home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add

- advertisement



IX

Juz od wczesnego rana mialo sie na kurzawe; dzie'n nastal chmurny, wietrzny i wielce swarliwy, 'snieg pr'oszyl drobny, suchy a ostry kiej kasza ledwie przetarta w zarnach, po r'owno za's zrywal sie coraz mocniejszy wiatr, hukliwy sielnie i kolujacy niespodzianymi nawrotami, ze jako ten pijanica taczal sie na wszystkie strony, skowyczal, przegwizdywal a 'sniegami miecil zapalczywie.

Nie baczac jednak na pogode, zaraz z pierwszego poludnia Hanka ze starym Bylica, a z nimi jeszcze pare komornic, wybrali sie po susz do lasu.

Czas byl nieopowiedzianie przykry; wiatr tlukl sie po polach, ciepal drzewinami, hurkotal po wsi, a co troche podrywal tumany 'snieg'ow, zakrecal z po'swistem i wytrzepywal je nad 'swiatem kieby te chusty pelne bialych a klujacych pa'zdzierzy, ze wszystko topilo sie w nierozpoznanej matwie i 'swistach.

Zaraz za wsia poszli gesiego przywianymi miedzami ku borom ledwie czubami widnym w kurzawie, a jeszcze dalekim.

Wiatr wzmagal sie jeszcze, bil ze wszystkich stron, ta'ncowal, krecil i tak w nich siepal, ze ledwie mogli sie utrzyma'c na nogach, przyginali sie ino barzej ku ziemi, a on zabiegal z przodu, darl suchy 'snieg pomieszany z piaskiem i prazyl w twarze, az oczy trza bylo przyslania'c.

Szli w milczeniu, jako ze wiatr zatykal i rwal slowa, a postekujac nieco i rece rozcierajac 'sniegiem, bo ziab byl przenikliwy i na wskro's licha przyodziewe przejmowal, i zaspy sie czynily od kamionek, to od drzew i groblami zastepowaly, ze kazda trza bylo wymija'c nakladajac niemalo drogi.

Hanka szla na przedzie, czesto sie obzierajac za ojcem, kt'oren skulony, z okrecona w zapaske glowa, w starym kozuchu Antkowym, przepasany powr'oslem, wl'okl sie na ko'ncu, ledwie sie poruchajac pod wiatr, zatykalo go ciegiem, przystawa'c musial co troche, by wytchna'c i obetrze'c zalzawione od wiatru oczy, potem za's w dyrdy 'spieszyl cicho pojekujac:

Ide, Hanu's, ide Nie b'oj sie, nie ostane!

Ju'sci, wolalby pozosta'c na przypiecku, wolal, ale c'oz kiej ona, biedaczka, szla, 'smialby to osta'c! a i w chalupie ziab nie do wytrzymania, dzieci skwiercza z zimna, warzy[177] juz nie bylo przy czym zrobi'c, ze jeno suchego chleba pojedli a tu zimny wiater tak przebiera po ko'sciach, kieby tymi lodowymi palicami przemy'sliwal dyrdajac za nimi.

Pewnie, ze kiedy mus ulapi za leb, nie wy'slizgniesz sie, czlowieku, nie!

To Hanusia jeno zasiekala zeby i szla ano po drzewo razem z komornicami. Prawda, na to juz zeszlo, ze w parze z Filipka, z Krakalina, ze stara Kobusowa i Magda Kozlowa, z tymi najwiekszymi biedotami w jeden rzad, razem.

Wzdychala jeno ciezko, zacinala zeby, a szla, i to nie po raz pierwszy, nie

A niechta! A niechta! szeptala twardo, moc w sobie wzbierajac i cierpliwo's'c.

Trzeba, to chodzi po drzewo, dyguje na plecach, w jeden rzad z dziad'owkami, jak Filipka, stawa[178], a plaka'c nie bedzie ni zali'c sie nie bedzie, ni o poratunek zabiega'c.

Gdzie to i p'ojdzie? Dadza chyba, ale to jakie slowo lito'sciwe, od kt'orego dziw krew nie try'snie z serca Pan Jezus ja do'swiadcza, krzyze zsyla, to moze kiedy's i wynagrodzi A niechta, przetrzyma wszystko, nie pomarnuje sie z dzie'cmi i rak nie opu'sci, a na politowanie ludzkie ni po'smiewisko sie nie da!

Wycierpiala sie ona ostatnimi czasy tyla, ze kazda kosteczka trzesla sie w niej i lamala z osobna z tego bolenia wycierpiala!

Nie to, ze bieda i poniewierka, ze czesto gl'od, iz ledwie dzieciom starczylo, nie, ze Antek w karczmie przepijal z kamratami, o dom nie stojal, a kiej ten pies zwleczony chylkiem sie do chalupy wsuwa i na jakie bad'z slowo napomknienia za kij chwyta bywa to bowiem nierzadko i gdzie indziej, mozna by odpu'sci'c; ot, przyszla na niego taka zla godzina, to aby jeno cierpliwie przeczeka'c, przej's'c jeszcze moze. Ale tego przeniewierstwa nie mogla mu zapomnie'c, przebole'c i darowa'c!

Nie, nie poredzila. Jak to, ma zone i dzieci, a o wszystkim zapomina la[179] tamtej. To ja kieby rozpalonymi obcegami 'sciskalo za serce, przegryzalo na wskro's i rozrastalo sie w niej piekaca, nieustepliwa pamiecia.

Za Jagna lata, ja miluje, przez nia to wszystko!

Zdalo sie jej, ze zly idzie pobok a wciaz szepta do ucha te straszne przypominki, nie uciec od nich ni zapomnie'c, nie! B'ol poniewierki dusznej, ponizenia, wstyd, zazdro's'c, pomsta i te wszystkie jedze nieszcze'scia wsadzaly kolczaste lby do jej serca i tak szarpaly, ze cho'cby krzycze'c wnieboglosy, a lbem tluc o 'sciane!

Zmiluj sie, Panie, pofolguj, Jezu! jeczala w sobie podnoszac rozpalone nigdy nie wysychajacymi lzami oczy ku niebu. Zaczela przyspiesza'c kroku, bo tak wialo na tych podle'snych wyzniach, ze juz nie mogla wytrzyma'c z zimna; baby za's ostawaly nieco i szly wolno, kiej te czerwone kleby ledwie widne w kurzawie, a b'or juz byl niedaleko, gdy tumany opadaly na chwile, wyrastal nagle z bielizny ogromna, ciemna 'sciana pni zwartych, przez kt'ore mroczaly ciche, lodowate glebie.

Chod'zcie predzej, w lesie bedzieta odpoczywaly! nawolywala niecierpliwie.

Ale kobietom sie nie spieszylo, odpoczywaly czesto przykucajac na 'sniegu, glowami od wiatru, kiej to stado kuropatew, i rajcowaly z cicha, za's na jej wolania Filipka mruknela niechetnie:

Hanka gania jak ten pies za wrona i my'sli, ze rychlej co zlapie

Na co to jej zeszlo, chudziaczce szepnela wsp'olczujaco Krakalina.

Nawygrzewala sie dosy'c w Borynowej chalupie, najadla tlusto, nasmakowala dobro'sci, to moze teraz i biedy popr'obowa'c. Czlowiek cale zycie przymiera glodem, haruje jak w'ol, a nikto nawet nie polituje.

A prz'odzi to nas nawet nie pozdrawiala

Moi'sciewy, chleb daje rogi, a gl'od nogi, powiedaja.

Chcialam kiej's pozyczy'c terlicy, powiedziala, ze ma la[180] siebie.

Prawda, ze ona ta otwartej reki la ludzi nie miala, wynosila sie nad drugie, jak wszystkie Boryny, ale szkoda kobiety, szkoda!

Po sprawiedliwo'sci, ale ten Antek lajdus, no!

Ju'sci, ze lajdus, ju'sci. Ale i to wiadomo, ze kiej suczka nie chce, pies nie we'zmie, kazdy chlop poleci, jak go kiecka przywabia.

Gdyby na mnie padlo, na 'srodku drogi zdarlabym Jagne za leb, a wyzwala, a sklela, a kudl'ow naczesala, zeby cale zycie pamietala.

Przyjdzie i do tego, je'sli czym's gorszym sie nie sko'nczy!

To juz takie Paczesiowe nasienie, a Dominikowa nie insza byla, nie.

Chod'zma; wiater nisko podbiera, to na noc moze usta'c.

Dowlekli sie wnet do lasu i porozchodzili, a blisko, by m'oc sie skrzykna'c lacno do powrotu.

Mrok ich ogarnal i pochlonal calkiem, ze ledwie gdzieniegdzie 'slad jaki ostal.

B'or byl stary, ogromny, wyniosly; sosna stala przy so'snie nieprzeliczona cizba, gestwa nieprzebrana, a tak 'smigla, prosta i mocarna, ze widzialy sie kiej te wielgachne slupy z ople'snialej miedzi, majaczace w mroku szarozielonych sklepie'n nieprzejrzanymi rzedami posepne, lodowe brzaski bily z dolu od 'snieg'ow, za's w g'orze, przez strzepiaste konary, niby wskro's zdziurawionych strzech, 'switalo niebo bialawe i metne.

Wichura przewalala sie g'ora, ze czasami cicho's'c sie czynila jakby w ko'sciele, kiedy to z nagla organy zmilkna i 'spiewy ustana, a jeno szemrza wzdychy ostatnie, tupoty, pogasle brzmienia pacierz'ow i te przytajone, konajace nuty b'or stawal wtedy nieruchomy, oniemialy, jakby wsluchany w grzmotliwa wrzawe, w ten dziki krzyk p'ol tratowanych, co rwal sie gdziesik ze 'swiata i ni'osl wysoko, daleko, ze tylko jekliwym 'swiegotem drgal po lesie.

Wnet jednak wicher uderzal w b'or cala moca, wszystkimi klami trzaskal o pnie, wzeral sie w lute glebie, porykiwal w mrokach, targal olbrzymami, ale na darmo, nie przem'ogl, bo wyzbyty z sil opadal, gluchnal i marl ze skowytem w gestych, przyziemnych krzach[181] a las ani drgnal, ni jedna gala'z nie trzasnela, ni jeden pie'n sie zakolysal, cicho's'c byla jeszcze glebsza i bardziej przerazajaca, ze tylko ptak jaki niekiedy zalopotal wskro's mrok'ow.

A czasami znowu wichura spadala tak nagle, niespodzianie i poteznie, jak ten jastrzab spada zglodnialy, tak lomotala skrzydlami, rwala wierzcholy, gnietla i rozwalala wszystko ze w'scieklym rykiem, az b'or drgal jakby przebudzony, otrzasal sie z martwoty, chwial z ko'nca w koniec, drzewa kolebaly sie, od drzew pomruk lecial gro'zny, przyduszony i z nagla b'or sie prostowal, podnosil, szedl jakby, przyginal ciezko i uderzal ze strasznym krzykiem, a bil juz jak ten mocarz o'sleply gniewem i pomsta, ze wrzask sie zrywal, b'oj napelnial las, strach padal na wszelkie stworzenia, przyczajone w podszyciach, a oszalale z trwogi ptactwo tluklo sie w'sr'od 'snieg'ow, lejacych sie wzburzonymi strugami, i w'sr'od podruzgotanych galezi i wierzchol'ow.

Ale potem nastawaly dlugie, zgola martwe cisze, w kt'orych slycha'c bylo wyra'znie jakie's dalekie, ciezkie lomoty.

Las rabia przy Wilczych Dolach, gesto sie wali szepnal stary nasluchujac nad ziemia gluchych drga'n.

Nie marud'zcie, do nocy siedzie'c nie bedziemy.

Zaszyli sie w wysoki, mlody zagajnik, w taki gaszcz splatanych i zwartych ze soba galezi, ze ledwie sie mogli przeciska'c do 'srodka, cisza ich otoczyla grobowa, zaden glos sie juz tam nie przedzieral, nawet 'swiatlo jeno z trudem saczylo sie przez gruba pokrywe 'snieg'ow, wiszaca na czubach niby dach. Ziemista, spopielala szaro's'c zapelniala glebie, 'sniegu prawie nie bylo na ziemi, a tylko opadly z dawna, zwietrzaly susz za'scielal miejscami po kolana, kaj's niekaj's zielenily sie p'olka mch'ow, to jakby przytajone przed zima zz'olkle jagodziny albo muchar[182] zaschniety.

Hanka oblamywala kulka co grubsze galezie, przycinala je do jednego wymiaru ukladajac w rozpostarta plachte, a robila tak zapalczywie, az chustke zrucila z goraca, i moze w jaka godzine narychtowala takie brzemiono[183] drewek, iz ledwie mogla je sobie zada'c, stary tez narzadzil pek niezgorszy, obwiazal sznurem i wl'okl go rozgladajac sie za pniem, by z niego lacniej wzia'c na plecy.

Hukali na kobiety, ale w duzym lesie znowu sie srozyla wichura, to sie i nie skrzykneli.

Hanu's, do topolowej nam sie przebra'c, lepiej bedzie ni'zli przez pola.

To chod'zmy, pilnujcie sie mnie i daleko nie ostajcie.

Wzieli sie zaraz z miejsca na lewo, przez kawal starej debiny, ale ciezko bylo, 'snieg lezal po kolana, to gurbil sie miejscami w zagony, bo drzewa staly rzadko i bez li'sci, tyle ze gdzieniegdzie w'sr'od rozlozystych poteznych konar'ow trzesly sie siwe brody, tu i owdzie jaki mlody dabek, pokryty zrudzialymi kudlami, przyginal sie do ziemi ze 'swistem.

Wiatr dal z calej mocy i tak kurzyl 'sniegami, ze i's'c bylo niepodobna, stary sie wnet zmeczyl i ustal, a i Hance sil brakowalo, to jeno wspierala sie brzemieniem o drzewa, wystrachanymi oczami szukajac lepszej drogi.

Nie przejdziemy tedy, a za debina mokradla, nawr'o'cmy do p'ol.

Jakoz nawr'ocili w duzy i zwarty las sosnowy, gdzie ciszej bylo nieco i 'sniegi nie zalegaly tak wysoko, a pokr'otce wyszli na pola ale tam szly takie zakurki[184], ze 'swiata nie rozpoznal nawet na to 'smigniecie kamieniem, nic, jeno biala, rozklebiona, przewalajaca sie 'cma. Wicher za's wciaz parl ku borowi, odbijal sie kiej od 'sciany, przewalal wznak na pola, ale wstawal niezmozony, zgarnial cale g'ory 'snieg'ow i niby ta biala chmura pral w drzewa, az jek lecial po lesie, a tak macil, zakrecal i bil, ze ledwie weszli na zagony, starego ciepnal o ziem, az d'zwiga'c go musiala, sama ledwie mogac sie utrzyma'c na nogach.

Wr'ocili do boru i przykucnawszy za pniami medytowali, kt'oredy p'oj's'c, bo calkiem juz nie wiada bylo, w jaka strone sie obr'oci'c.

Ta dr'ozka na lewo, a wyjdziemy niechybnie do topolowej, przy krzyzu.

Kiej calkiem nie bacze tej dr'ozki.

Tlumaczyl dlugo, bo sie bala pu'sci'c na niepewne.

A miarkujecie aby, w jaka strone sie wzia'c?

Od lewej reki, widzi mi sie.

Powlekli sie wzdluz lasu, pobrzezem skrywajac sie nieco od naporu wichury.

Chod'zcie predzej, nocy tylko co patrze'c.

Jeno tego powietrza zlapie i lete, Hanu's, lete

Ju'sci, nieletko sie im bylo przebiera'c[185], dr'ozke calkiem zasypalo, a do tego z boku od p'ol wciaz grzmocil wicher i ciepal 'sniezyca, pr'ozno sie chronili za drzewa, to przywierali jak te zajaczki pod jalowcami, wszedzie przewiewalo do ko'sci, za's glebia straszno bylo i's'c, drzewa szumialy dziko, caly las sie kolebal i prawie ziemie zamiatal konarami, galezie siekly po twarzach, to czasami z takim trzaskiem padaly chojary, iz sie wydawalo, jako caly b'or runie zdruzgotany.

Biegli tez, co ino sil i tchu starczylo, aby rychlej dopa's'c drogi i zdazy'c przed noca, kt'ora mogla spa's'c leda chwila, bo juz szarzalo nieco na polach i wskro's skoltunionych 'snieg'ow przewijaly sie 'slepe smugi, kieby te dymy jeszcze nikle.

Dorwali sie wreszcie drogi i padli pod krzyzem, ledwie zywi z utrudzenia.

Krzyz stal na skraju lasu, tuz przy drodze, bronily go od burz cztery ogromne brzozy w bialych gzlach[186], z obwislymi niby warkocze galeziami; na czarnym drzewie byl rozkrzyzowany Chrystus z blachy, pomalowanej w takie kolory, ze jak zywy sie widzial; snad'z wiater oderwal go, bo wisial tylko na jednej rece, trzaskal soba o drzewo i skrzypial zardzewialym glosem, jakby lito'sci prosil i poratunku. Brzozy targane wichura okrywaly go ciegiem soba, trzesly sie, przyginaly, a 'sniegowe tumany zasypywaly kurzawa, ze stal caly w mglach, przez kt'ore migotalo Jezusowe sine cialo i jego blada, okrwawiona twarz wychylala sie raz po raz z bielizn[187], az sie luto robilo na sercu.

Stary spogladal na'n z przerazeniem, zegnal sie, ale nie 'smial sie odezwa'c, bo Hanka miala twarz sroga, zacieta, nierozpoznana, jak ta noc, co juz szla przyczajona wskro's wichr'ow, 'snieg'ow, tuman'ow wskro's 'swiata.

Zdawala sie nic nie widzie'c i na nic nie baczy'c, siedziala zatopiona w mrocznych my'sleniach, a wciaz o jednym: o Antkowym przeniewierstwie; tuman sie w niej klebil, pelen okrwawionych wzdych'ow, jako to Jezusowe cialo na krzyzu, pelen zakrzeplych w l'od, a palacych lez, pelen zywych, a zapieklych w bole'sci glos'ow.

Wstydu nie ma, Boga sie nie boi, to'c jakby z rodzona matka sie sprzagl! Jezus! Jezus!

Zgroza ja poderwala kieby huragan, strach nia zatrzasl, a potem zawrzala gniewem tak dzikim i m'sciwym, jak ten b'or, co sie byl przygial naraz i rzucil rozsrozony na wichure.

Chod'zmy predzej, chod'zmy! wolala zarzucajac brzemie i przygieta pod ciezarem weszla na droge nie ogladajac sie za starym, poganiala ja niezmozona, zawzieta zlo's'c.

Zaplace ci za wszystko, zaplace! skowyczala dziko, kiej te topole nagie, rozkrzyczane, zmagajace sie z wichura.

Dosy'c juz tego, a to i kamie'n juz by sie rozpekl, gdyby go robak taki przewiercal! Antek chce, to niech przepada, niech w karczmie przesiaduje, ale swojej krzywdy nie daruje, nie, zaplace jej za wszystko! Zgnije za to w kreminale, to zgnije, ale juz by sprawiedliwo'sci na 'swiecie nie bylo, zeby taka spokojnie chodzila po 'swietej ziemi przemy'sliwala srogo, ale z wolna przygasaly w niej zlo'scie i bladly, kiej te kwiaty na mrozie, bo sil zaczynalo brakowa'c, ciezar ja przygniatal, seki wpijaly sie w plecy i chociaz przez zapaske i kaftan, a wgniataly sie w zywe mieso, ramiona ja strasznie bolaly, a za's ten wezel plachty, zakrecony w kij, wrzynal sie w gardziel i dusil, szla coraz wolniej i ciezej.

Droga byla kopna, zawalona zaspami i otwarta na przestrzal la[188] wiatr'ow, ze topole z obu stron ledwie byly widne w kurzawie, staly chwiejnym, niesko'nczonym szeregiem, szumialy rozpacznie targajac sie kiej te ptaki poplatane we wnykach, bijace na o'slep skrzydlami, rozkrzyczane. Wicher jakby juz tracil na mocy, przycichal g'ora, ale natomiast coraz w'scieklej tarzal sie na polach, z obu stron drogi, na r'owniach, w poszarzalych i metnych dalach kotlowala wciaz zawieja, tysiace wir'ow zawodzilo diabelski tan, tysiace kleb'ow zrywalo sie z ziemi, toczylo, narastalo, kieby te wielgachne biale wrzeciona furkoczace, tysiace kup ogromnych, stog'ow powichrzonych, grobel szlo po polach, ruchalo sie, klebilo, w oczach roslo, podnosilo w g'ore, siegalo, zda sie, nieba, przyslanialo 'swiat i pekalo ze 'swistem i wrzawa. Jakby tym kotlem gotujacym sie, przepelnionym bialym wrzatkiem, rozkipionym, okrytym osedzielizna i parami lodowymi, widziala sie cala ziemia. A zewszad wraz z noca szlo tysiace glos'ow, podnosily sie z ziemi, syczaly g'ora, grzmialy wszedzie, jakie's po'swisty kieby batami siekly naok'ol, to grania nierozeznane drgaly nad ziemia, to szumy bor'ow huczaly niby ta organowa muzyka w czas Podniesienia, to jakie's krzyki, dlugie, zalosne, rozdzieraly powietrze, jakby krzyki ptak'ow zblakanych, jakie's skowyczace, straszne lkania, to chichoty, to te ostre, suche po'swisty topoli kolyszacych sie w metnych, bialawych kurzawach, niby straszne majaki z powyciaganymi ku niebu ramionami.

Nic nie rozeznal i na krok jeden, ze Hanka omackiem prawie sie wlekla od topoli do topoli, odpoczywala czesto, z przerazeniem nasluchujac tych glos'ow.

Pod jaka's topola czernial przyczajony zajaczek, kt'oren na jej widok rymnal w zawieje, ze go porwala jakby w pazury, az bek sie rozlegl bolesny w kurzawie. Patrzala za nim z politowaniem, bo juz rucha'c sie nie mogla, przyginala sie coraz nizej i ledwie nogi potrafila wyciaga'c ze 'sniegu, tak ja przygniatalo to brzemie, iz zdawalo sie jej chwilami, jako d'zwiga na sobie zime, 'sniegi, wichry, caly 'swiat zgola i ze zawsze tak szla 'smiertelnie wyczerpana, ledwie zywa z utrudzenia, z okrwawiona, przesmutna dusza w sobie, i zawsze do ko'nca 'swiata tak wlec sie bedzie, zawsze. Strasznie sie jej dluzylo, droga jakby nie miala ko'nca, a ciezar tak przygniatal, iz coraz cze'sciej przywierala pod drzewami i coraz dluzej siedziala omroczona, na p'ol przytomna, chlodzila 'sniegiem rozpalona twarz, przecierala oczy, trze'zwila sie, jak mogla, a wciaz jakby zapadala na samo dno tej rozkrzyczanej, lutej rozwiei zywiol'ow. Jeno poplakiwala zalo'snie, lzy same sie laly tryskajac z tych najglebszych, utajonych smutk'ow czlowieczych, z samego dna serca rozdartego, z tego skrzybotu ginacych bez ratunku, czasem za's, ale rzadko, bo zapominala o wszystkim, modlila sie, szeptala pacierze jekliwym glosem, 'cwierkala je w sobie porwanymi slowy kiej ten ptaszek marznacy, kt'oren tylko kiej's niekiej zatrzepie skrzydlem, a ze juz mocy nijakiej nie ma, to przysiada, tuli sie, piuka i wraz zapada w coraz glebsza senno's'c!

Drgala naraz porywajac sie z miejsca wystraszona, zdalo sie jej bowiem, iz slyszy jakie's plakania i przyzywy dzieci'nskie, jakby to jej Pietru's wolal!

I biegla znowu cala moca, potykala sie o zwaly, platala w zaspach, a szla gnana trwoga o dzieci, kt'ora wstala w niej z nagla i kieby biczem popedzala, ze juz nie czula zmeczenia ni zimna.

Z wiatrem dobieglo ja jakie's dzwonienie, brzek orczyk'ow i glosy ludzkie, ale tak rozpadle, ze cho'c przystanela nasluchujac, nie zebrala ni slowa, kto's jednak jechal za nia i byl coraz blizej, az sie wylonily z kurzawy lby ko'nskie.

Ojcowe! szepnela dojrzawszy biala lysice 'zrebicy i ruszyla nie czekajac.

Nie omylila sie, Boryna to powracal ze sad'ow z Witkiem i Jambrozym; jechali z wolna, gdyz przez zaspy ledwie sie bylo mozna przekopa'c, a nawet w gorszych miejscach musieli konie przeprowadza'c za uzdy; snad'z byli niezgorzej napici, bo rajcowali z prze'smiechami glo'snymi, a Jambrozy czesto pod'spiewywal po swojemu, nie baczac na zamie'c.

Hanka ustapila z drogi naciagajac chustke barzej na oczy, ale mimo to stary przy wymijaniu poznal ja zaraz z pierwszego rzutu i przylozyl koniom po bacie, by predzej przejecha'c, szkapy poderwaly sie z miejsca i wnet utknely w nowej zaspie; wtedy obejrzal sie i wstrzymal konie, a gdy sie wylonila z kurzawy i zr'ownala z saniami, powiedzial:

Zwal drzewo w p'olkoszki, przysiad'z, podwieze cie.

Tak byla nawykla do ojcowych przykaz'ow, ze spelnila wszystko bez wahania.

Bylice zabrali Bartek, siedzial ano pod drzewem i plakal, jada za nami.

Nie odrzekla, zapatrzona ponuro w matwe nocy i kurzawy, jaka sie srozyla dookola, siedziala skulona na przednim siedzeniu dygoczac z utrudzenia i nie mogac jeszcze my'sli pozbiera'c, a stary przygladal sie jej dlugo i uwaznie. Zmizerowana byla, ze az lito's'c brala patrze'c na jej twarz wychudzona, sina, poodmrazana, oczy miala zapuchle od placz'ow, a usta zaciete bole'snie, trzesla sie cala z umeczenia i zimna, pr'ozno obtulajac w podarta chu'scine.

Powinna's sie ochrania'c, w takim stanie nietrudno o chorobe

A kt'oz to za mnie zrobi? szepnela cicho.

Na taki czas wybiera'c sie do boru!

Drzewa zbraklo, warzy[189] nie bylo przy czym zgotowa'c

Chlopaki zdrowe?

Pietru's chorzal bez[190] pare niedziel, ale juz tak calkiem wydobrzal, ze teraz dwa razy tyle by jadl odpowiadala 'smialo budzac sie z odretwienia, odslonila z twarzy chuste spozierajac mu prosto w oczy bez dawnego leku i zestrachanej pokorno'sci, stary za's wciaz zagadywal i pytal, a zdumiewal sie wielce nad jej przemiana, nie m'ogl sie bowiem doszuka'c dawnej Hanki. Dziwny, mrozacy spok'oj bil od niej, a jaka's moc skamieniala, nieustepliwa widniala w jej zacietych wargach. Nie przerazal ja jak dawniej, m'owila niby z r'ownym a obcym o r'oznych rzeczach nie skarzac sie ani sl'owkiem, nie zalac Odpowiadala prosto, do skladu, a glosem dziwnie surowym, przecierpianym i przez to jakby stezalym w chropawa grude utajonych bole'n, jeno w oczach niebieskich, wyplakanych tlilo sie ostre zarzewie czujacej mocno duszy.

Odmienila's sie, widze.

Bieda lacniej przekuwa czlowieka ni'zli kowal zelazo.

Zdumial sie nad odpowiedzia, ze nie wiedzial, co na to rzec, wiec zwr'ocil sie do Jambroza m'owi'c o sprawie ze dworem, kt'ora wbrew zapewnieniom w'ojta przegral i jeszcze koszta musial zaplaci'c.

Odbiere se, com stracil, odbiere m'owil spokojnie.

Trudno to bedzie, dw'or ma dlugie rece i wszedzie poradzi sie zastawi'c[191].

I na zastawe jest spos'ob, na wszystko jest spos'ob, by ino cierpliwo's'c mie'c i poczeka'c na pore.

Wasza prawda, Macieju, ale tez ziab, no, wartaloby do karczmy na rozgrzewke wstapi'c.

Wstapimy, ma by'c kwa'sno, niech bedzie kiej ocet. Ale powiedam wam, ze ino kowal musi ku'c zelazo, p'oki gorac trzyma, czlowiek, je'sli chce co wygra'c, na zimno musi ku'c dole a w cierpliwo'sci hartowa'c.

Dojezdzali do wsi, mrok sie juz byl zrobil gesty i wichura przechodzila, kurzylo jeszcze galanto[192] po drodze, ze dom'ow nie rozpoznal, ale z wolna przycichalo na 'swiecie. Na wprost dr'ozki do chalupy stary wstrzymal konie i gdy wysiadla, pomagal jej wzia'c brzemie na plecy, a wreszcie rzekl z cicha do niej tylko:

A zajrzyj do mnie kt'orego dnia, cho'cby jutro. Miarkuje, ze musi by'c z wami krucho, ten lajdus przepija wszystko, a ty pewnikiem mrzesz glodem z dzie'cmi.

Wygnali'scie nas, to gdziebym za's 'smiala przyj's'c.

Glupia's, jensza to rzecz, nie twoja, m'owie ci, przyjd'z, znajdzie sie jeszcze i dla was.

Pocalowala go w reke i odchodzila bez slowa, tak ja ulapilo rozrzewnienie za grdyke, ze glosu nie mogla wydoby'c.

Przyjdziesz to? zapytal za nia dziwnie mietko i cieplo.

Przyjde. B'og wam zapla'c, kiej przykazujecie, to przyjde

Popedzil konie i zaraz skrecal przed karczme, a Hanka juz nie czekajac na ojca, kt'oren akuratnie wysiadal z Bankowych sani, poleciala do chalupy.

W izbie bylo ciemno i tak zimno, ze gorzej sie widzialo ni'zli na dworze, dzieci spaly pokulone w l'ozku pod pierzyna, zakrzatnela sie zwawo kolo warzy i obrzadk'ow, a wciaz przemy'sliwala o tym dziwnym spotkaniu z Boryna.

Nie, zeby's skapial, nie przyjde, dalby mi Antek! wykrzyknela ze zlo'scia, ale r'ownocze'snie i inne, bardziej spokojne my'sli przychodzily, a z nimi i bunt srogi przeciwko mezowi.

Jakze, przez kog'oz to wycierpiala najwiecej, je'sli nie przez niego! Stary zapisal grunt tej 'swini i wygnal ich, prawda, ale Antek go pierwszy pobil i zawsze szczekal na niego, to sie i oze'zlil Mial prawo, kazdy by to zrobil, grunt jego i dzieci'nski, ale p'oki zyje, jego wola da'c lub nie. A jak to mietko powiedzial: Przyjd'z!, o dzieci pytal, o wszystko! Ju'sci, a i p'ol tej biedy i poniewierki by nie bylo, gdyby sie Antek nie sprzagl z ta suka, temu stary nie winowaty, nie! Rozmy'slala r'oznie i tlumaczyla, i coraz bardziej ustepowal z niej gniew do starego.

Przywl'okl sie i Bylica, tak przemarzly i zmeczony srodze, ze z dobra godzine rozgrzewal sie przed kominem, nim zaczal opowiada'c, jako juz byl calkiem ustal, a moze by i zamrozil sie na 'smier'c pod drzewem, gdyby nie Boryna.

Dojrzal mnie i chcial bra'c na sanie, ale gdym mu rzekl, ize's przodem poszla, ostawil mnie Bartkowi, a sam pognal konie, by cie dogoni'c

Tak bylo? Nic mi o tym nie powiedzial.

Kwardy on jeno z wierzchu, la[193] niepoznaki.

Po kolacji, gdy dzieci nakarmione do syta, poobtulane w pierzyny, znowu zasnely, Hanka siadla przed ogniem do przedzenia resztek welny organi'scinej, a stary wygrzewal sie wciaz, spogladal nie'smialo, chrzakal, zbieral odwage, az w ko'ncu zaczal jekliwie:

Zr'ob z nim zgode, na Antka sie nie ogladaj, a ino siebie i dzieci miej na widoku.

Lacno to powiedzie'c.

Kiedy on pierwszy przystapil do ciebie z dobrym slowem, poniechaj zlo'sci. Tam u niego w chalupie pieklo nie dzi's, to jutro Jagne wygoni i ostanie sam J'ozka nie poredzi w tylem gospodarstwie, stary jeszcze nie jest, ale tez wszystkiego nie zrobi ni dojrzy dobrze, by's jego laske na ten czas miala o to's zabiega'c powinna Bylaby's mu pod reka w sposobna pore to nie wiada, jak by sie stalo moze by przyzwal z powrotem nie zdzierzysz tej biedzie, nie

Opu'scila na te slowa wrzeciono, wsparla glowe o prze'slice i zadumala sie gleboko nad swoja dola rozwazajac powoli rady ojcowe. A stary przyszykowal sobie spanie i cicho zapytal:

M'owil w drodze z toba?

Opowiedziala, jak bylo.

To id'z, c'orko, biezyj cho'cby zaraz jutro, staw mu sie, kiej przyzywa, biezyj bacz ino na siebie i dzieci starego sie trzymaj oczami mu 'swie'c dobra mu bad'z pokorne ciele dwie matki ssie zlo'scia jeszcze nikto 'swiata nie zwojowal Antek jeszcze powr'oci do ciebie opetalo go zle i rzuca po 'swiecie ale wnet przejrzy i powr'oci Pan Jezus podaje ci taka godzine, by z biedy wyciagna'c to nikogo nie sluchaj, a biezyj

Dlugo ja namawial i przekonywal, a nie doczekawszy sie zadnej odpowiedzi zmilknal pomarkotnialy i narzadziwszy sobie spanie legl cicho, Hanka za's przedla dalej rozmy'slajac nad jego radami.

Czasem za's wygladala oknem, czy Antek nie wraca, ale nie bylo ani slychu.

Siadala znowu do roboty, ale nie mogla prza's'c dzisiaj, nitka sie rwala, to wrzeciono wypadalo z palc'ow, bo coraz pilniej rozwazala slowa Borynowe.

A moze sie tak stanie, moze przyjdzie taka godzina, ze ja przyzwie

I z wolna, z wolna, kolujaca jeszcze, pelna waha'n wstawala w niej niezmozona che'c zgody i powrotu do starego.

Troje nas cierpi biede, a niezadlugo bedzie czworo! Dam to wtedy rade, co?

Antka juz nie wliczala, nie brala w rachube w tej chwili, widziala tylko siebie i dzieci, sama sie czula gotowa do stanowienia za wszystkich. Jakze, na kogo sie to spu'sci[194]? Kto to pomoze, chyba B'og jeden albo i Boryna!

Zaczela marzy'c, ze niechby sie jeno dorwala z powrotem gospodarstwa, niechby znowu poczula ziemie pod nogami, to sie tak przypnie do niej, tak weprze cala dusza i pazurami, ze nic ja nie oderwie i nie zmoze. Nadzieja w niej rosla wraz z takim nabierem sil, az ja rozpieralo we 'srodku od mocy, nieustepliwo'sci a odwagi, ognie chodzily po niej, oczy sie roziskrzaly juz sie nawet czula tam, u Boryn'ow, rzadzila wszystkim, gospodynia byla

Dlugo, moze do samego p'olnocka tak sie rozmarzala postanawiajac r'ownocze'snie, ze zaraz z rana, jak przykazywal, zabierze jeno dzieci i p'ojdzie do starego, cho'cby Antek nie wiem jak zakazywal, cho'cby ja nawet skatowal, nie poslucha i p'ojdzie, a tej dobrej okazji nie popu'sci Moc w sobie poczula niezmozona do walki cho'cby z calym 'swiatem, nie wahala sie juz ni bala niczego!

Wyjrzala jeszcze na dw'or, wiatr calkiem ustal, uspokoilo sie zupelnie, noc byla ciemna, ze ledwie te 'sniegi szarzaly, na niebie klebily sie ogromne chmury i przewalaly sie kiej wody, od bor'ow dalekich czy tez z tej ciemnicy nieprzejrzanej szly jakie's gluche szumy.

Zgasila 'swiatlo i szepczac pacierze zaczela sie rozbiera'c.

Naraz jaki's wrzask daleki, przytlumiony zadrgal w ciszy, r'osl, rozlegal sie coraz wyra'zniej, a wraz z nim i blask krwawy uderzyl w szyby.

Wybiegla przed dom wystraszona.

Palilo sie, gdziesik ze 'srodka wsi buchaly slupy ognia, dym'ow i skier.

Dzwon zaczal bi'c na trwoge i krzyki sie wzmagaly.

Gore! wstawajta, gore! zakrzyczala do Stach'ow, przyodziala sie napredce i wypadla na dr'ozke, ale zaraz prawie natknela sie na Antka biegnacego pedem ode wsi.

U kogo sie pali?

Nie wiem, wracaj do chalupy!

Moze to u ojca, bo jako's w po'srodku! belkotala w trwodze 'smiertelnej.

Wracaj, psiakrew! ryknal porywajac ja przez sile do izby.

Okrwawiony byl, bez czapki, kozuch mial porozrywany, twarz osmolona i dziki, nieprzytomny ogie'n w oczach.


| Chłopi | c