale jowialność zastąpiło nieco podejrzliwe spojrzenie.

- Czy ktoś chciałby się czegoś napić? - spytał uprzejmie Max.

- Ja proszę o Colę - odparł Vulpes. Stanął naprzeciwko Vaila, po drugiej stronie stołu.

- Dla mnie Evian - zażyczył sobie Woodward.

- Proszę o Coca-Colę - powiedział Vail.

Usiedli. Vail i Yulpes naprzeciwko siebie, Woodward u szczytu stołu, jak dziennikarz podczas programu dyskusyjnego.

Vail właściwie nie wiedział, jak zacząć rozmowę. Złożyć gratulacje z powodu nowego wcielenia? Witaj wśród nas, Raymond? Cokolwiek by powiedział, zapachniałoby hipokryzją.

- Chciałeś spotkać się z Raymondem. Oto on - odezwał s"ię Woodward z dumą w głosie.

- Musisz mi wybaczyć, Raymond - zaczął Vail. - Jestem nieco oszołomiony cudami nauki.

Uśmiech zgasł na twarzy Woodwarda. Yulpes w ogóle nie zareagował. Na jego wargach pozostał cień uśmiechu. Wpatrywał się niesłychanie intensywnie w Yaila.

- Większość ludzi tak reaguje - stwierdził. - Doktor pisze książkę na mój temat. Może dostanie za nią nagrodę Pulitzera. Prawda, Sam, że to możliwe?

- Do tego jeszcze daleko. Zobaczymy. - Woodward grał skromnego.

- Wszystko to wydaje mi się bardzo dziwne - powiedział Yail. - Na przykład, dopiero co się pojawiłeś. Czy nigdy nie zastanawiałeś się, kim była twoja matka?

Bez chwili zastanowienia się Yulpes odparł: - Moja matka to Mnemosyne, bogini pamięci i matka dziewięciu muz. - Chrząknął rozbawiony.

Woodward roześmiał się. - Raymond ma wspaniałe poczucie humoru - powiedział, jakby Yulpesa nie było w pokoju.

- I tak po prostu pozbył się pan Roya? - zadał kolejne pytanie Yail.

- Powiedzmy, że Roy miał dość - odparł Yulpes. - Wycofał się z interesów.

- A czego dowiedział się pan od Aarona i Roya? - kontynuował Yail.

- Czego się dowiedziałem... Otóż Roy nie miał inteligencji Aarona, ale był o wiele sprytniejszy.

- Przez sprytniejszy rozumie pan umiejętność dawania sobie rady w świecie?

- Roy nie był naiwny.

- A Aaron tak?

- Wie pan o tym dobrze.

- Ja wiem?

- No, sposób, w jaki wpędził pan w pułapkę prokuratora, jak ona się nazywała...?

- Roy tak powiedział? Że wpędziłem ją w pułapkę? - Yail nie miał zamiaru odpowiadać na pytanie. Yulpes doskonale wiedział, jak się nazywała oskarżycielka publiczna.

- Ja tak mówię.

- Ooo?

- Czytałem stenogram z procesu. A Roy powiedział, że świetnie pan to rozegrał. Zaczął pan pytać o symbole, a potem niby to porzucił temat w popłochu. Nie dziw, że na sali sądowej uchodzi pan za błyskotliwego stratega.

- Czy Aaron albo Roy mówili kiedykolwiek o zamordowaniu starego kaznodziei...? Nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska. To było ponad dziesięć lat temu...

- Shacklesa?

- Tak, Shacklesa.

- Roy się tym niezmiernie chwalił. Nienawidzili starucha.

- Chyba więcej niż nienawidzili.

Yulpes był bliski uśmiechu. - Chyba ma pan rację. On był ich pierwszym...

- Tak właśnie słyszałem.

- Nie wiem, po co pan mnie o to pyta, panie Vail. Pan pewno wie o tym więcej niż ja.

- Wątpię.

Na sekundę ich spojrzenia się skrzyżowały. Nic. Nawet drgnięcia powieki. Te jego oczy, pomyślał Vail. Reszta twarzy może rozpływać się w uśmiechu, ale oczy nie śmieją się. Nigdy się nie zmieniają. Ich lodowaty błękit jest zawsze taki sam.

- A inni? O nich też mówił? Też się chwalił?

- Ma pan na myśli brata i dawną przyjaciółkę Aarona, Mary Lafferty?

- Jej nazwisko też zapomniałem - odparł Vail.

Yulpes spojrzał mu prosto w oczy. - Lafferty - powtórzył. - Mary Lafferty.

- Racja - powiedział Vail.

- Skoro jesteśmy przy temacie, Roy dużo opowiadał o Peterze Hollowayu i Billym Jordanie - powiedział Yulpes. - O ministrantach.

Vail wpatrywał się intensywnie w lodowate oczy Yulpesa, w których jedynym uczuciem była ziejąca nienawiść. Poczuł smak żółci w ustach, wspominając ów wieczór przed dziesięcioma laty, kiedy ujrzał zmasakrowane zwłoki dwóch młodych ludzi. Złowieszczy ciemny piętrowy budynek okolony poświatą księżycową. W zimnym świetle połyskiwała powierzchnia jeziora. Jasne snopy z latarek penetrowały pomieszczenie w piwnicy domu. Jej przestrzeń dzielił na dwie części stojący pośrodku piec. Przed nosem Yaila przebiegł szop, za nim poleciały szczury. Rażące światło latarek wykurzyło je zza kanapy, zza której wystawała ręka z rozcapierzonymi, przygiętymi palcami, jakby chciały chwytać powietrze. Palce były ciemnosine, niemal zczerniałe, a wyciągnięte pionowo w górę ramię zastygłe w śmiertelnym skurczu. No i goła zakrwawiona klatka piersiowa, twarz - a właściwie to, co z niej pozostało - napuchnięta tak, że nie można było rozpoznać rysów, puste oczodoły, policzki, usta i szczęka pogryzione, i rozszarpane przez nocne drapieżniki. Usta szeroko otwarte - ciemny tunel, odrażające przypomnienie tego, co niegdyś było organem ludzkim. Gardło podcięte i też rozszarpane przez szczurzą zgraję, która tu ucztowała. Na całym ciele ślady ciosów, cięć, nacięć i bezmiar zeskorupiałej krwi, czarnej jak smoła. Zmasakrowane przyrodzenie. A tuż obok drugie zeschłe ciało -mniejsza wersja pierwszego.

I to ja jestem odpowiedzialny za istnienie tego wampira, ludzkiego upiora, pomyślał Yail. Potrzebował kilku sekund, aby wziąć się w garść i kontynuować konfrontację.

- A więc dyskutowaliście o ministrantach - powiedział wreszcie.

- Oczywiście. Przecież to głównie o to chodziło, prawda?

- Chodziło o wiele różnych rzeczy. A o Alexie rozmawialiście? Mówili z tobą o Alexie?

- O Alexie?

-O Lincolnie. O Alexie Lincolnie.

- A o tym Lincolnie! - Ani śladu emocji, gdy wymawiał to nazwisko. - Ma pan na myśli jednego z ministrantów? Nie przypominam sobie, by Roy wiele o nim mówił.

Jeśli oczy są oknem duszy, to Raymond nie ma duszy, pomyślał Yail. Aaron mógł przekazać Raymondowi swój nadzwyczaj wysoki współczynnik inteligencji, fenomenalną pamięć, całą słodycz i natchnienie, ale nie przekazał mu duszy z tej prostej przyczyny, że jej nie miał.

- A Linda? Czy i o niej rozmawialiście?

Vulpes przez chwilę patrzył przez okno. - Linda. Gellerman. Nazywała się Linda Gellerman. Aaron miał dla niej ciepły kącik w sercu, chociaż go porzuciła.

- Aaron powiedział, że go porzuciła?

- Może niezupełnie tak, ale coś w tym rodzaju.

- Czy Roy powtórzył ci ostatnie słowa wypowiedziane do mnie?

Vulpes patrzył na Vaila, jakby nie wiedział, o co chodzi. Potem powoli pokręcił głową. - Nie. Chyba nie powiedział. Co to były za słowa?

- Nic istotnego. Ot, taka sobie błaha sprawa. Rodzaj żartu.

- Niech pan powie. Lubię dobre żarty.

- Może innym razem.

Vulpes zacisnął szczęki i usiadł bardziej wyprostowany. - To jednak musiało być coś bardzo dobrego, skoro pamięta pan po dziesięciu latach.

- Pan wie, jak to bywa. Pewne rzeczy zapamiętuje się nie wiadomo dlaczego. Woodward wyczuł rodzącą się wrogość między rozmówcami. Postanowił ingerować: - Raymond, opowiedz Martinowi o pierwszej wyprawie do miasta.

Z kolei Vail zacisnął szczęki. Patrzył prosto w oczy Yulpesa. Ten wytrzymał spojrzenie.

- Był pan w mieście? - spytał obojętnym tonem.

- Tylko trzy razy - wtrącił Woodward. - Pod ścisłym nadzorem.

- Kiedy to było?

- W ciągu minionych dwóch tygodni - odparł Yulpes. Miał nieprzenikniony wzrok bez wyrazu. Zupełnie jak u węża. - Pan sobie nie wyobraża, co to za cudowne uczucie móc wejść do lodziarni i wybierać spośród dwudziestu ośmiu smaków, a do tego gorący sos karmelowy i te chrupiące kawałeczki czekolady...

Coś nie pasowało w tym wyznaniu. Ale co? Po chwili Yail zdał sobie sprawę, że w głosie Yulpesa nie było radości. Nie było podniecenia ani nawet lekkiego ożywienia. Yulpes nie posiadał uczuć. Wypowiadał mechanicznie słowa, usiłując stworzyć zagadkową całość. Jego absolutny spokój przywoływał na myśl postać przerażającego lunatyka w „Gabinecie doktora Caligari". Pełna kontrola.

- Sypka czekolada - podsunął Yail.

- Sypka czekolada - powtórzył Yulpes.

- I to pana tak zachwyciło pierwszego dnia wolności po dziesięciu latach? Lody posypane czekoladą?

- Metaforycznie. Była to pierwsza okazja, kiedy mogłem wybierać. Bo tu mam tylko lody waniliowe albo czekoladowe.

- Okazja do kolejnej metafory: białe albo czarne - powiedział Vail. - Podobnie jak większość wyborów dokonywanych w życiu, kiedy odrzucimy ozdobniki...

Wzrok mieli wbity w siebie. Siedzieli twarzą w twarz, pochłonięci grą o niedrgnię-cie powieki. Wybór białe lub czarne. Tylko ten jeden wybór! Myśli Vaila pobiegły do ostatniego dnia procesu Aarona Stamplera. Wówczas też istniał podobny (wybór. Vail i jego pomocnicy spędzali tygodnie na poszukiwaniu dowodów, że Aaron Stampler to dwie osobowości w jednym ciele. Aaron, słodkie chłopię z Crikside, w Kentucky, który doznał bez liku krzywd, oraz jego diabelskie alter ego, Roy, z niezaspokojonym apetytem na zemstę i mordowanie. Vail wygrał Stamplerowi życie, ocalając go przed prawie pewnym krzesłem elektrycznym albo zastrzykiem niosącym wieczny sen. Jane Yenable, zdając sobie sprawę, że przegrywa, poszła na ugodę: Aaron Stampler pojedzie do Daisyland i będzie tam przebywał tak długo, aż zostanie uznany za wyleczonego, a jego zbrodniczy bliźniak, Roy, unicestwiony.

Vail był dumny ze swego zwycięstwa. A Stampler wychodząc z sali sądowej obrócił się do niego z chytrą miną i spytał: ,A jeśli nigdy nie było Aarona?" l śmiał się głośno, gdy go zabierano.

On chce, żebym wiedział. Chce, żebym wiedział, ale bym nic w związku tym nie mógł zrobić. Tak jak owego dnia po zapadnięciu wyroku. Nie wystarczało mu wyreżyserowanie horroru. Chciał, aby mnie to gnębiło, i doskonale wiedział, że nic z tymi słowami nie mogę zrobić, nikomu ich nie mogę powtórzyć.

To był ich ponury sekret przez całe dziesięć lat. Okrutna pępowina, która nawet teraz ich łączyła.

Stampler miał nienasycone ego. Vail zrozumiał to dopiero teraz. Wszystko było temu podporządkowane. Aaron ustami Yulpesa rzucił wyzwanie.

Powstrzymaj mnie, jeśli potrafisz. Złap mnie, jeśli możesz.

Vail nie odwrócił oczu. -1 co jeszcze pan robił oprócz delektowania się lodami z gorącym karmelem?

- Poszedłem do sklepu z płytami i kupiłem parę kompaktów. Następnie udaliśmy się do „Data City", gdzie przejrzałem najnowsze CD-ROMy. Poszliśmy też do magazynu Belksa, gdzie kupiłem parę dżinsów. Mój własny wybór! Kolor, który chciałem. Styl, jaki lubię. Tego pierwszego dnia dwie godziny wolności. Tyle że przez cały czas dreptał za mną Max. I podobnie następnego dnia, i następnego. Przedwczoraj poszliśmy do kina. Wspaniała rzecz, kino! Ten olbrzymi ekran. Wspaniały dźwięk. Cyfrowy. Co za różnica w porównaniu z tym malutkim jedenastocalowym ekrani-kiem mojego telewizora. Wspaniałe doświadczenie!

- Z pewnością. - Vail świadomie nie zapytał, jaki to film oglądał. Wiedział, że Yulpes tylko czyhał na to pytanie. Teraz Vail po prostu kontynuował rozmowę. Już się dowiedział tego, czego chciał i po co przyjechał. Im szybciej opuści Daisyland, tym lepiej.

- A skąd miałeś pieniądze? - Vail był przekonany, że tym pytaniem dotknie Yulpesa. Urazi jego dumę i troszkę upokorzy.

- Zarobiłem - odparł spokojnie Yulpes.

- Zarobiłeś? - zdziwił się Yail.

- Raymond jest świetnym elektronikiem. Doskonale reperuje sprzęt - wyjaśnił Woodward. - Magnetowidy, telewizory, komputery...

- Telefony też? - spytał Yail podnosząc brwi. .

Na wargach Yulpesa pojawił się cień uśmieszku. - Kompania telefoniczna konserwuje własny sprzęt.

- Raymond zarabia siedemdziesiąt pięć centów za godzinę reperując szpitalny sprzęt - tłumaczył Woodward. - Pozwoliliśmy mu przyjmować do reperacji sprzęt od ludzi z miasta. Przynoszą sprzęt do naszej rejestracji...

- Mam w banku ponad dziewięć tysięcy dolarów - przerwał swemu lekarzowi Yulpes. Mówił słodkim głosem. - Samuel mi je wpłaca. Mam dużo roboty.

- Raymond jest najlepszym specjalistą w okolicy. Ma właściwie pełne zatrudnienie. - Woodward był bardzo dumny ze swego pacjenta.

- Wkrótce będę pracował dużo więcej - odezwał się Yulpes.

Słowa i ton zmroziły Yaila. Twarz Yulpesa pozostała niezmieniona, tylko w oczach pojawił milisekundowy błysk.

- Nie rozumiem - powiedział Yail.

- To jest właściwie największa nowina dnia - obwieścił Woodward. - Za trzy dni Raymond rozpoczyna urlop.

- Urlop? - zdumiał się Yail.

- Sześciotygodniowy. Ma pracę w warsztacie elektronicznym przy Western...

- Przyjeżdża do Chicago? - przerwał Yail.

- Mamy tam niewielką filię. Taki dom przejściowy - wyjaśnił Woodward. - Pełny nadzór, gaszenie świateł o dziesiątej wieczorem, terapia grupowa. Uważamy, że Raymond do tego dojrzał. Prawda, Raymond?

- Jestem pewien, że poradzę sobie ze sobą - odparł Yulpes.

Yail poczuł przedziwny ucisk w klatce piersiowej. Z dużym wysiłkiem zaczął modulować oddech, aby nic nie dać po sobie poznać. Czuł, że zlodowaciały mu dłonie i był pewien, że zbladł. Wypił łyk Coca-Coli.

- Też jestem pewien, że sobie poradzisz - powiedział wreszcie.

- Jeśli to się uda, to znaczy, jeśli Raymond przebrnie przez te kilka, tygodni, to zostanie zwolniony na dobre. Tak postanowiła nasza rada lekarska.

- Wypada mi tylko pogratulować - powiedział Yail.

- Może któregoś dnia zjemy wspólnie lunch? - zaproponował Yulpes. - Przecież nie kto inny, ale pan jest odpowiedzialny za mój... chciałem powiedzieć, za moje istnienie.

- Wspaniały pomysł - pochwalił Woodward, nim Yail zdołał otworzyć usta. - No i co pan teraz o tym wszystkim sądzi, panie... co sądzisz, Martinie? Czy to, czego się tu dowiedziałeś i co zobaczyłeś, wzmocniło twoją wiarę w odkupienie i zmartwychwstanie?

- Zmartwychwstanie? - zapytał zaskoczony Yail.

- Można powiedzieć, że obecny tu z nami Raymond powstał z popiołów - oświadczył Woodward z tak wynaturzoną chełpliwością, że Yaila przeszył zimny dreszcz. Tym razem przyczyną był nie pacjent, ale egocentryczny lekarz, tak zaślepiony własną błyskotliwością, że przestał dostrzegać prawdziwy charakter Yulpesa. No cóż, przed dziesięcioma laty Yail także był niezmiernie zadowolony z siebie, ponieważ ocalił Aarona Stamplera od nieuchronnej śmierci.

W końcówce rozmowy Vail uczestniczył marginalnie. Przestała być ważna. Liczył czas do chwili, kiedy mógł dyplomatycznie się pożegnać.

- Tak, to chyba na dziś wystarczy - zgodził się Woodward. - Na każdego z nas czeka robota.

- O tak! - przyznał Vail, zdobywając się na słaby uśmiech.

Woodward podszedł do drzwi i zawołał Maxa. Vail wstał, obszedł stół i zatrzymał się za plecami Yulpesa. Pochylił się i wyszeptał mu do ucha: - Raymond? Yulpes nie obrócił głowy. Patrząc prosto przed siebie odparł: - Słucham?

- A jeśli nigdy nie było żadnego Aarona?

Raymond w dalszym ciągu patrzył na ścianę. Uśmiechnął się, ale Vail tego nie widział.

Minęło jeszcze kilkadziesiąt sekund, nim obrócił głowę. Wstał. Jego twarz znalazła się tuż przy twarzy Yaila. Uśmiechał się, ale na ułamek sekundy wzrok mu skamieniał. W oczach zabłysła nienawiść, a potem białka zabarwiła krew.

Vail poczuł dokładnie to samo, co przedtem wchodząc do pomieszczenia, w którym przy warsztacie pracował Yulpes. Zimny lęk pojawił się i zaraz umknął, pozostawiając ślad w postaci przenikliwego, sięgającego serca chłodu.

Jane Yenable miała rację. Teraz i on tego doznał. Przez chwilę jakby zaglądał do czyjegoś mózgu. Czyjego? Aarona? Roya? Raymonda? I nagle Yail zdał sobie sprawę, że Raymond wcale nie jest inny. Ani lepszy, ani siejący mniejszą nienawiść, ani mniej zdolny do popełnienia tego wszystkiego, czemu winien jest młodzieniec, którego przed dziesięcioma laty Yail ocalił przed śmiercią. Jedyna różnica polegała na tym, że Raymond był starszy, bardziej niebezpieczny i miał wyjść na wolność.

- Aaron będzie zawsze bliski memu sercu - odparł łagodnie i cicho Yulpes klepiąc się w pierś. - Podobnie jak Martin... Wszystko, to kim jestem, zawdzięczam wam obu. - Tym słowom, ubranym w jedwabisty ton, towarzyszył jak najszczerszy uśmiech. - Dziękuję!

Yulpes stał w oknie i patrzył, jak szli przez plac. Yail zdecydowanymi krokami zmierzał ku wyjściu. Yulpes był niemal pewien, co Yail mówi. Z pewnością gorąco protestuje.

Yulpes się mylił. Yail dobrze wiedział, że nie ma sensu dyskutować z Woodwar-dem. Postanowienie zapadło i Yail był bezsilny. Nie potrafiłby wpłynąć na zmianę stanowiska doktora.

- Ale prasa będzie miała temat! - powiedział do Woodwarda.

- Prasa nie będzie o tym wiedziała. Zezwolenie podpisał miejscowy sędzia, który sympatyzuje z tym, co staramy się osiągnąć. Zwolniony będzie Raymond Yulpes. Prasa zna Aarona Stamplera. Prasa nawet nie wie o istnieniu Raymonda Yulpesa.

Przez chwilę Yail zastanawiał się, czy nie poinformować Woodwarda o losie Lindy Balfour i Alexa Lincolna, ale ostatecznie postanowił milczeć. Niedługo oba morderstwa staną się przedmiotem zainteresowania publicznego. Ale Raymond miał doskonałe alibi. Prasa zakwalifikuje obie zbrodnie jako dzieło naśladowcy.

Tak, Yulpes pomyślał o wszystkim. Nie zapomniał o najmniejszym szczególe.

- Mam nadzieję, że zachowa pan całkowitą dyskrecję co do dzisiejszego spotkania - powiedział Woodward.

- Dyskrecję? Całkowitą?

- Z punktu widzenia prawa nadal jest pan jego obrońcą.

Yail pokręcił głową. - Nie. To byłby konflikt interesów. Jestem teraz prokuratorem. Prokurator z zasady rezygnuje z praw obrońcy.

- Niech pan da chłopakowi szansę.

- To już nie jest żaden chłopak, Woodward. Zapamiętaj to.

Podali sobie ręce i Yail poszedł do samochodu, obok którego czekał Tony, przytrzymując otwarte drzwiczki.

Tony odwiózł Yaila z powrotem na boisko. Gdy Yail wysiadał, pilot helikoptera włączył silnik. Yail zgięty wpół pobiegł do kabiny, wsiadł i zapiął pas.

- Jezu! - odezwał się pilot. - Wygląda pan tak, jakby zobaczył pan ducha.

- Właśnie go widziałem.

25

Jesteś, Hydro?

Jestem, Lisie.

Zrobiłaś doskonałą robotę. Poszło ci lepiej,

niż mogłem na to liczyć.

Dziękuję, Lisie.

Zapoznałaś się z planem?

Tak. Plan jest piękny.

Jesteś gotowa?

0 tak, tak.

1 masz wiadomość? Mam.

Wspaniale. Jesteś podniecona?

Jak zawsze.

A więc znowu nadszedł czas.

Dziękuję. Nie lubię długiego czekania.

Jak się dziś czujesz?

Jestem wyjątkowo chętna do wykonania zadania.

Doskonale. Musisz być ostrożniejsza niż zwykle.

Czy on wie?

Tak. Ale nie przejmuj się tym. Tego przecież oczekiwaliśmy.

Będę bardzo ostrożna.

Dobrze. Już wkrótce, Hydro.

O tak, tak, tak!

A więc do zobaczenia...

26

Shana Pawer weszła do biura, gdy ostatnie smugi dziennego światła przenikały przez szyby, rzucając purpurowe cętki w mrok sali. Pustka. Tylko Vail siedział w swoim gabinecie. Opuścił się nisko w fotelu, nogi wyciągnął przed siebie. Splótł palce obu dłoni i złożył na piersi. Jedyne oświetlenie piętra stanowiła lampa na jego biurku. Jej czarna czasza opuszczona była w dół i ciemny blat pochłaniał jaskrawość.

Vail wpatrzony był w przestrzeń.

Shana Parver podeszła ostrożnie i palcami postukała w futrynę. Vail podniósł głowę. Jego oczy zabłysły w mroku.

- Oo, Shana! - skinął głową.

- Jest pan zajęty?

Przez parę sekund zastanawiał się, zanim odparł:

- Ciężko pracuję nad tym, żeby się odprężyć. Wyrabiam zupełnie mordercze nadgodziny nie ruszając palcem.

- Mogę poczekać - odparła, chcąc odejść.

- Za późno - stwierdził. - Wejdź i siadaj. Co cię trapi?

- Chodzi o Edith Stoddard... - Shana nieco zdziwiona patrzyła na straszliwy bałagan na biurku Yaila. Zauważyła też stojący przed nim minimagnetofon, nie większy od karty kredytowej o grubości najwyżej półtora centymetra. Z magnetofonu prowadził przewód do wiecznego pióra.

- Więc co ze Stoddard? - spytał Vail.

- Nie jestem pewna... Sprawa jeszcze niespójna. Ja nie wiem... Nie wydaje mi się... - Zamilkła, poszukując właściwego określenia.

- Nie wszystko wydaje ci się logiczne, tak?

- Tak. Przecież ty zawsze chcesz mieć sprawę zapiętą na ostatni guzik. Absolutnie doskonałą.

- Nigdy nie oczekuję od śmiertelników absolutnej doskonałości - odparł z kwaśnym uśmiechem. - Absolutną doskonałością jest doskonały wschód słońca w bezchmurny dzień. Lub dziecko urodzone zdrowe, bez skaz. Z takimi doskonałościami śmiertelnicy nie mają nic wspólnego.

- Niektórzy... - zaczęła i porzuciła zamiar dokończenia.

- Niektórzy co? - nalegał.

- Nie, nic. Nie powinnam była zaczynać...

- Niektórzy co, panno Parver? - zadał pytanie niemal groźnie.

Wzięła głęboki oddech, wydęła policzki, a potem szybko z siebie wyrzuciła:

- Niektórzy mówią, że idziesz ze sprawą do sądu tylko wtedy, kiedy masz w ręku pewniaka.

Przez chwilę zastanawiał się nad słowami Shany, a potem pokiwał głową. -Owszem, można i tak to ocenić.

- A jak ty to widzisz?

Wyjął z paczki papierosa i obracał go w palcach. Wreszcie powiedział:

- Spodziewam się, że przedstawiona przez mój urząd sprawa nie ma w sobie dziur, niczym ser szwajcarski. Nie chcę dowiedzieć się w połowie procesu, że oskarżony przeze mnie człowiek jest niewinny. Chcę wiedzieć, że oskarżam winnego. Jeśli są co do tego wątpliwości, daję spokój. Jeśli to oznacza posiadanie w ręku pewniaka, to się z tym zgadzam. Z drugiej strony, jeśli wiemy, jeśli jesteśmy absolutnie pewni, wiemy to na sto dwadzieścia procent, że nasz człowiek jest winny, jak na przykład Darby, to robię wszystko, aby poszedł do piekła, nawet jeśli w trakcie umieszczania gościa w piekielnym kotle sam mogę się sparzyć.

- Czy kiedykolwiek możemy być na sto dwadzieścia procent pewni?

- Oczywiście, że możemy.

- Sprawa może wyglądać na prostą i pewną, a potem się okazuje... Wątpię, czy kiedykolwiek możemy być absolutnie pewni.

- Jesteśmy absolutnie pewni co do Darby'ego.

- Ale mimo to idziesz na ugodę.

- Bo nie mamy sprawy zapiętej na ostatni guzik. Nawet mając naszą panią świadka z wyrobionym słuchem, możemy podejrzewać, że Rainey ze swoimi sztuczkami wyciągnie swego klienta z szamba, w które się wpakował, i zrobi to szybciej niż zmieni się pogoda. Powiedziałem ci, Shana, że lepiej zamknąć tego sukinsyna i potrzymać pod kluczem przez dwadzieścia lat, niż pozwolić mu wrócić do baru z Poppy Palmer. I to wrócić z kieszeniami wypchanymi dwustu pięćdziesięcioma tysiącami dolarów.

- Może właśnie dlatego niektórzy tak mówią...

- Jacy „niektórzy"? Z kim o tym rozmawiałaś?

Wzruszyła ramionami. - Już nie pamiętam. Przysięgam, że nie pamiętam. Jakiś młody adwokat-mądrala w barze „U Guida".

- Czy to cię aż tak zastanowiło?

- Byłam po prostu wściekła.

- No właśnie. Przejęłaś się. - Roześmiał się. Po dłuższej chwili zawtórowała mu Shana. - Nie powinnaś się tym przejmować. Kogo obchodzi, co ci sądowi pyskacze mówią.

Przestali się śmiać i zapadło milczenie. Shana patrzyła na Yaila i po raz pierwszy uświadomiła sobie, że nigdy jeszcze nie widziała go wyprowadzonego z równowagi. Gdy był wściekły, miał twarz pokerzysty i wydawał się spokojniejszy niż kiedykolwiek. Tylko oczy go zdradzały. Oczy myślące, spojrzenie czujne i jakby dzikie. Pod innymi względami jego zachowanie było zawsze typowo irlandzkie. Mawiał albo „nie męczcie maluczkich", albo „zamiast się wściekać, załatw go".

W tej chwili właśnie spojrzenie miał wściekłe i dzikie.

- Powiedz, o co chodzi? Widzę, że masz problem. - Shana Parver sama się zdziwiła, że zdobyła się na odwagę, by podobne pytanie zadać. Zaniepokoiło ją, że przekroczyła granicę między sprawami urzędowymi a osobistymi. Vail patrzył nie na nią, ale na coś po drugiej stronie gabinetu. Włożył do ust papierosa, ale go nie zapalił.

- Stampler - odparł wreszcie.

- Stampler?

- Dziś go widziałem.

- dlaczego to ma być problem?

- Bo Starnpler łże. Bo jest amoralny, jest w pełni tego świadomy i pławi się w tym. I to jest problem, ponieważ on jest psychopatycznym mordercą i ma być wkrótce zwolniony tu, na nasze podwórko, i już z góry wie, kogo zabije, jak i kiedy, i wie, że ja wiem, iż on zamierza to zrobić, i że nic nie mogę zrobić, by go powstrzymać.

Gdy Vail to mówił, Shana coraz wyżej podnosiła brwi, a gdy skończył, wypowiedziała jedno słowo: - Rany!

- Nikt jeszcze o tym nie wie - dodał Vail. - Zatrzymaj to przy sobie, póki sprawa nie trafi do opinii publicznej.

- I do tego był pomocny magnetofon? - spytała, wskazując na pudełeczko na biurku. - Czy to legalne?

Patrzył przez chwilę na magnetofon. - Tylko do osobistego użytku.

- I co dalej z tym zrobisz? - spytała.

- Gdybym znał na to odpowiedź, to nie siedziałbym tu prawie po ciemku. Byłbym u Jane, pałaszując przez nią przyrządzone spagetti i ciesząc się na ciąg dalszy wspaniałego wieczoru.

- Może ja mogłabym w czymś pomóc? - zaofiarowała się Shana.

- Droga Shana, energia cię rozsadza i w sądzie walczysz jak diablica, ale ta spra-| wa nie należy do kategorii, w której czułabyś się dobrze. Trzymaj się z daleka od

takich spraw. To nie ma nic wspólnego z oglądaniem policyjnych fotografii ofiary albo przepytywaniem w sądzie przypadkowego mordercy. Tu mamy diabelską grę w chowanego. Gdybyś w tym uczestniczyła, szybko straciłabyś resztki swej niewinności i wiary w człowieka.

Zapadła cisza. W pewnej chwili Shana zaczęła wiercić się na krześle, odchrząknęła i zamierzała wstać. W tym momencie Vail usiad-ł prosto w fotelu.

- Doskonale! - powiedział. - Dzięki za cierpliwe wysłuchanie mojego problemu. Teraz jadę do Jane Yenable i postaram się na kilka godzin o tym wszystkim zapomnieć. Jeśli idzie o Edith Stoddard, to masz rację. Jane już powiedziała, że coś tu nie pasuje. Postaraj się ustalić, co nie pasuje, l powiedz mi.

- Dziękuję za radę - odparła raczej bez entuzjazmu.

- To jest twoja sprawa, Shana. Czy dostrzegasz jakiś konkret, o którym chciałabyś porozmawiać?

- Nie. Chciałam o tym ogólnie pogadać.

- Ale może jest coś, co chciałabyś poruszyć?

Uśmiechnęła się, potrząsając głową. - Nie. I ty również nie masz ochoty o tej sprawie mówić.

Vail wstał, rozprostowując ramiona. - Masz rację. Chodź, weźmiemy wspólnie taksówkę. Ja stawiam.

- Zapłacę moją część - odparła stanowczo.

- Skoro jesteś taka harda, to możesz zapłacić za całość - skwitował Vail.

Harvey St. Claire spoglądał przez okno farmy na odchodzący dzień. Na skraju sosnowego lasku, w odległości jakichś ośmiuset metrów, błąkały się w mroku światła latarek. Już od sześciu godzin trwały poszukiwania Poppy Palmer.

- Nie znajdą jej, Abel.

- Wiem.

- To po co tracimy tu czas?

- Mogę się mylić.

Stenner od dwóch godzin siedział za biurkiem Darby'ego, skrupulatnie przeglądając rachunki, korespondencję, notesy - wszystko, co mogło zawierać jakąś informację.

St. Claire przyciągnął drewniane krzesło i usiadł na nim okrakiem twarzą do oparcia. - Żadnych rezerwacji lotniczych, ani śladu zamawiania taksówki, jej samochód stoi na ulicy przed mieszkaniem...

- Mógł ją zawieźć swoim wozem na lotnisko 0'Hare - powiedział Stenner.

- Nie ma rezerwacji lotniczej - powtórzył St. Claire. - I nie ma siostry w Texar-kana.

- Mogła polecieć gdzie indziej.

- Nie ma żadnej rezerwacji lotniczej - upierał się St. Claire.

- Mogła zapłacić gotówką i podać fałszywe nazwisko.

- We wszystkich kasach biletowych pokazywaliśmy jej fotografię. Nikt jej nie rozpoznał.

- Mogła mieć perukę.

- Bardzo dziwny z ciebie facet, Abel.

- Od dziesięciu lat pracuję dla Martina Yaila. Po pewnym czasie człowiek zaczyna w ten właśnie sposób myśleć. Tak myśli on. Martin nie znosi niespodzianek i zaskoczenia.

- No, to gdzie ona jest, skoro nie ma jej tu i nigdzie nie wyjechała? Stenner nie odpowiedział.

- Czasami żałuję, że narzucono mi obowiązek odczytywania podejrzanym ich praw - mruknął St. Claire. - Czasami mam cholerną ochotę zastosowania paru praktycznych metod teksaskiej sprawiedliwości.

- Na czym polega teksaska sprawiedliwość? - Stenner niemal natychmiast pożałował, że zadał to pytanie. Przez cały czas przeglądał leżące na stole pliki korespondencji. Pocztę z ostatnich dni, w jeszcze nie otwartych kopertach, układał w jednym rogu.

- Kiedy byłem szeryfem federalnym... to było dawno temu, osiemnaście, dwadzieścia lat... - zaczął St. Claire - ...wysłano mnie na granicę meksykańską, żebym wykurzył przemytnika ludzi, niejakiego Chulo Garcieza. Właśnie go schwytano na gorącym uczynku przerzucania nielegalnych imigrantów i sprzedawania ich farmerom po tej stronie granicy. Dwóch moich dobrych przyjaciół eskortowało Garcieza do San Antonio. Nie wiedzieli, psiakrew, że przyjaciółka aresztowanego przemyciła mu sprężynę od zegarka. Sprężyna była ukryta w batonie. Mars albo Baby Ruth, wszystko jedno.

Stenner podniósł na chwilę zbolały wzrok, ale zaraz powrócił do przeglądania korespondencji.

St. Claire kontynuował: - No więc Chulo ukrył tę sprężynę w tyle paska do spodni, wiedząc, że będzie skuty kajdankami z rękami do tyłu. Posadzili go na tylnym się-

dzeniu, no i on pomajstrował sprężynką, otworzył kajdanki, sięgnął do siedzenia z przodu i błyskawicznie wyciągnął Fredowi Corello jego czterdziestkępiątkę, wpakował mu dwie kule w głowę, a pozostałe cztery w Charleya Hincle'a, który prowadził wóz. Następnie przeskoczył przez oparcie, otworzył drzwiczki wozu i wypchnął ciało Charleya, zjechał na pobocze i wypchnął z kolei Freddy'ego, potem zawrócił i elegancko policyjnym wozem pojechał z powrotem w kierunku granicy. Wóz znaleźli o piętnaście kilometrów od Orlej Przełęczy, na samej granicy. Pojechałem do stacji granicznej na Orlej Przełęczy i tam właśnie poznałem Harleya Bohanana, który miał dobrze powyżej metra dziewięćdziesięciu wzrostu, a ważył sto dwadzieścia kilo. W porównaniu z nim John Wayne to karzełek. Ale Harley, tak jak Wayne, nosił nisko na udzie staroświecką czterdziestkęczwórkę. Stenner coś mruknął.

- Opowiedziałem staremu Harleyowi historię z moim Chulo - ciągnął St. Claire. - A on mi na to, że go zna, że to jeden z najgorszych meksykańskich sukinsynów i że kto wie, czy mi nie będzie mógł pomóc. To znaczy dopaść Chulo. Umieścił mnie w motelu, takim wiesz w stylu meksykańskim, bielutkim budynku z gliny. W tym cholernym motelu za miasteczkiem karaluchy były wielkości portowych szczurów. No i żadnej klimatyzacji, tylko wielki wentylator u sufitu, który tak wirował powietrzem, że włosy człowiekowi stawały dęba. - St. Claire zamilkł, czekając na reakcję Stennera. Nastąpiła w formie kolejnego mruknięcia.

Uspokojony St. Claire ciągnął dalej: - Po dwóch dniach Harley o czwartej rano wali do moich drzwi. Zabiera mnie do Ouemado, gdzie na samej granicy w niewielkim kanionie leży parunastu biedaków, którzy już nie będą pracować na niczyjej farmie. Wszyscy pozabijani strzałami w tył głowy, obrani ze wszystkiego, mają nawet powybijane złote zęby. Harley zaczyna węszyć dokoła i po pewnym czasie woła do mnie: Jednemu udało się umknąć!". I rzeczywiście łapiemy ślady i ze dwie godziny za nim idziemy, aż wreszcie trafiamy na nielegalną kryjówkę w skale na pustyni. Leży tam bidak i umiera z pragnienia.

Stenner wydał kolejne mruknięcie.

- No i gość opowiada nam, że wpakował ich w to meksykański federalny kapitan... Jak on się nazywał? Aha, Martino czy Martinez, coś takiego, i facet imieniem Chulo, który miał ich przejąć na granicy i zabrać po naszej stronie do pracy. Tylko że zamiast to zrobić, Chulo i ten capitano zaczęli ich zabijać. Jeszcze tego ranka przejechaliśmy dżipem na drugą stronę Rio Grandę, nie głębszą w tym miejscu niż kilka centymetrów. No i zastaliśmy tego ich meksykańskiego kapitana, jak chlał w barze. Po ichniejszemu to się nazywa cantina. Poczekaliśmy, aż facet wyszedł. Harley pochwycił go tak, jak się chwyta szczeniaka. Za kark. I wepchnął do dżipa. Pojechaliśmy z powrotem do rzeki, gdzie Harley wrzucił Meksykańca do wody i ściągnął mu spodnie. Wyciągnął z kabury czterdziestkęczwórkę, a miała ona spiłowaną muszkę na końcu lufy. Potem poszedł do skrzynki na tyle dżipa, wyjął z niej brudną puszkę z olejem silnikowym i oblał olejem lufę rewolweru. Wrócił do Meksykańca, dźwignął go na kolana, głowę przydusił do ziemi i wpakował mu lufę głęboko w tyłek, l zapytał: „Gdzie jest Chulo? Jeśli się nie dowiem, kiedy policzę do trzech, to rozwalę ci łepetynę przez tyłek".

Stenner potwierdził mruknięciem odbiór kolejnego odcinka opowieści.

- Już po godzinie czatowaliśmy przed barem po naszej stronie. Furgonetka Chulo stała przed budynkiem, a on był w środku, pił piwo i zabawiał się z jakąś panienką. Harley wyciągnął długi chyba na metr nóż i wyciął nim dziurę w tylnej oponie furgonetki. Ja wszedłem do baru, zamówiłem piwo i powiadam Meksykańcowi, że ma flaka w furgonetce. Chulo wstał i wyszedł na zewnątrz, a ja podreptałem za nim. Drań pochylił się nad tylnym kołem, żeby sprawdzić, co się stało, i wtedy z wyciągniętą czterdziestkączwórką wyszedł zza wozu Harley i powiada: „Garciez, jesteś aresztowany za unikanie poboru do wojska...". Chulo poderwał się i popełnił błąd sięgając pod pachę. Gruchnęło i w sukinsynie zrobiła się dziura, przez którą można było wjechać karetą. I wiesz, co wtedy Harley powiedział? Powiedział, że dziennie więzień kosztuje dwadzieścia dolarów, a Chulo oberwałby co najmniej dwadzieścia latek. I że on, Harley, oszczędził właśnie podatnikom sto tysięcy dolarów. No i to jest właśnie teksaska sprawiedliwość, o którą pytałeś...

- Cholernie długo gadałeś, żeby mi wyjaśnić znaczenie dwóch słów - zauważył Stenner.

- Pomyślałem, że będziesz chciał znać szczegóły - odparł St. Claire. - Nie uważasz, że tracimy czas? - Podszedł do okna, otworzył je i na trawnik trysnął tytoniowym sokiem.

- Powiedz mi: gdybyś był Darbym i chciał na parę tygodni zniknąć, to gdzie byś pojechał? - spytał Stenner.

- Cholera wie. Może na Hawaje. Albo na którąś z karaibskich wysp.

- Darby nie może sobie na to pozwolić. Towarzystwo ubezpieczeniowe wstrzymało wypłatę, rachunek bankowy ma prawie pusty. Z pewnością przekroczył limity na kartach kredytowych. I wczoraj tu jeszcze był. Wczorajsza poczta jest otwarta.

Stenner podał St. Claire'owi dwa rachunki telefoniczne. - Może wyjechał na polowanie? Do Red Marsh Lodge nad rzeką Pecatonica. Sto dwadzieścia kilometrów stąd. Dzwonił tam dwukrotnie w zeszłym miesiącu i raz przed dwoma dniami. Ostatnia pozycja na rachunku, który przyszedł wczoraj.

Wykręcił numer.

- Red Marsh - odpowiedział kulturalny męski głos.

- Dzień dobry. Jesteśmy przyjaciółmi Jima Darby'ego. Pana Jamesa Darby'ego. Mieliśmy razem z nim udać się na to polowanie, ale przeszkodziła nam robota. Udało nam się jednak uwinąć z nią szybko. Czy on tam jeszcze jest?

- Szykuje swoją łódź. Zajmie mi trochę czasu, żeby ściągnąć go do telefonu...

- Nie. Nie potrzebujemy z nim mówić. Pomyśleliśmy, że zrobimy mu niespodziankę. Ma pan jakiś wolny pokój? Podwójny.

- Mam. Domek ósmy, tuż obok pana Darby'ego.

- On jest w siódemce?

- W dziewiątce.

- Doskonale. Niech mu pan nic nie mówi o naszym telefonie. Chcemy mu sprawić niespodziankę przy śniadaniu.

- Ho, ho, to musicie przyjechać bardzo wcześnie. Pan Darby wypływa o czwartej trzydzieści rano, żeby o świcie być na czatach. Prawie wszyscy myśliwi tak robią...

- Ma pan łodzie do wynajęcia?

- Oczywiście.

- Niech pan jedną dla nas zatrzyma. Na nazwisko Stenner. A. Stenner.

- A. Stenner. Zapisałem.

- Tak jest. A. Stenner. - Odłożył słuchawkę i spojrzał na St. Claire'a. Niemal się uśmiechał. - Mamy go - powiedział.

Nieco później tego samego wieczoru Vail - leżąc w łóżku z Jane Yenable wtuloną w jego ramię - rozmyślał nad ich związkiem. Jak szybko szalone uniesienia miłosne przekształciły się w spokojne współżycie. Pasja pojawiła się nagle, była szalona i niemal mącąca umysł. Trwała nadal, ale oprócz tego zaczęli oboje odczuwać przyjemność i zadowolenie z przebywania razem. Może dlatego, że oboje byli już po czterdziestce i ich miłość -jeśli to była miłość, bo żadne jeszcze nie wypowiedziało tego słowa - przypominała coś, co się czuje, kiedy odzyskuje się jakiś niewielki skarb, który się utraciło wraz z nadzieją, że kiedykolwiek uda się go odzyskać. Vail zaczynał się cieszyć, kiedy kończył się dzień i mógł opuścić biuro, pojechać do Jane i przebywać w jej towarzystwie. Teraz leżał na plecach, na ustach błąkał mu się uśmiech. Ale wkrótce zaczęły napływać mniej przyjemne myśli i odebrały mu Jane Venable, każąc powrócić do Aarona Stamplera, czyli Raymonda Yulpesa, a może jeszcze innej diabolicznej osobowości tego samego człowieka.

Tym razem ci się nie uda, ty sukinsynu. Udało ci się ze mną raz. Gorzko za to zapłaciłem. Teraz twoja kolej: ty zapłacisz, pomyślał.

27

Gdy zbliżali się do bagiennego terenu, strzegącego brzegów rzeki, pojawiła się gęsta, nieprzejrzysta mgła. Stenner musiał zwolnić do trzydziestu kilometrów na godzinę. Pochylił się do samej szyby i wytrzeszczał oczy, by dostrzec ślady białej linii biegnącej środkiem lokalnej drogi. W lepkiej bieli zgubił skręt prowadzący do myśliwskiego motelu i musiał zawrócić. Wolniutko jechał czarnym asfaltem, przerzucając nieustannie światła z długich na średnie, by cokolwiek dostrzec w osiadłej na ziemi mgle. Wreszcie ujrzał szyld - niewielki drewniany prostokąt na skrzyżowaniu z gruntową wąską drogą prowadzącą w gęstwinę drzew. Byli spóźnieni. Czwarta trzydzieści minęła.

RED MARSH LODGE - obwieszczały czarne litery na białym ubłoconym tle. Czerwona strzałka poniżej napisu wskazywała kierunek w głąb lasu. Nawet przy krótkich światłach reflektory zamieniały mgłę w oślepiające lustro. W ślimaczym tempie przejechali trzy kilometry krętą wyboistą drogą, aż niemal przed oczami wyskoczył im nagle budynek w wiejskim stylu.

Za kwadrans piąta.

Na ganek domku z grubych bali wyszedł potężnie zbudowany mężczyzna o czerstwej cerze i gęstych rudych wąsach opadających mu prawie do brody. Walt Sun-derson. Miał na sobie kombinezon, pod nim grubą flanelową koszulę, a na tym wszystkim rozpiętą watowaną kurtkę.

- Pan Stenner? - zawołał, a słowa te zabrzmiały głucho w skondensowanej bieli.

- Tak, to ja - odparł detektyw, wysiadając z samochodu.

- Spóźnił się pan. Darby właśnie odpłynął - poinformował Sunderson. - Odpłynął jakieś dziesięć, może piętnaście minut temu. Pańska łódź jest gotowa. Zostawiłem w niej mapę rozlewisk i czat. Możecie zaraz popłynąć. Bagaże można rozpakować później, auta nie trzeba zamykać.

- Widzę, że to bardzo cywilizowane miejsce - zauważył St. Claire pakując do ust kulę zbitego tytoniu.

- Przygotowałem też panom termos gorącej kawy. Mam nadzieję, że odpowiada wam czarna - powiedział Sunderson.

St. Claire i Stenner jednocześnie skinęli głowami, chociaż Stenner wolałby mieć kawę nieco osłodzoną. Jednakże czas naglił, trzeba było natychmiast ruszać. Szybko wyjęli z bagażnika dubeltówki w czarnych futerałach. St. Claire miał na sobie myśliwską kurtkę, podbitą futrem, z rzędami kieszonek wypełnionych nabojami do dubeltówki. Śrut dwunastka. Stenner schował zapasowe pudełko amunicji do kieszeni wojskowej kurtki. Sunderson przyniósł połtoralitrowy termos i poprowadził ich wąską kładką do łodzi.

- Uważajcie, w tej mgle nic nie widać - ostrzegł.

- Tu jest zawsze taka mgła? - spytał St. Claire.

- Nie w ciągu dnia.

Łódź okazała się trzymetrowym skiffem z trzydziestokonnym motorem przymocowanym z tyłu na stałe. Skiff kołysał się lekko w prawie nieruchomej wodzie, ledwo widoczny w mgielnych ciemnościach, i to mimo dość silnego reflektorka na dziobie.

Sunderson sprawdził dno, coś do siebie pomruczał i poszedł do stojącej na brzegu szopy. Wkrótce wrócił ze zwojem grubej liny przerzuconej przez ramię.

- Byłbym gotów przysiąc, że wieczorem włożyłem do waszej łodzi kotwicę z łańcuchem - powiedział. - A tu jej nie ma. Dam wam linę. Tam jest pełno drzew i pni. Bez trudu coś znajdziecie, żeby przywiązać łódź.

- Damy sobie radę - odparł Stenner, gramoląc się do łodzi za St. Claire'em, który zasiadł przy sterze. Wyruszyli w bezwietrzny przytłaczający mrok. Ich twarze i kurtki ociekały skroploną mgłą, jeszcze zanim oddalili się o pięćdziesiąt metrów.

- Niesamowicie tu - zauważył St. Claire, patrząc w kierunku reflektorka.

- Śmierć to, czuć opary w gardle, a mgłę na twarzy - powiedział cicho Stenner.

- Abel! Nie wiedziałem, że jesteś poetą! - zachichotał St. Claire.

- Nie jestem. Był nim Robert Browning.

Przestali się odzywać. Łódź sunęła wolno wąską odnogą rzeki, motorek z tyłu mruczał. Stenner trzymał w dłoni niewielką mapę, usiłując zorientować się w położeniu. Po dwudziestu minutach, w chwilowej przerwie między kłębami mgły, ujrzał zarysy innej łodzi. Była przywiązana do zwalonego drzewa.

- Jest ich dwóch - wyszeptał St. Claire, gdy się zbliżyli.

Obaj myśliwi mieli ubrania kamuflażowe. Kamizelki ratunkowe rzucili w pobliże rufy. Żaden z nich nie przypominał Darb/ego. Gdy St. Claire był już o kilkanaście metrów, leżące w wodzie gałęzie zaczęły ocierać się o burty łodzi. Jeden z dwóch myśliwych, wysoki i wyglądający na hulakę mężczyzna, pociągał z kilkulitrowego dzbanka, podtrzymywanego łokciem. Zbliżywszy się znacznie St. Claire widział, jak bursztynowy płyn spływa do gardła pijącego. Koło drugiego mężczyzny siedział wielki czarny labrador i spoglądał przyjaznymi oczami, ale się zjeżył, gdy St. Claire i Stenner wychynęli z mgły.

- Dzień dobry! - powitał ich wesoło mężczyzna siedzący obok psa. Wydawał się niski i był chyba grubiutki. Kiedy się uśmiechał, miał buzię cherubinka.

- Dzień dobry - odpowiedział Stenner, gdy St. Claire dał wsteczne obroty, aby podpłynąć do przywiązanej łodzi.

- Łykniecie sobie? - spytał cherubinek wyciągając rękę z drugim dzbankiem. -Domowej produkcji świetny cydr. Dobrze rozgrzewa.

- Ja dziękuję - powiedział Stenner.

St. Claire chwycił dzbanek, zgrabnie osadził na zgiętym łokciu, po czym zdrowo pociągnął. Wstrząsnął go, oddając pojemnik.

- Święta racja. Rozgrzewa do kości. Dzięki.

- Widzieliście panowie jeszcze kogoś dziś rano? - spytał Stenner. - Jeszcze jakichś myśliwych?

- Jeśli ma pan na myśli jima Darby'ego, to przed pół godziną popłynął na szóstkę.

- Co to jest szóstka?

- Wszystkie ambony, właściwie czaty, bo te na ziemi są numerowane. Ma pan to na mapie. Walt je wyrysował. Szóstka jest jakieś osiemset metrów w dół, tuż przed miejscem, gdzie ta odnoga wpada do rzeki. My jesteśmy na czwórce, a tam - wskazał palcem dość odległe miejsce - jest piątka.

- Więc szóstka jest jak daleko? - zapytał Stenner.

- Powiedziałem. Jakieś osiemset metrów w dół.

- Jakieś dziesięć minut, żeby tam dopłynąć?

- Nawet w tej mgle wystarczy pięć.

- Dziękujemy.

- Jesteście przyjaciółmi? - spytał wysoki myśliwy.

- O tak - odparł St. Claire. - Pomyśleliśmy, że zrobimy mu niespodziankę. Dzięki za pomoc.

- Głupstwo. Pomyślnych łowów.

- Pomyślnych łowów!

St. Claire przekręcił manetkę, zwiększając obroty śruby, i wyprowadził łódź na otwartą wodę. Popłynęli w kierunku szóstego stanowiska. Po pięciu minutach zobaczyli cyfrę sześć na niewielkiej tablicy przybitej do przekrzywionego słupka. St. Claire skręcił w szuwary i wyłączył silnik. Na pozycji sześć nie było nikogo.

- Słyszysz? - spytał w pewnej chwili St. Claire.

Stenner skoncentrował uwagę. Dochodził go słaby warkot silnika łodzi. Zaszczekał pies, potem rozległ się plusk. Warkot silnika wyraźnie się zbliżał.

- Nasze kochaniątko nadpływa - obwieścił St. Claire.

Nierówny warkot motoru był już bardzo blisko. Niemal niespodziewanie tuż przed nimi wynurzył się z mgły skiff. Darby znajdował się na rufie. Był czymś zajęty i nie zauważył ich do momentu, kiedy zaczął szczekać pies, czarno-biały spaniel.

- Jezu! - wykrzyknął zaskoczony i wyłączył motor. Na kolanach trzymał otwartą dubeltówkę dwunastkę i do luf ładował naboje. St. Claire wyciągnął z kabury pod pachą swego Glocka kalibru 9 mm. Dłoń z bronią położył znacząco na udzie. Gdy obie łodzie jeszcze bardziej zbliżyły się do siebie, Darby, który usiłował wzrokiem przeniknąć mgłę, rozpoznał nagle Stennera. Wyprostował się i zaklął pod nosem, gdy łodzie były o paręnaście centymetrów od siebie, a Stenner sięgnął ręką do burty łodzi Darby'ego i przyciągnął ją.

- Dzień dobry, panie Darby - powiedział. Włożył rękę do kieszeni i wyjął nakaz aresztowania. Tymczasem St. Claire podniósł pistolet, wycelowując go prosto w twarz Darby'ego.

- Będzie pan łaskaw odłożyć dubeltówkę na dno łodzi - powiedział urzędowym tonem.

- Mamy nakaz aresztowania, panie Darby - oświadczył Stenner i wyciągnął dokument.

Darby był wyraźnie wstrząśnięty. Nawet we mgle i jeszcze w mroku widzieli, że jego ogorzała twarz zrobiła się kredowo biała.

- Tutaj nakaz nie ma mocy prawnej - warknął opryskliwie. Pies uczynił to samo, ale groźnie. - Zamknij się, Rags! - ryknął na niego.

Pies zaskomlał i ucichł.

- Kiedy wrócimy do obozu, będzie na nas czekał szeryf. Chyba nie zamierza pan pogorszyć swojej sytuacji i powiększyć ilości własnych problemów próbując ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości?

- Nigdzie nie uciekam. Czy ja wyglądam na człowieka, który ucieka? Nie mam powodu nigdzie uciekać.

- Oskarżony pan jest o zamordowanie własnej żony. Ma pan prawo zachować milczenie...

- Znam, znam - syknął, odkładając broń. - Już to wszystko słyszałem.

- Proszę wstać, obrócić się, założyć do tyłu ręce - polecił Stenner. - Muszę założyć panu kajdanki.

- Nie mam zamiaru uciekać - powiedział Darby.

- Takie są przepisy.

- Niech pan tego nie robi. - Tym razem nie było w jego słowach arogancji, lecz prośba.

- Powiedziałem, że taka jest procedura.

- Ale nie na plecach, dobrze? Gdzie mógłbym uciec?

- Niech pan przestanie wciskać nam kit - odezwał się St. Claire.

- Bardzo was proszę, nie skuwajcie mi rąk na plecach. - Mówił teraz błagalnym tonem. - Nie umiem pływać...

St. Claire spojrzał na Stennera, Stenner na Darby'ego, który wydawał się naprawdę przerażony. Pies podniósł się i podszedł cicho warcząc.

- Powiedziałem ci, siedź cicho! - Darby po raz wtóry ryknął na zwierzę i kopnął go w głowę. Pies zaskowyczał, podtulił ogon i zwinął się w kłębek na dnie łodzi.

- Dobrze, kajdanki z przodu, Harvey - zgodził się Stenner. St. Claire schował broń do kabury i zbliżył się do Darby'ego.

Darby powiedział krótko „dziękuję" i wyciągnął obie ręce. Mając już założone kajdanki, usiadł na dnie łodzi. Tylko głowa wystawała częściowo ponad burtę. Uderzony przed chwilą pies podczołgał się i polizał twarz swego pana.

- Psy wszystko wybaczają - powiedział z niesmakiem St. Claire. Spojrzał bacznie na Darby'ego. - Co pan tam robił w trzęsawisku?

- Załatwiałem się - odparł ponurym głosem zapytany.

- Porządna musiała być kupa. Słyszałem plusk, jakby „Titanic" szedł na dno. -Skierował dziobowy reflektor na szuwary. Mgła już się podnosiła. Wyraźnie było widać ślad pozostawiony w szuwarach przez łódź Darby'ego. - Spójrz, Abel! - mruknął z uśmiechem. - Facet zostawił nam ślad. Warto nim pójść...

Przywiązał łódź Darby'ego do rufy ich skiffu i wolno ruszył przez szuwary. Mgłę czerwieniło wschodzące słońce, rzucając długie cienie na bagienny teren. Obojętnie prześlizgnął się obok nich wąż szukając śniadania. Łeb miał podniesiony, czujnie badał teren. Gdzieś w mgielnej otchłani krzykiem dał o sobie znać ptak. Usłyszeli trzepot skrzydeł przebijających się przez mglistą poświatę poranku. Ślad się kończył na sporym kręgu położonych traw. Na obrzeżu kręgu wystawały pionowo z wody uschnięte gałęzie drzewa.

- Myślę, że to tu - powiedział St. Claire do Stennera. - Może ja tu zostanę, a ty zawieź go do motelu, a potem wróć z szeryfem i paroma linkami do bagrowania.

- Rozsądny pomysł - odpowiedział Stenner i przyciągnął skiff do łodzi Dar-by'ego. - Hej, Darby, przechodzę. Miej psa pod kontrolą. Trzymaj go.

- On tylko hałasuje - poinformował Darby. - Ale o co wam znowu chodzi?

- O Poppy Palmer - odparł Stenner, a twarz Darby'ego zrobiła się barwy mokrego betonu.

- O czymże pan znowu gada? - zajęczał. - Ona pojechała do swojej siostry w Texarkana.

- Ona nie ma siostry w Texarkana.

- To już nie moja wina.

- Nie jestem tego taki pewny. - St. Claire głośno się roześmiał.

- Wracam, jak tylko można najszybciej. Dasz sobie radę, Harvey? - spytał Stenner. St. Claire spojrzał z wyrzutem i odkręcił korek termosu z kawą, po czym spokojnie zaczął pić Stenner odpłynął w różowiejący poranek.

Słońce i wiatr przepędziły do reszty mgłę. Poranek był piękny, choć chłodny. St. Claire ujrzał dziesięciometrowej długości motorówkę płynącą wzdłuż brzegu. Włożył dwa palce do ust i zagwizdał. Zaczął też wymachiwać ręką. Motorówka zbliżyła się i wpłynęła między szuwary, zatrzymując się obok skiffu. Na pokładzie motorówki stał Stenner obok szeryfa, tęgiego olbrzyma w ciemnej granatowej kurtce i w kapeluszu z dużym rondem. Na rondzie kapelusza miał wpiętą blaszaną oznakę.

- Witam panów. Jakże to miło, że zechcieliście wpaść - powiedział St. Claire. Szeryf wychylił się za burtę i uścisnął dłoń St. Claire'a. Silniki motorówki zgasły.

- Jim Broadstroke - przedstawił się szeryf głosem, który sprawiał wrażenie, że wychodzi ze studni. - Przepraszam, że trwało to tak długo, ale musieliśmy ściągnąć nurków. Mam nadzieję, że wie pan, o czym pan mówi.

- To raczej przeczucie i któryś tam zmysł - odparł St. Claire. - Ośmielam się jednak zauważyć, że mam za sobą trzydzieści lat przeczuć i niewiele z nich się nie sprawdziło. Umiem też posługiwać się zmysłami.

Jeden z dwóch nurków, odziany w czarny gumowy kombinezon, z maską tlenową na twarzy, wszedł do wody.

- Chyba nie będą nam potrzebne linki bagrujące - oświadczył. - Dno muliste, ale uda się zobaczyć to, co trzeba. Niech mi ktoś poda lampę.

Wziął wodoszczelną latarnię, poprawił maskę i zniknął pod wodą. Po minucie dołączył do niego drugi nurek.

Wszyscy czekali w milczeniu. Słychać było tylko wiatr kołyszący szuwarami.

Minęło pół godziny. Szeryf nerwowo żuł niedopałek cygara. St. Claire od czasu do czasu spluwał sokiem tytoniowym na pomarszczoną powierzchnię wody. Stenner milczał. Wszyscy patrzyli w miejsca, gdzie zniknęli nurkowie. Wreszcie zakotłowała się bagienna woda i na powierzchni ukazała się najpierw część, a potem cała kobieca głowa. Ciemne włosy częściowo przesłaniały sinoszarą twarz, pozwalając jednak dostrzec otwarte usta wypełnione mułem. Szyję oplatał czarny łańcuch. Ze szklistych oczu skapywała woda. Przez chwilę wyglądało jakby kobieta płakała. Poppy Palmer wykonała swój ostatni striptiz.

- O Jezu! - jęknął St. Claire.

- Masz zupełną rację - odezwał się Stenner. - Ja też miałem nadzieję, że się mylimy.

28

Vail siedział w swoim gabinecie. Drzwi były zamknięte, co sygnalizowało współpracownikom, że nie chce, by mu przeszkadzano. Naomi nazywała to „zanurzaniem się". W pewnym sensie Vail przebywał jakby pod wodą, w innym świecie, w którym nic nie rozprasza. Jednocześnie w tym innym świecie trzeba było zawsze rozpoczynać od uporządkowania chaotycznie zapamiętanych faktów. Vail zaczynał od dzielenia ich na kategorie i układania w porządku chronologicznym po to, by w efekcie otrzymać obraz mający dla niego sens. Niby jakaś wielka prawna łamigłówka obraz stawał się powoli coraz jaśniejszy, chociaż wielu elementów jeszcze brakowało. Tym razem myślał o jednej sprawie, o osobie z paroma osobowościami. O Aaronie Stam-plerze i Raymondzie Vulpesie. I był pewien, że Raymond w istocie niczym nie różnił się od alter ego Aarona, Roya.

Vail jeszcze nie omawiał ze swoimi ludźmi problemu Stampler-Vulpes i postanowił, że tego nie zrobi, póki sam nie przeanalizuje dobrze całej rozmowy z Vul-pesem i Woodwardem, a także nie opracuje podstawowych zasad strategii, jaką należy przyjąć w nowej sytuacji. Na uszach miał słuchawki i słuchał nagrania rozmowy z psychiatrą i jego „tworem". Czuł, że gdzieś tam na taśmie jest fragment ujawniający, że Vulpes się odkrył, i to zupełnie świadomie, by ponaigrywać się z przesłuchującego go prokuratora. Gdzieś na tej taśmie jest sygnał, który Vail miał rozpoznać. Nic obciążającego - po prostu informacja dla Vaila, że Vulpes jest nadal Aaronem Stamplerem i że udało mu się skutecznie wszystkich oszukać. Jednej rzeczy Vail był pewien: pycha Stamplera okaże się w końcu jego zgubą.

Siedział już tak kilka godzin za zamkniętymi drzwiami, kiedy zadzwonił Stenner. Powiedział, że przyjdzie niedługo z St. Claire'em i poda wszystkie szczegóły, ale teraz chce zawiadomić, że Darby jest aresztowany i że znaleziono dało Poppy Palmer. Vail musiał zaprzestać dalszych rozmyślań o Stamplerze i Vulpesie. Trzeba było zająć się sprawą Darby'ego. Po dwudziestu minutach Stenner i St. Claire wpadli do biura niby huragan. • Boże drogi, widzę uśmiech na twarzy Stennera. Nieprawdopodobne, pomyślał Vail.

Gestem ręki przywołał do gabinetu Shanę Parver i rozparł się w fotelu.

- No to zaczynajcie - zwrócił się do swoich współpracowników.

- Darby całkowicie się załamał - zaczął St. Claire. - Z zamordowaniem żony trafiliśmy w dziesiątkę, Shana. Starsza pani ma świetny słuch. Wszystko odbyło się tak, jak przypuszczaliśmy. Rainey nie znalazł Darby'ego i Darby w ogóle nie wiedział, że go szukamy. Był pewien, że nic mu nie grozi, oczywiście, wyjąwszy Poppy Palmer.

Stenner przejął opowieść: - Darby myślał, że szczęście nadal będzie mu sprzyjać. Postanowił na wszelki wypadek załatwić Poppy. Pojechał do niej, żeby to niby odwieźć ją na lotnisko. Tymczasem zawiózł ją do swojej stodoły i udusił. Potem sukinsyn wpakował ciało do bagażnika i przez sporą część dnia woził w samochodzie - kontynuował St. Claire. - Noc spędził w motelu przed Rockford, a dziś rano owinął ciało łańcuchem kotwicznym i wrzucił do bagna na skraju rzeki Pecatonica.

- Moje gratulacje - pochwalił Vail. - Odwaliliście dobrą robotę.

- Mieliśmy sporo szczęścia. Znajdowaliśmy się tak blisko, że usłyszeliśmy plusk, kiedy ją wrzucał do wody. - Obrócił się w kierunku Shany. - Teraz jest twój. -Podniósł dwa palce. - I to dwa razy.

St. Claire dorzucił: - Rainey czekał już w okręgowym areszcie, kiedy przyprowadziliśmy Darby'ego. Rainey chce rozmawiać.

Vail roześmiał się. - Oczywiście, że chce rozmawiać. Do diabła z Raineyem. Teraz za późno na rozmowy. Shana, teraz będzie po twojemu. Darby należy do ciebie. Z pewnością zażądasz maksymalnego wymiaru kary?

Shana Parver uśmiechnęła się, ale był to uśmiech lodowaty. - Oczywiście... -żaczek

- Masz inną koncepcję?

- Nie! - odpowiedziała stanowczo.

- Aresztowanie zgodnie z prawem? - Vail zapytał Stennera. - Żadnych uchybień?

- Wręczyliśmy mu nakaz aresztowania, odczytaliśmy prawa i poprosiliśmy szeryfa okręgu Stephenson, aby odnalazł ciało.

Parver siedziała cicho w kącie gabinetu i przygryzała wargę.

- O co chodzi, Shana? - spytał Vail.

- Tak myślę sobie, że gdybyśmy go zatrzymali bezpośrednio po ostatnim przesłuchaniu, to Poppy Palmer żyłaby...

- Bezpośrednio po przesłuchaniu nie mieliśmy jeszcze nic, co pozwoliłoby nam go zatrzymać - odparł Vail, wyraźnie niezadowolony z tego, co powiedziała. - A kiedy uzyskaliśmy nakaz aresztowania, Poppy Palmer już nie żyła.

Shana nie odpowiedziała na komentarz Vaila.

- Shanai

- Słucham.

- Gdyby nam nie kłamała, żyłaby wciąż.

- Wiem.

- Nie ma co gdybać. I powiedz Raineyowi, że krew dziewczyny jest na jego rękach, a nie naszych. Gdyby się postarał i dostarczył nam swego klienta wtedy, kiedy obiecał, Poppy Palmer nie straciłaby życia.

- Powiem mu to! - obiecała Shana.

- Doskonale. I żadnej ugody. Chciałaś zabrać Darby'ego na najdłuższy jak można spacer. No to teraz masz okazję. Zaprowadź go na krzesło elektryczne.

St. Claire poszedł do odległego o dwie przecznice archiwum. Zachodziło słońce i zrobiło się chłodno. Tego dnia widział zarówno wschód, jak i zachód słońca. Chociaż ledwo powłóczył nogami, w żyłach miał jeszcze zbyt dużo adrenaliny, aby powiedzieć dość. Postanowił spróbować odszukać zaginione nagrania z procesu Stamplera. Przedsięwzięcie było heroiczne, znalezienie bowiem czegokolwiek w górach skrzyń, pudeł i niezliczonych teczek centralnej składnicy akt sądowych graniczyło z cudem. Ale nigdy nic nie wiadomo. Może jest to jego szczęśliwy dzień i powiedzie się dwa razy?

Posuwał się wolno mrocznym labiryntem korytarzy między piętrowymi półkami, zawalonymi niemal po sam dach pudłami i teczkami. Magazyn oświetlały bardzo

wysoko zawieszone żarówki z zielonymi osłonami. Z jednego z bocznych korytarzy płynęły wyśpiewywane przez Franka Sinatrę słowa piosenki „Poleć ze mną". Słowom towarzyszyło płynące z tego samego kierunku odbicie silniejszego światła. Gdy St. Claire doszedł do rogu i spojrzał w boczny korytarz, zobaczył sierżanta policji w bujanym fotelu przy stojącej, niemal antycznej lampie. Policjant był zasłuchany w dźwięki wydobywające się z tranzystorowego radia. Położył stopy na szarym metalowym biurku i lekko się kołysał.

- Cześć! - zawołał St. Claire.

Policjant skoczył jak oparzony. - Cholera! Chce mnie pan na śmierć przestraszyć?

- Bardzo przepraszam - powiedział St. Claire, podchodząc między półkami pełnymi tekturowych pudeł. - Nazywam się Harve St. Claire. Jestem z biura prokuratora okręgowego.

Policjant opuścił nogi na ziemię i ściszył radio. Leżący na biurku, złożony w pół biały kartonik obwieszczał ręcznym pismem: C. FELSCHER. ARCHIWISTA.

Stary sierżant wyciągnął rękę. - Sierżant Claude Felscher do pańskich usług.

Był niechlujny, zażywny, z pokaźną nadwagą. Mundur miał nie doprasowany, spodnie opadały poniżej brzuszyska piwosza. Przekrzywiony krawat odsłaniał brak górnego guzika niebieskiej policyjnej koszuli. Zmierzwione kępki siwych włosów opadały mu na uszy. Sprawiał wrażenie człowieka pokrytego kurzem lat i zapomnianego przez świat, jak eksponat zagubiony w muzealnym zakamarku. Z tą żałosną sylwetką kłóciła się błyszcząca policyjna oznaka. Wypolerowana łyskała w świetle starej lampy.

St. Claire wpakował do ust kolejną pokaźną porcję tytoniu do żucia i zaproponował tę samą przyjemność sierżantowi, ale ten odmówił kręcąc głową.

- Od jak dawna jesteś tu szefem, Claude? - spytał St. Claire.

- Od zawsze. Od kiedy Kain zabił Abla.

- To musi być najsamotniejsze stanowisko w mieście.

- Bo ja wiem. Niech się pan rozejrzy. Mam tu do towarzystwa wszystkie te akta sławnych procesów. Pamięta pan Specka? Richarda Specka.

- Oczywiście.

- Stenogramy są tuż obok. Alejka 19. Gacy jest w szóstce. A Farley? Farley zamordował dwanaście kobiet, pamięta pan? Marynował je i trzymał w słojach w piwnicy. Jest w piątce. Są tu nawet akta sprawy Dillingera. Z okresu, kiedy go aresztowano za napad na bank w pobliżu Gary. Przestępcy w owych czasach mieli klasę. Nie to, co ta hołota dziś. Pojawi się taki nagle, zacznie strzelać. Napadnie na sklepy, łatwizna. Świat się popsuł, panie Harve. Zszedł na psy.

- Absolutnie się z tobą zgadzam, Claude. A przypominasz sobie sprawę Rushmana?

- Tego arcybiskupa? Jakby to było wczoraj. Tego pan szuka, panie Harve?

- Tak, tego. Stan Illinois przeciwko Aaronowi Stamplerowi. Proces trwał prawie do końca marca.

- Szuka pan czegoś konkretnego?

- Dowodów rzeczowych.

- O, cholera! Z dowodami rzeczowymi to jest tak kiedy nam je dostarczają, to są już przebrane. Dostajemy tylko to, czego nikt nie chciał odebrać. I nie są skatalogowane

w jakimś tam porządku. Proszę się rozejrzeć. Nie potrafiłbym powiedzieć, z ilu procesów mamy tu akta. Z tysięcy? A może z setki czy paru setek tysięcy? Wiele leży nie wiadomo gdzie, wiele zostało źle opisanych i źle zarejestrowanych...

- Tego się właśnie balem. Ale może będę miał szczęście.

- W każdym razie niech pan łatwo nie rezygnuje, panie Harve. - Sierżant wyjął latarkę z szuflady biurka i poprowadził St. Claire'a w głąb bezkresu dokumentów. Silny zapach stęchlizny drażnił nozdrza. Felscher zdumiewająco szybko odnalazł kartony wypełnione aktami z procesu Stamplera.

- Byłem już tu przedtem - przyznał St. Claire. - Musiał to być twój wolny dzień, Claude. Ale nie znalazłem żadnych dowodów rzeczowych, tylko stenogramy i dokumenty.

- No właśnie, mówiłem. - Felscher wysunął kilka kartonów i pudeł, obejrzał i wsunął z powrotem. - Dokumentacja. A czego konkretnie pan szuka, panie Harve?

- Nagrań magnetowidowych.

- Przykro mi, tu ich nie ma. Ale proszę dobrze poszperać samemu. Do szperania jest dużo. - Zatoczył ręką krąg obejmujący całą alejkę i roześmiał się.

- Nawet nie będę próbował. W każdym razie dziękuję za pomoc, Claude. - Uścisnął dłoń sierżanta i ruszył ku wyjściu mrocznym przejściem między półkami.

- Tak bardzo to niech pan się nie martwi, panie Harve - rzucił za nim Felscher. - Po tylu latach w tej wilgoci nagrania i tak byłyby do niczego. Tu nie ma żadnej klimatyzacji ani nic.

St. Claire zatrzymał się i obrócił głowę. - Mnie nie interesuje, co tam jest na taśmach. Chciałem tylko wiedzieć, czy są albo czy nie zostały komuś wydane, l komu.

- Chwileczkę! To zupełnie inna sprawa. Dlaczego pan tego od razu nie powiedział. Sprawa wygląda teraz zupełnie inaczej. Chodź pan!

Felscher zaprowadził St. Claire'a do półek, na których rzędami stały wielkie to-miska opatrzone datami. Przeciągnął palcem po płóciennych grzbietach.

- Popatrzmy... Od pierwszego do dziesiątego września 1982... Grudzień... Styczeń... Luty... Mamy marzec od dwudziestego do trzydziestego, 1983. - Wyciągnął spleśniałe i ponadgryzane przez myszy tomisko. - To są rejestry. Niezbyt pomocne, kiedy się czegoś szuka, ale... - Felscher otworzył księgę i ostrożnie zaczął przewracać pożółkłe i wyblakłe strony. Wpisy były dokonywane ręcznie przez sądowego urzędnika. - Trzeba robić to ostrożnie. Takie tomisko może rozlecieć się w rękach. Stam-pler. Tak, Stampler, to był wielki proces. Co się z nim stało, z tym Stamplerem?

- Jest jeszcze w Daisyland.

- Dobrze mu tak. Powinni go tam trzymać do końca za to, jak zaszlachtował tego biskupa.

- Powinni - zgodził się St. Claire.

- No dobrze. Mamy tu dwudziesty trzeci marca... Stan Illinois przeciwko Aaro-nowi Stamplerowi o zabójstwo pierwszego stopnia, jest spis dowodów rzeczowych. Poczytajmy: pokrwawione ubranie, buty, kuchenny nóż, kilka książek i pierścień. Te ostatnie zostały zwrócone do katedry przy Lakeview. 2/4/83. A teraz... I co pan na to powiesz, panie Harve? Ma pan szczęście. Dwadzieścia trzy nagrania magnetowidowe. Zostały wydane pani doktor Molly Arrington, Winthrop, Indiana. Data: 26/4/83.

- A niech mnie kule biją! - wykrzyknął St. Claire. - Ona ma całą cholerną bibliotekę magnetowidowych nagrań!

W biurze pozostała tylko Shana Parver. Siedziała za przepierzeniem, przed nią na biurku leżały wszystkie akta sprawy Darby'ego. Ale ponieważ sprawa Darby'ego już ją znużyła, wyciągnęła z szuflady jeszcze cienką teczkę sprawy Edith Stoddard. Prawdę mówiąc, nie miała teraz ochoty na żadną z tych spraw. Była zmęczona i nie chciała wracać do własnego mieszkania. Została więc w pustym biurze i walczyła z ogarniającą ją falą zniechęcenia. Trzasnęły drzwi windy i pojawił się Flaherty ze starą zniszczoną teczką. Poszedł do swojego kąta i rzucił teczkę na biurko. Rozejrzał się i dopiero wtedy zobaczył Shanę Parver. Podszedł do jej oszklonego boksu i stanął w drzwiach. Ręce miał w kieszeniach, minę zadowoloną.

- Słyszałem dobre wiadomości o Darbym. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł usłyszeć twoje podsumowanie dla przysięgłych.

Shana podniosła głowę. Twarz miała wykrzywioną, jakby odczuwała wielki ból. - Słyszałeś o Poppy Palmer?

- Oczywiście. Pełno jest o tym we wszystkich popołudniówkach. Eckling szaleje. Powiada, że gdyby jego departament policji tym się zajmował, to dziewczyna by żyła.

- A czego innego oczekiwałeś po Ecklingu? Gdyby on miał w ręku sprawę, to Darby pozabijałby połowę ludności okręgu, nim Eckling zdążyłby wyjąć łeb z tyłka, żeby zobaczyć, co się dzieje.

Flaherty zagwizdał przez zęby. - U ciebie wszystko w porządku? - spytał.

- A niby dlaczego nie ma być? - odparła ze złością.

- Przepraszam, powinienem był zapukać. - Obrócił się, chcąc odejść.

- Dokąd idziesz? - spytała. - Zostań.

- No nie wiem... wydajesz się nieco... - Chwilę się zastanawiał, by nie użyć niewłaściwego słowa. - Zagubiona w myślach - dokończył.

- Może masz rację. Może rzeczywiście jestem trochę zagubiona... w myślach -dodała szybko.

- Mógłbym w czymś pomóc?

Przypatrywała mu się dość długo, po czym obróciła fotel i wstała. - Owszem. Pójdziesz ze mną do Corchrana? Postawię ci drinka.

- Nie. To ja ci postawię drinka.

- Aa, jesteś jednym z tych dumnych? Wiesz, co ci zaproponuję, Flaherty? Rzucimy monetą.

- Tak, jak się rzuca o mur?

- Tak, jak się rzuca o mur. - Otworzyła torebeczkę i wyjęła dwie dwudziestopię-ciocentówki. Podała mu jedną. - Chodźmy do sali komputerowej. Tam nie ma miękkiej wykładziny na podłodze.

- Widzę, że z ciebie fachowiec od tej gry.

- Kiedyś się grywało.

W sali komputerów stanęli obok siebie o trzy metry od gołej ściany.

- No i co teraz? - spytał niewinnym głosem.

- Nie bawicie się ćwierćdolarówkami w Bostonie?

- Kiedy mieszkałem w Bostonie, rzadko miałem ćwierć dolara do zabawy.

- Rzucasz monetę. Wygrywa ten, kto dorzuci najbliżej ściany. Chcesz rzucić na próbę?

- Nie, nie, grajmy od razu. Zwycięzca płaci za drinki?

- Zwycięzca płaci za drinki.

- Ty pierwsza. Zobaczę, jak to się robi.

Shana pochyliła się, lewą dłoń wsparła o kolano, w prawej między kciukiem a palcem wskazującym trzymała monetę. Rzuciła ją na płask. Moneta odbiła się od ściany o jakieś dziesięć centymetrów, zakręciła kilka razy i upadła.

- Świetnie - pochwalił Flaherty.

- Nieźle - skromniej oceniła swój rzut Shana.

- Powiadasz, że to trzeba tak...? - Przyjął tę samą pozycję, co ona, tyle że monetę miał w lewej ręce. '

- Jesteś mańkutem? - zdziwiła się. - Nigdy tego nie zauważyłam.

- Wielu rzeczy u mnie nie zauważyłaś, panno Parver - odparł. Zaskoczyła ją jego uwaga.

- No i mam teraz rzucić, co? - spytał.

- Masz teraz rzucić. Najlepiej na płask.

Wyciągnął rękę, długo jakby ważył monetę i celował, a następnie rzucił. Moneta poszybowała, padła w miejscu zetknięcia ściany z podłogą i legła nieruchomo.

- No i co ty na to powiesz? Szczęście początkującego.

Shana zmrużyła oczy. - Nabrałeś mnie, panie Flaherty. Oszukałeś! - Była autentycznie zła i mówiła przez zaciśnięte zęby.

- Nie śmiałbym cię oszukiwać! - oburzył się.

- Widziałam, jak rzucałeś! Umiesz świetnie grać w monety. Nabrałeś mnie! Flaherty podniósł z podłogi obie dwudziestopięciocentówki i oddał Shanie. -

Idziemy? - spytał z uśmiechem.

Wzięli taksówkę do Corchrana i poszli od razu do sali dla pań. Taran obdarzył ich wyszczerbionym uśmiechem i poprowadził do stolika za przepierzeniem w samym rogu. Mokrą brudną szmatą wyjętą zza pasa przetarł blat i dobrodusznie spojrzał na gości zdrowym okiem.

- Picie? Żarcie? - spytał uprzejmie.

- Zaczniemy od picia, a potem zobaczymy.

- Może być. Więc co się pije?

- Martini, wytrawne, bez żadnych ekstra! - zamówiła Shana.

- Bez jakich ekstra? - zdziwił się Taran.

- Bez owoców i jarzyn - wyjaśnił Flaherty.

- Jasne, panie Flaherty. Co dla pana? To, co zwykle?

- Może być.

- Lecę - odparł Taran i poczłapał do baru.

- No to gadaj. Co cię gryzie? Masz przecież wszystko, co sobie można wymarzyć. Masz Darby'ego w garści. Masz tę Stoddard. Dwie wspaniałe sprawy, nawet nietrudne. Może mi chcesz jedną oddać?

- Nie, dziękuję bardzo. Z łatwymi dam sobie radę - odparła urażona.

- No to o co chodzi?

- Uderzyło mnie to dziś po raz pierwszy, kiedy Marty zapytał, czy zażądam maksymalnego wymiaru kary dla Darby'ego...

- A co? Jeszcze ci to mało? Chcesz osobiście włączyć prąd, kiedy usiądzie na krześle elektrycznym?

Taran przyniósł drinki i postawił na stole. Shana jednym haustem wypiła martini i zamówiła następne.

- Wcale nie o to chodzi - odparła i wykrzywiła z niesmakiem usta. - Co było w tym martini? Eter czy coś takiego?

- Nigdy przedtem nie piłaś martini?

- Nie. Przeważnie pijam cuba librę.

- Psiakrew, wychynęłaś to jak szklankę mleka. Nie wolno. To zabija. Powoli, ale zabija.

- To nie była szklanka. To była szklaneczka, szklanczyna. I prawie nic w niej nie było. O czym rozmawialiśmy?

- Powiedziałaś, że „nie o to chodzi" zaraz po tym, jak ja zapytałem, czy chcesz osobiście włączyć prąd.

- O tak, teraz sobie przypominam. Mój problem polega na tym, że jeszcze nigdy nie oskarżałam w procesie, w którym muszę zażądać kary śmierci.

- Masz tremę? - Flaherty roześmiał się. - Rozdającej wkoło kopniaki Paryerce zatrzęsły się łydki? Dajże spokój, to po prostu jeszcze jeden proces, l myśl, że chodzi o zwykłe wykroczenie.

- W dalszym ciągu mnie nie rozumiesz. Nie martwię się, że mogę wygrać, wcale nie o to chodzi... Ja nigdy przedtem o tym nie myślałam... Nie w takich kategoriach...

- W jakich kategoriach? O czymże ty gadasz?

- O samym zażądaniu kary śmierci.

- Teraz chyba rozumiem. Przewiduję falę wyrzutów sumienia, tak? Dajże spokój. Facet podchodzi do żony i zabiją ją strzałem z dubeltówki w głowę. A potem dusi striptizerkę. Pomyśl o tym, on na nie obie patrzył, kiedy zabijał. Widział ich spojrzenia...

- Przestań, Dermott!

- Nie przestanę. Jesteśmy prokuratorami, Shana! Tymi, którzy pilnują, aby w cywilizację nie wdarła się dżungla. My nie ustanawiamy praw. Myje tylko podtrzymujemy, a prawo mówi, że jeśli Darby zostanie skazany za zabójstwo pierwszego stopnia, to z nim do pudła i pod ziemię.

- Przecież ja o tym wszystkim wiem, na miłość boską! - odparła z prawdziwą złością. - Nie przyszłam tu na powtórzenie kursu z filozofii prawa. - Wstała, by odejść.

Delikatnie ujął jej ramię i zatrzymał. - Przepraszam, Shana. Czasami robię się zbyt cyniczny. Nie powinienem tego robić dla własnego dobra. Obiecuję, że się poprawię. Żadnych nauk, żadnych banałów. Nie odchodź, proszę...!

Uśmiechnęła się. - Koniec prawienia morałów?

- Koniec.

- No to dobrze. - Usiadła i wypiła drugie martini.

- Mogę jednak o coś zapytać? Gdyby cię wybrano do ławy przysięgłych i spytano, czy jesteś za karą śmierci, to co byś odrzekła?

- Rzecz dyskusyjna.

- Akurat! Pomyśl tylko przez chwilkę. - Flaherty powrócił do swojej Coca-Coli i popijał ją małymi łyczkami. Przez minutę panowało milczenie, wreszcie Shana odparła:

- Odpowiedziałabym, że nie wiem, czy jestem za, czy też przeciw, niemniej ta sprawa nie wpłynie na mój osąd. Liczą się tylko dowody winy.

- Doskonale. A czy wystąpiłabyś przed sądem, mając wątpliwości co do winy człowieka, którego oskarżasz?

- Boże, mówisz zupełnie jak Martin. Niedawno zadał mi to samo pytanie.

- Bo tego właśnie boją się najbardziej wszyscy prokuratorzy. Skazania niewinnego człowieka. Do czego prowadzę... Masz teraz na widelcu Darb^ego. Masz zrobić swoje. Jak czułabyś się, wiedząc o tym, co o nim wiesz, gdyby się wywinął i wyszedł na wolność?

- To jest niemożliwe - odparła.

- Ale pomyśl, co by było, gdyby nie ty, ale ktoś inny go oskarżał i zawalił sprawę? Długo się zastanawiała, a potem, pomijając pytanie, zmieniła temat: -Jest jeszcze

Edith Stoddard.

- A mianowicie, co z nią jest?

- Coś mi nie pasuje. Ona nawet nie chce się bronić.

- Ma do tego prawo. Nie widzę zresztą wielkich możliwości obrony. Z twoich wstępnych ustaleń wynika, że kupiła rewolwer, przez dwa tygodnie uczyła się z niego strzelać, a potem dwa razy puknęła w żywy cel, chociaż wystarczyłoby raz. Ten drugi strzał dowodzi złej woli. Pani Stoddard jest ugotowana.

- Wysłałbyś ją na krzesło elektryczne?

- Sprawa jest dla mnie jasna i bez okoliczności łagodzących. Nie ulega wątpliwości, że co najmniej przez dwa tygodnie planowała morderstwo. Żaden nagły impuls, żadnej czasowej niepoczytalności, żadnego zagrożenia życia. Była na niego wściekła, zaplanowała morderstwo i wykonała je.

- Ona budzi taką litość. Jest wokół niej aura... autentycznego smutku i żalu.

- Smutne jest dla niej to, że czeka ją dwadzieścia tysięcy woltów... Pamiętaj, Shana, że prokurator musi zachować dystans do osoby sądzonej. Nie wolno wprowadzać wątku osobistych odczuć i uczuć.

- A jednak osobiste uczucia odgrywają tu rolę.

- Może powinnaś oddać sprawę komuś innemu.

- Nigdy! Ja sprawę poprowadzę i poprowadzę dobrze.

- No więc nie masz się czym martwić. Broni Jane Yenable. Od dziesięciu lat nie broniła w sprawach kryminalnych.

Shana Parver skończyła trzecie martini i odsunęła szklankę na brzeg stołu. -I myślisz, że w związku z tym prokuratura nie będzie miała problemu z uzyskaniem wyroku skazującego? To ja ci coś powiem: ona jest świetna. Dziesięć lat przerwy czy nie, ona jest świetna. - Pochyliła się konfidencjonalnie nad stołem: - Wydaje mi się, że Marty i ona... No wiesz...

- Nie gadaj głupstw - odparł z udawanym zdziwieniem, przypominając sobie bukiet na jadalnym stole w mieszkaniu Jane Yenable.

Shana potwierdziła swoje przypuszczenie energicznym ruchem głowy i znaczącym mrugnięciem.

- No cóż, dziwne rzeczy dzieją się na tym świecie - odparł ze śmiechem. Taran przyniósł następne martini i zabrał pustą szklankę.

- To twoja czwarta szklaneczka - zauważył Flaherty. -1 wiem, że tutejszy barman ma dobrą rękę. Nigdy nie żałuje paru kropel ekstra. To nie moja sprawa, ale wydaje mi się, że niewiele wiesz o martini.

- Nic nie szkodzi. Raz, właśnie dziś wieczorem, mogę troszkę się ululać, panie Flaherty. - Upiła łyczek i powiedziała: - Wiesz? Masz cholernie długie nazwisko. Fla-her-ty. To są prawie trzy sy... sylaby... sy-la-by. Będę cię nazywała Flay. Zresztą nie o to chodzi. Powiedz, Flay, czy poradzisz sobie ze mną, jeśli się trochę zaleję?

Flaherty uśmiechnął się i odpowiedział jakby nieco zawstydzony: - W życiu nie byłem zalany.

- Żartujesz!

- Moją trucizną była marichuana.

- To nielegalne.

- Dlatego rzuciłem.

Podniosła szklankę. - A to jest legalne.

- Niewielki w tym sens, nie sądzisz?

- Pierwszy raz, kiedy paliłam marihuanę, siedziałam w domu przyjaciółki przez godzinę na podłodze, wpatrując się w drzwiczki kuchenki i czekałam na program z Johnym Carsonem.

Flaherty wybuchnął śmiechem. - Dobra musiała być trawka.

- Potem nigdy więcej już nie próbowałam. - Zdała sobie nagle sprawę, że z trudem wymawia słowa. To nie było jeszcze najgorsze: Flaherty pojawił się nagle jako para bliźniąt. Zamknęła jedno oko i spojrzała na męską, urodziwą twarz. - Dlaczego nigdy nie poprosiłeś mnie o randkę?

- Zabrałem cię do baru właśnie dziś...

- Po sześciu miesiącach. A przecież wiem, że nie jesteś pedzio.

- Na pewno nie.

- No i wiem, że nie jestem taka znowu mało potę... ponętna...

- O nie, nie jesteś mało ponętna. Jesteś bardzo ponętna - odparł miękko i uśmiechnął się.

- No więc?

- Na bostońskiej ulicy nie prowadzą kursów towarzyskiego zalecania się. Nie uczą też tego w poprawczaku.

- Byłeś taki niegrzeczny, że siedziałeś w poprawczaku?

- Byłem aż taki niegrzeczny.

- Powiedz mi, co zmajstrowałeś najgorszego? A może nie powinnam o to pytać?

- Rwałem bryki.

- Kradłeś samochody?

- Z kolegami.

- I potrafisz zrobić takie coś, co pokazują w filmach? No wiesz, co to wyrywają wszystkie kable ze stacyjki, widać iskry i samochód rusza. Potrafisz to zrobić? -Zamknęła jedno oko i drugim wpatrywała się intensywnie we Flahert/ego.

- To jeszcze nic. W sześćdziesiąt sekund mogę uruchomić wszystko, co ma cztery koła.

- Żartujesz?!

- Nie żartuję.

- Boże drogi! No i dlaczego porzuciłeś ten interes?

- Miałem objawienie. Którejś nocy pojawił się u mojego wezgłowia sam pan Bóg i poinformował mnie, że jeśli dłużej będę robił to, co robię, to młodo umrę...

- No i co?

- Potraktowałem to ostrzeżenie poważnie.

- Ona wcale ci tak nie powiedziała. - Shana Parver z niedowierzaniem pokręciła głową.

- Jaka ona?

- Bóg ma dowolną płeć.

- Oo? - Flaherty ponownie się uśmiechnął. Nóżką kieliszka zataczał kręgi na obrusie. - Chyba jednak ta twoja „ona" powiedziała. Mój najlepszy kumpel skończył na krześle elektrycznym. Okradał sklep spożywczy. Zaskoczyły go gliny i jednego zabił. Byliśmy jak bracia. Ernie i ja odwaliliśmy razem niejedną robotę.

- Na imię miał Emie? Ten twój kumpel?

- Ernie Holleran. Było nas pięciu. Trzymaliśmy się zawsze razem. Razem kombinowaliśmy. Ernie należał do paczki. Ale zrobił to, co zrobił, i za zabicie gliny dostał czapę. Tej nocy, kiedy wykonywali na nim wyrok, pojechaliśmy autobusem pod stanowe więzienie, po drodze kupiliśmy dwa sześciopaki piwa, wdrapaliśmy się na pagórek, z którego było widać gmach więzienia, usiedliśmy i czekaliśmy popijając. Wiedzieliśmy, na co czekać, bo kiedy włączają krzesło elektryczne, wszystkie światła na chwilę przysiadają. Włączają tak dwa razy. Na wszelki wypadek. Siedzieliśmy, aż z więzienia wyjechała czarna karetka. Rzuciliśmy w nią puszkami po piwie, wsiedliśmy w autobus i wróciliśmy do domu. No i właśnie tej nocy pan Bóg do mnie przemówił. Postanowiłem, że nigdy nic podobnego mnie nie spotka.

Nadal mu się pilnie przyglądała spod jednego przymrużonego oka. Przejęta opowieścią rozchyliła usta.

- Wiesz co? - powiedziała po chwili. - Mnie tam wcale nie interesują towarzyskie obyczaje w zalecaniu. Ani w niczym. - Wypiła duszkiem pół szklanki. - Mnie intre... intresuje błyska... błysko... - plątał się jej język.

- Interesuje cię coś, co błyszczy?

- Nie. Błysko... błyskotliwa rozmowa, l wspaniały mężczyzna o pięknych oczach i... czarnych włosach... i jeszcze takie porwie... powierzsz... - zacięła się.

- Powierzchowne?

- O właśnie. Dziękuję! Powier... powierzchowne rzeczy. Powiedz mi, Flay, dlaczego ty się zawsze ubierasz tylko na czarno? Czy ty wiesz, że masz sidro... syndrom tego Johnny Casha?

Flaherty westchnął i, popijając Cocę, wpatrywał się w jej tęskne oczy. - Chcesz znać prawdę?

- Tylko prawdę.

- Zupełnie nie rozróżniam kolorów. Nie wiem, co pasuje do czego. Więc dla bezpieczeństwa noszę czarne ubranie. Do tego wszystko ujdzie.

- Wygląd cię jednak obchodzi, co?

Chyba przez minutę nie odpowiadał, a potem skinął głową. - Chyba tak. - Zaczerwienił się.

- Panie mece-nasie, pan się czer...czer-wieni! - zachichotała. - Ale z ciebie nu-mer, Flay!

Roześmiał się, żeby zmyć z twarzy zakłopotanie. - A z ciebie pijaczka...

- Może troszkę wsty... wstawio-na. Wsty... wsty-dzisz się mojego to-wa-rzy-s-twa?

- Nie.

Myślała długo, a potem spuściła oczy. - Myślisz, że uda mi się wstać i wyjść? Nie rą... rą-bnę nosem w pod...podłogę?

- Nigdy bym ci nie pozwolił w nic rąbnąć, pani z cicha pęk...

- Z cicha! Ha, podoba mi się to! Z ci-cha!

- Próbujemy iść?

- Zawsze i... wszędzie. Ale za minutkę...

- Kawy?

- Aha, aha!

- Dobra, l posiedzimy sobie, aż zbierzesz siły.

- A może ten twój... no jak mu tam?

- Taran?

- Taran zawoła taksówkę?

- Nie ruszaj się. Poczekaj tu - wstał.

- Nieee! Po-czekam tam! - Wskazała palcem przeciwległy kąt salki. Zaniosła się chichotem.

Kelner przywołał taksówkę. Flaherty pomógł Shanie wstać. Oparła mu głowę na ramieniu i pozwoliła poprowadzić się do wyjścia. Po drodze pomrukiwała: - W Bosno... W Basto-nie to się na-zywa tu-lenie. Tulenie...

- Być może - odparł krótko.

Do drzwi dotarli bez incydentu, ale kiedy wyszli na dwór, lodowaty podmuch o mato nie zwalił Shany z nóg.

- Ojej! - krzyknęła. - Co to było?

- Świeże powietrze.

- Nie czuję nóg - powiedziała. Gdy prowadził ją do taksówki, uginały się pod nią kolana. Usadowił ją na tylnym siedzeniu.

- Flay?

- Co takiego?

- Dziękuję.

- Niby za co?

- Za wysłuchanie mnie.

- Mogę cię zawsze wysłuchiwać. Kiedy tylko będziesz chciała. - Zajął miejsce obok niej.

- Naprawdę?

- Naprawdę.

- No to słuchaj teraz uważnie... Będę chciała... będę chciała przypomnieć sobie, gdzie mieszkam.

Przy trzeciej próbie udało się jej podać właściwy adres. Ten wysiłek tak ją osłabił, że opadła na siedzenie i położyła mu głowę na ramieniu. Z wielką koncentracją przyglądała się jednym okiem Flahery'emu.

- Zdradzę panu wielki sekret, panie Fla... Fla-herty... Od samego począ... początku miałam na pana oko. To dobrze czy źle?

Objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie.

- To bardzo dobrze - wyszeptał, ale nie dodał, że i on też miał na nią oko od pierwszej chwili.

- To doskonale - mruknęła i po chwili już spała.

Mieszkała na pierwszym piętrze na rogu Eugenie i West Park, w miłym, dziewiętnastowiecznym, jednopiętrowym budynku. Flaherty zapłacił taksówkarzowi, w torebce Shany znalazł klucz, po czym sam wysiadł. Pochylił się nad tylnym siedzeniem i usiłował objąć śpiącą, by ją wyciągnąć na zewnątrz.

- Pomóc panu? - spytał taksówkarz.

- Nie, dziękuję. Ona jest lekka jak piórko. - Bez trudu wziął Shanę na ręce i zaniósł po schodkach do budynku. Bez problemu znalazł drzwi jej mieszkania. Wsparł kolano o ścianę, by potrzymać ciężar, podczas gdy uwolnioną ręką otwierał zamek. Wniósł ją do mieszkania, kopniakiem zatrzaskując drzwi.

Apartamencik był jasny, wesoły - dwa pokoje urządzone z bezbłędnym smakiem w jaskrawych barwach. Przyjemne wygodne meble i sporo dobrej porcelany. Niewielką, ale doskonale urządzoną kuchnię oddzielał od głównego pokoju śniadaniowy stół-bufet. Ściany pokoju zdobiły numerowane kopie Miro, Matisse'a i Degasa. Tuż przy oknie paliła się lampa. Flaherty zaniósł Shanę do sypialni, po drodze trącając łokciem kontakt przy drzwiach, by zapalić światło. W sypialni panował nieopisany bałagan. Łóżko nie posłane, na nocnym stoliku talerz z resztkami pizzy, w kącie stos książek.

Ułożył Shanę na łóżku.

Poruszyła się i niewyraźnie zapytała: - Jestem w domu?

- Aha.

- Wniesiona po schodach?

- Wniesiona po schodach.

- Dżentelm... Sir Gala... Gala... jak on, psiakrew, się nazywa? - Jesteś ry-cerz... -Próbowała usiąść, ale opadła na puchową kołdrę. Westchnęła rozkładając ramiona.

- Mmm - wymamrotała. - Mam chyba piasek w ustach...

- Przyniosę ci kubek wody.

- Przynieś, a ja się przez ten czas rozbiorę - odparła już znacznie przytomniej. Flaherty poszedł do kuchni, znalazł kubek z grubego szkła. Nasypał do niego

kilka kostek lodu z aparatury w drzwiach lodówki, zalał je zimną wodą i zawirował zawartość.

- Jak ci idzie? - zapytał głośno.

- Lepiej, niż się spodziewałam - padła odpowiedź z sypialni.

- Zawołaj, kiedy będziesz już w łóżku!

- Już wołam! - odkrzyknęła.

Kiedy wrócił do sypialni, leżała częściowo pod kołdrą. Na ziemi walały się porozrzucane części garderoby. Z łóżka zwisała bezradnie jedna noga ze zsuniętymi tylko w połowie rajstopami.

- Prawie mi się udało - oświadczyła wesoło. - Ale lewa noga stawiała opór. -Poruszyła nią i zachichotała. - Miałeś rację. Miałeś całkowitą rację na temat tych martini...

Flaherty odstawił szklankę z wodą na nocny stolik i podszedł do okna, by zaciągnąć story. Nagle przeszył go zimny dreszcz. Rozwarł szeroko story i wyjrzał na ulicę.

Była pusta. Po drugiej stronie jezdni stał tylko jeden samochód. Też pusty.

Przestań, powiedział sobie. To czysta paranoja. Jeśli seryjny morderca planuje coś w Chicago, to Shana Parver jest z pewnością na końcu listy. Zasunął story.

- Flay?

- Słucham? - obrócił się i zobaczył skierowane na siebie jedno półotwarte oko.

- Nie zostawiaj mnie samej, Flay. Nie chcę obudzić się rano i zobaczyć, że nie ma żywej duszy. Zostaniesz?

- Zostanę.

- Dobry z ciebie chłop.

Podszedł do łóżka, pomógł jej usiąść i podał kubek z wodą. Upiła parę łyków, mlasnęła i opadła na poduszki. - Nie zostawisz mnie samej? - upewniała się.

- Nie zostawię cię samej.

Uśmiechnęła się i natychmiast zasnęła. Flaherty usiadł na łóżku i ze zwisającej spod kołdry nogi ostrożnie zdjął rajstopy. Ujął delikatnie stopę kobiety. Jaka śliczna, pomyślał, pieszcząc palce.

Wtulona w kąt firmowej limuzyny Jane Yenable myślała o tym, że już jest jej brak Martina. Właśnie skończyła spotkanie ze swoimi japońskimi klientami, Vail zaś zdecydował, że powinien choć czasami spędzić noc we własnym mieszkaniu.

Janę czuła się zdecydowanie zdemoralizowana. Uśmiechnęła się na podobne określenie. Była zdemoralizowana troską i atencją Martina, ich namiętnym i wyszukanym seksem. Stała obecność Martina także ją rozpieściła i zdemoralizowała. Patrzyła przez szybę samochodu na przemykające światła wielkiego miasta. Gdy limuzyna stanęła pod czerwonymi światłami na skrzyżowaniu, Jane poderwała się. Przyszła jej do głowy pewna myśl.

- Larry, zatrzymaj się przy wieżowcach - poleciła.

Kierowca wykonał polecenie i zajechał pod rozjarzony fronton ze szkła i chromu. Wyskoczył z szoferki i otworzył drzwiczki.

- Dwie minuty! Dłużej nie będę - obiecała i pomknęła do wejścia. Nocny straż-nik-recepcjonista siedział za biurkiem przypominającym kabinę pilota promu kos-

micznego. Monitory wewnętrznej sieci kamer wideo pozwalały mu obserwować to, co dzieje się w holach trzydziestu pięter. Strażnik był szczupłym mężczyzną o twarzy pomarszczonej wiekiem. Kasztanowe, ale już siwiejące włosy miał zaczesane gładko do tyłu. W granatowej marynarce z czerwonym goździkiem w klapie wyglądał bardziej na recepcjonistę ekskluzywnego hotelu, niż nocnego dozorcę mieszkalnego kompleksu.

- Czym mogę służyć? - spytał z fałszywym brytyjskim akcentem. Bacznym spojrzeniem lustrował stojącą przed wejściem limuzynę.

Jane Yenable przybrała uwodzicielski uśmiech.

- Cześć! Jak panu na imię? - spytała.

- Yictor - odparł z ostrożnym uśmiechem.

- A ja jestem Jane Yenable - przedstawiła się wyjmując z torebki arkusik papieru. Położyła go na blacie i pchnęła w kierunku strażnika. - Jestem adwokatem. Moja klientka jest oskarżona o zamordowanie Johna Delaneya. Oto nakaz sądowy zezwalający mi na dostęp do miejsca zbrodni. Zdaję sobie sprawę, że żądam wiele, ale proszę o wpuszczenie mnie.

- Co? Teraz? Chce pani o tej porze oglądać mieszkanie?

- Po prostu byłam w tej okolicy. Zajmie mi to najwyżej piętnaście minut. - Dwie minuty obiecane kierowcy miały znaczenie wyłącznie symboliczne.

Strażnik zapoznał się z treścią nakazu sądowego, raz jeszcze zerknął na limuzynę, po czym uśmiechnął się do Jane, zgarniając podsunięte mu wraz z dokumentem pięćdziesiąt dolarów.

- Jakże mogę oprzeć się tak uroczemu uśmiechowi, pani Yenable - powiedział. Otworzył szufladę biurka, wyjął z niej pęk kluczy, wstał i poprowadził Jane do windy.

- Okropna sprawa - stwierdził, gdy winda jechała na trzydzieste piętro.

- Straszna - zgodziła się Jane w pełni świadoma, że śmierć Delaneya z pewnością była radośnie obchodzona we wszystkich dzielnicach miasta. - Znał pan go dobrze?

Yictor podniósł wysoko jedną brew i odparł z uśmieszkiem: - Mówił mi „cześć" wychodząc i „dobry wieczór" wracając, a poza tym ofiarowywał butelkę whisky na Boże Narodzenie. Oto jak dobrze znałem pana Delaneya.

- Szkocka była dobrego gatunku?

- Chivas. Wyśmienita.

- To ładnie z jego strony.

Przybyli na trzydzieste piętro i Yictor otworzył drzwi apartamentu. Policyjne plastikowe paski były już zdjęte.

- Może się pani nie śpieszyć. Mam dyżur do drugiej - poinformował Yictor. -Proszę tylko dobrze zatrzasnąć opuszczając mieszkanie.

- Jest pan uroczy, Yictorze - odparła.

- Dziękuję, pani Yenable. - Yictor wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Została sama. Co za idiotyczny pomysł, pomyślała, przychodzić tu w środku

nocy. Pomysł przyszedł jej do głowy, gdy przez szybę samochodu zobaczyła budynek. A poza tym, dokąd miała się śpieszyć? Do pustego mieszkania?

Upłynęło wiele lat od czasu, gdy Jane Yenable po raz ostatni lustrowała miejsce zbrodni. Stanęła o parę kroków od czarnego konturu na dywanie. Obrys obejmował

brunatną plamę zaschniętej krwi. Nie szukała i nie spodziewała się znaleźć niczego konkretnego, ale winna była Edith Stoddard przynajmniej to jedno: zapoznać się z miejscem przestępstwa. Z salonu przeszła do sypialni. Niemal natychmiast zauważyła zadrapania na słupkach deski u wezgłowia łóżka. Rozglądała się długo po łazience. Szczoteczka do zębów, maszynka do golenia, miseczka z mydłem do golenia ekskluzywnej firmy Abercrombie & Fitch oraz pędzel - wszystko po jednej stronie marmurowej półeczki nad umywalką. Po drugiej stronie flakon płynu po goleniu. Nie użyty ręcznik wisiał na złoconym pręcie w pobliżu prysznica.

Przeszła do kuchni i sprawdziła zawartość lodówki. Ktoś ją całkowicie opróżnił i wyczyścił. W spiżarence stały produkty puszkowane. Z etykiet wynikało, że Delaney bardzo lubił szparagi firmy LeSueur oraz kiełbaski wiedeńskie. Wróciła do sypialni i przejrzała zawartość biurka - szuflady i przedmioty oraz papiery na wierzchu. Nie znalazła nic interesującego. Wzięła popielniczkę z salonu i wróciła z nią do sypialni. Usiadła na brzegu łóżka, twarzą w kierunku szafy. Postanowiła wypalić papierosa przed opuszczeniem mieszkania. W limuzynach firmy nie wolno było palić.

Może to i głupie, że z miejsca zbrodni zabrałam ten skromny rekwizyt, pomyślała.

Czy rzeczywiście śmierć Delaneya była rezultatem nieokiełznanej fali żalu Edith Stoddard z powodu utraty pracy? Z powodu poczucia doznanej krzywdy? I zdrady? Jane już wielokrotnie zadawała sobie to pytanie. Wiele wątpliwości budziły pozostałe fakty, ale najwięcej ten jeden - motyw. Przypomniała sobie, że czytała o innych bardzo podobnych wypadkach. Na przykład historia listonosza, którego wyrzucono z pracy. Poszedł do swego urzędu z karabinem i zabił dziewięć osób, po czym oddał się w ręce policji. Może utrata pracy nie jest wcale błahym powodem?

Tak rozmyślając, Jane Yenable zajrzała do głębokiej szafy we wnęce w przejściu do łazienki. Ze swego miejsca na łóżku widziała właściwie cale wnętrze szafy prawie pustej. Wisiał tam tylko jeden garnitur, dwie koszule na osobnych wieszakach, szlafrok kąpielowy, tak, to chyba wszystko. Na ziemi stała para skórzanych pantoflii domowych oraz para czarnych półbutów.

Uwagę Jane zwróciło jednak coś innego: lewa część szafy była głębsza od prawej. Prawa, co najmniej o pół metra płytsza, mogła zmieścić zaledwie garnitur powieszony ukosem.

Wpatrywała się w szafę co najmniej przez dwie minuty. Odżyły dawne instynkty - kombinacja niezwykłej podejrzliwości i niezmiernej dociekliwości, co w swoim czasie czyniło z niej jednego z najlepszych prokuratorów.

- Tam coś musi być! - oświadczyła głośno.

Przeszła do łazienki, żeby sprawdzić, czy przypadkiem za ścianką płytszej części szafy nie ma półek. Nie było żadnej wnęki, a gładka ściana błyszczała płytkami ceramicznymi. Wróciła więc do sypialni i weszła do głębokiej części obszernej szafy zapalając w niej światło. Pomyślała, że tylko kobietę może tak zainteresować pozorny absurd wewnętrznej architektury mieszkania. Tylko kobieta może się zastanawiać nad przyczynami utraty tak dużej przestrzeni, w której można by wiele pomieścić. Zaczęła opukiwać występ, by sprawdzić, czy nie jest to przypadkiem słup nośny konstrukcji domu. Odgłos był głuchy.

A więc pusta przestrzeń od podłogi do sufitu, pół metra głębokości i ponad metr szerokości. Może mieści się tam kasa pancerna? Może są tam jakieś poufne dokumenty? Inkryminujące dowody? Coś, co mogłaby wykorzystać w sądzie, aby oczernić ofiarę? Powiodła palcem po zetknięciu obu ścianek. Nic. Stanęła w miejscu łączenia i mocno pchnęła. Jedna ze ścianek nieco ustąpiła.

Pchnęła jeszcze mocniej. Ścianka ustąpiła pod samym sufitem.

Drewniana ścianka, a właściwie przepierzenie, nie była przybita, ale jakby zaryglowana pośrodku wysokości. Cofnęła się o krok i jeszcze raz przejrzała bacznie miejsce połączenia w górze, przy ziemi i po bokach. To nie ścianka, a drzwi! Teraz należało znaleźć sposób ich otwierania.

Palcami obmacała próg i chodnik, którym szafa była wyłożona. Nic. Nie wyczuła żadnego guzika.

Westchnęła i wróciła na łóżko. Podparła dłonią brodę i patrzyła na szafę. Zatrzymała wzrok na drążek do wieszania ubrań. W węższej części szafy nic na nim nie wisiało. Wstała i podeszła do szafy. Parę razy szarpnęła drążkiem, a potem nim pokręciła. Drążek był na końcach gwintowany. Obróciła nim pełne cztery razy i pręt wyszedł całkowicie ze ściany. Położyła go na ziemi i dobrze obejrzała wmontowaną w ścianę gwintowaną obejmę prętu. W głębi zobaczyła niewielki czerwony guzik. Nacisnęła go i natychmiast usłyszała tłumiony szczęk zamka. Ścianka uchyliła się. W szafie zapaliło się światło. Otworzyła drzwi na oścież.

Wstrzymała oddech, szeroko otwierając usta na widok tego, co ujrzała. W pierwszej chwili nie wierzyła własnym oczom.

- O Boże! - szepnęła.

Potem opuściła wzrok na podłogę szafki.

I pistolet.

29

Jane Yenable pojawiła się w biurze Yaila dokładnie o dziesiątej rano. Miała na sobie jedwabny szmaragdowy kostium, przy którym jej rude włosy wydawały się płonąć. Przez ramię przewiesiła elegancką skórzaną beżowobrązową torbę. Wyszedłszy z windy, ruszyła pewnym siebie dumnym krokiem, który postronnemu obserwatorowi z wyobraźnią mógł przypominać chód konia paradującego przed stołem jurorów. Wszyscy obecni w biurze jak jeden mąż znaleźli nagle do zrobienia coś, co pozwalało im obrócić głowę w jej kierunku, l wszystkie oczy towarzyszyły jej do biurka Naomi.

- Cześć! - powiedziała z radosnym uśmiechem. - Pani jest z pewnością ową sławną Naomi? Nazywam się Jane Yenable. - Wyciągnęła na powitanie dłoń.

Z oszklonego gabinetu wyszedł Vail i powitał Jane, ignorując triumfalny uśmieszek, jaki przemknął przez twarz Jane i który nie umknął uwadze Naomi.

Marty, będziesz miał poważne kłopoty, pomyślała sekretarka.

Vail zaprosił Jane Yenable na nadzwyczajną konferencję, ponieważ od samego początku była związana ze sprawą Stamplera i najnowszym jej rozdziałem.

- Spędziłam okropny wieczór - powiedziała, udając wesołość. Zrewanżował się uśmiechem. - Wypaliłem paczkę papierosów, nim zdołałem zasnąć.

- Masz nauczkę, żeby nie brać wolnego.

Yail zerknął na salę. - Wszyscy nam się przyglądają - zauważył.

- Wiem. To bardzo zabawne.

- Kawy?

- Chętnie.

- Sprawdzałem wczoraj wieczorem, czy twoi aniołowie stróże są na posterunku.

- Zastanawiam się, co sobie myślą moi sąsiedzi - mruknęła. - Jeden facet w samochodzie od frontu. Drugi od strony tarasu. I tak przez całą noc.

- Sąsiedzi pomyślą sobie, że jesteś osobą jeszcze bardziej tajemniczą, niż uważali do tej pory.

- Sama nie wiem, po co wspomniałam sąsiadów. Żadnego z nich nigdy nie spotkałam i nie znam.

Gdy obróciła się, by nalać sobie kawy, twarz jej nagle spoważniała. Yail ujrzał na czole zmarszczki głębokiego zamyślenia.

Tak, sprawa Edith Stoddard bardzo ją gnębiła. Odkrycie schowka i pistoletu w mieszkaniu Delaneya stawiało w obliczu poważnego i nietypowego dylematu. Jako obrończyni Edith Stoddard nie miała obowiązku informowania prokuratury o tym, co znalazła. Z drugiej strony ten pistolet stanowił dowód w sprawie, był jej integralnym elementem. Mogłaby być oskarżona o zatajenie istotnego dowodu. Poprzedniego wieczoru postanowiła niczego nie dotykać. Zamknęła sekretne pomieszczenie w szafie i opuściła apartament. Mogła teraz argumentować, że nie ma pojęcia, czyja to jest broń. Niemniej pozostawała sprawa ujawnienia odkrycia klientce - Edith Stod-

dard. Postanowiła odłożyć rozważania na później. Chwilowo Vail dyktował porządek dzienny spotkania. Jane wzięła głęboki oddech, postanawiając zostawić problem Edith Stoddard na boku.

Vail wsypał jej do kawy łyżeczkę cukru i zaniósł kubek na stół. Jane nieco się rozluźniła, ale najwidoczniej tylko nieco, gdyż Vail zapytał:

- Coś cię trapi?

- Jeszcze mnie na tyle nie znasz - odparła z udaną wesołością.

- Nie rozumiem...

- Nie znasz mnie jeszcze na tyle, by móc odgadnąć, czy mnie coś gnębi, czy nie.

- Z tej wykrętnej odpowiedzi wnoszę, że jednak masz jakiś poważny problem. - Obszedł stół i zajął swój fotel u szczytu. Przechylając oparcie rozsiadł się wygodnie.

- Moim problemem jest prokurator okręgowy - odparła z enigmatycznym uśmieszkiem.

Głośno się roześmiał.

- Smutno ci było beze mnie? - spytała.

- Niespecjalnie. I pomyślałem sobie, że kto wie, może jakiś nabab czy kompa-nijny samuraj podkradł ci serce podczas kolacji.

Z kolei ona się roześmiała. - Tak łatwo pan się mnie nie pozbędzie, panie prokuratorze.

- Nie mam najmniejszego zamiaru pozbywać się ciebie.

Zachowywali pozory osób prowadzących zwykłą rozmowę. Dla pracowników zerkających z sali i udających gorliwie, że nic ich nie obchodzi to, co się dzieje za oszklonym przepierzeniem, odgrywali swoistą pantomimę.

- Bardzo się z tego cieszę - odpowiedziała, potrząsając głową, jakby odparowywała jakiś argument Yaila.

W czasie wykonywania tego gestu włosy jej zafalowały i Vail z uznaniem zagwizdał.

- Jesteś dla mnie jedną wielką enigmą - stwierdził.

- To dobrze. Czy uważasz, że poranny buziak byłby nie na miejscu?

- Zamarłoby cale biuro i ruch uliczny w śródmieściu.

- Masz rację. Jaka szkoda, że nic z tego.

- Może jednak zawołamy tu naszych Niepokornych i zaczniemy naradę. Jestem pewien, że wszyscy są wpatrzeni w to akwarium i usiłują odczytać każde słowo z ruchu ust. Poza tym marzą o tym, żeby poznać sławną Jane Yenable.

- Nie wątpię.

- Nie kpij. Wszystko o tobie wiedzą. Znają pełny stenogram z procesu Stamplera.

- Ale mi pochwalny dokument! Jedyny proces, w którym obecny tu geniusz sprawił mi lanie! Piękne mają o mnie wyobrażenie. To wszystko, co o mnie wiedzą?

- Nie raz, a dwa razy sprawiłem ci lanie. Już nie pamiętasz?

- Dobrze, dobrze. Wołaj ich - ucięła.

- Bardzo mi ciebie wczoraj brakowało - przyznał szeptem, przechodząc koło niej w drodze do drzwi.

- To była twoja decyzja. Nie moja.

- I teraz będziesz mi stale to wypominała?

Otworzył drzwi i skinął na pracowników. W ciągu następnych paru minut pokończyli rozmowy telefoniczne, poskładali akta i przywędrowali do gabinetu szefa witając miło Jane Yenable, ale i zerkając na nią spod oka z zabarwioną szacunkiem podejrzliwością, była bowiem ich potencjalną, i to groźną przeciwniczką na sali sądowej. Wszyscy kolejno wzięli sobie kawę z potężnego dzbana, doprawili ją według smaku mlekiem i cukrem, chwycili za pączek z pudła przyniesionego przez Naomi i zajęli jakieś miejsce siedzące, jedni na krześle, inni na podłodze. Byli podnieceni i zaciekawieni, gdyż Vail rzadko zwoływał tego rodzaju nadzwyczajne narady dla wszystkich. Brakowało tylko Hazel Fleishman i Bucky Winslowa, gdyż oboje byli w sądzie.

Ostatni wszedł Bobby Hartford, wysoki, trzymający się prosto jak tyka Murzyn z Missisipi, którego ojciec, terenowy delegat organizacji murzyńskiej, walczącej o równouprawnienie kolorowych, został zabity na oczach własnego syna. Syn miał wówczas dziewięć lat. Teraz, w wieku trzydziestu ośmiu lat, Bobby był najstarszym członkiem ekipy Niepokornych i jedynym żonatym (a Fleishman jedyną zamężną). Wyraz twarzy miał niemal błogi. Mimo strasznych przeżyć za młodu, zachowywał zawsze spokój i w żadnej sytuacji nie podnosił głosu. Usiadł na podłodze obok Flahertyego.

- Zaprosiłem na dzisiejsze spotkanie Jane Yenable, ponieważ jest zaangażowana w sprawę, o której będziemy dziś mówić - zaczął Vail. Obrócił się do Jane: - Taką konferencję jak dziś nazywamy przeglądem i gimnastyką szarych komórek - wyjaśnił. - Wszystkich obowiązuje jedna zasada: jeśli ktoś chce o coś zapytać, coś wyjaśnić albo czymś uzupełnić informację, to ma natychmiast to zrobić na nic nie czekając. Wolno zawsze w każdej chwili przerywać. Usłyszysz wiele wypowiedzi z pozycji adwokata diabła i bardzo wiele kontestacji. Taką mamy metodę pracy. - Przerwał, by wypić kilka łyczków kawy i zapalić papierosa. Gdy wysłał pierwszy kłąb dymu w kierunku wentylatora, zwrócił się do zgromadzonych: - Do roboty. Oto sytuacja... Zakładam, że wszyscy zapoznali się z raportem Dermotta dotyczącym obu morderstw, Lindy Balfour i Lincolna. I że przeczytaliście stenogram procesu Stamplera. Jeśli tak, to jesteście w pełni świadomi nieprzypadkowych zbieżności tych zbrodni. I chociaż dwa ostatnie morderstwa miały miejsce na obszarach poza naszą jurysdykcją, będziemy siłą rzeczy wciągnięci w orbitę tych spraw, czy tego chcemy czy nie. Jestem przekonany, że Stampler chciał, bym wiedział, że nas wszystkich nabrał. On nadal nas nabiera. Kiedy więc pojechałem, żeby porozmawiać z nim i z jego lekarzem, doktorem Woodwardem, miałem przy sobie ukryte wszystko, co potrzeba. Nagrałem moje rozmowy.

- Czy to było legalne? - zapytał Hartford.

- Nie zamierzam użyć nagrania w sądzie.

- Nie o to pytałem, prokuratorze - rzucił wyzwanie Hartford.

Przez dłuższą chwilę Vail niemal litościwie patrzył na Hartforda, by wreszcie odpowiedzieć: - Nie, to nie było legalne. Chcesz wyjść, kiedy włączę magnetofon?

- Za żadne skarby - odparł ze śmiechem Hartford. - Chciałem tylko wiedzieć, jakiego pan jest koloru.

Ogólny chichot powitał te słowa.

- Żółtego - odparł poważnie Vail. - Żółty kolor symbolizuje strach. Ja się lękam tego człowieka. Jest niesłychanie niebezpieczny. Mam nadzieję przekonać was o tym podczas dzisiejszego spotkania. Jednakże zanim puszczę taśmę, chcę wam uświadomić kilka spraw: wiemy, że od dziesięciu lat Stampler nie ma kontaktu ze światem zewnętrznym. Żadnych telefonów, żadnych listów, żadnych odwiedzin. Wiemy, że morderca pozostawia kodowane informacje wypisując je krwią na karkach swoich ofiar, tak jak to uczynił przed laty Stampler. I kodowane informacje wskazują zawsze na fragmenty tekstu w książkach dawnej biblioteki Rushmana, znajdującej się obecnie w fundacji Newberry. Kodowana informacja Stamplera też dotyczyła książki ofiary, biskupa Rushmana. Oczywiście, wszystkie te zbieżności można by logicznie wyjaśnić: doniesienia prasowe, dokumenty procesowe i tym podobne. Żadna z tych informacji nie jest tajemnicą.

Vail na chwilę zamilkł, przebiegając wzrokiem po obecnych.

- Ale wiemy jednocześnie, że ten, kto zabił Linde Balfour i Lincolna, musiał posiadać informacje, których nie mógł zdobyć z żadnej dokumentacji. Musiał je uzyskać od Stamplera. Opinia publiczna nigdy się nie dowiedziała, że Rushman był pederastą. Miał wokół siebie gromadkę określaną mianem ministrantów. Czterech chłopaków i jedna dziewczyna. Kręcił z ich udziałem pornograficzne filmy. Na wideo. A potem sam się włączał do tej zboczonej zabawy z dziewczyną lub z którymś z chłopaków, a bywało, że ze wszystkimi. Stampler był jednym z ministrantów. Zamordował dwóch z tej szacownej gromadki. Ale Alex Lincoln umknął mu. Umknęła też przyjaciółka Stamplera, Linda, późniejsza pani Balfour. Teraz nie żyje już żadne z nich, a modus operandi jest identyczny jak w wypadku morderstw popełnionych przez Stamplera.

- Z jedną różnicą - wtrącił Stenner. - Morderca, którego szukamy, zabiera trofea z miejsca zbrodni. Zabawkę Lindy Balfour, klamrę od paska Lincolna. W mojej opinii ten naśladowca Stamplera jest seryjnym mordercą.

- Warto przypomnieć, że po zamordowaniu Lincolna pozostawił na miejscu po-laroidowe zdjęcie zmasakrowanego ciała Lindy Balfour - dodał Flaherty. - Zrobił to, żeby nie było najmniejszej wątpliwości, iż jest autorem obu morderstw.

- Żadna z informacji na temat wspomnianych skłonności Rushamana nie została ujawniona podczas procesu Stamplera - ciągnął Vail. - Mieliśmy dwa nagrania jednej z orgiastycznych sesji ministrantów. Jedno z nagrań miała Jane, drugie ja, Po procesie taśmy zostały skasowane. W naszej opinii obecne morderstwa są inspirowane przez Stamplera, ale nie wiemy, jak on to robi i jak w pierwszym etapie nawiązał kontakt ze swoim alter ego. Być może w czasie ostatniej rozmowy ze mną Stampler jakimś słowem się zdradził, właściwie chciał mi dać znać, podsunąć kierunek myślenia, naprowadzić mnie na trop mordercy...

- Po co miałby to czynić? - spytał Meyer.

- Bawi się ze mną w kotka i myszkę. Stampler jest psychopatą. Posłuchajcie nagrania rozmowy, nim zaczniecie zadawać dalsze pytania. Może ja tkwię zbyt blisko sprawy. Może któreś z was dostrzeże coś, czego ja nie zauważyłem.

- A może pan się myli - wtrącił Flaherty z półuśmiechem. - Może on wcale nie zamierzał naprowadzać pana na trop i w jego wypowiedziach nie ma nic celowo dodanego.

- Uważasz mnie za paranoika, Dermott?

- Coś w tym rodzaju.

Vail roześmiał się, wzruszając ramionami. - Możliwe, wszystko możliwe. Ale kto wie, czy moja paranoja nie jest usprawiedliwiona. Wy wszyscy, tutaj obecni, zdecydujecie.

Vail włączył magnetofon na sam początek rozmowy z Woodwardem. Dosłownie wszyscy, łącznie z Jane, słuchali z zapartym oddechem, analizując każde zdanie, ba, każde słowo, gdy Woodward pewnym siebie głosem opisywał swe ośmioletnie doświadczenie z Aaronem Stamplerem. Ujawnienie, że Aaron Stampler jest obecnie Raymondem Yulpesem, wywołało ogólne poruszenie.

Od kilku minut szło już nagranie rozmowy Yaila ze Stamplerem/Yulpesem, kiedy Dermott Flaherty poderwał się wołając: - Stop, stop! Chcę tego posłuchać jeszcze raz.

Vail włączył magnetofon.

- Proszę cofnąć o minutę.

Vail spełnił życzenie i ponownie włączył odgrywanie.

Vail: Czy Aaron albo Roy mówili kiedykolwiek o zamordowaniu starego

kaznodziei...? Nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska. To było ponad

dziesięć lat temu...

Vulpes: Shacklesa?

Vail: Tak, Shacklesa.

Vulpes: Roy się tym niezmiernie chwalił. Nienawidzili starucha.

Vail: Chyba więcej niż nienawidzili.

Vulpes: Chyba ma pan rację. On był ich pierwszym.

Vail: Tak właśnie słyszałem.

Vulpes: Nie wiem, po co pan mnie o to pyta, panie Vail. Pan pewno wie

o tym więcej niż ja.

Vail: Wątpię. A inni? O nich też mówił? Też się chwalił?

Vulpes: Ma pan na myśli brata i dawną przyjaciółkę, Mary Lafferty?

Vail: jej nazwisko też zapomniałem.

Vulpes: Lafferty. Mary Lafferty.

- Oto klucz zagadki - powiedział Flaherty. - Sygnał dany przez Stamplera. Powtarza trzy razy nazwisko Lafferty. Ponieważ nigdy nie słyszałem o Mary Lafferty, nie wychwyciłem tego poprzednio. I nie było tego nazwiska w moim raporcie, a więc o tym nie wiedziałeś, Marty. - Flaherty uznał, że po tym sukcesie ma prawo zwracać się do Yaila mniej formalnie, mimo że jest to konferencja całego personelu.

- O czym nie wiedziałem? Czego poprzednio nie wychwyciłeś? Mówże jasno!

- Nazwisko na paczce, którą Lincoln dostarczał, kiedy został zabity. Nazwisko nadawcy paczki brzmiało M. Lafferty. Pozornie nie ma sposobu, by Stampler mógł o tym wiedzieć. Ty nie wiedziałeś, prasie nie ujawniono żadnych szczegółów.

Rewelacja Flaherty'ego wywołała ożywioną dyskusję. Najbardziej podniecony był St. Claire.

- Czy to nam nie wystarczy, żeby powstrzymać starego Woodwarda w jego głupotach? No bo czy to nie dowodzi, że Yulpes, czy kim tam, do cholery, jest, wiedział o tych morderstwach?

- To nie czyni najmniejszej różnicy. Występuję w aktach jako obrońca Stamplera

- oparł Vail. - Nie wolno mi przedsiębrać żadnych działań przeciwko jego interesom. Nie mogę nawet świadczyć przeciwko niemu w sądzie. Tak czy inaczej wszystko, co przeciwko niemu mamy, streszcza się do dowodów o charakterze poszlakowym. Oprócz tego są tylko domysły. Niestety, potrzeba by dużo więcej, by powstrzymać Woodwarda. On w Yulpesie widzi swój osobisty sukces medyczny, l Yulpes zdaje sobie z tego sprawę. Natomiast masz rację co do paczki, Dermott. Yulpes wiedział, że znam nazwisko nadawcy. Powtarzając je dawał mi do zrozumienia, że miał coś wspólnego ze zbrodniami popełnionymi na Alexie Lincolnie i Lindzie Balfour.

- I jeszcze jedno - wtrąciła Jane Yenable. - Czy nic was nie uderza w nazwisku Yulpes?

Obecn spojrzeli po sobie i pokręcili głowami.

- Po łacinie vulpes znaczy lis.

- Najchytrzejsze ze zwierząt powiedział Stenner.

- Jeszcze jedna cholerna wskazówka z jego strony - mruknął St. Claire.

- Przez ułamek sekundy widziałem ten jego wzrok, Janie - powiedział Yail. - To spojrzenie, o którym wspominałaś, rozognionych oczu pełnych czystej nienawiści. Spojrzenie mordercy. Przez chwilę widziałem jakby czterech jeźdźców Apokalipsy...

- No, ja też mam pewną informację, która pozwoli nam pośmiać się na koszt pana Yulpesa - włączyła się do rozmowy Naomi. - Informacja mieści się we wniosku przedstawionym do podpisu sędziemu, który zezwolił na urlop Yulpesa.

- Gdzie to zdobyłaś? - spytał Yail.

- Kiedyś uczestniczyłam w seminarium z sądową urzędniczką właśnie stamtąd. Przefaksowała mi to - wyjaśniła Naomi i szelmowsko mrugnęła. Przerzuciła kilka kartek. - Wynika z tego dokumentu, że pan Stampler ma fobię.

- Fobię? Jaką fobię? Na co znowu cierpi? - zaciekawił się Yail.

- Boi się ciemności. - Prychnęła z rozbawieniem.

- Boi się ciemności? - spytała z niedowierzaniem Jane Yenable.

Flaherty wybuchnął głośnym śmiechem na myśl o mordercy-szaleńcy, który w mroku trzęsie się ze strachu.

- Tak. Boi się śmiertelnie ciemności - potwierdziła Naomi. - Od kiedy przebywa w Daisyland ma pozwolenie na spanie przy zapalonym świetle.

- I nadal tak sypia? - spytał Yail.

Naomi skinęła głową. - Lekarze, którzy podpisali wniosek o udzielenie mu urlopu, Woodward, Ciaffo i Bascott, twierdzą, że cierpi na tak zwaną nieagresywną fobiczną reakcję. Przyczynę widzą w przeżyciach w wieku dziecięcym.

- No dobrze, ale przecież Woodward twierdzi, że jego Raymond nigdy nie przejął od Aarona jego przeżyć. Nie zna ich i nie doświadczył traumatycznych przeżyć swego poprzedniego wcielenia - zauważyła Shana Parver. - Słyszałam wyraźnie, jak Woodward mówi, że Raymond nie cierpi na psychologiczne zawirowania Aarona czy Roya.

- Skąd więc nagle cierpi na fobię Stamplera? - dokończył pytaniem St. Claire.

- Właśnie. Tej jednej rzeczy Stampler nie potrafi ukryć - stwierdził Yail.

- I doktor Woodward nie zwrócił na to uwagi? Jakże mógł tego nie zauważyć?

- spytała Naomi.

- Po prostu nie chciał dostrzec - powiedział Yail. - Przygotował już miejsce na ścianie na dyplom Nagrody Nobla z medycyny.

- A może umknęło to jego uwadze - podsunęła Jane Yenable, podchodząc bardziej rzeczowo do sprawy. - Stampler od samego początku spał przy zapalonym świetle, od lat. No i Raymond przejął ten obyczaj. Uwaga na ten temat we wniosku sądowym mogła być dawniejszą ewaluacją.

- Boi się ciemności... - mruknął Stenner. - Zupełnie zrozumiałe. Czego Stampler najbardziej nienawidził i czego się bał? Pracy w kopalni.

- W kopalni potrafi być ciemno. Ciemniej niż w schronisku, w którym mieszkał później - dodał St. Claire.

- Ale nie tak mroczno, jak w duszy Stamplera - stwierdziła filozoficznie Jane Yenable.

- Myślę, że potrafię odpowiedzieć na jedno ważne pytanie - spokojnym głosem odezwał się Bobby Hartford. - Chyba wiem, jak trafił na ślad Lincolna i Lindy Balfour. Pójdę do mojego biurka zatelefonować. Przełączę aparat na głośnik tu, u Marty'ego. Będziecie wszyscy słyszeć.

- Dokąd zamierzasz dzwonić? - spytał Flaherty.

- Chciałbym zadzwonić do wydziału rejestracji pojazdów mechanicznych stanu Minnesota.

Hartford wyszedł i po chwili usłyszeli, jak wystukuje numer. Z głośnika popłynął niski głos:

- Wydział rejestracji pojazdów, sierżant Colter.

- Cześć, sierżancie. Mówi detektyw John Standish z Chicago, jak tam u was leci?

- Jako tako. Czym mogę służyć, sąsiedzie?

1 - Poszukujemy świadka w starej sprawie o zabójstwo. Przed dwoma laty zniknął nam z oczu, a teraz otrzymaliśmy cynk, że był widziany na waszym podwórku. Może go pan przepuścić przez wasz komputer?

- Czemu nie. Ma on jakieś nazwisko?

- A jakże. Ma. Alexander Sanders Lincoln. Biały, lat dwadzieścia sześć.

- Poczekaj minutkę, sąsiedzie.

W głośniku słychać było wyraźnie wystukiwanie na klawiaturze komputera.

- Masz pecha, sąsiedzie. Mieliśmy go do roku 1991, potem jego prawo jazdy wygasło... Ale poczekaj, poczekaj... jest tu wpis. W listopadzie 1991 wydział komunikacji w Missouri prosił o informacje na jego temat. Prawdopodobnie ubiegał się o zawodowe prawo jazdy. Tu był czysty i to im powiedzieliśmy.

- Dzięki, będę próbował w Missouri. Dzięki, sierżancie! Był mi pan niezmiernie pomocny.

- Zawsze do usług.

Hartford odwiesił słuchawkę, a po chwili wystukał kolejny numer.

- Tu wydział rejestracji pojazdów mechanicznych stanu Illinois. Dyżurny Ander-son. Czym mogę służyć?

- Cześć, Andersen. Tu detektyw Standish, departament policji w Chicago.

- Dzień dobry, Standish. Jaki macie problem?

- Mamy tu stary nakaz aresztowania. Jego ważność już się kończy. Chodzi o kobietę. Linda Gellerman. Biała. Lat dwadzieścia sześć. Mamy cynk, że wróciła do Illinois. Niech pan zerknie do swojego komputera, może nam z niego wyskoczy.

- Gellerman? Dwa „l"?

- Dwa „l".

Długa cisza, a potem: - Jest. Linda Gallerman... Dwa lata temu wyszła za mąż i otrzymała nowe prawo jazdy na nazwisko męża. Teraz nazywa się Linda Balfour, 102 Poplar Street, Gideon, Illinois.

- Ale mi dobrze poszło. Mogę teraz mieć wolną resztę dnia. Anderson roześmiał się. - Gdybym i ja mógł to zrobić.

- Dziękuję, kolego. Zapraszam na kawę.

- Może kiedyś skorzystam. Do widzenia.

Hartford wrócił do gabinetu Yaila i zajął swoje poprzednie miejsce na podłodze.

- Kawał stary jak świat. W ten sposób dowiadywałem się numerów rejestracyjnych samochodów ku-klux-klanowców, ich nazwisk i adresów. Dzwoniłem do nich jako funkcjonariusz FBI i radziłem, żeby siedzieli cicho, bo inaczej... Po takim telefonie na pewien czas się uspokajali.

- Stampler mógł zrobić to samo z Daisyland, gdyby miał dostęp do telefonu -powiedział Flaherty.

- Stampler nie ma dostępu do telefonu - odparł Vail.

- A warsztat w którym pracuje?

- Tam nie ma telefonu.

- Mógł to zrobić morderca - podsunął St. Claire.

- Ciarki mnie przeszły, kiedy mówił o Lindzie Gellerman - wyznała Shana Parver. - Przed dwoma laty dziewczyna była taka pewna, że ma przed sobą spokojne życie.

- I miała - wtrąciła Naomi. - Nie wiedziała tylko, że będzie krótkie.

- A więc uważasz, Marty, że on przez cały czas udaje? - spytał Flaherty.

- A ty co sądzisz? - Vail zwrócił się do Stennera.

- Nie wierzę w istnienie żadnego Roya. Nie ma go i nigdy nie było. Jestem przekonany, że żaden Yulpes także nie istnieje. Stampler był i jest chytrym psychopatycznym zabójcą, mordującym z zimną krwią.

- Czy byłby pan łaskaw to sprecyzować - poprosiła z uśmiechem Jane Yenable, wywołując tym śmiech i 9bniżając znacznie napięcie, które poprzednio szybko wzrastało.

- Miałbym wielkie trudności z udowodnieniem tego w sądzie, ale całkowicie zgadzam się z Ablem - powiedział Vail. - Moim zdaniem Stampler przez całe dziesięć lat wszystkich wodził za nos.

- l wszystko, co robi, jest opatrzone jakimś sygnałem do nas adresowanym -zauważył St. Claire.

- Tak. Wszystko, co robi. Każdy krok. Nawet jego nowe nazwisko ma symboliczne znaczenie - znużonym głosem podsumował Hartford. - Lis! On z nas się śmieje.

- Jego ostatni sygnał brzmi: „Złapcie mnie, jeśli potraficie" - mruknął Vail. -Cholera! Jutro rano Raymond Yulpes opuści Daisyland na całe sześć tygodni! I na pewno pierwsze kroki skieruje tu. Abel, dwóch ludzi ma go pilnować przez dwa-

dzieścia cztery godziny na dobę! Nie dreptać mu po piętach, ale być w takiej odległości, by filmować go na wideo. Chcę wiedzieć, z kim rozmawia, z kim się kontaktuje, gdzie chodzi.

- Czy to nie będzie na pograniczu szykany? - spytał St. Claire. - Potem w sądzie...

- Nie - odparł spokojnie Yail. - W tym przypadku to nie jest szykaną. Byłoby szykaną, gdybyśmy go zwabili w zaułek i zatłukli.

Te słowa Yaila wszystkich niesłychanie zaskoczyły. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, by ich przełożony mówił z podobnym jadem i nienawiścią o jakimkolwiek oskarżonym czy podejrzanym.

- Brak nam odpowiedzi na dwa istotne pytania - zauważył Flaherty. - Jak zwerbował seryjnego zabójcę i jak go wpuszcza w teren?

- Zdaje się, że coś przeoczyliśmy - odezwał się St. Claire. - W procesie Stamplera było ogółem dopuszczonych przez sąd dwadzieścia kilka kaset wideo. Dokładnie dwadzieścia trzy. Oprócz tych dwu, o których wspomniałeś, Marty...

- Dwadzieścia trzy? - zdziwił się Yail.

- To prawda. Zapomniałeś, Marty? Sędzia Shoat chciał przejrzeć wszystkie nagrania, jakie doktor Arrington... Te ze Stamplerem. Sędziemu chodziło o wsparcie wniosku, a właściwie ugody, by Stamplera wysłano do Daisyland...

- Zupełnie o tym zapomniałem - przyznał Yail. - Nigdy nie otrzymałem z powrotem tych nagrań.

- Molly Arrington je otrzymała - wyjaśnił St. Claire. - Mniej więcej w tydzień po zakończeniu procesu. Ma je od dziesięciu lat, jeśli się ich nie pozbyła.

- Dlaczego miałaby się pozbywać? - wtrąciła Shana Parver. - One stanowią wspaniały materiał naukowy.

- I to nas doprowadza do istotnego punktu - wtrąciła Jane Yenable. - Może popełniamy błąd, podchodząc do problemu z niewłaściwej strony...

- Co pani ma na myśli? - spytał Stenner.

- Na myśli mam to, że to może nie Stampler wyszukał potrzebnego mu seryjnego zabójcę. Może seryjny zabójca zgłosił się do niego sam...

30

- Chodź do kantyny i raz zjedz ze wszystkimi. Przynajmniej raz przed urlopem. Co ty na to, Raymond? - spytał Terry.

- Przez dziesięć lat obywałem się bez tego, więc niby dlaczego teraz miałbym zmieniać stary obyczaj. Poczekam, a w mieście zafunduję sobie lody z bitą śmietaną i hot doga.

Terry roześmiał się. - Ty i te twoje lody! Muszę teraz zaryglować drzwi. Przepraszam, ale przepisy.

- Rozumiem. Co za różnica, godzina wcześniej czy później. Poza tym mai pakowanie. Moje narzędzia...

- Prawda, prawda. Jestem dumny z ciebie, Raymond.

- Dziękuję, Terry. Będzie mi ciebie brakowało.

- ! mnie ciebie. - Roześmiał się. - Cholera, jesteś właściwie jedyny, z którym mogę sobie pogadać. Który na pytania odpowiada z sensem. Jak będę wracał, przyniosę ci Coca-Colę.

- Dzięki.

Terry zatrzasnął za sobą kratę i przekręcił klucz. Yulpes wsłuchiwał się w oddalające kroki. Potem otworzył jedną z warsztatowych szafek, wyjął magnetowid i ustawił na blacie. Małym śrubokrętem odkręcił cztery śruby zabezpieczające pokrywę. Zdjął ją i ustawił tak, by zasłaniała od strony drzwi wnętrze magnetowidu. Spojrzał przez szybę okienną na znajdujące się po drugiej stronie biuro zakupów. Pracowały tam trzy kobiety. Dwie stały właśnie w drzwiach. Trzecia, Yerna Mableton, spacerowała tam i z powrotem pod oknem, rozmawiając przez telefon komórkowy. Pomachała do kobiet w drzwiach. Na ten znak wyszły. Yerna usiadła za biurkiem, nadal rozmawiając przez telefon.

Yulpes obserwował ją. Twarz miał bez wyrazu. Od czasu do czasu obracał się w kierunku drzwi prowadzących do warsztatu.

W magnetowidzie znajdował się malutki komputerek. Własnej roboty. Piętnaście centymetrów na dziesięć, wysokość najwyżej pięć. Wyglądał jak klawiatura z podłużnym ciekłokrystalicznym ekranem. Obok komputera we wnętrznościach magnetowidu tkwiło czarne pudełeczko siedem na siedem centymetrów i na pięć głębokie. Yulpes wyjął oba przedmioty, ustawił obok siebie na blacie i, stale zerkając na drzwi, połączył kawałkiem telefonicznego kabla pudełeczko z minikomputerem.

Yulpes był niezmiernie dumny z tej aparatury - modem z klawiaturą. Sam to zbudował. Jeszcze bardziej był dumny z pudełka nadawczego. Cierpliwie czekał przez ponad rok, nim zepsuł się jeden z komputerów działu zakupów. Zaproponował, że zreperuje go w sobotę, kiedy biuro jest puste. Strażnik czekał na zewnątrz, wygrzewając się w słońcu. Yulpes rozebrał bezprzewodowy telefon i dokładnie skopiował schemat. Czekał przez następne pięć miesięcy, by bez wzbudzenia podejrzeń móc zamówić potrzebny mu element wraz z innymi częściami. Kolejne cztery miesiące zajęło mu skonstruowanie duplikatu telefonu bezprzewodowego z biura zakupów. Był to w istocie wybieracz numerów dla modemu.

Spojrzał przez szybę na biuro. Yerna wstała, skinęła głową i odłożyła przenośną słuchawkę na aparat. Wzięła torebkę i wyszła z biura. Yulpes włączył minikomputer i na klawiaturze wystukał MODEM. Po sekundzie na małym ekraniku pojawiły się litery ENTER. Wystukał numer telefonu i czekał. Na ekraniku pojawiały się i znikały cyfry. Po kilku sekundach zabłysło trzykrotnie i zgasło hasło POŁĄCZENIE UZYSKANE. Zaczął wystukiwać tekst.

Czy jesteś gotowa, Hydro?

Ależ tak, Lisie, jak zwykle.

Nadszedł czas.

Ach, dziękuję, Lisie!

Jesteś naprawdę gotowa?

Tak, tak, zawsze jestem gotowa.

Sprawdziłaś listę?

Tak. Jest cała czwórka.

No i?

Wybieraj.

Jak zwykle spisałaś się doskonale, Hydra.

Dziękuję, więc kto?

Masz propozycję?

Obojętnie. Bylebyś ty był zadowolony,

Myślę, że...

Tak, tak?

Chyba dziś wieczorem.

Oo! Dziś wieczorem! Dziękuję, bardzo dziękuję!

Hydro!

Tak?

Wiesz, co potem?

O tak, tak... Ktoś idzie.

A więc niech będzie numer trzy.

Numer trzy! Tak, tak!

Yulpes wystukał KONIEC i po chwili ekranik zamarł. Czuł, że serce podskoczyło mu do gardła. Miał erekcję. Usiadł i pochylił głowę. Zasłaniała ją teraz pokrywa magnetowidu. Ciężko dyszał. Nagle nastąpiło wyzwolenie. I wielka ulga. Wziął głęboki oddech i wyprostował się w krześle.

Odetchnął głęboko jeszcze kilka razy i zaczął nudć. Coraz ciszej i wolniej, aż wreszcie był to ledwo słyszalny dźwięk. Serce biło już normalnie. Przeciągle westchnął.

Odłączył małe czarne pudełeczko i ze skrzynki narzędziowej wyjął górną plastikową tackę. Owinął minikomputer i modem w folię ołowianą i ułożył na dnie pudła, po czym przykrył narzędziami.

31

Pilot zgrabnie posadził dwusilnikową maszynę na trawiastym pasie lotniska miasteczka Milford w południowej Dakocie. Tym razem nie było żadnego Tony'ego z Ca-dillakiem, więc Vail i St. Claire wynajęli samochód w agencji, w malutkim budynku portu lotniczego. Do szpitala Justine mieli zaledwie dziesięć kilometrów na południe, po drugiej stronie rzeki Flatrock. Justine różnił się bardzo od Daisyland. Od autostrady oddzielał go gęsty las o szerokości co najmniej siedmiuset metrów. Na szpitalny teren prowadziła szutrowa droga. Gdy Vail i St. Claire wyjechali z lasu, zobaczyli jak na dłoni cały kompleks: stare budynki z czerwonej cegły okalające niewielkie jezioro. Nieco w odosobnieniu, na łące przed lasem, stał wysoki silos, także z cegły

- niczym średniowieczna strażnica. Po jednej stronie jeziora, za budynkami, znajdował się wielki plac okolony wysoką siatką - najwyraźniej teren zabaw. Kilkanaścioro dzieci uczepionych kratownicy wielkiego koła podobnego do karuzeli kręciło się wesoło pokrzykując, a nieopodal siedziała kobieta w grubej czerwonej kurtce i czytała książkę. Na palach na wodzie stał blaszany dach osłaniający łodzie, do których prowadziła z brzegu kładka. Około dwudziestu metrów od brzegu kołysała się bezradnie zapomniana tratwa. To miejsce wydawało się bardzo mile, zwłaszcza w porównaniu z zimną, odpychającą atmosferą Daisyland, sprawiającego wrażenie raczej kolonii karnej niż szpitala.

- Przypomina mi obóz letni, na który raz mnie wysłano, kiedy byłem dzieciakiem

- powiedział St. Claire.

- Jakoś nie mogę sobie wyobrazić ciebie jako dzieciaka - zażartował Vail.

- Miałem wtedy dziewięć lat. Ach, jak ja nienawidziłem tego obozu. Kazano nam pływać w jeziorze. Temperatura wody wynosiła chyba zero. Usta miałem sine przez całe dwa tygodnie. - Splunął na zewnątrz. - Jak się ten facet nazywa? Zapomniałem.

- Lowenstein. Doktor Fred Lowenstein. Jest dyrektorem.

- Miły facet?

- Takie sprawiał wrażenie przez telefon.

- A ona nie chciała z tobą rozmawiać, co?

- Jej sekretarka powiedziała, że odbywa jakąś konferencję. Wtedy poprosiłem o dyrektora...

- Czy on wie, o co chodzi?

- Bardzo ogólnie.

Zatrzymali się przed budynkiem okazalszym od pozostałych. Było to stodolaste gmaszysko z czerwonej cegły, pokryte spadzistym dachem z łupkowych płytek. Na wysypanym żwirem owalnym placu przed wejściem stały samochody. Zaparkowali obok nich. Porywy wiatru znad jeziora wzbijały tumany pyłu. W pobliżu jakiś paro-nastolatek wodą z sikawki usiłował przywrócić schludny wygląd starej poobtłukiwa-nej furgonetce.

- Gdzie możemy znaleźć doktora Lowensteina? - spytał chłopca Vail. - Jego gabinet jest w tym budynku?

Chłopak tylko skinął głową, a potem patrzył za nimi, gdy szli do wejścia.

Hol budynku był wysoko sklepiony i bardzo przestronny. Na ścianie przeciwległej do drzwi wejściowych znajdował się otwarty kominek, a przed nim stała kanapa i kilka foteli o spłowiałych obiciach.

Ukosem do drzwi ustawiono pokiereszowane biurko z klonowego drewna. Za nim siedziała recepcjonistka - tęga kobieta pod pięćdziesiątkę, z niebieskawosiwymi włosami, które upięła niedbale kilkoma tanimi szpilkami. W dziewiętnastowiecznej szklanicy do wody, stojącej na skraju biurka i rozpoznanej przez Yaila jako Water-ford, tkwiło kilka suszonych kwiatów. Na ścianie za kobietą wisiała bardzo stara reprodukcja. Jedynym nowszym wyposażeniem holu był telefon.

- Mogę w czymś pomóc? - uprzejmie spytała kobieta.

- Jestem Martin Vail. Mam umówione spotkanie z doktorem Lowensteinem.

- Aha, wiem. Pan jest z Chicago?

- Tak.

- Szybko pan do nas dotarł - stwierdziła podnosząc słuchawkę telefonu.

- Jeden z cudów techniki. Samolot - wyjaśnił St. Claire. Był wyraźnie rozbawiony.

Przez parę sekund kobieta przyglądała mu się znad nie oprawionych szkieł, potem spuściła wzrok i powiedziała do słuchawki: - Goście z Wietrznego Miasta, doktorze. Już są... Właśnie to stwierdziłam. Odpowiedzieli, że to cud techniki. Samolot... Dobrze... - Gestem dłoni wskazała na prawo w kierunku otwartych drzwi. Uśmiechnęła się przy tym porozumiewawczo do St. Claire'a.

Lowenstein posturą przypominał szykującego się do boju łosia. Miał potężne bary i zmierzwione ciemne włosy, które zasłaniały mu uszy i opadały lokami na kołnierzyk kraciastej koszuli. Rękawy koszuli podwinięte były aż po łokcie, a zniszczone sztruksowe spodnie przyciągały wzrok plamami na kolanach. Całości dopełniała miła ogorzała twarz i ciepłe spojrzenie brązowych oczu. Jakże odmienna była emanująca zeń aura beztroski od wyrachowania widocznego u uzbrojonego w fajkę Woodwarda. Doktor Lowenstein siedział przy staroświeckim biurku z podnoszoną żaluzją i pochylał się nad dużym żółtym motylem przyszpilonym do białego kartonika. Przyglądał się pilnie motylowi przez szkło powiększające. Między stosami papierów i broszur zaścielających biurko stała zapomniana filiżanka herbaty. Doktor podniósł wzrok, gdy usłyszał pukanie we framugę otwartych drzwi.

- Doktor Lowenstein? Jestem Martin Vail. A to jest pan Harve St. Claire.

- Pojawili się panowie niespodziewanie szybko - zauważył Lowenstein. Jego mowa przypominała niedźwiedzie mruczenie.

- W nagłych i specjalnych przypadkach mamy do dyspozycji Cessnę. Godzina lotu lepsza od kilkugodzinnej jazdy samochodem.

- Jestem również tego zdania - odparł doktor, odłożył szkło powiększające i podał spracowaną łapę, w której całkowicie zniknęła dłoń Yaila.

- Ładny okaz - powiedział St. Claire, wskazując głową motyla.

- Pospolity gatunek tropikalnego motyla. Monarcha. Znalazłem go dziś rano na parapecie okna. Pomyślałem, że dzieciaki mogą chcieć mu się przyjrzeć. Napiją się panowie czegoś...? Kawy? Herbaty?

- Nie, dziękujemy - odparł Vail.

Lowenstein rozparł się w fotelu i potężną dłonią wskazał dwa drewniane krzesła.

- Dziękuję panu, doktorze, za gotowość rozmowy z nami - zaczął Vail. - Nie absorbowałbym pana, gdyby nie to, że Molly nie chciała...

- Wiem ogólnie, o co panu chodzi, panie Vail, ale niestety, nie wiem wiele o sprawie Stamplera. Moim zdaniem pan i Molly musicie wspólnie wyjaśnić problem. Jestem ponadto pewien, że Molly odmówiłaby spotkania z panem, nawet gdyby udało się panu porozmawiać z nią przez telefon.

- Dlaczego odmówiłaby?

- Przed czterema laty Molly przeszła ciężki okres. Załamanie psychiczne. Rezultat przepracowania, depresji i alkoholu. Przez półtora roku była tu pacjentką.

- Jakże mi przykro o tym słyszeć. Nie miałem pojęcia...

- Najgorsze jest już za nią. Pozostały skutki uboczne. Niemal przez rok cierpiała na agorofobię. Lęk otwartej przestrzeni. Na szczęście poradziła sobie z tym. Ma teraz domek przy ogrodzie, kupiła samochód. Pracuje głównie z dziećmi. Dobrze jej to idzie. Unika przepracowania. Bardzo inteligentna i błyskotliwa osoba. Przecież otrzymała dyplom z wyróżnieniem na uniwersytecie Indiany. To bardzo dobra kobieta...

- Wiem o tym doskonale - odparł Vail. - Przy procesie Stamplera wykonała wspaniale swoje zadanie.

- Dotknął pan istotnego punktu. Mam wrażenie, że właśnie po tym procesie pozostały nie zagojone blizny...

- W jakim sensie?

- Tego w pełni nie pojąłem. Była bardzo... przygaszona, kiedy tu wróciła. Przez długi czas nie chciała w ogóle rozmawiać o procesie, a kiedy wreszcie dała się pociągnąć za język, mówiła o tym ściśle medycznymi terminami. Wnoszę, że to było przeżycie, którego nie pragnie wspominać.

- Po co pan nas tu zaprosił, skoro ona nie chce z nami rozmawiać?

- Ponieważ stoi pan wobec poważnego zadania. Ona odzyskała, moim zdaniem, odpowiedni stopień odporności psychicznej, by dać sobie z tym radę, wyrzucić z siebie wszystko i wreszcie mieć spokój.

- Czy jest pod pańską osobistą opieką psychiatryczną?

- Była. Jest ponadto osobą mi bliską. Przyjaźnimy się od piętnastu lat. Do jej załamania psychicznego przyczyniły się też problemy związane z bratem. Zna je pan?

- Syndrom stresu odziedziczony po Wietnamie.

- Właśnie. Katatonia. Nigdy się z tego nie otrząsnął. Trudna sprawa.

- Tutaj, w tym szpitalu, jest dobra atmosfera. Doskonały klimat dla rekonwalescentów - stwierdził Vail. - Nie wyobrażam sobie lepszego miejsca dla Molly, by mogła zrzucić z siebie ciężar doznań. Co za różnica z Daisylandem. Oczywiście na waszą korzyść.

- Bardzo dziękuję. Nie ma tu znowu nic tak wspaniałego.

- A więc Molly ostatecznie zgodziła się na rozmowę ze mną?

- Powiedziałem jej, że sytuacja jest bardzo poważna. Nie podałem żadnych szczegółów, ale ona liczy się z moją opinią.

- Dziękuję panu, doktorze. - Vail i St. Claire wstali i pożegnali się z dyrektorem szpitala. Vail zatrzymał się przy drzwiach. - A przy okazji, doktorze. Czy byłby pan łaskaw zdefiniować mi psychopatę? Nie w trudnym żargonie lekarskim, ale o tak, po prostu. Podstawowe cechy.

Lowenstein w milczeniu patrzył przez chwilę na Yaila, a potem skinął głową. -Jest to człowiek całkowicie amoralny, przeważnie paranoik, tłamsi w sobie nieprawdopodobną wściekłość. Potrafi ją dobrze ukrywać. Pamięta pan sprawę tego chłopaka w teksaskim wieżowcu? Nikt nie wiedział, co w nim kipi, póki nie wybrał sobie miasta na strzelnicę. Psychopaci mają skłonność uważania innych za istoty gorsze, w pogardzie mają wszelkie autorytety. Są zdecydowanie antyspołeczni i są patologicznymi kłamcami. Żadne prawa się dla nich nie liczą.

- Skłonności zbrodnicze?

- Tak, potrafią na zimno mordować. Zależy to od rozmiaru ognia złości, który ich trawi. Potrafią być także uroczy, błyskotliwi, inteligentni i dowcipni. Z tego powodu są często mile widziani i towarzysko pożądani. Dlaczego pan o to pyta?

- Wydaje mi się, że Aaron Stampler dokładnie pasuje do tej charakterystyki.

- Jest urokliwy, co? Vail skinął głową.

- No cóż, panie Vail. Dzięki takim jak on zarabiamy na życie - powiedział sentencjonalnie doktor Lowenstein i powrócił do obserwowania swego motyla. - Drugie drzwi na lewo. Molly czeka na was.

Pokój wypoczynkowy doktor Molly Arrington sąsiadował z jej gabinetem i był przykładem skromnej elegancji - niewielki, ale przytulny. Dominującym meblem była sofa obita ciemnozieloną materią, obładowana mocno wypchanymi poduchami i poduszeczkami. Po jej obu stronach stały bujaki z ciemnego dębu, wraz z sofą tworząc niszę, której patronował antyczny stolik do kawy. Ściany pokrywała tapeta w popielato-białe paski. Na jedno z oparć sofy rzucono niedbale samodziałowy pled z wyhaftowaną na nim biało-czarną krową. Na stoliku do kawy stało naczynie podobne do tuby z jedną żółtą gerberą. Przez okno przenikało miękkie światło dnia, żłobiąc głębokie cienie w kątach pokoju.

- Cześć, Martin - powiedziała Molly wychodząc z cienia. Był to właściwie szept. Yaila zaskoczył wygląd Molly Arrington. Wydawała się mniejsza, niż ją sobie przypominał. Gładka niegdyś skóra policzków była pokryta zmarszczkami. Kasztanowe włosy pokrył jakby popiół, a miejscami wyzierały zbielałe kosmyki. Bladoniebieskie oczy miały wyraz człowieka osaczonego. Półtora roku psychiatrycznego leczenia pozostawiło ślady, ale mimo to otaczała ją aura przedziwnej determinacji. Widać to było po wysuniętym podbródku i w napięciu ramion.

- Cześć, Molly. Miło cię znowu widzieć.

- Dziesięć lat - westchnęła. - Kawał czasu. Wcale się nie zmieniłeś, Martin. Wejdźcie, panowie i siadajcie. - Uśmiechnęła się do St. Claire'a. - Jestem Molly -powiedziała, podając rękę.

- Jestem Harve St. Claire, pani doktor - przedstawił się. - Bardzo mi miło. Vail usiadł na sofie, a Harvie na jednym z bujanych foteli.

- Ślicznie jest tu u was - powiedział Vail. - Przypomina mi ekskluzywne szkoły średnie w Nowej Anglii. Teraz rozumiem, dlaczego tak lubisz to miejsce, Molly.

- Fred nazywa to enklawą wszechmądrości. Wiesz, że przez długi czas przebywałam w tutejszym szpitalu?

- Powiedział mi.

- Teraz mieszkam przy drodze do miasteczka. Chodzę tam po sprawunki, do kina... Już nie cierpię na agorofobię... - poinformowała z zawstydzonym uśmiechem.

- Właśnie przed chwilą się dowiedziałem, że byłaś chora. Jest mi niezmiernie przykro...

- To było bardzo dziwne przeżycie. Mam na myśli bycie jedną z nich, miast kimś z nas... Pozwoliło mi to dostrzec życie z innej strony. Inna perspektywa... -Z szuflady wyjęła popielniczkę i postawiła na stole. - Możesz tu palić. - Wydawała się spokojna i opanowana. Vail był ciekaw, czy może to być rezultat zażywanych środków uspokajających.

- Co się dzieje z Tommym Goodmanem? Jest ciągle z tobą? - spytała.

- Tommy poznał córkę króla win z Napa Yalley i jest teraz wiceprezesem firmy ojca swej żony, jeździ Rolls-Royce'em i ma trzyletniego syna, który ma zadatki na dobrego węszyciela.

Molly roześmiała się serdecznym niewymuszonym śmiechem, odrzucając do tyłu głowę i zamykając oczy.

- Tommy krezusem! Aż trudno w to uwierzyć. A ty?

- Jestem prokuratorem okręgowym.

- Chyba żartujesz?!

- Niestety, nie żartuję. A Harve jest jednym z moich dochodzeniowców. Swego czasu pomagał wytropić Pancho Yillę.

St. Claire zachichotał. - Taki stary to ja jeszcze nie jestem.

- A Naomi?

- Nadal prowadzi biuro.

Molly wstała i podeszła do niewielkiej lodówki w kącie pokoju. - Coca-Cola albo sok owocowy?

- Napiję się Coli.

- Ja także, pani doktor - poprosił Harve.

- Może być prosto z butelki?

- Nigdy inaczej nie pijam - przytaknął Harve.

Otworzyła trzy butelki i papierową serwetką starannie przetarła szyjki. Owinęła każdą z butelek płócienną serwetką i wróciła z nimi na miejsce. Usiadła i zapaliła papierosa.

- Chodzi o Aarona Stamplera? -Tak.

- Wypuszczają go?

- Jak zgadłaś? - spytał Vail.

- No cóż, dziesięć lat...

- A jaki to ma związek z jego wypuszczeniem?

- Mogli go przez ten czas wyleczyć.

- Stampler jest niewyleczalny.

- Przed dziesięcioma laty wyrażałeś pogląd, że można go wyleczyć.

- Niezupełnie. Mówiłem tylko, że jeśli będzie wyleczony, to powinien być zwolniony, a nie wysłany do Alkatraz w celu odbywania dalszej kary.

- Jaka jest oficjalna diagnoza?

- Nabyta nowa osobowość.

- Rozumiem.

- jego psychiatra twierdzi, że nowa osobowość całkowicie zastąpiła poprzednią. Nową osobowością jest Raymond Yulpes. Aaron i Roy poszli w diabły. Do piekła, do kręgu rozdwojonych jaźni. Ta nabyta osobowość ma być rzekomo ostateczna.

- Jesteś cyniczny, Martin. Czy nie czujesz najmniejszej satysfakcji? Przecież ocaliłeś istotę ludzką.

- Nie czuję żadnej satysfakcji. Przeciwnie, mam poczucie winy.

- Dlaczegóż to, na miłość boską?

- Ponieważ mu nie wierzę. Nie wierzę w to, by kiedykolwiek istniał jakiś Roy. Moim zdaniem Raymond jest wytworem wyobraźni Aarona, a nie jego nową osobowością. Powstaniu Raymonda sprzyjała pycha Woodwarda...

- Sama Woodwarda? On jest jego lekarzem?

- Od ośmiu lat. Znasz Woodwarda?

- "Wyłącznie jego reputację.

- A jaką ma reputację?

- Doskonałą. Jest bardzo ceniony w środowisku. Myślisz, że Stamplerowi udało się oszukać Woodwarda, mnie, ciebie i psychiatrów sądowych, prokuratora, sędziego?...

- Nas wszystkich. Tak uważam. Uważam, że Stampler jest psychopatą i doskonałym aktorem.

- To niemożliwe, Martin.

- Czy przypominasz sobie, Molly, jak mi powiedziałaś, że tuż przed tym, kiedy po raz pierwszy objawił ci się Roy, poczułaś chłód w pokoju i nie mogłaś oddychać? Przypominasz to sobie?

- Dobrze to sobie przypominam. Nigdy przedtem czegoś podobnego nie doświadczyłam.

- Wydarzyło się to i mnie, kiedy wszedłem do pokoju i zobaczyłem Stamplera, czy też Yulpesa, po raz pierwszy od dziesięciu lat. Był to dla mnie zimny prysznic. I przyszło objawienie. Poczułem się tak, jakbym nagle znalazł się w obliczu uosobienia zła. Mnie również nic podobnego nie zdarzyło się w przeszłości.

- Rozumiem. Antycypacja. Najwyraźniej miałeś w pamięci ostry obraz stworzony na bazie mojego opisu wydarzenia... Oczekiwałeś tego i...

- Odczułem to, nim go jeszcze zobaczyłem... nim sobie zdałem sprawę, że jest w pokoju.

Po długiej chwili milczenia Molly spytała: - Kiedy się tam udawałeś, odczuwałeś niepokój?

- Niepokój nie. Po prostu czułem się niewyraźnie.

- Czułeś się niewyraźnie, ponieważ miałeś spotkać się z nim ponownie?

- To mogło być częściowym powodem. Ale głównie dlatego, że nie lubię Daisy-land.

- Nie ma powodu, abyś lubił to miejsce. Wyprawa do Daisyland to nie pójście do teatru.

- Nie o to mi chodzi. W Daisyland... nie wiem, jak to określić... panuje atmosfera beznadziejności.

Vail usiłował powoli odsłaniać przed Molly cel swojej wizyty, wzbudzić jej zaufanie, ale szło mu opornie. Rozmowa nie toczyła się jeszcze swobodnie.

- Harve, czy byłbyś łaskaw opuścić nas na minutkę? - zwrócił się do St. Claire'a. Harve spojrzał bacznie na Yaila i bez słowa wyszedł.

- To, co ci teraz powiem, byłoby w normalnych warunkach pogwałceniem zasady konfidencjalności rozmów klienta z adwokatem... - zaczął Vail. - Ponieważ jednak byłaś jego psychiatrą, mam prawo podzielić się tą informacją z tobą. Będziesz jednak obowiązana do zachowania lekarskiej tajemnicy zawodowej...

Powtórzył jej ostatnie słowa Aarona skierowane do niego po procesie.

- On nie żartował - zakończył. - Myślę, że to pycha kazała mu to powiedzieć.

- Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym wtedy?

- Co by to zmieniło? W pięć minut po zakończeniu procesu Stampler mógł ze stopni budynku sądowego obwieścić całemu światu, że jest zdrowy na umyśle i że z zimną krwią zabił trzy osoby, i nikt nie mógłby nic mu zrobić. Przyznał się do trzech morderstw, otrzymał wyrok. Nikt i nic nie mogło tego zmienić. Według naszego prawa nie można być dwukrotnie sądzonym za to samo przestępstwo.

- Ale właśnie ty powiedziałeś mi, że rzeczą adwokata jest wyszukiwanie furtek w prawie i wykorzystywanie ich tak, aby prawo musiało zostać zmienione.

- Tak, ale podczas normalnego procesu sądowego. Czy jeszcze nie rozumiesz, Molly, że nie ma sposobu postawienia Raymonda Yulpesa przed sądem? Ty i ja jesteśmy związani tajemnicą zawodową. Gdybym wówczas poszedł do sędziego Shoata i powiedział mu, że popełniłem omyłkę, i podparłbym się słowami Aarona, to zostałbym pozbawiony prawa wykonywania zawodu. Biorąc pod uwagę niechęć, • jaką Shoat mnie obdarzał, nie ma wątpliwości, że zostałbym usunięty z adwokatury. Po co ci więc miałem cokolwiek mówić? Nic nie mogłabyś zrobić.

- I teraz, kiedy mają go wypuścić, przychodzisz do mnie z powodu uwagi, jaką Stampler zrobił przed dziesięcioma laty?

- Sprawa jest bardziej złożona...

- Ale to nie jest moja sprawa - odparowała.

- Święta prawda, ale potrzebna mi jest każda pomoc, którą mogę uzyskać. Vulpes wychodzi ze szpitala. Nie mogę nic na to poradzić. Ja to wiem i Yulpes to wie. Woodward wierzy, że Aaron i Roy już nie istnieją. Wierzy w Raymonda Yulpesa. I przekonał o tym psychiatryczną radę stanową.

- Zapładniasz mnie niemiłymi myślami. Kocham medycynę, podobnie jak ty kochasz prawo. Jeśli to, co mówisz, jest prawdą, to nie wiem... chyba zawiedliśmy nasze profesje...

- Nie ty. Ty wykonałeś dobrze swoje zadanie.

- A jednak chyba niezbyt dobrze.

- On nas oboje omamił, Molly. Tyle że ja wtedy chciałem być omamiony. Chciałem mu wierzyć, ponieważ to była jedyna droga do odniesienia sukcesu w sprawie. Jakie to paradoksalne, prawda?

- Podejdź do tego z praktycznego punktu widzenia. Skoro twierdzisz, że nic nie możesz na to wszystko poradzić, zapomnij o całej sprawie. Bo właściwie to już nie jest twoja sprawa.

- Niestety, to jest moja sprawa. On chce, by była.

- Co masz na myśli mówiąc, że on tak chce? Yail zaprosił St. Claire'a z powrotem.

- Co najbardziej utkwiło w twojej pamięci w sprawie o zamordowanie biskupa Rushmana? - zapytał.

- Co najbardziej mi utkwiło w pamięci? Zdjęcia - odparła Molly. - Okropne. Przerażające.

- Co jeszcze? Co na temat ministrantów? Czy przypominasz sobie ich nazwiska?

- Obawiam się, że nie. Pamiętam, że ich zabił.

- Nie wszystkich. Jeden uciekł. Nazywał się Alex Lincoln. Przypominasz sobie przyjaciółkę Stamplera?

- Tak. Raz ją spotkałam. W tym schronisku...

- Wiem. Nazywała się Linda Gellerman.

- Była okropnie przestraszona, l była w ciąży. Z tego, co pamiętam, miała mieć skrobankę.

- Tak. Wydobyła się z tego wszystkiego. Zmieniła całkowicie życie. Przed dwoma laty wyszła za mąż za dobrego człowieka. Urodziła syna.

- Miło usłyszeć opowieść z happy endem.

- Niestety. To nie jest jeszcze zakończenie. Koniec jest inny. Przed paroma miesiącami ktoś wszedł rano do jej domu i zaszlachtował ją na oczach dziecka.

- O Boże...!

- Teraz ktoś zrobił to samo z Alexem Lincolnem. Dokładnie ten sam modus operandi co przy morderstwach popełnionych przez Stamplera. Podobne okaleczenie organów płciowych i te same symbole wypisane na karku. Wiemy, że te dwa ostatnie morderstwa popełniła ta sama osoba, jedno w południowym Illinois, drugie w pobliżu miasta St. Louis. Ale Stampler przebywał wówczas w zamkniętym oddziale w Daisyland, nie otrzymał żadnego listu i nikt go nie odwiedził od blisko dziesięciu lat.

- Niemniej uważasz, że jest w to zamieszany?

- Musi być.

- W jaki sposób?

- Nie wiemy, w jaki sposób, i nie wiemy, dlaczego. Jestem absolutnie pewien, że steruje swoim naśladowcą. Uważamy, to znaczy ja i Harve, że to może mieć związek z transferencją.

- Z transferencją? Nie rozumiem, dlaczego?

- Czyż nie jest prawdą, że transferencją czasami wywołuje u pacjenta przedziwne objawy irracjonalnego oczekiwania na uznanie ze strony ludzi, z którymi żyje i pracuje? l że ten stan może stworzyć poważne problemy?

- Oczywiście, że tak może być. Przyczyna jest prosta. Każda istota ludzka szuka aprobaty rodziców, rodziny, opiekunów, przełożonych. Zniweczenie nadziei na taką aprobatę może wywołać gniew i inne agresywne reakcje. Mogą nastąpić skrzywienia charakterologiczne.

- Albo jeszcze gorzej?

- Albo jeszcze gorzej.

- I nasilenie oraz trend tych zmian nie muszą być natychmiast oczywiste dla psychiatry?

- Najczęściej symptomy nienormalnego zachowania stanowią powód, dla którego dany człowiek zaczął być leczony.

- Nie o to pytałem.

- O co ci chodzi? Co w konkretnym przypadku przypuszczasz czy zakładasz?

- Zakładam, że być może człowiek, którego leczyłaś, mógł mieć chorobę psychiczną znacznie poważniejszą, niż mogłaś...

Zaczerwieniła się i suchym tonem stwierdziła: - Widzę, Martin, że nie masz dobrego wyobrażenia o mojej fachowości.

- Ależ wprost przeciwnie. Cenię cię niesłychanie wysoko.

- Ale nie na tyle, by mnie wówczas, podczas procesu, wezwać na świadka?

- Do diabła! Spełniłaś doskonale swoje zadanie. Gdyby nie ty... - przerwał, zdając sobie sprawę, dokąd zaprowadzić go może ta myśl.

Dokończyła Molly: - Gdyby nie ja, to nie miałbyś teraz kłopotów. Czy nie to zamierzałeś powiedzieć?

- Nie, nie i nie! - zaoponował. - Za cały problem ja ponoszę winę i tylko ja.

- No to nie dawaj do zrozumienia...

- Ja nic nie daję do zrozumienia!

- Owszem. Sugerujesz, że jeden z moich pacjentów jest ściganym przez ciebie mordercą.

- Nie. My tylko uważamy, że Stampler mógłby być mordercą. Czy masz jeszcze te nagrania ze Stamplerem?

- Mam.

- Gdzie one są?

- Pod kluczem.

- Ale gdzie?

- W moim gabinecie.

- Czy możemy je zobaczyć?

- Szukając czego?

- Czy możemy je zobaczyć? - powtórzył Vail z naciskiem.

Wstała i otworzyła drzwi do gabinetu. Wszystkie ściany obudowane były oszklonymi półkami pełnymi teczek. Na końcu jednej z nich leżały magnetowidowe nagrania rozmów ze Stamplerem, każde w osobnym pudełku z datą na grzbiecie. Dwadzieścia trzy pudełka. Wszystkie półki z przesuwanymi szklanymi drzwiami zamknięte były na klucz.

- To moje archiwum - obwieściła. - Mam tu nagrania megnetowidowe większości moich rozmów z pacjentami, l wszystkie są pod kluczem.

- Czy zostawiasz je czasem otwarte? - spytał Vail. - Na przykład w ciągu dnia, kiedy wyjmujesz i chowasz teczki czy nagrania?

- Nagrania nigdy nie opuściły tego gabinetu - odparła z absolutną pewnością siebie.

- Czy z kimś dyskutowałaś o tych nagraniach? - pytał dalej z uporem.

- Owszem, ale ściśle w zakresie medycznym.

- Nie omawiałaś nigdy szczegółów? Nie omawiałaś, na przykład, ministrantów?

- Ależ skąd! Nigdy! To są materiały ściśle poufne. I bez znaczenia jako materiały naukowe. Nie mają znaczenia... - Przerwała ściągając gniewnie brwi. - Przesłuchujesz mnie, jakbym była w sądzie. Protestuję.

- Ja tylko próbuję dociec, jak morderca-sobowtór, tak go nazwijmy, dowiedział się o Lindzie i Alexie. Te nagrania wydają się logicznym źródłem. Czy kiedykolwiek wspomniałaś komuś coś na temat motywu zamordowania Rushmana?

- Wiesz dobrze, że nie miałam prawa tego zrobić, nawet gdybym chciała. Ponoszę odpowiedzialność wobec moich pacjentów. Miałabym pogwałcić zasadę poufności stosunku lekarza do pacjenta?

- Nie baw się ze mną w kotka i myszkę, Molly! - powiedział Vail głosem, w który wkradło się zniecierpliwienie i gniew. - Stosunki pacjenta z jego psychiatrą wydają się mało ważne w obliczu okropnej rzezi. Chodzi nie tylko o morderstwo. Chodzi o'nieludzką rzeź. Stampler jest seryjnym mordercą. Chcesz usłyszeć listę jego ofiar? Może zapomniałaś? Shacles. Jego własny brat. Mary Lafferty, jego dawna przyjaciółka. Mężczyzna w Richmond. Nawet nie znamy jego nazwiska. Rushman. Peter Holloway. Billy Jordan. Alex Lincoln i biedna Linda Gellerman, usiłująca ocalić coś z życia w małej, zapomnianej przez Boga mieścinie. Podlicz sobie, moja droga. Dziewięć morderstw, o których wiemy. Nie bajdurz mi o poufności stosunków lekarza z pacjentem, kiedy mamy na wolności dwóch morderców, prawdziwych rzeźników...

- Jak śmiesz tak do mnie mówić!

- Uspokój się, Molly, i słuchaj uważnie: ktoś, kogo tu leczyłaś albo z kim pracowałaś, może być seryjnym mordercą działającym na zlecenie Stamplera. Pomyśl o tym! Obaj mordercy mogą okazać się twoimi pacjentami. Będziesz ich chronić, powołując się na poufność stosunków pacjenta i lekarza?

- Ty byś się na tym opierał i przy tym trwał, gdyby to byli klienci twojej kancelarii adwokackiej - odparowała.

Vail wahał się przez chwilę. Potem nagle się uspokoił i odpowiedział głosem bliskim szeptu: - Stampler był moim klientem. Popełniłem błąd. Teraz usiłuję go naprawić. Nie prosimy cię o szczegóły. Potrzebne nam są nazwiska. Dyskretnie je sprawdzimy. Nie mamy zamiaru uczynić komukolwiek krzywdy, nikogo skompromitować. Naszym celem jest położenie kresu dalszym morderstwom.

Nie odpowiedziała, tylko wstała i poszła w kąt gabinetu. Widać było jedynie zarys jej sylwetki w mrocznej przestrzeni. St. Claire poruszył się niespokojnie. Bardzo go zaskoczyła ostrość natarcia Yaila na Molly Arrington. W gabinecie zapadła denerwująca cisza. Vail przygasł równie nagle, jak poprzednio wybuchł. Ramiona jakby mu opadły, opuścił głowę. Cisza trwała przez pięć minut. Żadna ze stron nie widziała wyjścia z impasu. Wreszcie odezwała się Molly:

- Ale to są przecież tylko przypuszczenia? - spytała bez większego przekonania.

- Tutaj nie mogę się z panią zgodzić - zabrał głos St. Claire. Mówił głosem spokojnym, przekonującym. - Wierzę, że inspirowany przez Stamplera morderca pochodzi właśnie stąd. Jestem o tym absolutnie przekonany. Podobnie jak jestem przekonany, że Stampler panią oszukał. Oszukał też i nadal oszukuje nas. Nie wiem, jaki jest jego ostateczny cel, ale wydaje mi się, że jedyną osobą, która może nam ten cel i jego motywację wskazać, jest pani. Natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że Stampler jest zimnokrwistym potworem w ludzkiej skórze. Nie zashiguje nawet na odrobinę współczucia, litości czy sympatii. Podobnie nie zasługuje na to osoba, która wypełnia jego polecenia. Jest podobnym potworem.

- Skąd pan może o tym wiedzieć? - padło pytanie z mrocznego kąta. - A nawet gdybym wam podała nazwiska, to skąd wiedzielibyście, że jedno z nich... - Nie dokończyła myśli.

- W tej sprawie musiałaby pani nam zaufać. Jesteśmy fachowcami. Wiem, że to jest ktoś, kto miał dostęp do pari nagrań. Ktoś, kto być może specjalnie po to się pojawił, by poznać ich treść. Ktoś, dla kogo Stampler jest bohaterem.

- To był ktoś kto miał możliwość zabić Linde Balfour i Alexa Lincolna - uzupełnił Vail.

- I jesteście przekonani, że Aaron Stampler zrobił z tej osoby seryjnego mordercę?

- Ależ nie, nie zrobił - odparł Vail. - Potencjał już istniał. Stampler tylko go wykorzystał. Myślę, że być może miała z tym coś wspólnego właśnie transferencja.

Molly wynurzyła się z cienia. Przeszli z powrotem do saloniku. Usiadła w bujanym fotelu naprzeciwko St. Claire'a.

- Z uporem podnosisz sprawę transferencji - powiedziała.

- W związku z czymś, o czym wspomniał Woodward. - Vail wyjął z kieszeni notes i odszukał zapiski, jakie zrobił z nagrania rozmowy z Woodwardem. - Mam tutaj... mówił o negatywnych objawach transferencji. Że wyzwala ona podświadomy lęk, że powrócą dawne urazy i powtórzą się ich przyczyny. Powiedział, że transferencja to miecz o podwójnym ostrzu, że lęk przed powtórzeniem się dawnych doznań i wyrządzonych pacjentowi krzywd może spowodować, iż pacjent obróci się przeciwko swemu lekarzowi. I potem powiedział, i tutaj cytuję: „Tylko tym jednostkom, które w normalnych warunkach są podatne na transferencję, można wszczepić odrażające wzorce postępowania".

- Święta prawda - odparła. - Nikt komuś drugiemu nie przekaże negatywnych standardów moralnych, jeśli potencjalny odbiorca nie ma po temu skłonności i nie jest zdolny do niemoralnego zachowania.

- Tak jest, proszę pani - potwierdził St. Claire. -1 my właśnie myślimy, że w tym przypadku skłonności były. Przepraszam za nasz niefachowy język, ale sądzimy, iż naszym zdaniem ten morderca, który naśladuje modus operandi Stamplera, był leczony i przy okazji przeżywania swej przeszłości zareagował negatywnie na terapię. No i skomunikował się ze Stamplerem, żeby odzyskać pewność siebie, a Stampler był na tyle przebiegły, by wykorzystać sytuację i stać się patronem naszego mordercy.

- Waszym zdaniem mamy do czynienia z przerzuceniem emocji z jednego osobnika na drugiego?

- Tak. l Stampler wykorzystał zachwianie równowagi mordercy - dodał Vail.

- Nie jesteśmy pewni, w jaki sposób morderca skontaktował się ze Stamplerem - kontynuował St. Claire. - W tej chwili jeszcze tego nie wiemy. Ale to on chyba musiał się skontaktować, skoro Stampler był w zasadzie izolowany i nie miał dostępu do telefonu ani poczty. Ten ktoś musiał z propozycją przyjść do Stamplera.

- I dlaczego pan myśli, że ta osoba była właśnie tu?

- Bo tu są nagrania. Nagrania są jedynym źródłem informacji o Rushmanie i ministrantach, i o Lindzie. Morderca nie mógł się tego gdzie indziej dowiedzieć... - St. Claire przez chwilę się zastanawiał. - Przyszła mi do głowy pewna myśl: to niekoniecznie musiał być stały pensjonariusz szpitala...

- Myśli pan o pacjencie sporadycznym? - spytała Molly.

- l o pracowniku szpitalnym. To mógł być taki pół na pół. Mógł tu pracować, a jednocześnie być leczony z powodu jakiegoś problemu psychicznego. Dobrał się do akt, przestudiował sprawę Stamplera... I wie pani co? Mógł porzucić tu pracę i na pewien czas zatrudnić się w Daisyland...

- Gdzie został nawrócony przez Stamplera - dokończył Vail. •

- Tak musiało być. Nic innego mi nie pasuje - stwierdził St. Claire.

- Co ty na to, Molly? Czy to możliwe? - spytał Vail.

- No cóż, nie ma zasady, która twierdziłaby, że pacjent zawsze odsłania się przed lekarzem.

- Tak więc poszukujemy osoby, która jest psychopatą i opuściła tę instytucję...

- Lub też była na urlopie czy na przepustkach w dniach, kiedy została zamordowana Linda Balfour i Alex Lincoln - uzupełnił wniosek St. Claire'a Vail.

- Dopuszczacie możliwość, że wasz podejrzany mógłby tu jeszcze być?

- W zasadzie nie - odparł St. Claire. - Sądzimy... i ponownie podkreślam, że są to tylko nasze domysły... że morderca czeka na Stamplera w Chicago. Na Stamplera, na Yulpesa... Pewnie wie, że Yulpes wychodzi na wolność.

- Wychodzi dziś, Molly - ostrzegł Vail,

- Zakładamy również, że ma listę następnych ofiar.

- Listę sporządzoną przez Yulpesa - dodał Yail.

Yail położył teczkę obok siebie na sofie, otworzył ją i wyjął dużą beżową kopertę. Z koperty wysunął trzy zdjęcia. Najpierw podał Molly policyjną fotografię ciała Lindy Balfour. Na twarzy Molly pojawił się wyraz przerażenia. Odwróciła głowę i bez słowa oddała fotografię Yailowi, który wyjaśnił:

- Alex Lincoln był doręczycielem firmy kurierskiej, UPS. Został zwabiony do domu pod St. Louis i zamordowany. Ta fotografia znajdowała się w przesyłce, którą Lincoln miał doręczyć. Właściciele domu znajdowali się w tym czasie w podróży. - Podał jej polaroidowe zdjęcie Lindy Balfour.

Molly Arrington wzdrygnęła się, zdając sobie sprawę, że zdjęcia robił morderca.

- Ty jesteś psychiatrą, Molly, więc mi powiedz - poprosił Yail. - Powiedz mi, do jakich dochodzisz wniosków? Ten sam modus operandi, jaki stosował Stampler. Na karku wszystkich ofiar kodowana informacja. We wszystkich wypadkach jest to wskazówka, w której książce księgozbioru Rushmana należy szukać wyjaśnienia. Na marginesie, księgozbiór Rushmana jest przechowywany w bibliotece prywatnej fundacji.

Morderstwa dotyczą ostatnich członków rodziny ministrantów. Ta informacja nie była ujawniona podczas procesu. Skąd morderca o nich wiedział? Pałeczkę przejął Harve St. Claire:

- Sprawa jest prosta, pani doktor. Nie będziemy prosić o to, żeby grzebać w dokumentach. Nie mamy zamiaru zadawać pytań co do medycznych szczegółów. Chcemy tylko dowiedzieć się, czy istnieje możliwość, że jakiś tutejszy pacjent czy pracownik mógł dobrać się do tych nagrań, a jeśli taka możliwość jest, to chcemy się dowiedzieć, gdzie taka osoba mogłaby teraz przebywać. Może być, że z pół tuzina osób mogło zerknąć na nagrania i potem zmyć się stąd. Naszym zadaniem będzie wyłuskanie z tej szóstki naszego psychopaty. Sprawdzimy, kto mógł być danego dnia w Gideon, w stanie Illinois, kto w St. Louis w Missouri. Nie leży w naszych intencjach ciąganie całej gromady ludzi po lekarzach, żeby sprawdzić, kto może być tym cholernym psychopatą. Bo pani tego się obawia, prawda?

- Trochę. I myślicie, że on stąd wyjechał do Daisyland?

- To jest zupełnie możliwe - odparł Vail. - Może nie bezpośrednio stąd, ale, że tak powiem, okrężną drogą. Jestem niemal pewien, że kontakt ze Stamplerem musiał nawiązać bezpośrednio w Daisyland.

- Kiedy, waszym zdaniem, mógł być tu?

- Tego nie jesteśmy pewni - odparł St. Claire. - To mogło być bardzo dawno temu. Z drugiej strony, skoro pierwsze morderstwo nastąpiło w październiku ubiegłego roku, to postawiłbym na pobyt mordercy tu... jakieś dwa lub trzy lata temu.

- Ilu tu jest ludzi? - spytał Vail. - Chodzi mi o personel i pensjonariuszy łącznie.

- Nie pensjonariuszy, ale pacjentów - poprawiła Molly.

- Przepraszam.

- Liczba pacjentów nie przekracza trzystu pięćdziesięciu. Personel medyczny dwadzieścia dwie osoby oraz dwudziestka w kuchni i administracji. Razem około czterystu osób.

- Duża płynność?

- Kadr? Nie, raczej nie. Jest to w zasadzie bardzo miłe miejsce pracy. Płaca jest doskonała.

- Pacjenci? Średnia pobytu?

- Dokładnie nie wiem, odgaduję: dwa do trzech lat. Mamy, oczywiście, długoterminowych, ale mamy i takich, którzy opuszczają szpital po sześciu miesiącach. Jedna trzecia to dzieci i młodzież. Od trzeciego do dwudziestego pierwszego roku życia.

- To by nam bardzo pomogło, proszę pani... - St. Claire podrapał się w głowę. - Gdybyśmy tak mogli dostać listę personelu i pacjentów z ostatnich trzech lat.

- Nie wolno nam udostępniać nazwisk pacjentów. To jest szpital prywatny i pacjentom gwarantuje się anonimowość.

- No to może chociaż listę personelu ze wskazaniem tych, którzy w czasie zatrudnienia tutaj byli leczeni - zaproponował Vail.

Długo się zastanawiała, po czym przeprosiła, wstała i poszła w kierunku drzwi do gabinetu. Pod drzwiami zatrzymała się i oświadczyła: - Nie chcę, abyście pomyśleli, że jestem zarozumiałą primadonną, ale muszę to powiedzieć: ci ludzie mają niesłychanie rozchwianą jaźń. Trzeba się z nimi obchodzić jak z jajkiem. Nawet ci,

którzy stąd wyszli podleczeni, mogą w każdej chwili tu wrócić. Nie jesteśmy niezawodni. Kuracja psychiatryczna to nie leczenie świnki.

Weszła do gabinetu i zamknęła za sobą drzwi.

St. Claire nachylił się do Yaila i wyszeptał: - Zdajesz sobie sprawę, jak nikła jest szansa, że na coś trafimy?

- A masz lepszy pomysł? - odparł szeptem Vail.

- Lepszego nie mam. A to był mój pomysł.

Słyszeli przytłumiony głos Molly, rozmawiającej przez telefon. Vail zapalił papierosa. Minęło dziesięć minut, nim Molly wróciła. Usiadła w bujanym fotelu.

- Bardzo mi się to nie podoba. Rozmawiałam z Lowim... z Fredem, i naszą personalną, Jean Frampton. Oboje zgodzili się na ujawnienie wam danych osobowych personelu. Mnie pozostawili decyzję, czy mam wam ujawnić, którzy pracownicy byli przez nas leczeni. I właśnie to mi się bardzo nie podoba. Ci pracownicy okazali nam wielkie zaufanie obnażając się przed nami. Jesteśmy zobowiązani do zachowania tajemnicy. Poniechanie tego...

- Doskonale to rozumiem, pani doktor. W pełni doceniam pani troskę o dobro pacjentów. Czy mogę coś zaproponować? Jeśli na liście pracowników są i tacy, którzy poddali się terapii, to będziemy o tym mówić bez szczegółów, nawet bez nazwisk, chyba że trafimy na przypadek, który wyda się wyjątkowo podejrzany.

- Zobaczymy.

- Dziękuję za zrozumienie naszego stanowiska.

Po pół godzinie mieli komputerowy wydruk wszystkich pracowników z okresu minionego pięciolecia. Wydruk rozłożono na niskim stoliku do kawy i Molly zaczęła wędrować palcem po liście zawierającej nazwiska, imiona, płeć, wiek, wykształcenie, kwalifikacje i poprzednie miejsce pracy. Dwie ostatnie rubryki informowały o referencjach i o tym, czy w aktach znajduje się fotografia. W sumie pięćdziesiąt pięć nazwisk, z tego trzydziestu ośmiu pracowników zatrudnionych od co najmniej trzech lat, sześciu od co najmniej dwóch. Cztery osoby rozpoczęły pracę niedawno, a siedem zrezygnowało, bądź wygasł ich kontrakt.

- Zacznijmy od tych siedmiu - zaproponował St. Claire.

Molly wykazała się wspaniałą pamięcią. Potrafiła każdego opisać, wymienić jego szczególne zainteresowania, określić charakter, a także ocenić jakość wykonywanej pracy. Znała też stosunki rodzinne ludzi.

- Kiedy przez lata widzi się dzień w dzień te same czterdzieści osób, można je dobrze poznać - wyjaśniła. Omawiano każdego, wymieniano jego wady i zalety, jakby chodziło o wybór kandydata na wysokie stanowisko. Upływały długie minuty. Molly wydawała się coraz bardziej zainteresowana tym, co robi. Od czasu do czasu tu i tam dzwoniła, aby w dyskretny sposób wyjaśnić powstałe pytanie. Późnym popołudniem lista podejrzanych była już bardzo krótka i St. Claire zaczął powątpiewać w swój nos. Czyżby tym razem intuicja go zawiodła? Wreszcie wyeliminowano prawie wszystkich. Pozostały tylko trzy nazwiska - dwie kobiety i jeden mężczyzna.

- Jan Rider - odczytała Molly. - Była u nas przez kilka lat. Później przez sześć miesięcy przebywała w domu specjalnej opieki w pobliżu, pozostając jednocześnie pod naszą kuratelą psychiatryczną. Pełniła tu funkcję zarządzającej kuchnią. Na kra-

wędzi. Psychotyczka. Przebywanie w urojonym świecie. Jej sąsiedzi zgłosili jej chorobę i spowodowali wysłanie do szpitala, gdy zaczęła nago wychodzić za dom i modlić się do drzewa biorąc je za Matkę Boską.

- Czy wiesz, gdzie teraz przebywa? - spytał Vail.

- W szpitalu stanowym Ohio. W jej przypadku całkowicie zawiedliśmy.

- Czy jesteś pewna, że ona nadal tam jest, w szpitalu w Ohio?

- Jestem pewna.

- Kto następny?

- Sidney Tribble. Od razu ciekawa informacja: on jest z St. Louis. Tribble ma w St. Louis siostrę. Brat i siostra bardzo się kochają. On pracuje i ma przyzwoitą pracę. Nie zaobserwowano psychologicznych nawrotów.

- Dlaczego tu przebywał?

- Skłonności paranoidalne i schizofreniczne.

- Dlaczego został zamknięty w szpitalu?

- Nakaz sądowy. Opuściła go żona i zaczął tracić poczucie rzeczywistości. Był przekonany, że jego żona i jej nowy przyjaciel nieustannie go prześladują. W centrum handlowym zaatakował mężczyznę, którego nawet nie znał. Po prostu złapał nożyce ze sklepu żelaznego i dźgnął człowieka.

- Ale go nie zabił?

- Nie. Zadał parę stosunkowo niegroźnych ciosów. Sędzia nakazał zamknięcie w zakładzie psychiatrycznym i leczenie. Jego siostra wolała zapłacić i wysłać go do prywatnego szpitala niż do stanowego.

- Jak długo tu przebywał?

- Przez rok jako pacjent i nieco ponad dwa lata jako pracownik, nadal pod nadzorem psychiatrycznym. Pracował jako elektryk. Do St. Louis powrócił mniej więcej przed rokiem.

St. Claire rzucił okiem na Yaila i zapisał nazwisko opatrując je wykrzyknikiem.

- Już chyba dobiegamy końca - stwierdził Vail. - Kto następny?

- Jeszcze jedna osoba. Renę Hutchinson. Sprzątaczka. Jednostka niewątpliwie inteligentna, powiedziałabym, że błyskotliwa. Ona nawet prowadziła klasę dziesię-ciolatków i była doskonała, ale nie chciała żadnej odpowiedzialności i wolała być sprzątaczką. W późniejszym okresie pomagała w ambulatorium. Ładna kobieta.

- Wiek?

- Pod czterdziestkę.

- Jej problem? l

- Nie była moją pacjentką. Wolałabym, abyście spytali doktora Salzmana. On ją j leczył. ;

- Zgodzi się z nami porozmawiać? j

- Zaraz będziemy wiedzieli. - Molly Arrington wstała i poszła do telefonu. ]

Orin Salzman był drobnym mężczyzną ze szpiczastą siwiejącą bródką i krótko przyciętymi kruczymi włosami. Ramiona miał opadające półkoliście, jakby przygnie- : cione ciężarem odpowiedzialności za szalonych pacjentów. Obrazu dopełniał nieformalny strój: spodnie khaki, c/arny golf i tweedowa marynarka ze skórzanymi łatami

na łokciach. Stanął w drzwiach pokoju Molly i wydawał się niezadowolony z przerwania mu tego, co poprzednio robił. Ręce trzymał w kieszeniach marynarki i patrzył na obecnych przez grube szkła w szylkretowej oprawie. Molly zaproponowała mu drinka. Odmówił.

- O co chodzi? - zapytał ostrym tonem, opierając się o framugę.

Molly przedstawiła Yaila i St. Claire'a, wyjaśniając ogólnie sytuację, ale bez wdawania się w szczegóły. Salzman ogólnie znał sprawę Stamplera, co bardzo w tym wypadku pomogło.

- Panowie chcieliby poznać sprawę Renę Hutchinson - zakończyła prezentację Molly.

- Wiecie dobrze, że nie wolno mi nic mówić na temat pacjentów - odparł Salzman.

- Niech pan posłucha, doktorze... - zaczął St. Claire. - Nie chcemy i nie zamierzamy sprawiać tej kobiecie żadnych przykrości. Ale naszym obowiązkiem jest sprawdzenie wszystkich. Jeśli zapytamy o cokolwiek, co pana zdaniem będzie naruszeniem tajności stosunków lekarz-pacjent, nie musi pan odpowiadać.

Mruknął coś do siebie, wszedł do pokoju i wreszcie usiadł na przeciwległym od Yaila krańcu sofy.

- Z tego, co usłyszałem, rozumiem, że jesteście na tropie osoby ze skłonnościami psychopatycznymi, tak?

- Mniej więcej o to nam chodzi.

Salzman przez kilka sekund bębnił palcami po stoliku do kawy, a następnie oświadczył:

- Skoro Molly powiada, że w konkretnym wypadku wszystko jest w porządku, zgadzam się panów wysłuchać.

- Co może pan powiedzieć, ot tak ogólnie, o Renę Hutchinson? O środowisku, z jakiego pochodzi?

- Jej ojciec był zawodowym wojskowym. Chyba sierżantem. Urodziła się gdzieś na zachodzie Stanów. Rodzina mieszkała tu i tam, na całym świecie. Renę opuściła dom bardzo młodo. Przez dwa lata uczęszczała na Uniwersytet Kolorado. Błyskotliwie inteligentna osoba z niezwykle kruchą psyche...

- Czy udało się panu stwierdzić, dlaczego?

- Właściwie to nie. Zanim tu się pojawiła, przeżyła załamanie psychiczne. Starając się o pracę, ukryła przed nami fakt przebytej choroby. Wyszło to na jaw dopiero po jakichś dwóch latach. Pracowała jako sprzątaczka na nocnej zmianie, a w ciągu dnia uczęszczała do szkoły. Uczyła się. To ją tak wyczerpało, że niemal powróciło poprzednie załamanie. Potem ją aresztowano za kradzież w sklepie.

- Co ukradła?

- Jakiś drobiazg. Jakąś taniutką torebkę. Ale kleptomania często jest dla psychiatrów sygnałem alarmowym.

- Jak długo tu przebywała?

- Pracowała tu prawie przez trzy lata. Przez ostatnie sześć miesięcy zatrudnienia była przez nas leczona. Staraliśmy się jakoś podreperować jej nadwerężoną jaźń i wzmocnić własny wizerunek. Dodać jej siły i odporności...

- Jej rodzina?

- Nie miała wielkiej ochoty mówić o przeszłości.

- Ale przecież zgłosiła się do was z powodu tej przeszłości?

- Zgłosiła się do nas, bo musiała. Sędzia nakazał jej poszukać pomocy psychiatrów.

- Nakaz określał, jak długo ma się leczyć?

- Sześć miesięcy.

- Niechętnie przychodziła na terapię?

- Raczej chętnie. Bardzo cierpiała. I niech mi pan wierzy, że psychiczne cierpienia są nie mniej bolesne niż złamanie nogi. Niestety, nie jest to ból, który znika po zażyciu aspiryny czy po masażu. Nie pomogą też antybiotyki. Niemniej u nerwowo chorych jest to bardzo dotkliwy i rzeczywisty ból.

- Jak sobie dawała radę z przeszłością?

- Powiedziałbym raczej, że nie była nią zainteresowana. Mocno podejrzewałem, że wykorzystywał ją seksualnie jej ojciec, chociaż ona nigdy do tego się nie przyznała. Powiedziała mi tylko raz, że był fizycznie i psychicznie obraźliwy. Użyła nawet słowa „obelżywy". Ale nic więcej nie powiedziała i do tematu w ogóle nie wróciła.

- Nie była skłonna do współpracy ze swoim psychiatrą?

- Nie można tak powiedzieć. Zachowywała się przyjaźnie, była nawet rozmowna, ale nie chciała wracać do przeszłości, a sześć miesięcy to zbyt krótki okres, bym mógł zdobyć jej pełne zaufanie.

- Lubił ją pan?

- Akceptowałem. Była pacjentką, którą widywałem przez trzy godziny tygodniowo. Nigdy nie zajrzałem za pancerz, którym się zasłaniała. Ale często tak właśnie bywa...

- Czy kiedykolwiek pomyślał pan, że może być osobą niebezpieczną?

- Nie... to znaczy... mogłaby być niebezpieczna dla siebie. Tak pomyślałem, kiedy zjawiła się po raz pierwszy. Była na pograniczu depresji maniakalnej. Przy stanach depresyjnych istnieje zawsze niebezpieczeństwo samobójstwa. Ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że może być niebezpieczna dla kogoś...

- l rozstał się pan z nią w przekonaniu, że została wyleczona?

- Powiedzmy, że udało nam się powstrzymać proces rozkładu psychicznego, zanim proces ten mógł przekształcić się w groźny problem. I ona przecież nigdy nie była pełnym pacjentem, pojawiała się wyłącznie na konsultacje. Trzy godziny tygodniowo. Dawałem jej pewne leki antydepresyjne...

- Pracowała w nocy? - spytał Vail.

- Pięć nocy w tygodniu po cztery godziny i osiem godzin podczas weekendu. Należała do nocnej ekipy sprzątaczek. Sprzątała gabinety i sale konferencyjne.

- W związku z tym miała dostęp do kluczy do wszystkich gabinetów?

- No tak...

- Wspomniał pan, że chodziła do szkoły... czego się uczyła?

- Techniki pracy na komputerach. Programowania. Nazywała to mową przyszłości.

- Gdzie się tego uczyła? Tutaj w Winthrop? - spytał Vail.

Salzman chrząknął z rozbawieniem. - Najwidoczniej nie był pan nigdy w Winthrop. Zmieści się w jednej dłoni. Jeździła do Shelbyyille, dwadzieścia parę kilometrów w kierunku Indianapolis. Miała starego Pontiaca Firebirda.

- Czy wie pan, dokąd wyjechała, kiedy przestała tu pracować?

- Niestety nie. Od chwili zaprzestania pracy straciła z nami kontakt, a my z nią. Warto jednak spytać Jean w personalnym. Może ktoś żądał referencji.

Molly wstała i przeszła do gabinetu. Po chwili usłyszeli, jak rozmawia z kimś przez telefon.

- Jeszcze jedno pytanie - zwrócił się Vail do Salzmana. - Czy cokolwiek wskazywało na to, w okresie, gdy Renę Hutchinson leczyła się u pana, że ona może być psychopatką?

- Nie. Ale to nie oznacza, że nią nie była. Psychopaci są między innymi mistrzami kłamstwa. Nie udzielała się, okazywała dużą rezerwę i była ostrożna w słowach. Potrafiła zmieniać nastrój jak rękawiczki. Tak, bardzo ulegała nastrojom. Ale to o niczym nie świadczy.

- Jeszcze coś przychodzi panu na myśl?

- Właściwie to już wszystko. Może jeszcze to, że doskonale radziła sobie z młodzieżą w wieku od ośmiu do piętnastu lat. Młodzi do niej lgnęli. Nie mam pojęcia, czy to ma jakieś znaczenie...

- Czy ona kiedykolwiek wymieniła Aarona Stamplera albo osobę o nazwisku Vul-pes? Raymond Yulpes? - zapytał St. Claire.

- Nie przypominam sobie.

Vail dał Salzmanowi swoją wizytówkę. - Bardzo proszę do mnie zadzwonić, gdyby cokolwiek przyszło panu do głowy w związku z tą kobietą. Ona bardzo nas interesuje.

Salzman odsunął okulary na czoło i zaczął studiować otrzymany bilet. - Oo? Prokurator okręgowy! A skąd to pańskie zainteresowanie Stamplerem? Stara historia...

- Broniłem go podczas procesu - odparł Vail. - Byłem adwokatem, nim zostałem prokuratorem.

- Ach tak? To bardzo komplikuje sytuację - zauważył psychiatra, opuszczając okulary na nos.

- Owszem, komplikuje. - Vail uśmiechnął się.

Salzman wstał. - Niech panowie powiedzą Molly, że zadzwonię do niej. Teraz muszę już iść. Panowie długo tu zostają?

- Zaraz wyjeżdżamy. Dziękujemy panu za pomoc.

- Niewiele mogłem pomóc, ale miło mi było panów poznać. - Salzman uścisnął im dłonie i wyszedł.

Wróciła Molly. Miała wygląd zadowolonej. - Mam dla was informację. Jean mówi, że w jakieś dwa miesiące po odejściu tej Hutchinson z pracy przyszło o nią zapytanie. Prośba o referencje. Z miejskiego szpitala okręgowego w Terre Haute. Zadzwoniłam tam i rozmawiałam z kierownikiem personelu. Powiedział mi, że pracowała u nich przez cztery miesiące. Odeszła na początku stycznia bieżącego roku. Nie mają z nią żadnego kontaktu.

- A więc pracowała tam w czasie, kiedy zamordowano Linde Balfour - zauważył St. Claire.

- Hmm, załamanie nerwowe... - mruknął do siebie Vail. - l powiadasz, że nie objawiała żadnych innych symptomów? - rzucił pytanie.

- Może umiała świetnie się maskować i bezbłędnie kłamać - podsunął St. Claire.

- Serio myślicie, że jest psychopatką? - spytała Molly.

- O to my pytamy panią. - St. Claire uśmiechnął się.

Molly zapaliła następnego papierosa. Rozważała długo problem, nim odpowiedziała okrężnie: - Jeśli nawet nią jest, to Orin tego nie odkrył.

- Skąd ona się tu właściwie pojawiła? Skąd przybyła? - zainteresował się Vail.

- Zgodnie z informacją w wydruku pracowała poprzednio w regionalnym szpitalu ogólnym w Dayton, w stanie Ohio. Dział usług porządkowych - odparł St. Claire. - Musicie też mieć jej zdjęcie, bo jest ptaszek w rubryce „fotografia".

- Poproszę Jean, żeby ją wyciągnęła z akt - zaproponowała Molly.

- Chcę wam coś pokazać - obwieścił St. Claire i zaprowadził Yaila oraz Molly do jej gabinetu. - Poproszę o dwie zwykłe szpilki do włosów - zwrócił się do Molly.

- Niestety, nie używam ich.

- No to może dwa metalowe spinacze?

Molly znalazła na biurku parę spinaczy i podała bez słowa. St. Claire wyprostował je i wsunął do otworu zamka oszklonej szafki na ścianie. Zaczął grzebać w zameczku, póki nie wyczuł zapadek. Zakręcił jednym ruchem i oszklone drzwiczki stanęły otworem. Wszystko to zajęło mu trzydzieści sekund. Z półki wziął jedno z pudełek z kasetami, otworzył je, wyjął taśmę, puste pudełko odłożył na miejsce, kasetę zaś wręczył Molly.

- Kiedy po raz ostatni przesłuchiwała pani któreś z nagrań? - spytał.

- Pojęcia nie mam. Dawno. Jeszcze przed chorobą.

- Pracowała nocami. Miała klucz do gabinetu. Przychodziła tu, bez trudu otwierała zamek, zabierała nagranie, może nawet dwa lub trzy, zwracała je następnej nocy. Łatwe i proste. Pani nic nie mogła spostrzec, chyba że akurat chciałaby pani wziąć nagranie, które było u niej. Teoretyzuję, oczywiście, że to była ona. Renę Hutchinson.

- Myśli pan, że umiała otwierać szpilką zamki?

- A cóż to trudnego? To nie jest zastrzeżona tajemnica włamywaczy i policjantów. Dowiedzieć się tego można w jednej z wielu książek dla ciekawskich i majster-kowiczów. Wiele wskazuje na nią. Miała możność dobrania się do tych nagrań. Na dwa miesiące zaginął po niej ślad, nim zgłosiła się do pracy w Terre Haute. Miała problemy natury psychicznej. Tylko ona i Tribble spełniają wszystkie warunki.

Wrócili do saloniku. Personalna przysłała kolorowe zdjęcia dziewięć na trzynaście z podobiznami Renę Hutchinson i Tribble'a. Molly dała je Yailowi i ze stołu wzięła odwróconą grzbietem do góry fotografię zmasakrowanej Lindy Balfour.

- Sądzicie, że kobieta może być zdolna do czegoś podobnego? - spytała.

- Proszę pani, uważam, że kobieta potrafi dokładnie to samo zrobić, co mężczyzna - odparł St. Claire. - A nawet więcej, bo mężczyzna nie urodzi dziecka.

32

Angelika Stoddard nie była wysoka, ale zadbana zgrabna sylwetka czyniła z niej kobietę, na którą wszyscy zwracali uwagę, zwłaszcza teraz, gdy szła w obszernym swetrze sięgającym niemal kolan wypłowiałych dżinsów. Niebieskie oczy też wydawały się wypłowiałe, sprawiając chwilami wrażenie ślepoty. Trzymała się prosto, stawiając zdecydowane kroki. Na białe skarpetki frotte włożyła biegówki, na opadające do ramion blond włosy nasadziła czarny filcowy kapelusz. Kapelusz sięgał niemal uszu. Szła skupiona z opuszczoną głową.

Jane Yenable dołączyła do dziewczyny, ale początkowo Angelika nawet na nią nie spojrzała. Dopiero po dłuższej chwili zwróciła ku niej pytający wzrok.

- Cześć! Jestem Jane Yenable - przedstawiła się Jane. - Jestem obrończynią twojej matki. Czy mogłybyśmy gdzieś usiąść i porozmawiać kilka minut?

- Nie tu - odparła szeptem Angelika, rzucając dokoła skryte spojrzenia.

- Gdzie chcesz - odparła Jane.

- Gdziekolwiek, byle nie tu - zareplikowała dziewczyna.

Samochodem Jane pojechały do kawiarni poza terenem uniwersytetu. Usiadły przy wolnym stoliku w głębi niewielkiej salki. Angelika zamówiła cappuccino, Jane czarną kawę.

- Dlaczego przyjechała pani na uniwersytet? Dlaczego pani przedtem nie zadzwoniła? - spytała Angelika.

- Próbowałam, ale nie mogłam się dodzwonić.

- No tak, telefon jest w holu i zawsze zajęty. Powinnam o tym pamiętać. Przepraszam, że tak ostro natarłam, ale jestem... jestem taka zawstydzona... zakłopotana całą sprawą. Wiem, że nie tak należy reagować, ale nic nie mogę poradzić... - Opadły jej ramiona i jakby się skurczyła.

- Rozumiem, Angeliko, rozumiem. Nie musisz mnie przepraszać.

- Czego pani sobie życzy?

- Potrzebna mi jest twoja pomoc.

- Jaka pomoc? W jakim celu?

- Chcę, żebyś poszła ze mną odwiedzić matkę.

Młoda kobieta wydawała się zaszokowana. Odpowiedziała szeptem, najwyraźniej bardzo przejęta: - Nie mogę tego zrobić. Mama kategorycznie mi zakazała...

- Angeliko, twoja matka musi zaczął walczyć.

- Pani nie zna mojej mamy. Kiedy raz coś postanowi...

- Przestańże, na miłość boską! Myśl! Tu chodzi o życie, a nie o decyzję, jakiego koloru ma być nowy samochód.

- Co ja mogę zrobić?

- Powiedzieć jej, że ma się bronić do upadłego.

- Ona mnie nie posłucha i nie zmieni zdania. Znam ją, pani Yenable. Rozmawiałam z nią. Pozwolili jej zadzwonić do mnie. Powtarzała w kółko, że to jest jedyne wyjście.

- Niemniej musisz iść ze mną i wesprzeć mnie.

- Ona mnie zabije...! - ocknęła się i dodała: - Oczywiście w przenośni. /

- Angeliko... Matka nazywa cię Angel, prawda? - Dziewczyna skinęła głową. -A więc, Angel, masz powiedzieć, że ty i ojciec jej potrzebujecie. Musi zacząć walczyć, bo otrzyma maksymalny wyrok. Czy chcesz, aby następne dwadzieścia lat spędziła w więzieniu?

- Nie, nie! O Boże, co się z nami stało? - Angelika rozpłakała się.

- Masz mi zaufać - powiedziała Jane. - Musisz mi zaufać i robić dokładnie to, co ci powiem...

Vail uzyskał sądowe zezwolenie na założenie podsłuchu w pokoju Yulpesa i na telefonie w holu Domu Przejściowego, będącego aneksem stanowego szpitala psychiatrycznego. Na wysokim strychu budynku po drugiej stronie ulicy elektronicy wydziału dochodzeniowego zainstalowali stację nasłuchową i punkt obserwacyjny. Bob Morris, szef ekipy, miał dyplom z elektroniki i ukończył akademię FBI. Jego partner, Reggie Solomon, był opętany przez elektronikę. Ostatnio nie interesowało go nic oprócz tajników elektronicznego podsłuchu. Druga ekipa czatowała w samochodzie na najbliższym skrzyżowaniu. Składało się na nią dwóch najlepszych detektywów wydziału dochodzeniowego biura prokuratury. Potrafili jak cień towarzyszyć inwigilowanemu bez jego wiedzy. Ekipę tę tworzyli Randy Dobson - młody szczupły detektyw w workowatych spodniach khaki i w skórzanej kurtce na koszulce baseballowej drużyny z Atlanty - i Kirby Grosso - wysoka i sucha jak tyka kobieta w dresie. Grosso miała kamerę wideo HI8 tak zamontowaną w sportowej torbie, że mogła rejestrować każdy krok Yulpesa bez jego wiedzy.

Oboje widzieli, jak Terry przyprowadza Yulpesa do jego nowej siedziby na wolności i pomaga mu wnieść rzeczy na pierwsze piętro. Yulpes miał staromodną skórzaną walizę, zestaw stereo, magnetowid, skrzynkę narzędziową i dwa duże kartony pełne książek oraz taśm magnetowidowych. Druga ekipa słyszała przez głośnik, jak Yulpes wchodzi do pokoju. Morris przez okno obserwował scenę pojawienia się Yulpesa i zarejestrował ją na taśmie. On i jego partner słyszeli, jak kierownik domu zapoznaje Yulpesa z regulaminem, którego najważniejszym punktem była ściśle przestrzegana godzina nocna - dwudziesta druga. Kierownik nazywał się David Schmidt i miał miły, niemal kojący głos.

- Jestem pewien, że wszystko będzie dobrze, Raymond - powiedział przy wyjściu.

- Dziękuję panu - odparł Yulpes i po paru minutach pokazał się w oknie swego pokoju. Oparty o parapet spojrzał w lewo i w prawo w ulicę. Zamknął oczy i pełną piersią zaczerpnął świeżego powietrza.

Był pewien, że zarówno telefon, jak i pokój są na podsłuchu. Nie miał także wątpliwości, że jest obserwowany ze starego budynku po drugiej stronie ulicy. Doskonale. Yail połknął haczyk.

Zamknął okno i opuścił roletę, po czym włączył odtwarzacz płyt. Po drugiej stronie ulicy w słuchawkach Solomona rozległ się ryk zespołu Judas Priest. Solomon zerwał słuchawki z uszu.

- Jasna cholera! - zaklął Morris. - Straciliśmy obraz i dźwięk, - Chwycił słuchawkę przenośnego telefonu i wystukał numer ekipy w samochodzie.

- Słucham? - odezwała się śpiewnie Grosso.

- Tu stacja nasłuchu. Lis w jamie, roleta opuszczona, muzyka zagłusza inne dźwięki. Proponuję, abyście pilnowali tylnego wyjścia.

- Od początku mamy je na oku.

- No to do usłyszenia. Bez odbioru.

- Koniec, strażnicy ptaszęcia.

Morris i Solomon usiedli przy oknie, czekając na rozwój wypadków.

- Jesteś pewien, że on nas nie może zobaczyć? - spytał Solomon.

- Nie zobaczy przy opuszczonej rolecie.

- A kiedy ją podniesie?

- Wtedy musiałby być jeszcze supermanem.

- A w ogóle, to po co go pilnujemy?

- Nie mam pojęcia - odparł Morris. - Wiem tylko, że jest niebezpieczny. Tak powiedział Stenner. Ale nie wiem, co to w tym wypadku znaczy.

Yulpes lustrował swój pokój, na tyle duży, by zmieściło się w nim łóżko, komoda i nocny stolik z lampą oraz w kącie sofka osłonięta pledem, fotel i podniszczony stolik. Pod trzecią ścianą stał też stolik, tym razem większy, na którym swobodnie mieścił się telewizor. Gdy Yulpes zdjął pled z sofki, zobaczył tekstylny przylepiec, który prowizorycznie zabezpieczał rozerwane obicie.

A niech tam, pomyślał, chodzi tylko o jedną noc! Odtwarzacz płyt nadal grał głośno. Tak było bezpieczniej. Ale głośniej nie trzeba. Mały nocny stolik przesunął na pustą ścianę, tuż koło drzwi. Rozpakował minikomputer, ustawił go na stole i włączył do sieci. Potem wyszedł do holu z małym magnetofonem, podniósł słuchawkę publicznego telefonu i nagrał sygnał wrzucając w tym czasie dwudzie-stopięciocentówkę do otworu. Gdy otrzymał kolejny sygnał do wykręcenia numeru, wykręcił numer zegarynki i natychmiast odwiesił słuchawkę. Wrócił do pokoju. Dom był prawie pusty. O tej porze wszyscy znajdowali się w pracy. Spojrzał na zegarek.

Dziesięć minut! Miał tylko dziesięć minut. Musiał zaryzykować. Wrócił do holu, odkręcił pokrywę publicznego telefonu, znalazł końcówkę kabla z sieci i odłączył ją od aparatu. Jeśli aparat był na podsłuchu, to oni nie zorientują się, że jest chwilowo nieczynny. Pracował szybko. Odłączył cztery druty w kolorowych osłonach, prowadzące do niewielkiego magnesu w aparacie, i jeden z nich podłączył do śrubki WEJŚCIE radiokomponentu, który zmajstrował w Daisyland, a pozostałe trzy do WYJŚCIA. Jego komponent z powodzeniem służył jako łącznik między linią z zewnątrz a układami telefonu. Przyłączył z powrotem kabel z zewnątrz, szybko założył i przyśrubował obudowę aparatu. Wrócił do pokoju i zamknął za sobą drzwi.

Zajęło mu to wszystko siedem minut.

Otworzył skórzaną walizę i z jej bocznej kieszeni wyjął plan miasta. Rozłożył go na łóżku. Cztery miejsca na planie zaznaczone były czerwonymi krzyżykami. Uśmiechnął się, złożył plan i schował z powrotem do kieszeni walizki.

Był gotów.

Pani Stoddard miała poszarzałą twarz, usta jakby obwisłe, a oczy spuchnięte z braku snu. Nieczesane od wielu dni ciemne siwiejące włosy były w strąkach. Z celi do więziennej rozmównicy prowadziła ją strażniczka, szczupła Murzynka z włosami związanymi w tyle głowy czarną tasiemką.

W drodze strażniczka odezwała się:

- Słyszałam pani rozmowę przez telefon. Rozmowę z córką. Przepraszam, nie posłuchiwałam, ale stałam obok i słyszałam. Pani jej powiedziała, żeby tu nie przychodziła, ale ona przyszła.

- Co?

- Ja mam córkę i syna. Jakbym się znalazła w takiej sytuacji jak pani, to oni by przyszli. Chciałabym czy nie. Przyszliby. Niech pani zatrzyma się na chwilę.

Strażniczka podeszła do swego służbowego biurka przy ścianie korytarza, otworzyła z klucza szufladę, wyjęła torebkę.

- Mam tu puder, szminkę do ust, grzebień i lusterko. Niech pani podmaluje sobie buzię. Poczuje się pani lepiej. Ja się nie upieram, ale i pani, i córka będziecie się lepiej czuły...

- Ja nie chcę, żeby ona tu przychodziła!

- No, ale już przyszła, więc niech jej pani da szansę zobaczenia mamy w lepszej formie.

Edith Stoddard z oporami przyjęła oferowane jej przybory. Wzdrygnęła się, ale zaczęła pudrować twarz.

- Niech pani da... - Strażniczka wyjęła puderniczkę z ręki Edith. - Ja to lepiej zrobię. - Zabrała się do roboty.

- Jak pani się nazywa? - spytała Edith Stoddard.

- Cheryl Williams. Byłam kosmetyczką, ale postanowiłam zostać więzienną gliną. Zlikwidowała bladość twarzy, lekko podkreśliła linię warg i rozczesała kosmyki.

Zdjęła swoją własną tasiemkę i wziąwszy w garść włosy Edith związała je. Odstąpiła o krok i, przekrzywiwszy głowę, podziwiała swoje dzieło.

- Jeszcze niech pani doda do tego uśmiech, a córeczka odejdzie stąd znacznie szczęśliwsza, niż była przychodząc. - Uniosła lusterko, by Edith mogła się przejrzeć.

Po raz pierwszy od wielu dni Edith Stoddard uśmiechnęła się.

- Dziękuję - powiedziała.

- I niech pani jej powie, że jedzenie jest dobre. Oni wszyscy zawsze się tym martwią..

Gdy Edith Stoddard zobaczyła, że Angelice towarzyszy Jane Yenable, stanęła jak wryta. Skute dłonie opuściła bezradnie, ale oczy ciskały błyskawice.

- Powiedziałam, że nie chcę jej...! - zaczęła, ale nie dokończyła. Angelika, poruszona widokiem matki w stroju więziennym i skutej, zerwała się, podbiegła i rzuciła się jej na szyję.

- Mamo, droga kochana mamo! -łkała. - Proszę cię, błagam, słuchaj pani Yenable! Potrzebujemy cię, mamo! Ja cię potrzebuję! - tuliła się do matki i łkała.

Edith Stoddard patrzyła surowo na Jane Yenable. Złość wykrzywiła jej twarz. Po pewnym czasie zamknęła oczy, wargi jej zadygotały, spod zamkniętych powiek zaczęły spływać łzy.

- Angel, Angel! - wyszeptała rozedrganym głosem. - Tak bardzo cię kocham...

- A więc słuchaj tego, co ci mówi pani Yenable. Proszę cię, zrób, co ona ci radzi. Zaufaj jej!

Edith Stoddard odepchnęła córkę i spojrzała na nią ostro.

- Ty mnie posłuchaj! l ty mi zaufaj! Wiem, co robię.

Angel nie przestawała łkać. - Chcę, żebyś wróciła do domu, mamo.

- To będzie, niestety, niemożliwe, córeczko. Musisz się do tej myśli przyzwyczaić. Będziesz musiała poświęcać więcej czasu ojcu i podnosić go na duchu.

Angelika cofnęła się o krok. - A kto mnie będzie podnosił na duchu, mamo? Siedzisz sobie tutaj i palcem nie kiwniesz. Pozwalasz, żeby o tobie pisali w gazetach i wszyscy na uczelni mówią, że na pewno jesteś winna, ponieważ...

- Jestem winna, Angie. Wbij to sobie do tej swojej zakutej łepetyny. Pozwól mi czynić to, co chcę.

- Wspaniale! - wykrzyknęła ze złością Angelika. - Rób sobie, co chcesz, a nas, rodzinę, mają wziąć diabli. - Obróciła się i zaczęła walić w drzwi. Strażniczka je otworzyła i Angelika wybiegła.

Edith Stoddard opadła na krzesło. - Dlaczego pani to zrobiła? Jaki powód mogła pani mieć, żeby nam obu coś podobnego zrobić? - spytała swej obrończyni, porzucając poprzednią familiarność.

- Spójrz mi w oczy, Edith! - rozkazała Jane.

Starsza kobieta powoli podniosła wzrok. Jej załzawione oczy gorzały gniewem.

- Znalazłam skrytkę, Edith!

Edith Stoddard nic nie odpowiedziała. Gniew w jej oczach przemienił się w strach.

- Znalazłam skrytkę. Znalazłam szafkę w szafie. Wiesz o czym mówię, prawda? Edith Stoddard nie odpowiedziała.

- Od jak dawna Delaney miał cię w swoim ręku? Zniewoloną...

- To nie było wcale tak...

- Dajże spokój i nie opowiadaj mi żadnych bujd. Widziałam kajdanki. Widziałam rzemienie i pejcze, gorsety i skórzaną bieliznę. Powiedz: jak długo byłaś seksualną... niewolnicą Delaneya?

Edith Stoddard odwróciła głowę.

- Czy oni muszą o tym wiedzieć? - spytała.

- Kto? Yail? Shana Parver? Policja? Rzeczy, które wymieniłam, są ważnymi dowodami w procesie o morderstwo. Mogą być skreślone z listy, jeśli nie zgłoszę mego odkrycia policji. A nawet jeśli ja tego nie zrobię, ktoś trafi na tę skrytkę, podobnie jak ja trafiłam. Mogą to być stolarze czy malarze odnawiający mieszkanie. Powiedz mi, jak to się zaczęło, Edith? Czy on cię zmusił do tego grożąc zwolnieniem z pracy?

- Oni nie muszą o tym wiedzieć - błagała Edith, patrząc prosto w twarz Jane Yenable. - Oni nie muszą wiedzieć, że pani to znalazła.

- A broń?

- Pistolet? A tak, pistolet...

- Może mam go wrzucić do jeziora? Do diabła, Edith, jestem twoim adwokatem, a nie wspólniczką zbrodni.

Edith Stoddard zwiesiła głowę. - Po co się pani w to wmieszała? To nie była pani sprawa.

- Ale jest! Czego ty się boisz, Edith? Boisz się tego, co powiedzą twój mąż i córka? Byłaś seksualną niewolnicą. To jest niezaprzeczalny fakt. l ten fakt mogę obrócić na twoją korzyść. Możemy wygrać sprawę.

- Nie. Nigdy. Nie chcę wygrać! - Na twarz kobiety powróciła złość. Patrzyła surowo i zimno na Jane Yenable, która odwzajemniła tym samym.

- Jeśli myślisz, Edith, że pozwolę, by ci wymierzono karę od dwudziestu lat do dożywocia, to masz chyba niedobrze w głowie. Ponoszę odpowiedzialność za ciebie wobec sądu. - Usiadła naprzeciwko zmaltretowanej kobiety i sięgnęła po jej skute dłonie, ale Edith Stoddard się cofnęła. - Posłuchaj mnie, Edith. Nawet jeśli nie pójdziemy ze wszystkim do sądu, to i tak mam poważną szansę na ugodę z prokuraturą, oczywiście pod warunkiem, że opowiem o moim odkryciu. Martin Vail jest bardzo przebiegłym prawnikiem. W takich okolicznościach dostrzeże swoją korzyść z ugody. Ale muszę im wszystko powiedzieć.

- Nie będzie pani musiała, jeśli zrezygnuję z pani jako obrończyni.

- Będę musiała. Jeśli ze mnie zrezygnujesz, też będę musiała wszystko powiedzieć.

- I cały świat się dowie.

- Dowie się policja i prokurator okręgowy. No tak, dotrze to też do prasy, gdyż policja wyda komunikat. Nie masz więc nic do stracenia, Edith. Pozwól mi powalczyć. Będę dobrze i skutecznie walczyła, to ci obiecuję. Nie pozwolę, abyś poszła do więzienia.

Edith Stoddard długo wpatrywała się w Jane Yenable, wreszcie powiedziała:

- Pani nic nie rozumie. Z początku to było upokarzające, a potem...

- Tak? Co potem?

- Potem na to wyczekiwałam. Nie byłam seksualną niewolnicą. Czekałam w podnieceniu na chwilę, kiedy będę mogła tam pójść, a on wyjdzie z tej szafy w pończochach i czarnych podwiązkach, poda mi kajdanki, ja skuję mu ręce ponad głową, nad wieszakiem, i będę mu robiła to, na co mam ochotę.

- Nie musisz mi tego opowiadać, Edith...

- Kiedy ja chcę opowiedzieć - przerwała Edith Stoddard. - Czy pani tego nie rozumie? Od ponad dziesięciu lat nie uprawiałam seksu z mężem. Dziesięć lat! Nie było innych mężczyzn. Nie zdradzałam go... a to, co robiłam, uważałam za... część pracy. Za jeden z moich obowiązków zawodowych. A kiedy się kończyło, to go smagałam batem. „Niedobry z ciebie chłopczyk", mówiłam, brałam pejcz, on się pochylał, a ja mocno go biłam... To tak, jakbym się mściła za wszystkie upokorzenia... Czy pani mnie rozumie, czy ty rozumiesz? Radowało mnie, że mogę go bić. No i co powie na to wszystko pan prokurator?

- Prokurator nic nie powie, bo nigdy się o tym nie dowie - zapewniła ją Jane. -Pani nie musi im tego wszystkiego opowiadać. Będziemy z nimi pertraktowali. Nigdy nie będzie musiała pani zeznawać.

Edith Stoddard wstała i wyprostowana poszła do drzwi Zapukała. Otworzyła je Cheryl Williams. Przed wyjściem Stoddard obróciła się do Jane Yenable i powiedziała:

- Zdradziłaś mnie, Jane...

Rudi Hines tak zorganizowała sobie kolejność sprzątania, by znaleźć się w biurze rachunkowym miejskiego szpitala dokładnie za pięć trzecia. W soboty biuro rachunkowe czynne było od szóstej trzydzieści rano do drugiej trzydzieści po południu. Przed trzecią biuro było w zasadzie puste. Tu nikt nie lubił darmowych nadgodzin. Tym razem jednak kierownik biura, Herman Laverne, siedział za swoim biurkiem i rozmawiał przez telefon. Hines najpierw wpadła w panikę, ale po chwili postanowiła kontynuować zgodnie z planem.

Boże drogi, byle stąd wyszedł przed trzecią, pomyślała.

Gdy sprzątaczka weszła, Laverne podniósł głowę. Rudi Hines miała na sobie kombinezon roboczy, a na rudych włosach baseballową czapeczkę z daszkiem przekręconym do tyłu. Pchała przed sobą wiadro z wpasowanym w specjalny otwór kijem szczotki. Wiadro było na kółkach. Przeszła spokojnie obok Laverne'a, który dłonią przesłonił mikrofon i powiedział:

- Za minutkę uciekam!

Rudi Hines skinęła głową i poszła w głąb sali, gdzie zaczęła z zapałem zamiatać, zerkając przez cały czas na monitor jednego z trzech komputerów. Właśnie ten jeden miał modem i pozostawał włączony przez całą noc, by przyjmować rachunki, zlecenia, potwierdzenia i wiadomości. Zegar na ścianie wskazywał, że jest już blisko trzeciej. A Laverne ciągle gada przez telefon!

Dokładnie o trzeciej Yulpes wystukał na komputerze FONCOM i niemal natychmiast usłyszał ton z automatu telefonicznego w holu. Podstawił magnetofon pod malutki mikrofon wbudowany w komputer i puścił nagranie monety wrzucanej do otworu automatu. W chwilę potem otrzymał sygnał, że może wybierać numer. Wystukał 555-7478. Po jednym dzwonku na ekraniku pojawiły się słowa POŁĄCZENIE UZYSKANE. Wystukał kodowaną informację DIRCOM. Prawie natychmiast monitor zgasł. Minikomputer mógł nadawać bezpośrednio na linię z ominięciem telefonu.

Po drugiej stronie ulicy Morris słyszał sygnał, potem wrzucanie monety i wystukiwanie numeru.

- Znowu telefonuje - powiedział. Włączył monitor, Solomon zaś odłożył czytany kryminał. Obaj wsłuchiwali się, co będzie dalej. Dalej był tylko jeden dzwonek, jakby podniesienie słuchawki i szum na linii.

- Co to ma być, do cholery? - zdziwił się Solomon.

- Wadliwe połączenie.

- Czy z tym całym sprzętem, co mamy, nie możesz coś pokombinować? Przerzucić na inną częstotliwość albo coś innego?

- Co ty gadasz? Na jaką inną częstotliwość? W cholernym telefonie mamy mikrofon. On źle wykręcił albo źle go połączyło.

Gdy tylko monitor zgasł, sygnalizując tym przełączenie na linię z pominięciem aparatu telefonicznego, Yulpes rozpoczął komputerową rozmowę...

W szpitalu miejskim Harman Laverne właśnie opuszczał biuro, kiedy usłyszał sygnał wywoławczy z komputera.

- A to znowu co takiego? - powiedział do siebie półgłosem i poszedł w głąb sali. Pod jedną ze ścian stała Rudi Hines, dzikimi oczami wpatrzona w ekran monitora, była wyraźnie przerażona. Obie dłonie miała kurczowo zaciśnięte na drążku szczotki.

Na ekranie pojawił się tekst:

Lis jest wolny, Hydro!

- Co to jest, do cholery? - spytał Laverne. - Hydra? lis? Do komputera musiał się włamać jakiś haker.

Hydro!

- Co za bzdura? - wykrzyknął kierownik. Hydro!

Laverne pochylił się nad klawiaturą i wystukał: Kim, do cholery, jest Hydra? l kim ty jesteś?

Vulpes, pochylony nad minikomputerem w swoim pokoju, natychmiast wystukał ROZŁĄCZYĆ i program powrócił do stanu zwykłej gotowości, co też natychmiast ujawnił monitor.

Vulpes przez wiele sekund patrzył martwo na ekran. Ktoś musiał wejść i zobaczyć tekst na monitorze. No cóż, trzeba zrezygnować. Nie będzie próbował ponownego nawiązywania łączności. To zresztą zbędne, wszystko jest przecież przygotowane, jeśli Hydra była tam i odczytała tekst, to wie, że Yulpes jest na wolności. Podanie tej informacji było jedynym celem jej wywołania.

Na strychu po drugiej stronie ulicy Solomon zaczynał się poważnie niepokoić.

- Dlaczego on nie odwiesza słuchawki?

- Może jest głupi? - odparł Morris.

- I co? Siedzi ze słuchawką przy uchu słuchając szumu na linii?

- Pojęcia nie mam, co on robi... Linia nagle zamarła.

- No i widzisz? Głupek wreszcie zrozumiał, że to coś nie tak. - Solomon powrócił do swego kryminału.

Yulpes wyłączył minikomputer i schował go do skrzynki z narzędziami. Nocny stolik odstawił na poprzednie miejsce. Spojrzał na zegarek.

Trzecia dziesięć. Czas iść.

W szpitalu Laverne powiedział do sprzątaczki: - To był jakiś zwariowany haker komputerowy.

Ruszył do wyjścia, ale stanął, obrócił się i dodał: - Niech pani nie zapomni zamknąć sali na klucz.

Rudi Hines skinęła głową i gdy Laverne wreszcie wyszedł, odetchnęła z ulgą. Wszystko w porządku. Kierownik był zły, ale nie przywiązuje żadnej wagi do tekstu. Nic go nie obchodzi żaden lis. A Lis jest wolny, l to jest istotne. Zegar na ścianie wskazywał godzinę trzecią dwanaście.

Jeszcze tylko sześć godzin!

Dziesięć minut później Yulpes wyszedł na ulicę. Morris połączył się z agentką Grosso.

- Obecna! - odezwała się do słuchawki.

- lis wyszedł z kryjówki. Idzie w kierunku centrum miasta.

- Nie rozłączaj się - odparła.

Morris patrzył w kierunku skrzyżowania. Zza rogu wyjechał popielaty Mustang, przedefilował przed stacją nasłuchu i obserwacji na strychu, i wolniutko toczył się dalej.

Za skrzyżowaniem Yulpes zaczął wchodzić po schodach na stację nadziemnej kolei miejskiej.

- Idzie na peron! - krzyknęła do telefonu agentka Grosso. - Zawiadomcie policję ruchu drogowego, żeby nam nie ruszali samochodu. Skontaktujemy się z Soplem Lodu, jeśli skądś wychynie.

- Zrozumiano. Powodzenia. Koniec - odparł Morris.

Agenci Dobson i Grosso poszli za Yulpesem do dwupiętrowego atrium hadlowego w śródmieściu. Yulpes nie sprawiał wrażenia, by gdziekolwiek się śpieszył. Grosso szła sto metrów za Yulpesem, Dobson posuwał się równolegle z nim po drugiej stronie promenady. Od czasu do czasu agentka wchodziła na chwilę do jakiegoś sklepu, podczas gdy Dobson zachowywał wizualny kontakt ze śledzonym. Też się zatrzymywał przed witrynami sklepowymi i w ich odbiciu obserwował Yulpesa. Gdy Grosso wracała „na szlak", do sklepu wchodził Dobson. Oboje byli wyposażeni w wywoływacze i mieli wystukane wzajemne numery. Gdyby którekolwiek straciło Yulpesa z oczu lub miało inny kłopot, wystarczyło nacisnąć guzik, by zawiadomić partnera. Oboje stanowili dobrą ekipę - profesjonalną, sprawną i czujną.

Yulpes spacerował alejkami parteru pochłonięty oglądaniem witryn sklepowych. Czasami przystawał i obserwował kupujących. Centrum było zatłoczone. Ludzi ściągnęły zimowe wyprzedaże. Wszedł na pierwsze piętro i zatrzymał się w sklepie z lodami. Wyszedł z niego z ogromną porcją lodów oblanych czekoladą, na której spoczywała góra bitej śmietanki obsypanej kraszonymi orzechami. Usiadł na ławce i zaczął powoli konsumować swój ulubiony przysmak. Często mlaskał z zadowolenia. Gdy skończył, poszedł do sklepu muzycznego i kupił dwie płyty kompaktowe. Z kolei odwiedził magazyn z odzieżą męską, gdzie nabył czarny golf. Następnie z wypożyczalni kaset wideo wziął film „Bezsenność w Seattle". Następnym etapem okazało się kino, gdzie kupił za dolara bilet na „listę Schindlera". W kiosku obok nabył hot doga i Coca-Colę. Zanim wszedł na salę kinową, usiadł przy jednym ze stolików umieszczonych przed całym rzędem kiosków otaczających przybytek dziesiątej muzy. Grosso i Dobson spotkali się w miejscu, z którego Yulpes nie mógł ich dostrzec.

- Cholera, widziałem ten film - poskarżył się Dobson. - Trwa trzy godziny.

- No, to zobaczysz go jeszcze raz - odparła partnerka. - Tylko nie opowiadaj mi, co będzie dalej. Nienawidzę tego.

Kiedy Yulpes uporał się z hot dogiem i Coca-Cola, spojrzał na zegarek i wszedł do kina. /

- Ja kupię bilety, ty prażoną kukurydzę - powiedziała agentka.

- Stracę na tym. Kukurydza jest droższa - narzekał Dobson.

- Raz w życiu możesz stracić pół dolara. - Agentka podeszła do kasy.

Gdy Vail i St. Claire wrócili z kliniki Justine, na lotnisku czekał na nich Stenner.

- Przywiozłem ze sobą Jane - powiedział Stenner. Zabrzmiało to tak, jakby przepraszał. - Nie chciałem samej jej zostawiać.

- A ochrona domu? - spytał Vail.

Stenner spojrzał na zegarek. - Właśnie przybywa.

Otworzył tylne drzwiczki samochodu. Wyjrzała z nich Jane. Na jej widok Vail uśmiechnął się. Z jego twarzy na chwilę ustąpiło napięcie.

- Wszystko w porządku? - spytał, sadowiąc się obok.

- Oczywiście, panie prokuratorze. I niech pan nie będzie taki zły. To ja chciałam przyjechać na lotnisko. Stenner mnie nie zmuszał.

- Jestem zdenerwowany, wiem, przepraszam. Cieszę się, że jesteś - powiedział. - Abel, wracamy przez biuro!

Obiema rękami objęła jego ramię. - Możesz się teraz odprężyć. Twój chytry lis siedzi teraz w kinie.

- W kinie?

- Nasi dwaj najlepsi węszyciele bawią się w niańki naszego kochasia oglądającego „Listę Schindlera" - poinformował Stenner, wyjeżdżając z terenu lotniska. -Jeśli Yulpes zamierza obejrzeć cały trzygodzinny film, to już niedługo wyjdzie.

- A w kwaterze ma być o dziesiątej - dopowiedziała Jane. - Za godzinę z kawałkiem.

- Co robił przed pójściem do kina?

- Spacerował po centrum handlowym, wypożyczył film, jadł lody.

- Te jego cholerne lody! - mruknął Vail. - Telefonował?

- Morris mówił, że właściwie nie.

- Połącz mnie z nim - zażądał Vail.

- Myślę, że jeśli nasz chłopiec działa wspólnie ze swoim naśladowcą, to teraz marnuje tylko czas - zauważył St. Claire. - Chce odczekać. Liczy na to, że się zmęczymy i będziemy mniej czujni, a potem uderzy.

- Dlatego też nie możemy stać się mniej czujni - oświadczył Vail.

- Masz Morrisa - odparł St. Claire, podając Yailowi słuchawkę radiotelefonu.

- Mówi Martin Yail. Bobby, do kogo dzwonił Yulpes?

- Dzwonił dwa razy, panie prokuratorze. Pierwszy raz do zegarynki, a potem wystukał numer i otrzymał złe połączenie. To wszystko. I następnie wyszedł.

- Dziękuję - odparł Yail z grymasem niezadowolenia na ustach i oddał słuchawkę. - Dwa połączenia, z tego jedno błędne.

- My też niewiele zdziałaliśmy w Daisyland - zaczął Stenner. - Mają tam bardzo liczne zespoły sprzątaczek. I dużą płynność kadr. No i ośmiuset pacjentów. Oprócz tego dostawcy, odwiedzający, ruch jest olbrzymi. Przeczesać ostatnie dwa lata? -zaśmiał się. - Wykluczone.

- A więc jedyne, co nam zostało, to węszyć za Hutchinson i Tribblem. Musielibyśmy mieć wiele szczęścia, aby to było któreś z nich. Znikoma szansa. - St. Claire pokiwał smutno głową.

- Flaherty sprawdzał tych dwoje, przeglądając w komputerze stanowe listy płacy - poinformował Stenner. - Tak jak poleciłeś. Nie ma żadnego śladu, że któreś z nich pracowało kiedykolwiek w Daisyland. Z St. Louis też nie ma lepszych wieści. Dziś po południu Flaherty rozmawiał ze swoim kumplem, sierżantem Nicholonem. Nic nie ma. Ani odcisku palca, ani próbki krwi. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał.

- Mamy do czynienia z prawdziwym profesjonalistą - stwierdził St. Claire.

- Nie. Mamy do czynienia ze Stamplerem - odparł Yail. - On rozdaje wszystkie karty.

- A może ty zbyt wysoko oceniasz Stamplera, Marty? - odezwał się St. Claire. -Może to działa samotny naśladowca. Przejrzał nagrania w gabinecie Molly Arrington, dowiedział się, jak i co trzeba robić, usłyszał o bibliotece biskupa...

- Zdecydowanie nie. To jest Stampler - upierał się Yail. - Widziałem go. Rozmawiałem z nim. On temu przewodzi i będzie nadal przewodził.

- Więc co? Mamy po prostu czekać, tak? - spytał Stenner.

- Właśnie tak. Wszyscy nasi są pod ochroną?

- Tak jest - odparł Stenner. - Mają specjalny dozór albo przebywają z rodzinami. Flaherty ma oko na Shanę. To zadanie bardzo mu odpowiada, a nawet sprawia przyjemność. Zauważyłem, że jej także.

- Może nie powinienem teraz podnosić tej sprawy... - wtrącił St. Claire - ...ale to będzie sporo kosztowało. Zwłaszcza, jeśli nadzór będzie musiał trwać długo.

Yail spojrzał nań ostro. - Masz lepszy plan, Harve? - spytał.

- Nie mam żadnego planu, który byłby wart połowę twojego.

Agenci Grosso i Dobson siedzieli w tyle sali kinowej, w dwu różnych rzędach, aby móc przez cały czas obserwować Yulpesa i szybko wyjść, gdyby to samo chciał uczynić Yulpes. Dotrwał on jednak do końca i podniósł się dopiero wtedy, gdy przez ekran zaczęła wędrować lista obsady i realizatorów. Grosso i Dobson czym prędzej wymknęli się ze swoich miejsc i wyszli przed kino.

Agentka Grosso szybko wyjęła z torebki paczkę papierosów.

- Trzy godziny bez dymku to dla mnie za długo - powiedziała. - Coś mi się wydaje, że... Lepiej umykaj!

- Za późno - mruknął Dobson i dał znak oczami.

Kirby Grosso obróciła się i znalazła oko w oko z Yulpesem. Patrzył na nią zimnym wzrokiem.

- Przepraszam panią, czy byłaby pani łaskawa użyczyć mi swej zapalniczki? -Do ust włożył papierosa.

- Oczywiście.

- Podobał się pani film?

- Doskonały - odparła spokojnie.

Oddając jej zapalniczkę uśmiechnął się. - Dziękuję. - Odszedł w kierunku wyjścia z centrum handlowego.

- Rozszyfrował nas - mruknęła Kirby Grosso.

- Ale jak? Byliśmy praktycznie niewidzialni - lamentował Dobson.

- Nie wiem jak, ale rozszyfrował. Nie tylko to: on chce, żebyśmy o tym wiedzieli.

- Prawdopodobnie wraca do domu. Dopilnujemy, by wszedł pod kołderkę i przekażemy dozór naszym elektronicznym geniuszom na strychu. Potem Stenner zdecyduje, co z nami zrobić.

- Odsunie nas od sprawy.

- Od jakiej sprawy? Gdzie jest ta sprawa? Nawet nikt nie wie, po co łazimy za tym facetem.

- Stenner powiedział, że on jest bardzo niebezpieczny.

- I to wszystko? Pilnujemy go dlatego, że jest niebezpieczny? Połowa mieszkańców Chicago może być zakwalifikowana do tej kategorii.

- On dziwnie wygląda. Aż mnie przeszedł dreszcz, kiedy na mnie spojrzał. Czy widziałeś jego oczy, Randy?

- Więc depczemy mu po piętach, ponieważ jest niebezpieczny i dziwnie wygląda, a także wywołuje dreszcze u tych, na których spojrzy. Teraz już wiem, na czym polega cała sprawa.

Jadąc do domu koleją miejską Yulpes spojrzał na zegarek. Ósma trzydzieści. Uśmiechnął się do siebie. Hydra uderzy za pół godziny.

Za pół godziny nastąpi początek ostatecznej rozgrywki, na którą czekał dziesięć lat.

33

W gotyckich wieżycach budynków uniwersyteckiego kompleksu Chicago czatowały w mglistej poświacie bliskiego pełni księżyca chimery, harpie i przedziwne mityczne twory. Wpatrzona w tę panoramę Naomi Chance poczuła głęboki lęk, jakby widziała legion zwiastunów zagłady. Średniowieczne potwory wyraźnie z niej kpiły, lecz jednocześnie kusiły. Przestała wlepiać wzrok w niesamowity obraz, otrząsnęła się z niemądrych myśli i podniosła kołnierz płaszcza, by ochronić się przed porywami zimnego wiatru, który hulał między budynkami i nacierał na nią od chwili, gdy wyszła z biblioteki i ruszyła przez wielki skwer w kierunku parkingu za skrzyżowaniem. Comiesięczne zebranie stowarzyszenia zrzeszającego sekretarki adwokackie, prokuratorskie i sądowe było wyjątkowo nudne. Musiała jednak wytrwać do końca, bo nim przewodziła. Czyniła to ze zwykłą sobie sprawnością, co umożliwiało szybkie zakończenie obrad.

Gdy zbliżała się do ulicy 57, zobaczyła między drzewami i krzewami skweru żarek papierosa. W głębokim cieniu tkwił nieruchomo mężczyzna z rękami w kieszeniach. O kilka metrów dalej przy chodniku stał samochód. Mężczyzna wyjął rękę z kieszeni i po chwili żarzący się papieros poleciał łukiem na ziemię.

Chwyciła parasol, który zawsze nosiła w kieszeni, i przyśpieszyła kroku. Każdego innego dnia zlekceważyłaby człowieka w mroku, ale tego wieczoru wszystko wydawało się groźne. Na każdym kroku dostrzegała złowróżbne znaki. Wszyscy są podminowani zwolnieniem Stamplera, pomyślała. Wydawało się jej, że sylwetka w mroku jakby się skurczyła. Na jej wysokości mocniej zacisnęła palce na pojemniczku z gazem i skręciła w prawo, ku ulicy, aby oddalić się od kępy drzew i krzewów. Nim zrobiła kilka kroków, usłyszała obcy głos:

- Naomi Chance!

- Kto to? Czego pan chce? - spytała jeszcze bardziej przyśpieszając.

- Proszę zaczekać!

Zatrzymała się i wpiła wzrok w ciemności, z których wynurzyła się potężna sylwetka mężczyzny. Był to wysoki muskularny Murzyn. Rysów twarzy nie potrafiła dostrzec.

- Czego pan, do diabła, chce? - zapytała ostro, wyjmując z kieszeni uzbrojoną w gaz dłoń. - Niech pan trzyma się z daleka! - zagroziła.

- Ojej! - Mężczyzna zatrzymał się i zaczął szperać w kieszeni. - Powiedziano mi, że z pani twarda sztuka. - Roześmiał się tubalnie. Wyciągnął rękę i otworzył trzymany w dłoni portfel. W świetle latarni błysnęła złota oznaka.

- Detektyw Zack Łydę, departament policji w Chicago. Mój szef, Shock Johnson, wypożyczył nas biuru prokuratora okręgowego, a prokurator powiedział mi, żebym miał na panią oko. No i właśnie ja i mój partner to robimy. Mamy panią na oku.

Naomi głęboko odetchnęła. - Ale mi pan napędził stracha!

- A pani mnie to niby nie? Tym gazem. Odwieziemy panią do domu, sprawdzimy, co jest i jak, a potem będziemy...

- Mieli na mnie oko? - dokończyła Naomi.

- Ano właśnie. - Chrząknął rozbawiony. - Będziemy za panią jechali.

- No, to może niech pan jedzie ze mną, a pański partner za nami? - zaproponowała Naomi.

- Dlaczego nie! - odparł Łydę. Kiedy szli do nie oznakowanego policyjnego wozu, Naomi zobaczyła sędziego Harry'ego Shoata, jak wychodzi z biblioteki po zakończeniu cotygodniowego seminarium dla młodych doktorantów.

Naomi wskazała go palcem. - No a sędzia Shoat? Też ma ochronę? Jakiegoś anioła stróża?

- Sędzia Shota nas wyśmiał - odparł Łydę. - Powiedział, że prokurator Vail jest stuknięty i pewno co wieczór zagląda pod własne łóżko, żeby zobaczyć, czy nie kryje się pod nim jakaś zjawa.

Na sąsiedniej ulicy funkcjonariusz policji, przydzielony sędziemu Shoatowi jako kierowca i stały ochroniarz, podbiegł do sędziego, żeby wziąć od niego ciężką teczkę pełną dokumentów.

- Jak panu sędziemu dziś poszło? - spytał.

- Jak zwykle świetnie - odpowiedział Shoat z butą. - Pojęcia nie mam, jak ci durnie mogą spodziewać się, że zdadzą końcowy egzamin.

- W istocie, sir - zgodził się kierowca.

Kierowca i ochroniarz w jednej osobie nazywał się Jefferson Hicks i miał czarny pas karate, a ponadto ukończył seminarium antyterrorystyczne. Przydzielono go sędziemu Shoatowi przed czterema miesiącami, po tym jak pewien rozeźlony podatnik, który uważał, że sąd podle go potraktował, postrzelił, niemal zabijając, jednego z kolegów Shoata. Hicks należał do departamentu policji, samochód do sędziego. Usadowiwszy się w czterodrzwiowym Mercedesie sędzia sięgnął do schowka za składanym siedzeniem i wyciągnął butelkę koniaku doskonałej marki oraz kieliszek. Nalał sobie, nie żałując. Obracał kieliszek w dłoniach, wdychał aromat i powolutku sączył, by wystarczyło mu na pół godziny jazdy do apartamentu, w którym mieszkał w dzielnicy Edgewater.

- Kiedy pan miał wykład, panie sędzio, dzwonił jeszcze raz pan prokurator. W sprawie tego Stamplera.

- Vail! - prychnął sędzia z pogardą. Shoat, nim został sędzią najwyższego sądu stanowego, był znany jako „Kat" Harry. Ten ultrakonserwatywny prawnik wydawał niesłychanie surowe wyroki, często pachnące rasizmem. Był perfekcjonistą pozbawionym cierpliwości i poczucia humoru, częstował podsądnych „sprawiedliwością", która nie uwzględniała żadnych okoliczności łagodzących. Trzykrotnie przepadał w przedbiegach do fotela w Sądzie Najwyższym, ale jego rozległa wiedza prawnicza uniemożliwiała dalsze ignorowanie tej kandydatury.

Jechał teraz wciśnięty w poduszki swej limuzyny. Twarz miał ponurą. Przygryzał wargę, nad którą widniała wąska linijka czarnych wąsików, stanowiąca wraz z siwo-kruczymi włosami godną ozdobę sędziowskiej głowy.

Vail i Shoat wielokrotnie starli się na sali sądowej. Shoat nadal nosił w sercu głęboką niechęć do prawnika, który rzucał wyzwanie zwyczajowemu postępowaniu

i nawet samym przepisom prawnym, czyniąc to zawsze z niesłychaną energią. Nawet jako prokurator, Vail odnosił się z arogancją do uznanych autorytetów, drażniąc tym niebywale sędziego Shoata. Teraz, zmieniwszy stronę barykady, Vail rzucał oskarżenia pod adresem swego byłego klienta, twierdząc, że ten nie powinien zostać zwolniony, mimo że najznamienitsi psychiatrzy aprobowali jego urlop. :': - Vail chciałby na dwie strony - mruknął do siebie sędzia pociągnąwszy kropelkę koniaku i przypominając sobie, jak to podczas procesu Stamplera Vail zastawił pułapkę na prokurator Jane Yenable. - Do diabła z Yailem! - powiedział głośno.

- Tak jest, panie sędzio - przytaknął Hicks.

- Wrócił! - zawiadomił Morris, gdy Yulpes wszedł do domu. Ustawił kamerę wideo na otwarte okno pokoju Yulpesa i włączył ją, gdy we framudze drzwi ukazała się sylwetka.

- Robił zakupy - stwierdził Solomon, patrząc przez lornetkę. Vulpes wysypał na łóżko zawartość dwóch torebek. - Dwie ph/ty i sweter...

- l chyba jeszcze coś... - dodał Morris, obserwując wnętrze pokoju przez wizjer kamery. - Chyba wideofilm. „Bezsenność w Seattle..." i coś tam jeszcze...

- „Bezsenność w Seattle" - powiedział Solomon. - To bardzo śmieszny film.

- Mam nadzieję, że dialogi też są śmieszne, bo chyba będziemy musieli go słuchać nie widząc obrazu.

- Są tam dobre piosenki. Aha, Jimmy Durante śpiewa Jak mija czas".

- Kto to jest Jimmy Durante?

- Aktor filmowy z dawnych czasów. Ma głos jak maszyna do kruszenia kamieni. Zresztą sam usłyszysz.

- Nasz chłopaczek pakuje kasetę do magnetowidu - obwieścił Solomon.

- Ja też to widzę. Nie musisz mi ogłaszać komunikatów z każdego jego ruchu. Yulpes zaczął się rozbierać, ale jakby sobie przypomniał, że ma odsłonięte okno.

Podszedł do niego i opuścił roletę.

- Cholera! - zaklął Morris. -1 znowu został nam tylko nasłuch.

No i słyszeli, jak Yulpes pogwizduje, chodzi po pokoju, a potem włącza telewizję. W pewnej chwili jęknęły sprężyny, więc chyba się położył. Wreszcie rozpoczął się film.

Morris wyłączył kamerę i opadł na fotel.

- Ale mi rozrywka - użalił się Solomon. - Słuchanie ścieżki dźwiękowej bez oglądania obrazu.

Po opuszczeniu rolet Yulpes szybko się przebrał, wkładając zakupiony czarny sweter. Ze skrzynki narzędziowej wyjął niewielki magnetofon i położył go na nocnym stoliku. Dźwięk z filmu przegrał jeszcze w Daisyland. Właściwie przegrywał kilka razy, gdyż wielokrotnie zatrzymywał taśmę, by w co zabawniejszych miejscach dograć własny śmiech. Tak precyzyjna była to robota, że nawet wraz z Jimmym Durante śpiewał Jak mija czas".

Wyczekał odpowiedniej chwili, by wyłączając dźwięk z telewizora włączyć na odpowiedniej sekwencji swoją ścieżkę dźwiękową. Nagranie i akcja filmu były teraz

zsynchronizowane. Film trwał mniej więcej dwie godziny. Nastawił automatyczne wyłączenie telewizora na jedenastą wieczorem. Magnetofon miał wyłączyć się sam. Przy odrobinie szczęścia nikt nie zorientuje się do rana, że zniknął.

Uchylił drzwi pokoju i wyjrzał na schody. Słyszał kroki Schmidta kręcącego się po kuchni. Zszedł na dół.

- Cześć, Raymond - powiedział Schmidt.

- Cześć. Pić mi się chce. Może jest Cola?

- Oczywiście, że jest. W lodówce. Ja już znikam. Zamknij drzwi na klucz, jak będziesz wychodził.

- Zrobię to. Dobranoc.

- Jestem pewien, że polubisz ten dom, Raymond - pożegnał Yulpesa Schmidt. Yulpes uśmiechnął się. - Już go lubię - zapewnił.

Morris widział, jak o dziewiątej piętnaście Schmidt otulony w wełnianą kraciastą kurtkę opuścił dom. Pięć minut później na parterze zgasły światła. Po następnych pięciu minutach Yulpes otworzył kuchenne okno i zręcznie wyskoczył między krzewy przed domem.

Stenner jeszcze nigdy nie widział Yaila w podobnym stanie. Prokurator okręgowy był kłębkiem nerwów. Dokładnie sprawdził, czy każdy z jego najbliższych wpółpra-cowników, narażonych na zemstę Stamplera, jest odpowiednio chroniony. Bardzo był niechętny wyprawie Naomi na teren uniwersytetu i ustąpił dopiero wtedy, gdy go przekonano, że osłania ją w pełni profesjonalna ekipa. Uparł się natomiast, by Shana Parver, Flaherty i Meyer - którzy mieszkali samotnie - pozostali na tę noc razem.

- Może odwiozę cię do domu, Martin? - zaproponował Stenner. - Yulpes jest w łóżeczku i ogląda film na swoim telewizorze.

- Coś mi podpowiada, że może coś się stać. Harvey miewa takie stany. Wy zresztą też, tyle że nazywacie to intuicją czy instynktem.

- No i właśnie teraz też mnie trąca - mruknął St. Claire. - Czuję to od chwili, kiedy przyszliśmy do biura.

- Ale co konkretnie czujesz, Harve? - spytał Flaherty.

- Ile razy muszę ci mówić, że gdybym wiedział, to nie byłoby to trącanie, ale rzeczywistość - odparł St. Claire.

- Ostatni raz, kiedy cię „potrąciło", wygrzebałeś sprawę Lindy Balfour - przypomniał Stenner.

- Ale kiedy ty ostatni raz poczułeś takie coś, to znaleźliśmy Poppy Palmer -zrewanżował się St. Claire.

- Abel ma rację, jedźmy do domu - powiedziała Jane Yenable. - Dobrze, Martin? Ale przedtem chciałabym minutkę z tobą porozmawiać.

Martin, zaskoczony poważnym wyrazem twarzy Jane, bez zadawania żadnych pytań zaprowadził ją do gabinetu i zamknął za sobą drzwi.

- Ciarki cię przeszły? - zażartował.

• - Muszę ci coś wyjawić. I nie dotyczy to Stamplera...

- Mów! - odparł krótko.

- Byłam w tym... kawalerskim apartamencie Delaneya. Poszłam tam z poczucia obowiązku. Chciałam zapoznać się z miejscem popełnienia zbrodni, l coś odkryłam. W ściennej szafie przy sypialni jest tajny schowek.

- Duży schowek?

- Pół metra głęboki, ponad półtora metra wysoki. Delaney trzymał tam swoje zabaweczki...

- Jakie znowu zabaweczki?

- Pejcze, kajdanki, skórzane paski do pończoch...

- Co?!

- I pistolet. Smith and Wesson. Leży na dnie schowka. Wygląda, jakby był tam po prostu rzucony. Niczego nie dotykałam.

- W schowku jest broń?

- Tak. Zakładam, że jest to narzędzie zbrodni.

- Jak na to wszystko trafiłaś?

- Chyba tylko kobieta może zwrócić uwagę... Kobiety są wyjątkowo wyczulone na przestrzeń w szafach... Siedziałam na łóżku i patrzyłam na wnętrze otwartej szafy. I zauważyłam, że po jednej stronie szafa jest głębsza, po drugiej dużo płytsza. Zaczęłam to oglądać z bliska i nie mogłam znaleźć powodu spłycenia szafy. Szukałam dalej. Stukałam w ścianki ptytszej części myśląc, że może osłaniają betonową konstrukcję nośną. Nic takiego. Głuchy odgłos. Szukałam dalej, aż znalazłam. Aby schowek otworzyć, wykręca się drążek, na którym normalnie wiszą ubrania. Wkłada się palec w otwór w ścianie i naciska guzik.

- Chytra z pani sztuka, pani Yenable. Może chce pani u mnie pracować?

- Mam w tej chwili pracę. Bronię Edith Stoddard.

- Jeśli mamy rozpocząć targ ugodowy, to może lepiej zaproszę Shanę. To jej sprawa.

- Żadnych targów, Marty. Chcę pełnej rozprawy.

- Jane! Najprawdopodobniej znalazłaś narzędzie zbrodni. To nam zupełnie wystarczy, by uziemić panią Stoddard.

- Przez blisko dziesięć lat Edith Stoddard była ofiarą. Upokorzył ją, zbezcześcił, a ona akceptowała wszystko, by utrzymać pracę. Potem porzucił ją, sprawiając sobie nowszy model, i zrujnował jej życie. Kiedy dodam wszystkie okoliczności łagodzące, to Edith Stoddard może wyjść z sali sądowej na wolność.

- Na podstawie jakiego to precedensu, jakiej normy prawnej?

- Mogę znaleźć sto podstaw. Choćby Zasada McNaghtena, mówiąca o utracie równowagi psychicznej. Nie ma wątpliwości, że Edith Stoddard działała w stanie niedoskonałości myślenia. Do stanu tego doprowadziły ją okoliczności. Nie zdawała sobie sprawy z natury i wagi czynu, jaki popełniała. Mogę też wykorzystać inną koncepcję: nie dającego się odeprzeć impulsu. Była tak zrozpaczona i załamana, że straciła panowanie nad swymi czynami. A może spróbuję oprzeć się na teorii czasowej utraty poczytalności? Edith została zhańbiona i upokorzona, a następnie wyrzucona jak niepotrzebny śmieć. To wystarczy, by doznać zaburzeń umysłowych.

- Zachowaj swoje argumenty dla ławy przysięgłych, moja droga. - Podał jej papierosa i sam zapalił drugiego. - Zapominasz o jednym: mamy do czynienia z prę-

medytacją! A poza tym byłem przekonany, że Edith Stoddard zamierza upierać się przy przyznaniu do winy?

- Ja od samego początku jestem temu przeciwna.

- Ona jest twoim klientem. Musisz jej słuchać.

- Nie muszę. Należę do palestry, do systemu wymiaru sprawiedliwości. Dbam

0 sprawiedliwość i mam obowiązek radzić klientowi i jak najlepiej go bronić. I zamierzam to robić. Czy zgodzisz się na nieumyślne zabójstwo?

Vail głośno się roześmiał. - Nie mogę. Zostałbym wyrzucony na zbity łeb za brak kompetencji. Twoja Stoddard jest albo niewinna, albo winna czemuś więcej niż nieumyślne spowodowanie śmierci człowieka.

- No, to w takim razie odbędzie się pojedynek pań Parver i Yenable. Chyba że się włączysz.

- Nigdy nie włączam się do spraw prowadzonych przez moich prokuratorów. Wyślę St. Claire'a i Parver, by obejrzeli schowek. I może potem ty i Shana usiądziecie

1 pogadacie.

- Jak sądzisz, czego będzie chciała w tym przypadku Shana?

- Krwi.

- Dobrze ją wyszkoliłeś, prawda?

- W tym przypadku nie musiałem. Ona ma to w sobie. Ale dziękuję, że mi o tym wszystkim powiedziałaś.

- Ty byś mi nie powiedział?

- Oczywiście, że tak. Niemniej musiałaś być w rozterce. Biorąc pod uwagę opcje...

- Nie było opcji i dobrze o tym wiesz - obruszyła się.

- Etyka rodzi problemy - uśmiechnął się.

- Ano rodzi. - Po chwili dodała: - Pan mnie nieustannie zadziwia, panie Vail. Sprawiasz wrażenie osoby, której spadł z serca wielki kamień.

- Dlaczego? Może oczekiwałaś, że dostanę ataku szału?

- Znam mężczyzn, którzy dostaliby.

- Słuchaj, Janie. Każde z nas robi to, co musi. W pewnym sensie ja jestem odpowiedzialny za sytuację. Ja cię wpakowałem w obronę pani Stoddard. W pewnym sensie narzuciłem ci ją.

- Tylko w pewnym sensie? - Uniosła wysoko brwi. Oboje się roześmieli.

Do drzwi gabinetu zapukał St. Claire. Vail skinął, by wszedł.

- Już wiem, o co chodziło. Wiem, dlaczego mnie trąciło. Coś, co powiedziałeś o tych telefonach Yulpesa, od razu wydało mi się dziwne.

- Konkretnie co?

- Powiedziałeś, że zadzwonił i otrzymał złe połączenie.

- Tak mi zrelacjonował Morris.

- No to dlaczego nie zadzwonił powtórnie?

Vail długo patrzył na St. Claire'a, a potem przeniósł wzrok na Jane.

- On ma rację - stwierdziła.

- Przecież nigdzie się nie śpieszył. Jeśli ma się złe połączenie, to albo wykręca się ponownie, albo wystukuje numer do centrali - dokończył St. Claire.

Hicks pierwszy wszedł do eleganckiego apartamentu Shoata. Zapalił światło w niewielkim holu i udał się do gabinetu, gdzie na biurku złożył teczkę sędziego. Shoat kupił ten apartament po śmierci żony, nie chcąc dłużej mieszkać w starym domu w pobliżu Uniwersytetu Loyoli. Z domem tym łączyło się zbyt wiele bolesnych wspomnień. Trzypokojowe mieszkanie miało dobrą lokalizację w pobliżu jeziora, w dobrej dzielnicy. A przede wszystkim znajdowało się na parterze, co bardzo Shoatowi odpowiadało. Od tylu rozciągała się weranda otoczona wysokim drewnianym płotem. Sędzia spędzał długie godziny na tym ganko-tarasie o wiejskim charakterze, czytając stenogramy rozpraw i ręcznie pisząc uzasadnienia orzeczeń. Hicks zaciągnął cienkie białe zasłony z bawełny i dopiero wtedy zapalił światło w gabinecie. Następnie rozsunął oszklone drzwi na taras, rozejrzał się, zasunął z powrotem i zaryglował drzwi, zaciągając na nie zasłony. Z kolei sprawdził obie sypialnie, obie łazienki, wbudowane szafy i malutkie pomieszczenie, służące sędziemu jako prywatny gabinet.

- Wszystko w porządku - zameldował sędziemu.

- Dziękuję, Hicks - odparł Shoat. - Nie wiem, co bym robił bez ciebie.

- A może bym tak został na noc? Mógłbym się przespać w gościnnym pokoju. Przy tym rwetesie w związku...

- Nie ma najmniejszej potrzeby - odparł sędzia. - Zaraz się kładę. Przez pół godzinki pooglądam telewizję, żeby zobaczyć, co tam jest nowego na kanale prawniczym, i przed dziesiątą będę spał jak suseł.

- Jak pan sędzia sobie życzy. Jutro o siódmej rano?

- Tak jest. Jak zwykle.

Shoat odprowadził Hicksa do drzwi, zamknął za nim, założył łańcuch i zaryglował dodatkową zasuwą. Potem nalał sobie whisky z wodą, pogasił światła w holu i salonie, i wszedł do sypialni.

Shoat był zawsze wierny wieczornemu rytuałowi. Wyjął z szafy i powiesił na pomocniku ubranie na dzień następny, szklankę z whisky odstawił na nocny stolik, wyszorował zęby, umył twarz i przebrał się w szkarłatną jedwabną piżamę. Jedwabny szlafrok starannie złożył i przerzucił przez oparcie krzesła, stojącego w zasięgu ręki. Pantofle nocne ustawił dokładnie w miejscu, w które powinny trafić jego stopy, gdy wstanie rano. Ułożył trzy puchowe poduszki, jedna na drugiej, w odpowiedniej pozycji, po czym je jeszcze umościł. Wreszcie odsłonił koc i wsunął się bokiem między flanelowe prześcieradła -ostrożnie, by ich nie zburzyć. Podparty wygodnie na poduszkach podciągnął pod brodę lekką kołdrę z pierza. Dopiero wtedy włączył telewizor. Posługując się pilotem przebiegł kilka kanałów, aż trafił na kanał prawniczy. Poprawił się, wziął do ręki szklankę z whisky i popijając oglądał obraz z przyciszonym dźwiękiem. Po kilku minutach poczuł senność. Skończył whisky i wyłączył telewizor.

Z drzemki wyrwał go chłodny prąd powietrza. Otworzył oczy i w półśnie usiłował przebić wzrokiem mrok. Zrobiło się jeszcze bardziej zimno.

Nagle wydało mu się, że coś słyszy. Dźwięki zdawały się dochodzić z salonu. Może to złudzenie, pomyślał. Był rozespany i nieco zagubiony w ciemnościach.

- Czy to ty, Hicks? - zawołał myśląc, że to być może wraca jego ochroniarz i czeka przed drzwiami.

Ponownie usłyszał dźwięki. Może ktoś rozmawia na korytarzu?

Po ciemku zaczął szukać włącznika lampy, ale trafił na szlafrok. Wygrzebał się z łóżka i stopami zaczął wymacywać nocne pantofle. Sypialnię zalało lodowate powietrze. Zrezygnował z pantofli i boso poszedł w kierunku salonu. Gdy otworzył drzwi, uderzyła go fala jeszcze zimniejszego powietrza. Spojrzał w głąb salonu. Oszklone drzwi na taras były szeroko otwarte, białe zasłony furkotały w powietrzu, sprawiając wrażenie nieziemskich zjaw.

A niech to wszyscy diabli, Hicks zapomniał o drzwiach tarasowych, pomyślał.

Poszedł w ich kierunku, chcąc zasunąć rozwarte skrzydła, l wtedy usłyszał głos.

- Cisza, nakazuję ciszę na sali! -1 odgłos uderzenia młotka sędziowskiego w pulpit. Głos wydawał się wychodzić z fruwających, tańczących, szarpanych wiatrem zasłon. Zrobił parę kroków, by lepiej się przyjrzeć.

l wtedy zobaczył niewyraźną sylwetkę owiniętą półprzeźroczystą materią. Zamarł. Ogarnął go przeraźliwy lęk. Sylwetka była teraz wyraźniejsza. Jakby zjawa zmaterializowała się opuściwszy zwoje splątanych okiennych zasłon. Ciemna forma o ludzkim kształcie ruszyła ku niemu. Sędziemu zaschło w gardle, stopy wrosły w ziemię.

- Kto... co? - wymamrotał.

Sylwetka, wyraźnie teraz widoczna na tle księżycowej poświaty i zasłon, podniosła rękę. Shoat usłyszał stuknięcie i zaraz potem ten sam głos - ten sam zduszony szept, który przed chwilą nakazywał ciszę na sali sądowej:

Książę, któremu wszyscy nisko się kłaniają, Sędzia surowy, stanowiący prawo, Bogaty czy biedny, potężny czy steby, Wszyscy są równi - śmierć wszystkich dopada.

Nastąpiła krótka przerwa, a potem padły słowa:

- Pozdrowienia z Daisyland, panie sędzio...!

- O mój Boże! - krzyknął Shoat. Rzucił się do tyłu i podbiegł do stolika przy drzwiach. Wyciągnął szufladkę i palcami wymacał zimny metal rewolweru. Nim jednak zdołał wyciągnąć go z kryjówki, poczuł mocne szarpnięcie za włosy.

Zaledwie go zapiekło, gdy ostrze noża podcinało mu gardło. Kiedy jednak otworzył usta, by krzyknąć, usłyszał tylko świst powietrza ulatującego mu spod brody. A potem poczuł słoność...

Było już za późno, by Shoat mógł poczuć ból.

34

Ustalenie numeru telefonu nie było trudne. Morris podłączył cyfrowy odczytnik do monitora i po chwili miał już potrzebną informację. Reszty Stenner dowiedział się po jednym telefonie.

- Szpital miejski - obwieścił. - Ostatnie trzy cyfry, 4-7-8, to wewnętrzny. On dzwonił do księgowości.

- Po diabła dzwonił do rachunkowości miejskiego szpitala? - zastanawiał się głośno Vail.

- I dlaczego otrzymał niewłaściwe połączenie? - zadał pytanie St. Claire.

Meyer, ekspert komputerowy, siedział na końcu stołu, przysłuchując się rozmowie. Teraz pochylił się nad klawiaturą i wprowadził program modemu, a następnie wywołał menu. Wystukał numer 555-7478. Słuchał sygnału, patrząc jednocześnie na ekran komputera. Przez chwilę ekran był pusty, a potem przepłynęła informacja, że połączenie jest dokonane, i u góry ekranu pojawiło się kolejne menu.

- Oto odpowiedź na wasze pytania - zawiadomił Meyer. - On wzywał inny modem. Yulpes rozmawiał z komputerem.

- Co takiego? - wykrzyknęła Shana Parver.

- Właśnie. Skąd on wziął komputer? - spytał St. Claire.

- Tego nie wiem. Wiem tyle, co wam powiedziałem. Komputer do komputera. Ten szum na linii to właśnie to. Jeśli jest specjalistą komputerowym i miał do dyspozycji półtorej minuty, to właśnie to zrobił i wiedział dobrze, co robi.

- Może powinniśmy go obudzić i spytać? - zaproponował Flaherty.

- Nie mamy podstaw do ingerencji w jego osobiste sprawy - odparł Vail. - Jest wolnym człowiekiem. Jeśli chce mieć komputer, to może go mieć. To jego interes, nie nasz. Jeśli go natomiast używa, by dać instrukcje swemu naśladowcy... A, wtedy go mamy!

Wystukał numer Morrisa.

- Słucham? - odezwał się agent.

- Tu Martin Vail, Bobby. Co robi teraz Yulpes?

- Ogląda film wideo „Bezsenność w Seattle".

- Jesteś pewien, że on jest w swoim pokoju?

- Słyszymy jego śmiech. A przed paroma minutami śpiewał Jak mija czas" z Jim-} mym Durante.

- Czy tylne wyjście jest pod obserwacją?

- Oczywiście.

- Pilnuj go dobrze, Bobby. Jeśliby gdzieś dzwonił albo zrobił coś, co wykracza poza zwykłe czynności, to natychmiast dzwoń.

- Tak jest, sir.

Vail odłożył słuchawkę. - Yulpes ogląda film wideo. Posłuch odbiera jego głos. -Przez chwilę przechodził się po gabinecie. - Powiem wam, co zrobimy... Harve i Ben, chodźcie ze mną. Pójdziemy do księgowości szpitala miejskiego. Shana i Dermott, zo-

stajecie tu i odbieracie telefony. Zadzwońcie zaraz do Naomi, żeby się upewnić, czy wszystko w porządku i czy ma ochronę. Gdyby coś się wydarzyło, cokolwiek... telefon od Morrisa lub od kogoś innego... natychmiast dzwońcie do mnie na komórkę. Abel, zabierz Jane do domu i zostań z nią. Nie na zewnątrz, ale w domu. Czekaj do mojego przyjazdu. Tylko tobie ufam, jeśli idzie o jej ochronę. I niech ochrona zewnętrzna domu nie tkwi w miejscu, ale patroluje cały teren. Są jakieś pytania? Jeśli nie, to do roboty.

Podjazd pod izbę przyjęć przypominał pole walki. Przed wejściem stały trzy karetki z migającymi czerwonymi światłami. Yaila, Meyera i St. Claire'a powitały w holu harmider i hałas. Młody sanitariusz przemknął koło nich z kobietą na wózku. Kobieta miała maskę tlenową na twarzy i kroplówki na obu rękach. Głowa kiwała się jej na boki. Patrzyła na świat półotwartymi nieprzytomnymi oczami. Za wózkiem biegł młody lekarz i wykrzykiwał polecenia pielęgniarce, przytrzymującej skrzydło otwartych drzwi do sali operacyjnej.

- Mam tu skomplikowane złamanie nogi oraz prawdopodobny uraz czaszki. Potrzebna mi natychmiast tomografia głowy...

- Jesteśmy gotowi! - odkrzyknęła pielęgniarka.

Z izby przyjęć wyskoczył jak z procy inny lekarz w fartuchu spływającym krwią. Szybkim krokiem poszedł w głąb korytarza.

- Przepraszam, doktorze... - zaczepił go Vail, ale w odpowiedzi otrzymał krótkie „Nie teraz". Po chwili lekarz zniknął za drzwiami sali operacyjnej.

Vail zerknął przez otwarte drzwi sali przyjęć i zobaczył, jak pielęgniarka okrywa prześcieradłem ciało. O metr od niej zespół lekarsko-pielęgniarski pracował zapamiętale nad kolejnym pacjentem przewidzianym na salę operacyjną. Z sali wyleciała pielęgniarka z plikiem kartek na sztywnej drewnianej podkładce.

Vail zwrócił się do pielęgniarki: - Przepraszam, siostro, szukamy lekarza dyżurnego...

- Do końca korytarza, windą na piętro, trzecie drzwi na lewo. Pani Wilonski -odparła pielęgniarka, nie patrząc na pytającego i nie zwalniając kroku.

- Dzięki - odparł Vail.

Odnaleźli pokój i urzędująca w nim pielęgniarka wywołała pagerem nieobecną chwilowo panią Wilonski. Przestrzegła gości, by nigdzie nie odchodzili, bo inaczej Wilonski ich nie znajdzie, po czym odbiegła.

- Czy w tym budynku nikt normalnie nie chodzi? - spytał Meyer.

Po minucie otworzyły się drzwi windy i wyszła z nich niska starsza kobieta w mocno wykrochmalonym fartuchu. Jej twarz miała ostre rysy o wyrazie rozeźlonego buldoga.

- Dobry wieczór. Jestem Eve Wilonski, lekarz dyżurny. Nie mam zupełnie czasu, na izbie przyjęć sytuacja kryzysowa...

- Wiemy, stamtąd właśnie przyszliśmy. Jestem Martin Vail, pełniący obowiązki prokuratora okręgowego.

- To ja z kolei wiem. Widziałam pańską fotografię w gazetach.

- A to moi dwaj współpracownicy. Ben Meyer i Harve St. Claire. Skinęła im głową.

- Skąd ten rwetes w szpitalu? - spytał Vail.

- Groźna kolizja na LaSalle. Kilka samochodów. Trzech zabitych, sześciu usiłuje pozostać przy życiu. I drugi straszny wypadek. Na południu miasta. Trzyletnia dziewczynka zabita, a jej matka w bardzo ciężkim stanie. Do kompletu przywieziono nam dwóch mężczyzn z zawałami serca i jednego szaleńca na oddział psychiatryczny. Stał na markizie kina i siusiał na przechodniów. To wszystko wydarzyło się w ciągu ostatnich czterdziestu minut, a nie ma jeszcze jedenastej. Tak naprawdę ruch zaczyna się dopiero po jedenastej.

- Bardzo przepraszamy, że przychodzimy w tak zwariowanym czasie - kajał się Vail.

- Tu nie ma innego czasu. Tylko zwariowany - odparła. - Czy pańska wizyta oznacza, że będziemy mieli dodatkowy problem? Z prokuraturą? Co znowu zmalowaliśmy?

- Wy nic. Muszę obejrzeć wasz dział rachunkowości. I chcę się też dowiedzieć, kto tam był o godzinie trzeciej.

- W soboty w księgowości kończą pracę o drugiej trzydzieści.

- Wiemy to, ale mamy też podstawy sądzić, że ktoś tam był o trzeciej. Musimy się dowiedzieć, kto.

- Może sprzątaczka albo ktoś z personelu technicznego? - podsunął St. Claire.

- Możliwe - odparła. - Jeśli sprawa jest w istocie taka pilna, mogę zadzwonić do pana Laverne'a w domu. Do kierownika biura rachunkowości. Może ktoś pracował w nadgodzinach.

- Bylibyśmy bardzo wdzięczni - odparł Vail.

- Czy mogę wiedzieć, o co właściwie chodzi?

- O hakera. Wie pani, o takiego, co włamuje się do cudzych komputerów - wyjaśnił Meyer. - Mamy podstawy sądzić, że ktoś buszował po waszym programie księgowym. Konsekwencje mogą być bardzo poważne. Sama pani rozumie... Chodzi o pieniądze.

- O mój Boże! - wykrzyknęła pani Wilonski. Zaczęła przerzucać szpitalną kartotekę numerów i adresów personelu. Znalazła numer Laverne'a i sprawnie go wystukała. Na odebranie telefonu czekała chyba wieczność.

- Nie ma go - jęknął St. Claire.

- Pan Laverne? - powiedziała nagle pani Wilonski. - Przepraszam, że pana niepokoję. Mówi Eve Wilonski. Mam tutaj obok siebie prokuratora okręgowego. Chce z panem mówić. - Podała słuchawkę Yailowi.

- Słucham.

- Panie Laverne, jesteśmy zainteresowani sprawą możliwego włamania się hakera do szpitalnego komputera w pańskim biurze. Czy ktoś pracował dziś po drugiej trzydzieści?

- Ja pracowałem.

- Pan? Był pan w biurze o trzeciej?

- Byłem. Rozmawiałem przez telefon z firmą farmaceutyczną na Zachodnim Wybrzeżu.

- Czy ktoś jeszcze był w tym samym czasie na sali?

- Owszem. Sprzątaczka, chyba nazywa się Hines. Podejrzewam, że chodzi o hakera. Od początku to podejrzewałem.

- Co to znaczy, że pan podejrzewał? - zdziwił się Vail.

- Przechodziłem koło komputera, kiedy na ekranie na linii modemowej pojawiła się wiadomość...

- Jaka wiadomość?

- Taka jakaś zupełnie głupia. Coś o jakimś lisie i o kimś o imieniu Hydra.

- Hydra? Czy nie przypomina pan sobie dokładniej treści tekstu?

- Niech się zastanowię... Najpierw było chyba: „Hydro, lis jest wolny". Potem słowo Hydra pojawiło się parę razy. Wtedy ja doskoczyłem do klawiatury i zapytałem, kim jest Hydra i kto jest na linii. A wtedy wszystko zniknęło z ekranu. Haker wylogował się z sieci.

- A Hines? Czy Hines była tam przez cały czas?

- Przyszła sprzątać przed trzecią, kiedy rozmawiałem przez telefon.

- Hines to kobieta - powtórzył Vail na użytek swoich współpracowników.

- Więc to był jednak haker? Miałem rację? - dopytywał się pan Laverne.

- Tak, panie Laverne, to był haker. Bardzo panu dziękujemy za pomoc.

- Wiedziałem, że to był haker. Od razu wiedziałem - powtórzył radośnie pan Laverne. - Czy wy, panowie, zawsze pracujecie tak późno w nocy?

- W sprawach ważnych zawsze - odparł Vail. Jeszcze raz podziękował kierownikowi działu rachunkowości i odłożył słuchawkę. - Macie tu jakąś Hines?

- Tak. Rudi Hines. Pracuje jako sprzątaczka - odparła pani Wilonski.

- Pokaż jej fotografię - polecił Vail St. Claire'owi.

Pani Wilonski przez długą chwilę przyglądała się podobiźnie Rene Huthinson i potem skinęła potakująco.

- Tyle że ma ciemniejsze i krótsze włosy. Ale to jest Rudi.

- A tacy już byliśmy pewni, że to jest Tribble - mruknął pod nosem St. Claire.

- Słucham? - zapytała Wilonski.

- Nie, nic... Chcielibyśmy obejrzeć dział rachunkowości...

- Ależ oczywiście. - Kobieta wyjęła z szuflady pęk kluczy i poprowadziła gości labiryntem korytarzy i holi. Wreszcie dotarli do niewielkiej salki z rzędem korytarzy i holi. Monitory obrócone były tyłem do drzwi. Meyer poszedł prosto do nich i nagle stanął jak wryty.

- Patrzcie! - powiedział, wskazując palcem na jeden z ekranów. Wszyscy podeszli i odczytali tekst:

To bardzo chytre...

Książę, któremu wszyscy nisko się kłaniają,

Sędzia surowy, stanowiący prawo,

Bogaty czy biedny, potężny czy słaby,

Wszyscy są równi - śmierć wszystkich dopada

HYDRA

- Nie mam pojęcia, co to za tekst, ale dam głowę, że go znajdziemy w jednej z książek Rushmana - powiedział St. Claire.

- Co to znaczy? Kto to jest Hydra? - zapytała Eve Wilonski.

- Grecka mitologia, szanowna pani - wyjaśnił St. Claire. - Wielogłowy stwór. Ilekroć Herakles odcinał jedną z nich, wyrastały dwie na jej miejsce.

- Kto wie, czy nie powstawało także nowe imię, nowa nazwa, kiedy pojawiły się komplikacje - mruknął do siebie Vail.

- Możliwe - zgodził się St. Claire.

- On chce nam coś powiedzieć, Harve. Śle posłanie. Wszystko, co robi, zawiera posłanie, informację. Nazwiska, imiona, cytaty. On nas świadomie drażni... - Vail poczuł nagle lodowaty chłód. Powtórzył głośno drugą linijkę czterowiersza. Sędzia!

- Shoat! - wykrzyknął St. Claire.

- O jakimże innym sędzi mogłaby być mowa? Trzeba zadzwonić na komórkę Shocka Johnsona - powiedział Meyer.

St. Claire zwrócił się do Eve Wilonski. - Powiem pani, co naprawdę oznacza ta wiadomość. Oznacza, że potrzebny jest nam adres sprzątaczki Rudi Hines.

Stenner zaparkował samochód przed domem, w którym mieszkała Jane Yenable. Otworzył jej drzwiczki samochodu i pomógł wysiąść. Gdy podchodzili do drzwi frontowych, wyjął broń, czym bardzo zaskoczył Jane. Stenner zawsze wydawał się taki spokojny i opanowany. Aż trudno było sobie wyobrazić, że ma przy sobie rewolwer. Przy drzwiach ujął Jane pod ramię, postąpił krok i wyciągnął rękę po klucz. Otworzył drzwi i pchnął je do wewnątrz nogą. Pierwszy wszedł do holu, rozejrzał się uważnie i następnie cichutko wbiegł na piętro, gdzie dokładnie sprawdził wszystkie pomieszczenia, łącznie z szafami w ścianie, komórkami i innymi zakamarkami.

- Tutaj wszystko wydaje się w porządku - oświadczył skończywszy.

Na tarasie, plecami do drzwi siedział ochroniarz. Na uszach miał słuchawki i słuchał muzyki z walkmana. Stenner był wściekły.

- Mógłbym otworzyć drzwi, podejść i wyciągnąć spod niego krzesło, nim by się spostrzegł - powiedział idąc w kierunku tarasu. - Powiem mu, żeby tu z panią został, kiedy będę sprawdzał drugie piętro. - Otworzył drzwi tarasowe i klepnął ochroniarza w plecy.

Mężczyzna ściągnął z uszu słuchawki, wstał i obrócił się. Twarz miał wykrzywioną przerażającym grymasem diabelskiego uśmiechu. Minęła wieczność, choć była to tylko sekunda, nim Stenner rozpoznał twarz Aarona Stamplera.

Rozpoznał ją o sekundę za późno.

- Witam w domu - syknął Stampler, zadając cios od dołu. Ostrze długiego noża przeszyło Stennera poniżej żeber i skręciło w górę ku sercu. Siłą inercji obaj mężczyźni wpadli do salonu i runęli na ścianę.

Rozpaczliwie chwytając powietrze Stenner zacisnął palce na przegubie Stamplera, aby unieruchomić mu rękę i uniemożliwić wyciągnięcie noża z rany. Stampler z twarzą tuż przy twarzy Stennera wykrzywił usta w triumfalnym grymasie. Wolną dłonią sięgnął do kieszeni oficera policji i wymacał klucze do samochodu. Zacisnął na nich palce.

Kiedy mężczyźni wpadli do pokoju, Jane Yenable odskoczyła w bok. Wciśnięta za kanapę z przerażeniem patrzyła na nóż zatopiony w ciele Stennera. Ogarnął ją

szał. Ze stolika przed kanapą chwyciła ciężką lampę z mosiądzu i natarta nią, niby maczugą, na Stamplera. Trafiła w szczękę. Wtedy Stenner wyślizgnął się z uścisku Stamplera i upadł na podłogę z nożem nadal wbitym po rękojeść.

Stampler zawył z bólu. Przechwycił lampę i drugą ręką uderzył Jane w twarz. Siła ciosu cisnęła ją na ścianę. Stampler, który trzymał teraz lampę w obu rękach, zamierzył się i uderzył.

Trafił w policzek. Jane poczuła trzask kości i straszliwy ból oka. Usta miała pełne krwi. Ugięły się pod nią nogi i upadła na ziemię, widząc jednym okiem rozwścieczonego mordercę.

Stampler obrócił się, by odzyskać nóż, ale Stenner leżał teraz na brzuchu i miał nóż pod sobą. Szaleniec pobiegł do kuchni, gdzie chwycił ścierkę i przyłożył do zmasakrowanej szczęki. Wyciągnął kuchenną szufladę i całą zawartość wyrzucił na podłogę. Nie było noża. Wyciągnął drugą szufladę i zrobił z nią to samo. Nóż znalazł dopiero w trzeciej - groźnie wyglądający nóż do dzielenia mięsa. Wrócił z nim do salonu. Nie zdawał sobie sprawy, że chwilę przedtem Stenner z olbrzymim wysiłkiem przetoczył się na plecy i resztką sił pchnął w kierunku Jane Yenable swój rewolwer. Po wyfroterowanej klepce broń dotarta do celu. Jane przechwyciła ją w chwili, gdy Stampler wlatywał do salonu z podniesionym nad głową nożem.

Półprzytomna z bólu uniosła rewolwer i strzeliła. Kula trafiła w kuchenny stół. Stampler padł na ziemię, szukając osłony. Jane strzeliła jeszcze dwa razy. Stampler wczołgał się za kanapę, ale jedna z kuł przeleciała przez obicie wzbijając tumany kurzu. Stampler zerwał się, chwycił krzesło i zgarbiony pomknął do okna. Wybił krzesłem okno, skoczył w deszczu odłamków szkła, upadł, zerwał się i pomknął do samochodu Stennera.

Jane Yenable obróciła się na brzuch i spojrzała na Stennera, który trzymał w dłoni wyciągnięty nóż. Nagle zwiotczał i legł niczym kupa szmat. Nóż wypadł mu z ręki.

Jane słyszała, jak Stampler uruchamia samochód Stennera i odjeżdża.

Zdążyła jeszcze wyjęczeć - Abel... - i straciła przytomność.

35

Gdy Shock Johnson przyjechał pod dom, w którym mieszkał sędzia Shoat, stały tam już trzy wozy policyjne. Sześciu policjantów zdążyło przeszukać teren wokół budynku, ale zgodnie z poleceniem Johnsona nie próbowali wejść do środka.

- Owszem, pukaliśmy do drzwi i usiłowaliśmy wywołać go przez telefon, ale bez skutku - zameldował sierżant dowodzący grupą.

- Psiakrew! - zaklął Johnson i, wsadziwszy dłonie do tylnych kieszeni, przyglądał się budynkowi.

- Co wiemy o domu, sierżancie? - spytał, nie odrywając oczu od okien.

- Piętrowe kondominium. Mieszkańcy pierwszego piętra na zimowych wakacjach w stanie Georgia. Sędzia jest w tej chwili jedynym mieszkańcem. Zajmuje parter i ma z tyłu domu taras ogrodzony blisko dwumetrowym płotem. Okna z tyłu i od frontu. W tej chwili nigdzie nie pali się światło. Samochód sędziego jest w garażu.

- A gdzie jest ten jego cholerny ochroniarz? Ten policjant. Jak on się nazywa?

- Hicks, dzwoniłem do niego. Sędzia kazał mu wrócić do siebie. Hicks przyjeżdża tu co ranka swoim samochodem i potem odwozi sędziego jego Mercedesem. Dlatego właśnie Mercedes jest w garażu.

- Czy Shoat nie był ostrzeżony?

- Hicks powiedział, że sędzia wyśmiał Vaila.

- Jezu, ale mnie Eckling załatwi, gdy wróci z Atlanty.

- Szef jest w Atlancie?

- Na jakiejś konwencji prawniczej. Głównie po to, żeby za darmo sobie popić i podjeść. - Johnson rozejrzał się i, wskazując palcem atletycznie zdudowanego wysokiego policjanta, spytał: - Jak się nazywasz, synu?

- Jackowitz, sir.

- Idź na tył, przeskocz przez płot wokół tarasu i zajrzyj przez oszklone drzwi. Może coś zobaczysz. Weź radiotelefon i zachowaj ostrożność.

Johnson i sierżant poszli za Jackowitzem, który zręcznie pokonał płot. Słyszeli, jak ląduje na drewnianej podłodze tarasu. Czekali.

- Drzwi tarasowe otwarte, sir - usłyszeli głos Jackowitza na tle trzasków.

- Rany boskie! - jęknął Johnson. - Masz latarkę, synu?

- Tak jest, sir.

- No to zajrzyj do środka. Ale ostrożnie!

- Tak jest, sir.

Przez dwie minuty trwała cisza. Nagle usłyszeli zmieniony głos Jackowitza: -Jezusieńku drogi. Nie wierzę w to, co widzę, poruczniku. Idę otworzyć od frontu.

Johnson szybkim krokiem podszedł do frontowych drzwi, nad którymi zapaliło się światło. Po chwili usłyszał odsuwanie rygli, potem drzwi się otworzyły i stanął w nich pobladły Jackowitz.

- Od dwunastu lat pracuję w policji, ale czegoś podobnego jeszcze nie widziałem - wyjąkał. Johnson miał wrażenie, że Jackowitz szczęka zębami.

Johnson wszedł do holu i spojrzał w kierunku szeroko otwartych drzwi do salonu, pośrodku którego leżało nagie ciało, wyprostowane, z rękami złożonymi na piersiach, jakby przygotowane przez zakład pogrzebowy do żałobnej mszy. Ciało było zmasakrowane. Rany na piersiach, nogach, rękach, obcięte jądra i członek. Wokół morze krwi. Chyba z dwie minuty Johnson wpatrywał się w trupa. Nie drgnął i nie zamrugał nawet. Tylko dygotały mu mięśnie szczęki.

- Gdzie jest jego głowa? - spytał wreszcie.

- Właśnie! Gdzie jest jego głowa? - zapytał ochrypłym głosem Jackowitz.

Vuipes przytykał ścierkę do krwawiącej szczęki, która bardzo spuchła. Odczuwał przeraźliwy ból w połowie twarzy. Na kolanach miał plan miasta z zaznaczoną trasą do szpitalnego schroniska, w którym mieszkał, do domu Jane Yenable i z powrotem do mieszkania Hydry. Uważał na prędkość. Powinien jak najszybciej pozbyć się samochodu Stennera, zakładał bowiem, że Yenable mogła już zawiadomić policję. Nagle sytuacja stała się bardzo groźna.

Co za wredne szczęście, pomyślał. Po pierwsze, Stenner ją odprowadził do domu, a nie Vail. A potem ta suka wszystko popsuła. Już drugi raz próbowała go zabić. Najpierw w sądzie, usiłując wysłać na krzesło elektryczne, a teraz własnymi rękami.

No cóż, trudno. Załatwił Stennera zamiast Yaila. I nieźle doprawił suce, może nawet pomiesza się jej w móżdżku od jego uderzenia. Zemścił się. Gorączkowo rozmyślając nad tym, co się wydarzyło i co robić dalej, przestał chwilowo odczuwać ból.

Gdy dotarł do mieszkania Hydry, zachował ostrożność. Przejechał przed domem, jakby nigdy nic. Ulica wydawała się pusta i bezpieczna. Zaparkował wóz na jej końcu, po przeciwnej stronie, jaka szkoda, że Hydra nie ma telefonu. Mógłby do niej zadzwonić i powiedzieć, żeby dała nogę, a najlepiej, żeby za nim jechała, aż znajdzie się odpowiednie miejsce, gdzie można porzucić samochód Stennera. A tak, bez telefonu, musiał zaryzykować, pójść do niej i zabrać ją ze sobą.

Gdy wysiadł z samochodu, zobaczył wóz policyjny. Wóz podjechał cicho i zaparkował w odległości paruset metrów w uliczce prostopadłej do tej, na której Yulpes teraz był. Z wozu wyszli dwaj policjanci i ruszyli w kierunku domu, w którym mieszkała Hydra. Stanęli pod nim, spojrzeli w górę i weszli.

Rety, namierzyli ją, pomyślał. Jak im się to udało? Podjął błyskawiczną decyzję: musi porzucić Hydrę. Tylko że ona zna plan... Nie przypuszczał, aby cokolwiek powiedziała. Z drugiej strony była już tak blisko krawędzi... Przy takim stanie nigdy nic nie wiadomo. Wrócił do samochodu, wsiadł, cicho zatrzasnął drzwiczki i włączył silnik. W tym momencie obaj policjanci wyszli z"domu i ruszyli wolnym krokiem do swego wozu.

Stampler siedział po ciemku w samochodzie Stennera i rozmyślał. Może ci dwaj przyszli tu, bo ktoś zadzwonił, że hałasują sąsiedzi? Może to tylko zbieg okoliczności? Postanowił poczekać kilka minut, żeby zobaczyć, czy policjanci odjadą.

Meyer prowadził samochód. Jechali pod podany im adres Rudi Hines, na południe od parku Garfielda. Yail siedział z tyłu, obracając w palcach nie zapalonego papierosa. St. Claire, zajmujący miejsce obok Meyera, obrócił się i zapytał Yaila:

- No i co z Yulpesem? Mamy dość, by go przymknąć?

- Nie mamy dość. Nie można go przymknąć za rozmawianie z komputerem. Musimy dopaść kobietę i wtedy zobaczymy. Nadal nie ma pewności, że ona jest rzeczywiście naśladowczynią Stamplera.

- Chwilowo mamy z nim spokój - wtrącił Meyer. - Siedzi w swoim pokoju i wyśpiewuje duety z Jimmym Durante.

- Może - warknął St. Claire.

- A co? Masz wątpliwości? - spytał Vail.

- Po prostu myślę...

- Znowu cię trąca? - spytał Meyer.

- Coś w tym rodzaju.

- l co ci mówi intuicja? - nalegał Meyer.

- Jeszcze nic nie mówi, tylko dręczy. Jeszcze nie umie mówić.

- Twoje intuicje wyprowadzają mnie z równowagi, Harve - stwierdził Yail.

- A niby dlaczego?

- Ponieważ są przeważnie zwiastunami apokaliptycznych wieści.

- Co ja na to poradzę? Takie jest życie i już.

- Ja nie występuję przeciwko intuicjom, mówię tylko, że kiedy ty masz przeczucie, to mnie przechodzą dreszcze.

Zobaczyli wóz policyjny, zaparkowany przy skrzyżowaniu o paręset metrów od domu, gdzie mieszkała Rudi Hines. Podjechali. Kierowcą był stary wyga, John Bohane. Jego partner, Richard Luscati, pracował w policji dopiero od dwóch miesięcy.

- Porucznik Johnson nakazał nam tu na pana czekać, panie prokuratorze. Żeby nie narobić za wcześnie szumu. Poszliśmy spacerkiem pod dom, żeby się rozejrzeć...

- No i co?

- Jej wóz stoi zaparkowany w uliczce na zapleczu. Na przednim siedzeniu krew. St. Claire zagwizdał.

- Myślicie, że ona jest w domu?

- Tak, sir - odparł Bohane.

- Idziemy. Zachować ostrożność. Nasza panienka jest niebezpieczna i pewno uzbrojona.

Meyer zaparkował samochód przed wozem policyjny. Pięciu mężczyzn ruszyło cichą, pustą ulicą w kierunku rzędu domów niedawno przerobionych na apartamenty.

- To jej mieszkanie. - Bohane wskazał skrajne okna drugiego piętra.

- Są tylne drzwi? - spytał Yail.

•v Są.

- No to na wszelki wypadek obsadźcie je - polecił Yail mundurowym policjantom. Policjanci szybko zniknęli w przejściu między domami. Yail, Meyer i St. Claire

weszli po stopniach do frontowych drzwi.

Yulpes widział, jak drugi samochód podjeżdża do wozu policyjnego i zatrzymuje się na jego wysokości. Nie miał jednak pojęcia, kto to jest. Dopiero po pewnym czasie ów drugi samochód zjechał do chodnika i zaparkował. Wysiedli z niego trzej

mężczyźni. Policjanci do nich dołączyli. Potem wszyscy razem ruszyli w kierunku największego z budynków mieszkalnych. Kiedy przechodzili pod latarnią, Yulpes rozpoznał Yaila.

Zabiło mu mocniej serce i żywiej zaczęła krążyć krew. Pulsujący ból obejmował teraz całą twarz. Potrzebował wielkiego wysiłku woli, aby mu się nie poddać. Zalała go fala dzikiej nienawiści - oto idzie Vail w odległości paruset metrów, a on nic nie może mu zrobić.

Oby cię piekło pochłonęło, Vail! Szybciej myślisz, niż można cię o to posądzić!

Może jednak policja jeszcze nic nie wie o zamachu na życie Stennera i tej Va-nable. Stennera załatwił na amen, a Yenable, jeśli jeszcze żyje, to jest nieprzytomna. Tak, najprawdopodobniej nikt jeszcze nie szuka samochodu Stennera.

A może tej suce dołożyłem mocniej, niż myślałem? Roześmiał się na tę myśl. Mimo wszystko bez zwłoki powinien pozbyć się samochodu.

Za późno na udzielenie jakiejkolwiek pomocy Hydrze. Na szczęście nie będzie mówić. Jest zbyt głęboko zaangażowana. Szkoda tego planu. Był doskonały i ona do tej chwili wykonywała swoje zadanie bezbłędnie. Ale Yenable udało się go trafić i dlatego Yail uprzedził go i on nie zdążył do Hydry przed Yailem...

Teraz trzeba znaleźć inny samochód i porzucić wóz Stennera. Zaczął studiować plan miasta. Doskonale. W pobliżu jest kilka wieżowców mieszkalnych. Mają parkingi. Samochodów będzie mnóstwo. Do wyboru, do koloru.

Żegnaj Hydro, szkoda, że nam nie wyszło.

Zawrócił na pustej ulicy i pojechał w kierunku North River.

- Pójdę pierwszy - powiedział St. Claire i wypluł na trawę prymkę.

- Dlaczego ty masz iść pierwszy? - zapytał Meyer.

- Bo mam to - odparł St. Claire wyciągając spod płaszcza Magnum kalibru 0,357 cala i wchodząc do domu. Źle oświetlony hol nie pozwalał wiele dostrzec. Schody po lewej prowadziły na piętro. Po chwili dołączyli obaj policjanci, którzy weszli od tyłu.

- Wszystko w porządku - zameldował Bohane. - Jej wóz nadal tam jest. Teraz prowadzili policjanci, za nimi szedł St. Claire, następnie Yail i Meyer. Na piętrze Bohane zapukał do drzwi.

- Pani Hines! - zawołał.

Rudi Hines była w łazience. Stała nago przed umywalką i myła ręce, z których spływała czerwonawa woda. Kiedy usłyszała pukanie, narzuciła na siebie bawełniany szlafrok i wyszła z łazienki do pokoju.

Pokój był skromnie umeblowany. Kanapa ze sprężynami dotykającymi ziemi, okrągły stół kuchenny z dwoma krzesłami oraz dwa fotele w stanie nie lepszym niż kanapa. Jedyne oświetlenie dawała stojąca przy drzwiach lampa z sześćdziesiędo-watową żarówką.

- Czy to ty? - zawołała radośnie.

- To policja, pani Hines. Musimy z panią porozmawiać. Chodzi o pani samochód za domem.

Wróciła do łazienki i po chwili z niej wyszła z długinrnożem w dłoni. Skryła się z nim w ciemny kąt pokoju.

- Niech pani otworzy - powiedział St. Claire, podchodząc bliżej drzwi. - Nie chcemy wyłamywać drzwi. To byłoby nieładnie. Niech pani otworzy. Chcemy tylko przez minutkę porozmawiać.

- Idźcie sobie! - padła odpowiedź.

St. Claire spojrzał na Yaila i wzruszył ramionami. Obrócił się do Bohane'a i wskazując drzwi polecił: - Jazda!

Policjanci wyciągnęli rewolwery z kabur. Bohane cofnął się o krok i potem z całej siły kopnął drzwi tuż poniżej klamki. Rozwarły się z trzaskiem. W głębi holu skrzypnęły zawiasy, potem pokazała się przerażona twarz.

- Proszę wrócić do siebie i zaryglować zamki - warknął Yail. Twarz zniknęła, drzwi się zatrzasnęły.

Policjanci wskoczyli do pokoju. Bohane pierwszy, Luscati z tyłu zabezpieczał partnera. Trzeci był St. Claire i on pierwszy ją zobaczył.

- Ja będę mówił - powiedział policjantom i bardzo łagodnym głosem zwrócił się do kobiety: - No i dlaczego zmusiła nas pani do sforsowania drzwi?

- Czego ode mnie chcecie? - spytała. Nagle zobaczyła Yaila wchodzącego do pokoju i twarz jej stężała. - Wiem, kim pan jest! - zasyczała.

- Jestem Martin Yail, prokurator okrę...

- Przecież wiem, kim pan jest. Dlaczego jest pan tu, a nie tam?

- Gdzie tam?

- Czego pan chce?

- Czy pani używa również nazwiska Renę Hutchinson, pani Hines? - spytał St, Claire. Jeszcze bardziej wcisnęła się w kąt. W mroku widzieli tylko jej błyszczące oczy.

Choć Yail ledwo dostrzegał sylwetkę, miał wrażenie, że na dłoni kobiety widzi plamy krwi.

- Święte światło zemsty kładzie się na tobie. Sofokles - wyszeptała.

- Pani Hines, czy używa pani także nazwiska...?

- Jestem Hydra - odpowiedziała. Nóż trzymała w fałdach szlafroka.

- Zna pani Aarona Stamplera?

- Nie ma takiej osoby.

- Zna pani Raymonda Yulpesa?

- Zemsta jest słodsza niż rzeka miodu. Homer...

- Zna pani Lisa? - przerwał jej St. Claire.

- Kara jest sprawiedliwością dla niesprawiedliwych...

- Niech się pani skupi i posłucha...!

- Co pan tutaj robi? - spytała, gromiąc Yaila rozgorączkowanym spojrzeniem.

- A gdzie powinienem być? - spytał Yail.

- Z nią.

- Z kim?

- Śmierć jest długiem, który wszyscy musimy sptecić.

Policjanci spojrzeli po sobie. Meyer rozglądał się po pokoju. Zobaczył niewielki magnetofon na stoliku obok drzwi. Był poplamiony krwią.

- Wiemy, że pani nazywa się Renę Hutchinson. Czy mogłaby pani nam powiedzieć, gdzie jest Lis? - Yail zbliżył się o krok. - Musimy porozmawiać z panią i Lisem...

- Nauczyłam go wszystkiego - wyszeptała nagle z wielką dumą. - On wszystkiego nauczył się ode mnie.

- A czego nauczył się od pani? - zapytał St. Claire.

- Wszystkiego - odparła.

Meyer podszedł do stolika. Ołówkiem wepchnął klawisz ODTWARZANIE.

- Niech pan tego nie robi! - wrzasnęła kobieta.

- Cisza, nakazuję ciszę na sali! - i głuche uderzenie młotkiem sędziowskim w pulpit. A potem:

Książę, któremu wszyscy nisko się kłaniają, Sędzia surowy, stanowiący prawo, Bogaty czy biedny, potężny czy słaby, Wszyscy są równi - śmierć wszystkich dopada... ...Pozdrowienia z Daisyland, panie sędzio...

Vail natychmiast rozpoznał głos. Recytował Yulpes!

- Panno Hutchin... - St. Claire nie zdążył więcej powiedzieć. Kobieta wyskoczyła nagle z mroku i z nożem w podniesionej dłoni natarła na Yaila.

St. Claire błyskawicznie go zasłonił, mierząc w Hydrę z rewolweru.

- Ani kroku dalej! - krzyknął, ale ona się nie zatrzymała. Młodszy z policjantów spanikował i strzelił, trafiając kobietę w pierś. Przeraźliwie krzyknęła. Nóż wypadł jej z ręki. Uderzona kulą zatoczyła się i upadła

na plecy. Półprzytomnie patrzyła w sufit, dyszała i szeptała: - Dziękuję ci... dziękuję ci... Policjant, który strzelał, stał jak sparaliżowany.

- O Jezu, słodki Jezu. Dlaczego pani się nie zatrzymała, kiedy kazałem! - wrzeszczał na ranną.

- Zamknij się, Ritch, wezwij ambulans - nakazał Bohane.

- Ona rzuciła się z nożem! - wykrzykiwał dalej młody policjant. - Ja nie... ja przecież nic... - Nagle wydęły mu się policzki. Czym prędzej przykrył usta dłonią i pomknął do łazienki.

- Osiemnaście lat jestem w policji i nigdy do nikogo nie strzeliłem z wyjątkiem papierowych sylwetek na strzelnicy - oświadczył z niesmakiem Bohane. - A ten smarkacz... - pokręcił głową. - Wezwę ambulans.

- Proszę. - Vail podał mu komórkowy telefon. Policjant wystukał 911.

St. Claire ukląkł obok Hydry.

- Renę Hutchinson...? - zaczął.

- Jestem Hydra - odparła słabym głosem.

- Kto panią tak nazwał?

- Lis. Lis wie wszystko. Ale ja nauczyłam go tego wszystkiego, co wie. Intuicja St. Claire'a przerodziła się nagle w pewność. Przypomniał sobie zapiski,

jakie znalazł w dokumentacji na temat Stamplera. Notatki zrobione przez Tommy'ego Goodmana przed dziesięcioma laty, gdy wrócił z wyprawy do Kentucky, gdzie zbierał informacje na temat rodziny Stamplera i jego dzieciństwa.

- Jak go poznałaś? - St. Claire spytał Hydry.

- Zawsze go znałam.

- To ty jesteś Rebeka, prawda?

- Ja jestem... Hydra.

- Ale przedtem, nim zostałaś Hydrą? Byłaś Rebeką?

Jej głos przemienił się w cichy szept: - Nauczyłam go wszystkiego... wszystkiego, co umie.

- Jezu, jesteś jego nauczycielką, prawda? Nie odpowiedziała.

- Kiedy się z nim po raz pierwszy skontaktowałaś? Mów, Rebeko!

Na chwilę jej myśli powędrowały do małego chłopca ze śladami bata na plecach. Chłopiec siedzi w kąciku jej pokoju i pochłania książki, by zapamiętać fragmenty, które specjalnie dla niego zaznaczyła. To był czas ich dwojga i tylko ich - we dwójkę w jej domu, niczym w sanktuarium chroniącym przed brutalnym światem. Kochali się na dywaniku przed płonącym kominkiem. I nagle ta chwila wspomnień przemieniła się w rozpalone białe światło...

Gdy St. Claire wpatrywał się w nią intensywnie, jej oczy nagle zmatowiały, potem zamieniły się w dwa głazy wprawione w martwą twarz. St. Claire przyłożył palce do tętnicy szyi, ale z góry wiedział, że kobieta nie żyje.

- Ona była nauczycielką Stamplera - powiedział. - Przypomniałem sobie zapiski Goodmana. Zrobił je po powrocie z Kentuchy. Ona mu wtedy powiedziała: „Nauczyłam go wszystkiego, co umie". Była nie mniej chora od niego. Tak samo szalona.

- A ja go nie uważałem za szalonego, Harve - odparł Vail. Jest po prostu mordercą. Morduje z zimną krwią. Od samego początku mordował z zimną krwią. Wywołaj Morrisa. Każ mu iść na drugą stronę ulicy i zabrać sukinsyna.

- Zrobię to z rozkoszą - odparł St. Claire.

Na progu łazienki pokazał się młody policjant. Ocierał usta ręcznikiem.

- Panie prokuratorze, tu jest coś dla majora Stennera.

Vail poszedł do łazienki. Na krawędzi wanny stał niewielki karton adresowany do Stennera. Poniżej nabazgrany był tekst:

Czymże jest strach, jeśli nie głosem Wsączającym zło tam, gdzie zła nie ma, l nieświadomych wprowadzających w błąd, Aż wreszcie piorun zguby w nich uderzy.

Vail otworzył karton i ujrzał wykrzywioną śmiertelnym grymasem twarz Harryego Shoata.

36

Morris i Solomon tak długo walili w drzwi przejściowego domu dla pacjentów ze szpitali psychiatrycznych, aż uchylił je jakiś młodzieniec z długimi, spiętymi na karku włosami. Młodzieniec ów, który przed chwilą zbiegł z głośnym tupotem ze schodów, zapytał krótko:

- Czego?

Morris wsunął w szparę legitymację i odparł: - Policja, otwierać.

- Policja?! - wrzasnął w panice młody człowiek.

- Kazano nam sprawdzić nowego przybysza.

Morris i Solomon wpadli jak burza, gdy tylko drzwi się otworzyły, i pognali na piętro. Przez zamknięte drzwi słyszeli głos Yulpesa śpiewającego w duecie z Jim-mym Durante.

Uczyń kogoś szczęśliwym...

- Otwierać, policja! - powiedział bardzo głośno Morris. Przekręcił gałkę zamka. Drzwi nie były zamknięte. Gdy wraz z Solomonem wdarł się do pokoju, na ekranie telewizora przewijały się nazwiska realizatorów filmu. Morris zastygł, gdy zobaczył magnetofon.

Uczyń kogoś szczęśliwym...

Podkład muzyczny skończył się, zapadła cisza. Morris rozglądał się bezradnie po pustym pokoju.

- Ale nas oszukał, Bobby!

Vail właśnie wychodził z mieszkania Renę Hutchinson, kiedy zadzwonił telefon. Słuchał w milczeniu, gdy Morris plącząc się wyjaśniał sytuację, i myślami wybiegał naprzód.

- Natychmiast zawiadom departament policji i zdaj im dokładny raport. Ja będę w biurze.

Teraz pytanie: gdzie jest Yulpes?

Odpowiedzi udzielił Shock Johnson, przynosząc dalsze złe wiadomości.

- Gdzie jesteście? - spytał Yaila przez telefon.

- W samochodzie w drodze do biura - odparł Vail.

- Jedź prosto do szpitala, Marty. Stampler dopadł Stennera i Jane Yenable. Oboje żyją, ale... ich stan jest ciężki. Chyba teraz właśnie już ich dowieziono na izbę przyjęć. Stampler zabił ochroniarza budynku.

- Niech go pochłonie piekło! - wykrzyknął Vail. - Jak to mogło się stać?

- Zabił ochroniarza, naszego człowieka. Wbił Ablowi nóż pod żebra, gdy ten przywiózł Jane do domu. Jane parę razy strzeliła i Stampler umknął samochodem Stennera. Jane zdążyła mi to powiedzieć, gdy odzyskała przytomność, ale zaraz

potem znowu ją straciła. Sąsiedzi usłyszeli strzały i zawiadomili policję. Wysłaliśmy faksami list gończy, ale zdjęcie Stamplera pochodzi sprzed dziesięciu lat.

- Weźcie policyjnego rysownika. Niech doda Stamplerowi dziesięć lat i dziesięć kilo, a potem wyślijcie to do telewizji i gazet. Radzę również ogłosić alarm na pięć stanów. Jeśli uda mu się wydostać z Chicago, to Bóg jedyny wie, kiedy go dopadniemy.

- Jasne. Słyszałem o tej kobiecie. Znaleźliśmy całą resztę Shoata w jego mieszkaniu. Ona z pewnością załatwiała Shoata w tym samym czasie, kiedy Stampler był u Jane.

- Stampler wykiwał moich ludzi - powiedział Vail. - Wymknął się z domu.

- Cholera, co się na miłość boską dzieje, Marty?

- Dzieje się to, że Stampler urwał się ze smyczy. Hasa na wolności i nie wiadomo, jakie ma plany.

- Co powiemy prasie?

- Powiesz prawdę, Shock. Jak na to wszystko reaguje Eckling?

- Nadal jest w Atlancie. Nie rozmawiałem z nim.

- No cóż, mamy trzy trupy, w tym sędzia i jeden policjant. A także dwie osoby ciężko ranne w szpitalu. No i mamy seryjnego mordercę hasającego sobie po mieście. Lepiej zawiadom Ecklinga, nim dowie się o wszystkim z telewizji.

- Do zobaczenia w szpitalu.

- Cześć. - Vail wyłączył telefon.

Meyer, który zdecydowanie nie był kowbojem, kiedy zasiadał za kierownicą samochodu, tym razem zachowywał się jak podniecony nastolatek i przeciskał się w ruchu ulicznym nieustannie trąbiąc.

- Czy ten wóz nie ma policyjnej syreny? - spytał ze złością Vail.

- Nie ma, sir.

- Harvey, załatw, żeby jutro zamontowali tu cholerną syrenę.

- Tak jest. Co z Ablem? Powiedział coś?

- I Abel, i Jane są poważnie ranni. Stan ciężki. Konkretów nie znam.

Po dziesięciu minutach Meyer z piskiem opon zajechał pod wejście do szpitalnej izby przyjęć. Nim zaciągnął hamulec, Vail wyskoczył z wozu i popędził po schodach. Tak mocno pchnął uchylone drzwi, że przestraszył siedzącą tuż za wejściem tęgą pielęgniarkę. Podniosła się zza lady i patrzyła pytająco.

- Jestem Martin Vail. Przywieziono tu niedawno Jane Yenable i Abela Stennera... Jaki jest ich stan?

- Są na sali operacyjnej. Tylko tyle mogę panu powiedzieć - odparła nieco sztywno pielęgniarka.

- Jestem prokuratorem okręgowym. Myślę, że mogłaby pani powiedzieć coś więcej.

- Musi pan poczekać, aż pokaże się któryś z lekarzy zajmujących się tymi osobami. Ja naprawdę nic więcej nie wiem - tłumaczyła się pielęgniarka.

Meyer i .St. Claire dołączyli do Yaila. Jednakże Yail nie mógł ustać w miejscu -zaczął nerwowo chodzić po holu, zerkając stale na drzwi bloku operacyjnego. Pielęgniarka, przyzwyczajona do nerwowego zachowania się rodzin i przyjaciół niespokojnych o los ich bliskich, pochyliła się konfidencjonalnie do St. Claire'a i poinformowała półszeptem: - Nieco dalej w głębi korytarza są drzwi do pokoju dla odwie-

dzających. Są tam fotele, automaty z gorącymi napojami i telewizor. Zawołam panów, jak tylko...

- Dziękuję pani, ale nie sądzę, by nasz przyjaciel zechciał opuścić hol, póki się czegoś nie dowie.

- To może jeszcze długo potrwać.

- Być może. Ale ja go dobrze znam. Nie ruszy się stąd, póki nie pozna sytuacji. Co tam się teraz dzieje? - St. Claire wskazał głową na bok operacyjny.

- Przywieziono ich przed piętnastoma minutami i natychmiast zajął się nimi zespół. Z pewnością są teraz operowani.

- Dziękuję.

Vail przerwał wędrówkę i oparł się o ścianę, patrząc na zegar nad wejściem do bloku operacyjnego. Jedenasta dwadzieścia! Stampler był na wolności od niespełna dwunastu godzin.

Kryjąc się w ciemnościach Aaron Stampler obserwował bramkę. Znajdował się na pierwszym piętrze sześciokondygnacyjnego prywatnego garażu, gdzie trzymali swoje samochody mieszkańcy sąsiedniego bloku mieszkalnego. Bramka była otwierana elektronicznie kartami magnetycznymi. Stampler przypadkowo trafił na to miejsce, niemal natychmiast po porzuceniu samochodu Stennera. Pomyślał, że nikt z powracających do garażu o tej porze ludzi nie będzie ponownie wyjeżdżał tego samego wieczoru i nie odkryje braku wozu do rana. Wspaniała okazja.

Przepuścił samochód z dwiema parami. Zbyt ryzykowne. Postanowił czekać. Po dziesięciu minutach do bramki podjechał dwudrzwiowy BMW. Samotny mężczyzna. Doskonale.

Gdy kierowca przejeżdżał tuż obok, udając się na wyższe piętro, Stampler wbiegł szybko schodami na górę. Miał szczęście. Przez szparę w uchylonych drzwiach widział, jak kierowca parkuje w mrocznym kącie. Stampler wyrzucił zakrwawioną ścierkę do blaszanego kubła na śmieci, przebiegł przez oświetloną przestrzeń i skrył się za pierwszym rzędem samochodów. Potem skulony wolno dotarł wzdłuż rzędu w pobliże nowo zaparkowanego wozu. Kierowca wysiadł. Pochylił się nad siedzeniem, zza oparcia wyciągnął'skórzaną torbę i odstawił ją na betonową podłogę. Z kolei zamknął kluczykiem drzwi.

Stampler czatował za' sąsiednim samochodem. Gdy mężczyzna go minął, skoczył bezdźwięcznie jak pantera i obiema rękami pochwycił głowę mężczyzny - jedną dłonią pod brodą, drugą na szyi. W mgnieniu oka skręcił mu kark, a gdy bezwładne ciało zaczęło opadać, chwycił je pod pachy i zaciągnął z powrotem do samochodu.

Na dole szczęknęła bramka i do garażu wjechał samochód. Zaskoczony Stampler zaczął się rozpaczliwie rozglądać. Skórzana torba ofiary znajdowała się pośrodku drogi przejazdu. Niewiele myśląc otworzył kufer BMW i wpakował tam ciało mężczyzny, a następnie pobiegł po torbę. Udało mu się otworzyć drzwi w chwili, gdy obcy samochód docierał do drugiego piętra. Stampler wskoczył do BMW i położył się na przednich siedzeniach. Gdy samochód zakręcał, światło jego reflektorów przemknęło przez przednią szybę BMW, by po chwili oświetlić rampę prowadzącą na trzecie piętro.

Stampler usiadł i zaczął przyglądać się desce rozdzielczej. Tego wieczoru prowadził samochód po raz pierwszy od dziesięciu lat. BMW miał wszystko: radiomagnetofon i odtwarzacz płyt kompaktowych, elektronicznego pilota, ręczny gaz, klimatyzację i telefon. Otworzył skórzaną torbę. Pierwszym przedmiotem, jaki zobaczył, był stetoskop.

Zabił lekarza!

Grzebiąc w torbie trafił na bandaże i wodę utlenioną. Dwukrotnie musiał kłaść się na siedzeniach, gdy przejeżdżały następne samochody. Wodą utlenioną obmył ranę. Szczęka spuchła i zsiniała. Założył opatrunek i zalepił plastrem. Chociaż czuł dotkliwy ból, zignorował środki przeciwbólowe znalezione w torbie. Nie wolno się odurzać! Musi zachować czujność!

Wysiadł z wozu, otworzył bagażnik i wydobył portfel zmarłego. Wrócił do samochodu. W portfelu znalazł sto osiemdziesiąt siedem dolarów i kilka kart kredytowych. Nieźle. Mężczyzna nazywał się Steven Rifkin. Z karty identyfikacyjnej wynikało, że jest etatowym lekarzem Uniwersyteckiego Centrum Medycznego. W rubryce „kogo zawiadomić w razie wypadku" wymieniona była matka.

Ale mam szczęście, pogratulował sobie Stampler. Facet mieszka sam. Nikt na niego nie czeka. Jeśli szczęście będzie nadal sprzyjało, to pana doktora Rifkina zaczną szukać dopiero jutro rano.

Ze schowka w drzwiach Stampler wyjął dwie mapy i położył na siedzeniu wraz z planem miasta. Palcem wytyczył drogę do autostrady międzystanowej numer 80. Nagle poczuł się zupełnie pewny siebie. Z chwilą, kiedy wyjedzie na międzystanową, zgubi się w masie innych pojazdów. Spojrzał na zegar na desce rozdzielczej: 23.25. Zapuścił silnik i po kilkunastu sekundach wyjechał z garażu.

Podczas gdy Stampler zmierzał ku autostradzie międzystanowej, Shock Johnson, zmęczony i przygnębiony, podjechał pod szpital, zaparkował wóz i odszukał Yaila.

- Na zewnątrz czekają dwie ekipy telewizyjne i reporter radiowy - zawiadomił. - Pełno ich u Shoata i pod mieszkaniem tej Hutchinson. Prasa rzuciła się na te wydarzenia jak mrówki na miód. Co nowego tutaj?

- Do tej chwili nic nie wiadomo - odparł Vail. l zaczął przemierzać hol.

- Dzwoniłem do Ecklinga - poinformował Johnson, dołączając do Yaila. - Niemal zaczął fikać koziołki, kiedy o wszystkim się dowiedział. Dostał szału, chce zbić kapitał polityczny na sprawie. Przylatuje o szóstej. Powiada, żeby do jego powrotu trzymać prasę na odległość kija.

- Niby jak można utrzymać prasę na odległość kija? A poza tym media są nam teraz potrzebne. Musimy osaczyć Stamplera.

- Znaleźliśmy samochód Stennera w ślepej uliczce przy Wabach.

- Głowę dam, że znalazł już inny wóz. Zbyt wielki z niego spryciarz, żeby długo zabawiać w okolicy.

- Rozmawiałem ze stanową policją. Zaalarmowali stany Wisconsin, Iowa, Indiana, Ohio i Missouri. Cal Murphy pracuje nad portretem Stamplera. Za dwie do trzech godzin powinniśmy go mieć w biuletynie policyjnym.

Z bloku operacyjnego wyszedł młody lekarz o nieco potarganych włosach i w fartuchu poplamionym krwią. Oparł się o ścianę, z twarzy ściągnął maskę i przetarł oczy. Potem sięgnął pod fartuch i wyjął papierosa. Vail podszedł i zaofiarował ogień.

- Dziękuję - powiedział lekarz, zaciągnął się i wypuścił dym w kierunku sufitu. Śmiertelnie znużonymi oczami wpatrywał się w Yaila.

- Pan jest prokuratorem okręgowym, prawda? - spytał.

- Tak. Martin Vail. A to porucznik Johnson z policji chicagowskiej.

- Przyszedł pan dowiedzieć się o tych dwoje. Yenable i Stenner?

- Tak. Co pan może powiedzieć o ich stanie?

- Stenner jest nadal na stole operacyjnym w trójce. Za wcześnie, żeby cokolwiek powiedzieć. Ma ciężką ranę. Pchnięcie nożem, tu... - Wskazał miejsce pod klatką piersiową - ...i potem skręt w kierunku serca. Trudna sytuacja...

- Przeżyje?

- Na dwoje babka wróżyła. Jest w krytycznym stanie.

- A pani Yenable?

- Będzie żyła, ale otrzymała okropny cios w prawy policzek. Kość policzkowa pogruchotana. Nawet z prawego oka usunęliśmy wbity odłamek kości. Kto wie, czy nie straci oka. Doznała również ogólnego wstrząsu. Ma przed sobą długą drogę. Czekają wiele operacji. Trzeba odbudować układ kostny. No i operacje kosmetyczne. Jak to się stało?

- Ten sam szaleniec, który pchnąć nożem Stennera, rzucił coś w nią - odpowiedział Johnson. - Nie jesteśmy pewni, co to było, ale chyba lampa o podstawie z brązu.

- Boże drogi, co się na tym świecie dzieje! - mruknął lekarz bardziej do siebie niż do Yaila czy Johnsona. Spojrzał na trzymanego w dłoni papierosa. - Przepraszam, ale muszę wyjść na zewnątrz. Tu nie wolno w zasadzie palić.

- Czy mogę zobaczyć się z panią Yenable? - spytał Yail.

- Niech pan poczeka, aż ją przeniosą na oddział. W bloku operacyjnym mamy dziś dom wariatów. Za jakąś godzinę powinna już być na oddziale.

- Dziękuję, doktorze.

- Głupstwo. Do widzenia.

Obok Yaila przechodziła Eve Wilonski z twarzą najeżonego buldoga. Zatrzymała się przy prokuratorze i powiedziała:

- Czy zamierza pan tu nocować?

- Nie mam wyboru, pani Wilonski. - Powiedział to grzecznie, ale z nutą zniecierpliwienia z powodu złośliwego pytania kobiety i niemiłego tonu.

- No tak, rozumiem... - znacznie złagodziła ton. - Pan ma swoje problemy... My też...

- Nie, niestety długo tu pozostaniemy. Przepraszamy bardzo, jeśli w czymkolwiek przeszkadzamy - usiłował rozładować incydent Yail.

- To chodzi nie o panów - pośpieszyła z wyjaśnieniem pani Wilonski. - Tylko o prasę. Oni nam przeszkadzają.

Yail spojrzał na Johnsona.

- Chyba najwyższy czas wydać oświadczenie - powiedział i spytał panią Wilonski: - Czy jest tu jakieś miejsce, jakaś salka, gdzie moglibyśmy zorganizować konferencję prasową, nie czyniąc większego zamieszania w szpitalu?

- Na pierwszym piętrze jest pokój prasowy. Możecie go panowie wykorzystać.

O blisko dziesięć kilometrów od śródmieścia Stampler wjeżdżał skradzionym BMW na autostradę 80. Na tym odcinku było na niej dość tłoczno. Z teatrów i restauracji w mieście wracali mieszkańcy okolicznych osiedli. Stamplerowi udało się włączyć w szybki lewy pas ruchu. Była godzina jedenasta trzydzieści pięć. Z uśmieszkiem zadowolenia pędził na wschód.

37

Jazda szła dobrze, bez najmniejszych problemów. Stampler ustawił ręczny gaz na sto kilometrów. Rebeca mówiła, że to jest bezpieczna prędkość. Zalecała, by jej nie przekraczać i by nigdy nie zapominać o włączaniu kierunkowskazów przy wyprzedzaniu. Przestrzegała przed nietypowym prowadzeniem i przed niepotrzebną zmianą pasa ruchu. Prowadzenie pojazdu to jak pływanie, tłumaczyła. Gdy raz się nauczysz, nigdy nie zapomnisz. Nie martw się!

Martwić się? On nigdy się nie martwił i nie będzie się martwił. Martwienie się działa destruktywnie. Przypomniał sobie cytat z Emersona: Jakież to lęki przeżywałeś, czekając na zło, które nie przyszło". Zamartwianie się pozbawiało człowieka siły, strach odbierał energię. Zamartwianie się i strach stanowiły wspólnie siłę destruktywną. Nie stać go było na podobne bzdury jak lęk, strach czy zmartwienie.

Myślami powrócił do Daisyland, do Maxa i Woodwarda, którzy traktowali go z góry i stale słownie go poklepywali, mówiąc jak dobrze postępuje jego rekonwalescencja. Rajfurzy. Traktowali go jak dziecko. Tak zacisnął palce na kierownicy, że aż go zabolały. Ciekawe, jakie miny mają teraz ci głupcy?

Zbliżała się pora dzienników. Włączył radio. Na rozpoczęcie czekał zaledwie kilkanaście sekund.

Dzień dobry, przed mikrofonem Jerry Quinn. Minęła północ, a oto wiadomości z ostatniej chwili. Nadal napływają dodatkowe informacje dotyczące przerażającego morderstwa, które wstrząsnęło wszystkimi mieszkańcami Chicago. Minionego wieczoru został brutalnie zamordowany w swoim mieszkaniu przy Lakershore sędzia stanowego Sądu Najwyższego, Harry Shoat. W niespełna godzinę później jego zabójczyni, umysłowo chora kobieta, została postrzelona, gdy stawiała opór podczas aresztowania. W wyniku odniesionych ran kobieta zmarła. Podczas pośpiesznie zwołanej konferencji prasowej porucznik Shock Johnson z wydziału zabójstw chicagowskiej policji oświadczył dziennikarzom, że Shoat został brutalnie zamordowany około godziny dziewiątej wieczorem.

Według Johnsona ciało sędziego Shoata było zmasakrowane i pozbawione głowy. Głowę odnaleziono godzinę później w mieszkaniu niejakiej Rebeki Hutchinson przy Grace Avenue 3215. Rebeka Hutchinson została postrzelona, gdy rzuciła się z nożem na jednego z przybyłych ją aresztować policjantów. Wkrótce potem zmarła. Jak twierdzi policja, wspomniany nóż posłużył poprzednio zabójczyni do zamordowania sędziego Shoata.

Martin Vail, pełniący obowiązki prokuratora okręgowego, który towarzyszył porucznikowi Johnsonowi podczas konferencji prasowej, powiedział, że prokuratura wydała nakaz aresztowania podejrzanego

o wielokrotne morderstwo Raymonda Yulpesa vel Aarona Stamplera mieszkającego w śródmieściu Chicago. Wiadomo, że Vulpes-Stampler będzie oskarżony o zamordowanie policjanta, Johna Rischela, oraz usiłowanie morderstwa na osobach Jane Venable, adwokata, i majora policji, Abela Stennera.

Vail powiedział, że usiłowania morderstwa dokonano mniej więcej w tym samym czasie, w jakim sędzia Shoat został zamordowany przez Rebekę Hutchinson. Vail zidentyfikował Raymonda Vulpesa jako Aarona Stamplera, skazanego przed dziesięcioma laty mordercę biskupa Rushmana. Vail oświadczył, że Stampler został wypuszczony tego samego dnia rano ze stanowego szpitala dla psychicznie chorych, gdzie przebywał na zamkniętym oddziale dla groźnych przestępców. Stampler był wysłany do Daisyland przed dziesięcioma laty w wyniku wyroku po procesie o zamordowanie biskupa Richarda Rushmana. Ciekawym elementem w całej sprawie jest to, że Vail był obrońcą Stamplera w tym procesie. Później opuścił adwokaturę i został pierwszym prokuratorem w biurze prokuratora okręgowego.

Vail oświadczył także, że Stampler zostanie postawiony w stan oskarżenia za jedno morderstwo i dwie próby dokonania zabójstwa oraz uszkodzenie ciała znanej adwokatki, Jane Venable, i majora policji, Abela Stennera, szefa wydziału dochodzeniowego prokuratury okręgowej. Obie wspomniane osoby występowały i uczestniczyły w procesie o morderstwo biskupa Rushmana. A oto fragment oświadczenia p.o. prokuratora okręgowego: - Mamy podstawy sądzić - powiedział Martin Vail - że podczas minionych wielu lat Aaron Stampler komunikował się za pośrednictwem poczty elektronicznej z Rebeką Hutchinson, która była jego nauczycielką w szkole podstawowej. Mamy także podstawy sądzić, że Aaron Stampler wspomagał Rebekę Hutchinson w dwóch innych popełnionych przez nią morderstwach. A mianowicie w zamordowaniu Lindy Balfour w jej mieszkaniu w mieście Gideon, w stanie Illinois, w październiku, oraz Alexa Lincolna, pracownika firmy kurierskiej, w miejscowości Hilltown, w stanie Missouri. To ostatnie morderstwo zostało dokonane przed kilkoma tygodniami. Jeśli idzie o dwa wymienione przed chwilą morderstwa, to stwierdzono ten sam modus operandi, co w wypadku morderstwa biskupa Rushmana. Stampler napadł na majora Stennera i panią Venable w jej własnym mieszkaniu. Oboje są w stanie krytycznym na oddziale intensywnej terapii szpitala miejskiego, lekarze dają im jednak duże szansę przeżycia.

Policja ogłosiła w pięciu stanach list gończy za Stamplerem. Za godzinę powinniśmy mieć aktualną podobiznę mordercy. Ma on dwadzieścia dziewięć lat, wzrost sto siedemdziesiąt cztery centymetry, waga siedemdziesiąt dwa kilo. Niebieskie oczy, jasne włosy. Pani Venable zdołała poinformować policję, że uderzyła Stamplera ciężkim przedmiotem w szczękę. Być może ma zgruchotaną kość, a w każdym razie ranę po

lewej stronie szczęki. Policja oświadcza, że Stampler jest z pewnością uzbrojony i bardzo niebezpieczny...

Stampler wyłączył radio.

- Sukinsyn! - powiedział głośno. - Sukinsyn!

Zabili Rebekę! Ale jak do niej dotarli? Gdzie popełnił błąd?

Pięścią uderzył w kierownicę. Oczy gorzały mu nienawiścią. Yenable i Stenner przeżyli! Yenable i Stenner, którzy z fotela świadków stwierdzali, że Stampler udaje... że nie ma żadnego Roya.

Ale on im jeszcze pokaże! Przyjdzie chwila wyrównania rachunków! Przyjdzie na was cholerny czas!

Minął tablicę zapowiadającą zjazd do Shelbyville.

- Tym razem nie popełni żadnego błędu!

Zjechał jednak przedtem na wielki parking dla kierowców ciężarówek i zaparkował przed restauracją. Przez chwilę studiował mapę, następnie ją złożył i schował do kieszeni, po czym jeszcze raz zaczął grzebać w torbie zabitego lekarza. Otworzył płaskie skórzane pudełko i rozbłysły mu oczy. Zestaw skalpeli! Wyjął największy, sprawdził na palcu. Wyssał kropelkę krwi, która natychmiast się pojawiła, i schował ostre narzędzie do wewnętrznej kieszeni marynarki. Z torby zabrał także strzykawkę, fiolkę morfiny i duży krążek przylepca. Wyszedł z samochodu i zamknął drzwi na kluczyk. Rozejrzał się. W pobliżu nie było nikogo. Szybko otworzył bagażnik i rzucił lekarską torbę na ciało Rifkina. Zatrzasnął bagażnik i po chwili wtopił się w mrok.

Vail siedział obok Jane leżącej na sali intensywnej terapii. Całą prawą stronę twarzy miała obandażowaną. Z obu ramion wystawały igły kroplówek. Cienkie plastikowe rurki biegły do butli wiszących na stojaku obok. Aparatura kontrolna szumiała i popiskiwała, wyłapując i odmierzając każdą sekundę życia. Nos i usta przesłaniała maską tlenową. Bezwładna dłoń, którą Vail trzymał w swoich obu dłoniach, wydawała się lodowata.

Spojrzał na ścienny zegar. Zbliżała się druga trzydzieści. Stenner przebywał w szpitalu już od ponad czterech godzin. Godzinę wcześniej jeden z lekarzy wyszedł na chwilę z bloku operacyjnego. Otarł pot z czoła i powiedział Vailowi:

- Robimy wszystko, co można. Swoją drogą facet miał szczęście. Szpic noża zatrzymał się o pięć milimetrów od serca. Gdyby drasnął aortę, wykrwawiłby się na śmierć, nim zdążylibyśmy cokolwiek zrobić.

- Ale teraz już panowie wiedzą, że się wyliże? - spytał Vail z nadzieją w głosie.

- Sytuacja jest poważna. Nadal zszywamy. Wiele z tego, co robimy, to mikrochi-rurgia. Ale mamy do czynienia z człowiekiem w zasadzie silnym. Był w doskonałej formie. To z pewnością zaważy.

Następne minuty upływały bardzo wolno.

W niewielkim biurze pani Wileński, oddanym do dyspozycji przedstawicielom policji i prokuratury, monitorowano telefony z zewnętrznego świata, czekając na jakąś wiadomość. Ale w zewnętrznym świecie panowała cisza. Stampler jakby zapadł się pod ziemię. Czy ukrył się gdzieś w mieście? Czy ukradł inny samochód? Vaila

dręczył niepokój i wyrzuty sumienia. Miał poczucie winy i czuł straszną nienawiść do człowieka, który ich wszystkich wystrychnął na dudka i teraz gdzieś buszował, ogarnięty morderczym szałem.

Poczuł lekki uścisk palców Jane i przeniósł na nią wzrok. Bardziej domyślał się, niż słyszał jej szept pod maską tlenową.

- Zdejm maskę.

- Nie mogę tego zrobić, Janie...

- Tylko na chwilę.

- Dobrze, na chwilę. - Sięgnął i opuścił maskę na podbródek. Znowu poruszyła palcami.

- Cześć, kochanie - powiedział.

- Jak Abel? - spytała. Odurzona środkami przeciwbólowymi bełkotliwie wymawiała słowa.

- Poważnie pokrajany, ale lekarze mówią, że powinien z tego wyjść.

- Ocalił mi życie.

- A ty jemu.

- Złapałeś Stamplera?

- Jeszcze nie. Ale to tylko kwestia czasu. Nie mogę długo z tobą zostać. W zasadzie nie wolno mi tu przebywać.

- Możesz, jesteś prokuratorem... Czy ja jestem bardzo poharatana?

- Nie. A poza tym znam dobrą klinikę chirurgii plastycznej. Szybko ci zlikwidują zmarszczki.

Uśmiechnęła się.

- Chyba zaraz zasnę...

- Śpij dobrze, kochanie. Kiedy się obudzisz, znowu tu będę.

- Kocham cię.

- I ja kocham ciebie, Janie. Zasnęła.

Molly Arrington zapadła w bardzo głęboki sen, śniąc o tym, o czym zawsze śniła. Szła w gęstej mgle. Słyszała głosy, ale nigdy nie mogła dostrzec twarzy tych, którzy mówili. I słyszała kuszące melodie, które nakazywały iść dalej, wstępować głębiej w mglisty świat. - Pomóżcie nam, pomóżcie nam - wołały głosy. Wołały ciągle, bez przerwy, tak długo, że nawet w jej sen zaczęła wkradać się beznadziejność. Dopiero nagłe przebudzenie przerwało ten lot w bezdenną otchłań. Jeszcze przed chwilą posuwała się w białej mgle, ale nogi miała skute lodem i właściwie stała w miejscu. Biel mgły przeszył rozpalony promień światła i zaraz potem upadła. Była zupełnie rozbudzona. Na nocnym stoliku paliła się lampa. Czuła, że ma stopy przywiązane do żelaznej barierki łóżka. Usiłowała usiąść i uwolnić stopy, ale stwierdziła, że i ręce ma przywiązane do wezgłowia. Próbowała krzyknąć, ale usta miała zalepione taśmą. Poczuła kwaśny smak strachu.

Otworzyła oczy i zobaczyła skalpel w odległości zaledwie kilkunastu centymetrów.

Obracany w czyimś ręku skalpel odbijał światło nocnej lampki. Błyskał, błysk gasł, znowu błyskał. Jakby słał jakiś sygnał. Sięgnęła wzrokiem poza skalpel.

- Witam, panno Molly! - powiedział mężczyzna niewinnym akcentem z Appala-chów, z krainy, którą przed laty porzucił. - Pamięta mnie pani?

Natychmiast poznała Stamplera. Czas tak bardzo go nie zmienił. Serce Molly Arrington waliło jak oszalałe. Czuła pulsowanie w przełyku, w skroniach, w przegubach. Miała trudności z oddychaniem przez nos. Dostrzegała otwarte okno i zasłony leniwie poruszające się w przeciągu. A przed zasłonami zjawę z przeszłości! Paraliżował ją strach. Szybko jednak przytomniała po głębokim śnie. I w pewnej chwili przyszedł spokój. Zadawala sobie pytanie: jak tu wszedł, po co, co tu robi?

- Niech pani mnie słucha - powiedział z zimnym wyrachowaniem już bez akcentu. - Zdejmę pani taśmę z ust, ale jeśli pani krzyknie albo nie odpowie szeptem, to natnę to miejsce... - przytknął skalpel do jej gardła - ...i przetnę struny głosowe. To pani nie zabije, chyba że udusi się pani własną krwią. Ale będzie cholernie bolesi. Rozumiemy się?

Skinęła głową.

Jednym szarpnięciem zdarł taśmę raniąc wargi. W jej oczach pojawiły się łzy.

- Bardzo dobrze, doskonale. Zawsze podziwiałem hart pani ducha. Przypuszczam, że ma pani pytania.

Nie odpowiedziała. Stampler siedział wyprostowany na krześle obok łóżka. Był nagi.

- Straciła pani język? - zachichotał. Przeniósł skalpel na skraj jej jedwabnej nocnej koszuli i powolutku rozciął ją od góry do dołu. Obie części osunęły się na boki. Kolejno je odciął, jakby mu przeszkadzały.

- Świetnie! - powiedział, patrząc lubieżnie na jej ciało. - Właściwie to jesteśmy kwita.

Nadal milczała.

- Nie mogłaby pani powiedzieć chociaż „dzień dobry"?

Nie odpowiadając przeniosła wzrok na sufit, jakby chciała wyrazić tym swoją pogardę.

- Niech mi pani odpowie! - ryknął. Wolno obróciła ku niemu głowę.

- Martin miał rację - szepnęła.

- Oo, Martin miał rację, Martin miał rację! - przedrzeźniał. - Powinna pani powiedzieć, że wreszcie miał rację. I miał ją tylko dlatego, że ja chciałem, by wiedział. Rzuciłem mu parę poszlakowych ochłapów i on wreszcie skombinował, co i jak.

- Tak mi właśnie powiedział.

- Niegłupi facet. No dobrze, pani doktor. Nie mam wiele czasu. Mam dużo do zrobienia, nim ruszę w dalszą drogę. Muszę na niego czekać, kiedy się zjawi.

- Gdzie ma się zjawić?

Stampler uśmiechnął się enigmatycznie. Nie ponowiła pytania.

Podniósł skalpel do oczu i przyglądał mu się zafascynowany, z chorobliwą przyjemnością.

- Wie pani, dlaczego tak lubię noże? Bo ich dotyk jest taki miły. Bo kryje się w nich potencjalna siła. Ludzie mają wrodzony lęk przed nożami, no bo są takie

skuteczne. Wystarczy tylko... - Ciął nożem powietrze. - ...Właśnie, zrobić tak, słyszy się albo nie słyszy świst i jest po wszystkim. Pełne wykrwawienie. Szybkie stężenie pośmiertne. Prawie natychmiastowe! Całe powietrze umyka z płuc. Słychać to. Jaki to jest... czysty dźwięk. Fiuuu! Po parunastu sekundach nieodwołalny koniec. A ten nóż? - obracał skalpel w palcach. - Dzieło artysty. Skalpel. Najdoskonalsze ostrze na świecie. I jakie piękne.

- Miło jest słyszeć, że zabijasz ich, zanim...

- Zanim co? Zanim ich oczyszczę ze zła? Nim ich wykrwawię?

- Więc to o to chodziło? O oczyszczenie ze zła? - powiedziała z sarkazmem.

- Będzie mi to pani wypominała? Będziesz mnie nawracać?

- Do niczego cię nie muszę nawracać. Ani przez chwilę nie wątpię, że mnie zabijesz.

- Kto wie, czy w tej sprawie nie czeka panią niespodzianka. Może panią zaskoczę...

- Ty już mnie niczym nie zaskoczysz - powiedziała.

Wstał i zaczął się głaskać, pieścić. Na ustach miał chorobliwy grymas. Wargi mu zadrgały.

- Ty zawsze tego chciałaś, co? Chciałaś, żebym cię rzucił na betonową podłogę celi i...

- Masz przywidzenia. Napawałeś mnie wstrętem. Uśmiech zniknął mu z ust, oczy zmartwiały.

- Rebeka miała rację. Rebeka zawsze miała rację. Miała rację co do mojego brata i Mary. Powiedziała mi, żebym się ich pozbył. Pozbądź się nienawiści, powiedziała. Była tam, kiedy wpychałem ręczniki w samochodowe okna. A kiedy byli już zimni i sztywni, robiliśmy to na przednim siedzeniu tuż przed nimi. I wtedy mi powiedziała, że jestem z nimi kwita. I powiedziała, że wreszcie mogę o nich zapomnieć. Tak jak zapomniałem Shacklesa i Rushmana, Petera i Billy'ego. Podobnie jak teraz mogłem wreszcie zapomnieć Linde i tego podłego tchórza, Alexa Lincolna, l ona mi powiedziała, że ty też jesteś w głębokiej dziurze, że jesteś nie mniej szalona niż my. Ty wiesz, jak to jest, co? Trzeba być mądrzejszym od nich wszystkich, a żeby być mądrzejszym, trzeba słuchać ich lamentów i przechwałek. Ach, jakich oni z siebie robią świętoszków! Jacy są z siebie cholernie dumni, udając samego pana Boga. I nie mieli racji. Wy wszyscy nie mieliście racji. To jest właśnie najśmieszniejsze. Teraz wszyscy będziecie wiedzieli. Cały świat będzie wiedział.

- Nie miałam racji. Nie tylko masz przywidzenia - powiedziała. - Jesteś po prostu demoniakalny. Wiesz, co to znaczy?

- Demoniakalny? - Podniósł brwi. - Demoniakalny! Bardzo mi się to podoba. Czy to jest termin medyczny? Demoniakalny... - smakował każdą sylabę.

- Chcesz pozabijać ludzi, którzy ci pomagali pozostać przy życiu.

- Przy życiu? Dziesięć lat w szpitalu wariatów nazywa pani życiem?

- Wolałbyś krzesło elektryczne?

- Wolałbym wolność. On bawił się ze mną w kotka i myszkę.

- On zrobił dla ciebie wszystko, co mógł.

- Nie. Wydymał mnie, żeby ocalić wizerunek tego pederasty Rushmana. Miał nagrania. Żadna kobieta na ławie przysięgłych nie uznałaby mnie winnym, gdyby widziała te

nagrania. I do tego on miał wiele argumentów na rzecz uzasadnionej wątpliwości co do mojej winy. Druga osoba w pokoju, przejściowe pomieszanie zmysłów, nieodparty impuls. Ale on nie! Chciał zagrać spryciarza, chciał chronić reputację Rushmana. I do gry wciągnął dodatkowo prokuratora. A pani też dołączyła do niego.

- To ty sam siebie oszukałeś. Wpadłeś we własną pułapkę. Wyszedłeś z tą swoją złożoną osobowością. I Vail na tym oparł obronę.

- A czy ja wiedziałem, że Vail i pani sprzedacie mnie? Kiedy on niedawno przyjechał do Daisyland, żeby się ze mną spotkać, od razu wiedziałem, że będzie próbował mnie zniszczyć. Obnażyć. No ale wyszedłby na idiotę, gdyby próbował nie dopuścić do mojego urlopu. Był chytry i nic nie pisnął. Ja i Hydra mieliśmy doskonały plan. Hydra miała zająć się Shoatem, a ja tą Yenable. Zdążyłbym wrócić do mojego pokoju i miałbym niepodważalne alibi. Mógłbym roześmiać się Yailowi w nos. Mógłbym ich wszystkich załatwić. Shoata, Yenable i Stennera. Zostawiłbym tylko Yaila. Pozwoliłbym mu żyć w jego prywatnym piekle. Ale ta suka musiała wszystko popsuć. Niech pani spojrzy na moją twarz. Ona to zrobiła.

Molly nic nie odpowiedziała. Patrzyła z obrzydzeniem, jak siada na niej okrakiem.

- On mógł wysunąć argument przejściowej niepoczytalności, a wtedy wyszedłbym na wolność...

- Bzdura. Nie mógł tego zrobić.

- Nie mów tak do mnie! - wrzasnął.

- Przepraszam.

- Wcale nie przepraszasz, tylko traktujesz mnie z góry. Powinnaś wiedzieć, jak należy ze mną postępować.

Zacisnęła usta i wzrok przeniosła z powrotem na sufit.

- Vail chciał pokazać, jaki jest mądry, i jak rozgrywał w sądzie te swoje cholerne prawne sztuczki, żeby przeciągnąć na swoją stronę tego nadętego Shoata. Boże drogi, ja sam potrafiłbym bronić się lepiej.

Milczała.

- Dziesięć lat środków odurzających, ogłupiających i cholera wie jeszcze jakich oraz terapia szokowa, egotyczni lekarze... Stręczyciele, rajfurzy... tak wszyscy! Raj-furzy pseudonauki.

Odłożył skalpel na nocny stolik i wziął strzykawkę. Długo wpatrywał się w koniuszek igły. Potem utrącił szyjkę ampułki z morfiną i zanurzył w niej igłę. Tłoczkiem strzykawki wessał płyn.

- A więc pani doktor, pan Vail wie dobrze, co znaczy tak mocno nienawidzić, że się zabija. I nienawiść wzrasta. - Rozsiadł się na niej. Igte była wycelowana w jej twarz. -Sto centymetrów, pani doktor! Zapewnia wieczny sen. Tyle samo, ile dają, żeby się ciebie pozbyć jak psa. Będę wstrzykiwał po troszeczku, żeby tak bardzo nie bolało. Jeden centymetr w tym miejscu, drugi tu, trzeci tu, czwarty... - wyliczał podśpiewując.

Zupełnie stracił rozum, pomyślała. Funkcjonuje w innym świecie. Przestał szaleć, rzucać się, jest spokojny. I zrobi to, co zapowiada. Była tego pewna. Zamknęła oczy i w nierzeczywistym spokoju czekała na nieuchronny koniec. Prawie nie poczuła igły, którą wbił jej w ramię.

38

Z sali numer trzy bloku operacyjnego wyszedł bardzo młody lekarz. Wysoki, z bujnymi czarnymi włosami z trudem upchanymi pod chirurgicznym czepkiem, sprawiał wrażenie całkowicie wyczerpanego, o czym świadczyły między innymi przekrwione oczy. Przód fartucha i drewniane szpitalne saboty miał spryskane krwią. Ściągnął z nosa i ust chirurgiczną maskę, i wziął głęboki oddech.

Vail podszedł do niego.

- Jestem Martin Vail, prokurator. No i jak?

Lekarz uśmiechnął się i wyciągnął na powitanie dłoń o długich, delikatnych palcach. - Bardzo mi miło, panie Vail. Jestem Alex Rosenbloom. Muszę powiedzieć, że ten wasz Stenner to twarda sztuka.

- Przeżyje?

- l jeszcze jak. Godzinę temu nie dałbym centa za jego szansę. Dwukrotnie już go traciliśmy.

- Dziękuję panu bardzo, dziękuję doktorze! - Vail z entuzjazmem potrząsnął dłonią młodego lekarza.

Lekarz klepnął go po ramieniu. - Czuję się lepiej nie będąc zwiastunem złych wieści. Wiem, że pan tu od wielu godzin waruje. Stennera przenoszą teraz na oddział intensywnej terapii. Myślę, że na minutę może pan tam zajrzeć.

- Dziękuję panu. Wszyscy moi ludzie dziękują panu!

- Tak, słyszałem, że cały personel prokuratorskiego biura gości u nas. Ten Stenner to musi być ktoś ekstra.

- To prawda. To jest ktoś bardzo specjalny.

Vail wszedł do małego pokoiku w pobliżu bloku operacyjnego. W tej części szpitala leżeli pacjenci bezpośrednio po cięższych zabiegach. W bieli łóżka Stenner wydawał się drobny i kruchy. Był szary na twarzy i jakiś bezradny z wyprostowanymi rękami, do których prowadziły różne rurki i druty z popiskującej i terkoczącej aparatury na stołach obok.

Vail dotknął jego dłoni. - Witaj wśród nas - powiedział cicho.

Z ust Stennera wydobył się głuchy jęk.

- Słyszysz mnie, Abel?

Powieki Stennera uniosły się o kilka milimetrów, ale oczy patrzyły półprzytomnie. Zamrugał jednak.

- Szybko się wyliżesz, przyjacielu. Janie też. I dziękuję ci za nią. Bardzo dziękuję.

Stenner ponownie zamrugał.

- Stamplera mamy właściwie na muszce. Pochwycenie to tylko sprawa czasu. Stenner zamrugał raz jeszcze, a potem dłoń jego wysunęła się z dłoni Yaila i chory zasnął.

Vail stał pod oknem, patrząc na czerwieniejące niebo na wschodzie. Zbliżała się piąta rano i wszyscy byli wyczerpani. Na szczęście kryzys minął. Zarówno Stenner, jak i Jane Yenable trzymali się dobrze i lekarze z zadowoleniem kiwali głowami. Yailowi spadł kamień z serca. Zebrał swoich ludzi.

- Myślę, że możemy zarządzić częściową demobilizację - powiedział z uśmiechem. - Naomi opracuje harmonogram dyżurów. Część z was może iść do domu. Ja tu jeszcze trochę zostanę.

- Ja też nigdzie nie idę - oświadczył St. Claire.

- Ani ja - dołączył Meyer.

- Pójdźcie po rozum do głowy - odezwała się Naomi, przejmując dowodzenie. - Nie zapominajcie, że mamy biuro, które nie może pozostać puste.

- Na chwilę wyjdę na dwór i zapalę papierosa - oświadczył Vail. Długim korytarzem dotarł do rampy, do której podjeżdżały karetki. O tej porze panował całkowity spokój. Chaos poprzedniego wieczoru zastąpiła teraz dziwna, nieprzyjemna cisza. Zapalił papierosa i patrzył na jaśniejące niebo. Po paru minutach dołączyli do niego Shana Parver i Flaherty.

- Przepraszam, że teraz poruszam ten temat - odezwała się Shana. - Ale dziś mamy pierwszą prezentację w sądzie sprawy „stan Illionois przeciwko Edith Stod-dard". Co mam robić?

- Załatw przesunięcie terminu do czasu, aż Jane wydobrzeje. Nie chcę teraz oddawać tej sprawy do sądu. Odłóż więc termin wstępnej rozprawy.

- Załatwię przesunięcie terminu. Przepraszam, że z tym wyszłam.

- Wydaje mi się, że masz mieszane uczucia co do Edith Stoddard, czyż nie? Myślała długo, nim odpowiedziała: - Po znalezieniu tych rzeczy w schowku... -

Wahała się przez chwilę, po czym sucho oświadczyła: - Proszę się nie martwić. Dam sobie radę.

- Jestem tego pewien - odparł Vail. Uśmiechnął się do Flaherty'ego, który stał obok trzymając Shanę za rękę. - I jestem pewien, że dacie sobie radę ze sobą... Warto. Czas ma tę wadę, że zaczyna umykać właśnie wtedy, gdy człowiek najmniej się tego spodziewa.

- To prawda - odparł Flaherty.

- Idźcie teraz do domu i odpocznijcie.

Wahadłowe drzwi rozwarły się gwałtownie i wszedł St. Claire.

- Chyba mamy odrobinę szczęścia - obwieścił. - Dzwonił Buddy Harris z policji stanowej. Warował przy telefonie przez całą noc. Otrzymywał fałszywe alarmy i głupie telefony, jakie zawsze są rezultatem opublikowania listu gończego. Chwilami odnosiło się wrażenie, że wszyscy mieszkańcy Chicago tej nocy widzieli Stamplera. Ale chyba mamy wreszcie coś istotnego - zawiadomił Yaila. - Przed chwilą dzwonili do mnie z policji drogowej w Indianie. Trafili na skradziony samochód z rejestracją Illionois i plakietką lekarza. Może by i nie zauważyli tego wozu przez wiele godzin, gdyby to głupie bydle nie zaparkowało przed przydrożną restauracją na miejscu przeznaczonym dla niepełnosprawnych. Wóz ten widziała kelnerka o godzinie drugiej nad ranem. Policja znalazła go o czwartej. Policjanci sprawdzili rejestrację. Samochód należy do doktora Stevena Rifkina. W jego domu nikt nie odpowiada. Za-

dzwoniłem do uniwersyteckiego centrum medycznego, gdzie on pracuje. Powiedzieli mi, że wyszedł około dziesiątej trzydzieści wieczorem. Miał ciężki dzień i zamierzał jechać prosto do domu, by się wyspać.

- Samochód jest w Indianie?

- Tak. W małej miejscowości Shelbyville.

Vail coś sobie przypominał. Shelbyville? Skąd on tę nazwę zna? Nagle przyszło olśnienie, a wraz z nim wielki niepokój. Psychiatra w prywatnej klinice Justine mówił mu, że Renę Hutchinson jeździła na kursy komputerowe do Shelbyville. A więc to jest blisko kliniki, w której pracuje...

- Jezu, Buddy! To jest zaledwie kilka kilometrów od kliniki Justine. Mój Boże, on poluje na Molly Arrington! Natychmiast dzwoń do policji w Indianie i powiedz, by czym prędzej jechali do doktor Molly Arrington mieszkającej w Winthrop. Niech gnają na złamanie karu. Ja pędzę na lotnisko i zaraz tam polecę.

- Kiedy naprawdę nie ma po co. Oni tam...

- Lecę. Zadzwonię z lotniska. Rób, co ci każę, Buddy.

Vail zwrócił się z kolei do Naomi: - Połącz się z Hawkiem Permarem i powiedz mu, że potrzebny jest nam helikopter. Będzie nas trzech i polecimy do miejscowości

0 jakieś pięćdziesiąt kilometrów na południowy wschód do Indianapolis. Do Winthrop. Jeśli Jastrząb zacznie jęczeć, to mu powiedz, że z własnej kieszeni dokładam dwieście dolarów premii.

- Trzech pasażerów? - spytał St. Claire.

- Ja, ty i Flaherty. Lecimy, żeby odszukać tego sukinsyna.

Lecieli na południe od lotniska wzdłuż międzystanowej autostrady numer 65 w kierunku Indianapolis. Pilot, Mark Permar, który zdobył przydomek Jastrząb w Wietnamie, od samego startu narzekał, że jest niewyspany i że kleją mu się oczy, ale pilotował wspaniale. Ten tęgawy mężczyzna, obdarzony wielkim poczuciem humoru, był mistrzem latania, ale uwielbiał narzekać. Pozostało mu to po latach spędzonych w wojsku.

- Co ty znowu mruczysz pod nosem? - spytał go St. Claire.

- Mówię, że ten wasz cholerny prokurator nigdy nie robi nic o ludzkiej porze. Dla niego nie ma normalnych dziennych godzin. Zawsze w połowie nocy albo tuż przed świtem. I zawsze natychmiast.

- Bzdura - odezwał się Vail. - Zawsze możesz odmówić.

- Za dobrze płacisz, żebym odmawiał - obruszył się Jastrząb.

- No to zamknij dziób - powiedział Vail.

- Otwieranie dzioba to rzecz naturalna. Otwieranie dzioba sprawia przyjemność. Uwielbiam otwierać dziób. Gdybym tego nie robił, dawno bym już stracił upierzenie

1 nie mógł latać.

- I nikt ci tego nigdy nie powiedział, Jastrząb, że już dawno straciłeś upierzenie? Nie masz ani jednego piórka. Chyba tylko jedno w tyłku - stwierdził St. Claire.

Przekomarzanie skończyło się, gdy w głośniku radiowym zaskrzeczał głos Har-risa, który nadal tkwił na posterunku.

- Złe wieści z Winthrop, Marty.

- Tego się obawiałem. Mów!

- Molly Arrington nie żyje. Stampler przywiązał ją za ręce i nogi do łóżka. Ciało zmasakrowane. Prawdopodobnie ją zgwałcił. Przedziwne jest to, że nafaszerował ją taką ilością morfiny, która wystarczyłaby do zabicia dziesięciu osób. Po co więc ją masakrował? Na piersiach wymalował jej krwią słowo „czekam". Coś z tego rozumiesz?

Vail myślał o Molly. O dobrej, łagodnej Molly, która nigdy nikomu nie uczyniła krzywdy.

- Tego nie można zrozumieć. Wszystko, co ten bydlak robi, nie ma najmniejszego sensu - odparł.

- Ukradł jej samochód. Jest w drodze od paru godzin. Nic tam nie możesz zrobić, Marty. Stampler jest już daleko.

Vail nie odpowiedział od razu. Zastanowiał się nad pozostawionym przez Stam-plera posłaniem. „Czekam". I nagle wbrew temu, co przed chwilą powiedział, zrozumiał. To miało sens! Było tylko jedno miejsce, dokąd Stampler mógł się udać. Nie mógł wrócić do Chicago. Poza tym cały kraj już o wszystkim się dowiedział. Stampler zamierza powrócić tam, gdzie wszystko się zaczęło. Vail chwycił mapę i powiódł palcem na południe od Shelbyville. Wreszcie trafił na to, czego szukał.

- Wiem, gdzie znajdziemy Stamplera - obwieścił. - Nie lecimy do Winthrop, ale do Crikside w Kentucky.

- Co takiego?! - wykrzyknął Jastrząb.

- Dokąd? - spytał Harris.

- Do Crikside. Połącz się z policją w Kentucky i przekaż im informację. Poczekaj chwilę... - Palcami zmierzył odległość z Indianapolis na południe. - Wypada mi jakieś dwieście pięćdziesiąt kilometrów. A my mamy jeszcze sto pięćdziesiąt do Indianapolis. Ile to nam zajmie, Matt?

- Razem czterysta? Półtorej godziny, może dwie. Zależy jaka tam jest pogoda.

- Kogo obchodzi pogoda? - mruknął Vail.

- Mnie obchodzi. - Wcisnął się głębiej w fotel i pchnął do przodu trzy przepu-stnice. -1 wiem, że jest pod psem.

- Leć spokojnie na południe w kierunku Louisville.

- Naprawdę myślisz, że sukinsyn tam jedzie? - spytał St. Claire.

- Poza Crikside nie ma dokąd jechać - odparł Vail. - Wszystko zaplanował. Wymknął się z domu przejściowego w Chicago. Zamierzał zabić Jane w tym samym czasie, kiedy Rebeka zabijała Shoata. Rebeka miała wrócić do swego mieszkania, on niepostrzeżenie do swego pokoju. My z naszym dozorem bylibyśmy jego niepodważalnym alibi.

- No a to odcinanie głowy przez Rebekę?

- Rebeka zbierała trofea. Już zapomniałeś? - odezwał się Flaherty. - Seryjni mordercy często to robią. Tak jak myśliwi rogi albo i całe głowy zwierząt. Jej trofeum była głowa Shoata, którą zamierzała wysłać Stennerowi. Podobnie jak zostawiła fotografię Lindy Balfour przy trupie Lincolna.

- Stampler popełnił błąd - stwierdził Vail.

- Ostatnia próba nawiązania łączności z Hydrą? - podsunął Flaherty.

- Tak. I drugi błąd: nie docenił Jane Yenable. Nie mogąc jej zabić, uciekł. Cały plan runął. Jego podobizna została opublikowana przez wszystkie stacje telewizyjne. Jego jedynym celem jest rozegranie ze mną meczu pożegnalnego.

- A Molly Arrington zabił, ponieważ... - zaczął Flaherty.

- Chciał mnie sprowokować - dokończył Vail. - Jest przegrany, skończony i wie

0 tym. Ale zrobi wszystko, by nie było łatwo go schwytać. Obliczmy. Samochód lekarza ukradł o jedenastej, może o jedenastej trzydzieści wieczorem. Do Shelbyyille mógł dotrzeć około drugiej nad ranem. Na to wskazywałoby świadectwo kelnerki, która widziała ten samochód na miejscu parkowania dla niepełnosprawnych. Winthrop jest tuż za Shelbyville, dotyka właściwie tej miejscowości. Mógł tam dotrzeć pieszo z parkingu koło restauracji. Zajęło mu to, powiedzmy pół godziny. Umiejscawia go to w domu Molly Arrington między drugą trzydzieści a trzecią. Godzina na wykonanie brudnej roboty i odjazd jej samochodem. Z Winthrop do Louisville jest około stu pięćdziesięciu kilometrów, a więc, załóżmy, dwie godziny.

- Z tego wynika, że mógł być w Louisville przed pół godziną - obliczył Jastrząb.

- Z Louisville do Crikside jest około stu osiemdziesięciu kilometrów, jeśli nie przeszkodzi mu zła pogoda, to może dotrzeć na miejsce w ciągu dwóch i pół do trzech godzin, licząc od tej chwili. Przy odrobinie szczęścia możemy go dopaść, kiedy będzie jeszcze w drodze.

- Musimy wylądować i wziąć paliwo - powiedział Jastrząb.

- Zrób to w Louisville - poradził Vail.

- Mogę zadać pytanie? - odezwał się Flaherty.

- Słucham - przyzwolił Vail.

- Nie mamy nakazu aresztowania Stamplera. Czy to, co zamierzamy zrobić, jest legalne?

- Dokonam obywatelskiego zatrzymania.

- Obywatelskiego zatrzymania?

- Właśnie tak. Zatrzymam go za kradzież samochodu Molly Arrington. A resztę zarzutów przedstawimy mu po przewiezieniu do Chicago.

Flaherty roześmiał się. - Obywatelskie zatrzymanie! Jak w filmach z Dzikiego Zachodu.

- Wygląda mi to raczej na porwanie - stwierdził jastrząb.

- Zachowaj swoje poglądy dla siebie - mruknął groźnie Vail.

Z głośnika radiowego ponownie dobiegło trzeszczenie i usłyszeli spokojny głos Harrisa informujący o rozwoju sytuacji:

- Zawiadomiliśmy policję stanową w Kentucky i szeryfa okręgu, ale oni tam mają problemy drogowe. Burza śnieżna sprawia wiele kłopotów.

- Burza śnieżna! Podejrzewałem, że z pogodą będzie coś nie tak! - wykrzyknął Jastrząb.

- Nie przejmuj się. Leć przed siebie - polecił Vail.

- Policja w Kentucky nie wydaje się podniecona, że on „być może" zabił kobietę

1 że „być może" jedzie do Crikside - kontynuował Harris. - Powiedzieli, że wyślą tam kogoś, żeby sprawdził, ale dopiero koło południa albo i z godzinę później.

Vail szpetnie zaklął.

- To jeszcze nie wszystkie złe wiadomości - powiedział Harris. - Policjanci z Indiany otworzyli bagażnik. Znaleźli w nim ciało doktora Rifkina. Skręcony kark.

- To już trzecie morderstwo odrodzonego Vulpesa - stwierdził z goryczą Vail. - Brawo, doktorze Woodward!

- Jeszcze jedno - ciągnął Harris. - Samochód doktor Arrington to czarne Camaro, 1993 rok, dwudrzwiowe, rejestracja J32 576. Zapisałeś?

- Zapisałem.

- I bądźcie ostrożni. Zbliżacie się do Gór Kumberlandzkich. Powodzenia!

- Dziękuję za pomoc, Buddy. Koniec.

- Góry i śnieżne burze - jęczał Jastrząb. - Moje dwie ulubione rzeczy. Brakuje tylko odpowiednio wielkiego pożaru lasu, żeby mieć wakacje z marzeń.

39

Śmigłowiec zgrabnym łukiem pokonał niewielkie wzniesienie, a potem znowu przylgnął do ziemi. Przez cały czas lecieli nad dwupasmową asfaltową szosą. Wokół wirowały płatki śniegu i gromadnie osiadały na przedniej szybie kabiny. W dole widać było asfaltowe pasma drogi, choć już pokrył je śnieg. W ciągu minionych dwudziestu minut widzieli zaledwie trzy auta. Jastrząb patrzył przed siebie, pod siebie i na boki, pędząc zaledwie siedemdziesiąt metrów nad bardzo nierównym terenem. Siedzący obok Jastrzębia Vail spełniał rolę nawigatora, korzystając z mapy samochodowej. Lecieli teraz nad drogą stanową do Crikside. St. Claire i Flaherty, siedzący za pilotem i jego przypadkowym nawigatorem, także obserwowali ziemię.

Jastrząb spojrzał na zegarek. Była godzina dziewiąta dwadzieścia dwie.

- Gdzie teraz jestem? - spytał Vail.

- Około piętnastu kilometrów od Crikside. Tuż za następnym wzniesieniem.

- Kiedy ja nie widzę żadnego następnego wzniesienia - użalał się Jastrząb.

- Jakieś dwanaście kilometrów przed nami. On nie mógł nas dużo wyprzedzić. Nie w tych warunkach.

- Prawdę mówiąc, miałem nadzieję, że go przydybiemy wcześniej - odparł Jastrząb. - Musi jechać jak szaleniec. Jeśli rzeczywiście tu się wybrał.

- Nie mam wątpliwości, że właśnie tu - upierał się Vail. - W Winthrop zatrzymał się tylko po to, by zaspokoić krwawe żądze, l szybko to załatwił.

- A może go nie zauważyliśmy? - spytał Jastrząb.

- Zauważyliśmy, gdyby był - powiedział St. Claire. - I Marty się nie myli. Od początku dobrze przewidywał, co zrobi Stampler.

- I znowu masz intuicję, trąca cię? - spytał Flaherty, nie odrywając oczu od szosy.

- To żadna intuicja, to fakty i rzeczywistość - odparł Vail do złudzenia naśladując głos St. Claire'a.

Ogólny śmiech nieco rozładował napięcie.

Flaherty pochylił się z lornetką, trącając szybę. - Widzę ślady - powiedział.

- Gdzie? - chórem spytali wszyscy.

- Tuż pod nami. Wiatr je zasypuje, ale jeszcze można je dostrzec. Gdzieś przed nami jedzie samochód. Możemy zejść niżej?

- Helikoptery niezbyt dobrze latają pod ziemią - powiedział Jastrząb, obniżając pułap o piętnaście metrów.

- Widzisz coś? - Flaherty spytał Yaila.

- Nie sięgam wzrokiem tak daleko. Nie jestem pewien, ile nas dzieli od wzniesienia. Może jednak powinniśmy nieco się podnieść. Lecąc tak nisko nie potrafię odnieść mapy do terenu.

- Jest! Patrzcie! - wykrzyknął Flaherty.

Wytężyli wzrok. Mimo śniegowej zasłony widać było pędzący samochód.

- Czarny... nie potrafię odróżnić marki, ale dwudrzwiowy - informował Flaherty.

- To ten sukinsyn! - stwierdził St. Claire pakując do ust świeżą gulę tytoniu.

- Zbliżamy się do wzniesienia - mruknął Jastrząb i nieco zredukował prędkość. - Podnoszę maszynę.

- Jesteśmy tuż nad nim. Jeszcze zwolnij - poprosił Vail.

Jastrząb spełnił żądanie. Lecieli ku wzniesieniu z prędkością siedemdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę.

Stampler usłyszał nad sobą charakterystyczny łopot. To mógł być tylko śmigłowiec. Puścił szybę i wyjrzał. Tak, śmigłowiec, trzydzieści parę metrów nad nim. Samochód mijał wzniesienie po prawej stronie drogi. Gęsto zalesione. Sosny. Przed nim pojawił się nieco zatarty znak zjazdu w prawo.

KC & MC SZYB HILLSIDE

Stampler gwałtownie zahamował i w ostatniej chwili skręcił ostro w prawo, wzbijając tumany śniegu. Niemal ugrzązł w zaspie. Parędziesiąt metrów od szosy drogę przegradzał drewniany kozioł. Nie zwolnił. Szczątki prymitywnej zapory poleciały między drzewa. Droga była niegdyś asfaltowa, ale lata braku konserwacji uczyniły ja prawie niezdatną do jazdy samochodem. Miał trudności z utrzymaniem kierownicy na głębokich wybojach. Jednakże piął się niestrudzenie na wzgórze. Wiszący nad nim helikopter musiał zwiększyć pułap.

Słyszał warkot silnika i łopot wirnika nośnego. W pewnej chwili kota samochodu zaczęły się kręcić bezradnie w śniegu, a wóz siłą rozpędu jechał bokiem. Stampler utracił kontrolę nad pojazdem. Nacisną] hamulce, czym jeszcze pogorszył sytuację. Wóz zatańczył i obrócił się wokół swej osi, potem zatoczył się jak pijany na skraj drogi o parę centymetrów od rowu, następnie prześlizgnął się na drugą stronę i wpadł do lasu. Stampler zobaczył pędzące ku niemu drzewa, skrzyżował ręce na kierownicy i oparł o nie głowę. Samochód tylko otarł się o pierwsze drzewo i czołowo uderzył w następne. Zgnieciona maska z trzaskiem odskoczyła do góry i rozbiła przednią szybę. Ramiona Stamplera zamortyzowały uderzenie. Nieco oszołomiony wymacał klamkę, otworzył drzwiczki i wytoczył się z wozu, wpadając w śnieżny wir. Helikopter unosił się kilkanaście metrów nad jego głową. Zaczął uciekać między drzewami.

Jastrząb nieco bezradnie rozglądał się po otaczającym go terenie. Drzewa konarami sięgały nawet na drogę.

- Nie mam dość miejsca, by posadzić maszynę! - wrzasnął. - Nie mam, ale muszę to zrobić. Mimo wszystko to będzie bezpieczniejsze, niż włóczenie się za nim w powietrzu. Wzgórze, las, śnieg. To nie dla mnie. Czegoś tu poszukam.

I znalazł wreszcie wolny pas drogi. Powoli opuszczał maszynę. Łopaty wirnika ścinały drobne gałązki, które potem opadały na ziemię wraz ze śniegiem. W pewnej chwili wszyscy poczuli, że płozy dotknęły twardego gruntu.

- Wylądowaliśmy! - oświadczył pilot. Vail, Flaherty i St. Claire czym prędzej wyskoczyli na ziemię. Vail przeskoczył płytki rów i pognał za Stamplerem. Flaherty

pobiegł następny. St. Claire miał mniej szczęścia. Poślizgnął się na śnieżnym błocie i skręcił w kostce nogę.

- Jezu! - zawył z bólu. Vail usłyszał i zawrócił.

- Skręcona, nie złamana - poinformował St. Claire. - Lećcie! I weź to! - Wyciągnął z kabury pod pachą swego Magnum i podał Yailowi. Ponieważ Vail się wahał, dodał: - Może tego nie użyjesz, ale to jest doskonała wizytówka. Potrafi każdego wystraszyć.

Vail wziął broń i po chwili zniknął między drzewami.

Stampler, łapiąc z trudem oddech, wybiegł na sporą polanę. Wszystko go bolało. Szczęka i teraz cały bok od uderzenia. Na polanie stał przegniły drewniany budynek administracyjny. Okna i drzwi pozabijane były deskami. Rozglądając się po ośnieżonym placu zatrzymał wzrok na żelaznym szkielecie windy szybu. Relikt przeszłości, którą sobie niewyraźnie przypominał. Rdzewiejąca kupa żelastwa. Wielka tablica obwieszczała:

KOPALNIA ZAMKNIĘTA

PRZEJŚCIE SUROWO WZBRONIONE

NIE STOSUJĄCY SIĘ DO ZAKAZU

BĘDĄ ŚCIGANI SĄDOWNIE

KOPALNIA WĘGLA KAMIENNEGO W KENTUCKY KC & MC

Coraz wyraźniej sobie wszystko przypominał. Mimo śnieżnej kołdry rozpoznawał to miejsce. Wspomnienia zaczęły napływać wielką falą, a wraz z nimi pojawił się najpierw niepokój, potem strach. Pod czaszką wyraźnie słyszał łomot towarzyszący opuszczaniu się klatki w głąb ziemi. W klatce tłoczyli się ludzie zwożeni do czarnego piekła, mieli prawie sine twarze i wzrok zaszczutych psów. Przed oczami wyobraźni przemykały obrazy przeszłości, niczym demoniczne zjawy w koszmarnym śnie.

Przypomniał sobie, jak obudził się rano w dniu swoich urodzin i na krześle obok łóżka zobaczył górniczy kask ze złowieszczą lampą z przodu. Jaki okropny strach wzbudził w nim ten „prezent"! Skulił się w łóżku i połykał łzy. Wiedział dobrze, co ten kask oznacza: tego dnia miał zjechać do szybu. Do tej przeraźliwej pułapki, do podziemnego lochu. Do piekła! Idąc tego dnia do windy był tak przerażony, że zwymiotował, a sztygar to widział. Sztygar stał dokładnie w tym samym miejscu, w którym teraz stał Stampler, patrząc na zrujnowaną kopalnię. Sztygar na niego spojrzał, zaśmiał się i powiedział, że oto nadszedł dzień, kiedy przestaje się być dzieckiem. Od dziś on, dziewięcioletni chłopiec, ma być mężczyzną.

- Stampler!

I nagle Stampler zobaczył Yaila. Vail stał na skraju zaśnieżonego pola. Dzieliło ich dwadzieścia metrów. Kątem oka zobaczył drugiego mężczyznę, młodszego, który wynurzył się z lasu i podszedł do Yaila. Stali teraz obaj i czekali na swą ofiarę.

Stampler z powrotem przeniósł wzrok na szkielet szybu. Zaczął bieg w kierunku żelaznej zjawy. Chciał dotrzeć na przeciwległy skraj polany. Gdy pokonywał niewielkie wybrzuszenie terenu, na którym tkwiły resztki kopalnianego wyciągu, pod nogami

skrzypiał mu złowieszczo śnieg. Dokąd właściwie uciekał? Na spotkanie z przeznaczeniem.

- Stampler! - Vail uniósł rękę. Mierzył z rewolweru. Drugi mężczyzna też miał broń, ale trzymał ją w opuszczonej dłoni.

Ziemia pod stopami biegnącego zdawała się jęczeć. Vail strzelił nad głową Stamplera. Echo niby grzmot pognało między drzewa. Z konarów posypał się śnieżny pył. Stampler zatrzymał się i obrócił twarzą do Yaila.

- Strzela pan do nie uzbrojonego człowieka, panie mecenasie! - krzyknął poprzez ośnieżoną przestrzeń.

- Nie zawaham się! - odparł Vail.

Stampler obdarzył go diabelskim grymasem. - Teraz już wiesz, jak to smakuje, Marty? Krew za krew. Wiesz co? Wcale tak bardzo się nie różnimy. Ty i ja jesteśmy podobni do siebie.

Vail nie odpowiedział. Myślami błądził po minionych dwunastu godzinach. Po ich okropnym krwawym żniwie. Abel i jane walczący o życie. Shoat brutalnie zamordowany. Rifkin, niczemu nie winny policjant i biedna Molly Arrington także legli już na ołtarzu zemsty Stamplera. No i Rebeka, która zasiała tę nienawiść. Stampler miał na rękach także krew Alexa i Lindy. Pięć osób zginęło, z tego trzy na przestrzeni zaledwie kilku godzin, dwie ciężko poranione. Ze wszystkich wyznaczonych celów tylko Vail umknął szaleńczej pasji Stamplera.

Na krótką chwilę Stampler powrócił do akcentu Crikside: - Wiesz, co mam na myśli, Marty? Domyślasz się, co? Czujesz to? Czujesz kłucie w klatce piersiowej i palenie w otrzewiach? Głowę zaciska żelazna obręcz. Zaciska coraz mocniej i mocniej. I oczekując na to, co się stanie, sztywniejesz jakby w erotycznym podnieceniu. Czujesz to wszystko, Marty? Czujesz, prawda? Masz nieprzeparte pragnienie zabić.

Vail mocniej docisnął język spustowy.

- A może nie powinienem mówić do ciebie Marty? Może nie powinienem tak się zwracać? To zbyt poufale. Może panie Vail? Może mecenasie? Panie prokuratorze? Lub po prostu Martin? Pomóż mi, Martin! - Teraz podkpiwał sobie, przechodząc z jednego akcentu na drugi. - Ach, jaki jestem przerażony, jaki zagubiony! Straciłem poczucie czasu. Straciłem świadomość tego, co się stało. Wiem tylko, że stało się coś okropnego. Niech mi pan pomoże, sir.

Nienawiść rozsadzała Yaila, szarpała mu serce, gorącą falą ogarniała głowę. Stampler miał rację. Vail w tym momencie pragnął nacisnąć spust i patrzeć, jak kula rozdziera pierś Stamplera. Pragnął patrzeć, jak Stampler umiera.

- Marty! - Flaherty stał krok za Yailem. - Marty!

- Nie wtrącaj się, Dermott!

- Ja go tu sprowadzę. Pozwól mi. Boję się, że ty...

- No i co, Martin? Czy może mi pan pomóc, sir? - Stampler wybuchnął śmiechem. - Patrz, teraz się obrócę i odejdę. Odejdę od ciebie. No, jazda! Strzel w plecy do bezbronnego człowieka. Przecież bardzo tego pragniesz, prawda?

- On robi to specjalnie, Marty. Nie daj się podpuścić - szepnął niemal błagalnie Flaherty.

Yail czuł pod palcem zimny metal. Palec przesunął spust o milimetr dalej.

- Ja dobrze wiem, co on robi - odparł.

- Idę sprowadzić go. - Flaherty zrobił krok. • - Zostań, Dermott! Nie widzisz tablicy?

Na leżącej w śniegu tablicy, spłukanej deszczami, można było jeszcze przeczytać:

UWAGA! GROZI ZAWALENIEM TEN SZYB JEST ZAMKNIĘTY MOŻLIWE TĄPNIĘCIA TEREN WYSOCE NIEBEZPIECZNY

Tuż za napisem, to, co wydawało się małą hałdą pokrytą grubą warstwą śniegu, było w istocie umieszczoną przed wielu laty drewnianą osłoną nad wlotem do szybu.

- Załóż ręce na głowę i idź wolno w moim kierunku! - rozkazał Yail Stamplerowi. Stampler roześmiał się. - Odchodzę, Martin. Złap mnie, jeśli potrafisz. - Ruszył

w kierunku lasu.

- To nie hałda, to pokrywa szybu, Stampler! - zawołał za nim Yail. - Pamiętasz szyb? Pamiętasz głęboką, ciemną dziurę w ziemi. Patrz, Stampler!

Stampler mimo woli się obejrzał. Yail wskazywał mu jeszcze jedną murszejącą tablicę, która leżała pod starym barakiem:

KC & MC SZYB NUMER 5

Stampler zawahał się. Przerzucał wzrok z tablicy na Yaila, na przerdzewiały szkielet windy, na Flahert/ego. Jego uszy wypełnił budzący grozę klekot windy opuszczającej się w czeluście ziemi. Ujrzał ciemność, ujrzał loch, piekło, l zobaczył dwunastu mężczyzn - dwunastym był dziewięcioletni chłopiec - zawieszonych w stalowej klatce i lecących ze świata żywych prosto w gęsty mrok wielkiej dziury. Mężczyźni, już starzy, zanim osiągnęli kwiat wieku, już przygarbieni od wyrąbywania węglowych ścian, patrzyli, jak się kurczy i umyka światło wlotu, jak jest coraz mniejsze i mniejsze, aż wreszcie znika. Znika powietrze ziemskie, zastąpione zapachem zgniłych jaj, wysychają usta, język lepi się do zębów. Są teraz w piekle, w absolutnej czerni. Wszystko to widział i czuł teraz...

- Co z nim jest? - spytał Flaherty. - Czemu on gapi się w ziemię.

Deski pod nogami Stamplera jakby jęknęły i nieco się osunęły. A Stampler stał jak skamieniały i patrzył na swoje stopy. Między deskami zrobiła się szpara, w którą osuwał się sypki śnieg. Poczuł bolesne pulsowanie całej szczęki. Serce zaczęło mu szybciej bić. Zrobił krok przed siebie. Deski ponownie jęknęły, tym razem znacznie groźniej. Lata deszczów i braku konserwacji dawały o sobie znać. Nagle ugięła się cała osłona. Stampler stał. Bał się iść do przodu, bał się zawrócić. A teraz zaczął się bać stania w miejscu. Wreszcie zdecydował się na długi, wypracowany krok. Najpierw jedna noga, ostrożnie, delikatnie, potem druga, l wtedy rozległ się trzask tak głośny jak strzał z pistoletu. Jedna deska pękła, zaraz po niej druga.

- Jezu! - powiedział głośno do siebie i zaczął biec, a każdy kolejny krok przynosił nowy strzał. Deski zaczęły się osuwać i pękać coraz liczniej w miarę, jak słabła cała

konstrukcja obudowy. Wydawało się, że las jest w zasięgu ręki i że zaraz znajdzie w nim schronienie. Nagle zapadła się z hukiem ta część osłony, którą pozostawił za sobą. Zapadła się też deska pod nim. Usiłował doczołgać się do twardej ziemi, ale reszta konstrukcji rozsypywała się w zastraszającym tempie. Sięgnął przed siebie, usiłując czegoś się uchwycić. Przeorał palcami śnieg, ale trafił tylko na zbutwiałe drewno. Trochę się podciągnął i obejrzał za siebie. Zobaczył potworną rozdziawioną paszczę piekieł.

- Jezu, ratunku! - Tym razem wrzasnął. Nogi mu się osunęły. Kurczowo trzymał przegniłe drewno, które zaczęło osuwać się wraz z nim. Gwoździe w deskach i drzazgi poraniły mu palce. Ból był straszny, ale przerażenie sparaliżowało mu mowę, wysuszyło nawet łzy. Chwytał się na oślep byle czego, aby nie wpaść do bezdennej czeluści. Walczył rozpaczliwie o życie, podczas gdy cała konstrukcja wielkiej platformy rozpadała się na drobne kawałki.

Puściła ostatnia deska.

Na ułamek sekundy zerknął za siebie i napotkał spojrzenie Yaila, potem jeszcze przez chwilę palcami chwytał powietrze i zniknął w czeluści.

Nie krzyczał. Nie wydawał żadnych dźwięków. Bezgłośnie spadał, spadał, spadał...

Dopiero po długim czasie usłyszeli głuche, bardzo odległe uderzenie i podobne do szelestu opadanie desek, które leciały za nim. Potem nastąpiła głucha cisza, a akompaniował jej szelest ocierających się o siebie gałęzi sosen.

- Boże wszechmogący! - wyszeptał Flaherty.

- Zachowaj swoje modlitwy dla kogoś, kto jest tego wart - powiedział sucho Vail. Odwrócił się i odszedł od ziejącej czeluści.

Wrócili do helikoptera, który na nich czekał na drodze. Pilot był gotów do natychmiastowego powrotu, gdyż w ogóle nie gasił silników. Vail i Flaherty pomogli St. Clairebwi wgramolić się do kabiny i wsiedli tuż za nim.

- Gdzie Stampler? - spytał St. Claire.

- Tam, gdzie jego miejsce - odparł Vail. - W piekle.

Helikopter wzniósł się ponad pagórek. Przelecieli nad szybem numer 5. Vail patrzył na czarną dziurę okoloną świeżym śniegiem. Przypominało to tarczę na strzelnicy. Białe pole, pośrodku czarne pole. Vail patrzył, póki pagórek nie przesłonił grobu Stamplera.

Epilog

Ciche szpitalne korytarze przesiąknięte były mieszaniną zapachów eteru, środków antyseptycznych i dezynfekujących. W otwartych drzwiach, lub przed drzwiami, pielęgniarki i lekarze udzielali szeptem wyjaśnień. Odwiedzający wchodzili i wychodzili z pokoi, jedni uśmiechnięci i podniesieni na duchu, inni załzawieni i załamani, usiłując pojąć prawdziwy sens złych wieści. Radosne podniecenie i smutek szły ręka w rękę. Panowała przedziwna atmosfera uczuciowości. Nastrój dyktowały wyłącznie uczucia.

Vail wszystkich unikał, odpowiadał krótko, gdy ktoś się do niego odezwał, skinieniem głowy witał znanych mu pracowników szpitala. Przybiegał tu codziennie po pracy, odwiedzał najpierw Jane i Abela, a potem schodził do szpitalnej kafeterii, gdzie jedzenie było okropne, lub wychodził przed budynek, żeby zapalić papierosa.

Martin Vail nie znosił szpitali, ponieważ przypominały mu najczarniejsze i najboleśniejsze dni odległej przeszłości. W niezwykle ostrych barwach przywoływały ponure obrazy - matka wnoszona do karetki i zabrana do szpitala, a zarazem raz na zawsze zabrana z jego żyda. Ojciec na sali intensywnej terapii, potem martwy po zawale. Jasnoniebieski pokój szpitalny, gdzie żegna odchodzącą z tego świata Ma Cat, babkę, która go wychowywała. Umarła na raka. Na szczęście tragiczne obrazy z przeszłości zastąpiła teraz nadzieja. Jakąż ulgę odczuwał i jakąż wdzięczność był winien siłom niebieskim za ocalenie Jane Yenable i Abela Stennera. Radował się niezmiernie, że są żywi i będą żyli, że ich uratowali lekarze, pielęgniarki i personel pomocniczy miejskiego szpitala jego miasta, Chicago.

W kilka dni po definitywnym zamknięciu sprawy Stamplera zmarł Jack Yancey. Udar mózgu. Vail został oficjalnie prokuratorem okręgowym. Doktor Samuel Wood-ward, ostro krytykowany za rolę, jaką odegrał w zwolnieniu Stamplera, zwołał konferencję prasową i, podpierany przez kilku koleżków z branży, wykaraskał się z opresji napuszonymi i rozdętymi do rangi naukowych prawd psychofrazesami.

Przez następne tygodnie Vail pełnił wieczorną straż w szpitalnych pokojach Jane Venable i Abela Stennera. Podsypiał w fotelu u Jane i szedł do domu na prysznic, golenie i przebranie się w świeży garnitur. Następnie jechał do pracy. Po pracy siedział godzinami przy łóżku Jane, trzymał ją za rękę i wyrzucał sobie, że jest winny jej cierpieniom. Podobnie zresztą jak i Stennera.

Rekonwalescencja Stennera posuwała się doskonale. Pod koniec trzeciego tygodnia odbywał już krótkie spacery korytarzem. Jane, którą czekało wiele tygodni bolesnych operacji plastycznych twarzy, była w optymistycznym nastroju mimo okaleczeń i utraty jednego oka. Słabiutka, z twarzą w bandażach od czoła do podbródka i ze śladami okaleczeń gardła i nosa, mimo wszystko okazywała żywotność. Była

naprawdę bardzo dzielna. I to właśnie ona podnosiła Yaila na duchu podczas nocy spędzanych przez niego w szpitalu, kiedy całymi godzinami toczył batalie myślowe z wyrzutami sumienia.

Któregoś wieczoru Jane powiedziała: - Jestem pewna, że nasz Aaron Stampler siedzi sobie wygodnie w piekle i bez przerwy chichocze z radości.

- Niezupełnie rozumiem. Niby z czego się cieszy?

- Ano z tego, że nadal zachodzi ci za skórę. Sięga zza grobu i spuszcza za sobą wodę, żebyś słyszał głośny szum. Dajże spokój, Marty! Ciągle się martwisz, że go nie przejrzałeś. On absolutnie wszystkich wyprowadził w pole. Dlaczego nie miałby ciebie?

- W moim wypadku sprawa jest inna. Ja mu pomogłem sfabrykować jego wielkie kłamstwo.

- Nie. On cię wepchnął na ścieżkę, z której nie miałeś wyjścia. Uznaj ten fakt i o całej sprawie zapomnij. Stampler nie jest wart nawet pięciu minut podobnie bolesnych refleksji. Jesteś doskonałym prawnikiem. Zrobiłeś dokładnie to, co prawo nakazuje, abyś robił jako obrońca. Zapewniłeś Stamplerowi najlepszą, jaką można było, obronę. Pokonałeś mnie wówczas uczciwie. Wierz mi, że myślałam jeszcze długo o tym, jak mnie wówczas znokautowałeś. Był to majstersztyk obrony. Podręcznikowy przykład, jak należy bronić, l nie ma z tym nic wspólnego fakt, że ten drań był winny.

- Nie miał nic wspólnego? Co ty gadasz?

- Marty, powiedz mi: ilu znasz adwokatów, którzy pytają swoich klientów, czy są winni?

- Co to ma do rzeczy? To nieistotne.

- Za to praktyczne. Jeśli klient jest winny, skłamie i odpowie, że nie jest. Po co więc pytać. Adwokat zakłada z góry niewinność klienta, zbiera dowody i szuka argumentów, które podeprą takie założenie. I ty tak zrobiłeś, okazując wielką błyskotliwość.

- Mówisz jak profesor, wykładowca...

- A ty zachowujesz się jak student. Przypominam sobie pewien wywiad z tobą. Sprzed wielu lat. Nie zacytuję dokładnie słów, ale sens był taki, że twoim zdaniem jedynym sposobem utrzymania mocnego prawa i zapewnienia jego trwałości jest nieustanne atakowanie jego słabości. Jego słabych ogniw. Jego słabych punktów.

- Masz dobrą pamięć.

- Czy nadal tak nie uważasz?

- Ale to nie ma nic wspólnego z salą sądową. Z samą rozprawą. Tu chodzi o działanie. Natomiast sale sądowe stały się widowniami teatru absurdu. Chodzi o to, który adwokat zapewni lepszy spektakl. Który sędzia jest bardziej błyskotliwy? Która ława przysięgłych jest łatwowierniejsza? Podczas tego spektaklu gubi się gdzieś prawda.

- O prawdzie absolutnej nie wiem, ale wiem, że rzeczywistością staje się to, co ława przysięgłych uznaje jako prawdę.

- No cóż, przedtem byłem młody i porywczy... Czy zawsze zapamiętujesz wszystko, co przeczytasz?

- Tylko to, z czym się zgadzam. - Próbowała się zaśmiać, ale sprawiło jej to ból. - Tak, masz rację, że to jest teatr. Masz rację, że chodzi o to, kto okaże się

lepszy. Zwycięzca staje się bohaterem. Tak, ale w tych potyczkach chodzi o przekonanie ławy przysięgłych. Co w tym złego? Tak stanowi prawo. A ty jesteś mistrzem pełnego wykorzystywania prawa i jego paragrafów, bez względu na to, po której stronie jesteś. - Na chwilę zamilkła i szelmowsko mrugnęła jedynym okiem. - I to jest jeden z wielu powodów, dla których cię kocham - powiedziała.

- Nie potrafiłbym wyliczyć całej listy powodów, dla których ja cię kocham - odparł.

- Nie odchodź - szepnęła. - Pocałuj mnie jeszcze. Chyba że wolisz zamknąć drzwi na klucz i wślizgnąć się do łóżka.

- Dano ci środki uspokajające - odszepnął.

- Już przestały działać.

Kiedy jednak poruszył temat Stamplera ze Stennerem, ten odparł krótko i bez owijania w bawełnę:

- Przed dziesięcioma laty popełniłeś błąd. Myliłbyś się sądząc, że jesteś nieomylny.

Sprawy Stamplera jeszcze nie można było odłożyć do archiwum.

Przez cały tydzień St. Claire i Naomi sterczeli przy telefonach sprawdzając policyjne kroniki w Kolorado, San Francisco i Kentucky, by skompletować dane dotyczące Rebeki Hutchinson, a stanowiące same w sobie smutny i przerażający obraz. Powoli saga Rebeki i Aarona zaczęła być zrozumiała.

Któregoś wieczoru Harvey St. Claire ze swym odwiecznym srebrnym kubkiem i tytoniem do żucia zasiadł jak zwykle w fotelu przy łóżku Stennera i zdał mu relację:

- Dotarliśmy do jej lat szkolnych, konkretnie do 1965 roku w Denver. Była wtedy w gimnazjum. Mając dwanaście lat straciła matkę. Jej ojciec był zawodowym podoficerem Sił Powietrznych. Pod koniec kariery wojskowej został nawet kapitanem. Zginął podczas bandyckiego napadu na ich mieszkanie. Właśnie w 1965 roku. I wówczas Rebeka zniknęła. Emerytowany detektyw wydziału zabójstw, niejaki Ashcraft, twierdzi, że podejrzewano Rebekę. Istniały dowody seksualnego wykorzystywania córki przez ojca. Ale nie było podstaw do postawienia zarzutu Rebece. Morderstwa nigdy nie wyjaśniono. Sprawa po dziś dzień nierozwiązana.

- Jak ojciec został zabity? - spytał Stenner.

- Pchnięcie nożem.

- To nie jest narzędzie, jakim zwykle posługują się rabusie.

St. Claire skinął głową. - Brudne morderstwo. W rozmowie z Ashcraftem odniosłem wrażenie, że dochodzenie przerwano, ponieważ wszyscy zakładali, że zrobiła to Rebeka, ale nie potrafiono zebrać dostatecznych dowodów. W dwa lata później Rebeka pojawiła się w komputerze policji San Francisco. Rozbito gang narkotykowy w Haight-Ashbury. Ona zapłaciła tylko grzywnę w wysokości siedemdziesięciu pięciu dolarów. Dalej nie ma o niej nic do roku 1970. Wtedy właśnie objęła posadę nauczycielki w Crikside. Stampler był w tym czasie w pierwszej klasie. Została jego nauczycielką, potem mentorem, wreszcie kochanką.

- Data urodzenia Stamplera? - spytał Stenner.

- Rok 1965. Zbieg okoliczności, że właśnie w tym samym roku zginął ojciec Rebeki, a ona sama uciekła. Przejrzeliśmy notatki Tomm/ego Goodmana, który z nią

rozmawiał. Pojechał do Crikside i odbył z nią rozmowę, kiedy Vail przygotowywał obronę Stamplera. Rebeka wspomniała coś o swoim problemie narkotykowym, a także o okresie, kiedy przez pewien czas mieszkała w komunie na terenie Nowego Meksyku i tam uczyła dzieci. Ale nie mogliśmy tego sprawdzić. Te komuny powstają jak grzyby po deszczu i po następnym deszczu znikają. Nie znaleźliśmy nic więcej na jej temat w kronikach policyjnych. Nie była nigdy ponownie aresztowana. W każdym razie na nic takiego nie trafiliśmy, jeśli idzie o lata poprzedzające jej pojawienie się w Crikside. Dlaczego wzięła tę pracę? Ponieważ nie wymagano żadnych referencji. Crikside nie mogło wiele wymagać. Jaki nauczyciel z prawdziwego zdarzenia chciałby tam zamieszkać? W archiwach stanowych nie ma śladu jej świadectw zdrowotnych ani nawet śladu zatrudnienia. Zakład ubezpieczeń społecznych ma ją w rejestrze dopiero od chwili objęcia posady nauczycielki w Crikside. W Crikside tak rozpaczliwie potrzebowano nauczyciela, że nigdzie nie sprawdzono jej przeszłości. Nawet nie żądano certyfikatu nauczycielskiego. Miejscowi ludzie mówią, że dobrze uczyła.

- Ale czego, oto pytanie - mruknął Stenner.

- Nie ma wątpliwości, że nauczyła Stamplera paru sztuczek, których szkoła zwykle nie uczy. Na przykład mordowania z premedytacją. W każdym razie uczyła w tej szkole aż do 1991 roku. Któregoś weekendu zabiła deskami drzwi i okna domku, który do niej należał, i zniknęła późnym wieczorem. Zupełnie tak, jak wtedy w Den-ver. Ale ciekawostka: rokrocznie przekazem pocztowym płaciła należne podatki, tak że dom jest nadal jej własnością.

- Nie uczestniczyłem w ostatnim akcie i nie wiem, więc mi powiedz: czy twoim zdaniem Stampler tam właśnie zmierzał, kiedy go dopadliście?

- Pojęcia nie mam. Ale kiedy go dopadliśmy, znajdował się piętnaście kilometrów od domu Rebeki.

Wraz z upływem czasu sprawa Stamplera zeszła na drugi plan, ustępując miejsca innej - sprawie Edith Stoddard. W szpitalu, gdy nie było przy niej Yaila, Jane Yenable patrzyła na wygaszony ekran telewizyjny lub przez okno, wspominając dzień, kiedy w szafie Delaneya znalazła skrytkę z erotycznymi rekwizytami. Myślała o odkrytym tam rewolwerze i zastanawiała się, czy Edith Stoddard była ofiarą, czy też dobrowolnym uczestnikiem i partnerem w chorych seksualnych igraszkach, jakie Delaney najwidoczniej uwielbiał. Jane była pewna, że potrafi przedstawić skuteczną linię obrony, jeśli Edith Stoddard oskarży wyraźnie swoją ofiarę o stosowanie przymusu.

Jane wysłała list do Edith Stoddard, zalecając jej, aby z nikim, absolutnie nikim, nie mówiła o swej sprawie do czasu, aż Jane nie wyjdzie ze szpitala. Nigdy nie otrzymała żadnej odpowiedzi, ale dowiedziała się, że Edith nie odwołała oświadczenia przyznania się do winy złożonego na początku Shockowi Johnsonowi.

Shana Parver z pomocą Dermotta Flaherty'ego przygotowywała akt oskarżenia przeciwko Edith Stoddard. Zarzucała jej morderstwo z premedytacją. Shana miała dużo czasu na opracowanie dokumentacji, ponieważ termin wstępnej rozprawy został przesunięty o miesiąc z powodu pobytu Jane Yenable w szpitalu. Shana była strategiem, Dermott pragmatykiem.

- Wiem, jaką linię obrony przyjmie Jane Yenable - oświadczył Flaherty. - Niepoczytalność oskarżonej.

- W dalszym ciągu jest to morderstwo z premedytacją - upierała się Shana Parver.

- Ale z okolicznościami łagodzącymi. Obrończyni będzie twierdzić, że Edith Stoddard padła ofiarą seksualnego zboczenia Delaneya. Że była całkowicie mu podporządkowana. Że od tego zależała jej praca. A kiedy z niej zrezygnował, stała się niepoczytalna z powodu sytuacji, w jakiej się znalazła. Sparaliżowany mąż i córka na studiach. To kosztuje.

- Mamy jej przyznanie się do winy - replikowała Shana.

- Które obrona zdezawuuje i spowoduje odrzucenie przez sąd, jako zeznanie złożone w stanie czasowej niepoczytalności. I powie, że była przerażona, załamana, zagubiona...

- Ple, ple, ple - odparła Shana. - I co jeszcze? Flaherty roześmiał się. - Chodź, funduję kolację.

- Nie, ja funduję. Ja prowadzę sprawę. I nie pozwól mi zamówić martini.

- No, nie wiem... - znowu się roześmiał. - Robisz się bardzo miła, kiedy się zalejesz.

Spojrzała z ukosa. - Wcale nie muszę się zalewać, żeby być miła...

Gdy Yail jechał esplanadą nad jeziorem, szumiały drzewa w wiosennym wiaterku. Zatrzymał się i od ulicznego sprzedawcy kupił kilka bukiecików wiosennych kwiatów. Podjechał pod szpital i zaparkował. Zastał Jane w pozycji siedzącej, podpartą paroma poduszkami, i Stennera, który mógł już się poruszać za pomocą laski, siedzącego pod oknem.

- Dali mi już dziś papiery na wyjście - powiedział. - Żebym mógł jutro rano wyjść o godzinę wcześniej i zdążyć na rozprawę.

- Nie będzie rozprawy - oznajmił Yail. - Na wstępie poprosimy o odroczenie do czasu wyzdrowienia obrończyni.

- Bardzo to szlachetnie z twojej strony - zauważyła Jane. - Czyżby rysy na lśniącej zbroi pana prokuratora?

- To był pomysł Shany - wyjaśnił Yail. - I jeśli idzie o jej zbroję, to nie widzę na niej najmniejszej plamki.

- Pełna brawury dziewczyna, uparta i wytrwała - stwierdziła Jane. - Dobrze ją wyuczyłeś.

Yail roześmiał się. - Niczego jej nie wyuczyłem. Urodziła się taka. Twarda jak stal. Tylko poczekaj, jak się dorwie w sądzie do Johna Wayne'a Darby'ego.

- No dobrze, ale Edith Stoddard? - spytała Jane.

- To jej rozgrywka między tobą a Shana Parver. Ja się do sprawy nie wtrącam. Nie muszę, dzięki Bogu...

- Ty musisz się wtrącać do wszystkiego, co dotyczy twojej prokuratury. Kogo chcesz oszukać?

- Nie przyszedłem tu, żeby mówić o sprawach służbowych. - Podał jej kwiaty. - Przyszedłem mieszać się do innych spraw. Na przykład podsycać twoje uczucia do mnie.

- Możesz to robić zawsze i o każdej porze. - Z wazonu na stoliku przy łóżku wyjęła zwiędłe kwiaty i wrzuciła do kosza. Vail zabrał wazon do umywalki w kącie i zmienił wodę.

- To ja już pójdę chyba do mojego pokoju i jeszcze trochę tam pomieszkam -oświadczył Stenner. - Spędziłem tam cztery tygodnie. Czuję się dziś jak w przededniu opuszczenia rodzinnego domu.

- Potem przyjdę i otulę cię kołderką - obiecał Vail.

- Wolę, żeby to zrobiła moja pielęgniarka - odparł dość sucho Stenner i wyszedł, udając-żwawy krok.

. - Zazdroszczę Ablowi - powiedziała Jane. - On wraca do siebie, a mnie czekają jeszcze dwie operacje.

Vail usiadł obok i palcem przeciągnął po bandażu na jej twarzy. - Jeszcze kilka tygodni i będziemy mieli to wszystko za sobą - powiedział ciepło.

Wstał i podszedł do okna.

- Jeszcze myślisz o Stamplerze? - spytała.

- Wiesz co... tam była taka chwila... Tam była taka jedna chwila... przez minutę dysponowałem prawem życia i śmierci. Miałem go na muszce. Jakże bardzo chciałem go zabić... Chciałem go zabijać i zabijać. Po jednej kuli za każdą śmierć, jaką zadał innym. Wystarczyło nacisnąć spust o ułamek milimetra dalej. Wiedziałem jednocześnie, że on tego chce. On chciał, żebym go zabił, żebym stał się podobny do niego. I kiedy zrozumiałem, co się dzieje, ostygłem i pozwoliłem, żeby go diabli wzięli... jego diabli...

- Już po wszystkim. Skończyło się. Usiądź koło mnie...

Może rzeczywiście się skończyło, pomyślał. A może nigdy się nie skończy...

Następnego ranka Shana Parver i Dermott Flaherty zasiedli za stołem prokuratorskim w sali sądowej, gotowi prosić o odroczenie wstępnej rozprawy Edith Stod-dard. Vail, Naomi, St. Claire i Stenner usiedli w pierwszym rzędzie tuż obok prokuratorów oskarżających. Po przeciwnej stronie sali sądowej zajęła miejsce Angelika, córka Edith Stoddard. Nieustannie spoglądała na wejście do sali.

Punktualnie o dziewiątej weszła sędzia, Tehelma McElroy,przystojna Murzynka

0 inteligentnym spojrzeniu przesłoniętym szkłami w drucianej oprawie..Była znana jako sędzia sprawiedliwy o pragmatycznym podejściu do prawa. Zdecydowanie nie lubiła żonglowania paragrafami.

Na salę wprowadzono Edith Stoddard i posadzono za stołem obrony. Twarz miała ściągniętą i zdecydowanie schudła. Nie ulegało wątpliwości, że więzienne tygodnie pozostawiły swój ślad. Położyła dłonie na stole i tępo im się przyglądała.

W chwilę później przy wejściu na salę zrobiło się zamieszanie. Vail obrócił głowę, aby zobaczyć, co też się dzieje.

Na wózku inwalidzkim wjechała do sali Jane Yenable. I wyglądała wspaniale w jedwabnym turkusowym kostiumie, z płomiennymi włosami splecionymi w kok, z czarną przepaską na jednym oku. Całą stronę twarzy przesłaniał świeży bandaż.

Jechała środkiem sali, przejściem między ławkami. Uśmiechnęła się do Yaila

1 mruknęła porozumiewawczo, dobijając do stołu obrony. Vail nie potrafił ukryć

zdziwienia. Shana Parver chyba była jeszcze bardziej zaskoczona. Spojrzała jakby spłoszona na Vaila, który podniósł brwi i wzruszył ramionami.

- Co u diabła...! - mruknął pod nosem.

- Chyba wpadliśmy w kłopoty - szepnął Stenner.

- Jesteśmy w kłopotach od momentu, kiedy wzięła tę sprawę - odparł Vail. Sędzia McElroy pochyliła głowę i ponad okularami przyglądała się Jane Yeriable.

- To wielka niespodzianka, pani Yenable. Witamy, witamy.

- Dziękuję, Wysoki Sądzie - odparła Jane.

- Czy strony są gotowe? - spytała sędzia.

- Jestem gotowa - odpowiedziała Jane.

- Oskarżenie jest gotowe prosić o odroczenie, Wysoki Sądzie - odezwała się, Shana. - Z powodu choroby obrończyni...

- Nie potrzebujemy odroczenia, Wysoki Sądzie - stwierdziła Jane. - Oskarżona jest gotowa odpowiedzieć na zarzuty.

- Jesteśmy gotowi, Wysoki Sądzie - wyjąkała Shana Parver, podczas gdy Flaherty zaczął pośpiesznie wyjmować aktówki ze swojej skórzanej teczki.

Sędzia McElroy spojrzała na dzienny harmonogram.

- To jest rozprawa wstępna? - spytała.

- Tak - odparła krótko Shana Parver.

- Nim rozpoczniemy... Czy strony mają jakieś wnioski?

- Wysoki Sądzie, proszę Wysoki Sąd o pozwolenie na powołanie jednego świadka obrony - powiedziała Jane Yenable.

- Przed rozpoczęciem rozprawy? Przed przedstawieniem zarzutów przez prokuratora? - zdziwiła się sędzia McElroy.

- Wysoki Sądzie, usiłujemy uzyskać dla oskarżonej zwolnienie za kaucją. Oskarżona spędziła dwa miesiące w więzieniu bez dania jej szansy uzyskania prawa do kaucji. Świadek, którego pragnę powołać, ma złożyć oświadczenie dotyczące wiarygodności i charakteru oskarżonej.

- Wysoki Sądzie... - zaczęła Shana Parver, ale sędzia McElroy uciszyła ją gestem ręki:

- Chwileczkę, pani prokurator. Kim jest ten świadek? - spytała obrończynię.

- To córka oskarżonej, Angelika, Wysoki Sądzie.

- Wysoki Sądzie, sprzeciwiamy się - oświadczyła Shana Parver. - To jest wysoce niewłaściwe. To jest rozprawa wstępna, mająca na celu...

- Wiem, co ma na celu rozprawa wstępna! - zareplikowała ostro sędzia McElroy.

- Proszę mi wybaczyć, Wysoki Sądzie. Prokuratura zamierza przedstawić wnioski wielkiej ławie przysięgłych potwierdzające stanowisko prokuratury, że Edith Stoddard popełniła zabójstwo pierwszego stopnia. W takich przypadkach nie przysługuje prawo do zwolnienia za kaucją - zakończyła Shana Parver.

- Wysoki Sądzie, istnieją okoliczności łagodzące - zabrała ponownie głos Jane Yenable. - Moja klientka nie była poprzednio karana. Była cenionym pracownikiem. Przez lata pełniła funkcję nie zwykłej sekretarki, ale prawej ręki szefa firmy. Utrzymywała córkę, która jest obecnie w koledżu, i męża inwalidę, człowieka spraliżowa-nego od wielu lat. Jestem pewna, że ani oskarżyciel publiczny, ani Wysoki Sąd nie odmówią wysłuchania jej córki. Proszę tylko o piętnaście minut, Wysoki Sądzie...

Sędzia McElroy oparła się w fotelu i zdjęła okulary.

- Zakładam, że obrona jest gotowa odpowiedzieć na zarzuty stawiane przez oskarżyciela publicznego? - spytała sędzia McElroy, wpatrując się intensywnie w Jane Yenable.

- Tak jest, Wysoki Sądzie.

- I chce pani przesłuchać świadka, nim oskarżyciel publiczny przedstawi zarzuty?

- Jestem zdania, że byłoby właściwe zrobić to teraz.

- Hmm - mruknęła sędzia. Wzięła do ręki ołówek i przez kilka sekund stukała nim w blok kartek. - Zgadzam się ze stanowiskiem pani prokurator, że powołanie takiego świadka przed rozpoczęciem postępowania byłoby dużym odejściem od normalnej procedury... z drugiej strony nie chciałabym, by ten sąd miał opinię bezdusznego. I dlatego uchylam sprzeciw pani prokurator. Proszę jednak pamiętać, że jest to tylko rozprawa wstępna bez ławy przysięgłych. Decyzja co do wypuszczenia za kaucją znajduje się wyłącznie w moich rękach.

Shana Parver, choć była wściekła, nie oponowała. Wiedziała dobrze, jak niebezpiecznie jest zrazić sobie sędziego na początku rozprawy.

- Tak jest, Wysoki Sądzie - odparła niemal potulnie.

- Dziękuję pani prokurator za zrozumienie mojego stanowiska. Obrona może powołać świadka.

- Obrona powołuje Angelikę Stoddard - obwieściła głośno Jane Yenable.

Angelika była blada i bardzo zdenerwowana. Kiedy składała przysięgę, trzęsła się jej ręka. Potem sztywno usiadła w fotelu świadków. Wzrok wpijała w Jane Yenable, która podjechała pod sam pulpit sędziowski. Edith Stoddard z wielką podejrzliwością patrzyła na swą obrończynię.

- Proszę się odprężyć - powiedziała Jane do Angeliki. - Wiem, że pani jest zdenerwowana, ale obiecuję, że to potrwa krótko. Kilka minut. Proszę podać swe imię i nazwisko.

- Angelika Stoddard.

- Ile masz lat, Ageliko?

- Dwadzieścia jeden.

- Gdzie mieszkasz?

- W kampusie uniwersyteckim. Chalmers Dormitory. Uczęszczam na uniwersytet chicagowski.

- Od jak dawna?

- Od trzech lat.

- Jakie masz wyniki nauki? Jaką masz ocenę ogólną?

- Pięć przecinek sześć przy przejściu na ostatni rok.

- A więc jesteś przodującą studentką?

- Tak.

- Masz stypendium, prawda?

- Tak. Na opłatę czesnego i na podręczniki.

- A kto opłaca pokój w dormitorium i wyżywienie?

- Mama.

- Pani Edith Stoddard?

- Tak.

- Jak ma na imię twój ojciec?

- Charles. Charles Stoddard.

- Czy twój ojciec pracuje?

- Mój ojciec jest sparaliżowany od szyi w dół.

- Mieszka z twoją matką?

- Tak.

- A więc twoja matka jest jedyną żywicielka rodziny. Ty i ojciec jesteście na jej wyłącznym utrzymaniu, tak?

- Tak.

- Do niedawna twoja matka pracowała w firmie pana Delaneya?

- Tak. Pan Delaney wyrzucił ją z pracy.

- Kto zajmował się twoim ojcem w ciągu dnia?

- Przedtem mieliśmy dla niego pielęgniarkę. Ona była też trochę gospodynią. Przychodziła o ósmej rano i zostawała do piątej.

- I od piątej popołudniu ojcem zajmowała się matka?

- Tak, z wyjątkiem dni, kiedy musiała... kiedy miała wieczorną pracę. To było dwa razy w tygodniu. Ja wtedy przyjeżdżałam z uczelni.

- W rzeczywistości więc wy obie zajmujecie się ojcem?

- Tak, ale ja mniej. To głównie mama zajmuje... zajmowała się ojcem.

- Co się zmieniło od chwili aresztowania twojej matki?

- Pielęgniarka odeszła.

- I tylko ty się zajmujesz teraz ojcem?

- Tak. Przerwałam studia i przeniosłam się do domu.

- Czy z chwilą utraty przez matkę pracy, twoje życie uległo radykalnej zmianie?

- Tak.

- I stało się tak w momencie aresztowania twojej matki?

Angelika skinęła głową. Siedziała wpatrzona w położone na kolanach dłonie.

- Doktor Saperstein, lekarz taty, mówi, że powinniśmy oddać go do domu opieki. - Angelika zaczęła płakać.

- Czy stać was na to? Czy renta ojca wystarczyłaby? Chyba nie, skoro nie wystarczała na opiekę w domu, na gosposię?

- Wezmę... to znaczy mogłabym wziąć pracę, sprzedać dom... - Przerwała. Siedziała jeszcze chwilę ze spuszczoną głową, a potem podniosła ją i wzięła głęboki oddech. Kiedy zaczęła mówić, nie czuło się w głosie żalu, ale gniew: - To jest okropnie niesprawiedliwe, bo moja matka... - zawahała się. Patrzyła teraz prosto w oczy matce. Spojrzenie jej gorzało i dokończyła silnym, zdecydowanym głosem: - To wszystko jest nieprawda! To nie moja matka zabiła Delaneya. Ja go zabiłam! Matka wzięła winę na siebie, bo chciała mnie chronić...

Gwałtownie przesunięty sędziowski fotel zaskrzypiał. Jane Yenable wydawała się zaskoczona. Edith Stoddard zerwała się na równe nogi.

- To nieprawda! Ona kłamie! - krzyknęła. - Ona tak mówi, żeby chronić mnie. Ja zabiłam Delaneya. Ja zeznałam, że go zabiłam. Przyznałam się do winy. Policja ma moje zeznanie. Proszę przerwać przesłuchiwanie mojej córki!

- To ty przestań, mamo! - odkrzyknęła Angelika z fotela świadków. - To byłam ja, a nie ty w rękach Delaneya. On mnie wykorzystywał seksualnie. Od osiemnastego roku życia. Szantażował mnie, że wyrzuci cię z pracy... Nieustannie mi groził...

Na sali sądowej zapanował chaos. Shana Parver skoczyła na równe nogi: - Zgłaszam sprzeciw, Wysoki Sądzie! Zgłaszam sprzeciw!

Naomi rozgorączkowana powiedziała do Yaila: - Ale heca, ale heca! Vail nie odpowiedział, tylko patrzył z niekłamanym podziwem na Jane.

- To wszystko prawda! - wykrzyknęła Angelika Stoddard. - Poszłam do niego tego wieczoru błagać go, by przywrócił matkę do pracy, a on... a on mnie zmusił...

- Zgłaszam sprzeciw, Wysoki Sądzie! - Shana Parver dosłownie wrzasnęła. Sędzia McElroy waliła młotkiem w pulpit. - Spokój na sali! - Jej oczy ciskały

błyskawice. - Obrońca i oskarżyciel publiczny do mojego gabinetu! Natychmiast! Zarządzam przerwę.

- Wysoki Sądzie! Bardzo przepraszam, Wysoki Sąd, ale czy możemy prosić o dziesięć minut konsultacji? Jeszcze przed spotkaniem w gabinecie...? - poprosiła Shana.

Widać było, że sędzia McElroy jest nadal rozzłoszczona na Jane Yenable za zain-scenizowany przez nią spektakl. Obrzuciła ponurym wzrokiem obie kobiety i powiedziała: - Dobrze, za piętnaście minut, moje panie. Za piętnaście minut w moim gabinecie. - Szybkim krokiem opuściła salę.

Vail spojrzał na Jane, która rozłożyła ręce, jakby chciała powiedzieć, że i dla niej było to wielkie zaskoczenie. Vail tylko się uśmiechnął i pokręcił głową.

Vail zaprowadził Shanę Parver, Naomi, Stennera, St. Claire'a i Flaherty'ego do niewielkiego pokoju przeznaczonego dla prawników.

- No dobrze, Shana, powiedz mi teraz, co zamierzasz zrobić? - spytał Vail. -Kończysz czy grasz?

Spojrzała mu prosto w oczy i odparła: - Nie mam zielonego pojęcia, co robić.

- Jak sądzicie? Czy Jane Yenable to zaplanowała, czy też została zaskoczona jak my wszyscy? - spytała Naomi.

- Nie sądzę, by to zaplanowała - odparł Vail. - Natomiast sądzę, że mogła się czegoś podobnego spodziewać.

- Obrona błyskawiczna. Nazwałbym ją szokową czy może szokującą - powiedział Flaherty.

- Masz oto wielki teatr wymiaru sprawiedliwości - odparł Vail.

- A ty się na tym dobrze znasz - zauważył Stenner. - Przed dziesięcioma laty załatwiłeś prokuraturę podobną sztuczką. Wówczas ofiarą padła Jane.

- No dobrze, ale co teraz robimy? Jakimi kartami gramy. Waszym zdaniem, która zabiła?

Stenner podjął praktyczną decyzję: - Matka. Ta druga wersja wydaje mi się mało prawdopodobna.

- Ja też uważam, że matka - opowiedział się Flaherty. - Ale uważam też, że córka, tak jak powiedziała, była związana z Delaneyem. Matka zabiła Delaneya, żeby ją uwolnić. Wszystko to ułoży się z pewnością w logiczną całość, jeśli nad tym popracujemy. Proponuję odłożyć rozprawę wstępną i ponownie zabrać się do roboty.

- Córka zabiła, a matką ją kryje - oświadczył stanowczo St. Claire. -1 nic mnie nie obchodzi, czy to jest prawdopodobne, czy nie.

- Ja też sądzę, że zabiła Angelika - przyznała Shana Parver.

- A ja twierdzę, że zabiła Edith Stoddard, a miała wiele powodów - wyraziła swą opinię Naomi.

- Obie opowiadają podobną historię, matka twierdzi, że córka nic o tym nie wiedziała, córka mówi, że nie wiedziała matka. Obie mają tę samą motywację, obie miały taką samą okazję i żadna z nich nie ma alibi - wyliczył Stenner.

- Mówisz śmieszne rzeczy - wtrącił St. Claire. - Mamy odciski palców matki na broni. To jej broń, prawda? - spytał w przestrzeń.

- A amunicja? - zapytał Flaherty.

- Tak samo - odparł Vail. - Jej broń, więc sama ją ładowała. Tak sądzę.

- No i nie ma śladów palców córki, prawda? - spytał Flaherty. - To dowodzi...

- To niczego nie dowodzi - przerwała mu Shana. - Jeśli Angelika zechce trwać przy swej wersji wydarzeń, to powie, że miała rękawiczki.

- Postawcie w stan oskarżenia obie. Może któraś się załamie i powie prawdę, zanim skierujemy sprawę do sądu - zaproponował St. Claire.

Vail roześmiał się. - Ale pomysł! Ciekawe, co by powiedziała ława przysięgłych, gdybyśmy się do niej ponownie zwrócili i powiedzieli, że zamierzamy oskarżyć dwie osoby, ponieważ nie jesteśmy pewni, która jest winna.

- Myślę, że się umówiły - powiedział Stenner. - Albo od początku były w zmowie, albo teraz chcą zamącić obraz.

- Czy nie moglibyśmy definitywnie obalić jednej z dwu wersji? - spytał Flaherty. - Znajdźmy jakąś lukę w tym, co mówi Edith Stoddard i wtedy będziemy wiedzieli. Albo w wersji córki.

Shana Parver poruszyła się niespokojnie w fotelu, ale nie zabrała głosu. Patrzyła w podłogę.

- Jazda Shana! Widzę, że coś ci chodzi po głowie. Mów!

- Ja tak sobie myślę... - zawahała się, ale natychmiast podjęła decyzję, by dokończyć: - Myślę, że bez względu na to, która z nich jest winna, Delaney zasłużył na to, co go spotkało.

Wszyscy umilkli, a potem spojrzeli na Shanę Parver, jakby czekali na ciąg dalszy.

- Chcę was wszystkich o coś zapytać - przerwał milczenie Vail. - Czy któreś z was sądzi, że Edith Stoddard mogła z własnej woli zacząć się zabawiać w ten sposób z Delaneyem?

- A jakie to ma znaczenie? - spytała Shana.

- Bardzo duże. Może być kluczem do całej sprawy. Delaney umizgał się do córki i oszołomił ją. Młoda dziewczyna, niedoświadczona. Nagle zwraca na nią uwagę szef jej matki. Człowiek, który jest w mieście znaczącą figurą. To mogło zawrócić jej w głowie. Zwabia ją do swego apartamentu służącego do wiadomych- celów i roz-

poczynają się seksualne zboczone zabawy. Ona nikomu o tym nie mówi. Zwłaszcza matce. Delaney był nagi, kiedy go zabito. Zabawiał się. Załóżmy, że z córką, a Edith Stoddard nieprzewidzianie przyszła i zastała oboje. Dostaje szału, wyciąga pistolet i zabija Delaneya. Potem każe Angelice zmykać, rzuca broń do schowka i sama wychodzi. Następnego dnia, podczas przepytywania jej przez Johnsona, zdaje sobie sprawę, że nie da rady profesjonalistom i szybko przyznaje się do zabójstwa. Mówi, że straciła głowę, ponieważ Delaney postanowił się jej pozbyć. Kobieta ma nadzieję, że załatwiła sprawę. Ocaliła córkę i jednocześnie zabezpieczyła męża.

- Bardzo dobry scenariusz - pochwalił Stenner.

- Tyle tylko, że my znamy prawdę - odezwał się Flaherty.

- Czyżby? - zdziwił się St. Claire. - Wiemy tylko, że Delaney był zboczeńcem seksualnym i osoba, która go rąbnęła, wiedziała o jego skrytce pełnej akcesoriów. Tak czy inaczej sylwetka Delaneya objawia się w sądzie w paskudnym świetle, natomiast obie panie zyskują powszechną sympatię i współczucie.

- W tej sprawie trudno będzie o consensus - stwierdziła Naomi. - Jeśli połowę ławy przysięgłych będą stanowić kobiety, to nigdy nie otrzymamy werdyktu skazującego.

- Naomi ma rację - powiedział Vail. -1 dlatego w tej chwili nasz problem polega na odpowiedzi na pytanie: czego chcemy? Czy chcemy wysłać Edith Stoddard i jej córkę do więzienia na resztę lat ich życia?

- Współczucie? - spytał Stenner.

- Oportunizm - podsunął Flaherty. - Moim zdaniem pójdziemy na ugodę. Bierzmy, co się da. W przeciwnym wypadku Edith Stoddard i jej córka wyjdą z sądu wolne.

- Shana? - spytał Vail. - Co proponujesz?

- Zabójstwo pierwszego stopnia. Dziesięć do dwudziestu lat.

- Jane Yenable tego nie kupi - odparł Vail. - Będzie wolała zaryzykować z ławą przysięgłych.

- Ale zapominasz o stanowisku samej Edith Stoddard. Ona nie chce procesu. Ona za żadne skarby nie chce powtórzenia przy przysięgłych tego, co wydarzyło się w sądzie dziś rano. Jej jedynym celem jest w tej chwili oszczędzić córce i mężowi wstydu.

- Myślicie, że sama Stoddard zgodzi się na kwalifikowane zabójstwo? - z powątpiewaniem spytała Naomi.

- To nieważne, na co zgodziłaby się pani Stoddard - odparł Vail. - Ważne jest to, iż Jane zacięła się i postanowiła, że jej klientka opuści sąd jako wolna osoba.

- A więc? - spytała Shana.

- A więc najwyższy czas przystąpić do pertraktacji - oświadczył Vail.

- Moim zdaniem, bez względu na to, jak zakończy się sprawa, nasza pani Sprawiedliwość otrzyma jeszcze jednego kopniaka w tyłek - mruknął Stenner z uśmiechem.

Zdarzyło się po raz pierwszy, że zobaczono Stennera z uśmiechem na twarzy.

- Co za sztuczki pani mi tu wyprawia?! - spytała z niesmakiem sędzia McElroy.

- Przysięgam, pani sędzio, że nie miałam pojęcia, iż ona coś podobnego powie - odparła Jane Yenable. - Powiedziała mi tylko, że chce przedstawić sytuację rodzinną, by pomóc matce uzyskać prawo do odpowiadania z wolnej stopy.

- Mam nadzieję, że pani mówi prawdę, pani mecenas. Bardzo nie lubię adwokatów, którzy zamieniają salę sądową w cyrk. - Sędzia McElroy jeszcze przez kilka sekund przeszywała Jane ostrym spojrzeniem.

- Daję pani słowo, że powiedziałam prawdę.

- No dobrze. I co teraz zrobimy z tym bigosem? - spytała sędzia, zwracając się do Shany Parver.

- Myślę, że rozwiązanie leży w rękach pani Yenable - odparła Shana.

- W moich? - zdziwiła się Jane.

- Tak. Obu ich bronić pani nie może. Jasne jest, że Angelika będzie musiała mieć własnego adwokata. Czy pani linia obrony przewiduje zrzucenie winy na Angelikę Stoddard?

- O czym pani mówi? - zapytała z pewnym niepokojem w głosie Jane Yenable.

- No, bo to byłby jedyny sposób, aby pani klientka mogła wyjść z sądu wolna. Albo założymy, że Edith Stoddard jest winna, i z tej pozycji spróbujemy wypracować jakieś porozumienie, albo będzie pani musiała przekonać swoją klientkę, że trzeba przerzucić winę na jej córkę. Bo tylko jedna może być winna.

- Jeśli takie jest pani stanowisko, to idziemy na rozprawę przed ławą przysięgłych.

- l chce pani publicznego prania tych brudów? Przed prasą? Bardzo wątpię, aby pani tego chciała. Do tego mamy jej pisemne przyznanie się do winy. Jeszcze tego nie odwołała.

- Nie ma ławy przysięgłych na świecie, która by wydała wyrok skazujący na Edith Stoddard.

- Ale ława przysięgłych nie jest w tym przypadku istotna, prawda? - spytała Shana Parver.

- A co jest niby istotne?

- Mamy wyraźny przypadek morderstwa z premedytacją. Ofiarą był potężny polityk, który ma wielu przyjaciół w wysokich kręgach. Jedyny sposób zniszczenia wizerunku tego człowieka, to publiczny proces osoby winnej morderstwa, ale taki proces niezależnie od wpółczucia, jakie można mieć dla Edith Stoddard, zniszczy także wizerunek jej i jej córki, prawda? Niech pani o tym chwilę pomyśli.

Sędzia McElroy oparła się w fotelu, palce obu dłoni złożyła i podparła nimi brodę. Przez twarz przemknął jej uśmiech. Pomyślała, że ta młoda prawniczka z prokuratury jest chytra i uparta. Miała podziw dla obu kobiet występujących w tej sprawie. Wreszcie wstała.

- Drogie panie mi wybaczą. Muszę na kilka minut wyjść. Chciałabym wierzyć, że kiedy wrócę, to będziemy mogły szybko poradzić sobie ze sprawą.

Wyszła.

- No dobrze, co pani proponuje? - spytała Jane Venable.

- Zabójstwo pierwszego stopnia. Dziesięć do dwudziestu lat, Będzie mogła wyjść po sześciu latach.

- Mowy nie ma. Zgoda na coś podobnego byłaby zdradą klientki. Moglibyśmy przyjąć zabójstwo drugiego stopnia. Pięć do dziesięciu.

- Nie mogę się na to zgodzić.

- Czego chce Martin?

- To nie jego sprawa, a moja.

- Nie dał żadnej propozycji?

- Nie.

Jane Yenable uśmiechnęła się. - Co za człowiek.

- Z tym mogę się zgodzić. - I Shana też się uśmiechnęła.

- A więc jaka jest pani ostateczna odpowiedź, Shana? Mogłybyśmy od razu załatwić sprawę?

- Na pani warunkach?

- Hej, to wy mnie w tę sprawę wciągnęliście. Beztrosko sobie siedziałam za biurkiem, robiąc kokosy na prawnym doradztwie w grubych interesach, a tu nagle proszą mnie o rozmowę z Edith Stoddard, ot tak, żeby uciszyć własne sumienie. Moje pytanie w istocie brzmi: czy ma pani ochotę doprowadzić do otwartego procesu, czy nie?

Shana od razu nie odpowiedziała. Spojrzała w sufit, tak jak często robił to Vail, i zaczęła intensywnie myśleć. Wreszcie spytała: - A może kompromis? Niech oskarżona przyzna się do zabójstwa pierwszego stopnia w przedziale od pięciu do dwudziestu. Jeśli na to ostatnie zgodzi się sędzia. Wyszłaby po trzech latach.

- Więzienie ze złagodzonym reżimem?

- Nie sprzeciwiam się.

Yenable wyciągnęła dłoń. - Umowa stoi. Jesteś doskonałą prawniczką, Shana!

- I kto to mówi!

Obie kobiety uścisnęły sobie ręce.

W kilka dni po opisanych powyżej wydarzeniach gubernator stanu Kentucky nakazał policji stanowej wydobyć ciało Stamplera ze starego szybu numer pięć. Wiosenne deszcze spłukały już śnieg, odsłaniając w lesie błotnistą plamę z wielką dziurą pośrodku.

Wokół tej dziury, nad którą sterczał szkielet wyciągu windy, zebrała się gromadka mieszkańców Crikside, czyhająca na sensację. Ciekawskie tłumy na całym świecie są podobne do siebie. Sensacji jednak nie było. Z niewielkiego dźwigu spuszczono w głąb szybu reflektor i kamerę wideo. Kilku policjantów zaczęło wpatrywać się w monitor.

Szyb był pusty.


home | my bookshelf | | Obraz zła |     цвет текста