home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z
Ŕ Á Â Ă Ä Ĺ Ć Ç Č É Ę Ë Ě Í Î Ď Đ Ń Ň Ó Ô Ő Ö × Ř Ů Ý Ţ ß


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | ôîđóě | collections | ÷čňŕëęč | ŕâňîđŕě | add

đĺęëŕěŕ - advertisement



Tom czwarty

Od 23 lipca 2297 r. (6 rok prezydentury Bernarda Morgana) do… dalej widnialo puste miejsce przeznaczone do wypelnienia ko'ncowa data.

A wiec legendarne archiwum, o kt'orym od niepamietnych czas'ow krazyly fantastyczne opowie'sci, istnialo naprawde? Czyzby winda zawiozla ich w samo serce tej wielkiej tajemnicy, nad kt'orej rozwiazaniem trudzil sie przez cale zycie William Horsedealer?

Drzaca reka Daisy przewr'ocila karte tytulowa.

Dlugie wiersze nier'ownego, nieco nerwowego pisma:

23.07.2297 r.

General Energy and Power zaczynu bru'zdzi'c. Sa jednak — za slabi, aby odwazyli sie wystapi'c jawnie. Ostatnie tygodnie wskazuja jednakze, — ze maja zamiar wykorzysta'c Tobiasza Greena do wywalania zamieszania.

21.07.2297

Ten wariat Tobi coraz bardziej maci wode. Wczoraj wystapil na publicznym zebraniu ze swymi „watpliwo'sciami”. Tego juz za wiele! Dzi's wieczorem dzwonilem Jo Winlera, aby go uspokoil. O'swiadczyl mi oficjalnie w imieniu General Energy, ze sie do tego nie mieszaja. Oni, i „nie mieszaja sie!…”

26.07.2297

Nakazalem aresztowanie Tobi Greena. Co prawda z ciezkim sercem, gdyz wywola to niewatpliwie nowe trudno'sci w rzadzie, jednak posuniecie to bylo konieczne z uwagi na napieta sytuacje. Sam sobie winien, ze zamiast uslucha'c mego rozkazu i rozwiaza'c Stowarzyszenie Badaczy, pr'obowal szuka'c poparcia w dolach, tumaniac niepotrzebnie plebs i tak juz rozzuchwalony nieudolno'scia Handersona i Mellona.

28.07.2297

George Wright okazal sie, jak przewidywalem, bardziej ulegly. Stowarzyszenie Badaczy rozwiazano. Obeszlo sie bez wiekszych zgrzyt'ow. Rozumieja chyba, ze wyciaganie sprawy nie'scislo'sci w Biblii teraz, gdy niezadowolenie wywolane pogorszeniem sie warunk'ow wzrasta, mogloby doprowadzi'c do nowego buntu.

Lunow oglosil bankructwo. Uwazam to posuniecie za sp'o'znione przynajmniej o p'ol roku, ale niech sie sam Harry Lunow o to martwi.

3.08.2297

Tobiasz Green nie chce przyja'c moich warunk'ow. Gdy dluzej posiedzi, to skruszeje. Przejrzalem wczoraj szczeg'olowo Biblie i zaznaczylem miejsca wymagajace gruntownych zmian. Trzeba wreszcie to uporzadkowa'c. Konieczne jest radykalne posuniecie.

Johnowi Mellonowi urodzil sie syn. Powiedzial mi po pijanemu, ze musi zrobi'c z niego prezydenta. Po trze'zwemu tez pewno tak my'sli. Ciekawe, co o tym sadzi Handerson.

30.08.2297

Nakazalem calkowite wycofanie obecnego wariantu Biblii.

25.09.2297

U Frondy'ego doszlo do wiekszych awantur. Kilku robotnik'ow zraniono. Aresztowano siedmiu. Czarni, pamietajac nauczke z lutego 2295 r., sa spokojni.

26.09.2297

Policja wpadla na 'slad jakiej's wywrotowej organizacji. Nazywaja siebie pompatycznie: „Zwiazkiem Nieugietych”. Juz ja ich „ugne”. Istnieja podejrzenia, ze przyw'odca ich jest profesor Ernest Brown.

27.09.2297

Tobiasz Green popelnil w wiezieniu samob'ojstwo. Troche nieprzyjemna sprawa, ale jako's przeszlo bez zgrzyt'ow. Tak wiec nowej Partii Powrotu nie bedzie.

Wycofano juz ponad 80 % nakladu Biblii. Bylo duzo sarka'n, ale na szcze'scie mamy spisy. Silna reka robi swoje. Z nowym wariantem sie nie spiesze. Wla'sciwie najsluszniej byloby odczeka'c z drukiem 5-10 lat. Byloby mniej kwas'ow.

28.09.2297

Kazalem aresztowa'c Ernesta Browna. Nie chce jednak wyda'c swych wsp'olnik'ow. Wszystko bierze na siebie.

4.10.2297

Kuhn i Mellon usiluja za moimi plecami zmontowa'c akcje wok'ol braku miedzi i cynku, ale sa na to za glupi. Moze to jednak wzmocni'c pozycje Wintera.

Byly pewne nieprzyjemno'sci z Deanem Greenem. Chcial wytoczy'c proces, ale przekonalem go, ze to nie ma sensu.

5.10.2297

Ernest Brown zmarl podczas bada'n. Niestety, nie udalo sie z niego nic wycisna'c. Na pewno nie dzialal sam.

Ludzie zn'ow sie burza, zwlaszcza u Frondy'ego.

Daisy przewr'ocila strone.

— Czekaj — szepnal dotykajac jej ramienia Bernard. — To wszystko bardzo ciekawe, ale nie wolno nam marnowa'c czasu. Trzeba stwierdzi'c, czy Summerson pisze co's o obecnych wydarzeniach. Poza tym mozna bedzie w przyblizeniu okre'sli'c, jak czesto tu bywa.

Siegnal reka przez biurko i wskazal palcem koniuszek splowialej zakladki wystajacej u spodu ksiegi. Dean obr'ocil folial, otwierajac w zalozonym miejscu.

Strona zapisana byla do polowy dobrze znanym Krukowi pismem. Nachylil sie i przebiegl szybko wzrokiem umieszczone na poczatku kartki uwagi dotyczace jakich's ekonomicznych posunie'c prezydenta. Dalej, pod data 8.2.2406, tj. sprzed czterech dni, byly zapisane niewyra'znym, po'spiesznym pismem nastepujace slowa:

Wczoraj wieczorem, wlaczajac przypadkowo aparature nadawczo-odbiorcza w czasie samotnej przejazdzki rakieta, pochwycilem wezwanie nadawane spoza Celestii. Wobec faktu, ze w wezwaniu uzyto, zamiast zwyklej nazwy naszego 'swiata, dawnej, literowej nazwy CM-2 i ze zadna rakieta poza moja nie znajdowala sie na zewnatrz, moga to by'c tylko Czerwoni. Staje wiec w obliczu decydujacej w dziejach Celestii walki. Oby los pozwolil mi ochroni'c pokolenia Wedrowc'ow przed straszliwym niebezpiecze'nstwem. Jeszcze nigdy zaden z moich poprzednik'ow nie stanal przed tak trudnym i niebezpiecznym zadaniem. Nastepowala nowa data:

9.2.2406

Wszystkie najgorsze przewidywania znalazly potwierdzenie. Nikt poza mna, Handersonem i Lunowem nie moze sie dowiedzie'c o obecno'sci Czerwonych, przynajmniej zanim uda mi sie ich zniszczy'c. Wszelkie gadulstwo mogloby sta'c sie niebezpieczne w skutkach. Przeprowadzilem dodatkowe zabezpieczenie dostepu do stacji rakiet. Lunow jest calkowicie izolowany w obserwatorium i ma nakazane milczenie. Polecilem konstruktorowi rzadowemu przebudowe tylnego miotacza w celu zaskoczenia przeciwnika. Czerwoni nadaja w dalszym ciagu wezwania, lecz Celestia bedzie milczala. Musi milcze'c, bo to dla nas sprawa zycia lub 'smierci…

Tu notatki urywaly sie.

Bernard podni'osl glowe:

— A wiec… Niestety, to nie sen, pomylka czy bluff, lecz rzeczywisto's'c, Summerson dokonal najohydniejszej zbrodni na ludziach, kt'orzy tu… do nas… z Towarzysza Slo'nca… — 'scisnal nerwowo palce.

— I po co? Po co? W czyim interesie?

— Moze jednak zbyt ostro sadzisz Summersona? — zauwazyl Dean. — Moze obawy jego byly sluszne? Przeciez te ostatnie slowa…

— Co? — nie pozwolil mu doko'nczy'c Bernard. — Czy nie wyczuwasz w tych notatkach strachu przed prawda? Zreszta — opanowujac wzruszenie wskazal na wnetrze salki. — Czy mam racje, odpowiedza nam te 'sciany!

— Te 'sciany? — zdziwila sie Daisy.

— Tak. Chyba sie nie myle, ze za tymi pl'ociennymi 'scianami znajduja sie po prostu… p'olki biblioteki.

Nachylil sie i przez chwile szukal czego's pod brzegiem blatu biurka.

Nagle w calej salce rozlegl sie przytlumiony szum. Pl'ocienne rolety poczely sie szybko unosi'c w g'ore odslaniajac szeregi p'olek wypelnionych ksiazkami, skoroszytami i r'owno ulozonymi rulonami plan'ow.

Dean skoczyl ku najblizszej szafie. Juz siegal po kt'ora's z ksiazek, gdy kategoryczny glos Kruka zatrzymal go w miejscu.

— Spokojnie. W ten spos'ob do niczego nie dojdziemy, a jeszcze, nie daj Boze, nakryje nas tu Summerson. Najpierw trzeba zbada'c dokladnie, gdzie sie znajdujemy.

— No, chyba nie ulega watpliwo'sci, ze gdzie's tu musi by'c wej'scie do apartament'ow prezydenta — wtracila Daisy.

— Wla'snie o to chodzi — gdzie?

— No, wiec?

— Zdaje sie, ze poza wej'sciem do windy i tymi drzwiami nie ma tu zadnych innych przej's'c, chyba ze jakie's zakonspirowane. Tak wiec wyb'or kierunku jest prosty. Trzeba tylko zastanowi'c sie, co ewentualnie mozemy znale'z'c za drzwiami. Sadze, iz wej'scie z archiwum do mieszkania Summersona jest tak dobrze ukryte, ze nie wie o nim nawet rodzina prezydenta.

— Dlaczego? — wtracil nie'smiala uwage Tom.

— Gdyby wiedzial o tym kto's poza kilku czolowymi przyw'odcami rzadzacej grupy, wkr'otce tajemnica przestalaby by'c tajemnica. To jasne. Biorac to pod uwage mozna przypuszcza'c, ze za drzwiami znajdziemy dalsze tajne pomieszczenia.

— A je'sli tam bedzie Summerson? — spytala z niepokojem w glosie dziewczyna.

— Chyba nie domy'sla sie naszej obecno'sci. To daje nam przewage. Byloby zreszta dla nas najlepiej, gdyby udalo sie go zlowi'c. Nie zapominajcie, ze jeste'smy w dalszym ciagu w polozeniu bez wyj'scia.

Zapanowala cisza. Pod wplywem niezwyklych wydarze'n wiszace nad ich glowami niebezpiecze'nstwo jakby sie przesunelo w cie'n. Teraz slowa Kruka postawily je zn'ow w pelnym 'swietle.

— Czy to rozwiaze sytuacje? — przerwal milczenie Roche. — W dalszym ciagu nie widze wyj'scia z tej calej kabaly.

— Ja, przynajmniej w tej chwili, tez nie widze — rzekl konstruktor. — Jednakze zgodzicie sie chyba ze mna, ze jeste'smy w znacznie lepszym polozeniu niz tam na g'orze?

— Niby tak. Ale…

— Szkoda teraz czasu na lamanie sobie glowy — przerwala Daisy. — Lepiej zobaczmy, co sie znajduje za tymi drzwiami.

— Masz racje — przytaknal Kruk. — Trzeba tylko zasloni'c szafy i schowa'c te ksiege, aby Summerson nie poznal, je'sli wejdzie tu jakim's tajnym przej'sciem, ze byli'smy w tej sali.

Nacisnal guzik umieszczony pod blatem biurka i po chwili tylko starty kurz 'swiadczyl o wizycie nieproszonych go'sci.

Bernard podszedl do drzwi i ostroznie pociagnal za uchwyt. Otworzyly sie bezszelestnie.

Konstruktor postapil pare krok'ow naprz'od i stanal jak wryty.

Nastepna salka, znacznie mniejsza, cho'c zblizona ksztaltem do poprzedniej, przypominala na pierwszy rzut oka centrale o'swietleniowa. Liczne tablice rozdzielcze, usiane przelacznikami, guzikami, zegarami i lampami kontrolnymi, wypelnialy niemal wszystkie 'sciany.

Rozgladajac sie z zaciekawieniem weszli do 'srodka. Niekt'ore tablice rozdzielcze byly nieczynne, inne 'swiecily r'oznokolorowymi lampkami, a delikatne drgania strzalek zegar'ow kontrolnych m'owily o pulsujacym poza tymi 'scianami zyciu Celestii.

W jednym z rog'ow centrali stal okragly taboret. Za nim, przed czworokatna szafka, umieszczony byl szeroki pulpit miniaturowej centrali telefonicznej, a obok — aparatura nadawczo-odbiorcza do rozm'ow z pojazdami rakietowymi.

— Patrzcie! — powiedziala szeptem Daisy. — Jeszcze jedno wej'scie!

Konstruktor szybkim krokiem podszedl do malych, niskich drzwiczek i pociagnal za uchwyt.

Trzecie pomieszczenie stanowilo niewielki, skapo o'swietlony pokoik. Poza niziutka szafka przy 'scianie bylo ono zupelnie puste.

Daisy podeszla do szafki przygladajac sie jej z uwaga.

— Ber! — chwycila konstruktora za ramie. — Co to moze by'c?

Bernard jednak zajety byl czym's innym. Zauwazyl jaki's dziwaczny przedmiot, umieszczony w 'scianie na wysoko'sci p'oltora metra od ziemi.

Naraz, ku zdziwieniu towarzyszy, przywarl twarza do tajemniczego urzadzenia. Chwile poruszal glowa jakby obserwujac co's przez szpare i nagle odskoczyl od 'sciany.

— Widzialem… Widzialem Summersona!

— Cooo?

Teraz r'owniez Dean podszedl do wizjera i ujrzal w pomniejszeniu wnetrze przestronnego gabinetu. Z boku, w 'swietle lampy stojacej na biurku, widniala wyprostowana na fotelu posta'c prezydenta. Obok stal dyrektor policji Godston. Summerson wydawal jakie's polecenia uderzajac miarowo dlonia w blat biurka.

Daisy chciala r'owniez spojrze'c przez wizjer. Ustapiwszy dziewczynie miejsca Dean podszedl do Bernarda, kt'ory w tym czasie skrupulatnie badal 'sciane.

— Ciekawe, po co zainstalowano te otwory?

— To zdaje sie zupelnie jasne. Chodzi o zachowanie calkowitej ostrozno'sci przy wchodzeniu do gabinetu. W ten spos'ob mozna sprawdzi'c, czy kto's niepozadany nie znajduje sie po tamtej stronie 'sciany. O, sp'ojrz! — przesunal reka po pionowej szczelinie dzielacej 'sciane na dwie r'owne plyty. — Ta cze's'c 'sciany jest prawdopodobnie ruchoma, tedy wiec powinna prowadzi'c droga do mieszkania prezydenta. Na prawo znajduje sie przelacznik i tablica z napisem: Strzez tajemnicy! Czerwona strzalka wskazuje w kierunku wizjera. Chyba jasne.

Astronom skinal glowa.

— Teraz trzeba ustali'c plan dzialania. Mamy w tej chwili godzine l.30 po p'olnocy — rzekl Bernard spogladajac na zegarek. — Nie wiem, czy Summerson po odej'sciu Godstona nie zechce, zamiast i's'c spa'c, zajrze'c tu jeszcze.

— A wtedy? — reka Roche'a siegnela odruchowo do kieszeni, gdzie spoczywal pistolet. Kruk pokrecil przeczaco glowa.

— Jeszcze za wcze'snie na nasz atak. Musimy wpierw zbada'c dokladnie centrale i archiwum. Proponuje, aby'smy podzielili sie funkcjami. Ty, Dean, zajmiesz sie badaniem archiwum, lecz przedtem musisz znale'z'c jaki's katalog. Istnieje z pewno'scia — bo kto by polapal sie w tak wielkiej liczbie ksiag i material'ow archiwalnych. Ja za's dokladnie zbadam urzadzenia centrali. Tom! — zwr'ocil sie do chlopca, kt'ory z niecierpliwo'scia oczekiwal, by r'owniez spojrze'c przez wizjer. — Ty otrzymasz bardzo odpowiedzialna funkcje: bedziesz obserwowal gabinet prezydenta. Gdy Godston wyjdzie…

— Juz poszedl! — zawolala przyciszonym glosem Daisy. — Teraz Summerson telefonuje. O, juz sko'nczyl. Zdaje sie, ze czeka na kogo's. O, wstaje. Uwaga! Idzie prosto na nas.

— Predko do windy! — zakomenderowal Kruk.

Niemal biegnac dopadli otwartych drzwi d'zwigu. Roche, podtrzymujac Daisy, wskoczyl ostatni do wnetrza i zatrzasnal drzwiczki. Przez okragle oszklone okienko wida'c bylo dluga sale archiwum z ostro rysujacym sie na jej ko'ncu ciemnym prostokatem biurka.

Z zapartym oddechem Dean wpatrywal sie w przeciwlegle wej'scie. Przyjdzie czy nie przyjdzie?

Uplynela dluzsza chwila.

Naraz male'nkie drzwiczki rozsunely sie cicho. W progu ukazala sie wysoka, nieco przygarbiona posta'c Summersona. Szybkim krokiem podszedl do biurka i usiadl w fotelu. Otworzyl boczne drzwiczki i wysunal szuflade. Przez chwile szperal nachylony, wreszcie wyciagnal jaki's kartonik i poczal mu sie z uwaga przyglada'c.

W pewnej chwili podni'osl glowe i rozejrzal sie po salce. Z cichym szumem podniosly sie rolety kryjace biblioteke. Summerson szybko wstal i ruszyl ku wysokiej drabince na k'olkach.

— Schyli'c sie! — szepnal nerwowo Roche kurczac sie, aby idacy 'srodkiem sali prezydent nie zauwazyl jego oczu w owalnym otworze.

Summerson nie zwracal jednak uwagi na winde, lecz przesunal drabine, wszedl na nia i z g'ornej p'olki zdjal nieduza ksiazke. Kilka minut przegladal ia, po czym wsunal na poprzednie miejsce. Zszedl z drabiny i przeciagnal ja pod przeciwlegla 'sciane. Tym razem wydobyl gruby folial i zn'ow poczal go uwaznie przeglada'c, jakby czego's szukajac.

Tymczasem Dean podni'osl ostroznie glowe i spojrzal przez otw'or. Widzac, ze Summerson zajety jest czytaniem, odetchnal z ulga. Wiec jednak niczego nie podejrzewa.

Minuty uplywaly. W male'nkiej windzie stawalo sie coraz bardziej duszno. Powietrze zdawalo sie gestnie'c. Krople potu poczely wystepowa'c na czola stloczonych ciasno ludzi.

Na szcze'scie prezydent wr'ocil do biurka i wyciagnal gruba ksiege. Przez chwile zastanawial sie nad czym's, wreszcie wyjal pi'oro. Drganie reki wskazywalo, ze co's zapisuje. Zn'ow sie zamy'slil.

Goraco w windzie stawalo sie nie do zniesienia. Wyczerpana uplywem krwi i glodem Daisy poczela slabna'c.

— Jeszcze troche… Jeszcze troche… — szeptal Bernard podtrzymujac slaniajaca sie dziewczyne. — Chyba zaraz sko'nczy.

— Juz nie moge! Nie wytrzymam! — oddychala ciezko dziewczyna. Wodzila blednym wzrokiem po 'scianach windy, jakby szukajac tam ratunku.

— C'oz robi'c? Daisy! — W oczach Deana pojawila sie desperacja. — A moze jednak pojecha'c na g'ore?

— A tam czeka policja — syknal Bernard silac sie na spok'oj.

— A wiec co robi'c? Przeciez ona nam tu umrze!

— Poczekamy jeszcze pare minut. Je'sli Summerson sie nie wyniesie, to wyjdziemy z windy i…

— Juz wstal!

W Daisy wstapily nowe sily.

— Wstal? — zapytala wpijajac palce w ramie Bernarda.

— Tak. Juz wychodzi — relacjonowal Dean w podnieceniu. — Zamknal drzwi.

— Otw'orz na chwile winde i zamknij — rozkazal Kruk. — Mozna wpu'sci'c troche powietrza, ale z wyj'sciem musimy jeszcze chwile poczeka'c.

Minelo jednak pie'c minut, a prezydent nie wracal do archiwum. Zachowujac jak najwieksza ostrozno's'c Dean podszedl do drzwi prowadzacych do centrali i odsunal je. Tam r'owniez prezydenta nie bylo. Astronom przeszedl szybko przez salke i zajrzal do przedsionka. Byli sami. W gabinecie tez nie bylo Summersona.

— Widocznie poszedl spa'c — stwierdzil z ulga.

Wyglad Daisy przerazil go. Dziewczyna siedziala na progu windy z zamknietymi oczyma, opierajac glowe o zimna powierzchnie metalowych drzwi. Na twarz jej wystapily wypieki. Oddychala ciezko.

— Niedobrze — zwr'ocil sie do przybylego Kruk. — Zaczyna goraczkowa'c. Rana i porazenie robia swoje.

— Co ci jest, Daisy? — Roche nachylil sie i ujawszy goraca reke dziewczyny glaskal ja delikatnie.

U'smiechnela sie do niego nie otwierajac oczu.

— Nic. Nic mi nie jest. To przejdzie. Tylko ta rana boli.

— Moze przewina'c bandaz?

— Nie. Nie trzeba. Tak mi sie chce pi'c! — westchnela.

— Ciezka sprawa — mruknal ponuro konstruktor.

— Wiem… — skinela z rezygnacja glowa.

— Skad tu wzia'c wody?

— A jakby — wtracil Tom nie'smialo — zrobi'c wyprawe do Summersona? Oczy Roche'a zablysly.

— Tak! Ale w jaki spos'ob?

— Trzeba jeszcze odczeka'c z godzine, az dobrze za'snie — rzekl Bernard. — Znam mniej wiecej rozklad mieszkania, wiec moze uda nam sie zdoby'c co's do picia i jedzenia, a moze nawet jakie's lekarstwo dla Daisy. Byle tylko nie natkna'c sie na psa, bo to bylaby katastrofa.

— A ta twoja Stella? — rzucil pytanie Dean. — Moglaby nam pom'oc.

— Stella?

Bernard zamy'slil sie.

— No co? Przeciez pomogla nas odbi'c ze szpitala Bradleya, wiec chyba i teraz nas nie zdradzi.

— Stella… — powt'orzyl Kruk. Jeszcze dwadzie'scia cztery godziny temu przekre'slil gruba linia wszystkie nadzieje, przyrzekl sobie, ze wiecej nie spotka sie z c'orka prezydenta, oklamywal siebie, ze zapomni o niej tak, jak nakazywal mu rozsadek.

A teraz ma ja zn'ow zobaczy'c, ma uslysze'c jej glos, w jakze jednak zmienionych warunkach!

Byl pewien jej milo'sci nie tylko dlatego, ze 'swiadczyly o niej ostatnie wydarzenia… Czyz wiec nie ma prawa prosi'c ja o pomoc?

„Ani ja dla Stelli, ani ona dla mnie” — powt'orzyl slowa, kt'ore przed dwudziestu godzinami przeciely jego decydujaca rozgrywke z Summersonem. — Tak. Lepiej nie widzie'c Stelli.

Otrzasnal sie z zamy'slenia.

Nie. To nie jest juz tylko jego sprawa. Tu chodzi o zycie Daisy.

— A wiec — zwr'ocil sie do towarzyszy — na wyznaczone miejsca! Ja zabieram sie do badania centrali. Tom niech pilnuje wej'scia do gabinetu. Dean zajmie sie archiwum, no i niech dalej opiekuje sie Daisy. Za godzine, je'sli sie nic nie zmieni, zrobimy wyprawe w glab mieszkania.

Postapil pare krok'ow i zatrzymal sie.

— Aha, jeszcze jedno. Trzeba zobaczy'c, co on. tam napisal. To moze by'c bardzo wazne. Wyjal ksiege z biurka i otworzyl w zalozonym miejscu

12.02.2406

Zaszly nieprzewidziane okoliczno'sci, lecz sytuacja jest opanowana. Green i Mellon usilowali bru'zdzi'c. Wydawalo im sie, ze wykorzystaja niepokoje dla siebie. Rozpoczeli wyra'znie przygotowania do akcji przeciw rzadowi. Ale przeliczyli sie. Musialem, niestety, uzy'c sily w stosunku do Greena. Cho'c on madrzejszy od swego pradziadka, lecz zbyt szybko odslonil karty.

Druga, znacznie wazniejsza przeszkoda w realizacji moich plan'ow bylo to, iz konstruktor rzadowy Bernard Kruk pr'obowal uniemozliwi'c przebudowe miotacza. Jeszcze raz potwierdza sie teza, ze nie nalezy wyznacza'c na odpowiedzialne stanowiska ludzi pochodzacych z wrogiego 'srodowiska. Poczatkowo my'slalem, ze Kruk inspirowany jest przez Agro, ale wszelkie dane wskazuja, ze zdolal on nawiaza'c kontakt z Czerwonymi i dzialal na ich polecenie. Akcja ma charakter zorganizowany, przy czym znalazla oparcie w'sr'od najbardziej buntowniczych element'ow bialego i czarnego motlochu. 'Sledztwo wykazalo, ze dzialajace grupy nawiazaly do terrorystyczno-wywrotowego Stowarzyszenia Nieugietych, co moze by'c szczeg'olnie niebezpieczne wobec powaznych oznak wrzenia. Dzieki sprawnej akcji policji spisek zostal zlikwidowany i prawdopodobnie wszyscy wazniejsi przyw'odcy sa pod kluczem. Pr'oba zamachu na nowo mianowanego konstruktora rzadowego udaremniona. Kruk i jego bezpo'sredni wsp'olnicy zostali odbici przez bande, lecz policji udalo sie szybko ich osaczy'c w centralnych pomieszczeniach. Wobec zastosowania gaz'ow wyszli oni w skafandrach na zewnatrz. Los ich jest przypieczetowany, gdyz nie maja innej drogi powrotu do wnetrza Celestii jak przez 'sluze, kt'orej strzeze policja.

Przebudowa miotacza zostala dokonana. Czerwoni uzywaja i'scie diabelskich sztuczek, lecz nie unikna swego losu.

— Co to ma znaczy'c? — zdziwil sie Roche. — Przeciez on to pisal przed chwila?

— No wla'snie. Dlaczego nie wspomina nic o zniszczeniu rakiety?

— Moze jeszcze nie zostalo to stwierdzone?

— Eeee… Od tego ma Lunowa.

— M'owi, ze robia diabelskie sztuczki… — podsunal Tom.

— A jakby tak przyja'c, ze jest wiecej rakiet? — rzucil Dean.

— To tez nic nie wyja'snia.

— A moze to jednak diably? — ponowil uwage chlopiec, lecz zajeci swymi my'slami Kruk i Roche nic nie odrzekli.

— Tak — powiedzial kategorycznym tonem Bernard. — Jedynym wyja'snieniem moze by'c to… — zawahal sie —…ze oni jeszcze nie zostali zniszczeni.

— Nie zostali zniszczeni? — slaby okrzyk dziewczyny zmusil ich do odwr'ocenia gl'ow. Daisy uniosla sie z trudem z ziemi i podeszla chwiejac sie do biurka.

— Dean! Ber! Tam jest radio — m'owila, lapiac z wysilkiem powietrze. — Moze oni zyja! Moze uda ci sie… — urwala i przybladla. Nagle jeknela i zatoczyla sie usilujac wesprze'c zdrowa reke o krawed'z blatu.

Dean pochwycil ja w ramiona. Osunela mu sie na rece. — Ona tu umrze… — podni'osl wzrok na Kruka. — Daj pistolet! Ide! — powiedzial Bernard.

Gluche, gardlowe ujadanie poderwalo Stelle z poslania. Przecierajac zaspane powieki usilowala u'swiadomi'c sobie, co sie z nia dzieje. Gwaltownie przerwany sen mieszal sie w chaotyczna gmatwanine z rzeczywisto'scia.

Co sie wla'sciwie stalo? Jeszcze przed chwila widziala w marzeniu sennym u'smiechnieta do niej twarz Bernarda. Trzymajac sie za rece, dazyli gdzie's dlugim korytarzem. Bylo jej tak dobrze… Naraz jaki's bezksztaltny, czarny cie'n zagrodzil im droge. Rosnac w ludzka posta'c rozpostarl dwie postrzepione plachty — rece. Ujrzala wykrzywiona szyderczym u'smiechem twarz starej wied'zmy, tak czesto wystepujacej w opowie'sciach Greena.

Stella czula, jak ogarnia ja gniew. Rzucila sie naprz'od chcac zetrze'c w proch staruche. Lecz oto zamiast pomarszczonej twarzy ujrzala przed soba gniewne oblicze ojca.

„Chod'z ze mna! — zagrzmial jego glos. — Los Kruka jest przesadzony”.

Cofnela sie z przestrachem kryjac twarz w ramionach Bernarda.

„Chod'z ze mna!” — uderzyl glucho w uszy glos ojca. Zadrzala. Uczula na ramieniu u'scisk reki. Spojrzala z przerazeniem. Bernarda nie bylo juz obok niej. Jego mala, skurczona posta'c spadala gdzie's w przestrze'n kosmiczna.

„Chod'z ze mna! — rozkazal ojciec. — Dlaczego zdradzila's Celestie?”

Ogarnela ja miazdzaca wole niemoc. Opu'scila z pokora glowe.

„Dlaczego zdradzila's Celestie?!”

Padla na kolana. Uslyszala nad soba gluchy stuk, kt'ory zmienil sie raptownie w ujadanie Gree.

Majaki senne rozplynely sie w przy'cmionym 'swietle sypialni. Usiadla na tapczanie i przez dluzsza chwile rozgladala sie blednie po pokoju, nim udalo sie jej na tyle skupi'c my'sli, ze mogla odr'ozni'c rzeczywisto's'c od snu.

Za drzwiami miotal sie Gree uderzajac raz po raz lapami w cienka sigumitowa plyte. Stella wstala z tapczanu. Chwiejac sie z lekka, postapila pare krok'ow ku drzwiom.

Nagly okrzyk przerazenia zmieszal sie z ujadaniem psa. Oto jaka's ludzka reka dotknela jej ramienia.

Stella skoczyla ku drzwiom, lecz w tej samej chwili rozlegl sie dobrze jej znany glos.

— Nie b'oj sie. To ja…

Odwr'ocila sie gwaltownie i ujrzala tuz przed soba w p'olmroku wysoka posta'c.

— Ber!

Objela go gwaltownie i tak jak we 'snie, mocno, bardzo mocno przytulila sie do niego. Ich usta spotkaly sie.

Gluche ujadanie Gree, kt'ore ustalo na moment, zn'ow wdarlo sie brutalnie w cisze. Wr'ocila 'swiadomo's'c niebezpiecze'nstwa. Bernard odsunal delikatnie ramiona dziewczyny i 'sciskajac jej reke powiedzial szeptem:

— Stello! Kazda chwila jest droga… Mozesz uciszy'c psa? Oprzytomniala.

— Co si? stalo? Dlaczego Gree tak ujada? — zawolala ze strachem.

— Je'sli psa nie uciszysz, bede musial go zabi'c.

— Id'z tam… — wskazala male drzwi prowadzace do lazienki.

Skoczyl ku nim, otworzyl i zawahal sie. Wepchnela go lekko do 'srodka i zasunela drzwi.

Rozejrzal sie wokolo. O'slepiajaco biale kafle, kt'orymi wylozone bylo cale wnetrze lazienki, przypominaly do zludzenia dno Jeziora. Dyskretne, zielonkawe 'swiatlo, saczace sie z sufitu, jeszcze bardziej potegowalo to wrazenie. Przed nim w odleglo'sci kilku metr'ow biegly w d'ol schodki prowadzace do wnetrza przestronnej wanny umieszczonej w podlodze.

Naraz uwage jego przykuly niewielkie drzwiczki w 'scianie. Otworzyl. Byla to szafka. Dolne jej p'olki zapelnialy r'ozne 'srodki kosmetyczne, g'orne — buteleczki, sloiki i pudelka z lekarstwami.

„Daisy”… — przypomnial sobie cel wyprawy.

Czy ona jeszcze zyje?

Przebiegl niepewnie wzrokiem rzedy pudelek i flaszek. Co wla'sciwie mial wybra'c? Slabo sie orientowal. Zauwazyl jaka's buteleczke, kt'orej wyglad wydal mu sie znajomy. Wyciagnal po nia reke, lecz oto rozleglo sie ciche pukanie.

Odsunal drzwi i zatrzymal sie w progu. Na 'srodku pokoju stala Stella, trzymajac za obroze cetkowanego doga. Pies zjezyl sie na widok Bernarda, ale spokojne, pieszczotliwe slowa dziewczyny robily swoje:

— Cicho, Gree, cicho. Co ty, stary, nie poznajesz Bera? Spok'oj, Gree! To przeciez Ber. No, zobacz. Czego's sie tak rzucal?

Pies spogladal raz po raz w oczy swej pani, to zn'ow na Kruka, jakby sie zastanawial, co robi'c. Bernard wyciagnal reke i podszedl do psa.

— Czego's taki zly, Gree? Uspok'oj sie. No, juz! Dobrze? Polozyl dlo'n na lbie doga. Pies wyszczerzyl kly, cofajac sie.

Przekonawszy sie jednak, ze przybyly nie boi sie go, odwr'ocil niepewnie leb i, spogladajac spod oka, warczal z cicha.

— Gree, pol'oz sie! — rozkazala Stella puszczajac obroze. Pies postapi! pare krok'ow i przywarowal na dywanie nie spuszczajac wzroku z intruza,

— Chcialam go zamkna'c w gabinecie ojca, ale sie rzucal i robil straszny halas. Nie bylo wiec innej rady, jak zawrze'c przyja'z'n — u'smiechnela sie do Bernarda.

— Ojca nie ma?

— Nie. Gdzie's wyszedl. Jeste'smy sami.

Ujela Bernarda za reke i patrzac mu prosto w oczy powiedziala:

— Tak o tym marzylam, Ber… Usiedli na brzegu tapczanu.

— Zostaniesz. Tu cie nikt nie znajdzie — wyszeptala. — Gree uspokoil sie, a ojca nie wpuszcze. Tu najbezpieczniej. Drzwi sie zamykaja. Prawda, ze zostaniesz? Znajdziemy razem jakie's wyj'scie z tej okropnej historii.

Oparla glowe na jego piersi. Poczal okrywa'c pocalunkami jej twarz i szyje. Nagle przed oczyma stanela mu papierowobiala twarz Daisy Brown. „Co ja robie? Przeciez tam na mnie czekaja! Kazda chwila to kwestia zycia”. Spojrzala na niego ze zdziwieniem.

— Gdzie chcesz i's'c? Nigdzie stad nie p'ojdziesz!

— Musze, Stello. Zrozum, tarn na mnie czekaja. Chodzi o zycie Daisy Brown!

— Daisy Brown?

— Ona jest ranna i goraczkuje. Pare razy mdlala. Mialem znale'z'c dla niej jakie's lekarstwo. Wla'snie dlatego tu przyszedlem…

— To nie dla mnie przyszedle's? — pedantycznie poprawila potargane wlosy. — Wiec id'z sobie do niej!

— Alez Stello, co ty m'owisz? 'Zle mnie rozumiesz.

— Sam powiedziale's, ze przyszedle's nie do mnie! — przerwala mu oschle.

— Zrozum, ona moze umrze'c! Przyszedlem do ciebie, aby prosi'c o pomoc. No i oczywi'scie, zeby cie zobaczy'c.

— Gdzie ona jest?

— Niedaleko stad — odrzekl wymijajaco. Wahal sie, czy sluszne bedzie, aby Stella wiedziala wszystko.

— Gdzie? — padlo ponowne pytanie. — Lekarstwo zaniose sama. Nie bylo mozliwo'sci ukrywania dalej prawdy.

— Czy wiesz, ze w waszym mieszkaniu sa tajne pomieszczenia, do kt'orych dostep ma tylko tw'oj ojciec?

Skinela glowa.

— R'oznie ludzie o tym m'owia. Ale ja nie wiem, kt'oredy mozna sie tam dosta'c. Zdaje sie, ze droga prowadzi przez gabinet ojca. Nic tu jednak nie pomoge.

— Nie o to chodzi. Daisy, Dean i Tom Alallet znajduja sie wla'snie w tych tajnych pomieszczeniach za gabinetem prezydenta.

— Wiec tam jest tez Roche? — spojrzala nieco cieplej na Bernarda. — On… On zdaje sie kocha te Brown?

— I ona jego — skwapliwie potwierdzil Kruk. — Dean pewno sie tam miota w rozpaczy, a my tu…

— Ja im zaniose lekarstwo! — rzucila stanowczo dziewczyna.

— Nie wpuszcza cie beze mnie. Zrozum. Zreszta ja tam musze by'c, od dokladnego zbadania tych pomieszcze'n zalezy wszystko. Prosze cie wiec o wode, troche zywno'sci, a przede wszystkim o jakie's lekarstwo przeciwgoraczkowe, wzmacniajace… prawde m'owiac, nie wiem jakie… — poruszyl sie niespokojnie. — Nigdy bym sobie tego nie darowal, gdyby przeze mnie umarla. Widzisz wiec…

Spojrzala na niego z niedowierzaniem.

— A wr'ocisz tu?

— Wr'oce. Wkr'otce tu wr'oce.

— Kiedy? — nie ustepowala.

— No… za pare godzin.

Podeszla do drzwi i otworzywszy je kluczem wyjrzala na korytarz. Nikogo nie bylo. Pobiegla do kuchni i za kilka minut wr'ocila przynoszac dwie butelki wina i spore zawiniatko z zywno'scia. Wybrala kilka lekarstw z apteczki i zwr'ocila sie do Bernarda:

— Poczekaj, zobacze, czy ojciec nie wr'ocil. Skinal w milczeniu glowa.

Wyszla. Gree podni'osl sie z dywanu i stanal przy drzwiach nasluchujac. Dluzsza chwila oczekiwania — i drzwi otworzyly sie gwaltownie. Stella obr'ocila klucz w zamku i przyciemniwszy 'swiatlo podbiegla do Kruka.

— Co sie stalo? Wr'ocil? — zapytal z niepokojem.

— Tak… — wyszeptala ledwo doslyszalnie. — Musisz poczeka'c. Musisz jeszcze tu zosta'c — powiedziala z naciskiem. Oczy jej blyszczaly.

Dean podni'osl wsparta na zaci'snietych dloniach glowe. Spojrzal na lezaca u jego n'og na podlodze wp'olprzytomna Daisy, za drzwiami rozlegly sie czyje's kroki.

Poruszyl sie nasluchujac, cho'c w ciagu blisko trzech godzin, kt'ore minely od opuszczenia kryj'owki przez Kruka, zdazyl juz pogodzi'c sie z my'sla, ze Bernard zostal aresztowany i lada chwila do archiwum wejdzie policja, jednak serce zabilo mu gwaltownie.

Drzwi otwarly sie. Dean spojrzal i odetchnal. Przed nim sial Bernard trzymajac w reku biale zawiniatko, z kt'orego wystawaly szyjki butelek z winem.

— Jeste's! Wiec cie nie schwytali? Ach, pani tu? Dopiero teraz zauwazyl, ze za Bernardom stoi Stella.

— Co z Daisy? — spytal Kruk pochylajac sie nad chora. — Widze, ze goraczka wzrosla.

— Niedobrze. Trzeba koniecznie lekarza. Boje sie, zeby nie bylo zakazenia. Chociaz — zastanawial sie — chyba nie. zrobilem jej przeciez na g'orze zastrzyk.

Stella uklekla przy Daisy i dotknela jej rozpalonej reki. Dziewczyna otworzyla przymkniete powieki i wyszeptala z lekiem:

— Gdzie Dean?

— Jestem, kochana — odezwal sie Roche.

— Daj pi'c. Wody.

Obok podlozonej pod glowe Daisy zwinietej marynarki Deana-stala plaska butelka z koniakiem. Astronom siegnal po nia.

— Skad to wziale's? — zdziwil sie Kruk.

— Nie wracale's tak dlugo, a z Daisy bylo coraz gorzej. Na szcze'scie Tom zaczal szpera'c po gabinecie prezydenta i znalazl to w biurku.

Roche otworzyl butelke i przytknal jej szyjke do ust chorej.

— Nic. Nie chce juz tego… Wody… Nie masz wody? — szeptala dziewczyna.

— Przynie'sli'smy wino — rzekl Bernard. — Mamy tez lekarstwo na wzmocnienie serca.

— Dopiero teraz to m'owisz? — zawolal z wyrzutem Dean prawic wyrywajac z rak Stelli mala buteleczke. — Tak! To dobre! — stwierdzil spojrzawszy na etykiete.

Po zazyciu lekarstwa Daisy przymknela oczy, jakby chciala zasna'c. Przeszli do centrali zostawiwszy Toma przy chorej.

— Dlaczego's tak dlugo nie przychodzil? — zwr'ocil sie Dean do przyjaciela. — My'sleli'smy, ze cie aresztowali.

— Jak moglem wr'oci'c, kiedy Summerson…

Stella spu'scila nagle oczy w d'ol i przerwala Bernardowi oznajmiajac tonem wielkiego odkrycia:

— Sluchajcie! Jej tu nie mozna tak zostawi'c. Ona potrzebuje opieki, a tu przeciez… Roche rozlozyl bezradnie rece.

— Wiem, ale co robi'c? Jak tu sprowadzi'c lekarza?

— Trzeba ja natychmiast przenie's'c do mego pokoju. Teraz sluzba 'spi, wiec nikt nie zauwazy, Gree siedzi zamkniety w lazience i klopotu z nim nie bedzie, zreszta latwo sie oswaja.

— Kto to ten Gree? — zaniepokoil sie Roche.

— To pies ojca. U mnie pa'nska narzeczona bedzie bezpieczna — zaakcentowala ostatnie slowa, ciekawa, jak zareaguje Dean na to okre'slenie, lecz astronom tak byl przejety projektem, ze nie zwr'ocil na ten zwrot uwagi.

— Pani bylaby tak dobra? Przeciez to niebezpieczne…

— C'oz mi moze grozi'c? Jestem c'orka prezydenta. I Daisy tez u mnie bedzie bezpieczna — powt'orzyla. — Przypuszczam, ze ta cala historia z miotaczem zako'nczy sie za pare dni, a wtedy bedzie latwiej znale'z'c jakie's wyj'scie. Najwazniejsze zreszta w tej chwili jest to, ze tam moge sprowadzi'c pewnego felczera, kt'ory zajmie sie chora.

— Ale on jej nie wyda?

— To czlowiek zaufany. Za pieniadze zrobi wszystko. I jezyk dobrze trzyma za zebami. Szkoda czasu na dluzsza narade, bo je'sli ojciec wr'oci, to sie wszystko skomplikuje. No wiec?

Dean wahal sie chwile, lecz rozumial, ze Stella ma racje.

Jednak nie m'ogl opanowa'c niepokoju, gdy opuszczal wraz z Bernardem sypialnie Stelli, gdzie ulozono na tapczanie chora.

Na palcach przebiegli dlugi hali i minawszy szybko waski korytarz znale'zli sie w gabinecie prezydenta. Dean trzykrotnie uderzyl w 'sciane ponizej oprawionego w grube ramy planu Celestii.

Zamarli w oczekiwaniu.

'Sciana rozsunela sie bezszelestnie. W przedsionku oczekiwal Tom.

— Ciekawe, jak sie otwiera te 'sciane od strony gabinetu? — mruknal Bernard, gdy znale'zli sie w centrali. — Trzeba bedzie to zbada'c.

— Co m'owisz? — zapytal Dean wyrwany z zamy'slenia.

— Musimy dokladnie zbada'c mechanizm otwierajacy wej'scie do gabinetu. Najlepiej byloby, gdyby'smy mogli w jaki's spos'ob zamkna'c te drzwi, nim uda sie nam dokladnie zbada'c archiwum i centrale.

— A jak bedziemy sie kontaktowa'c z Daisy i Stella?

— Telefonicznie. Ta centrala jest czynna — wskazal reka na pulpit. — Ja zaznajomie sie dokladnie z tymi urzadzeniami, ty za's z Tomem zbadasz archiwum. Oczywi'scie na razie Tom musi jeszcze pilnowa'c drzwi.

Wr'ocil do przedsionka, gdy raptowne przyga'sniecie 'swiatla zatrzymalo go w miejscu.

— Raz, dwa, trzy… cztery, pie'c, sze's'c… siedem, osiem, dziewie'c — liczyl szeptem.

— Miotacz! — zawolal Dean. — Czyzby?

— R'owne odstepy — zauwazyl Kruk. — To chyba jakie's sygnaly. Wtedy trzy, a teraz trzy razy po trzy.

Podbiegl do aparatury nadawczo-odbiorczej. Przez chwile badal urzadzenie, potem obr'ocil przelacznik. Lampka na pulpicie zaplonela. Bernard manipulowal nerwowo galkami.

— Dlaczego chcecie uzy'c miotaczy przeciwko naszemu statk'ow i?! — uderzyl nagle w 'sciany centrali kobiecy glos. — P o w t a r z a m y Mieszka'ncy CM — 2! Nie obawiajcie sie nas!

— To te diably! — wykrzyknal Tom glosem pelnym uniesienia.

— Tak. To oni! — potwierdzil z przejeciem Dean. — Nawet ten sam glos, kt'ory slyszalem na zewnatrz.

— Halo! Halo! — zabrzmialy zn'ow w glo'sniku slowa. — Wzywamy CM — 2 do natychmiastowego nawiazania laczno'sci! W z y w a m y…

Glos urwal sie nagle, aby w kilka sekund p'o'zniej odezwa'c sie ponownie:

— Halo! Tu Astrobolid! Slyszymy was! Tu Astrobolid! Nie obawiajcie sie nas! Dlaczego milczycie?

Widocznie kobieta powtarzajaca wezwanie oczekiwala nawiazania laczno'sci z r'ownym jak Bernard, Dean i Tom napieciem, bo w glosie jej wibrowalo podniecenie.

— Halo! Tu m'owi Celestia! M'owi Celestia! — rzucil Kruk jednym tchem w mikrofon.

— Tu Astrobolid! Dlaczego milczeli'scie tak dlugo? Dlaczego nie odpowiadali'scie na nasze wezwania?

— Kto wy? — glos Bernarda drzal wzruszeniem. — Czy wy… czy wy jeste'scie… Nie doko'nczyl. Biblijna nazwa nie mogla mu przej's'c przez gardlo.

— Nie obawiajcie sie nas — rozlegl sie zn'ow kobiecy glos. — Jeste'smy lud'zmi takimi samymi jak wy.

— Lud'zmi? A skad? Skad… wy… lecicie?

— Z Ziemi. Z tej samej Ziemi, z kt'orej wylecieli wasi przodkowie.

— Z Ziemi? — powt'orzyl Bernard.

— Przeciez tam… jest… pieklo — dodal drzacym glosem Tom.

— Ciiicho — syknal mu w ucho Dean. Widocznie slowa Toma wywolaly konsternacje r'owniez w'sr'od przybysz'ow z Ziemi, bo przez chwile panowala cisza.

Lecz oto nagle — odezwal sie zn'ow ten sam glos:

— Wiec wy my'slicie, ze na Ziemi jest… piekla? l dlatego uwazacie nas za „nieczyste sily”? Bernard skonstatowal ze zdziwieniem, ze w glosie rzekomego „diabla” przebijala nuta wesolo'sci.

— Sluchajcie! Mieszka'ncy Cele s t ii! — ciagnal dalej kobiecy glos. — Przemawiaja do was tacy sami ludzie jak wy! Ziemia nie jest pieklem! Zyja na niej ludzie tak jak przed wiekami, kiedy budowano wasza Celestie.

— Wiec to nieprawda, co m'owi Biblia o Ziemi? — nie wytrzymal Roche. — Wiec wy jeste'scie lud'zmi?

— Powtarzam: jeste'smy lud'zmi, lecimy z Ziemi, kt'ora nie tylko nie jest zadnym legendarnym pieklem, ale stala sie jeszcze piekniejsza, niz byla przed czterema wiekami, gdy wasi przodkowie opuszczali Uklad Sloneczny. Stoja jak staly Waszyngton, Nowy Jork, Paryz, Moskwa, Londyn, Warszawa…

— Waszyngton? — przerwal gwaltownie Kruk. — Wiec to prawda, co m'owil… — urwal nagle. Straszna my'sl zgasila nagly przyplyw rado'sci. Oni tu spokojnie rozmawiaja, a tam Summerson moze juz w tej chwili wydaje wyrok zaglady na tych ludzi. Bo ze sa to ludzie, Bernard zdawal sie juz nie mie'c watpliwo'sci.

— Uciekajcie od Celestii! — zawolal takim glosem, ze az Dean poderwal sie z miejsca. — Nie zblizajcie sie do nas. Grozi wam zaglada! Summerson chce zmyli'c wasza czujno's'c, cofajac strefe dezintegracji!

— Kto to jest Summerson? — w glosie rozmawiajacej z Krukiem kobiety nie wyczuwalo sie niepokoju.

— To prezydent Celestii. Chce was zniszczy'c! Nie wchod'zcie w strefe dezintegracji ponizej 6000 km! Je'sli juz weszli'scie, to uciekajcie natychmiast! Natychmiast!

I z jakim's wzruszeniem pomieszanym z lekiem dodal ciszej:

— Wy nie mozecie zgina'c! Nie mozecie! My musimy pozna'c prawde o Ziemi! Wla'snie teraz… Wla'snie teraz…

Bez maski

Policjant skurczyl sie pod badawczym wzrokiem Summersona. Wyraz twarzy prezydenta nie wr'ozyl nic dobrego.

— No i…? Udajesz wariata?

Szczekajac nerwowo zebami Edgar Brown jeszcze bardziej skulil sie w palak i wiecej z boja'zni niz z namyslu wybelkotal:

— Ja… widzialem diabla.

— Kto ci zaplacil za to, zeby's mi bzdury pl'otl? I ile zaplacil? Bo rozumiesz, ze dla takiego chama, jak ty, klama'c prezydentowi znaczy to samo, co skaza'c sie na 'smier'c. No, slucham!

Gro'zba odniosla ten skutek, ze policjant nie byl w stanie przem'owi'c ani slowa. Lypal tylko blednie wypuklymi, rybimi oczami.

— Przebacze ci — ciagnal Summerson po chwili milczenia — je'sli wszystko szczerze wyjawisz. Ty jeste's glupi, pieniedzy masz malo… My'slale's, ze sie uda. Tymczasem ja chce wiedzie'c, kto ciebie poszczul. Zaplace tyle, ile ci obiecali. Wiec gadaj.

— Ale ja… Ja naprawde… ja nic — policjant trzasl sie jak w febrze.

— Daisy Brown to twoja bratanica?

— Nie. Gdziezby tam! Malo Brown'ow w Celestii?

— Masz rodzine?

— Zone.

— Je'sli nie powiesz prawdy, i ty, i twoja zona p'ojdziecie do kotla. Natychmiast! Czekam najwyzej p'ol minuty!

Dla spotegowania wrazenia spojrzal na zegarek.

— Ja… ja — jakal sie przerazony Brown — wszystko powiem… Przysiegam na zone, na Boga, na wszystko — wyrzucal po'spiesznie z siebie, jak gdyby sie bal, ze nie zdazy powiedzie'c slowa, zanim uplynie p'ol minuty.

— A wiec m'ow. Bez obawy — zachecal prezydent. — Ja poznam, czy m'owisz prawde. Masz tu na zadatek pie'c doliod'ow.

Summerson niedbale polozyl metalowy krazek na stole i pstryknieciem palca popchna! go w strone policjanta. Ten spojrzal jako's niepewnie, ale zdobyl sie na odwage i szybko schowal monete do kieszeni. O'smielil sie troche.

— Moze ja klamalem, ze diabel… — zaczal. — Ale mnie sie naprawde tak wydawalo…

— M'ow dokladnie, co widziale's. Wiecej nie wymagam. Pelnile's wtedy warte na zewnatrz, przy drzwiach 'sluzy, tak?

— Tak, ekscelencjo.

Policjant oprzytomnial i cho'c wciaz jeszcze byl wytracony z r'ownowagi strasznymi przezyciami dnia, rozpoczal nieco chaotyczna opowie's'c:

— To bylo jakie's — zastanowil sie — trzy godziny temu. Pan Bradley pracowal na miotaczu, a ja bylem przy wej'sciu, kiedy tamci bandyci…

— Wiem — przerwal Summerson. — Chcieli porwa'c konstruktora.

— No tak. Patrze, jeden stanal kolo mnie na pomo'scie…

— Kto?

— No, ten… bandyta. Summerson rozgniewal sie.

— Znam przebieg napadu. M'ow, kiedy zobaczyle's to „co's”, co ciebie przerazilo. Spokojnie, bez nerw'ow.

— Kiedy tamci bandyci gonili pana Bradleya, to zaczalem mierzy'c do nich z elektrytu…

— M'ow dalej — ponaglal Summerson. Pilno mu bylo dowiedzie'c sie czego's konkretnego o tej istocie, o kt'orej plotka zdazyla juz stworzy'c legendy, wcale z soba nie powiazane.

— Wtedy zobaczyle's tego diabla? — podsunal Summerson.

— Tak. ”

— Gdzie byl i jak wygladal? Dokladnie!

— Lecial przez powietrze jak ptak…

— Dure'n jeste's. Tam nie ma powietrza. Jak to? On nie lazil po plaszczu Celestii?

— Alez nie, ekscelencjo. Lecial, tak jak m'owie. Lecial wprost na mnie.

— No i dolecial? — ironicznie zapytal prezydent.

— Nie. Zatrzymal sie w miejscu. Wtedy kiedy bro'n wypadla mi z reki. To nie byla moja wina — po'spiesznie usprawiedliwial sie policjant. — Zreszta pare minut wcze'sniej zabilem jednego bandyte. Mam 'swiadk'ow. Inspektor zapisal mi to w kartotece.

— Hm… to ty zabile's napastnika? A wiec powinienem ci wierzy'c. Ale skup sie teraz. Uwazaj, o co pytam, i rzeczowo odpowiadaj. A wiec: kiedy pierwszy raz zobaczyle's tego diabla?

— Zobaczylem go, gdy mierzylem do bandyt'ow. Przykucnalem w cieniu i moglem ich wszystkich po kolei powystrzela'c. Obracali sie w 'swietle reflektora jak tarcze na 'cwiczeniach. Przeciez mnie nie pierwszyzna strzela'c…

— Do rzeczy! — przerwal prezydent. — Jak daleko bylo to co's, kiedy je zauwazyle's?

— Blisko. Moze dwadzie'scia metr'ow, moze dziesie'c. To podlatywalo bardzo szybko. Strzelilem do niego…

— No i co? — zaciekawil sie prezydent. — Spudlowale's ze strachu?

— Chyba nie. Byl niedaleko. Widocznie tez poczul uderzenie, bo zaraz sie odwr'ocil i wali wprost na mnie. Straszny byl! Wtedy uwierzylem, ze to diabel. To bylo okropne!

Groza malujaca sie na twarzy policjanta wzbudzila zaufanie Summersona do jego sl'ow. Chcac sie jednak jeszcze upewni'c, podstepnie zapytal:

— Czy on wydawal z siebie jaki's glos?

— Nie. Milczal jak diabel.

Prezydentowi zebralo sie na 'smiech, ale zrobil tym surowsza mine.

— Opowiesz mi dokladnie, jak ten diabel wygladal. Powoli, ze wszystkimi szczeg'olami. Policjant skupil sie, ale wrazenie pozostale w pamieci nie pozwolilo mu na logiczne zestawienie obrazu.

— No c'oz… — wykrztusil. — Wygladal jak diabel. Tylko bez glowy.

W umyslach ludzi Celestii pojecie diabla bylo czym's bardzo metnym. Biblia m'owila wprawdzie w pierwszym rozdziale, ze sze's'cdziesieciu sprawiedliwych zgodnie z boskim wyrokiem opu'scilo Towarzysza Slo'nca, skoro ta planeta zostala podbita przez diably, jednak zaden ustep Biblii nie opisywal zewnetrznego ich wygladu. Diabel byl za to przedstawiany na wielu malowidlach, zwlaszcza pochodzacych z okresu, kiedy w sztuce dominowal prad, zwany „diabolizmem”, po cze'sci wla'snie od faworyzowania tego tematu przez artyst'ow. Przypisywano przy tym diablom bardzo dowolne kolory i cechy zewnetrzne, w zalezno'sci od fantazji tw'orcy. W przeciwie'nstwie do malarzy z ubieglych wiek'ow Green w wydawanych przez siebie powie'sciach rysunkowych wprowadzil zwykla sztampe. Jego diabel mial kadlub mniej wiecej kulisty, osadzony na czterech dlugich i groteskowo cienkich lapach, dwa kozie zakrwawione rogi wystajace z plaskiej glowy o wielkiej paszczy i wylupiastych rubinowych oczach. Szeroki, ognisty ogon byl niezbednym dopelnieniem obrazu.

Przecietny mieszkaniec Celestii wyobrazal sobie diabla wla'snie tak, jak ogladal go setki razy w ksiazeczkach obrazkowych kupowanych jak narkotyk, cho'cby za cene ostatniego kawalka chleba.

Summerson rozumial wiec, co policjant mial na my'sli m'owiac o wygladzie diabla. Mimo to zmarszczyl brwi i zazadal konkretnych wyja'snie'n.

Zgarbiony na krze'sle czlowieczek wstrzasnal sie na okropne wspomnienie.

— Byl gruby, okragly i fruwal na pieciu lapach, bo nie mial skrzydel. Za nim ciagnal sie ogon, prosty jak pret. Ogon byl fioletowy, ale jaki's przezroczysty, tak jak plomie'n.

— A jakiego koloru oczy mial ten diabel? — zapytal prezydent. — Moze 'swiecace? Policjant jednak nie potrafil udzieli'c tu blizszych wyja'snie'n.

— Nie wiem. W og'ole nie widzialem glowy. Ja… zemdlalem.

Summerson zastanawial sie przez chwile nad tym, ile prawdy bylo w zeznaniach policjanta. Wtem zabrzeczal telefon. Prezydent dal znak policjantowi, by sie oddalil, i podni'osl sluchawke.

Godston donosil o osaczeniu zbieg'ow na 99 poziomie. Summerson odetchnal z taka ulga, jak gdyby spadl mu z piersi ciezar calej Celestii.

— Najserdeczniej ci dziekuje — powtarzal z wylewno'scia tak obca jego charakterowi, ze uwieszony przy drugim aparacie dyrektor policji w pierwszej chwili zwatpil, czy istotnie rozmawia z wujem. Ale ton glosu Summersona, pomimo silenia sie na serdeczno's'c, pozostawal ten sam, co zawsze. To upewnilo Godstona, ze wszystko jest w porzadku.

— Co? Zeby nie uciekli? — zachrypial nerwowo prezydent. — Licz sie ze slowami. Tak, tak! Ja wiem, ze ich nie pu'scisz, drogo by cie to kosztowalo. Wiesz, co to znaczy, mam nadzieje… -za'smial sie ostrzegawczo. — Dobrze im tak… Wyrok 'smierci na cala czw'orke zaraz ci przy'sle. A co do zaplaty, tak, tak, oczywi'scie. Tobie, policjantom, wszystkim, kt'orzy dopomogli… Nie, tyle nie. Za te chwile zwatpienia skre'sle ci 25 procent… Ale nie martw sie, duzo jeszcze zostanie. A poza tym, co wiesz nowego?

Summerson sluchal jeszcze chwile, po czym zaklal i odlozyl sluchawke. Butem nacisnal guziczek przy krawedzi blatu. Williams zjawil sie natychmiast.

— Tu sa nowe, niezwykle wazne zarzadzenia — zwr'ocil sie do niego prezydent wreczajac zapisany arkusz papieru. — Zajmie sie pan ich opublikowaniem jutro wczesnym rankiem. Decyzje te podjalem na naradzie rzadowej w zwiazku z zaostrzona sytuacja — dodal wyja'sniajaco. — Tylko niech pan nie przegapi terminu, bo to pilne jak nic w 'swiecie. Wszyscy mieszka'ncy Celestii musza do godziny 'osmej rano zna'c tre's'c tych zarzadze'n.

Williams wyszedl z pokoju, bole'snie dotkniety napomnieniem, by nie zaniedbal polecenia. Tymczasem Summerson polaczyl sie z Lunowem.

— No, jak sie czujesz, stary? Niczego nie brakuje? To w porzadku. Czy zaobserwowal pan co nowego? Dwa? Czy na pewno? Nie wiecej? To bardzo dziwne… Co, co pan m'owi? Musi pan wytrzyma'c… No, ostatecznie przyjde. Sam pana zastapie na dwie godziny. Co? Co? Roche'a? Tak dbasz pan o tajemnice pa'nstwowa? I to po tym, co m'owilem?! Ot'oz wiedz, ze Roche okazal sie bandyta, zostal ujety przez policje i bedzie skazany… No, wla'snie, nie pchaj palca miedzy drzwi, bo ci go przytrzasne!

Summerson odepchnal aparat telefoniczny i polozyl dlonie na biurku.

„Z Lunowem stanowczo 'zle. Goni resztkami sil. Nie wiem, czy mozna na nim polega'c — rozmy'slal. — Chociazby ta niezgodno's'c pomiedzy wynikami jego obserwacji a dzialaniem miotacza, kt'ory chyba nie narobil falszywego alarmu. Lunow widzial jedno cialo bardzo drobne, lecace wprost na Celestie, a drugie okragle, o kt'orym twierdzil, ze sie „skradalo”. Troi mu sie w oczach, czy co? Moze zreszta wyobraza sobie, ze mu za kazda taka sensacje zaplace osobno?”

Nagle prezydent skojarzyl meldunek astronoma z opisem diabla. Niedawno slyszal od policjanta o czym's jeszcze dziwniejszym niz raport Lunowa. „Tak, to jak gdyby sie zazebialo. A wiec… Czyzby 'ow niesamowity diabel m'ogl by'c czym's wiecej niz halucynacja? A nuz Czerwoni postanowili zniszczy'c Celestie?”

My'sl ta coraz bardziej nie dawala mu spokoju.

Postanowil odwiedzi'c Lunowa.

Stan astronoma potwierdzil najgorsze obawy. Zaczerwienione powieki i bledny wzrok, niezmierny wysilek malujacy sie na twarzy starca, gdy usilowal skupi'c my'sli, aby odpowiada'c na pytania prezydenta — nie wr'ozyly nic dobrego. Obawiajac sie, ze Lunow moze opa's'c zupelnie z sil, Summerson kazal policjantom wnie's'c zabrana uprzednio kanape i nakazal astronomowi, aby sie przespal.

Po dw'och godzinach obudzil uczonego i powr'ociwszy do mieszkania stanal w swoim prywatnym gabinecie przed planem Celestii. Wyciagnal juz reke, gdy na d'zwiek umownego dzwonka cofnal ja szybko. W drzwiach stal Godston.

— Gdzie sa zbiegowie? — rzucil Summerson bez wstepu, siadajac za biurkiem. — Chce ich zobaczy'c; zywych czy umarlych — to mi zupelnie obojetne. Ich ujecie i zlikwidowanie jest konieczne do przywr'ocenia spokoju. No?

— Moge zameldowa'c ci z satysfakcja, ze… u'smiercili sie sami.

— Pokaz trupy! Godston zmieszal sie.

— A wiec? Gdzie leza?

— Wla'sciwie, to oni leca…

— Co takiego?

— Przeszlo dwie godziny temu donioslem ci telefonicznie, ze bandyci sa osaczeni i nasza policja spycha ich w kierunku osi Celestii. Az tyle czasu trzeba bylo straci'c na uzeranie sie z nimi! Ostrzeliwali sie, wypompowywali powietrze z niekt'orych pomieszcze'n na najwyzszym poziomie, wreszcie uciekli przez 'sluze. Ale poniewaz ze 'sluzy pozostalo im tylko jedno wyj'scie, a mianowicie wyj'scie na zewnatrz wiec albo sie udusili z braku tlenu, albo powoli jeszcze zdychaja. W kazdym razie jest to likwidacja calej bandy. Co's mi sie za to nalezy, kochany wuju!

— Owszem, skoro stwierdze ich 'smier'c. A dlaczego powiedziale's, ze leca? — zmienil temat Summerson.

— Bo… — stropil sie troche dyrektor policji —…je'sli wyskoczyli w pustke, to pewno leca. Moze zalamali sie nerwowo, gdy doszli do przekonania, ze nie ma juz dla nich ratunku, moze nie mogli znie's'c tortury powolnego duszenia sie…

— Do rzeczy! Fantazje odstap Greenowi, on za to placi. Ja place tylko za fakty. Czy mieli dostep do skafandr'ow?

— No chyba. Jakby inaczej wyszli?

— Czy w tych skafandrach r'owniez uszkodzone zostaly wczoraj urzadzenia nadawczo-odbiorcze?

— Oczywi'scie. Sam pilnowalem montera, tak jak kazale's. Przeciez juz Bradley montujac miotacz porozumiewal sie tylko telefonicznie. Wczoraj w poludnie wszystko bylo gotowe.

— Czy straz stoi przed drzwiami 'sluzy?

— Tak. Drzwi sa zreszta otwarte.

— To dobrze. Zmieniaj ludzi co godzine — wydawal polecenia, uderzeniem dloni w blat biurka podkre'slajac kazde slowo. — To bardzo wazny posterunek. A zreszta jeszcze przed pierwsza zmiana musisz koniecznie ustali'c, co sie z nimi dzieje. Je'sli zyja, rozstrzela'c na miejscu, trupy mi pokaza'c.

Godston otwieral juz usta, ale prezydent zamknal mu je krzykiem:

— Do roboty!

Po wyj'sciu policjanta polaczyl sie z obserwatorium.

— Lunow? No, jak sie pan czuje? Pamietaj, profesorze, zeby's nie zasnal. A jak tam obserwacje? Bez zmian? A to ciekawe! Przyjde zobaczy'c… Moze pana nawet na pare godzin zastapie.

Odlozyl sluchawke.

Zwr'ocil sie z powrotem do planu Celestii. Mocno przycisnal dlonia cze's'c ramy, kt'ora odsunela sie w prawo odslaniajac trzy niepozorne, zupelnie jednakowe guziki.

Summerson nacisnal je osiemnastokrotnie raz za razem, w r'oznej kolejno'sci. 'Sciana rozstapila sie i zasunela natychmiast po jego zniknieciu.

Lunow ziewnal. Z trudem opanowywal ogarniajaca go senno's'c. Byl sam, zupelnie sam, oko w oko z niesamowita rewelacja, kt'ora nie mial ani prawa, ani mozliwo'sci z kimkolwiek sie podzieli'c. Od pieciu dni nie widzial zadnego czlowieka pr'ocz prezydenta, a ten wydawal tylko suche rozkazy i pilnie wertowal wreczane mu raporty.

Dwugodzinny sen zamiast go wzmocni'c spotegowal jeszcze oslabienie. Astronom byl tak 'spiacy, ze z trudem odpieral pokuse ulozenia sie na kanapie. Ale instynkt samozachowawczy byl silniejszy niz znuzenie. Zdawal sobie doskonale sprawe z tego, ze zasnalby w okamgnieniu, a wtedy…

W nagrode za te torture bezsenno'sci prezydent obiecal mu wyplaci'c bardzo wysoka premie, kt'ora necila go wizja spokojnej staro'sci.

Gdyby nie sprostal wymaganiom prezydenta, w najlepszym razie grozila mu ruina, ruina nie tylko materialna, lecz i moralna. Summerson bowiem byl znany z tego, ze potrafil tak zepsu'c opinie ludziom, kt'orzy narazili mu sie w jaki's spos'ob, iz wielu z nich popelnilo samob'ojstwo, nie widzac innej ucieczki przed wzgarda i szykanami, roznieconymi przez pochlebc'ow Summersona i r'oznych, mniej lub wiecej doslownie platnych jego agent'ow.

Obawiajac sie, ze zn'ow za'snie, Lunow wstal i zaczal przemierza'c tam i z powrotem mala salke, wracajac wciaz my'sla do.niedawnych wypadk'ow.

Pie'c dni temu przybyl do obserwatorium Summerson. Tym razem nie przywiodla go che'c spojrzenia na gwia'zdziste niebo przez lunete, skierowania jej ku kt'orej's z efektownych mglawic albo na najja'sniejszy ognik nieba — oddalona o niecaly miesiac biegu 'swiatla gwiazde Najblizsza, zwana niekiedy Slo'ncem. Te obserwacje szczeg'olnie pasjonowaly prezydenta i jego go'sci: byl to bowiem widok naprawde ciekawy. Wok'ol tarczki tej gwiazdy, tarczki, kt'ora w przeciwie'nstwie do wszystkich innych gwiazd na niebie mozna bylo obserwowa'c — l'snil mlecznoperlowym blaskiem rozczapierzony pi'oropusz korony slonecznej, a w pewnym oddaleniu mozna bylo zauwazy'c cztery slabo 'swiecace punkciki. Kazdy z. nich mial nazwe: byly to Neptun, Uran, Saturn i Jowisz. Legenda glosila, iz w uklad Najblizszej wchodzi dalszych pie'c planet, z kt'orych cztery sa tak male, ze nie dadza sie obserwowa'c, piata za's, kolebka ludzko'sci, a obecnie Pieklo, siedlisko diabl'ow i potepionych dusz, niewidoczna jest dzieki mrokom, w jakich B'og pograzyl ja po cudownym wybawieniu sze's'cdziesieciu sprawiedliwych. Pie'c dni temu…

Lunow dobrze zapamietal te bytno's'c prezydenta. Summerson polecil mu wtedy, by natychmiast odszukal na niebie w okolicach Slo'nca zagadkowe cialo zblizajace sie ku Celestii. Z pomoca radiosondy udalo sie astronomowi w do's'c kr'otkim czasie umiejscowi'c je w przestrzeni. Ku jego zdziwieniu odbity od tajemniczego ciala sygnal powr'ocil po godzinie, liczac od chwili jego wyslania. A wiec znajdowalo sie ono w odleglo'sci 30 minut biegu 'swiatla! Juz mial powt'orzy'c pr'obe, gdy trzask licznika oznajmil nadej'scie drugiego sygnalu. Czyzby echo poprzedniego? Nie, to niemozliwe! Lecz oto zn'ow odbiornik radiosondy zarejestrowal nowy sygnal, potem trzeci i czwarty. A wiec tajemnicze cialo, jak gdyby pobudzone pr'oba Lunowa, samo wysylalo fale 'sci'sle tej samej dlugo'sci?

Obecny przy tym Summerson z niezrozumialym dla Lunowa niezadowoleniem zakazal mu ponawia'c pr'oby i poleci) okre'sli'c polozenie i predko's'c innymi metodami. Jednak cialo znajdowalo sie jeszcze poza zasiegiem przyrzad'ow optycznych. Po pieciu godzinach bezowocnych poszukiwa'n Summerson musial sie zgodzi'c na ponowne uzycie sondy. Rezultat byl ten sarn — sygnal Celestii jakby odbijal sie od kilku cial znajdujacych sie w r'oznych odleglo'sciach.

W tych warunkach pomiar byl niezwykle utrudniony. Aby okre'sli'c odleglo's'c najblizszego z przypuszczalnych „go'sci”, Lunow wlaczyl urzadzenie automatyzujace pomiar, kt'orego dzialanie polegalo na wyslaniu ponownego sygnalu natychmiast po odbiorze pierwszej odbitej fali z okresowym wylaczaniem aparatury. Wynik byl zdumiewajacy, wprost niewiarygodny. Szybko's'c 3200 km/sek.? Astronomowi, przyzwyczajonemu do wielokrotnie mniejszych predko'sci zar'owno gwiazd, jak i meteor'ow, wydalo sie to absurdem. Nastepny pomiar zdawal sie wskazywa'c na niewielka pomylke, czekal wiec z niecierpliwo'scia nadej'scia „odpowiedzi” na trzeci sygnal. Chcial jeszcze raz przekona'c sie o prawdziwej szybko'sci tego ciala wzgledem Celestii. Otrzymal warto's'c jeszcze mniejsza: kolejno otrzymane liczby malaly proporcjonalnie. Nie mial juz zadnej watpliwo'sci: szybko's'c tego ciala zmniejszala sie.

Wprawilo go to w takie oslupienie, iz z lekiem podawal telefonujacemu wciaz Summersonowi wynik swoich bada'n. Ale nie wida'c bylo, by Summersona zaskoczyly te wyniki, wprost przeciwnie, astronomowi wydalo sie, ze prezydent spodziewal sie takiej wla'snie wiadomo'sci. Nie zdziwil sie r'owniez, gdy Lunow mu o'swiadczyl, ze w ten spos'ob moze sie zachowywa'c tylko rakieta.

Astronom wlaczyl aparature radionadawcza. Byla uszkodzona, chociaz poprzedniego dnia dzialala bez zarzutu. Gdy zwr'ocil na to uwage prezydenta, ten o'swiadczyl, ze kaze ja naprawi'c. Potem rozwinal przyniesiona przez siebie duza i ciezka paczke, w kt'orej, ku zdziwieniu Lunowa, znajdowalo sie kilka pudelek konserw, chleb i butelki z winem.

— Niech pan, profesorze, nie uwaza siebie za wie'znia obserwatorium, ale waga pa'nskiego odkrycia nakazuje, aby sie pan z nikim nie kontaktowal az do pelnego wyja'snienia sprawy — powiedzial z naciskiem.

Astronom poprosil Summersona, aby Dean Roche pom'ogl mu w badaniach.

Prezydent o'swiadczyl, ze nie ma nic przeciwko temu i wobec niezrozumialego przerwania wszystkich zwyklych polacze'n telefonicznych z obserwatorium, pr'ocz jednej linii wiodacej wprost do prywatnego gabinetu Summersona — zabral list dla Roche'a obiecujac przekaza'c mu go przez go'nca. Tegoz wieczora zawiadomil Lunowa, ze Roche otrzymal list, ale jest ciezko chory, wiec niepredko bedzie m'ogl stawi'c sie w obserwatorium.

— Moze to i lepiej — dodal. — Po co pan ma dzieli'c sie premia z tym mlokosem? Pieniadz czuje sie dobrze, gdy jedna gar's'c go trzyma.

Przypomnienie o premii nie usunelo niepokoju astronoma. Zbyt dobrze znal prezydenta. Obawy jego spotegowane zostaly przez nowe zarzadzenia.

Summerson oznajmil bez ceremonii astronomowi, ze „w celu zabezpieczenia mu swobody w pracy” dw'och policjant'ow bedzie str'ozowalo przed drzwiami obserwatorium, nie wpuszczajac nikogo niepowolanego. Po godzinie Lunow mial okazje przekona'c sie, ze r'owniez i jemu nie wolno bylo nigdzie sie ruszy'c.

Nastepne dwa dni minely spokojnie, cho'c Lunow nie m'ogl narzeka'c na brak pracy, zwlaszcza gdy na poczatku trzeciego dnia liczac od chwili odkrycia, odnalazl rakiete teleskopem optycznym. 'Swiecila ona teraz niebieskawym blaskiem, potegujacym sie z godziny na godzine.

Badania spektroskopowe 'swiatla przyniosly nowa rewelacje: prazki widmowe nie odpowiadaly zadnym pierwiastkom znanym w Celestii, temperatura za's zdawala sie przekracza'c kilkadziesiat milion'ow stopni. Bardziej jeszcze niezwyklym zjawiskiem bylo to, ze zachodzacym na rakiecie reakcjom towarzyszylo wielkie nasilenie promieniowania gamma.

Ponowne pomiary spadku predko'sci rakiety wykazaly pewne nie'scislo'sci w poprzednich obliczeniach. Je'sli silnik jej dzialalby niezmiennie do chwili zr'ownania sie z predko'scia Celestii, powinno to nastapi'c za czterna'scie godzin w odleglo'sci okolo 20 000 km, a wiec przed granica strefy dezintegracji.

Wiadomo's'c ta zostala przyjeta przez Summersona spokojnie.

— Poczekamy, zobaczymy — powiedzial marszczac czolo. — Dla pewno'sci sprawd'z pan jeszcze raz obliczenia.

Nagly telefon Roche'a z zewnatrz i nieoczekiwane zerwanie laczno'sci w najbardziej dramatycznym momencie wstrzasnelo Lunowem. Nietrudno bylo domy'sli'c sie, czyja reka zostalo przerwane polaczenie. Najgorsze przeczucia znalazly potwierdzenie w brutalnym zachowaniu sie Summersona, grozacego mu powieszeniem, je'sli sie o'smieli z kimkolwiek rozmawia'c o rakiecie. Astronom dobrze zdawal sobie sprawe z tego, ze za slowami tymi kryje sie wyrok 'smierci na niego z chwila, gdy przestanie by'c potrzebny prezydentowi.

Fakt kilkakrotnego znikniecia rakiety L pola zasiegu radiosondy przy jednoczesnym stwierdzeniu jej obecno'sci przez teleskop wywolal gniew Summersona. Posypaly sie oskarzenia, ze astronom celowo uszkodzil sonde, ze zdradza Celestie i pragnie jej zguby. Przestraszony starzec staral sie wytlumaczy'c prezydentowi, ze nie ma w tym jego winy, a dziwne zjawisko musi mie'c swe 'zr'odla tylko w samej rakiecie.

Prezydent zmienil taktyke. Stwierdziwszy, ze gro'zbami daleko nie zajedzie, o'swiadczyl uroczy'scie:

— Profesorze! Nie chcialem pana przeraza'c, ale widze, ze moje intencje moga by'c 'zle zrozumiane. Sprawa rakiety ma wieksza wage niz moje i pa'nskie zycie. Tak, profesorze, 'smiertelna gro'zba zawisla nad Celestia! W rakiecie tej — wstrzymal oddech dla wywolania tym wiekszego wrazenia — znajduja sie diably z Towarzysza Slo'nca. Czy pan rozumie, co to oznacza?

Tylko nerwowe drzenie warg astronoma bylo odpowiedzia.

— Chca nas zniszczy'c! — ciagnal prezydent. — Chca zniszczy'c Celestie! Jedynie ja jestem w mocy uchroni'c 'swiat od zaglady. Przygotowania do obrony dobiegaja ko'nca. Ale na to, aby byla ona skuteczna, konieczne jest 'scisle zachowanie tajemnicy. Sam pan, profesorze, przytoczyl mi dowody, jak diabelskimi 'srodkami dysponuja te potwory. Mozemy dziala'c tylko przez zaskoczenie — tlumaczyl chaotycznie. — Pan nie wie, ale ja wiem, jak o n i umieja tumani'c glupi tlum. Gdyby tajemnica przesiakla poza 'sciany tego obserwatorium^ znale'zliby sie zdrajcy, kt'orzy by sprzedali Celestie za doliody.

— Za doliody? — powt'orzyl jak echo astronom.

— Dlaczego nie mogliby mie'c doliod'ow, aby przekupi'c jakich's bandyt'ow? Oczywi'scie falszowanych doliod'ow — Summerson usilowal jako's wybrna'c z niefortunnego okre'slenia. -Zreszta, to niewazne, w jaki spos'ob, w kazdym razie niebezpiecze'nstwo takie istnieje.

Diably?… Z Towarzysza Slo'nca?… O'swiadczenie Summersona zupelnie zdezorientowalo astronoma. Lunow, podobnie jak wiekszo's'c ludzi z jego sfery, nie przyjmowal biblijnych opowie'sci w sensie doslownym, a co najwyzej symbolicznym. Zreszta nawet slynny badacz i komentator Biblii — Smith, kt'orego prace mialy potwierdzi'c jej prawdziwo's'c, sklanial sie nierzadko do symbolicznej interpretacji.

Teraz Summerson kazal Lunowowi rozumie'c doslownie twierdzenia biblijne, kazal wierzy'c w realne istnienie owych mglistych i fantastycznych stwor'ow. Nie! Takie wytlumaczenie tajemnicy nie moglo trafi'c do przekonania staremu astronomowi, nie 'smial jednak wysuwa'c obiekcji wobec kategorycznych twierdze'n wszechwladnego prezydenta. Najdziwniejsze jednak bylo, ze Summerson zdawal sie wierzy'c w to, co m'owil. Fakt ten stanowil temat nie ko'nczacych sie domysl'ow Lunowa przez nastepne kilkana'scie godzin, nim rosnace znuzenie nie zniechecilo astronoma do wszelkich rozwaza'n. Potem zn'ow zlapanie sonda dw'och nowych cial i trzykrotne dzialanie miotacza poderwalo slabnacy umysl uczonego do jeszcze jednego wysilku.

Jednak stan jego zdrowia stale sie pogarszal. Dwie godziny odpoczynku niewiele znaczyly. Bal sie, ze je'sli Summerson nie zastapi go jeszcze na pewien czas, wkr'otce trudno mu bedzie panowa'c nad swym umyslem.

Usiadl w fotelu. Ze splatanych senno'scia my'sli raz po raz wyrywaly sie poszczeg'olne obrazy, zdajac sie ulatywa'c w przestrze'n. Rakieta, Summerson, jaskrawa tarcza obserwowanego przez teleskop Slo'nca — wszystko to poczynalo zamazywa'c sie i zlewa'c w chaosie wspomnie'n.

— Summerson, rakieta z Towarzysza Slo'nca… C'oz cie to wszystko obchodzi? — zdawal sie podpowiada'c mu jaki's wewnetrzny glos.

Nagle poczul gwaltowne szarpniecie. Co's bezksztaltnego zamajaczylo przez nim. Szarpniecie powt'orzylo sie. Z trudem otworzyl oczy i dreszcz strachu przebiegl mu po krzyzu. Przed nim stal prezydent mruzac gniewnie male oczka.

Summerson obudzil sie w zlym humorze. Zaledwie cztery godziny nerwowego snu, pelnego majak'ow i meczacych widziadel, nie mogly usuna'c wyczerpania spowodowanego napieciem ostatnich dni.

Nie czekajac, az lokaj poda mu 'sniadanie, ubral sie i poszedl do gabinetu. Ze zlo'scia odsunal fotel i usiadl przy biurku. Wszystko wok'ol denerwowalo go: pliki meldunk'ow o przebiegu przebudowy miotacza i raporty policji z przeslucha'n aresztowanych, maskotka w postaci diabelka merdajacego rytmicznie puszystym zielonym ogonem, nawet piekny pastelowy gobelin na suficie. Uwage jego zwr'ocily nie domkniete boczne drzwiczki biurka, gdzie mie'scil sie podreczny bar. Otworzyl je i przesunal palcami po szyjkach butelek.

A gdzie koniak?

Spojrzal na doga, kt'ory spal pod 'sciana. Poza nim w pokoju nie bylo nikogo, nikt nie mial tu prawa wstepu w czasie jego nieobecno'sci.

Nacisnal guzik dzwonka.

Po chwili przed prezydentem stanal lokaj Mike.

Summerson wymownie patrzyl na otwarta szuflade.

— Mike! Z mojego biurka zginal koniak! Co zlodziej ma na swoje usprawiedliwienie?

— Cztery lata sluze u ekscelencji, a teraz mialbym sie na koniak polakomi'c? Ja nie pije.

— Tym bardziej ciekawi mnie, komu zalezalo na tej butelce. Ale nie martwie sie, bo bedzie ukarany: to byl zatruty koniak. Chodzilo mi przede wszystkim o to, zeby's ty go nie wypil. Bo ostatecznie nie narzekam na ciebie. A ten lajdak, kt'ory napil sie mojego koniaku, za dwa tygodnie umrze na wrzody w kiszkach.

Prezydent patrzyl uwaznie na lokaja. Ale twarz mlodego slugusa, prawie zawsze nieczytelna, wyrazala zupelna obojetno's'c.

„Ani 'sladu zaniepokojenia — denerwowal sie Summerson. — Czyzby Mike nie wypil koniaku?”

— Wierze, ze ty nie wypile's — podjal. — Ale podejrzewam, ze ty te butelke stad zabrale's. Dlaczego odwazyle's sie wej's'c do mego gabinetu? No, szybko!

— Ja tu nie bylem nigdy bez wiedzy ekscelencji. Zreszta ekscelencja wie, jak bardzo mu jestem wierny. Poza tym, po prostu balbym sie.

Jedynie ostatni argument jako tako trafil Summersonowi do przekonania.

— Ty albo nie ty, jaki's osobnik zakradl sie tutaj. Wczoraj po poludniu ten koniak stal na swoim miejscu. Je'sli nie czujesz sie winny, twoim obowiazkiem jest wiedzie'c, kto tu byl i zameldowa'c mi. Do diabla, od czego cie mam?

— Mialem meldowa'c, tylko my'slalem, ze ekscelencja jeszcze 'spi. Ot'oz w nocy kto's odwiedzal panne Stelle.

Summerson zmarszczyl brwi i zapytal rzeczowo:

— Skad wiesz? I kto to m'ogl by'c?

— Kto — nie mam pojecia. Slyszalem tylko ujadanie Gree i meski glos. Panna Stella tez rozmawiala, przede wszystkim przemawiala do psa, chcac go uciszy'c.

— Czemu mnie nie zbudzile's? — syknal prezydent.

— Ekscelencja nigdy nie kazal siebie budzi'c w takich razach. Zreszta ekscelencji wtedy nie bylo.

Summerson przypomnial sobie, ze wr'ocil wczoraj od Lunowa okolo godziny czwartej nad ranem.

— Gdyby w tych dniach powt'orzylo sie co's podobnego — natychmiast donie's. Bud'z mnie, szukaj, dzwo'n. Nikomu nie wolno chodzi'c po mieszkaniu w mojej nieobecno'sci. A czy slyszale's glosy z tego gabinetu?

— Nie. W takim wypadku oczywi'scie zaalarmowalbym ekscelencje.

— Gdzie sie ten typ krecil?

— W hallu, w pokoju panny Stelli. Zdaje sie, ze i w lazience.

— Oczywi'scie byl wpuszczony przez moja c'orke?

— Na pewno. Inaczej nie przepu'scilaby go straz. Prezydent spojrzal badawczo na zausznika.

— Nie klamiesz?

— Jak kocham Boga, ekscelencje i dusze wlasna. Summerson siegnal do kieszeni.

— No, to masz tu pietna'scie doliod'ow. Nie dziw sie, nastepnym razem dam ci jeszcze wiecej. Chce, zeby's sie dorobil. Tylko pilnuj mieszkania. W dzie'n i w nocy! Pilnuj, pilnuj i jeszcze raz pilnuj.

Odprawiwszy lokaja prezydent wezwal telefonicznie c'orke. Wkr'otce Stella zjawila sie w gabinecie. Usiedli naprzeciw siebie. Gdy surowo i przenikliwie na nia spojrzal, spu'scila niepewnie oczy.

— Powiem ci bez ogr'odek, cho'c sprawia mi to przykro's'c — rozpoczal. — Jestem oburzony twoim zachowaniem. Moze ono przysporzy'c mi nieprzyjemno'sci lub nawet niebezpiecze'nstw. Zastan'ow sie nad tym.

Stella przycisnela rece do kolan, by ojciec nie zauwazyl, ze drza.

— Nie rozumiem — odparla niezrecznie, silac sie na spok'oj.

— Przyjmujesz mezczyzn pod moim dachem. Nie zycze sobie tego. Je'sli dawniej poblazalem, zmienilem zdanie.

Odetchnela z ulga.

— Alez… Nie denerwuj sie — odrzekla juz niemal spokojnie. — Wygladasz na przepracowanego. Pewnie zn'ow p'o'zno poszedle's spa'c. Masz tyle klopot'ow, a jeszcze dodajesz sobie zmartwie'n. To zaszkodzi twemu zdrowiu.

— Jestem twardy jak almeralit i nic nie zaszkodzi memu zdrowiu — wyrecytowal z kaznodziejskim patosem. — To ja moge komu's zaszkodzi'c.

Bylo to jego ulubiona forma argumentowania w stosunku do ludzi slabych.

— Czyzby's chcial zaszkodzi'c twojej c'orce? — wpadla w placzliwy ton.

— Alez skad! — zaprzeczyl po'spiesznie. — Ciebie jedna mam w Celestii. Obok racji stanu 'swiata, kt'orym kieruje i za kt'ory Pan Kosmosu uczynil mnie odpowiedzialnym, twoje szcze'scie stawiam na pierwszym planie. Stary jestem, niedlugo przyjdzie mi odlecie'c na Juvente, przed oblicze Boga. A najwieksza troska i nadzieja, jaka tu zostawiam, jeste's przeciez ty.

Wstal z fotela i pocalowal ja w czolo.

Stelli zrobilo sie troche zal ojca. Moze i naprawde ja kocha, cho'c po swojemu? Przypomniala sobie jednak, iz nie wolno jej ufa'c pozorom.

Zreszta juz nastepne zdanie wypowiedziane przez Summersona odslonilo brutalnie, co kryje sie pod pozorna ojcowska czulo'scia. Wykorzystujac zmieszanie c'orki prezydent postanowil ja zaskoczy'c.

— Kto byl u ciebie w nocy? M'ow prawde, bo ja i tak wiem.

Stella zbladla, przez chwile zastanawiala sie, co odrzec, wreszcie silac sie na zupelna obojetno's'c odrzekla:

— Poniewaz ojciec wie, nie musze wyja'snia'c. Zamilkla patrzac tepo w 'sciane. Summerson przymruzyl oczy.

— Widzisz, Stello… — zaczal powoli. — Zawsze bylem poblazliwy dla ciebie. Spelnialem wiele twych zachcianek. W moim postepowaniu w stosunku do ciebie kieruje sie ogromna wyrozumialo'scia. Zauwazyla's to chyba?

Chciala uciec, ale je'sli p'ojdzie za nia? A nuz tkniety jakim's przeczuciem zajrzalby do jej pokoju? Nie odpowiadajac na pytanie rzucila placzliwie:

— Niech ojciec zostawi mnie w spokoju. Dzwonek telefonu przerwal rozmowe. Sekretarz zawiadamial Summersona, ze Godston czeka w hallu. Prezydent energicznie poderwal sie z fotela.

— No, mozesz juz i's'c — zwr'ocil sie do c'orki. — Prosze cie tylko, zeby sie to nie powt'orzylo.

— Dobre wiadomo'sci — rzucil od progu Godston. — Metody wuja daja pozadane rezultaty.

— No? — zainteresowal sie Summerson. — Tylko nic nie koloryzuj. Czy juz wiesz, kto dowodzi spiskiem?

Godston stropil sie.

— Jeszcze nie, ale i tego sie dowiem.

— No to 'spiesz sie. Czas jest drogi. M'ow, po co's przyszedl.

— Chcialbym uslysze'c w pewnej sprawie twoje zdanie. Patrz, co znale'zli'smy.

Godston wyjal z kieszeni maly, zloty pier'scionek z brylancikami w ksztalcie litery „S” i pokazal go prezydentowi. Summerson ozywil sie.

— U kogo to bylo?

— U Malleta. Stary technik ze Sialu. Przebiegly typ. Jeden z najbardziej podejrzanych.

— Co m'owil o tym pier'scionku?

— Ze znalazl go w windzie. Pytalem go tez, czy wie, ze jest to wlasno's'c prezydenta. Oczywi'scie zaprzeczyl.

— Moze to i prawda. To pier'scionek mojej c'orki, kt'ory ofiarowalem jej, gdy sko'nczyla 16 lat. Chyba jednak ukradl.

Godston podal Summersonowi pier'scionek, kt'ory prezydent wlozyl sobie na maly palec.

— Mozesz juz i's'c. Czekam na wiadomo'sci. Po chwili jednak zawr'ocil Godstona:

— Czy znaleziono trupy wczorajszych zbieg'ow?

— Nie. Ale oni na pewno nie zyja. Najprawdopodobniej zgineli gdzie's w przestrzeni kosmicznej. Nie widzieli zadnej mozliwo'sci ratunku, a wewnatrz ich nie znaleziono. Wiec chyba…

— A 'sluza obsadzona w dalszym ciagu?

— Nie. Rankiem kazale's skoncentrowa'c wieksze sily policji w poblizu dyrekcji Agro, wiec wycofa…

Chcial powiedzie'c „wycofalem ich”, ale zauwazywszy, ze policzki Summersona zsinialy z wrazenia, poprawil sie szybko na „wycofano”.

— Kto wycofal? — syknal prezydent.

— Jack Winter — wymienil nazwisko podwladnego pelniacego w tym czasie dyzur.

— Stopie'n?

— Starszy inspektor.

— Zdegradowa'c do zwyklego agenta.

— Rozkaz.

— O specjalnych zarzadzeniach pamietasz?

— Tak.

— Teraz sluchaj uwaznie. Okolo godziny dwudziestej pierwszej, gdy niewolnicy wr'oca z pracy do dom'ow, kaz zamkna'c przej'scia miedzy 2 a 3 poziomem i izolowa'c dzielnice A od dzielnicy B. Trzeba czarnych dobrze trzyma'c w gar'sci. Ponadto nalezy wzmocni'c patrole w ubozszych dzielnicach i obsadzi'c wszystkie wazniejsze punkty. Podejrzanych rewidowa'c, a w razie jakichkolwiek poszlak — zamyka'c, cho'cby to byli nawet kupcy. Swobode poruszania sie maja tylko czlonkowie wielkich rod'ow i to zwiazanych ze Sialem. Mellona i Morgana miejcie stale na oku. Urzednikom bedziesz wydawal specjalne przepustki za moja akceptacja. Wprowadzani stan wyjatkowy. Nie wiesz, co to znaczy? — spojrzal z wyzszo'scia na siostrze'nca. — To bardzo dobra rzecz. Nie bedziesz narzekal na brak roboty, no i ubocznych dochod'ow. Tylko uprzedzam cie: o ile kto's z czw'orki zbieg'ow pojawi sie w Celestii, mozesz sie razem ze swoim Winterem powiesi'c. A jakie panuja nastroje? — zmienil nagle temat. — Czy w miejscach bardziej uczeszczanych ludzie opowiadaja sobie jakie bajdy?

— Ach! — Godston machnal reka. — Zeby jeszcze tym sie przejmowa'c, to czlowiek calkiem by zglupial.

Prezydent, dopatrujac sie w tych slowach zlekcewazenia swojego pytania, zmarszczyl brwi i warknal:

— M'ow! Godston zawahal sie.

— Uwazalem, ze to nie takie wazne, bo…

— Mniejsza z tym, co uwazale's. M'ow!

— Gadaja, ze sily piekielne wmieszaly sie do ludzkich spraw i zaczely wystepowa'c czynnie. Opowiadaja, ze te nieczyste sily czy diably staja w obronie ludzi biednych i wydziedziczonych przez los. Dlatego nastr'oj motlochu jest… jak by to powiedzie'c… przychylny dla nich.

— I ty mi nic nie m'owile's? Wyciagna'c z ciebie nie mozna bylo…

— Bo zdawalo mi sie, ze to jakie's bajki… A moze to stad pochodzi, ze ten policjant, kiedy zwariowal, mial rzekomo diabla zobaczy'c. Przyslalem ci go wedlug zyczenia. Czy opowiedzial co's sensacyjnego?

— Dosy'c — odpowiedzial wymijajaco Summerson. — Mozesz juz i's'c. Czeka cie solidna robota.

Prezydent zastanawial sie chwile, czy nie byloby wskazane oglosi'c przez telewizory przynajmniej cze'sci tych argument'ow, kt'ore przekonaly Lunowa. Podja'c 'smialy krok, wyja'sni'c wreszcie tajemnice, oglosi'c, ze ku Celestii zblizaja sie diably z zamiarem zniszczenia jej, ze dokonaly juz wstepnego ostrzeliwania… Summerson upajal sie przez chwile swoim pomyslem. To by bylo poruszenie! Sensacja! Ludzie-wariowaliby z ciekawo'sci i leku, blagaliby o jak najszybsze zniszczenie tej okropnej rakiety. Ustalyby rozruchy, wszyscy pomogliby nam w walce…

Nagle prezydent wzdrygnal sie. Nie, tak nie mozna postepowa'c! To z pozoru wyglada bardzo prosto, ale co by bylo, gdyby jaki's kr'otkowzroczny kombinator w rodzaju Mellona zechcial nawiaza'c z nimi kontakt radiowy? Albo… Nieugieci… — poruszyl sie niespokojnie. — Tak, szkoda. Ten projekt jest stanowczo zbyt ryzykowny.

Stalo sie jednak to, czego prezydent zupelnie nie przewidzial w swych rachubach. Plan uchwycenia calego zycia Celestii w stalowe karby terroru policyjnego zupelnie nieoczekiwanie spalil na panewce juz w pierwszym momencie realizacji. Gdy zgodnie z rozkazem Summersona policja wkroczyla do dzielnicy niewolnik'ow, aby zamkna'c przej'scia i izolowa'c ja calkowicie od reszty malego 'swiata, napotkala zorganizowany op'or. Uzbrojeni w metalowe prety, lomy i butelki napelnione zracym plynem, Murzyni zwarta masa zagrodzili droge policji, domagajac sie opuszczenia przez nia dzielnicy. Policjanci byli tak zaskoczeni gro'zna postawa tlumu, ze po'spiesznie wycofali sie. R'owniez i Godston stracil w pierwszej chwili orientacje i nakazawszy tylko rozstawienie posterunk'ow na 3 poziomie zn'ow pobiegl do prezydenta.

Summerson na wiadomo's'c o buncie niewolnik'ow wpadl we w'scieklo's'c. Obrzucajac obelgami siostrze'nca rozkazal zwiekszy'c dwukrotnie liczebno's'c grupy przewidzianej do obsady dzielnicy murzy'nskiej i przeprowadzi'c pacyfikacje przy uzyciu broni.

Bylo juz jednak za p'o'zno na opanowanie dzielnicy blyskawicznym uderzeniem. Murzyni, widocznie spodziewajac sie ataku, zabarykadowali tymczasem przej'scia i po pierwszych strzalach policji posypal sie na nia istny grad r'oznego rodzaju przedmiot'ow. Policjanci otworzyli ogie'n z elektryt'ow, gdy naraz poczal dziala'c z ukrycia reflektor Green-Bolta.

Reflektor Green-Bolta w rekach Murzyn'ow! Bylo to tak nieslychane, ze policje ogarnela panika. Cofneli sie w poplochu wynoszac jako jedyna zdobycz liczne guzy, rany i oparzenia. Zmasakrowali w tym odwrocie cztery bezbronne niewolnice pilnujace k'oz na 3 poziomie.

W tej sytuacji prezydent postanowil uzy'c radykalnego 'srodka: kazal wiec obrzuci'c barykady ampulkami z gazem uzywanym do tepienia kr'olik'ow. Jednocze'snie Godston otrzymal rozkaz wykonania drugiej cze'sci akcji: obsadzenia przej's'c w ubozszych dzielnicach.

Wie's'c o walce toczonej na dolnych poziomach obiegla juz cala Celestie i spotegowala nastroje buntu. Wystarczyla iskra w postaci pojawienia sie patroli policji i drobnego zaj'scia przed stacja windy centralnej, a wzburzenie ogarnelo wszystkie dzielnice „szarych”. Wybuch rozruch'ow na 27 i 73 poziomie przekre'slil plany prezydenta.

Meldunki Godstona stawaly sie coraz bardziej przykre dla Summersona. Bylo juz oczywiste, ze kadry policji sa zbyt szczuple, aby zdlawi'c rozruchy na kilku poziomach Celestii jednocze'snie, zwlaszcza ze uzbrojone grupy Agro, cho'c na razie zachowujace bierna postawe, wyra'znie sympatyzuja z buntownikami.

Nic widzac zadnego sposobu, kt'ory ujarzmilby rozkolysane fale bumu, prezydent postanowil przede wszystkim broni'c siebie. W tym celu polecil Godston'ow i zgromadzi'c znaczna cze's'c policji na 17, 18, 19, 20 i 21 poziomie. Nakazano r'owniez policji, by nie przepuszczala zadnych grup, cho'cby tylko paroosobowych, i strzelala w razie odmowy natychmiastowego cofniecia sie poza obreb tych pieciu strzezonych poziom'ow.

Skupienie przez prezydenta policji wok'ol wlasne; siedziby oznaczalo oczywi'scie tylko chwilowa rezygnacje z zamiaru stlumienia rozruch'ow. Chodzilo o zyskanie na czasie dla zako'nczenia sprawy w tej chwili najwazniejszej, jaka byla likwidacja rakiet. Dopiero gdy niebezpiecze'nstwo udzielenia buntownikom pomocy z zewnatrz bedzie usuniete — prezydent m'oglby rozpocza'c pacyfikacje przy uzyciu wszelkich mozliwych 'srodk'ow.

Dzieki gro'znej postawie policji w poblizu siedziby Summersona i czlonk'ow rzadu panowal na razie calkowity spok'oj. Prezydent mial wiec te pocieche, ze otrzymywane wiadomo'sci m'ogl traktowa'c jako sygnaly odbierane z pewnego oddalenia, jako co's, od czego oddzielony by! kordonem policjant'ow nie dopuszczajacych do zbytniego zblizenia sie gwaltownej burzy. Nie dochodzily tez bezpo'srednio do jego uszu zadne odglosy krzyk'ow ani strzal'ow.

Za to meldunki dyrektora policji stawaly sie pelne grozy. Najgorzej dzialo sie na pierwszych poziomach: cala dzielnica niewolnik'ow wrzala otwartym buntem. Godston blagal o zwolnienie przynajmniej 30 policjant'ow z ochrony uprzywilejowanych poziom'ow, tlumaczac sie tym, ze sily strzegace drugiego i trzeciego poziomu sa slabe i czarni gotowi przedrze'c sie w glab Celestii, co byloby nieobliczalne w skutkach. Summerson z pasja zarzadzil wzmocnienie ochrony wok'ol swojej siedziby i polozyl sluchawke.

Zmniejszenie sil policyjnych sprawilo, ze niebawem, w'sr'od krwawych star'c. Murzyni wyparli policjant'ow z trzeciego i czwartego poziomu. Przekre'slalo to mozliwo's'c skutecznego uzycia gazu, poniewaz istnialo niebezpiecze'nstwo wytrucia trz'od nalezacych do Locha, prezydent za's nie chcial zrobi'c sobie z niego 'smiertelnego wroga ani placi'c odszkodowania za straty. Rozkazal wiec nie szturmowa'c ponownie dzielnicy niewolnik'ow, a tylko obsadzi'c uzbrojonymi w elektryty i Green-Bolty patrolami wszystkie wej'scia wiodace do niej. W ten spos'ob chcial calkowicie odizolowa'c te dzielnice od reszty 'swiata, uniemozliwiajac jakakolwiek laczno's'c.

Pozwolilo mu to na przerzucenie znacznej cze'sci policji do innych punkt'ow, zwlaszcza do dzielnicy przemyslowej Sialu.

Prawie wszystkie bowiem zaklady wytw'orcze byly nieczynne, „szarzy” za's laczyli sie w coraz wieksze gromady, ignorujac powtarzane raz po raz przez glo'sniki zadanie policji, aby sie rozeszli. Policjanci, po pobiciu kilku z nich przez tlum, coraz rzadzie! ingerowali bezpo'srednio, ograniczajac sie do zbrojnego pogotowia, tym bardzie] ze gro'zby uzycia broni potegowaly jeszcze w rzenie tlumu, a ponure okrzyki „krew za krew ” nie wr'ozyly policjantom niczego dobrego. Wrzenie przenioslo MC r'owniez do dzielnicy handlowej i urzedniczej. Tu rej wodzila mlodziez zaopatrzona nie wiadomo przez kogo w bro'n.

Na biurku prezydenta zaterkotal telefon. Ka'z i drugi…

— Halo!… Tak, to ja. Lunow zameldowal, ze rakieta przekroczyla przed chwila granice strefy dezintegracji i znajduje sie w odleglo'sci okolo 5900 km od Celestii, wolno przyblizajac sie do niej. Astronom twierdzil, ze przypuszczalnie za 16 godzin rakieta minie Celestie w odleglo'sci okolo 500 km.

Summerson zazadal dokladnych danych katowych. Otrzymawszy je, po'spiesznie polaczyl sie ze stacja rakiet, gdzie zainstalowano urzadzenia sterujace miotaczem.

— Prosze konstruktora rzadowego. Jak to — nie ma?… Co? To ty nie wiesz, ze Kruk popelnil samob'ojstwo, a jego nastepca jest Jim Bradley?… No, ale szybko! — Panie Bradley! Chodzi mi o wypr'obowanie celno'sci miotacza. Niech pan zapisuje. Deklinacja — plus 66 stopni i 2 minuty. Rektascensja — 2 godziny i 37,3 minuty. Tam odnajdzie pan pewne cialo, kt'ore znajduje sie w obrebie strefy dezintegracji nr 2 i nie leci wprost na Celestie… Co? Toz m'owie panu, ze sie tam znajduje. Prosze natychmiast odszuka'c to cialo, nastawi'c miotacz i przygotowa'c go do strzalu. Czekam przy aparacie, wiec niech pan sie 'spieszy.

Niebawem Bradley odezwal sie w sluchawce:

— Gotowe.

— Ma pan to cialo na ekranie?

— Tak. Celownik nastawiony, wszystko przygotowane. Summerson u'smiechnal sie do siebie. Rozparl sie jak najwygodniej w fotelu, zaczerpnal gleboki oddech i powiedzial wolno:

— Prosze strzela'c. Czekam na wyniki. Daremnie jednakze prezydent wpatrywal sie uporczywie w blade 'swiatlo matowej lampy, aby nie przeoczy'c charakterystycznego mrugniecia.

Summerson zniecierpliwil sie. M'oglby nie trafi'c od razu, ale on dotad jeszcze nie strzelal! Co u diabla?

— Halo, Bradley? Tak… No i co? Co? Nie dziala? Niech pan natychmiast naprawi to uszkodzenie! Natychmiast! Ty's umy'slnie zepsul! Przekupili cie tamci obietnicami, kt'orych wiadomo, ze nie dotrzymuja.

— Alez ja nic nie rozumiem — ozwal sie zalekniony glos Jima. — Jacy tamci mieli mnie przekupi'c? Spiesze sie, jak moge. Nie rozumiem, jak moglo nastapi'c uszkodzenie miotacza. Przeciez w nocy dzialal.

Prezydent ochlonal z pierwszego gniewu. Wydalo mu sie teraz, ze straszeniem Bradleya popsuje cala sprawe, bo chlopak zleknie sie i ucieknie z obawy przed odpowiedzialno'scia. Postanowil wiec gra'c na zwloke, dop'oki nie wyda odpowiednich instrukcji w tej sprawie Godstonowi.

— Dobrze, juz dobrze. Wierze panu, mlodzie'ncze! Czy w ciagu p'ol godziny naprawi pan uszkodzenie? No, to dobrze. Ale koniecznie. Czekam meldunku i zycze powodzenia.

Summerson zawiadomil Godstona, ze Bradley z monterami sa juz na stacji rakiet, i nakazal roztoczy'c nad nim nadz'or policyjny. Uspokojony zadzwonil powt'ornie do 'swiezo upieczonego konstruktora rzadowego.

— No i co? Jeszcze pan sie tu grzebie! Co takiego? Natychmiast jecha'c na nadpoziom! Daje panu 30 minut czasu, po tym za's terminie zostanie pan aresztowany i skazany na 'smier'c za zdrade. Prosze nie pr'obowa'c ucieczki, jest pan pod 'scislym nadzorem policji.

— Alez… — rozleglo sie w aparacie.

Prezydent wszakze juz tego nie sluchal. Zniszczy'c rakiete! Zniszczy'c za wszelka cene! A potem zrobi porzadek z tym durniem, kt'ory uczyl sie trzy lata u Kruka, a nie umie zastapi'c go w robocie przez jeden dzie'n. A moze Kruk umy'slnie strzegl zazdro'snie swoich umiejetno'sci? Wszystko jedno, tamten nie zyje, wiec smarkacz bedzie za niego odpowiadal.

Kiedy zastanawial sie, co robi'c dalej, do gabinetu wszedl bezszelestnie lokaj. Stanal przed swoim panem, sklonil sie usluznie i nachylony w kierunku ucha „pierwszego wladcy 'swiata”, powiedzial szeptem:

— Kto's jest w pokoju panny Stelli. 'Spi tam.

— Kto?

— Zdaje sie, ze ten sam.

— Ten, co byl w nocy? — zdziwil sie prezydent. — Az do tej pory?

— Nie jestem pewny. W kazdym razie kto's tam jest. Wyra'znie slyszalem, jak panna Stella do kogo's m'owila, ale nie przez telefon. A Gree jest przeciez tutaj.

— Dobrze. Skoro przekonam sie, ze tak jest, dostaniesz dwadzie'scia doliod'ow — prezydent machnal reka lokajowi na znak, ze ma juz odej's'c.

To skandal, co ta Stella wyprawia! I to po tym, co jej m'owilem rano! Trzeba raz sko'nczy'c z tym poblazaniem. Przeciez te jej ekscesy moga go drogo kosztowa'c. Malo ma klopot'ow z miotaczem, z niewolnikami i „szarymi”, nawet z Morganem i Mellonem?! Nie, do's'c juz tego!

Szybkim krokiem podazyl w glab mieszkania, stanal przed drzwiami apartament'ow c'orki i… zawahal sie. „A je'sli to mlody Handerson? Wszystko jedno” — pomy'slal i pociagnal za klamke.

Drzwi byly zamkniete.

Summersona ogarnal gniew. Juz podni'osl 'sci'snieta pie's'c, aby zalomota'c w drzwi, gdy naraz zmienil plan. Zapukal delikatnie w gladka plyte. Po chwili rozlegly sie lekkie kroki i w rozsunietych drzwiach stanela Stella zagradzajac soba wej'scie do pokoju.

Prezydent spodziewal sie tego.

— Jeste's sama? — spytal z pozornym spokojem.

— Tak.

Postapil krok naprz'od.

Dziewczyna poruszyla sie, nerwowo zaciskajac palce na framudze drzwi.

Odepchnal ja gwaltownie, minal szybko maly przedpok'oj i stanal w drzwiach sypialni. W blasku bialego 'swiatla patrzyly na niego rozszerzone przerazeniem ciemne oczy Daisy Brown. Fala krwi splynela na twarz Summersona.

— Co pani tu robi?

Dziewczyna milczala. Przej'scia ostatnich dw'och dni tak ja wyczerpaly, ze ledwie mogla unie's'c glowe z poduszki. Dopiero ostatniej nocy troche sie posilila i usnela na kilka godzin.

— Gdzie sa Kruk i Roche? — podjal zn'ow prezydent. — Chodzi mi gl'ownie o konstruktora Kruka.

— Nie wiem, gdzie jest Kruk — wyszeptala Daisy.

— Klamiesz! — wrzasnal Summerson. Nic nie odpowiedziala.

— Czy mam wezwa'c policje? Daisy przymknela oczy.

— Prosze sie dobrze zastanowi'c. Je'sli pani pomoze mi schwyta'c przestepce, otrzyma nagrode. Wysoka nagrode! Inaczej, jako wsp'olwinna, odpowie pani glowa.

Milczenie trwalo dalej.

Prezydent uczul dreszcz niepokoju. A je'sli Kruk jest w lazience? Reka siegnela blyskawicznie do kieszeni, gdzie spoczywal pistolet. Summerson wolal nie pozostawa'c w niebezpiecznej sytuacji. Spojrzal z nienawi'scia na reporterke.

— Ach, tak — wycedzil przez zeby. — No, zobaczymy, czy w dyrekcji policji nie przypomni pani sobie wszystkiego.

Nie spojrzawszy nawet na oslupiala z przerazenia c'orke, wybiegl z pokoju. Jednym szarpnieciem zasunal drzwi i wyciagajac z kieszeni bro'n wrzasnal na cale gardlo: — Mike!!!

Plomie'n buntu

Buck podni'osl zdziwiony wzrok na chudego, rudego chlopaka. Wyr'osl on przed Murzynem jakby spod ziemi w chwili, gdy ten skrecal w mroczny korytarz wiodacy do bocznej windy. Winda ta przeznaczona byla dla niewolnik'ow nalezacych do syndykatu Agro. Znal wyrostka z widzenia. Wiedzial, ze przewodzil on bandzie urwis'ow walesajacej sie po wszystkich poziomach Celestii. Banda ta dala sie juz nieraz we znaki jego braciom i siostrom.

„Czego ten bialyszczeniak chce ode mnie?” — pomy'slal z lekiem.

— Masz i's'c za mna — powt'orzyl wyrostek i chwycil niewolnika za podarty rekaw bluzy, jakby sie bal, ze ten mu ucieknie.

Buck nie wiedzial, jak ma postapi'c. Nie byl tch'orzliwy, jednak jeszcze zywo d'zwieczaly mu w pamieci uslyszane przed kilkudziesieciu minutami slowa rozporzadzenia prezydenta, powtarzane przez megafony calej Celestii. Rozporzadzenia, w kt'orym jakze czesto powtarzal sie zwrot „kara 'smierci”. Czy to nie zasadzka?

— No! — przynaglil chlopak ciagnac Bucka za rekaw.

Z sytuacji nie bylo wyj'scia. Usluchanie bialego wyrostka oznaczaloby, ze lamie zarzadzenie prezydenta, z drugiej za's strony stawianie oporu moglo sko'nczy'c sie tragicznie, zwlaszcza je'sliby chlopak wszczal alarm. Ociagajac sie Buck ruszyl wolno za chlopcem.

Weszli w waski, ciemny korytarzyk i po chwili staneli przed jakimi's drzwiami. Wyrostek zapukal trzykrotnie. Za drzwiami rozlegly sie kroki. Zgrzyt zasuwy i w progu stanela stara, przygarbiona kobieta.

Snop 'swiatla padl na przybylych.

— Ach, to ty, Jack — poznala chlopca. — Chod'zcie predko, bo Lett juz czeka. Otworzyla boczne drzwi, z kt'orych buchnal oblok gestego, zadymionego powietrza.

W zastawionym skromnymi sprzetami pokoju siedzialo przy stole trzech mezczyzn. W jednym z nich Buck poznal Cornicka i poczul, jak ciezar niepokoju spada mu z piersi.

— Siadaj, stary — zwr'ocil sie do niego monter wskazujac krzeslo. — Ty, Jack — powiedzial do rudego wyrostka — musisz sprawdzi'c, czy policja pilnuje przedniego wyj'scia na zewnatrz. Czy byle's kiedy's w osi 'swiata?

— Tam gdzie sie naprawia r'ozne cze'sci do silowni?

— Tak — powiedzial Lett. — Nad warsztatem znajduje sie ubieralnia i 'sluza. Nie byle's tam nigdy?

— Nie, tylko w warsztacie. Zanosilem wujowi obiad, gdy czyszczono na g'orze jakie's cze'sci.

— Latwo trafisz. Je'sli nikogo nie bedzie, to rozejrzyj sie dobrze po ubieralni, a zobaczysz takie okragle, grube drzwi do 'sluzy — tlumaczyl monter. — Sa podobno otwarte. Chodzi o to, ze je'sli nikt nie bedzie pilnowal, to je zamknij i wracaj. Zrozumiale's?

Chlopiec kiwnal glowa.

— Aha, jeszcze jedno. Musisz dobrze uwaza'c, aby cie tam policja nie nakryla. Najlepiej by bylo, gdyby's sie wybral z wieksza paczka chlopak'ow. Wszedzie sie wl'oczycie, wiec to nie zwr'oci uwagi. Kolegom nic nie m'ow, a drzwi zamknij przy okazji. No, jazda!

Chlopiec zniknal za drzwiami.

Cornick usiadl i przez chwile wpatrywal sie z napieciem w twarz Bucka, puszczajac w milczeniu kleby dymu tytoniowego. Wreszcie spu'scil ciezka reke na blat stolu i rzekl:

— Nie mozemy juz odklada'c. Rozpoczynamy dzi's w nocy. Czy twoi otrzymali juz od Boba wszystkie cze'sci Green-Bolta? Murzyn skinal twierdzaco glowa.

— Przystapcie natychmiast do montazu. Nie dajcie sie zaskoczy'c. Musimy ustali'c dokladny plan.

— Co z Malletem i Horsedealerem? — zapytal Buck. — Bez nich bedzie ciezko.

— Trudno. Nie mozna zwleka'c, bo Summerson skoczy nam do gardla. Trzeba zaczyna'c! Murzyn poruszyl sie nerwowo na krze'sle.

Wszyscy patrzyli w milczeniu na Cornicka czekajac dalszych wyja'snie'n.

— Rozmawialem przed chwila z Bernardem Krukiem.

— Krukiem? Wiec on zyje?

— Zyje. Policja albo nie wie o tym, albo celowo rozpuszcza plotki, ze zostal zabity. Gdzie on sie znajduje, tego sam nie wiem. Powiem wam tylko jedno: jest z nami. I co najwazniejsze: zdaje sie, ze nie Summerson Kruka, lecz Kruk Summersona bedzie mial w gar'sci.

Jakby dla zilustrowania swych sl'ow Cornick zacisnal pie's'c.

— Summersona w gar'sci… — wargi Murzyna poruszyly sie bezd'zwiecznie.

— Ale do tego nie wystarczy juz jeden czy drugi napad lub odbicie wie'zni'ow, jedno czy drugie przerwanie pracy w zakladach Frondy'ego, Handersona albo Kuhna — ciagnal dalej Cornick. — Musimy ruszy'c wszyscy. To prawda, ze moze by'c duzo ofiar. Ale czy teraz jest inaczej? Zabito Harry'ego na 12 poziomie… Policja zamknela Malleta, obu Miller'ow, Steye'a Browna, 12 innych naszych, nie liczac 22 czarnych, kt'orych aresztowali jeszcze wczoraj z rana. Wszyscy maja by'c straceni… Summerson straszy nas pieklem, ale z tego, co sie teraz dzieje, wida'c, ze on w Celestii chce nam takie pieklo zrobi'c, ze lepszego nie potrzeba.

— Oj, dobiera sie do sk'ory nie tylko czarnym z dolu, lecz zdaje sie, iz i z nami chce zrobi'c porzadek — rzekl kiwajac glowa szpakowaty, przygarbiony tokarz. — Teraz sie biora do tych, co nie maja co do ust wlozy'c. Nowa dzielnice wyszykowali, dobroczy'ncy, a jutro pokaze sie, ze to dzielnica bialych niewolnik'ow.

— Dlatego nie mozna zwleka'c. Jak sie rusza wszyscy razem — sko'nczy sie panowanie Summersona, a moze i innych „sprawiedliwc'ow” — zaakcentowal Lett. — Wszyscy razem przeciw nim! Wtedy beda musieli ustapi'c i ustanowi'c lepsze prawa. Dla wszystkich. I wam tez bedzie lepiej — dodal u'smiechajac sie szczerze do Bucka. — Przeciez wszyscy musza mie'c ludzkie prawa.

— Ludzkie prawa — powt'orzyl jak echo Murzyn.

— Musimy sie przygotowa'c. Rozkaz inzyniera S. — ciagnal Lett. — Ty, stary, zbierzesz swoich. Trzeba bedzie obsadzi'c kazde przej'scie. Walka z policja nie bedzie latwa.

— Troche sie boje, czy damy sobie rade — wtracil niepewnie Buck. — Nasi juz od wielu lat nie bili sie z policja. Niejeden moze sie nie odwazy'c…

— Twoja glowa, aby sie odwazyli — przerwal gniewnie Cornick. — Musisz wytlumaczy'c swoim, ze od tego zalezy ich los. Gdy sie rusza wszyscy, zobaczysz, jak policja bedzie zwiewala.

— A je'sli sie nie uda?

— Musi sie uda'c. Podobno Agro i Morgan tylko czekaja, aby uderzy'c na Summersona. Wiec nie beda nam przeszkadza'c. To tez wazne. Trzeba tylko uwaza'c, aby nikt nie wypaplal przed czasem. Zreszta na Celestii 'swiat sie nie ko'nczy — powt'orzyl zdanie przed kilkudziesieciu minutami wypowiedziane przez Kruka. — Pomagaja nam oni.

— O n i? — zdziwil sie Murzyn i naraz, co's sobie przypominajac, zapytal: — Czy… czy to prawda, co m'owia, ze diably chca napa's'c na Celestie?

— Kruk m'owi, ze oni nie chca na nas napa's'c i ze to nie diably, lecz ludzie. Chociaz po prawdzie…

— M'owile's mu o tym diable, co nam zycie uratowal? — spytal sluchajacy dotad w milczeniu elektromonter.

— M'owilem. Zaraz w pierwszej rozmowie. Ale on powiedzial, ze chyba musialo mi sie przywidzie'c. Ja jednak widzialem wyra'znie diabla.

— Widzial pan? — Buck spojrzal z oslupieniem na Cornicka. — Wiec to prawda, co u nas m'owia?

— Widzialem, i nie tylko to. Przeciez, gdyby nie ten diabel, juz by zaden z nas trzech nie ogladal 'swiata bozego. Ten dra'n Edgar Brown bylby nas powystrzelal jak kr'oliki. Az to „co's”, ten diabel, jak nie skoczy na niego. Brown strzela, a diabel nic, tylko sie zakrecil, ogonem machnal i na niego. Ani dra'n zipnal, cho'c zdaje sie, ze tamten go nie dotknal. Podobno teraz kuruje sie w szpitalu.

— Ale co sie z diablem stalo?

— Nie wiem. Zniknal.

— No, a Kruk co na to?

— Powiedzial, ze zapyta ich, co to bylo. Ale tez sie bardzo dziwil.

— To on z nimi rozmawia?

— Tak przynajmniej m'owil. Zapanowalo milczenie.

— Czy to diably, czy nie diably — rzekl Cornick — w kazdym razie nam pomogly. Je'sli jeszcze pomoga nam wzia'c za leb Summersona, to got'ow jestem 'spiewa'c im psalmy. Moze lepszy porzadek naprowadza na tym 'swiecie.

— Nie m'ow tak, Lett — wtracil stary tokarz. — To grzech tak m'owi'c.

— Grzech nie grzech. Nieraz sobie my'sle, ze wszystko to, co nam opowiada Summerson, jest wla'sciwie wielkim kantem. On chyba wierzy tylko w swoja sile. Moze to dobry b'og dla Summersona i jego kompanii, ale nie dla nas.

— Co prawda, to prawda — przyznal z wahaniem oponent. — Ja sie tez tych diabl'ow nie boje… Ale to zawsze nieczysta sila.

— Co bedziemy sobie teraz tym glowe zawraca'c — przerwal dyskusje elektrotechnik. — M'ow, Lett, dalej, co's mial m'owi'c.

— Nie ma co duzo gada'c — przytaknal Cornick, — Najwazniejsze, aby wszyscy wiedzieli, co maja robi'c na haslo. Czy wasi maja latarki elektryczne? — zwr'ocil sie do Bucka.

— U monter'ow pare sie znajdzie.

— To niedobrze, ze macie malo. Bez 'swiatla bedzie ciezko. A teraz sluchajcie wszyscy uwaznie. O tym, co za chwile powiem, nikomu ani slowa. Trzeba ustali'c termin. Kruk radzi, ze najlepiej byloby okolo p'olnocy. Inzynier S. tez m'owi, zeby jak najszybciej ruszy'c. Co wy na to? Czy zdazymy wszystko przygotowa'c?

— Chyba starczy czasu — rzekl kiwajac glowa starszy tokarz.

— Moze nawet lepiej byloby zrobi'c to wcze'sniej. Morgan moze uprzedzi'c, a to byloby niedobrze.

— Wcze'sniej pewno sie nie zdazy. Pom'owie zreszta z Krukiem. A ty, Buck, co na to?

— Ja nic. Niech tak bedzie, jak pan m'owi. Ale, po prawdzie, wielu naszych sie boi i nie wierzy ludziom.

— Musisz im wytlumaczy'c, co i jak. Przeciez to nasza wsp'olna sprawa. Teraz uwazajcie — znizyl glos. — Haslem bedzie wyga'sniecie 'swiatla w calej Celestii. Telefony, glo'sniki i telewizja beda nieczynne, windy tez. Trzeba ustali'c, co kto bedzie robil.

Cornick wstal i podszedl do stojacej w kacie skrzynki z narzedziami. Podni'osl wieko, wyjal splaszczony rulon i rozwinal go.

Cztery glowy pochylily sie nad planem Celestii.

— Zaczniemy tu — Cornick wskazal palcem na zaznaczone czerwonym ol'owkiem kolo.

— Dokad to?

Tegi, o nalanej, czerwonej twarzy policjant spojrzal gro'znie na Jacka.

— Nie macie gdzie sie szwenda'c? Malo miejsca gdzie indziej? — dorzucil drugi, mlodszy policjant obrzucajac gniewnym wzrokiem gromadke urwis'ow.

— Zabiera'c sie stad i jazda na d'ol — warknal pierwszy, popychajac stojacego najblizej chlopca ku otwartej windzie.

— Panie Bright! Zona sie o pana pytala! — zapiala cieniutko Mary. 'Smiech i wrzask towarzyszyly slowom dziewczynki.

— Stul pysk, mala, i zmykaj, bo!… — krzyknal gruby policjant ze zlo'scia, usilujac chwyci'c Mary za ramie, lecz ta dala nurka miedzy chlopc'ow i parskajac 'smiechem wolala dalej:

— Panie Bright, zona pa'nska tu idzie. Jeszcze jednego za jej zdrowie.

Policjant wpadl miedzy chlopc'ow rozdajac razy na prawo i lewo. Grupka rozpierzchla sie na wszystkie strony gwizdzac przera'zliwie.

— Ja wam dam! Ja was naucze! Nie bedziecie mogli siedzie'c — wolal w'sciekle Bright, goniac wymykajaca sie spod jego rak Mary. Aluzja do czestego zagladania przez niego do kieliszka i respektu, jaki czul przed zona, wyprowadzila go zupelnie z r'ownowagi.

— Bili, daj spok'oj. Bedziesz sie tu z tymi szczeniakami uzeral — usilowal powstrzyma'c Brighta jego kolega.

Lecz grubas zniknal za zakretem nie zwracajac uwagi na wsp'oltowarzysza. Ten stal przez chwile, jakby sie zamy'slil, i naraz skoczyl niespodziewanie, chwytajac za kolnierz jednego z chlopak'ow.

Reszta urwis'ow rzucila sie do ucieczki, znikajac w zakamarkach otaczajacych ostatnia stacje centralnej windy.

— Sta'c! — zawolal policjant. — Je'sli natychmiast nie wr'ocicie do windy i nie zjedziecie na d'ol, odpowiedza za to wasi rodzice!

Na ko'ncu korytarza ukazal sie Bright, ciagnac za wlosy opierajaca sie Mary Brown.

— Juz ja cie teraz naucze! — sapal kierujac sie ku windzie. — Odechce ci sie n cale zycie, zobaczysz.

— Panie Bright! Niech pan ja pu'sci!

Policjant spojrzal ze zlo'scia na wysuwajacego sie spoza zakretu Jacka.

— Tak was wszystkich spiore, ze dlugo mnie popamietacie!

— Panie Bright, niech pan ja pu'sci — powt'orzyl chlopak. — Czy pan chce, zeby…

— Co takiego? — wrzasnal grubas. — Ty, szczeniaku!

— Wolnego, panie Bright. Czy pan chce, zeby pa'nska zona wiedziala zawsze dokladnie, gdzie pan chodzi po pracy?

— Milcz, szczeniaku! — warknal policjant, ale w tonie jego glosu wystapila wyra'zna zmiana. Pu'scil wlosy Mary i tylko trzymal ja mocno za reke.

— Do's'c tego! — rzucil z niesmakiem drugi policjant. — Nie bedziemy ich przeciez taszczy'c do dyrekcji. Teraz nie czas na takie zabawy — uderzyl trzymanego za kolnierz chlopca w kark tak silnie, ze ten potoczyl sie na 'srodek pomieszczenia. — Pu's'c ja, Bili. Szkoda czasu. Tam stary czeka, a my tu marudzimy — zwr'ocil sie do towarzysza. — Zajmiemy sie nimi innym razem.

Bright skwapliwie pu'scil Mary.

— Zaraz tu wr'ocimy — zwr'ocil sie do Jacka grozac mu pie'scia. — Zeby tu juz nikogo nie bylo. Tym razem darujemy, ale je'sli zobaczymy was tu za dziesie'c minut, to szkoda gada'c. Ty sam za to odpowiesz.

Gwaltownie szarpniete drzwi windy zamknely sie z trzaskiem.

— Powinienem ci wyznaczy'c kare za niepotrzebne paplanie. Moglo sie 'zle sko'nczy'c, a i tak nie wiadomo, czy te draby nie beda sie chcialy odgry'z'c.

— To's ty taki? — zrobila obrazona mine. — Przeciez wla'snie dzieki mojemu gadaniu nie mogli nas stad przegoni'c.

— Dzieki mojemu czy dzieki twojemu? — u'smiechnal sie Jack widzac, ze Mary usiluje przypisa'c sobie cala zasluge.

— No, twojemu tez…

— Nie ma co duzo gada'c — przecial chlopak rozmowe. — Narobila's bigosu, ale ci to daruje. Teraz sa wazniejsze sprawy.

Podszedl do windy. Wyga'sniecie czerwonej lampki sygnalizowalo, ze policjanci wysiedli i d'zwig jest wolny. Jack nacisnal guzik.

— Co? Mamy wraca'c? — zdziwienie i zaw'od rozlaly sie po twarzach urwis'ow.

— Nie. Zaraz zobaczycie — powiedzial Jack tajemniczo.

— Co ty chcesz zrobi'c?

Winda zatrzymala sie. Jack otworzyl drzwi i zwr'ocil sie do towarzyszy:

— Zostawimy drzwi otwarte i je'sli nawet tym drabom zechce sie tu wraca'c, to niech ida piechota. Mozemy sobie spokojnie zwiedzi'c o's.

— A jak tam kt'ory jest jeszcze na g'orze?

— No to nogi za pas i wprost do windy.

— Ale z ciebie madrala, prezydencie! — zawolala z podziwem Mary. Jack u'smiechal sie z zadowoleniem.

— Zanim zdazyliby sie tu przywlec piechota, bedziemy z powrotem. Mamy czas obejrze'c wszystko dokladnie.

— A czy byle's tam kiedy? — zapytal jeden z chlopc'ow.

— Rozumie sie — odrzekl Jack wydymajac wargi. — Ja znam kazda dziure w Celestii. Trzeba jednak, zeby'scie i wy wiedzieli dobrze, gdzie, co i jak. Dlatego musimy korzysta'c z okazji. Te sklady sa zawsze zamkniete na klucz i tylko teraz, po tych awanturach, zostawiono je otwarte.

— Czy wiesz, Jack, ze ta kobieta, co zginela razem z Krukiem, to moja kuzynka? Daisy — ta, co byla reporterka u Greena? — przypomnialo sie Mary.

— Wiem — skinal glowa Jack. — Ale nie masz co o tym rozpowiada'c.

— Biedna Daisy — westchnela dziewczynka. — Taka byla wesola. Nieraz przychodzila do nas i…

— No, szkoda czasu — przerwal Jack obawiajac sie, by rozmowa nie zahaczyla o sprawe rzekomej 'smierci zbieg'ow. — Chod'zmy!

Z bijacym sercem, rozgladajac sie wok'ol zdziwionymi oczami, ruszyli przez korytarze i pomosty nad magazynami, docierajac w ko'ncu do centralnych pomieszcze'n. Zadne z dzieci poza Jackiem nie bylo dotychczas tak blisko osi Celestii. Powszechna sensacje budzila niewielka waga ciala i zwiazane z nia mozliwo'sci niezwyklych skok'ow. Biedny Jack nie byl w stanie odpowiedzie'c na wszystkie pytania, jakimi zasypywali go koledzy, nie tracil jednak rezonu i pomagajac sobie bujna fantazja z mina znawcy udzielal wyja'snie'n.

Dotarli wreszcie do samej 'sluzy, nie napotkawszy nikogo po drodze. Widocznie policjanci, na kt'orych natkneli sie po wyj'sciu z windy, stanowili jedyna obsade tych pomieszcze'n.

Z dreszczem podniecenia dotykaly dzieci zimnych 'scian 'sluzy. W wyobra'zni ich powstawaly niesamowite obrazy zrodzone z fantastycznych opowie'sci Greena o dziwach 'swiata oddzielonego od nich tylko gruba plyta okraglych drzwi. Widzieli siebie w skafandrach, czekajacych, az otworzy sie przed nimi nieznana, otwarta przestrze'n wszech'swiata. Jeszcze bardziej potegowaly wrazenie pogloski, krazace od rana po Celestii, jakoby zbiegowie zgineli wla'snie w tych pomieszczeniach.

— Wracamy! — zarzadzil wreszcie Jack i zamknal ciezka okragla plyte za ostatnim z koleg'ow wychodzacych ze 'sluzy.

Rozkaz zostal wykonany. Nalezalo teraz jak najszybciej powr'oci'c na d'ol.

Przynaglajac koleg'ow, kt'orzy niechetnie opuszczali g'orne regiony Celestii, p'olsl'owkami odpowiadal na padajace nieustannie pytania. My'slal tylko o jednym: jaki cel moglo mie'c zamkniecie drzwi? Dlaczego otrzymal od Cornicka taki dziwny rozkaz? Niezwykly splot przyg'od podniecal jego wyobra'znie.

Przybycie c'orki prezydenta na 74 poziom, do nedznego pomieszczenia, w kt'orym mieszkal Jack, przejelo trwoga cala rodzine chlopca. Jakiez bylo ich zdziwienie, gdy panna Summerson o'swiadczyla, ze celem jej wizyty jest rozmowa na osobno'sci z najmlodszym czlonkiem rodziny. Przestrach i obawa Jacka, ze chodzi tu o przykre konsekwencje jakiego's glupiego kawalu lub drobnej kradziezy, ustapily miejsca oslupieniu, gdy c'orka wszechwladnego prezydenta Celestii wreczyla mu w milczeniu mala, blyszczaca nakretke. Te sama nakretke, kt'ora wczoraj wcisnal w windzie do reki Toma Malleta jako um'owiony znak.

Stella Summerson, nie wyja'sniajac nic Jackowi, lecz nakazujac 'scisla tajemnice, kazala mu pojecha'c do budki telefonicznej na 27 poziomie i tam czeka'c podni'oslszy sluchawke.

— Masz tu pieniadze, bo pewnie bedziesz musial pare razy dzwoni'c — powiedziala kladac gar's'c monet.

Zostal sam.

Zbywajac wzruszeniem ramion pytania rodzic'ow podazyl na wyznaczone miejsce. Snujac r'ozne domysly usilowal odgadna'c cel dziwnego rozkazu.

Lecz oto po kilku minutach oczekiwania w sluchawce odezwal sie znajomy glos Toma Malleta:

— Jack, to ty?

— Ja — wyszeptal z przejeciem chlopak.

— Tu Tom. Sluchaj. Musisz poszuka'c Letta Cornicka. Znasz go?

— No, chyba. To ten, co robil u Frondy'ego, a potem u Kuhna?

— Ten sam. Znajdziesz go i powiesz mu, zeby zadzwonil o jedenastej pod numer tej budki. Nie nawal, Jack, bo to bardzo wazna sprawa.

— Zrobi sie — zawolal ochoczo chlopak. — A ty skad dzwonisz?

— Dowiesz sie niedlugo. Teraz koniecznie zawiadom Letta Cornicka, no i nikomu ani slowa o tym wszystkim.

Jack chcial jeszcze o co's zapyta'c, lecz oto w sluchawce zabrzmial jaki's meski nieznany glos:

— Jack. Pamietaj, ze czasami lepiej jest wiedzie'c jak najmniej. Dlatego r'ob tylko to, co ci m'owi Tom. Czy nie ufasz Tomowi?

— Gdziezby!… Ale…

— Jeszcze jedno, Jack — odezwal sie zn'ow glos Toma. — Gdyby ci Cornick co's polecil, to go sluchaj. Ale nikomu z naszych chlopak'ow nic nie m'ow, ze rozmawiale's ze mna.

— To sie rozumie.

— No, ped'z!

Trzask w sluchawce obwie'scil, ze rozmowa zostala przerwana.

Znalezienie Cornicka nie bylo zadaniem latwym. Od pamietnego publicznego wystapienia na zebraniu niewolnik'ow byl on poszukiwany przez policje i musial sie ukrywa'c. Wszystko wskazywalo, ze policja uwaza go za jednego z Nieugietych i w razie aresztowania grozi mu kara 'smierci. Rozumial tez, ze wobec nieduzych rozmiar'ow Celestii wpadniecie w rece agent'ow Godstona bylo tylko kwestia czasu. Zdawal sobie z tego sprawe, lecz zdecydowany byl nie da'c sie wzia'c zywcem.

Aresztowanie Malleta i kilku innych przyw'odc'ow oraz zerwanie laczno'sci z Horsedealerem sparalizowalo w powaznym stopniu kierownictwo zwiazku. Cornick nie stracil jednak glowy. Wsp'olnie z kilku pozostalymi jeszcze na wolno'sci przyw'odcami Nieugietych powolano nowe tymczasowe kierownictwo. Przewodnictwo objal inzynier Smith. Jako's dotychczas policja nie wpadla na trop, ze znany kierownik techniczny zaklad'ow chemicznych Morgana byl jednym z zalozycieli i przyw'odc'ow spiskowej organizacji „szarych”. Dzialajac z ukrycia pospiesznie gromadzili rozproszone szeregi, przygotowujac organizacje do walki. o tym wszystkim Jack, oczywi'scie, nie m'ogl wiedzie'c. Slyszal jednak, ze Cornicka poszukuje policja, i wiedzial, iz zwykle dopytywanie sie o niego do niczego nie doprowadzi. Uzycie chlopc'ow do zdobywania informacji bylo ryzykowne, niemniej jednak, po kr'otkim namy'sle, Jack postanowil skontaktowa'c sie z Fritzem, kt'orego ojca r'owniez poszukiwala policja. Zlozywszy sobie wzajemnie „przysiege tajemnicy” chlopcy ustalili, ze Fritz w jak najkr'otszym czasie postara sie dowiedzie'c co's o Cornicku. Jack nie powiedzial jednak koledze, ze rozmawial z Tomem, lecz o'swiadczyl og'olnikowo, ze „ma dla Cornicka wiadomo's'c od Malleta”, co moglo odnosi'c sie r'owniez do aresztowanego ojca Toma. Wkr'otce kontakt zostal nawiazany, tym latwiej ze nie moglo by'c podejrzenia, aby Jack dzialal na polecenie policji.

P'o'zniejsze wypadki potoczyly sie jak na ekranie telewizyjnym. Jack czul, ze wok'ol niego dzieja sie wielkie sprawy, a 'swiadomo's'c, ze uczestniczy w przygotowaniach do jakiego's wielkiego spisku, napelniala go duma. i oto teraz wracal z grupka koleg'ow po wykonaniu tajemniczego rozkazu Letta. „Dlaczego zamkniecie drzwi do 'sluzy odgrywalo tak wielka role?” — glowil sie bezskutecznie.

Szybko tez blysnela mu my'sl, typowa dla jego pietnastu lat i zycia, jakie wi'odl niemal od chwili, gdy posiadl sztuke chodzenia. C'oz prostszego jak przekona'c sie naocznie, na co potrzebne jest zamkniecie drzwi do 'sluzy. Po prostu „splawi” koleg'ow i wr'oci sam na g'ore.

Wprowadzenie w czyn postanowienia nie bylo trudne przy tym autorytecie, jakim cieszyl sie Jack-prezydent w'sr'od koleg'ow.

Po kilkunastu minutach znalazl sie sam na g'orze.

Z drzeniem przeszedl przez wlaz prowadzacy do ubieralni i rozejrzal sie wok'ol. Nic sie nie zmienilo w otoczeniu. Poczul sie nieswojo. Po co tu wla'sciwie przyszedl? Moze wynik zamkniecia drzwi bedzie znany dopiero za pare godzin? A moze to wywola eksplozje?

Przez plecy przebiegl mu dreszcz. Cho'c nic nie wskazywalo, aby mialo nastapi'c jakie's nadzwyczajne wydarzenie, pusta salka budzila w nim rosnace uczucie leku.

— Wraca'c, koniecznie wraca'c! — powtarzal sobie.

Przesunal sie ku wlazowi, gdy nagle metaliczny szczek dobiegl jego uszu. Zamarl w oczekiwaniu. Szczek powt'orzyl sie. Teraz wiedzial juz, ze pochodzi on spoza zamknietych drzwi 'sluzy.

Strach mieszal sie z ciekawo'scia.

Kto's znajdowal sie w 'sluzie. Ale kto? Oczywi'scie czlowiek z zewnatrz. Moze Tom albo konstruktor Kruk, kt'ory podobno tedy uciekl? Tak, to z pewno'scia Kruk. Dlaczego jednak policja nie pilnuje wyj'scia?

Gluchy szum motoru wdarl sie w cisze. Co to? Jack poczul, ze cierpnie mu sk'ora. Co to sie dzieje?.

Szum kompresora ustal raptownie. Jack instynktownie skoczyl w drugi koniec ubieralni i ukryl sie pod szeroka p'olka, obok szafy ze skafandrami.

Jednocze'snie owalne drzwi prowadzace do 'sluzy poruszyly sie i cicho rozwarly.

Jack spojrzal i zmartwial.

To, co zobaczyl, bylo tak niesamowite, ze przekraczalo swym nieprawdopodobie'nstwem wszystko, co drukowal Green w swych sensacyjnych ksiazeczkach. Oto jeszcze przed kilkudziesieciu minutami kpil z koleg'ow, m'owiacych o rzekomym pojawieniu sie diabl'ow, a teraz sam na wlasne oczy ujrzal to i lodowate zimno strachu ogarnelo cale jego cialo.

„Diabel” nie byl duzy, nie przewyzszal wzrostem piecioletniego dziecka. Nie mial tez przerazajacej paszczy ani plonacych ogniem oczu, tak czesto rysowanych w ksiazeczkach obrazkowych. Po prostu nie mial w og'ole ani paszczy, ani oczu. Wielka w por'ownaniu z reszta „ciala”, przekraczajaca kilkakrotnie swymi rozmiarami glowe ludzka blyszczaca kula z kr'otkim, matowym walcem u spodu, wsparta na pieciu cienkich, ruchliwych lapach — nic wiecej. Lecz wla'snie przez to samo, ze „diabel” r'oznil sie tak znacznie od tego, co wytworzyla wyobra'znia ludzi zamieszkujacych Celestie, wyglad jego musial budzi'c nieprzezwyciezone uczucie leku.

Glo'sny okrzyk odwr'ocil uwage Jacka w inna strone. We wlazie prowadzacym z warsztatu do ubieralni ukazala sie posta'c Deana Roche'a. Oczy jego wyrazaly oslupienie, a nerwowe drzenie rak opartych o krawed'z wlazu wskazywalo, ze sila woli przezwycieza uczucie strachu.

Tymczasem potw'or posunal sie kilka krok'ow naprz'od, na moment zamarl w miejscu, po czym cofnal sie ku 'sluzie. Jedno z ramion unioslo sie w g'ore i przywarlo ko'ncem stozkowo zako'nczonej „stopy” do 'sciany, tuz przy otworze wyj'sciowym.

Ogluszajacy trzask, podobny do wystrzalu pistoletu, wstrzasnal 'scianami pomieszczenia. Potem nastala nerwowa, dzwoniaca w uszach cisza. Jack zacisnal powiek! nie mogac opanowa'c panicznego leku. Zdawalo mu sie, iz za chwile cala Celestia rozleci sie na strzepy.

— Czy to ty jeste's Dean Roche? — wpadl niespodziewanie w cisze meski glos.

— Tak, ja — rozlegl sie zalekniony glos astronoma.

— Nie obawiaj sie! To przeciez tylko maszyna.

Jack otworzyl oczy i ze zdziwieniem ujrzal, ze potw'or zblizyl sie do Roche'a, kt'ory blady jak pl'otno wpatrywal sie w niego szeroko rozwartymi oczami.

— No, prosze sie nie leka'c. Prowad'z! — odezwal sie zn'ow „diabel”.

— Trzeba zej's'c nizej — wyszeptal astronom.

— Czy tu wszedzie almeralitowe 'sciany i podlogi?

— Nie. Jeszcze tylko ta podloga. P'o'zniej tylko miejscami.

— No, to schodzimy.

Roche zniknal w otworze, „diabel” za's zblizyl sie do wlazu i przez chwile badal lapami grubo's'c podlogi.

Zn'ow rozlegl sie gluchy trzask.

— Co pan robi? — dobiegl z dolu zalekniony glos astronoma.

— Nic gro'znego. Po prostu buduje sobie linie przesylowa z rezonator'ow wielozakresowych, gdyz almeralit odbija fale elektromagnetyczne.

L'sniaca kula przez chwile chwiala sie nad otworem, po czym znikla we wlazie.

— Tedy! — Jack zn'ow uslyszal glos Roche'a.

— Zaraz. To, zdaje sie, almeralit?

— Tak.

Trzask… Przez chwile panowala cisza, potem zn'ow przecial powietrze d'zwiek podobny do strzalu. Jeden, drugi. Rozlegl sie metaliczny szczek jakby zatrza'snietych drzwi windy… i cisza.

Uplynelo kilka minut, zanim Jack ochlonal na tyle, ze odwazyl sie podej's'c do wlazu. Ostroznie przykucnal nad otworem i spojrzal w d'ol. Pomieszczenie warsztatowe bylo puste. Czyzby wszystko to, co widzial i slyszal przed chwila, bylo przywidzeniem?

Pochylil sie nad otworem opierajac dlo'n o podloge.

Naraz odskoczyl gwaltownie. Jego reka, przesuwajac sie po zimnej, metalowej powierzchni, natrafila nagle na rozgrzane, niemal gorace miejsce. Spojrzal i uczul, jak strach zn'ow poczyna chwyta'c go za gardlo.

Na chropowatej, pokrytej gruba warstwa pylu i smaru podlodze ujrzal blyszczacy guzik, podobny do lebka duzej szpilki. Po drugiej stronie, z sufitu pomieszczenia warsztatowego, wystawal ledwo dostrzegalny, cienki koniuszek dlugiej igly, wbitej jaka's potworna sila w twarda plyte almeralitu.

Zaciskajac pie'sci Summerson krazyl po swoim gabinecie jak w klatce. Im dalej posuwal sie wiecz'or, tym wiecej cios'ow spadalo na jego glowe.

Bunt niewolnik'ow, rozruchy w dzielnicach mieszkalnych, uszkodzenie miotacza i wreszcie ostatnie druzgocace odkrycie, ze Kruk zyje i kieruje z pewno'scia buntem — wszystko to zupelnie wytracilo Summersona z r'ownowagi. Najbole'sniej jednak odczuwal zdrade swej c'orki. 'Swiadomo's'c, ze Stella uczestniczyla w spisku skierowanym przeciw niemu, napelnila go zgroza. „Musi umrze'c” — powtarzal sobie. — „Nie jest juz moja c'orka”. Lecz nie m'ogl sie zdoby'c na podjecie ostatecznej decyzji. Bijac sie z my'slami szukal rozpaczliwie jakiej's drogi wyj'scia.

Rozruchy w dzielnicy „szarych” przybraly charakter powszechny. Akcja policyjna nie zdolala ich stlumi'c ani ograniczy'c, do czego Godston przyznawal sie otwarcie. Jedynym osiagnieciem policji, kt'orym usilowal on zatuszowa'c niepowodzenie, byla ochrona pieciu poziom'ow wok'ol siedziby gl'ownych potentat'ow Sialu. Godston zapewnial, ze sa one calkowicie bezpieczne, ale prezydent traktowal to jako gwarancje wymuszona strachem. Reszta Celestii ukazywala sie jego wyobra'zni jak wzbierajacy ropie'n, wobec kt'orego zawodzily nawet najostrzejsze 'srodki zapobiegawcze. Specjalnie niepokoila Summersona przyniesiona osobi'scie przez Godstona wiadomo's'c o opanowaniu przez zrewoltowany tlum stacji rakiet. Nie m'ogl dodzwoni'c sie do Jima Bradleya, a resztki wlos'ow jezyly mu sie na my'sl, ze moze takze i mlody konstruktor znajduje sie poza zasiegiem jego woli i gro'zby.

Na odglos dzwonka w hallu prezydent otrzasnal sie z ponurego zamy'slenia. Do gabinetu wszedl Godston.

— No i co zeznala? — niecierpliwie rzucil prezydent.

— Niestety, na razie nie udalo sie jeszcze niczego z niej wycisna'c. Widocznie byla zbyt oslabiona uplywem krwi, bo zemdlala podczas bada'n.

— Cucicie ja?

— Tak. Felczer energicznie sie uwija.

— Skoro wr'oci do przytomno'sci, zajmiesz sie nia osobi'scie. Musisz wydoby'c z niej, co potrzeba. To kobieta, istota slaba, nie obdarzona ani sila woli, ani stanowczym charakterem. Poza tym mozesz nie przebiera'c w 'srodkach. Nic mnie nie obchodzi, co z nia zrobisz. Gdy wydostaniesz z niej wiadomo's'c o miejscu pobytu Kruka i Roche'a, postaraj — sie, dop'oki bedzie zywa i zdolna do dalszego indagowania, stwierdzi'c prawdom'owno's'c jej zezna'n. Sadze, ze dasz sobie z nia rade. Zreszta, ty lubisz takie zajecia… Teraz drugie, nie mniej wazne zadanie: musisz skontaktowa'c sie z Jimem Bradleyem. Byloby najlepiej, gdyby on m'ogl osobi'scie zameldowa'c sie u mnie.

— Wybacz… — Co?

— W obecnej sytuacji jest to niemozliwe. Po pierwsze nie wiem, co sie dzieje na nadpoziomie, bo przylegle okolice sa opanowane przez tlum. Pr'ocz tego Bradley nie przedarlby sie przez osiemdziesiat poziom'ow. Zbyt wielu ludzi go zna i tlum ryczy jednoglo'snie, ze nie pozwoli przebudowa'c miotacza. M'owia, ze miotacz ma sluzy'c zgladzeniu jakich's ludzi, kt'orzy leca w rakiecie. Nie spos'ob wytlumaczy'c im, ze sa to idiotyczne brednie.

— Spr'obuj jednak wysla'c kogo's na stacje rakiet. I zajmij sie ta Brown. No, jazda. Godston wyszedl.

Summersona nie mogly tak latwo zmiazdzy'c niepowodzenia. Przypominal kota, kt'ory spada zawsze na cztery lapy. Tym razem jednak cios byl bardzo silny. Summerson kochal Stelle. Bylo to uczucie bardzo szczeg'olne: w silnej, samolubnej milo'sci do c'orki kochal swoja krew, przedluzenie swojego „ja”.

Teraz zastanawial sie jeszcze nad innym palacym problemem: jak predko Daisy Brown wyda zbieg'ow? Dawniej uwazalby to pytanie za bezsensowne: wiadomo, ze slaba, zastraszona kobieta wszystko wyzna podczas pierwszego przesluchania. Nie moglo by'c inaczej! Ale obecnie dawne pojecia poczely w jego oczach nabiera'c nowych wymiar'ow. Do'swiadczenie paru ostatnich dni wskazywalo, ze fakty podwazaly wiele prawd dotad niewzruszonych, u'swieconych autorytetem Biblii i jego osobistego przekonania. A co najgorsze, prawdom tym zaprzeczal tlum, jego nieposlusze'nstwo, jego 'smiala postawa…

Prezydent ciezko opadl na fotel. My'slal teraz zn'ow o Stelli. Bal sie, ze jezeli spojrzy na nia, moze ulec podszeptom ojcowskich skrupul'ow i nie zachowa'c sie tak, jak dyktuje mu rozum.

Szamotal sie dluzsza chwile z wlasnym niezdecydowaniem, ze slabo'scia, kt'orej sam sie przed soba wstydzil. Z ciezkim sercem udal sie wreszcie do pokoju c'orki.

Lokaj strzegacy drzwi jej pokoju usluznie sie odsunal.

Dziewczyna podniosla sie z fotela. Stali teraz naprzeciw siebie przypominajac zapa'snik'ow, kt'orzy lustruja sie nawzajem przed walka. Prezydent wysilil sie na u'smiech, opadl na kanape i reka wskazal c'orce miejsce naprzeciwko.

— Siadaj!

Chwila meczacej ciszy.

— Gdyby's wiedziala… — rzekl z westchnieniem. — Gdyby's wiedziala, jak mnie boli to wszystko. To, ze wla'snie ty… No, bo kog'oz ja mam blizszego na 'swiecie? Teraz, kiedy rozzuchwalone szumowiny podnosza leb przeciwko mojej wladzy i boskim prawom, na kog'oz moglem liczy'c, jak nie na wlasna c'orke?

Stella spu'scila wzrok. Milczala uparcie. Summerson sam sie wzruszyl swoja szczero'scia.

— Zostala's otumaniona, moje dziecko — ciagnal lagodnie. — R'ozni oszu'sci, wrogowie moi, Boga i prawowitej wladzy, wpadli na szata'nski plan wciagniecia ciebie do tej piekielnej roboty. A ty, zamiast uprzedzi'c ojca o knowaniu lotr'ow — ty, moja c'orka, przystala's do nich. Czyz serce nie powiedzialo ci ani razu, ze jest to wielki grzech?

No, powiedz, Stello… Przeciez wiem, ze stoczenie sie w odmet tej podlej roboty kosztowalo cie z pewno'scia bardzo wiele. Dlaczego ulegla's tym podszeptom? No, powiedz…

Stella powoli ulegala elokwencji ojca. Zaczynala zalowa'c, ze go skrzywdzila. Nie wiedziala, co pocza'c, i czula sie bardzo nieszcze'sliwa.

— Dala's sie opeta'c ludziom, kt'orzy za doliody usiluja sprzeda'c Celestie — ciagnal dalej prezydent. — Czy twoje sumienie nie powiedzialo ci, ze pomagajac im zdradzasz nie tylko ojca, nie tylko boskie przykazania, lecz i caly 'swiat, w kt'orym zyjesz; ze zdradzasz Celestie?… I dla kogo? Dla kogo popelnila's zdrade? Czy Kruk wart jest twojej milo'sci? Przeciez chyba zdajesz sobie sprawe, ze opetal cie tylko dlatego, aby uzy'c jako narzedzia swych perfidnych plan'ow. Zabiegal o twe wzgledy nie dla ciebie, lecz dla twego posagu, dlatego, ze jeste's moja c'orka. Szkoda, ze nie byla's 'swiadkiem, gdy on, jak brudny handlarz z targowiska, kl'ocil sie ze mna o tw'oj posag. A teraz zdradza Celestie, bo mu te diably obiecaly wiecej, nizby zarobil na malze'nstwie z toba. W tym miejscu Summerson popelnil fatalny blad — blad, kt'ory podwazyl wszystkie jego dotychczasowe argumenty. Nie wiedzial bowiem, ze Stella byla poinformowana o tre'sci rozm'ow Kruka z lud'zmi z Astrobolidu. — Nieprawda! — przerwala mu hardo. Prezydent zaniem'owil na chwile.

— A, wiec to tak! — wyrzucil wreszcie z pasja. — Wiec wiecej wierzysz temu podlemu zdrajcy niz wlasnemu ojcu! Nie przypuszczalem, ze az do tego stopnia jeste's za'slepiona. Biedna, glupia dziewczyno! Moze r'owniez mu wierzysz, ze jeste's pierwsza i jedyna dla niego — chwycil sie ostatniego argumentu. — M'oglbym dostarczy'c ci niemalo dowod'ow, jak nikczemnie cie oszukiwal. Cho'cby taka Brown…

— Nieprawda! — padlo stanowczo i chlodno.

— Porozmawiamy wiec inaczej.

Na my'sl, ze Stella jako c'orka prezydenta wierzy w swoja bezkarno's'c, Summersona poniosly nerwy.

— Ot'oz wiedz — cedzil wolno kazde slowo — ze sa prawa wyzsze nad milo's'c ojcowska. Jako prezydent 'swiata rozkazuje ci powiedzie'c, gdzie ukrywaja sie Kruk i Roche!

Stella poruszyla sie niespokojnie na fotelu. Nic wiecej.

— Milczysz? Ot'oz o'swiadczam ci, ze powiesz. Je'sli nie mnie, to w dyrekcji policji. Dziewczyna zbladla:

— Tego nie zrobisz! Jak by to wygladalo? Dopu'sci'c do takiego skandalu! Slowa te prezydent uznal za ironie.

— M'ow natychmiast, gdzie oni sa! No! Predzej, bo nie mam czasu. Widzisz to? — pokazal jej pier'scionek. — Pamietaj wiec, ze wiem wiecej, niz przypuszczasz.

Odpowiedzialo mu milczenie.

— Przekaze cie policji! Nie zartuje! Cisza.

Doprowadzony do ostateczno'sci Summerson polozyl reke na sluchawce telefonu. Spojrzal gro'znie na c'orke.

— No?

Nie doczekal sie odpowiedzi. Polaczyl sie wiec z dyrekcja policji, kazac sobie przysla'c inspektora 'sledczego.

— Wiedz, ze prezydent jest do's'c potezny, aby nikt nie odwazyl sie uwaza'c za skandal tego, co zarzadzi — wyrzucil z pasja. — No, powiedz wreszcie, gdzie oni sa. Jeszcze masz czas…

Stella zaciela sie. Minuty uplywaly. W drzwiach stanal inspektor Clips.

— No? — rzucil prezydent jeszcze raz w strone c'orki. — A wiec dobrze — zawyrokowal, z wysilkiem hamujac gniew. — Bedzie pan towarzyszyl mojej c'orce do dyrekcji policji — oznajmil inspektorowi. I podchodzac do Stelli rzucil jej w ucho: — Tam z ciebie wycisna!

Dziewczyna poszla z inspektorem nie pr'obujac stawia'c oporu, milczaca, zastygla w naglym oslupieniu.

Tymczasem Summerson polaczyl sie z dyrekcja policji.

— Fred? Sluchaj! Przekazalem ci Stelle na przesluchanie. Chodzi o to, ze ona pewno wie, gdzie sie ukrywa Kruk. Oczywi'scie nie rozmawiaj z nia sam, bo ciebie dobrze zna i to oslabiloby wrazenie 'sledztwa. Wybierz kogo's inteligentnego. Masz Milda pod bokiem? Aha, no dobrze, to nie odrywaj go od pracy. A kogo proponujesz? Dw'och? Dobrze. Tak, oni sie nadadza. Uprzed'z ich: maja do czynienia z c'orka prezydenta. Nie 'smia, ma sie rozumie'c, ani jej uderzy'c, ani zachowywa'c sie tak, jak wy to umiecie. Niech dzialaja tylko na wyobra'znie. Moga bada'c przy niej tamta, zeby wiedziala, co jej grozi. No, musza pokaza'c swoja inteligencje. W razie powodzenia i awans, i premia. Skoro Stella albo ta reporterka co's wy'spiewaja, donie's mi natychmiast.

Polozyl sluchawke. Byl troche zly na siebie, ze nie kazal Godstonowi zameldowa'c sobie o przebiegu wypadk'ow z okresu ostatnich 20 minut, dzielacych go od poprzedniej rozmowy. Jednocze'snie wazyl w my'slach jeszcze co's innego.

Wreszcie zdecydowanym ruchem siegnal do telefonu i wezwal Godstona do siebie. Minelo jednak kilkana'scie minut, a dyrektor policji sie nie zjawial. Coraz wiekszy niepok'oj ogarnial prezydenta.

Nagle brzeczyk telefonu poderwal Summersona z fotela.

— Halo! Kto? Aha, z dyrekcji policji. Tu Summerson.

— Ekscelencja pozwoli, ze zloze meldunek — rozlegl sie glos w sluchawce.

— M'ow pan.

— Badanie Daisy Brown nie dalo na razie wynik'ow. Zn'ow zemdlala podczas chlosty. Odbywalo sie to zgodnie z instrukcja dyrektora Godstona, w obecno'sci c'orki jego ekscelencji. To wywarlo na niej silne wrazenie.

— Do rzeczy. Przesluchiwal pan moja c'orke?

— Tak jest. Mialem ten zaszczyt.

— I co powiedziala?

— Zeznanie wrecz rewelacyjne. Po prostu trudno mi uwierzy'c. Panna Stella o'swiadczyla, ze zbiegowie, to znaczy Kruk, Roche…

Slowa urwaly sie nagle.

— Halo, halo! M'ow pan dalej! No, no — gdzie jest Kruk?! Halooo!…

Nie bylo odpowiedzi. Prezydent uderzyl gwaltownie w widelki, raz, drugi, trzeci. Sygnalu nie bylo. Rzucil sluchawke i siegnal do drugiego aparatu. Ten r'owniez byl nieczynny. Czyzby centrala ulegla uszkodzeniu?

Naraz stanela mu przed oczyma scena sprzed dw'och dni, gdy r'owniez w najbardziej krytycznym momencie zostala przerwana pewna rozmowa telefoniczna. Tylko ze wtedy stalo sie to za jego wola i udzialem.

Zerwal sie z fotela i podszedl do 'sciany, gdzie wielki plan Celestii patrzyl na niego gro'znym okiem stu pier'scieni-poziom'ow.

Odsunal ruchoma cze's'c ramy i palce szybko raz po raz przebiegly po trzech guzikach.

Zamarl w oczekiwaniu. 'Sciana jednak nie rozsuwala sie. Zdziwiony ponowil pr'obe. Zn'ow bez rezultatu.

Czolo pokryly mu krople zimnego potu.

Silac sie na spok'oj jeszcze raz polozyl palce na guzikach. Naciskajac poczal wolno powtarza'c w pamieci cyfry klucza:

— 2, 3, l, l, l, 3, 2, 2, l, l, 3, 3, 3…

Nie doko'nczyl. Saczace sie dotad jednostajnie z sufitu biale 'swiatlo zamigotalo i zgaslo.

W pierwszej chwili uczul, ze ogarnia go strach. Opanowal sie jednak. Moze przyczyna tego wszystkiego jest jakie's uszkodzenie w sieci?

Podszedl po omacku do fotela i usiadl. Nagle przypomnial sobie przerwana rozmowe. Zapragnal wsta'c i biec przed siebie. Dokad? Zapewne do dyrekcji policji, a stamtad wprost do kryj'owki Kruka, kt'ora Stella zdradzila.

„Oni tam wiedza, skad ten drab dziala. A ja nic, nic, nic…”

Mial wrazenie, ze juz znajduje sie w piekle. Otworzyl oczy jak najszerzej, ale wszedzie panowala grobowa ciemno's'c.

Wstal powoli i podazyl w kierunku drzwi. Znalazl sie w hallu. Tam r'owniez panowala ciemno's'c. Udalo mu sie dotrze'c wreszcie do wyj'scia. Przylozyl ucho do metalu. Do's'c jednostajny szum dochodzil z tamtej strony jakim's zlowrogim d'zwiekiem.

Naraz uslyszal odglos przy'spieszonych krok'ow, kr'otka wymiane sl'ow za drzwiami i gwaltowne pukanie.

— Otw'orz! To ja, Kuhn. Otw'orz, na milo's'c boska, szybko. Przynosze wazne wiadomo'sci. Summerson przerazil sie.

— Co sie stalo?

— Wpu's'c mnie natychmiast. Najwazniejsza wiadomo's'c z centrali energetycznej — gl'owny stos atomowy przestal pracowa'c. Wpu's'c mnie!

Summerson otworzyl drzwi. W p'olmroku ujrzal przestraszone twarze trzech dozorujacych policjant'ow, a w dali co's jak oblok 'swiatel. Nim zamknal drzwi za Kuhnem, z halasu ^podobnego do szumu pedzacej wody wylowil wyra'zne:

— 'Smier'c Summersonowi!

…i w'owczas Allan Summerson przedstawil Radzie TORCH wniosek uzgodniony poprzedniego dma na poufnej konferencji ze mna, generalem Morganem i Williamem Frondym. Op'or byl mniejszy niz przypuszczali'smy. Jedynie Herbert Dalton i John Williams wystapili z kategorycznym sprzeciwem, zreszta z odmiennych powod'ow: Dalton ciagle jeszcze trzyma sie swej teorii o szybkim krachu gospodarczym i upadku rzadu „czerwonych republikan'ow”, Williams za's obawia sie zbyt wielkich strat energii i materii wyrzucanej przez silniki. Twierdzi on, ze w czasie manewrowania przy wyj'sciu z Ukladu Slonecznego konieczne zuzycie cennych substancji moze by'c katastrofalnie wielkie. Nie ma on racji. Mozemy bardzo dokladnie obliczy'c stopie'n zuzycia paliwa i wybra'c najdogodniejszy moment we wzajemnym polozeniu Celestii oraz innych cial niebieskich do opuszczenia Ukladu Slonecznego, gospodarujac paliwem jadrowym i masa robocza jak najoszczedniej. Tak wiec 16 glosami przeciw dwom zatwierdzony zostal plan budowy silnik'ow. Zaklady Centrum przystapily 21 kwietnia 1991 roku do pracy. Trzeba przyzna'c, ze decydujacym czynnikiem byl tu rosnacy op'or cze'sci zalogi, domagajacej sie zezwolenia na opuszczenie naszego sztucznego ksiezyca. Widocznie pulkownik Brown nieumiejetnie dobieral ludzi. Otrzymal przeciez wyra'zne dyrektywy od Morgana, ze zaloga powinna sie sklada'c z pierwszorzednych fachowc'ow, i to nie tylko pewnych politycznie, ale obawiajacych sie powrotu na Ziemie. Tymczasem nie minal jeszcze rok, a ponad pie'cdziesiat procent tych ludzi chce wraca'c. Niemaly wplyw mialy tu wiadomo'sci o amnestii dla bylych uczestnik'ow puczu Wintera, ale sam fakt, ze nasi ludzie wierza waszyngto'nskiej klice, nie jest dla nas pocieszajacy… Oczywi'scie, o zwolnieniu ich nie ma mowy, bo skad we'zmiemy nowych? Wszyscy zdajemy sobie sprawe, ze jedynym sposobem przekre'slenia mozliwo'sci buntu jest postawienie niezadowolonych przed faktem dokonanym.

— Przekre'slenia mozliwo'sci buntu… — rzucil z ironia w glosie Dean.

Bernard podni'osl glowe znad poz'olklych kart pierwszego tomu kroniki rzadowej i jakby odpowiadajac przyjacielowi, rzekl w zamy'sleniu:

— Tak. Czterysta pietna'scie lat… Czterysta pietna'scie lat ciaglej, ustawicznej walki tlumionej krwawym terrorem i najpodlejszymi metodami, lecz ciagle odradzajacej sie i wybuchajacej z nowa sila. Mimo zbrodni i gwaltu, mimo klamstw i tumanienia umysl'ow bzdurnymi bajkami zamazujacymi obraz 'swiata — bunt wybucha za buntem.

— Nikt — i nic nie stlumi tesknoty czlowieka do wolno'sci — poplynal kobiecy glos spod blyszczacej kuli „Lazika”, siedzacego na biurku.

— Tak… — Bernard spojrzal w bok. — Nikt i nic nie zgasi w ludziach tesknoty do wolno'sci i prawdy.

Przymknal nerwowo powieki. Mimo ze juz ponad pie'c godzin spedzil w towarzystwie niezwyklego go'scia, nie m'ogl sie jeszcze przyzwyczai'c do jego obecno'sci. Rozumial, ze „Lazik” to wylacznie cud techniki, niezwykle udoskonalony, zdalnie sterowany manipulator, zdolny wykonywa'c skomplikowane czynno'sci, ale nic poza tym. A jednak wyglad jego budzil w konstruktorze uczucie leku. Laczylo sie to z kontrastem, jaki stanowilo „ludzkie” zachowanie sie robota, spotegowane zwlaszcza glosem, w zestawieniu z jego ksztaltami. Gdy na d'zwiek sl'ow wypowiedzianych przez Suzy lub Wladka Bernard podnosil odruchowo wzrok, aby spojrze'c w oczy rozm'owcy, widzial przed soba tylko jednostajna, blyszczaca powierzchnie kuli.

Podobne uczucie przezywali r'owniez Dean i Tom. Ten ostatni zwlaszcza, mimo obszernych wyja'snie'n ludzi z Ziemi dotyczacych zasad funkcjonowania robota, nie m'ogl sobie ani rusz wyobrazi'c, ze nie jest on zywa istota.

— Sp'ojrzcie! — przerwal milczenie Dean przerzuciwszy kilkadziesiat kartek folialu. Juz ponad osiem godzin studiowal przeszlo's'c Celestii, wertujac zwlaszcza pierwszy tom tajnej kroniki. Wynotowal na kartce numery stron zawierajacych ciekawsze zdarzenia. — Okazuje sie, ze jeszcze przed zako'nczeniem budowy silnik'ow doszlo do pierwszego wiekszego buntu. Pod data 17 sierpnia 1992 r. „madry i przewidujacy” prezes Hartley, p'o'zniejszy pierwszy prezydent Celestii, zapisuje:

26 technik'ow i monter'ow zastrajkowalo, odmawiajac podlaczenia przewod'ow wodnych do silnik'ow. Zarzadzilem stan wojenny, gdyz termin jest kr'otki, a nieuko'nczenie montazu silnik'ow na czas oznaczaloby op'o'znienie startu co najmniej o rok. Jestem nieco zaniepokojony zachowaniem sie inzyniera Georga Sandersa. Przedwczoraj w czasie przyjecia wydanego przez Davidow glosil po pijanemu takie niebezpieczne poglady, ze musialem go osobi'scie przywola'c do porzadku. Nie przypuszczalem, ze taki zdolny i energiczny fachowiec moze by'c az taka baba. Kazdy z nas oczywi'scie teskni za krajem, ale zeby az do tego stopnia sie zapomnie'c? Moze zreszta Sanders zostawil kogo's na Ziemi i dlatego tak go tam ciagnie.

— Sanders! — siadajac na biurku Bernard przechylil sie na bok i chwycil za ramie Roche'a. -To chyba ten, kt'ory p'o'zniej zostal przyw'odca Partii Powrotu?

— Skad wiesz? — zdziwil sie Dean. — Przeciez jeszcze tego tomu nie przegladale's.

— Slyszalem o tym od Horsedealera.

— O czym m'owicie? — zapytala obslugujaca robota Suzy nachylajac glowe „Lazika” nad ksiega.

— Ten Sanders, o kt'orym przed chwila czytalem, po ucieczce Celestii zorganizowal stowarzyszenie zwane Partia Powrotu — wyja'snil Roche. — Partia ta odradzala sie zreszta stale w ciagu nastepnych trzystu lat, mimo terroru, niszczenia ksiazek i zapisk'ow oraz wypuszczania coraz to nowych, specjalnie spreparowanych wyda'n Biblii, calkowicie znieksztalcajacych obraz Ziemi. Ostatni wielki ruch za powrotem na Ziemie zako'nczyl sie potworna masakra 450 ludzi. Bylo to okolo roku 2250. Jest jeszcze wzmianka o „Stowarzyszeniu Badaczy” Tobiasza Greena, ale to, zdaje sie, juz mniejsza sprawa. P'o'zniej juz sie o Partii Powrotu nie slyszy.

— Jednak prawdy nie udalo sie zniszczy'c! — wtracil Kruk. — Dowodza tego odkrycia Rosenthala i Horsedealera.

— Co sie stalo z tym Sandersem? — padlo pytanie Suzy.

— Zginal. Zginal wraz z kilkudziesiecioosobowa grupa swych zwolennik'ow podczas pierwszego wielkiego buntu w 2007 r. Udalo im sie opanowa'c urzadzenia kierownicze silnik'ow rakietowych i w'owczas… Zreszta sluchajcie, co pisze Hartley:

Buntownicy zebrali sie na duzym skwerze, gdzie wysluchali przem'owienia Sandersa, kt'ory nawolywal, by sila zmusili rzad do powrotu. Dowiedziawszy sie, ze nakazalem demontaz urzadze'n centrali pilota, Sanders pognal tam na czele rozw'scieczonego tlumu. Ludzie pulkownika Browna zostali pobici, demontaz przerwany, Sanders obsadzil centrale i wyslal druga grupe, aby pilnowala zbiornik'ow paliwa. Wydawalo sie zdrajcy, ze jest juz panem Celestii, w chwili jednak, gdy zgromadziwszy kilkudziesieciu swych najbardziej zagorzalych zwolennik'ow w centrali pilota przygotowywal sie do obalenia rzadu, dosiegla go reka sprawiedliwo'sci. Za wola Boza gniazdo buntu przestalo istnie'c.

— Wiem — kiwnal ponuro glowa Bernard. — Zniszczono centrale jakimi's wybuchowymi pociskami wystrzelonymi z pojazdu rakietowego.

— Z pojazdu rakietowego? — zdziwil sie Dean. — Nic o tym Hartley tu nie pisze.

— Nie ma sie czym chwali'c.

— Jakie to wszystko ponure i straszne — wyszeptala Suzy. — Najpotworniejsze z tego wszystkiego jest to, ze i dzisiejsza wasza rzeczywisto's'c niewiele sie r'ozni od tej sprzed wiek'ow.

— Moze teraz wreszcie rozpocznie Celestia nowe zycie — westchnal Bernard patrzac w zamy'sleniu na poz'olkle karty kroniki.

Drzwi otwarly sie gwaltownie i do archiwum wpadl jak bomba Tom.

— Panie Kruk! Cornick pana wzywa!

Bernard zerwal sie z biurka i pobiegl za chlopcem do centrali. Szybko nasunal sluchawki na uszy.

— Halo, tu Kruk — rzucil w mikrofon. — Tak. Co? Zaczeli? Barykaduja sie? C'oz, stalo sie. To niedobrze. Mamy w tej chwili 21.40. Przynajmniej dwie godziny za wcze'snie. Przeciez nie zdazycie… Oczywi'scie. Tak… Nie! Nie wolno dopuszcza'c do przedwczesnego rozlewu krwi… To 'zle! Ten Summerson ma jednak nosa… Co? Tak. Ale niech nie ujawniaja zbyt wcze'snie, ze dysponuja reflektorem… Slusznie! Je'sli policja usilowalaby wedrze'c sie sila do dzielnicy murzy'nskiej lub uzyla gaz'ow, dobrze byloby przy'spieszy'c atak na wiezienie. To zdezorientuje Godstona. Co o tym sadzi „S”?… Tak. Przede wszystkim trzeba uwolni'c Johna. Zaskoczeniem mozna duzo zdziala'c… Co? Morgan?… A to ciekawe! Uwazam, ze pertraktowa'c mozna. Tylko bardzo ostroznie… No, tak. Chyba „S” wie najlepiej… Staraj sie utrzyma'c staly kontakt ze mna. Mozna zostawi'c Jacka. Niech pilnuje telefonu…

Zdjal sluchawki i zwr'ocil sie do Roche'a i „Lazika” oczekujacych wyja'snie'n:

— Policja usilowala izolowa'c dzielnice murzy'nska i doszlo do starcia. Policjanci zaskoczeni oporem czarnych wycofali sie. Murzyni za's buduja „korki” ze skrzy'n i beczek w korytarzach przy pastwiskach, obawiajac sie uwiezienia na dolnych poziomach. Moga zreszta w razie niebezpiecze'nstwa uzy'c reflektora Green-Bolta.

— M'owile's co's o gazach? — zapytala z niepokojem Suzy.

— Policja moze uzy'c gaz'ow stosowanych przeciwko pladze kr'olik'ow na plantacjach, ale watpie, czy to zrobi. W tych obszernych pomieszczeniach trudno bedzie zamkna'c wentylacje.

— Czy nie trzeba przy'spieszy'c wybuchu? — przerwal Dean. — Przeciez wystapienie czarnych zaalarmowalo przedwcze'snie policje.

— Jeszcze troche poczekamy. Podobno Morgan szuka z nami kontaktu. To mogloby powaznie zwiekszy'c nasze szanse. Za dziesie'c minut Cornick ma dzwoni'c ponownie. Zobacze teraz, co porabia Summerson.

Kruk zalozyl sluchawki i chwile manipulowal wtyczkami na rozdzielczej tablicy centrali telefonicznej. Na jego twarzy odbil sie wyraz zawodu. Juz mial wylaczy'c aparature, gdy naraz zmarszczyl brwi. Z napieciem wsluchiwal sie w prowadzona poprzez druty telefoniczne rozmowe.

Uplynelo kilka minut. Wreszcie rozmowa sie sko'nczyla i Bernard wylaczyl podsluch.

— Niedobrze — zwr'ocil sie do towarzyszy. — Przed chwila Summerson rozmawial z Godstonem. Murzyni przepedzili policje reflektorem, lecz Summerson nakazal uzy'c gaz'ow. To moze zalama'c psychicznie czarnych. Trzeba czym's odwr'oci'c uwage policji w inna strone.

— Przystepujemy wiec do walki?

— Zaraz sie naradze z Cornickiem, ale chyba nie. Na wla'sciwy wybuch troche za wcze'snie. Nie wszystko jeszcze przygotowane. Trzeba jednak czuwa'c na zmiane przy podsluchu. Ty, Dean, musisz sie tym zaja'c na razie sam, gdyz…

Nad telefoniczna tablica rozdzielcza zaplonela zielona lampka.

— To Cornick! — zawolal Bernard zakladajac sluchawki. — Tak. No i co?… Tak? A to niedobrze. Nerwy trzeba trzyma'c w gar'sci. Wiem, ze ludzie juz wszystkiego maja dosy'c, ale na nie skoordynowane posuniecia nie mozemy sobie pozwoli'c. Teraz trzeba koniecznie obsadzi'c centralny d'zwig i skwer Greena, gdyz inaczej oni moga sta'c sie panami sytuacji. Sadze, ze Murzyni powinni posuna'c sie na 4 poziom, aby zablokowa'c dolna stacje centralnej windy. Summerson kazal policji uzy'c przeciw nim gazu, ale wobec rozruch'ow na 27 i 73 poziomie nie bedzie mial do's'c sil i czasu na bardziej skomplikowane dzialanie… Tak! Koniecznie…

Kruk zrzucil sluchawki, wstal i zwracajac sie do Deana wskazal na taboret:

— Siadaj i w razie czego daj mi zna'c. Pilnuj zwlaszcza telefon'ow Summersona. Zaczelo sie r'owniez w dzielnicach „szarych”. Moze to zreszta i lepiej. Chociaz…

Zamy'slil sie.

— Wla'sciwie… Nie wiem, co robi'c — rozlozyl bezradnie rece. — Moze nalezaloby juz teraz wylaczy'c 'swiatlo, ale je'sli…

„Lazik” postapil pare krok'ow ku Bernardowi i zatrzymal sie. — Czy kto's zostal juz zabity lub ranny? — zapytala Suzy.

— Z ludzi nikt. Murzyn'ow podobno paru jest rannych.

— Biedni ludzie — wyszeptala dziewczyna.

— Kilku Murzyn'ow schwytala policja. Podobno zbito ich do nieprzytomno'sci.

— Dlaczego wiec nie przy'spieszycie wybuchu powstania? — w glosie Suzy drgala wyra'znie nuta oburzenia i wyrzutu. — Trzeba z tym wszystkim jak najpredzej sko'nczy'c.

— Nie wszystkie poziomy sa przygotowane. Czekam wla'snie na raport — konstruktor rozwinal plan Celestii znaleziony w archiwum. — Wylaczenie gl'ownej silowni — wskazal palcem w centrum planu — unieruchamia windy, utrudniajac w wielkim stopniu kontakt miedzy poziomami. Dopiero okolo jedenastej ludzie maja zaja'c odpowiednie pozycje. Musimy wiec zwleka'c jak najdluzej. Teraz, wobec wybuchu rozruch'ow, nie wiem doprawdy, co zaleci'c Cornickowi.

— Trudno mi samej co's wam radzi'c, ale poczekajcie… — powiedziala Suzy.

Kruk zdawal sobie sprawe, ze bez pomocy przybysz'ow z Ziemi walka bylaby znacznie trudniejsza. Wszak tylko dzieki ich niezwyklej i zupelnie niepojetej dla'n znajomo'sci urzadze'n wewnetrznych Celestii tak szybko zorientowal sie w mozliwo'sciach tajnej prezydenckiej centrali. A przeciez panowanie nad centrala oznaczalo w powaznym stopniu panowanie nad zyciem malego 'swiata zamknietego w almeralitowej puszce. Z centrali mozna bylo nie tylko kontrolowa'c przez urzadzenia podsluchowe wszystkie rozmowy telefoniczne, tu r'owniez krzyzowaly sie liczne przewody energetyczne i wodne, kt'orych wylaczenie moglo paralizowa'c zycie na poszczeg'olnych poziomach.

Prawdziwa rewelacja bylo odkrycie tablicy rozdzielczej kontrolujacej prace centralnego reaktora i gl'ownej silowni. Pelne zorientowanie sie w urzadzeniach centrali przy'spieszylo zwlaszcza przybycie „Lazika”. Projekt wizyty powstal zreszta w zwiazku z trudno'sciami technicznymi, wyniklymi z niezgodno'sci starych plan'ow Celestii z jej stanem obecnym, kt'ory bardzo sie zmienil po licznych przebudowach.

Z kazda minuta odslanialy sie wciaz nowe tajemnice prezydenckiej centrali.

Bogate zbiory biblioteki dawaly grupie rzadzacej nie tylko do's'c pelny, cho'c odpowiednio zabarwiony obraz przeszlo'sci i tera'zniejszo'sci Celestii, lecz znacznie szersza wiedze niz ta, jaka posiadali mieszka'ncy starego sztucznego ksiezyca. Wiedze, gwarantujaca przewage nad innymi grupami, kt'ore dostepu do archiwum nie mialy.

Wiedza ta jednak nie byla jeszcze wszystkim. Niezbednym narzedziem panowania byly urzadzenia centrali. Gl'ownie wiec o wladze nad tymi urzadzeniami toczyli miedzy soba walke „wla'sciciele” malego 'swiata.

Dopiero teraz Bernard zrozumial, dlaczego przeprowadzajac drobne naprawy niekt'orych urzadze'n tak czesto napotykal dodatkowe podlaczenia przewod'ow o nie wyja'snionym przeznaczeniu, biegnace przewaznie do prostokatnych skrzynek zabezpieczonych prezydenckimi plombami. Kiedy's, gdy nie m'ogl znale'z'c jakiego's zawilego uszkodzenia w sieci o'swietleniowej, pytal nawet prezydenta, czy moze otworzy'c taka. skrzynke. Summerson z niezadowolona mina o'swiadczyl, ze mieszcza sie tam tylko liczniki kontrolne sluzace celom podatkowym, i nie widzi potrzeby otwierania skrzynki.

Ze tez wcze'sniej nie zainteresowalem sie tym” — rozmy'slal Bernard. Zreszta nie mial jeszcze czasu zaznajomi'c sie dokladnie ze wszystkimi urzadzeniami Celestii, ale przeciez inzynier Toddy — mistrz Kruka — przez przeszlo dwadzie'scia lat byl rzadowym konstruktorem i znal almeralitowy dysk jak wlasna kiesze'n. Moze 'smier'c Toddy'ego wiazala sie wla'snie z tajemnica centrali?

Dokonywali kiedy's wsp'olnie renowacji centralnych przewod'ow wodnych. Tuz przy gl'ownym zbiorniku rozgaleziajacy sie rurociag wtopiony byl w 'sciane, przechodzac, jak sie zdawalo, na wylot przez jakie's zamkniete ze wszystkich stron pomieszczenie. Rura byla powaznie zuzyta i nalezalo dokona'c wymiany. Toddy o'swiadczyl jednak, ze remont przeprowadzi inna metoda, stosujac metalizacje natryskowa wewnetrznej powierzchni przewodu. Wszedl nastepnie do rury nakazujac Krukowi i monterom pozostanie na zewnatrz.

Wr'ociwszy po kilkunastu minutach Toddy odprawil monter'ow o'swiadczajac, ze sam dokona remontu. Na pytanie Bernarda, dlaczego osobi'scie chce wykona'c te stosunkowo prosta robote, inzynier odparl, ze to nie taka prosta sprawa. Gdy Kruk zaciekawiony ofiarowal mu swa pomoc, Toddy u'smiechnal sie gorzko i rzekl:

— W naszym 'swiecie zbytnia ciekawo's'c nie zawsze sie oplaca. Chyba ze prawda wiecej warta jest niz zycie. I ty moze juz niedlugo poznasz uczucie leku, ze wiesz za duzo. A raczej, ze inni wiedza, iz ty wiesz za duzo.

Widzac za's zdziwione spojrzenie ucznia, dodal ze smetnym u'smiechem: — Wierz mi, ze je'sli kiedy's zbyt gwaltownie wyfrune na Juvente, bedzie to kara za to, ze sie za bardzo interesowalem ko'ncami takich jak ten przewod'ow.

Dalsze pr'oby wyciagniecia czego's od mistrza na nic sie nie zdaly. Teraz Bernard zrozumial, ile krylo sie w tym zdaniu, wypowiedzianym przez rzadowego konstruktora na p'oltora roku przed jego tragiczna 'smiercia.

Czy 'smier'c ta byla kara za „kradziez tajemnic”? Teraz zwlaszcza, po przeprowadzonej przed kilku dniami rozmowie z Malletem, Bernard byl niemal pewien, ze Toddy nalezal do kierownictwa Nieugietych. Znal on warto's'c tajemnic ukrywanych przez rzadzaca klike i wiedzial, jaka wage moze mie'c ich posiadanie w chwili powstania. Czyzby w jego glowie zrodzil sie plan przygotowania kadry „szarych” fachowc'ow, z kt'orych pierwszym mial by'c on — Bernard Kruk? To, iz nie zdradzil swych plan'ow przed uczniem, nalezalo przypisa'c konieczno'sci zachowania do czasu jak najdalej idacej ostrozno'sci. Ze sl'ow Malleta wynikalo zreszta, ze wkr'otce po przekazaniu Krukowi znacznej cze'sci swej wiedzy Toddy zamierzal wciagna'c chlopca do organizacji. Nie zdazyl jednak… Moze policja wpadla na trop zwiazku Toddy'ego z Nieugietymi?

Moglo tu zreszta chodzi'c nawet o sprawy mniejszej wagi. Wszak wystarczylaby konieczno's'c dokonania waznej naprawy w tajnych pomieszczeniach prezydenckich, aby Summerson nie wahal sie zgladzi'c czlowieka, kt'ory posiadl niebezpieczna tajemnice.

Przytlumiony okrzyk Deana przerwal rozmy'slania Bernarda: — Astrobolid wszedl w strefe dezintegracji! Summerson otrzymal przed chwila dane katowe od Lunowa i przekazal je Bradleyowi dla ustawienia miotacza.

Zapanowala cisza. Bernard wpatrywal sie z napieciem w twarz przyjaciela. Naraz Dean parsknal 'smiechem.

— A to komedia! Zorientowali sie, ze miotacz nie dziala.

— Co? Co m'owia? — przysunal sie do niego Kruk.

— Czekaj. Zaraz, zaraz — odparl Dean, ruchem reki nakazujac milczenie. — Ale sie pieni. Uplynela zn'ow dluzsza chwila. Wreszcie Summerson sko'nczyl rozmowe.

— Grozil Jimowi, ze je'sli za p'ol godziny nie naprawi miotacza, odpowie za to glowa — Dean powtarzal Krukowi poslyszane nowiny. — Jim w tej chwili udaje sie z grupa monter'ow na stacje rakiet.

— Polacz mnie z nr 27 i zawolaj Cornicka — rozkazal Bernard. Po chwili w sluchawkach rozlegl sie znajomy glos:

— Wla'snie chcialem dzwoni'c. Policja, zdaje sie, co's knuje, bo wycofala sie z centralnych przej's'c. R'owniez w dzielnicy murzy'nskiej na razie spok'oj. Nie ruszaja sie.

— Sluchaj, Lett! Trzeba koniecznie zebra'c wieksza grupe i obsadzi'c biuro oraz stacje pojazd'ow rakietowych. Je'sli natrafia na policjant'ow, to niech natychmiast ich rozbroja. To samo trzeba zrobi'c, je'sli bedzie tam Bradley z monterami.

— Monterzy Bradleya tez juz wiedza, co sie 'swieci. To nasze chlopaki.

— Tym lepiej. Bedzie latwiejsza robota. A jak sytuacja z bronia?

— Jeszcze kiepsko. Mamy wszystkiego trzy Green-Bolty i dwana'scie pistolet'ow, ale z pewno'scia uda sie co's zdoby'c na policjantach.

— Co z Morganem?

— Nic z tego nie wyszlo. Chce, aby'smy poparli jego boj'owki, a broni da'c nam nie chce. Za to sporo elektryt'ow podrzucil r'oznym szczeniakom z dzielnicy handlowej. M'owi, ze chetnie przyjmie naszych ludzi do swych grup. A na to, oczywi'scie, zgodzi'c sie nie mozemy.

— O mnie nie wie?

— Nawet sie nie domy'sla.

Bernard manipulowal przez chwile wtyczkami i guzikami na plytce centrali telefonicznej.

— Telefon Stelli nie odpowiada. To dziwne! Je'sli jej nie ma, to przynajmniej Daisy powinna sie zglosi'c. Przeciez dzwonie w um'owiony spos'ob.

— Nie odpowiada? — Dean zmarszczyl brwi. — Spr'obuj sie jeszcze raz polaczy'c. — Telefon czynny, lecz nikt nie podnosi sluchawki — stwierdzil po chwili Bernard. — Czyzby nikogo tam nie bylo?

— To niemozliwe! Je'sliby tak bylo, to… To oznaczaloby…

Nie doko'nczyl, jakby wypowiedzianym glo'sno przypuszczeniem bal sie przywola'c nieszcze'scie.

— Moze Daisy wyszla do lazienki albo my'sli, ze to dzwoni Summerson?

Minelo p'ol godziny, a mimo czestych pr'ob nikt nie zglaszal sie na wezwanie. Niepewno's'c potegowal jeszcze bardziej fakt, ze telefon Summersona milczal r'owniez od kilkunastu minut. Przez pewien czas Bernard podejrzewal, iz powstalo jakie's uszkodzenie w sieci. Lampki kontrolne wskazywaly jednak, ze nic sie nie zmienilo.

Tymczasem jakby na zlo's'c w chwili, gdy Bernard zajety byl badaniem sieci, zablysla na tablicy rozdzielczej lampka sygnalizacyjna podsluchu telefonicznego nastawionego na aparat prezydenta. Zbyt jednak p'o'zno Bernard zauwazyl 'swiatelko i nim zdazyl dobiec i nalozy'c sluchawki, rozmowe przerwano.

Lecz oto w kilka minut p'o'zniej sygnal ponowil sie. Kruk polaczyl sie blyskawicznie, ale niestety poslyszane slowa nie wyja'snily sytuacji. Po prostu Summerson wzywal do siebie Godstona.

Po niejakim czasie zadzwonil ponownie Cornick. Donosil, ze biuro i stacja pojazd'ow rakietowych zostaly opanowane przez powsta'nc'ow, a Jim Bradley i trzej rozbrojeni policjanci zamknieci w 'sluzie. Kilku policjant'ow pr'obowalo wedrze'c sie do biura, ale atak ich spelzl na niczym. Policji udalo sie jednak obsadzi'c centralna winde i szereg przej's'c. Mimo chwilowego spokoju nalezalo sie liczy'c z tym, iz walka bedzie ciezka.

— I jeszcze jedna sprawa — meldowal Cornick. — Mamy Greena. Co z nim zrobi'c?

— Gdzie go schwytali'scie?

— Summerson uwiezil Greena w skladach materialowych Sialu. Znale'zli go tam chlopcy, kt'orzy szukali kurtek ochronnych. Bardzo dziekowal nam za uwolnienie. M'owi, ze Summerson zamknal go, a nawet chcial zabi'c za to, ze zadal r'ownych praw dla wszystkich ludzi i wolno'sci dla Murzyn'ow. Nie wiem, jak to tam naprawde bylo, bo cho'c Green nieraz juz 'spiewal o rozszerzeniu praw, nie nowina, ze chodzi mu o to, aby zaja'c miejsce Summersona. Dlatego nie chcieli'smy go wypuszcza'c bez porozumienia sie z wami.

Kruk zastanawial sie chwile.

— Czy bardzo sie oburza, ze nie chcecie go pu'sci'c?

— Po prawdzie, to zdaje sie, ze jest z tego nawet zadowolony.

— Zadowolony? — zdziwil sie Kruk.

— Boi sie policji Summersona — to jedno. Drugie to to, ze on by chcial sie z nami dogada'c.

— To znaczy?

— Ano m'owi, ze gdyby mu kto's dokladnie powiedzial, jak wyglada sytuacja, to moze m'oglby nam pom'oc. Kr'otko m'owiac: chcialby pogada'c z kierownictwem.

— Co na to „S”?

— Nie bardzo mu sie to podoba.

— Moze ma i racje. Kruk zamy'slil sie.

— Zrobimy inaczej — powiedzial po chwili. — Postaraj sie«przeprowadzi'c go pod silna obstawa do warsztat'ow w osi 'swiata. Czy to jest mozliwe?

— Chyba da sie zrobi'c. To niedaleko.

Kruk mial jeszcze zada'c jakie's pytanie Cornickowi, gdy 'swiatelko lampki sygnalizacyjnej podsluchu telefonicznego nie dalo mu doko'nczy'c rozmowy.

— Lett, poczekaj przy telefonie — zwr'ocil sie do Cornicka. — Wylaczam sie na chwile. Szybkimi ruchami palc'ow przelaczyl aparature. Przez kilkadziesiat sekund wpatrywal sie z napieciem w jaki's punkt plyty rozdzielczej, lowiac w skupieniu biegnace po drutach slowa, gdy naraz zbladl.

— Co sie stalo? — wyszeptal Dean. Bernard nie odpowiedzial.

— Daisy! — jeknal Dean.

Lecz w tej samej chwili Bernard gwaltownym ruchem wyrwal jaka's wtyczke z pulpitu i nacisnal guzik.

Zielona lampka zgasla raptownie. Bernard nacisnal inny guzik.

— Halo, Lett! Tu Kruk. Ile czasu potrzeba ci jeszcze na ostateczne przygotowanie akcji? Nie! Wykluczone! Mniejsza o nich, p'o'zniej sie dolacza. Musisz by'c got'ow za dziesie'c minut. Tak… Najlepszych ludzi rzu'c na dyrekcje. Jak najszybciej trzeba uwolni'c Malleta. Znajdziesz tam r'owniez… Wiesz juz o tym?… Przed chwila?… Tak. A wiec za dziesie'c minut.

Kruk zdjal sluchawki z uszu i spojrzal na przyjaciela.

Dean patrzyl blagalnie, jakby domagal sie zaprzeczenia swym najgorszym przeczuciom.

Bernard opu'scil glowe.

— Tak. Obie sa w rekach tych zbir'ow z dyrekcji policji. Summerson nie oszczedzil wlasnej c'orki.

— No a Daisy? Przeciez ona biedna… — nie doko'nczyl widzac zmiane w twarzy przyjaciela.

— Twoja Daisy to dzielna dziewczyna. Niestety Stella… — urwal. — Gdyby nie udalo mi sie w sam czas przerwa'c rozmowy…

— Zabili Daisy!

— Nie! Tylko jest nieprzytomna.

— Bili ja!

Bernard przymknal oczy.

Brzeczyk telefonu wdarl sie raptownie w cisze. Kruk siegnal po sluchawki.

— Tak? W porzadku.

Podszedl do duzej tablicy rozdzielczej. Ujal oburacz uchwyt wielkiego przelacznika i go ciagnal go w d'ol.

'Swiatlo w centrali zamigotalo, po czym nieco przygaslo.

— Czy pan wylaczyl 'swiatlo? — zapytal Tom wpatrujac sie z przejeciem w czerwona lampke plonaca na szczycie przezroczystej plyty.

— Tak. W calej Celestii panuje ciemno's'c.

— A oni juz nie beda mogli zapali'c 'swiatla? — pytal z niepokojem chlopiec.

— Kto?

— No policja, Summerson?

— Nie! — odparl Bernard. — Teraz nie oni, lecz my rzadzimy 'swiatlem!


U \zr\odel prawdy | Zagubiona Przyszłość | W potrzasku