home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z
Ŕ Á Â Ă Ä Ĺ Ć Ç Č É Ę Ë Ě Í Î Ď Đ Ń Ň Ó Ô Ő Ö × Ř Ů Ý Ţ ß


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | ôîđóě | collections | ÷čňŕëęč | ŕâňîđŕě | add

đĺęëŕěŕ - advertisement



W potrzasku

Juz sama ciemno's'c wywierala na ludzi silne wrazenie. Nawet ci nieliczni, kt'orzy wychodzili na zewnatrz, stwierdzali, ze byla inna niz w przestrzeni kosmicznej. Inna — bo calkowita. Nie lagodzily jej czarno'sci jarzace sie gwo'zdzie gwiazd, nie cieniowaly delikatne smuzki mglawic, nie o'swietlala jej pastelowa obrecz Drogi Mlecznej.

Stanely maszyny. Zamarl ruch wszelkich urzadze'n. Korytarze i skwery poczatkowo opustoszaly. Prawie nikt, opr'ocz niewielkiej liczby monter'ow i policjant'ow, nie mial latarek — byly bowiem zbedne w zyciu codziennym: nawet w zamknietych magazynach i szybach wentylacyjnych zawsze palily sie przy'cmione 'swiatelka orientacyjne.

Martwa ciemno's'c nie trwala jednak dlugo.

Oto ukazalo sie 'swiatlo: byl to niczym nie osloniety, zywy plomie'n chylacy sie lekko w bezruchu powietrza ku niosacemu go czlowiekowi. Za nim wyplywaly nastepne, podobne i niepodobne do niego, jawiace sie nagle i sunace wszystkie w tym samym kierunku. Ruszaly z siedemdziesiatych poziom'ow przej'sciami w d'ol, uparcie szly naprz'od. Wykonane prowizorycznie z tego, co sie znalazlo pod reka, pochodnie r'oznily sie wielko'scia, ksztaltem, kolorem plomienia. Poczawszy od nasyconych olejem, smarem czy spirytusem strzep'ow tkanin i waty, a sko'nczywszy na materiale o wiele rzadszym i kosztownym, bo drewnie, byly swego rodzaju sprawdzianem zaradno'sci i pomyslowo'sci tych, kt'orzy je nie'sli.

Spiralami schod'ow, gesta siecia korytarzy plynely czerwone, zielone, niebieskie, nawet ciemnofioletowe ognie, niewyra'znie o'swietlajac znuzone twarze o zacietych, milczacych ustach. Coraz nowe 'swiatla dolaczaly sie do tego niezwyklego pochodu i wkr'otce migocaca teczowym blaskiem znaczna cze's'c poziom'ow sprawiala wrazenie jakiego's niezwyklego teatru.

To samo dzialo sie na pierwszych poziomach. Poprzez lucerniki i laki gestych, slodkich traw, dr'ozkami pomiedzy zelaznymi ogrodzeniami ok'olnik'ow dla 'swi'n poruszaly sie 'swiatla, jakby na spotkanie tamtych, plynacych z g'ory. Przedostawaly sie poza barykady. Szly dalej i dalej… A ze drewnianych pochodni brakowalo tu zupelnie, calo's'c tej niezwyklej iluminacji byla jeszcze jaskrawsza, bardziej pstra.

Z daleka wida'c bylo jedynie r'oznokolorowe ogniki, jak gdyby poruszaly sie same lub niesione pradem plynacej wody. Tylko z bliska mozna by stwierdzi'c, ze twarze idacych sa czarne.

Tutaj takze milczenie bylo raczej regula. Poszczeg'olne, nieglo'sne zdania stanowily wyjatek. P'o'zniej dopiero, na dziesiatych i dwudziestych poziomach przerodzily sie one w potezna, huczaca fale glos'ow.

Poch'od trwal i r'osl. Nikt i nic nie stawialo tamy rozprzestrzeniajacej sie fali ludzkiej. Tylko z rzadka przed korowodem 'swiatel mignal cie'n zaleknionego policjanta… Tylko p'o'zniej, w poblizu dyrekcji policji i apartament'ow prezydenta, kr'otka seria strzal'ow przeciela gluchy pomruk nadciagajacej burzy…

Summerson drgnal w fotelu. Wrzawa tlumu, kt'ora juz jaki's czas dochodzila jego uszu, spotegowala sie gwaltownie. W huczacy ton wdarlo sie kilka strzal'ow z pistoletu.

Prezydentowi wydalo sie, ze slyszy gniewny tupot tysiaca n'og. Zacisnal powieki jak gdyby z obawy, ze ujrzy w czerni palacy, nienawistny wzrok wielu ludzi.

Skad bierze sie w nich odwaga stawiania czola jemu, wladcy 'swiata? Przeciez tego chyba nie organizuje ani Morgan, ani Mellon? Czy ten tlum nie rozumie, ze kto's musi nim rzadzi'c? Przeciez zawsze istnieli, bo musza istnie'c, ci, co rzadza, i ci, co sa rzadzeni. Rzady „ludu”, o kt'orych wspominaja stare ksiegi, to fikcja. „Szale'ncy! C'oz oni by zrobili bez silnej wladzy? A czy ktokolwiek w Celestii potrafi lepiej niz ja kierowa'c pa'nstwem? Wszystko, co robie, to dla ich dobra… To wszystko dla ich dobra — powtarzal w my'slach. — Nikt nie jest w stanie odmieni'c praw odwiecznych”.

Summerson czul fikcyjno's'c tego, co od pokole'n wpajano mieszka'ncom Celestii jako absolutna prawde. W prawde te czlowiek musial wierzy'c bez zastrzeze'n, nie porywajac sie na nia swoim slabym, ograniczonym rozumem. Prawda ta byla 'swieto'scia dla tulacza, pielgrzymujacego w zamknietej puszce z almeralitu po nie ko'nczacych sie bezdrozach Wszech'swiata.

To przypomnialo prezydentowi pewna ciekawa sprawe: W tajnym archiwum, przez pare wiek'ow strzezonym pilnie przed kazdym, kto nie nalezal do najwyzszego kierownictwa pa'nstwa, znajdowala sie dziwna Biblia. Zar'owno poz'olkly papier, jak i archaizmy jezykowe zarzucone w mowie od czas'ow niepamietnych wskazywaly na jej starozytne pochodzenie. Skladala sie z dw'och zupelnie odmiennych cze'sci, nie nazwanych tomami, lecz testamentami: starym i nowym.

Summerson czytal wiele rozdzial'ow tej ksiegi, kt'orej nie m'ogl obja'c jego umysl.

Trudno mu bylo zrozumie'c zwlaszcza to, o czym 'swiadczyly inne materialy zamkniete w archiwum — ze owa dziwaczna dla niego Biblia, w swej drugiej cze'sci gloszaca milo's'c bli'zniego jako powszechny obowiazek i nakazujaca przebacza'c swoim wrogom, byla az do ucieczki Celestii przez okragle dwadzie'scia wiek'ow nie bajka, lecz 'zr'odlem wiary dla wielu milion'ow ludzi. Czy na milo'sci wzajemnej i gotowo'sci do bezinteresownej ofiary dla innych mozna zbudowa'c 'swiat? To utopia, w kt'ora nikt rozsadny nie wierzy, gez silnego pa'nstwa, bez wladzy elity, bez przymusu, a wiec i policji, ci naiwni i kr'otkowzroczni marzyciele zmarliby z glodu i zimna. Tylko tacy ludzie jak on — Summerson — moga uratowa'c 'swiat.

Ta my'sl przeniosla prezydenta do dyrekcji policji. Co sie tam dzieje? Czy rozkazy jego sa wykonywane?

Czy kto's stamtad cho'c troche panuje nad sytuacja? Stella wydala tajemnice kryj'owki zbieg'ow, a jemu nic z tego nie przyszlo. Wydalo mu sie, ze ginie wla'snie dlatego, iz wskutek jakiego's okropnego zbiegu okoliczno'sci nie moze posia's'c tajemnicy, kt'ora policja wydarla jego c'orce i na jego rozkaz.

Wiec Stella powiedziala… A tamta, Brown, pewno zameczyli. Niech tam! Przekleta dziewczyna!

Summersonem owladnal dziwny nastr'oj. Stella powiedziala… Czul i zadowolenie, i gorycz. Chwilami nad uczuciem zaspokojenia dumy wlasnej g'orowalo przytlumione rozczarowanie. Dlaczego jego c'orka zalamala sie przy lada „dziecinnym” przesluchaniu? Tak, zalamala sie! Bo przeciez ani na chwile nie m'ogl uwierzy'c, aby jej ostatni krok powodowany byl skrucha i poczuciem winy. Po prostu zlekla sie policji. A tamta trzpiotowata reporterka okazala taki hart, na jaki by on sam chyba nigdy sie nie zdobyl.

To go gniewalo najbardziej i chociaz nie przyznalby sie za nic w 'swiecie nawet przed samym soba — instynktownie czul podziw dla meznej dziewczyny.

Czy jednak rzeczywi'scie przyczyna, kt'ora na poczatku sklaniala Stelle do milczenia, mogla by'c wylacznie milo's'c do Kruka?

My'sl ta cofnela go nagle w otchla'n czasu. Zapadl sie w lata dzieci'nstwa i mlodo'sci, w te dni odlegle, prawie obce jego trze'zwym obecnym zainteresowaniom zyciowym. A kiedy teraz przypomnial sobie ojca, matke, obie zony — zmarlych od lat wielu — stwierdzil zimno, ze nikogo z nich naprawde nie kochal.

Ojciec Edgara Summersona byl czlowiekiem podobnego pokroju, co on sam. Gracz polityczny, malo troszczacy sie o rodzine, pochloniety przer'oznymi kombinacjami, umacnial w szybkim tempie swoja pozycje w sferach rzadzacych. Zimny, wyrachowany i bezwzgledny, budzil strach w otoczeniu, nie wylaczajac zony i syna. Za to matka na sw'oj spos'ob bardzo kochala jedynaka i pozwalala mu na wszystko.

Prezydent przypomnial sobie pierwsza i jedyna w swoim zyciu milo's'c — Rite Dalton. Mial wtedy 19 lat. Plany mlodych ukladaly sie na poz'or r'ozowo. Rodzina Edgara wprawdzie bylaby chetniej widziala w swoim gronie bad'z c'orke „wielkiego” Handersona, bad'z tez panne Mellon, kolosalnie bogata jedynaczke, ale stada k'oz, kt'ore miala wnie's'c Rita w posagu, byly tez nie do pogardzenia.

Nieprzewidziana okoliczno's'c zniweczyla marzenia zakochanych. Gdy Loch, chcac pozby'c sie konkurencji, wytrul kozy Daltona — o czym m'owiono sobie tylko na ucho, bo oficjalnie jako przestepc'ow skazano Murzyn'ow — stary Summerson uznal malze'nstwo syna z c'orka zbankrutowanego hodowcy za mezalians i o'swiadczyl sucho synowi, ze rozkazuje mu zerwa'c z Rita. Dziewietnastoletni Edgar po raz pierwszy i ostatni w zyciu sprzeciwil sie woli ojca. Stary wpadl w gniew, poczal grozi'c synowi, lecz niebawem zmienil taktyke. Jeszcze tego samego dnia wykupil od bankiera Davida weksle Daltona wystawione na znaczna sume. Przerazony bankrut, zagrozony licytacja, o ile nie zerwie w ciagu sze'sciu godzin zareczyn c'orki, ulegl gro'zbie.

Na rozkaz ojca Rita przez kilka dni nie przyjmowala Edgara. Rzekomo byla nieobecna. Kiedy chlopak zaczal sie buntowa'c rozumiejac, ze w male'nkim 'swiatku o 'srednicy jednego kilometra, gdzie najdalsza podr'oz trwala tylko minuty, nikt nie opuszcza mieszkania na cale dni — stary Summerson zastosowal wobec syna areszt domowy.

Od tych dni luksusowego wiezienia poglebila sie szybko deprawacja mlodzie'nca, kt'ory do tej pory nie znal borykania sie z zyciem, ale takze nie wyrzadzal 'swiadomie ludziom zla. Poczucie wlasnej krzywdy zrodzilo w nim m'sciwa zadze odwetu. Nie wiedzial jeszcze, na kim bedzie sie m'scil, ale przysiagl sobie, ze skoro odzyska wolno's'c — bedzie juz zupelnie inny.

Ten proces duchowy nie potrafil jeszcze zabi'c w Edgarze szczerego uczucia milo'sci do Rity. Totez dowiedziawszy sie, ze wychodzi ona za maz za starszego Lunowa, wpadl w histeryczna rozpacz i zagrozil matce samob'ojstwem.

Rychlo jednak dokonal sie w chlopcu przelom. W niemalym stopniu przyczynil sie do tego ojciec Edgara…

Teraz posiwialy wladca wspominal tamta daleka chwile z u'smieszkiem obojetno'sci. Pamietal ja drobiazgowo. Ojciec usiadl w fotelu naprzeciwko niego i zaproponowal interes handlowy: uzalezniony od Sialu Lunow za cene 12 000 doliod'ow wypozyczy Edgarowi swa mloda zone na dwa miesiace, Edgar natomiast wyrazi pisemna zgode na potracenie tej kwoty wraz z odsetkami z dochod'ow plynacych z udzialu w Sialu, kt'orymi bedzie m'ogl dysponowa'c za siedem lat osiagnawszy wiek dojrzalo'sci prawnej.

Gdy w dziesie'c lat p'o'zniej zainteresowal sie Mary Morgan — czul w sercu kamienny spok'oj, ze potrafi milo's'c przelicza'c tylko na doliody.

Dlaczego Stella mialaby by'c inna niz on sam i nie zdradzi'c kryj'owki Kruka tylko dlatego, ze wydalo jej sie, iz go kocha? Zachowanie sie c'orki potwierdzalo raczej teze, do kt'orej doprowadzilo go wlasne do'swiadczenie. To stwierdzenie budzilo jednak nowe watpliwo'sci i podejrzenia. Moze nie docenil Stelli jako wsp'oluczestnika spisku?

A je'sli Stella sklamala? Moze chciala zagra'c na zwloke? Moze z g'ory wiedziala o zga'snieciu 'swiatla oraz przerwaniu telefonicznej laczno'sci i na to wla'snie liczyla? Je'sli organizacyjne przygotowanie buntownik'ow zaszlo az tak daleko…

Reka poszukal Kuhna i mocno 'scisnal go za ramie.

— To ty?

— Ja — rozlegl sie przestraszony glos ministra.

Prezydenta ogarnal nagle lek, ze w pokoju znajduje sie jeszcze kto's trzeci. Chcial zwalczy'c w sobie to przywidzenie, gdy niespodziewanie uslyszal zupelnie blisko glos Godstona:

— Bardzo przepraszam… Pierwszym impulsem Summersona bylo ofukna'c siostrze'nca: bez zameldowania? Jak 'smie? Ale niezwyklo's'c sytuacji stlumila jego gniew.

— Jak tu wszedle's? — zapytal.

— Mike mnie wpu'scil.

— Czego chcesz?

— Chcialem zameldowa'c… Wszedzie ciemno's'c…

— Tez nowina! Masz latarke?

W odpowiedzi blysnelo do's'c silne 'swiatlo.

— M'ow — ton glosu 'swiadczyl o wracajacej pewno'sci siebie.

— Napad na wiezienie. Odbili przyw'odc'ow… Wypu'scili wszystkich wie'zni'ow! Niewolnicy wyszli zza barykad! Ludzie gromadza sie. Wykrzykuja potworne rzeczy…

Summerson wpadl w furie.

— Tyle tylko wiesz?! Po co's przyszedl? Zeby mi powiedzie'c, ze ciemno?!… Precz stad!!!… Czekaj! — zmienil decyzje. — Powt'orz mi dokladnie, co zeznala moja c'orka!

— Nic nie wiem.

— Jak to? Otrzymalem wiadomo's'c telefoniczna z dyrekcji policji. Tw'oj urzednik donosil, ze przesluchiwal Stelle i uzyskal od niej dokladne dane, gdzie ukrywa sie Kruk. W tym najwazniejszym momencie polaczenie zostalo przerwane. Zreszta zaraz potem zgaslo 'swiatlo. Czy tobie ten policjant nie zlozyl meldunku? Jest to dow'od, do jakiego stopnia lekcewazyle's tak doniosla sprawe.

— Szedlem do ciebie, ale zaczely sie rozruchy, wiec zawr'ocilem. Nie udalo mi sie jednak dotrze'c do biur dyrekcji. Jeszcze przed zga'snieciem 'swiatla wieksza grupa buntownik'ow skupila sie na tym malym skwerze na 20 poziomie. Gdyby's slyszal, jak zaczeli wy'c, gdy mnie zobaczyli! Musialem zostawi'c dw'och moich chlopc'ow, aby ich zatrzymali cho'c na pare minut. Nie doszedlbym tutaj.

Prezydenta zn'ow ogarnelo przygnebienie. A wiec tuz pod bokiem, o dwa poziomy wyzej, nie on, lecz tlum panuje. Bal sie pyta'c o szczeg'oly. Czym predzej zmienil temat rozmowy.

— Ale moze gdzie indziej 'swiatlo sie pali? Moze reaktor pracuje? Chce zbada'c to natychmiast!

— Skoro Fredowi nie udalo sie doj's'c do dyrekcji policji, to kto przedostanie sie do centrali o'swietleniowej? — wtracil milczacy dotad Kuhn. — Tyle poziom'ow tam i z powrotem, nie, to zupelnie nierealne. I kto mialby i's'c? — zaniepokoil sie, czy Summersonowi, zdecydowanemu na wszystko, nie przyjdzie do glowy my'sl wyslania wla'snie jego.

— Kaz policjantowi z twojej ochrony — rzekl oschle prezydent zwracajac sie do Godstona — zeby udal sie do centrali o'swietleniowej i obwie'scil tam moja wole: za pietna'scie minut 'swiatlo w Celestii i premia dla najgorliwszych w akcji naprawy. Albo jutro caly personel centrali stanie przed sadem, a sadzi'c bede ja sam!

Godston wyszedl zostawiajac uchylone drzwi, przez kt'ore wdarly sie do gabinetu odglosy strzal'ow i okrzyki wzburzonego tlumu. Wrzawa ta rosla z minuty na minute, a coraz blizsze i czestsze strzaly podrywaly prezydenta z fotela.

Strzelanina umilkla raptownie. W'sr'od krzyk'ow, trzask'ow i lomot'ow Summerson uslyszal tuz przed soba w hallu wyra'zny odglos krok'ow. Cofnal sie i natrafil na czyja's wyciagnieta w p'olmroku reke.

— To ja! — padl okrzyk. Prezydent poznal glos Godstona.

— Co za licho? — rzucil w rozdraznieniu. — Aha, dobrze, ze jeste's. Wykonasz natychmiast moje polecenie, m'oj rozkaz! — zaakcentowal. — M'owie o wypuszczeniu wody z gl'ownego zbiornika. To poskromi tych szale'nc'ow. Najwazniejsze…

— Tlum…

— Nie przerywaj! — krzyknal Summerson. — Dopilnuj w szczeg'olno'sci zamkniecia polacze'n miedzy…

— Tlum wylamuje drzwi twego mieszkania!

Dopiero teraz groza sytuacji dotarla do 'swiadomo'sci prezydenta.

— Cooo?!

— Kuhn, Mike i reszta moich i twoich ludzi barykaduja gl'owne wej'scie.

— Barykaduja wej'scie? — przerazil sie Summerson. — Dlaczego nie wlaczyli Green-Bolt'ow i zautomatyzowanych elektryt'ow?

— Jak mogli wlaczy'c?! Przeciez nie ma pradu!

Rozlegl sie jaki's halas… W 'swietle latarki ukazal sie Kuhn przesuwajacy z pomoca lokaja ciezki fotel. Summerson wraz z Godstonem goraczkowo chwycili za drugi.

Barykada z niewielu sprzet'ow, wzniesiona napredce w hallu, byla bardzo slabym zabezpieczeniem. Prezydentowi wydawalo sie, ze widzi juz twarze rozpalone gniewem, usta plujace okropne wyrazy, roziskrzone oczy i rece wzniesione przeciwko niemu… Gdy slyszal coraz wyra'zniej powtarzajacy sie jak haslo, gardlowy okrzyk: „'smier'c Summersonowi!” — musial uwierzy'c, ze to rzeczywisto's'c. 'Swiadomo's'c 'smiertelnego niebezpiecze'nstwa wyzwolila w nim jednak nowe sily. Opanowal lek i zmusil umysl do trze'zwej, realnej oceny sytuacji. W tej chwili nie m'ogl juz liczy'c na policje i czlonk'ow rzadu, ale przeciez nie wszystko jeszcze bylo stracone… G'ora sprzet'ow zatrzesla sie. Jaki's przedmiot spadl z trzaskiem, potracajac Mike'a.

— Koniec 'swiata — zapiszczal cienko Godston.

Uslyszawszy okrzyk siostrze'nca Summerson spojrzal na niego z pogarda. Ogarnelo go obrzydzenie na widok tak jawnie okazywanego tch'orzostwa.

— Ty niedowiarku! Celestia nie moze zgina'c! Ani my! Zaraz was wyprowadze.

— Juz wywalaja drzwi!… — jeknal Mike.

— Ty tu?! Marsz! Pod barykade!

Lokaj postapil krok w strone hallu, gdy oto rozlegl sie grzmot spadajacych mebli i triumfujacy stuglosy krzyk.

A wiec koniec… Nie ma zadnego ratunku! Koniec wszystkiego…

Juz dwie godziny minelo od chwili, gdy wzburzony tlum zni'osl ustawiona w hallu barykade i buszowal bezkarnie po prezydenckich apartamentach. Brak pradu elektrycznego unieruchomil wszystkie zautomatyzowane stanowiska ogniowe i urzadzenia obronne, kt'ore mialy dziala'c za naci'snieciem guzika w gabinecie prezydenta. Co wiecej — odcial go od tajnych pomieszcze'n, stanowiacych w tej chwili jedyna prawdziwa kryj'owke i bastion obronny.

Jeszcze niedawno wszechwladny Summerson, osaczony teraz z Godstonem, Kuhnem, lokajem i dwoma policjantami w czterech 'scianach swego gabinetu, nasluchiwal z trwoga d'zwiek'ow rozlegajacych sie wok'ol. Od gniewu tlumu bronily go w tej chwili tylko almeralitowe drzwi, zamkniete sztabami, kt'ore przezornie kazal wmontowa'c jeden z jego poprzednik'ow.

Summerson siedzial w fotelu wyprostowany, z przymknietymi oczyma. Ciemno's'c wydala mu sie teraz siostra 'smierci. Bezsilno's'c i wzbierajacy strach dlawily czlowieka, kt'ory przez cale zycie przywykl gnie's'c kazdy op'or zelazna reka. Po raz pierwszy w zyciu zdal sobie tak jasno sprawe z tego, ze moze nadej's'c kres jego wladzy i zycia. Ujrzal biale karty w archiwalnej ksiedze. Tyle ich jest, nie zapisanych, wyczekujacych na niewiadome dzieje. Kto zapelni je po nim?

Nagle otrze'zwial. Od drzwi rozlegl sie przenikliwy 'swist pily, potem gluche uderzenia mlot'ow. W'sr'od nich predkie, urywane okrzyki przecinaly powietrze jak pociski.

Na d'zwiek pekajacego metalu Summerson jednym susem znalazl sie przy planie Celestii.

— Trzymajcie drzwi! — zawolal ochryple do Godstona i Kuhna. — Ja was stad wyprowadze! Za minute, moze za dziesie'c minut. Potrzebuje troche czasu. Trzeba za wszelka cene powstrzyma'c ten motloch. Niech policjanci strzelaja przez drzwi!

Ale zawsze posluszny siostrzeniec tym razem zdawal sie go nie slysze'c. Summerson przerwal w polowie kolejna pr'obe otworzenia zakonspirowanego przej'scia.

— Kaz strzela'c!

Godston podni'osl na niego przerazone oczy. Trzymana przez niego latarka poczela drze'c.

— Boje sie — jeknal jako's dziwnie.

Summerson odwr'ocil sie, szybko postapil trzy kroki, zacisnal pie's'c i przystanal.

— Ty sie boisz? Kaz policjantom strzela'c albo…

Godston spojrzal w o'swietlona latarka, zeszpecona gniewem i strachem twarz wuja i cofnal sie ku drzwiom. Czul, ze jest miedzy mlotem a kowadlem.

— Strzela'c! — wrzasnal zn'ow prezydent.

— Oni nie beda strzelali — posta'c Kuhna wyrosla pomiedzy Godstonem a Summersonem. -Przeciez to rozjuszy tlum!

— Precz! Ja tu rzadze! 'Od tej chwili nie jeste's ministrem! — ryknal Summerson.

— Nie pozwole!

Fakt, ze dymisja nie wywarla zadnego wrazenia na Kuhnie, doprowadzil Summersona do szalu. Rzucil sie na Kuhna z pie'sciami, lecz ten zgasil raptownie latarke i w gabinecie zapanowala ciemno's'c.

Tylko przez waska szparke w peknietych drzwiach migotalo 'swiatlo plonacych za nimi pochodni.

— Dobrze! Dobrze! — dyszal Summerson. — Tch'orze! Je'sli sie boicie, to ja sam… Wyciagnal z kieszeni elektryt i przyskoczyl do szpary. Waska smuga 'swiatla zalamala sie na oksydowanej powierzchni pistoletu. Nim jednak zdazyl wystrzeli'c, Godston podbil mu raptownie reke.

Pistolet potoczyl sie na ziemie.

— Ty, chlystku! — Summerson uderzyl dyrektora policji pie'scia w twarz.

Lecz stalo sie co's, czego prezydent zupelnie sie nie spodziewal. Godston skurczyl sie, podskoczyl i trafil go glowa w brzuch.

Summerson runal jak dlugi na ziemie, lecz nim zdazyl wsta'c, posypaly sie na niego nowe ciosy.

To zdegradowany minister ochrony zewnetrznej 'spieszyl z pomoca Godstonowi. Trzy ciala sklebily sie na podlodze.

Wrzask, przekle'nstwa i gluchy odglos cios'ow zmieszaly sie z nowa seria uderze'n w drzwi. Zgrzyt zelaza — i rozsadzana lomem szpara poszerzyla sie.

— Drzwi! Drzwi pekaja! — wrzasnal Mike.

Lokaj i policjant skoczyli, by rozdzieli'c tarzajacych sie po ziemi dygnitarzy.

Ostatni podni'osl sie prezydent. Nie bylo go sta'c nawet na jedno slowo gro'zby pod adresem „profanator'ow najwyzszej wladzy”. Podbiegl do planu i goraczkowo poczal stuka'c w guziki. Nie wierzyl juz, ze to odniesie skutek, a tylko w oblednym zapamietaniu trzymal sie kurczowo tej ostatniej deski ratunku.

Nieoczekiwanie zaplonelo zielonkawe 'swiatlo. 'Sciana rozsunela sie cicho. Blask o'swietlonego przedsionka razil w oczy.

Prezydent z radosnym okrzykiem skoczyl naprz'od. Za nim Godston, Kuhn, Mike i policjanci.

Summerson po'spiesznie zatrzasnal 'sciane. Nie bylo chwili do stracenia, bo tuz za nia rozlegl sie tupot n'og.

Poczul sie zupelnie bezpieczny. Gniewalo go natomiast, ze az tylu niepowolanych ma wprowadzi'c do tajnych pomieszcze'n, tak skrupulatnie maskowanych i strzezonych. Ale musial zdoby'c sie na ten krok.

„Trzeba jak najszybciej przeprowadzi'c ich do archiwum — my'slal. — Nie powinni pozna'c tajemnicy centrali. Szafy archiwum sa zamkniete, wiec nie ma niebezpiecze'nstwa”.

— Za mna! — zakomenderowal i pchnawszy szybko drzwi przebiegl po'spiesznie przez centrale.

Otworzyl male drzwiczki, wszedl i nogi ugiely sie pod nim. Zdalo mu sie, ze oszaleje.

Stal u wej'scia do archiwum jak skamienialy, blady jak pl'otno, nie mogac wydoby'c z siebie glosu.

Zaledwie o pare krok'ow przed nim, w jego fotelu, przed jego biurkiem „siedzial” stw'or, o kt'orym opowiadal mu Edgar Brown.

Wiec i jemu, na staro's'c, pewnie przed sama 'smiercia, przyszlo uwierzy'c w diabla?

Wrzask przerazenia rozlegl sie za jego plecami.

To reszta zbieg'ow zauwazyla „Lazika”.

Tymczasem „diabel” przem'owil po angielsku mlodym, 'spiewnym glosem Kaliny:

— Zl'ozcie bro'n! Mieszka'ncy Celestii nie chca waszych rzad'ow.

Mike wyjal pistolet z rozdygotanej dloni Godstona i polozyl na biurku odwracajac sie z zabobonnym strachem, zeby nie patrze'c na potwora.

W tej samej chwili w drugim ko'ncu archiwum otwarly sie drzwi.

Summerson spojrzal i zadrzal.

Z windy wychodzil Bernard Kruk z Greenem i jakim's starszym mezczyzna ubranym w kombinezon noszony przez technik'ow Sial Celestian Corporation…

Na spotkanie przyszlo'sci

W te dluga, niezwykla noc, gdy nieustanny tupot czyich's n'og na korytarzu budzil na przemian to nadzieje, to zn'ow zwatpienie, William Horsedealer lezal samotnie w jakim's nieznanym miejscu. Serce 'sciskal bezsilny zal. Oto teraz, gdy nadeszla tak dlugo oczekiwana chwila, nie dane mu jest stana'c do walki o sprawe, kt'ora od wielu lat byla jedyna tre'scia jego zycia.

Na pr'ozno usilowal przezwyciezy'c bezwlad ciala. Wiedzial, ze nie bedzie m'ogl uczyni'c o wlasnych silach nawet kroku.

— Gdzie ja jestem?

Na pr'ozno wytezal wzrok: ciemno's'c nie pozwalala mu zorientowa'c sie w otoczeniu.

Chociaz kazdy ruch powodowal dotkliwy b'ol, chcial jednak cho'c po omacku zbada'c miejsce, w kt'orym sie znalazl.

Wyciagnal reke. Natrafil na jaka's metalowa rure, kt'ora wydala mu sie tak zimna, ze odruchowo cofnal dlo'n.

Zn'ow za 'sciana rozlegly sie kroki. Skupil my'sli usilujac odtworzy'c wydarzenia ostatnich kilkunastu godzin. Pamietal, ze p'o'znym wieczorem zwl'okl sie z poslania i ruszyl chwiejnym krokiem wraz z fala postaci, dziwacznie pstrych w migotliwej lunie pochodni.

Tempo rozwoju wydarze'n sprawilo, ze stracil kontakt z Malletem i innymi przyw'odcami Nieugietych. Rozpoczeli akcje bez niego.

Ta my'sl nie dawala mu spokoju. Nie dlatego, aby podejrzewal, iz zapomnieli o nim. Od Margaret dowiedzial sie o aresztowaniu Malleta i zaj'sciach w dzielnicy murzy'nskiej. Widocznie sytuacja wymagala natychmiastowego dzialania. Horsedealer rozumial, ze w pewnych wypadkach nie ma czasu na porozumiewanie sie. Pr'ocz tego po korytarzach krazyly patrole policyjne, co utrudnialo laczno's'c.

Jednak jego obecno's'c w'sr'od przyw'odc'ow powstania byla w tej chwili niezbedna. Czy Smith i Cornick potrafia da'c sobie rade bez niego i Malleta? Kazda minuta zwloki moze mie'c ogromna wage.

W przej'sciu, prowadzacym przez krete schody na skwer Greena, powstal zator. Potracany, 'spieszacy sie, aby nie zosta'c w tyle, Horsedealer nagle stracil r'ownowage i runal ze znacznej wysoko'sci. Przelotne oparcie sie o zbita ludzka mase oslabilo upadek, mimo to jednak doznal silnego wstrzasu i potluczenia. M'ogl by'c stratowany, ale dw'och robotnik'ow idacych przed nim, kt'orych troche poturbowal spadajac, podnioslo go i ulozylo prawdopodobnie w jakim's magazynie.

Przelezal tak w odretwieniu wiele godzin, jak dlugo — nie wiedzial.

Uni'osl sie nieco i uczul piekacy b'ol stluczonego ramienia.

Raz po raz opanowywala go rozpacz, ze lezy w tym ciemnym lochu samotny i bezuzyteczny. Horsedealer wmawial w siebie, ze jest zdr'ow i pelen sil, ale b'ol i wyczerpanie za kazdym zrywem okazywaly sie silniejsze. Na domiar zlego dokuczalo mu coraz bardziej pragnienie.

Tupot na korytarzu zn'ow wzm'ogl sie, daly sie slysze'c jakie's dono'sne meskie glosy, ale Horsedealer nie m'ogl zrozumie'c, o czym m'owia. Wydawalo mu sie, ze kto's kogo's wola. Mial ochote zawola'c na caly glos — moze go uslysza. 'Sciana korytarza jest cienka, pewnie blaszana, jak przewaznie na tych poziomach Celestii. Ale kto otworzy te drzwi? Je'sli policja? Co by sie stalo, gdyby spotkal agent'ow Summersona?

Po chwili tumult przycichl, jak gdyby, rozplynal sie w zapadajacej ciszy.

„Jeszcze gorzej” — pomy'slal Horsedealer. Dopiero teraz uczul caly ciezar samotno'sci. Juz nawet krzyk nie pomoze, bo nikt go nie doslyszy. Umrze sam w tej zlowrogiej ciszy i ciemno'sci. Umrze wtedy, kiedy tak bardzo powinien zy'c i pomaga'c ludziom.

Czyim's po'spiesznym krokom zawt'orowal stuk otwieranych drzwi i snop jasnego 'swiatla wpadl z korytarza do wnetrza.

W otworze niskich drzwi ukazala sie glowa.

— Jest tu kto? — zapytal mocny glos. Filozof przetarl oczy. Po'spiesznie, jak gdyby w obawie, ze sie sp'o'zni, zawolal:

— Stephen! Stephen Brown postapil pare krok'ow.

— Nareszcie! — odetchnal z ulga. — Szukali'smy cie wszedzie juz od wczoraj. Lezale's tu ze 20 godzin. Dopiero Bili powiedzial, ze widzieli, jak spadle's ze schod'ow, i ze gdzie's ci? tu polozono. Ale miejsca dokladnie nie pamietal. Jest ciezko ranny… Nie wiadomo, czy wyzyje. Nie bylo mowy, aby szukal z nami. Szukali'smy chyba ze dwie godziny. I dopiero tu… No, to sie Johnny ucieszy! Ale, ale, musze da'c zna'c chlopcom, zeby przerwali poszukiwania i przynie'sli nosze.

To m'owiac Stephen wyskoczyl na korytarz i zagwizdal w um'owiony spos'ob. Po chwili kilku powsta'nc'ow bylo juz przy nim. Powiedziawszy kazdemu, gdzie i co ma robi'c, z jednym z nich powr'ocil do filozofa.

— Masz, wypij wina, to cie wzmocni — powiedzial przysuwajac szyjke plaskiej, nieduzej butelki do ust chorego. — Czy jeste's mocno potluczony?

Horsedealer przez caly czas u'smiechal sie do przybylych jak dziecko, kt'ore spotkala wielka rado's'c.

— Mam stluczone ramie. W glowie mi sie kreci… Nie moglem i's'c… Ale to glupstwo. Juz jestem z wami. Powiedzcie, co sie dzieje w Celestii? Czy nasi trzymaja sie? Przeciez ja nic nie wiem.

— Jeste'smy g'ora! — w glosie Stephena brzmiala radosna nuta triumfu. — Summerson i Godston aresztowani, Kuhn i Harrimann takze pod kluczem. Kruk oglosil sie prezydentem.

— Bernard Kruk?

— Wla'snie on. Zajal tajna centrale prezydencka. Summersonowi nawet do glowy nie przyszlo… Caly czas porozumiewal sie z tej centrali z nami, to znaczy z Cornickiem — poprawil sie.

— Kto? Summerson? — Horsedealer nic juz nie rozumial.

— Alez m'owie, ze Kruk — sprostowal Stephen. — Potem jeszcze dolaczyl do niego Green, to znaczy do Kruka, i boj'owki Agro uderzyly razem z nami na policje. Tymczasem Kruk, Green i Johnny schwytali Summersona.

— Czy walki z policja jeszcze trwaja?

— Juz dawno po wszystkim. Dyrekcja jest w naszych rekach. Jak juz m'owilem, z pomoca przyszli nam ludzie Agro. Przylaczyli sie do nas z doskonalym uzbrojeniem. To bardzo wazne, bo z bronia bylo kiepsko. Wla'sciwie z calym Sialem poszlo latwiej niz my'sleli'smy. Nie mogli uzy'c Green-Bolt'ow, bo Kruk wylaczyl reaktor. Policja zupelnie stracila glowe…

Stephen zamy'slil sie.

— To, ze diabel jest z nami, duzo pomoglo.

— Diabel? — zdziwil sie niepomiernie filozof.

— Co? Wiec ty nic nie wiesz?

— To nasz diabel — wtracil sie do rozmowy stojacy obok chudy wyrostek. — Przylecial stamtad — pokazal reka w d'ol. — Ani gazy, ani elektryty nic mu nie moga zrobi'c. A jaki okropnie madry…

Horsedealer czul zamet w glowie.

— Jaki diabel? — zniecierpliwil sie.

— A od tamtych, z Towarzysza Slo'nca, kt'orych Summerson chcial zniszczy'c miotaczem. Filozof nic juz nie rozumial. A wiec rzeczywi'scie przyleciala jaka's rakieta? Ale skad diably? To absurd!

— Kto przylecial z Towarzysza Slo'nca? Chyba ludzie?

Stephen zastanowil sie. Sprawa ludzi, kt'orych nie widzial na oczy, chociaz slyszal o nich juz niemalo niezwyklych opowiada'n, byla dla niego wciaz jeszcze abstrakcja.

— No tak. Niby ludzie. Madrzy ludzie. Tylko ze do nas przyslali jakiego's diabla na pieciu nogach.

Filozof zrozumial, ze od Browna nie dowie sie wiele wiecej.

— Nie'scie mnie do Malleta.

Brown nie zastal Malleta w dyrekcji policji. Okazalo sie, ze Johnny wezwany zostal na narade do nowego prezydenta i prosil, aby go natychmiast zawiadomi'c, je'sli Horsedealer bedzie odnaleziony.

— Kruk tworzy nowy rzad — o'swiadczyl Cornick witajac sie serdecznie z lezacym na noszach filozofem — i chcemy, aby's ty tam byl koniecznie. Inaczej Kruka obsiada i nic sie w 'swiecie nie zmieni na lepsze…

Horsedealer uni'osl nieco glowe i wpatrujac sie z niepokojem w twarz Letta zapytal:

— Czy to prawda, ze przybyl kto's z Towarzysza Slo'nca?

— Jeszcze nie.

— Nie… — oczy Horsedealera przygasly.

— Green jest zdania, ze najpierw powinien polecie'c tam kto's od nas.

— Tam polecie'c? — filozof zmarszczyl brwi. — Nie rozumiem. Przeciez odleglo's'c…

— Odleglo's'c jest nieduza — przerwal Cornick. — Jakie's 500 kilometr'ow. Rakieta znajduje sie wewnatrz strefy dezintegracji.

— Rakieta?! A m'owile's, ze nikt nie przybyl?

— No, bo z ludzi nikt nie przybyl. Jest tylko „metalowy diabel”.

Nim Horsedealer zdazyl zada'c nowe pytanie, do Cornicka podeszla czarnooka dziewczyna wzywajac go do telefonu. Wr'ocil wkr'otce podniecony i dobrej my'sli.

— Dzwonil Williams. Mamy cie zaraz dostarczy'c na 18 poziom. Bradley czeka. Juz powolano nowy rzad. Kruk chce cie prosi'c, aby's zostal jego pierwszym doradca. To juz dobrze. Bardzo dobrze.

Uniesiono nosze z ziemi i ruszono ku windzie.

— Czy Johnny wszedl do rzadu? — zapytal chory.

— Tak. Powolano nowe ministerstwo — odrzekl Cornick idac obok noszy. — Ma sie ono zajmowa'c r'oznymi sprawami waznymi dla nas — „szarych”. No i r'owniez dla Murzyn'ow. Chodzi o to, aby „sprawiedliwcy” nie pozwalali sobie za wiele.

— A inne stanowiska?

— Dean Roche, przyjaciel Kruka, zostal ministrem ochrony zewnetrznej. To porzadny chlopak.

— Dobrze. A dalej?

— Mellon ma by'c od gospodarki, Loch zostal jego zastepca. Utworzono poza tym jeszcze jedna, nowa funkcje — wiceprezydenta. Po dluzszych targach zostal nim David.

— David? — Horsedealer skrzywil sie niechetnie.

— Sekretarzem prezydenta jest po staremu Williams.

— A Green?

— Green nie chcial by'c zadnym ministrem, cho'c go Kruk namawial. Powiedzial, ze wystarczy mu funkcja drugiego doradcy prezydenta. Trzecim doradca jest Schneeberg.

— M'owisz, ze Green nie chcial przyja'c zadnego kierowniczego stanowiska?

— Tak.

— To ciekawe… Filozof zamy'slil sie.

Weszli do windy. Lett nacisnal guzik.

— Czy wyznaczono nowego dyrektora policji? — zapytal Horsedealer.

— Z tym to najtrudniejsza sprawa. Najpierw Mellon wysunal Locha, ale sie Kruk, Mallet, a nawet Green nie zgodzili. Johnny chcial, aby byl Smith, ale Mellon i David sprzeciwili sie. Green wysunal Daltona. Kruk juz sie zgodzil, ale Johnny stawia twardo sprawe, ze musi to by'c kto's, kto nie bedzie zalezal od nikogo. I ze policje trzeba werbowa'c od nowa.

— Ma racje. To bardzo wazne.

— Zdaje sie jednak, ze przepchaja Daltona albo ostatecznie Williams zostanie dyrektorem. W tej chwili zreszta kieruje on straza prezydencka.

— Co to za straz? Czy sa tam nasi chlopcy?

— Jest paru. Ale najwiecej od Greena i z dawnej policji. Wyszli z windy na skwer otaczajacy siedzibe rzadu.

— Bradley czeka w hallu — wyja'snil Lett.

Przed gl'ownym wej'sciem do apartament'ow prezydenta pelnilo warte czterech uzbrojonych straznik'ow.

— Do prezydenta Kruka — oznajmil Cornick podchodzac do straznik'ow.

— Prezydent nikogo nie przyjmuje — odrzekl jeden ze straznik'ow zagradzajac soba wej'scie.

— Przychodzimy z polecenia ministra Malleta. Musicie nas wpu'sci'c! — zdenerwowal sie Lett.

— To sie dopiero okaze. Nam moze rozkazywa'c tylko pan Williams albo sam prezydent. Straznik kiwnal na kolege, aby go zastapil, i znikl we drzwiach.

— A tego po co tu taszczycie? — zapytal pogardliwie drugi straznik wskazujac palcem na lezacego na noszach Horsedealera.

— Mili! M'oglby's m'owi'c z wiekszym szacunkiem o pierwszym doradcy prezydenta! — zawolal Lett.

Straznik podszedl blizej do noszy. Obrzucil rozbawionym wzrokiem wynedzniala posta'c filozofa, podarte, poplamione ubranie i nie golona od wielu dni brode chorego.

— Nie lubie glupich zart'ow. Nie bedziecie tu ze mnie idioty robi'c. „Doradca prezydenta!” A moze minister? Znam tego starego dobrze…

Letta ogarnela wesolo's'c. Juz chcial sprowokowa'c straznika do dalszych niefortunnych wynurze'n, gdy drzwi rozwarly sie bezszelestnie i stanal w nich Williams.

— Witam pana w imieniu prezydenta — powiedzial tonem nieco unizonym i zblizywszy sie do noszy u'scisnal z szacunkiem dlo'n Horsedealera.

John Mallet odlozyl cygaro.

— Moge sie zgodzi'c na kandydature Daltona pod warunkiem, ze jego zastepca bedzie Lett Cornick — powiedzial glosem spokojnym, lecz zdecydowanym.

— A kt'oz to taki ten Cornick? — zapytal Mellon. — Ja go nie znam.

— Ani ja — dorzucil David.

— Cornick odegral powazna role w obaleniu Summersona — wyja'snil Green. — To bliski wsp'olpracownik ministra Malleta. Nie bez znaczenia jest tu r'owniez fakt, ze on to wla'snie uwolnil obecnego prezydenta, gdy byl uwieziony i skazany na 'smier'c…

— Zdaje sie, ze uwolnil i ciebie? — wtracil David.

— Tak. A 'sci'slej — jego ludzie. Sadze, ze Cornick w pelni zasluguje na zaufanie rzadu. Chociaz nie ma przygotowania do trudnej funkcji wicedyrektora policji, uwazam jego kandydature za godna powaznego rozwazenia. Co sadzisz o tym, Bernardzie? — zwr'ocil sie do Kruka, z kt'orym w ciagu ostatniej nocy zdazyl juz przej's'c na „ty”.

— Sadze, ze… r'owniez Dalton nigdy nie byl dyrektorem policji.

Zapanowala na chwile cisza, jak gdyby w oczekiwaniu dalszych sl'ow nowego prezydenta, kt'ora przerwala dopiero uwaga Davida:

— Na stanowiskach kierowniczych fachowo's'c nie jest najwazniejsza. Jednak uwazam za niezbedne obsadzenie 'srednich i nizszych stanowisk lud'zmi wykwalifikowanymi.

— I ja tak sadze — kiwnal glowa z aprobata Mellon.

— Czyli proponuja panowie przejecie calego aparatu policyjnego w spadku po Godstonie? — sprecyzowal Kruk.

— Powiedzmy, nie calego — zastrzegl sie po'spiesznie David.

— Elementy zdemoralizowane przez Summersona, szczeg'olnie znienawidzeni szpicle, brutale, lowcy lap'owek, zausznicy Godstona i agenci — nadzorcy w zakladach — nie powinni wr'oci'c do policji — rzekl Green. — Jednak wielu policjant'ow to ludzie karni, sprezy'sci, zdyscyplinowani, kt'orzy je'sli znajda sie pod wla'sciwym kierownictwem, beda z pelnym oddaniem pracowa'c dla nowego rzadu.

— P'oki nie zjawi sie inny… — dorzucil z ironia Mallet, otaczajac sie klebami dymu.

— Dlatego trzeba, opr'ocz funkcjonariuszy starej policji, powola'c r'owniez nowych ludzi — odparl natychmiast Green. — Byliby to ludzie moi i Mellona, jak r'owniez pa'nscy ludzie, panie Mallet. Sadze, ze zaraz potem mozna powola'c czarna policje.

— Co ty pleciesz? — ofuknal go Mellon.

— Stworzenie policji murzy'nskiej zostalo juz zatwierdzone przez prezydenta Kruka — powiedzial spokojnie John, z satysfakcja obserwujac piorunujace wrazenie, jakie wywieraja jego slowa na Mellonie i Davidzie.

— Kiedy?

— Trzy dni temu. W czasie pierwszych star'c, na godzine przed wylaczeniem centralnego reaktora — wyja'snil Roche.

— Alez w'owczas jeszcze Summerson byl u wladzy!

— To nie zmienia sytuacji — rzekl Bernard oschle. — Przyrzeklem czarnym wolno's'c. Miedzy innymi r'owniez prawo do wlasnej policji. Decyzja moja jest nieodwolalna.

Mellon zgasil gwaltownie papierosa i wstal z fotela. Twarz mu spasowiala.

— Wobec tego nie mamy co tu dyskutowa'c — wyrzucil z siebie ochryple. — Nie po to obalali'smy Summersona, aby…

Ale Green nie pozwolil mu doko'nczy'c.

— Uspok'oj sie! Je'sli bedziemy sie obraza'c wzajemnie na siebie — do niczego nie dojdziemy. Morgan tylko czeka, aby'smy zaczeli sie kl'oci'c. W warunkach wyjatkowych przyszly prezydent mial prawo dawa'c przyrzeczenia. I powinien je dotrzyma'c, cho'cby to chodzilo o Murzyn'ow. Przejd'zmy lepiej do konkret'ow. Nie sadze, aby prezydent mial zamiar powolywa'c policje murzy'nska jako zupelnie oddzielny aparat. Raczej chyba bedzie ona podlega'c wybieranemu wla'snie teraz dyrektorowi calej policji. Czy tak? — zwr'ocil sie do Kruka.

Bernard skinal glowa.

— No, na to w ostateczno'sci mozna sie zgodzi'c — rzekl Mellon siadajac zn'ow w fotelu. — W zadnym jednak przypadku nie mozna dawa'c czarnym broni do reki.

— Niech i tak bedzie — rzekl pojednawczo Kruk, unikajac gniewnego spojrzenia Malleta. -Zreszta wszystkie szczeg'oly om'owimy i ustalimy z Daltonem i Cornickiem, kt'orych kandydatury uwazam za przyjete.

Nie bylo sprzeciwu.

— Do organizowania policji trzeba przystapi'c jeszcze dzi's — ciagnal Bernard. — Musimy sie 'spieszy'c, gdyz Morgan kategorycznie odmawia rozwiazania swych boj'owek, dop'oki inne grupy nie oddadza broni. A przeciez nie mozemy liczy'c tylko na straz prezydencka. Nieugieci zdadza bro'n w ten spos'ob, iz do policji wlaczona bedzie uzbrojona grupa, kt'ora zbierze nastepnie reszte broni od swych koleg'ow. To samo, sadze, powinni zrobi'c ludzie Agro. Murzyni zdadza bro'n na rece Nieugietych, kt'orzy przekaza ja policji. Jutro rano zatelefonuje do Morgana. Zaproponuje mu, jak to uzgodnili'smy, stanowisko pierwszego wiceprezydenta i ustale z nim sprawe zlozenia broni i rozwiazania boj'owek. My'sle, ze wystarczy trzydniowy termin.

— A je'sli odm'owi? — zapytal David.

— Nie widze powod'ow. Wykazujemy maksimum dobrej woli.

— Sadze, ze dobrze bedzie da'c mu do zrozumienia, ze je'sli nie rozwiaze boj'owek, bedziemy zmuszeni wyda'c z powrotem bro'n grupom Agro i Nieugietych — zaproponowal Dean. — A moze nawet Murzynom…

— Murzynom? Wykluczone! — zaprotestowal ostro Mellon. Dzwonek telefonu przerwal rozmowe. Kruk podni'osl sluchawke.

— Horsedealer? Prosi'c!… Oczywi'scie!…

Po chwili w rozsunietych drzwiach ukazala sie pochylona posta'c filozofa. Prowadzil go pod ramie Williams.

Poprzedniego dnia, gdy przywieziono Horsedealera do siedziby rzadu, Kruk widzial sie z nim tylko przez kr'otka chwile. Doktor Bradley po zbadaniu filozofa natychmiast zabral go do kliniki.

Horsedealer jednak, nie mogac znie's'c bezczynno'sci, wytrzymal tam zaledwie p'oltora dnia. Nowa energia wstapila w jego wycie'nczone choroba i glodem cialo. Z godziny na godzine wracaly mu sily — pierzchly dolegliwo'sci. Niemale znaczenie miala seria zastrzyk'ow i zlozonych zabieg'ow lekarskich, jednak doktor Bradley zdawal sobie w pelni sprawe, ze filozof nie tylko medycynie zawdziecza szybki powr'ot do zdrowia.

Drugiego dnia odwiedzil go w szpitalu Williams. Kruk przeprosil filozofa, ze sam nie moze przyby'c, gdyz trwa wla'snie niezmiernie wazna narada. Williams wyja'snil, ze maja by'c rozstrzygniete sprawy zaproszenia Morgana do udzialu w rzadzie, organizacji policji i rozwiazania grup powsta'nczych oraz ostatecznie ustalony termin i sklad delegacji, kt'ora ma odwiedzi'c tajemniczy statek miedzygwiezdny przybyly z Ziemi.

Te wiadomo'sci postawily Horsedealera doslownie na nogi. Nie zwazajac na protesty Bradleya i Williamsa postanowil natychmiast uda'c sie do siedziby prezydenta.

Teraz, gdy stanal w progu gabinetu prezydenta Celestii i ujrzal wpatrzonych w siebie sze's'c par oczu, ogarnelo go uczucie niepokoju i zmieszania. Ale trwalo to tylko kr'otka chwile.

Bernard Kruk podszedl do Horsedealera z szeroko rozwartymi ramionami, objal go i ucalowal serdecznie.

— Jakze sie ciesze! — zawolal Green szczerze, 'sciskajac dlonie filozofa.

R'owniez David i Mellon przywitali sie z Horsedealerem, jednak bardzo pow'sciagliwie i zimno. Horsedealer nie m'ogl oprze'c sie wrazeniu, iz raczej krytycznie lustruja niezbyt dobrze dopasowane nowe ubranie filozofa, niz patrza na niego.

Roche i Mallet przywitali^ sie z Horsedealerem na ko'ncu. John tylko polozyl mu dlo'n na ramieniu i rzucil p'olglosem kr'otkie, ale wymowne zdanie:

— Dobrze, ze juz jeste's…

Zasiedli w fotelach. Bernard pokr'otce poinformowal Horsedealera o dotychczasowych wynikach narady. Filozof sluchal w skupieniu, kiwajac glowa. Z wyrazu jego twarzy nie mozna bylo wyczyta'c, co my'sli o postanowieniach rzadu.

Gdy Kruk sko'nczyl, Horsedealer poprosil o glos.

— Przepraszam, ze zamiast m'owi'c o tym, co uslyszalem przed chwila, odbiegne nieco od tematu. Trudno zabiera'c glos w sprawach zasadniczych, nie znajac wszystkich element'ow, z kt'orych sklada sie nasza obecna sytuacja. Latwo pomyli'c sie w ocenie tej czy innej sprawy. Ot'oz chcialbym sie dowiedzie'c konkretnie z waszych ust, dlaczego Summerson z takim uporem dazyl do zniszczenia owego niezwyklego statku z Towarzysza Slo'nca? Cho'c slyszalem juz wiele fantastycznych plotek na temat wygladu samej rakiety i zamieszkujacych ja istot, jednak na to pytanie nigdzie nie znalazlem odpowiedzi. Przeciez nie posadzam Summersona o taka naiwno's'c, by wierzyl w diably. A jednak postawil wszystko na jedna karte…

— Nie przypuszczam, aby to mialo jakie's szczeg'olne znaczenie — odrzekl niechetnie David. -W ostatnich miesiacach Summerson zdradzal wyra'znie objawy psychopatii. To byl poczatek obledu. Tak niezwykle wydarzenie, jak pojawienie sie rakiety z Towarzysza Slo'nca, bylo wstrzasem wyzwalajacym kryzys. Latwo w'owczas o najabsurdalniejsze urojenia w rodzaju gro'zby zaglady 'swiata przez diably. Przebudowa miotacza byla juz tylko naturalna konsekwencja maniactwa.

— Prosta sprawa — dorzucil Mellon lekcewazaco.

— Tak. Prosta sprawa — powt'orzyl Horsedealer. — Zbyt proste jest to wszystko, co pan powiedzial, aby moglo by'c prawdziwe.

— Nie rozumiem. Przeciez Summerson zdradza wyra'znie objawy choroby umyslowej.

— Teraz. W wiezieniu — rzucil ironicznie Mallet.

— Chyba nie posadzacie mnie o sprzyjanie Summersonowi?! — oburzyl sie David. — Badal go doktor Roth.

— Niech sie pan nie denerwuje — rzekl z u'smiechem Horsedealer. — Nie chodzi mi bynajmniej o wyja'snienie, czy Summerson naprawde zwariowal, czy tez tylko udaje wariata. O to niech martwia sie sedziowie. Mnie interesuje istotna przyczyna przedstawiania ludzi zamieszkujacych kolebke ludzko'sci jako uosobienia zla i przewrotno'sci. To sprawa wcale nieblaha!

— Chcialbym wla'snie — podchwycil Kruk — aby pan, mistrzu, tym sie zajal. Archiwum rzadowe jest do pana dyspozycji.

Oczy filozofa jakby zwilgotnialy. Patrzyl dluzsza chwile na mlodego prezydenta, wreszcie powiedzial cicho:

— Gdybyz Rosenthal dozyl tej chwili…

— Archiwum nie rozproszy jednak wszystkich watpliwo'sci — odezwal sie Green. — A przede wszystkim wymaga dluzszych bada'n. Tymczasem wyja'snienie do ko'nca, kim sa przybysze z Towarzysza Slo'nca, to sprawa nie cierpiaca zwloki. Dlatego proponuje przyspieszy'c termin naszej wyprawy.

— Czy ustalono juz, kto we'zmie w niej udzial? — zapytal Horsedealer.

— W zasadzie… tak — odrzekl Kruk. — Panowie David, Green i Roche. Przewodniczy'c delegacji bedzie wiceprezydent David. Wla'snie chcemy ustali'c dzie'n wizyty.

— Proponuje, aby'smy wylecieli pojutrze rano — podjal Green. — Trzeba jak najszybciej polozy'c kres plotkom i domyslom. Sa dowody, ze pewnym ludziom zalezy na rozpuszczaniu bardzo tendencyjnych wiadomo'sci, kt'ore maja podwazy'c zaufanie do rzadu.

Slowa Greena docieraly z trudem do 'swiadomo'sci Horsedealera. Ogarnelo go okropne uczucie zalu, ze Green, David i Roche poleca… a on zostanie… Zostanie i umrze zwyczajnie, jak jego ojciec i dziad, w nie'swiadomo'sci spraw ogromnych i ciekawych, z my'sla uwieziona w kole klamstw.

— W rakietce sa, zdaje sie. cztery miejsca? — zapytal, patrzac uparcie w oczy Bernarda.

— Tak. Cztery. Czyzby pan, mistrzu, chcial?…

— …polecie'c do nich!… — doko'nczyl z blyskiem w oczach filozof.

— Ale czy zdrowie panu na to pozwoli? — odezwal sie Mellon.

— To jest oczywiste, ze przestepstwem byloby naraza'c pana na takie trudy — dorzucil David.

Filozof drzal o swoje szcze'scie, kt'ore zdalo sie przecieka'c mu przez palce.

— O moje zdrowie sie nie martwcie! — zawolal niemal opryskliwie.

Roche uruchomil pompy wtlaczajace powietrze ze stacji rakiet do wnetrza Celestii. Gdy ci'snienie spadlo niemal do zera, samoczynnie otwarla sie brama oddzielajaca 'sluze od przestrzeni kosmicznej. Rakieta wypelzla powoli, zaczepiajac sie o dwa stalowe uchwyty umieszczone w plycie startowej. Naci'snieciem guzika Dean uruchomil plyte, kt'ora zaczela sie obraca'c w kierunku przeciwnym ruchowi wirowemu Celestii. Z chwila gdy predko'sci zr'ownaly sie — zniknelo przy'spieszenie wywolane rotacja sztucznego ksiezyca. Niebo zamarlo w bezruchu — ogromny, czarny klosz nabijany zlotymi gwo'zdziami gwiazd.

— Zapnijcie dobrze pasy — przypomnial Dean. — Startujemy!

Cisze panujaca w ciasnej kabinie wypelnil wibrujacy w uszach szum. Rakieta drgnela i wolnym ruchem zsunela sie ze stalowej plyty.

Halas wzm'ogl sie. Uczuli gwaltowny nawr'ot wagi ciala — przy'spieszenie wywolane praca silnika.

Po minucie silnik zgasl. Znowu wr'ocilo wrazenie niewazko'sci. Male'nki pojazd kosmiczny lecial jednostajnym ruchem.

Roche, w helmie pilota, pochylony nad pulpitem aparatury nawigacyjnej, manipulowal pokretlami i przyciskami.

— Halo, tu Roche! Tak! Widze was na ekranie radarowym. W porzadku. Tak! Za dwadzie'scia minut… Wlaczycie o'swietlenie?

Horsedealer z przejeciem wsluchiwal sie w slowa Deana.

A wiec on rozmawia z NIMI! Oni czekaja na nas!… ONI… ONI…

Dean umilkl i oparty nieruchomo o porecz fotela zdawal sie na co's wyczekiwa'c. Minuty wlokly sie wolno. Nikt nie mial ochoty do rozmowy. Oto otwieral sie przed nimi 'swiat wielkiej przygody, tak wielkiej i niezwyklej, o jakiej nie marzyl od pokole'n zaden mieszkaniec Celestii.

Nagle przez przezroczysta kopule tuz przed siedzeniem pilota zaja'snialo na czarnym niebie z'olte 'swiatlo. Roche poruszyl sie nerwowo w fotelu. — Halo! Tak! Jestem got'ow! Wlaczam!

Silnik obr'ocil sie o 180 stopni i z dyszy rakiety wystrzelil strumie'n rozzarzonych gaz'ow. Odczuli lekki wstrzas i pojawilo sie ciazenie.

Teraz sekundy plynely szybko. 'Swiecaca kula rosla w oczach, a czterej ludzie zamknieci w malym stateczku jak urzeczeni nie spuszczali z niej wzroku.

— Uwaga! Za kilka minut ladujemy! — oznajmil Roche i spojrzal w oczy filozofa, bo dobrze widzial, ze tylko oni dwaj my'sla to samo…

Horsedealer patrzyl prosto w 'swiatlo, plynace lagodnym blaskiem z wypuklej powierzchni.

— Halo!… Tak! Jestem got'ow! — rzucil zn'ow Dean.

'Swiecacy dotad jednostajnie glob przygasl. Rakieta zatoczyla luk i zblizala sie wolno tam, gdzie okragly, jasno o'swietlony, podobny do okna otw'or 'swiecil zielonkawym guzikiem na tle szarej powierzchni wielkiej kuli.

Astrobolid byl coraz blizej.

Dayid patrzyl ze zdumieniem. Naraz zimny dreszcz przebiegl mu po ciele.

— Patrzcie! Widzicie? A co to takiego? — wymamrotal.

— 'Sluza — rzucil kr'otko Dean.

— Alez oni tam sie poruszaja. W wolnej przestrzeni bez skafandr'ow? — David byl przerazony do najwyzszego stopnia. — Przeciez tam nie ma drzwi! A wiec bez powietrza… Nie. Na to mnie nikt nie nabierze.

— Panie Roche, co to znaczy? — zaniepokoil sie Green. Dean patrzyl na Davida z u'smiechem.

— Nie ma powodu do obaw. Nic zlego nam sie nie stanie. Przed odlotem zapoznano mnie z ta techniczna nowo'scia. Dzialanie 'sluzy zostalo oparte na zupelnie innej zasadzie niz u nas. Nie ma metalowych drzwi. Pomieszczenie, w kt'orym widzicie tych ludzi, jest oddzielone od kosmicznej pustki dwiema niewidzialnymi 'scianami. Sa to podobno jakie's pola o ogromnej sile, w kt'orych zakrzywiaja sie tory czastek gazu. Po prostu odbijaja sie od pola jak od 'sciany. Jakiego rodzaju jest to pole, tego nie wiem. Fakt, ze nie przepuszcza powietrza. Gdy bedziemy ladowa'c — najpierw usuna pierwsze pole, pozwalajac nam wlecie'c do stacji, potem uruchomia je zn'ow, juz z tylu za nami, a zwolnia drugie, wyr'ownujac w ten spos'ob ci'snienie.

Dayid prawie nie sluchal trzymajac sie kurczowo poreczy fotela. Stwierdzil z przerazeniem, ze sa juz wewnatrz dlugiej rury biegnacej w osi Astrobolidu.

Odczuli lekki zawr'ot glowy, potem pchniecie. To potezne „lapy” pochwycily rakiete nadajac jej ruch obrotowy zgodnie z ruchem wirowym statku. Ciala ich zn'ow staly sie wazkie.

Mlody mezczyzna podszedl do rakiety i dal znak reka, ze moga wysia's'c.

Dean nacisnal guzik i drzwiczki otwarly sie. Wyskoczyl zrecznie. Za nim wysunal sie David w pozie bohatera pchajacego sie w paszcze bestii.

Potem opu'scil rakietke Green czujnie rzucajac oczami na wszystkie strony.

Ostatni wysiadl Horsedealer. Nie m'ogl opanowa'c wrazenia, ze 'sni. Stal nieruchomo obok rakiety wpatrujac sie z przejeciem w twarze dw'och ludzi, kt'orzy wyszli na ich powitanie.

— Pozw'olcie tedy — odezwal sie niemal kobiecym glosem jeden z gospodarzy. „Czyzby ten czlowiek o subtelnych rysach nie byl chlopcem, lecz dziewczyna? — zdziwil sie w my'slach filozof. -Podobny lekki, swobodny str'oj, podobne uczesanie… Widocznie dlatego nie spostrzeglem r'oznic…”

— Prosimy bardzo — dziewczyna wskazala reka przezroczyste drzwi windy. — Prowad'z, Igor.

Po chwili wysiedli w przestronnej sali, kt'ora na pierwszy rzut oka przypominala gl'owna kaplice w Celestii.

Jaka's wysoka kobieta szla ku nim.

Dayid spojrzal i zbladl.

„Murzynka!” — pomy'slal ze zgroza.

Zgrabna, o welnistych wlosach i oczach czarnych jak sadza, ukazala w u'smiechu dwa rzedy bialych zeb'ow.

„Po co oni napu'scili na nas te Murzynke? — pomy'slal David. — Taki afront! Pewnie kaza nam sie z nia przywita'c…”

— Nasza przewodniczaca Rady, Kora Heto — przedstawil przybyla Igor. Green lypnal zdziwionymi oczami, ale nie dal nic pozna'c po sobie.

Spojrzal na Horscdealera i Roche'a u'smiechajacych sie serdecznie do przybylej, potem na Davida, kt'ory stal jak skamienialy patrzac oslupialym wzrokiem na Kore.

Inny 'swiat

Na ekranie przesuwaja sie obrazy 'swiata jakze innego i piekniejszego od tego wszystkiego, co w ksztalt i barwe obleka wyobra'znia Williama Horsedealera. Stary filozof zdaje sie 'sni'c jaki's wspanialy, niezwykly sen.

Tetniace zyciem miasta-ogrody, skapane w slo'ncu i zieleni niebotyczne palace z zawieszona nad nimi, przetkana oblokami czasza blekitu, bezkres falujacego oceanu i potezne masywy skalne, kt'orych ogrom przejmuje lekiem — wszystko to wywoluje w nim niezmierne, niewyslowione wzruszenie. Nie dziwi go juz nic — ani plastyczno's'c i wielobarwno's'c wizji, ani bogactwo d'zwiek'ow i zapach'ow, kt'ore towarzysza obrazom ukazujacym sie na ekranie. Odczuwa tylko bezbrzezna rado's'c, jak w chwili spotkania z kim's drogim, a dlugo oczekiwanym…

Prawda o Ziemi, tej Ziemi, kt'orej obraz — znieksztalcany i zohydzany przez klike rzadzaca Celestia — mial by'c postrachem i ostrzezeniem dla pokole'n gwiezdnych wedrowc'ow, stanela przed nim w pelnym blasku.

Horsedealer wierzyl tym ludziom, wierzyl im calym sercem. Wierzyl im niezachwianie. On jeden spo'sr'od calej czw'orki przybylych, on, kt'ory przez cale zycie wszedzie, na kazdym kroku odkrywal falsz i zaklamanie, on, kt'ory z nieufno'sci stworzyl dla siebie nieprzenikniony pancerz, teraz nie chcial i nie potrafil zdoby'c sie na krytyczne spojrzenie.

Moze przyczyna tego byla zadziwiajaca zgodno's'c marze'n filozofa z obrazem poznawanego 'swiata? Obrazem — cho'c niepomiernie bogatszym od naj'smielszych przewidywa'n, jednak odpowiadajacym w zasadniczym zarysie temu, czego pragnal i o co walczyl? Moze kilka tygodni choroby i wytezony wysilek ostatnich dni stepily ostro's'c spojrzenia badacza, a ogrom wraze'n upoil jak narkotyk zmeczony umysl starca? Tak czy inaczej, nie czul sie juz tym dawnym sceptykiem i pesymista.

Obrazy rozplynely sie we mgle mlecznej tafli ekranu.

Czterej przybysze z Celestii siedzieli jednak dalej nieruchomo w swych fotelach.

Cho'c wiedzieli, ze nadany z ta'sm pokaz zako'nczyl sie, oczy ich utkwione w pustej plamie ekranu zdawaly sie wyczekiwa'c dalszych obraz'ow.

Dluzsza chwile panowalo milczenie. Pierwszy przerwal je Green wyrzucajac z siebie niemal jednym tchem potok sl'ow.

— Wspaniale! Superfantastyczne! Nieslychane! Bajeczne! — entuzjazmowal sie wydawca. -To rewelacja, jakiej 'swiat nie widzial. Musi pani odprzeda'c mi kopie tego filmu. Koniecznie! Oczywi'scie razem z aparatura, a przynajmniej z jej planami. Niech pani stawia cene. Place got'owka, a nawet jodem. Czystym jodem. No, ile? Ile pani zada za to cudo?

Kora u'smiechnela sie.

— Po c'oz nam wasze pieniadze? Jodu wytwarzamy tyle, ile nam potrzeba. Aparature i ta'smy otrzymacie darmo. Niech mieszka'ncy Celestii poznaja prawde o Ziemi.

Brwi Greena 'sciagnely sie zdziwieniem.

— Jak to? Za darmo?

— Bedzie to dar Astrobolidu dla Celestii. Wydawca zasepil sie.

— Dar? Ale dla kogo, konkretnie?

— Dla wszystkich mieszka'nc'ow waszego 'swiata.

— Nie rozumiem… Kto go wiec otrzyma?

— Przedstawiciele calego waszego spolecze'nstwa. Jakie's przedstawicielstwo, rada czy rzad…

— No dobrze, ale ja mam wylaczne prawo eksploatacji telewizji i radia w Celestii. Zagwarantowane umowa z rzadem.

Na twarzy Kory odbilo sie zaklopotanie.

— Ostatecznie — wtracil sie do rozmowy Kondratiew — rzad moze wam zleci'c wy'swietlanie na 'sci'sle okre'slonych warunkach.

— No, to w porzadku — ucieszyl sie potentat telewizji. — Juz ja sie dogadam z Krukiem. Nieprawdaz? — mrugnal znaczaco do Roche'a.

— Chwileczke — przerwal przysluchujacy sie dotad w milczeniu rozmowie David. -Powiedzmy: rzad otrzyma od pani w prezencie te aparature i filmy. Jeste'smy jednak lud'zmi interesu. Po co mamy sobie oczy mydli'c? Kto stawia — ten i zada. Nikt nikomu guzika za darmo nie daje, a c'oz dopiero takie cudo, jak to nazwal Green. Niech wiec pani powie konkretnie, czego zadacie?

— To nieporozumienie — roze'smiala sie Kora.

— U nas, podobnie jak i na Ziemi, takie pojecia jak pieniadz, sprzedaz czy zysk przestaly juz dawno mie'c praktyczne znaczenie — wyja'snil mlody mezczyzna o nieco dziwnej dla Celestian, 'spiewnej wymowie. — Przeszly po prostu do historii. Dajemy wam aparature i ta'smy, nie kierujac sie zadnym wlasnym interesem. Po prostu: nic w zamian nie chcemy. Tak, jakby'scie otrzymali podarunek od kogo's bardzo bliskiego, podarunek bez zobowiaza'n — usilowal wytlumaczy'c przykladem.

David kiwal bez przekonania glowa.

— No c'oz? Cieszymy sie z waszej hojno'sci. Bardzo sie cieszymy.

— Tak! Tak! To naprawde piekne z pa'nstwa strony — zahuczal tubalnie Green. — Ale teraz niech pani pozwoli, cho'c to nie bardzo wypada dopomina'c sie o prezenty, ze sie o co's zapytam: kiedy otrzymamy aparature i filmy? Czy jeszcze w tym miesiacu?

— Troche wcze'sniej. Za p'oltorej godziny — roze'smial sie Sokolski.

— Ma pan gotowe na skladzie? — ucieszyl sie Green.

— Nie. Wyszukam tylko odpowiednie plany i przekaze na zesp'ol uniwerproduktor'ow.

— Uniwerproduktor'ow? — zaciekawil sie Dean. — Co to takiego?

— Sa to automaty produkcyjne wytwarzajace dowolne urzadzenia zgodnie z przekazanymi im planami.

— Jak to dowolne?

— Po prostu zakres ich mozliwo'sci produkcyjnych jest niemal nieograniczony. Wykonuja one prace wielu dawniej odrebnych zaklad'ow. Por'ownujac ze struktura wytw'orczo'sci w XX wieku, mozna by je nazwa'c miniaturowymi kombinatami. W ten spos'ob zesp'ol ich moze zastapi'c w praktyce caly przemysl, oczywi'scie z tym zastrzezeniem, ze ilo'sciowo zdolno's'c produkcyjna jest niewielka, mozna powiedzie'c — na potrzeby domowe.

Oczy Greena zaiskrzyly sie.

— Czy mozna by zobaczy'c te urzadzenia?

— Bardzo chetnie oprowadze was po calym Astrobolidzie.

— Teraz jednak pozw'olcie na obiad — powiedziala przewodniczaca podnoszac sie z fotela.

— Czy ten obiad tez z tego uniwer… pro… duktora? — za'smial sie niepewnie David.

— Owszem. Cze'sciowo…

— Moze powie pani, ze zamiast miesa wieprzowego wklada pani do cudownej maszyny rulon plan'ow? — dowcipkowal Green.

— Tak, w istocie — u'smiechnela sie Kora. — Z tym tylko sprostowaniem, ze plany przedkladane uniwerproduktorom niewiele maja wsp'olnego ze zwyklymi planami kre'slonymi na papierze. Sa to wla'sciwie instrukcje zapisane w krysztalach.

Green sluchal z widocznym przejeciem, notujac sobie w pamieci slowa uczonej.

— Wla'sciwie pierwsze udane pr'oby syntezy prostszych bialek mial) miejsce juz w drugiej polowie XX wieku — ciagnela dalej Kora. — Metody otrzymywania ich, cho'c stale doskonalone, byly jednak bardzo skomplikowane i kosztowne, tak iz jeszcze w poczatkach XXII wieku masowa przemyslowa produkcja syntetycznych 'srodk'ow zywno'sciowych nie oplacala sie. Dopiero przewr'ot w chemii wywolany odkryciem tzw. „granicznych sum p'ol energetycznych”, upraszczajacy wszelkie procesy chemiczne, otworzyl szerokie perspektywy produkcji syntetycznej zywno'sci. Dzi's jeste'smy w stanie wytwarza'c masowo niemal dowolne produkty zywno'sciowe, zar'owno w postaci skondensowanych preparat'ow odzywczych, jak i zwyklych potraw, jakie konsumowali ludzie od tysiecy lat.

Przeszli do obszernej sali pelnej lagodnego 'swiatla i zieleni. Kilka stolik'ow z przezroczystej plastycznej masy krylo sie w cieniu obsypanych bialym kwieciem drzew.

Przewodniczaca rady Astrobolidu poprosila go'sci do duzego, okraglego stolu, wspartego na blyszczacej rurze wystajacej z podlogi.

Green nie m'ogl jeszcze wr'oci'c do r'ownowagi po rewelacjach Kory.

— Nie wiem, czy m'oglbym sie odzwyczai'c od prostego befsztyka — m'owil kiwajac smetnie glowa. — C'oz to za przyjemno's'c — zywi'c sie pigulkami.

— Masz sluszno's'c — przytaknal siadajac obok niego Andrzej Krawczyk. — Dlatego tez odzywianie preparatami skondensowanymi stosuje sie raczej w wyjatkowych okoliczno'sciach. Poza tym nie tylko wzgledy smakowe odstreczaja od calkowitego przerzucenia sie na pigulki. Odzywianie takie, stosowane przez dluzszy, kilkuletni okres, powoduje pewne nieodwracalne zmiany w uzebieniu i przewodzie pokarmowym, co nie jest zbyt wygodne ani przyjemne. Przejd'zmy jednak od teorii do praktyki. No, Rene! Jaki dzi's dajesz jadlospis?

Siedzacy przy drugim stole inzynier gospodarczy Astrobolidu u'smiechnal sie nieco zazenowany.

— Nie wiem, czy go'sciom naszym beda smakowa'c ziemskie potrawy, cho'c usilowalem znale'z'c co's zblizonego do jadlospisu z ko'nca XX w. Guziki: pierwszy, drugi i trzeci — dania miesno-jarzynowe; czwarty i piaty — zupy ekstraktowe; sz'osty i si'odmy — soki; 'osmy — lody; dziewiaty — pieczywo slodkie, i dziesiaty — owoce — wyrzucil z siebie szybko. — Guziki znajduja sie pod blatem stolu — dodal.

— Wolniej, Rene! — zawolala Rita. — Watpie, czy nasi go'scie beda mogli zapamieta'c, co kt'ory guzik oznacza. Zreszta, te obja'snienia nic nie m'owia o smaku.

— Najlepiej poda'c wszystko na st'ol i niech kazdy wybiera, co woli — rzekl Andrzej naciskajac kilka guzik'ow.

Za chwile poczely ukazywa'c sie w okraglym otworze na 'srodku stolu male talerzyki z dymiacymi potrawami i szklanki pelne barwnego plynu. Po sali rozszedl sie smakowity zapach goracych potraw.

— Bardzo to apetycznie wyglada — szepnal Green do siedzacego obol; Davida — ale nie wiem, czy sie tym mozna naje's'c.

— Czy w og'ole mozna je's'c, je'sli to wszystko sztuczne?

— Spr'obowa'c chyba nie zaszkodzi — odparl wydawca przysuwajac do siebie talerzyk, na kt'orym znajdowal sie jaki's brunatny kawalek przypominajacy befsztyk, a obok niego z'olta i zielona papka.

— No to jedz. Ja poczekam.

Green nabral na koniec widelca tajemniczej papki i odkrajal kawaleczek rzekomego miesa. Przez chwile zul w skupieniu.

— Niezle — zawyrokowal wreszcie — cho'c troche malo slone i jakby slodkie. Widzac, ze Green zabiera sie energicznie do jedzenia, David zdecydowal sie p'oj's'c w jego 'slady.

Zjadlszy swoja porcje Green siegnal po druga, podobna. Zauwazyla to Kora i u'smiechajac sie z lekka rzekla:

— Dziwia was z pewno'scia niewielkie porcje potraw. Jednak ich sila odzywcza ponad o'smiokrotnie przewyzsza dawne potrawy pochodzenia ro'slinnego i zwierzecego. Tylko plyn'ow wypijamy te sama ilo's'c, gdyz konieczne to jest dla cyrkulacji wody w organizmie. Za kilka minut poczujecie, jak te potrawy syca.

— Czy wszystko to, co jemy, jest wytworzone syntetycznie? — zapytal Dean.

— Wszystko z wyjatkiem owoc'ow.

— Czy owoc'ow nie mozecie pa'nstwo fabrykowa'c sztucznie? — zaciekawil sie David.

— Nie byloby to celowe, wszedzie mamy do's'c drzew i krzew'ow. Utrzymuja one zasadniczy proces krazenia tlenu i wegla w przyrodzie. Dzi's na Ziemi, w okresie syntetycznej produkcji zywno'sci, gdy niepotrzebne juz sa wielkie pola uprawne, miejsce ich zajely lasy, gaje i ogrody, pelne owoc'ow i kwiat'ow.

Dean patrzyl z zaciekawieniem w twarz Kory.

— Co to sa lasy? — zapytal.

— Jak wam to wytlumaczy'c? — zastanawiala sie. — To sa wieksze skupiska drzew. Pamietacie? Widzieli'scie je na pokazie filmowym. Ale dlaczego nie jesz? — zwr'ocila sie do

Horsedealera siedzacego nieruchomo nad napoczeta porcja „pieczeni”. — Czy ci nie smakuje? Filozof podni'osl na Kore wzrok utkwiony dotad w przezroczystym blacie stolu.

— Dlaczego… oni… uciekli? — wyrzekl wolno, jakby zadajac pytanie samemu sobie.

Dayid zakrztusil sie przelykanym kesem. Czerwony, mieniacy sie na twarzy nie m'ogl przez chwile przyj's'c do siebie, wreszcie zachrypnietym glosem warknal:

— Ze tez nie masz pan innego tematu… Horsedealer spojrzal na niego zimno.

— Nie. Nie mam. Ja chce… Ja musze wiedzie'c, dlaczego nasi przodkowie uciekli z Ziemi czterysta lat temu. Przeciez po to'smy tu przybyli, aby wreszcie dowiedzie'c sie prawdy.

Dawid wzruszyl ramionami.

— M'owilem, zeby nie wysyla'c tego wariata — syknal w strone Roche'a.

Deanowi r'owniez wydawalo sie w pierwszej chwili, ze wyskok starego filozofa nie jest zbyt fortunny. Jednak oburzyl go obelzywy zwrot uzyty przez Davida.

— Sadze, ze uwagi pa'nskie, panie David, sa nie na miejscu — powiedzial silac sie na spok'oj. -Profesor Horsedealer jest uczonym i cho'c nie mial dostepu do archiwum — dazyl do poznania przeszlo'sci Celestii droga wlasnych, dlugoletnich bada'n. C'oz w tym dziwnego, ze przyklada tak wielka wage do sprawy, na kt'ora strawil cale zycie? Poza tym nie wiem, czy poznanie swej przeszlo'sci musi koniecznie psu'c apetyt? — dodal z ironia. — A zagadnienie to powinno ciekawi'c nas nie mniej niz profesora Horsedealera. Archiwum zawiera powazne luki, nie m'owiac o tym, ze jest jednostronnym spojrzeniem na nasza przeszlo's'c.

Rumieniec gniewu oblal twarz Davida. Opanowal sie jednak, tym bardziej ze w duchu przyznawal Roche'owi racje, iz wystapienie bylo nietaktowne. Zreszta z pomoca przyszedl mu Green usilujac zbagatelizowa'c zaj'scie.

— No c'oz. Male nieporozumienie. Nie gniewacie sie chyba pa'nstwo? Juz po wszystkim. Gdyby byla brandy Summersona, to mogliby'smy wypi'c na zgode. Ale a propos: ciekaw jestem, jakie w'odki pija sie na Towarzyszu Slo'nca… chcialem powiedzie'c na Ziemi — poprawil sie nie wiedzac, czy biblijna nazwa, kt'ora w jego umy'sle laczyla sie ciagle jeszcze z mglistym pojeciem piekla, nie urazil gospodarzy.

— Tu musimy, niestety, was rozczarowa'c — odrzekla ze 'smiechem Rita.

— Jak to? Czyzby'scie, pa'nstwo, nie wiedzieli, co to jest w'odka, koniak lub cocktail? — zdziwil sie Green.

— Na Ziemi napoje alkoholowe zanikly wla'sciwie w ko'ncu XXII wieku — wyja'snil Kondratiew. — Mozna powiedzie'c: p'o'zno. Przyczyna tego jednak byl stosunkowo dlugi i powolny proces przeobraze'n nawyk'ow, tradycji i zwyczaj'ow, zwlaszcza rodzinnych. Wla'sciwie juz od poczatku XXI wieku nie mozna m'owi'c o alkoholizmie jako o pladze spolecznej. Wraz z powszechnym wzrostem stopy zyciowej i poziomu kulturalnego poczal zmienia'c sie do's'c szybko tryb zycia czlowieka i stad nastapil wyra'zny zmierzch picia alkoholu.

Tymczasem do Horsedealera, kt'ory pod opieka Rity zabral sie wreszcie do jedzenia, podszedl Andrzej. Kr'otkie spiecie miedzy filozofem a Davidem, zwlaszcza za's wzmianka Roche'a o badaniach Horsedealera, zaciekawily go bardzo.

— Przepraszam, ze ci przeszkadzam — rzekl nachylajac sie nad filozofem — ale sam tego chciale's. Chodzi mi o to, ze twoje pytanie trafia, zdaje sie, w sedno tego, co jest 'zr'odlem konflikt'ow nurtujacych Celestie. Odpowied'z nie nalezy jednak do prostych, tym bardziej ze nie wiem, w jakim stopniu bedziemy mogli sie wzajemnie zrozumie'c. Czterysta lat rozwoju i przemian duzo znaczy. Chcialbym z toba porozmawia'c szerzej na ten temat po obiedzie.

— Juz ko'ncze — zapalil sie filozof. Siegnal po'spiesznie po szklanke z jakim's pomara'nczowym plynem i wychylil ja kilkoma lykami. Po chwili wstal od stolu przepraszajac Rite, do kt'orej natychmiast przysiadl sie Green.

Horsedealer i Krawczyk usiedli w miekkich, wygodnych fotelach pod rozlozystym konarem kwitnacej jabloni.

— Tw'oj mlody kolega Roche wspomnial, ze dlugie lata prowadzile's badania nad przeszlo'scia Celestii — rozpoczal astronom. — Wiem, ze prawda o przeszlo'sci byla starannie ukrywana przez wladc'ow waszego 'swiata. Do jakich wniosk'ow o przeszlo'sci Celestii doszedle's w wyniku bada'n?

Na twarzy Horsedealera odbilo sie zaklopotanie.

— Wniosk'ow? Wla'sciwie sa to tylko mgliste domysly. Po prostu w pewnym momencie poczalem zdawa'c sobie sprawe, ze to, co glosza na ten temat ludzie pokroju Summersona, nie moze by'c prawda. Ze cala nasza rzeczywisto's'c opiera sie na jakiej's tragicznej pomylce — zapalal sie coraz bardziej filozof. — Ze musi istnie'c inny, lepszy 'swiat, wolny od zaklamania, nedzy materialnej i moralnej, wolny od prze'sladowa'n, terroru i nienawi'sci… Nie jestem profesorem, jak mnie nieslusznie tytuluje Roche. Nie potrafie my'sle'c tylko zimno, analitycznie. Szukalem czego's, co potwierdziloby moje domysly, moja wiare w ten inny 'swiat — m'owil nieco chaotycznie. — Po prostu wyobrazilem sobie, nie na podstawie dowod'ow, bo mialem ich zbyt malo, ze wla'snie takim innym 'swiatem jest Ziemia, wasza Ziemia.

Umilkl. Przez dluzsza chwile panowala cisza, tylko od pobliskiego stolu dochodzil gwar rozmowy, z kt'orej wybijal sie tubalny glos Greena, usilujacego zablysna'c elokwencja wobec Rity.

— Nieslusznie m'owisz, ze nie jeste's uczonym — rzekl wolno Krawczyk. — Nie ten jest uczonym, kto nosi tytul profesora, a wiedza jego jest martwa i bezplodna, ale ten, kto na podstawie swych bada'n i do'swiadcze'n potrafi poszerzy'c wiedze ludzka o otaczajacym 'swiecie. Tw'oj obraz 'swiata, tak bliski prawdziwemu obrazowi, opieral sie jednak na jakich's dowodach, cho'cby najbardziej fragmentarycznych. Powiedz sam…

— Tak, ale…

— Czy istotnie sadzisz, ze marzenie to co's… co's przeciwnego nauce? Nieprawda! Nauka to tw'orczo's'c, a nie ma tw'orczo'sci bez marzenia. Im blizsze jego sa wyniki naszych bada'n, tym sluszniejsze musialy by'c jego podstawy, oczywi'scie ujmujac pojecie marzenia bardzo szeroko. Ale wracajac do tematu: doszedle's wiec do wniosku, ze ucieczka waszych przodk'ow z Ziemi byla bledem?

— Tak! — potwierdzil filozof. — I wla'snie teraz, gdy poznalem prawde, nie moge \y zaden spos'ob wytlumaczy'c sobie, aby kto's m'ogl dobrowolnie opu'sci'c tamten 'swiat, szukajac czego's, nie wiadomo czego, w'sr'od pustki kosmicznej. Wla'sciwie: szukajac wlasnej 'smierci — dorzucil z gorzkim u'smiechem. — Czy pan wie, ze Celestia skazana jest na zaglade?

— Wiem. Wasze zasoby niezbednych do zycia substancji ulegaja szybkiemu rozproszeniu. Wla'snie dlatego dazyli'smy do spotkania z Celestia, aby wam pom'oc…

— …dolecie'c do Alfa Centauri?

— To juz bedzie od was zalezalo. Mozecie r'owniez wr'oci'c na Ziemie.

— Tak! Na Ziemie! Do's'c juz pokole'n zmarnowalo sie w Celestii. Trzeba naprawi'c te straszliwa pomylke sprzed czterech wiek'ow.

— Czy to byla pomylka?

— Co pan przez to rozumie? — zdziwil sie filozof.

— Oczywi'scie, z punktu widzenia obecnej sytuacji waszego spolecze'nstwa, ucieczke Celestii mozna nazwa'c pomylka. Jednak w 'owczesnych warunkach krok ten zgodny byl z interesami ludzi wladajacych Celestia.

— Jak to?

— We'zmy jako przyklad Summersona albo nawet tych dw'och, kt'orzy tam siedza — wskazal reka w kierunku Davida i Greena. — Gdyby nie gro'zba zaglady zycia w Celestii, zreszta bardzo odlegla, c'oz im brakowalo do szcze'scia?

— Sadzi pan, ze oni nie chcieliby wr'oci'c na Ziemie?

— Tego nie twierdze. Dzisiejszy obraz zycia na Ziemi jest niewatpliwie bardzo kuszacy, inaczej jednak przedstawiala sie sytuacja w ko'ncu XX wieku. Byl to okres wielkich napie'c i kryzys'ow.

— Kryzys'ow? To znaczy?…

— Na Ziemi dokonywaly sie w'owczas wielkie zmiany. Nie byl to zreszta jaki's gwaltowny przewr'ot. Po prostu rosla szybko liczba zautomatyzowanych zaklad'ow wytw'orczych zatrudniajacych na przyklad zamiast tysiaca ludzi — kilkudziesieciu, a nawet nieraz kilkuosobowe zespoly kierujace i kontrolujace prace maszyn. Ten szybki rozw'oj automatyzacji przy 'owczesnym systemie gospodarowania i stosunkach spolecznych prowadzil w prostej linii do katastrofy ekonomicznej. Trzeba bylo zmieni'c system, zmieni'c zasady gospodarowania i podzialu wytworzonych d'obr. W 'owczesnym 'swiecie widziano dwie drogi wyj'scia: jedna polegala na absolutnej, niczym nie ograniczonej wladzy niewielkiej grupy ludzi majacych w swych rekach wszystko: maszyny i surowce, administracje pa'nstwowa i policje, radio i telewizje, film, ksiazki i dzienniki.

— Dzienniki… — powt'orzyl z przejeciem Horsedealer.

— Ludzie ci m'owili, ze jedyna droga unikniecia katastrofy jest podporzadkowanie calego 'swiata jednemu kierowniczemu o'srodkowi. Ten kierowniczy o'srodek mieli wla'snie tworzy'c oni sami. Ta grupa chciala rzadzi'c innymi lud'zmi, nie pytajac sie tych ludzi, czy chca, aby my'slano i decydowano o wszystkim za nich. Usilowala ona wm'owi'c ludziom, ze nie mozna inaczej unikna'c kryzysu i chaosu, jak wyrzekajac sie prawa decydowania o swym losie. Glosila, ze stworzy zycie pelne szcze'scia i dobrobytu dla wszystkich, gdy w rzeczywisto'sci celem jej bylo panowanie nad 'swiatem, umacnianie swej sily i bogactw kosztem innych czlonk'ow spolecze'nstwa, kt'orych chciano zmieni'c w nowoczesnych niewolnik'ow. Ale grupie tej nie udalo sie utrwali'c swej wladzy nawet we wlasnym kraju. Ziemia to nie Celestia, zamknieta przed calym 'swiatem. Nie na dlugo mogli zapobiec gro'zbie kryzysu. Coraz wiecej ludzi domagalo sie reform, kt'ore zapewnilyby sprawiedliwy podzial wytwarzanych d'obr miedzy wszystkich czlonk'ow spolecze'nstwa. Domagalo sie pelnego wsp'oluczestnictwa w tworzeniu i organizowaniu dobrobytu, w decydowaniu we wszystkich sprawach wlasnej ojczyzny.

— Przepraszam — wtracil Horsedealer — ale uzyl pan sl'ow, kt'orych nie rozumiem. Co to jest kraj, ojczyzna?…

— Ach, prawda. W Celestii pojecia te stracily sens. Spr'obuje jako's wytlumaczy'c. Kr'otka chwile zastanawial sie, wreszcie rzekl:

— Nazywacie Celestie 'swiatem. Ma ona dzielnice, poziomy… Filozof kiwnal glowa.

— Celestia to jakby Ziemia — ciagnal dalej Krawczyk. — Poszczeg'olne za's poziomy czy dzielnice, gdyby mialy wlasne rzady, prezydent'ow itd., mozna by nazwa'c krajami. Z tym ze na Ziemi wystepuja miedzy krajami, cho'c nie zawsze, r'owniez i r'oznice jezykowe.

— Przepraszam. Uzyl pan zn'ow nie znanego mi slowa. Co to znaczy „jezykowe”?

— Slusznie. Zapomnialem zupelnie o tym, ze w Celestii znany jest tylko jezyk angielski.

— Jezyk angielski?

— Tak nazywa sie jezyk, kt'orym w tej chwili rozmawiamy. Jezyk — to znaczy zbi'or sl'ow, wyraze'n, okre'sle'n i zwrot'ow, za pomoca kt'orych porozumiewamy sie miedzy soba. Na Ziemi obok jezyka angielskiego istnieje wiele innych jezyk'ow. PQ prostu te sama my'sl mozna wyrazi'c za po'srednictwem innych wyraz'ow, budowanych inaczej w zdania, inaczej odmienianych itd. Rozumiesz mnie?

— Nie bardzo.

— Dam wiec przyklad. Zdanie: „Ziemie zamieszkuje 40 miliard'ow ludzi” powiem w moim jezyku ojczystym. Sluchaj!

Krawczyk powt'orzyl to samo zdanie po polsku.

— Zrozumiale's, co powiedzialem? — zapytal.

— Nie — wyszeptal z ogromnym zdziwieniem filozof. — Ale po c'oz tyle tych… jezyk'ow… Porozumienie miedzy lud'zmi m'owiacymi r'oznymi jezykami musi by'c bardzo trudne.

— Kiedy's tak bylo. Dzi's juz nie. Obecnie na Ziemi niemal kazdy czlowiek zna przynajmniej pie'c jezyk'ow. W tym obowiazkowo specjalny og'olno'swiatowy jezyk, stworzony jeszcze w XX wieku.

— Bardzo to ciekawe — zdziwil sie Horsedealer. — Musze i ja nauczy'c sie tego og'olno'swiatowego jezyka. Je'sli jeszcze zdaze… — powiedzial ze smutkiem.

— Dlaczego tak m'owisz? Filozof u'smiechnal sie blado.

— Stary jestem. Niedlugo juz, moze nawet w tym roku, rozloza mnie w zakladach Morgana na substancje proste. A zal byloby teraz umiera'c — westchnal. — Teraz…

Krawczyk pokrecil przeczaco glowa.

— Nie my'sl, ze nie zdaje sobie sprawy ze stanu twego zdrowia — odparl. — Wiele objaw'ow wskazuje na to, ze jest on bardzo powazny. Zostaniesz jednak u nas na jaki's czas i zajma sie toba nasi lekarze. Przypuszczam, ze masz przed soba jeszcze przynajmniej pie'cdziesiat lat zycia.

Slowa te wywarly tak silne wrazenie na starcu, ze Andrzej przez chwile obawial sie, iz filozof zemdleje.

— Pie'cdziesiat lat zycia? — wyjakal wreszcie. — Przeciez ja juz mam pie'cdziesiat siedem lat. Co pan opowiada? To niemozliwe! Nikt w Celestii nie dozyl nigdy siedemdziesieciu lat, a pan m'owi o stu siedmiu — pokrecil przeczaco glowa. — Byloby cudem, gdybym przezyl jeszcze dwadzie'scia.

— W Celestii, i to tej dawnej, tak — odparl Krawczyk. — Na Ziemi przecietny czlowiek zyje sto pie'cdziesiat lat.

— To fantastyczne! To wprost nie do uwierzenia. Czy ludzie zawsze na Ziemi zyli tak dlugo? — zapytal przychodzac wreszcie nieco do siebie.

— Nie. Jeszcze sze's'c wiek'ow temu przecietna dlugo's'c zycia wynosila niewiele ponad trzydzie'sci lat. W ko'ncu XX wieku 'srednia ta podwoila sie, w niekt'orych za's, bardziej rozwinietych krajach przekroczyla siedemdziesiat pie'c lat. Przecietna ta stale sie zwieksza.

— Profesorze! Idziemy zwiedza'c Astrobolid. Czy pan zostaje?

Horsedealer i Krawczyk nie zauwazyli, iz cale towarzystwo wstalo juz od stolu i teraz w'sr'od ozywionej rozmowy podazylo ku windzie.

— No wiec jak, profesorze? — ponowil pytanie Dean.

— Nie wiem… — odrzekl Horsedealer spogladajac pytajaco na Krawczyka. — Nie wiem sam.

— Je'sli zostaniesz u nas na kuracji, to jeszcze zdazysz zwiedzi'c dokladnie nasz statek.

— Nie wiem, czy… — urwal Horsedealer.

— Stan zdrowia profesora wymaga radykalnych zabieg'ow — dorzucil Krawczyk widzac zdziwienie malujace sie na twarzy mlodego astronoma.

Propozycja, zeby filozof pozostal w Astrobolidzie, stawiala Roche'a w bardzo niewygodnym polozeniu. Przeciez przed odlotem Mallet specjalnie przykazal mu, by czuwal nad Horsedealerem i sklanial do szybkiego powrotu. Rozumial jednak, ze zbrodnia byloby wymaga'c od starca wyrzeczenia sie kuracji koniecznej dla jego zycia.

Stal wiec, nie wiedzac zupelnie, co powiedzie'c.

— Zastanowie sie jeszcze — wybawil go z klopotu Horsedealer. — Na razie zwiedzajcie statek beze mnie. No, do zobaczenia. A pan idzie takze? — zwr'ocil sie do stojacego jeszcze przy stole Sokolskiego.

— Nie. Ja zostaje. Chcialbym porozmawia'c z toba.

— Do zobaczenia — powt'orzyl Horsedealer patrzac w zamy'sleniu na zamykajace sie drzwi d'zwigu. U'swiadamial sobie coraz wyra'zniej, ze jego obecno's'c w Celestii jest konieczna. Teraz zwlaszcza, gdy Morgan wyrazil zgode na wej'scie do rzadu… „Czy Kruk nie stanie sie powolnym narzedziem Agro i Morgana? — rozmy'slal. — Czy wolno mi teraz… wla'snie teraz; gdy kazdy dzie'n decyduje o losach mego 'swiata, my'sle'c wylacznie o sobie?”

Sokolski widocznie wyczul, jaka walke wewnetrzna toczy z soba filozof, bo rzekl podchodzac do niego:

— Mozesz sie komunikowa'c z prezydentem przez radio. Zreszta przypuszczam, ze leczenie nie potrwa dlugo. Najdalej za tydzie'n bedziesz m'ogl wr'oci'c. Sadze zreszta, ze Kruk jest do's'c rozsadny, aby nie popelni'c jakiej's wiekszej pomylki, i wie, czego chce.

— Jest mlody i niedo'swiadczony — rzekl z troska Horsedealer. — Boje sie, aby ci, kt'orzy wok'ol niego kraza, nie omotali go tak, jak to potrafia.

— Astrobolid niedaleko, w kazdej chwili mozesz wr'oci'c — odparl Krawczyk. Cho'c przyznawal racje Horsedealerowi, jednak zdawal sobie sprawe, ze jak naj'spieszniejsze zastosowanie odpowiednich 'srodk'ow dla podtrzymania gasnacego w tym czlowieku zycia jest konieczne.

Sokolskiemu wydawalo sie, ze najwla'sciwiej bedzie zwr'oci'c uwage filozofa w innym kierunku, tym bardziej ze poruszane zagadnienia mogly mie'c doniosle znaczenie dla doradcy prezydenta Celestii.

— Przemiany, kt'ore teraz dokonuja sie u was, sa nieodwracalne. Przed czterystu laty wladcy waszego 'swiata chcieli odwr'oci'c kolo historii. I c'oz? Co najwyzej udalo im sie odroczy'c sw'oj upadek na kilka wiek'ow i to tylko wskutek izolacji Celestii. Przewr'ot musial sie u was dokona'c, cho'cby'scie nawet nie spotkali Astrobolidu. Wskazuje na to cala wasza historia…

— Teraz Celestia pocznie odrabia'c w szybkim tempie cztery wieki zastoju — dorzucil Krawczyk.

— M'owili'smy wla'snie o przyczynach ucieczki Celestii — podjal Horsedealer przerwany temat. — Ta sprawa interesuje mnie ogromnie… Wiec tam, na Ziemi, przed wiekami… ponie'sli kleske ci, kt'orzy chcieli panowa'c nad 'swiatem. Czy to wla'snie byli wladcy Celestii?

Sokolski skinal glowa w milczeniu.

— I dlatego uciekli? — pytal filozof.

— Nie — odrzekl Krawczyk. — W'owczas jeszcze nic im nie grozilo. Wielu z nich zrozumialo, ze nie powstrzymaja fali przemian. Pojeli oni, ze musza zrezygnowa'c ze swych waskich osobistych interes'ow i ambicji na rzecz og'olu. Niekt'orzy brali nawet bardzo czynny udzial w tworzeniu nowego ladu. Byli jednak i tacy, kt'orzy nie chcieli tak latwo zrezygnowa'c ze swojej pozycji i plan'ow. Nie bylo ich wielu. Podzial przebiegal tam nawet przez rodziny. Dysponowali jednak znacznymi 'srodkami technicznymi. Miedzy innymi w ich wladaniu znajdowal sie wielki sztuczny satelita CM-2, zwany Celestia. Postanowili oni zdoby'c wladze sila. Zamach sie nie udal. Ofiar bylo jednak wiele… Zamachowcy mieli przeciw sobie wszystkich, nawet wielu swych krewnych. Byli jednak przygotowani na ewentualno's'c porazki. W kilka dni po klesce ostatnia grupa wyladowala w CM-2.

— Co znaczy „CM-2”?

— Celestia budowana byla jako drugie kosmiczne Centrum Mobilizacyjne na wypadek powszechnej wojny nuklearnej. Na szcze'scie do takiej wojny nie doszlo. Gdy rebelianci opanowali baze, budowa nie byla jeszcze uko'nczona i uzbrojenie CM-2 bylo bardzo skromne. Dzialaly tylko miotacze przeznaczone do ochrony centrum przed pociskami.

— Ilu ucieklo na Celestie?

— Kilkunastu wraz z rodzinami, okolo 60 os'ob.

— Sze's'cdziesieciu sprawiedliwych… Szale'ncy… Szale'ncy… — rzekl cicho Horsedealer przymykajac oczy.

— Dzi's niewatpliwie mozemy to nazwa'c szale'nstwem. Zwazmy jednak, iz w owym okresie walka, jaka toczyla sie na Ziemi, byla jeszcze ostra i nieublagana. Wielu z tych, kt'orzy uciekli na wasz sztuczny ksiezyc, mialo sie czego obawia'c. Zreszta jeszcze przez dlugi czas liczyli, ze co's sie zmieni i ze beda mogli odzyska'c utracone pozycje. Jednak ostatecznie, gdy ich sytuacja nawet w Celestii stawala sie coraz trudniejsza wobec buntu zalogi, postanowili opu'sci'c Uklad Sloneczny.

Chodzilo im o to, aby postawi'c zaloge wobec faktu dokonanego. W ich polozeniu ucieczka nie byla ani pomylka, ani tez szale'nstwem. Czy zgadzasz sie ze mna?

Nie bylo odpowiedzi. Teraz dopiero Andrzej i Wiktor spostrzegli, ze twarz go'scia pokryla sie nienaturalna blado'scia. Wypukle, zamkniete powieki starca drgaly nerwowo. Pomarszczone dlonie zaciskaly sie konwulsyjnie na poreczach fotela.

— Co tobie?! — Sokolski z przestrachem zerwal sie z miejsca.

— Nic… — wyrzezil z trudem Horsedealer. — To przejdzie…

Otworzyl z wysilkiem oczy, lecz nagle nowy atak b'olu wykrzywil jego twarz. Opadl ciezko na oparcie fotela. Oddech jego stal sie gwaltowny i 'swiszczacy.

Krawczyk ujal filozofa za przegub dloni i przez chwile badal puls. Byl on slaby i nier'owny. Nie ulegalo watpliwo'sci, ze stan starca jest powazny. Pospiesznie przycisnal guzik „broszki” kontaktowej.

— Doktorze Summerbrock!

Na pobliskiej 'scianie pojawil sie obraz: wysoka, przygarbiona posta'c pochylona nad stolem laboratoryjnym.

— Will! — zawolal Krawczyk. — Przyjd'z tu natychmiast…

I wskazujac reka na lezace bezwladnie w fotelu cialo Horsedealera, dodal:

— Ten czlowiek, zdaje sie, umiera…

Wielki, plastyczny obraz Astrobolidu zajmowal prawie caly sufit centrali. Za kazdym ruchem palc'ow Wladka na klawiaturze — obraz ten zmienial sie, ukazujac coraz to inne cze'sci wewnetrznej budowy statku, jakby w szklanym, przezroczystym modelu zapalaly sie niewidoczne lampki o'swietlajac kolejno poszczeg'olne pomieszczenia. Zludzenie, ze jest to model, pryskalo jednak szybko — w niekt'orych pomieszczeniach spostrzec mozna bylo male'nkie, poruszajace sie sylwetki ludzi.

Ten „zywy” plan Astrobolidu umozliwial wzrokowa kontrole wszystkich pomieszcze'n w chwilach manewrowania statku, gdy zmiana kierunku przy'spiesze'n mogla powodowa'c nieprzyjemne zakl'ocenia w zyciu jego mieszka'nc'ow. Cho'c statkiem kierowal sztuczny m'ozg wedlug z g'ory ustalonej instrukcji i czuwal nad praca wszystkich urzadze'n, jednak nie potrafil panowa'c nad tak niesfornymi istotami jak ludzie, a zwlaszcza ich dzieci.

Z zadarta do g'ory glowa, pelen podziwu i zazdro'sci 'sledzil Green dzialanie „modelu”. Jakze potezni sa wladcy tego niezwyklego 'swiata, kt'orego wyslannik'ow spotkala Celestia na bezdrozach Kosmosu! Czyzby i tamto, co pokazywali na plastycznym ekranie telewizora, nie bylo tylko bajka? Moze naprawde istnieje tamten bogaty, dziwny 'swiat, w kt'orego istnienie wierzyl pono'c jego pradziadek Tobiasz?

Zdobycze techniczne XXV wieku budzily w Davidzie nieco inne refleksje. Zdawal on sobie dobrze sprawe z tego, jak ogromne mozliwo'sci otwieraja sie przed tymi, kt'orzy wladaja tak poteznymi 'srodkami. Cho'cby ten 'swiecacy na suficie obraz wnetrza Astrobolidu… Przeciez za jego pomoca mozna w takim zamknietym jak Celestia 'swiecie kontrolowa'c zycie wszystkich jej mieszka'nc'ow. Mozna widzie'c, co sie dzieje we wszystkich pomieszczeniach… M'oc w pore wykry'c kazda pr'obe buntu…

Dla Roche'a ostatnie godziny byly nieprzerwanym pasmem oszalamiajacych wraze'n. To co dotad zobaczyl i uslyszal, przyprawialo niemal o zawr'ot glowy. On jeden spo'sr'od calej czw'orki Celestian posiadl dostatecznie szeroka wiedze matematyczna i przyrodnicza, aby w pelni oceni'c, jak ogromnego skoku dokonala ludzko's'c w nauce i technice w ciagu czterech wiek'ow. Niemal wszystko, czego juz sie dowiedzial, wprowadzalo rewolucyjne zmiany w jego pogladach naukowych.

Sluchal teraz z najwyzszym zainteresowaniem wyja'snie'n Kaliny dotyczacych napedu przybylego z Ziemi statku miedzygwiezdnego.

— W dawnych silnikach Celestii czy silniku waszego pojazdu rakietowego przy'spieszanie wyrzucanej materii przebiega wewnatrz rakiety w komorze spalania pod dzialaniem wysokich temperatur. Silnik Astrobolidu opiera sie na zupelnie odmiennej zasadzie. Nie ma tu zadnej komory spalania ani dysz. Caly proces przyspieszania jon'ow sztucznego pierwiastka aroternu odbywa sie na zewnatrz statku, na jego powierzchni, a 'sci'slej — tuz nad powierzchnia. Moze to wydaje sie wam niezrozumiale, ale przeciez zasada dzialania silnika odrzutowego nie ulegla w niczym zmianie. Powiem wiecej: zasada ta znajduje tu zastosowanie jakby w czystej postaci. Dawne termiczne metody przyspieszania materii droga wykorzystania energii chemicznej wydaja sie dzi's absurdem.

— Skad wiec wasz silnik czerpie energie i jak ja przetwarza? — zapytal Dean.

— Ot'oz to. W tym wida'c najlepiej osiagniety postep — podchwycil mlody uczony z wyra'znym odcieniem dumy. — Po pierwsze: wyzwalamy energie odpowiadajaca masie spoczynkowej niemal w 60 procentach, gdy w polowie XX wieku najwyzszy stopie'n wyzwalania energii jadrowej, wystepujacy przy syntezie helu w bombie wodorowej, nie przekraczal 0,75 procenta masy. Po drugie: potrafimy zamieni'c te energie bezpo'srednio w energie elektryczna. Po trzecie: wielkiemu uproszczeniu ulegla zasada nadawania ogromnych przy'spiesze'n czastkom w polu magnetycznym. Dawne cyklotrony, synchrotrony i betatrony wydaja sie dzi's dziecinna zabawka. Astrobolid wytwarza pole elektromagnetyczne o ogromnej sile, w kt'orym przy'spieszone zostaja jony aroternu, a nastepnie odrzucane w jednym kierunku z predko'scia blisko 6200 km/sek.

— A skad bierzecie paliwo… chcialem powiedzie'c: cialo po'sredniczace, no, ten arotern? — jakal sie Green wytracony zupelnie z r'ownowagi.

— Bezpo'srednio z powierzchni Astrobolidu. W czasie pracy silnika z zewnetrznej warstwy powloki Astrobolidu odrywaja sie nieustannie pojedyncze atomy. Pozbawione wiekszo'sci elektron'ow, juz jako jony zostaja przy'spieszone do tej ogromnej predko'sci. Proces ten przebiega pasmami przesuwajacymi sie po calej powierzchni statku. W ten spos'ob Astrobolid jak gdyby nieustannie zrzucal z siebie coraz to nowe warstwy powloki, przy czym w chwili startu masa odrzucanej materii przekraczala znacznie dwie tony na sekunde.

— Dwie tony?

— Obecnie, przed zatrzymaniem sie Astrobolidu obok Celestii, ubytek masy wynosil w przyblizeniu juz tylko 90 kg na sekunde, gdyz masa naszego statku zmalala 25 razy.

— To az tyle kosztowalo pa'nstwa spotkanie z Celestia? — zaciekawil sie Green.

— Nie. Najwiecej masy utracili'smy w czasie startu, bo az l 040 000 ton, teraz za's tylko nieco ponad 200 000 ton. Astrobolid zuzywa cztery piate swej masy dla osiagniecia predko'sci 10 000 km/sek. Obecnie waga jego wynosi 52 000 ton.

W oczach Davida pojawily sie ironiczne blyski.

— No, to je'sli bedziecie nadal tak szasta'c waszymi zapasami, niewiele w ko'ncu zostanie z waszego statku.

— Nie wiecej jak 2000 ton — odparl u'smiechajac sie Kalina. — Wystarczy, by zbudowa'c w ukladzie planetarnym Proximy Centauri z pierwszej lepszej planetoidy lub wiekszego meteorytu nowy Astrobolid.

— Z planetoidy? Co to takiego? — zdziwil sie Green.

— Sa to niewielkie planetki krazace wok'ol Slo'nca. Mozliwe, ze spotkamy je r'owniez w ukladzie Proximy.

— Wiec twierdzi pan, ze wasz statek nie byl budowany na Ziemi, lecz gdzie's w przestworzach, na malej planetce?

— Celestia r'owniez nie byla budowana na Ziemi — wtracila towarzyszaca go'sciom Rita. -Tylko z zupelnie innych powod'ow…

— Celestia? Wiec nasz 'swiat tez zbudowano z jakiej's planetki?

— Nie — odrzekl Kalina. — Celestia byla sama sztucznym ksiezycem. Sztuczna planetka krazaca wok'ol Ziemi, takim, jak wy to m'owicie, „Towarzyszem Ziemi” — dorzucil dla wyja'snienia domy'slajac sie z wyrazu twarzy go'sci, ze okre'slenie „sztuczny ksiezyc” jest dla nich obce.

— Z czego wiec zbudowana byla Celestia? — nie m'ogl zrozumie'c Green.

— Poszczeg'olne jej cze'sci byly wyprodukowane na Ziemi, a nastepnie zaopatrzone w silniki rakietowe i wystrzelone w przestrze'n w ten spos'ob, ze osiagnawszy w odleglo'sci 43 000 km od 'srodka Ziemi predko's'c okolo 3,2 km/sek. poczely ja okraza'c raz na dobe zgodnie z jej ruchem.

Czas lotu poszczeg'olnych rakiet obliczano tak, aby przybywaly one w jeden okre'slony punkt orbity przyszlego sztucznego ksiezyca. Oczywi'scie nie zawsze sie to udawalo, ale poszczeg'olne elementy 'sciagane byly na jedno miejsce przez pilot'ow malych rakiet. Tam z tych cze'sci zmontowano wielki pier'scie'n, zwieziono urzadzenia, maszyny…

— To Celestia byla pierwotnie pier'scieniem?

— W ten spos'ob do's'c czesto budowano wieksze sztuczne ksiezyce.

— Wiec bylo ich wiecej?

— Z chwila rozpoczecia budowy Celestii istnialy juz trzy duze bazy kosmiczne okrazajace Ziemie na r'oznych wysoko'sciach, nie liczac kilkudziesieciu male'nkich sztucznych satelit'ow, sluzacych do nadawania program'ow telewizyjnych i bada'n naukowych.

Dean chcial o co's zapyta'c, gdy niespodziewanie uczul, ze kto's dotyka jego ramienia. Za nim stala mloda Mulatka, kt'ora zauwazyl juz w czasie obiadu.

— Nazywasz sie Dean Roche? — zapytala.

— Tak.

— Horsedealer cie prosi — powiedziala dziewczyna podazajac ku windzie.

— Nie przedstawilam ci sie — powiedziala dziewczyna, gdy w chwile p'o'zniej wychodzili z windy. — Jestem Suzy Brown.

— Brown?

— C'oz cie tak zaskoczylo?

— Pani ma nazwisko bardzo rozpowszechnione w Celestii… Moja narzeczona nazywa sie Daisy Brown…

— Nic nie wiadomo — za'smiala sie Suzy. — Moze okaze sie, ze jestem krewna twojej dziewczyny…

Tymczasem podeszli do niewielkich drzwi z na wp'ol przezroczystego tworzywa, kt'ore same otwarly sie przed nimi bezszelestnie.

Na wprost drzwi, za przezroczysta tafla siedzial pograzony az po szyje w jakim's niebieskim plynie Horsedealer. Cialo jego oplataly przewody i dlugie pelne przyssawek rurki, poruszajace sie chwilami jak macki zywego potwora. Czaszke filozofa okrywal wielki, podobny do dzwonu helm polaczony grubym kablem z l'sniaca kula pod sufitem.

Spostrzeglszy Roche'a Horsedealer u'smiechnal sie i rzekl:

— Jak pan widzi, chca mnie tu troche podreperowa'c…

Chociaz rozdzielala ich gruba szyba, Dean byl przekonany, ze glos filozofa biegnie nie oslabiony niczym wprost ku niemu.

— Czuje sie pan dobrze? — zapytal astronom ochlonawszy nieco z wrazenia.

— W tej chwili — 'swietnie. Ale przed godzina bylo juz ze mna bardzo kiepsko. W Celestii chyba bylby to juz koniec… Umilkl i zamy'slil sie.

— Czy bedzie m'ogl pan wr'oci'c z nami do Celestii? — zaniepokoil sie Dean.

— Wla'snie dlatego chcialem zobaczy'c sie jak najpredzej z panem.

— Nasi lekarze radza, aby profesor Horsedealer pozostal u nas na dluzszej kuracji — wtracila Suzy.

— Doktor Summerbrock m'owi, ze w ciagu trzech tygodni moze przywr'oci'c mi mlodo's'c… -dorzucil filozof.

— Mlodo's'c?… Czyz to mozliwe?

— Ten 'swiat, kt'ory nas tu otacza, jest tak niezwykly, ze got'ow jestem wierzy'c w cuda. Ale pozosta'c tu nie moge. Najblizsze tygodnie moga by'c decydujace dla przyszlo'sci Celestii.

— Czyzby sytuacja ulegla zmianie? Morgan mial przeciez…

— Pietna'scie minut temu nadeszla wiadomo's'c, ze Morgan objal oficjalnie stanowisko wiceprezydenta.

— A wiec w porzadku.

— Niezupelnie. Co prawda Morgan rozwiazal swe boj'owki i przeslal 14 skrzy'n z bronia do dyrekcji policji, ale zastrzegl, ze skrzynie te maja by'c zlozone w gabinecie Daltona i pozosta'c tam tak dlugo, dop'oki ostatnia grupa Nieugietych nie odda broni.

— Boi sie was… — u'smiechnal sie Dean. — On zawsze byl bardzo ostrozny.

— Gdybyz to tylko byla ostrozno's'c… — westchnal Horsedealer.

— Co pan ma na my'sli, profesorze?

— Nic nie wiem… Obawiam sie jednak, czy zbytnio nie ufamy Morganowi. Bernard Przyrzekl mu calkowite rozwiazanie grup Nieugietych i zlozenie broni w dyrekcji policji do godz. 16.00.

— I dlatego chce pan juz wraca'c?

— Nie wiem, czy nie powinni'smy odlecie'c jeszcze dzi's wieczorem.

Obawy Horsedealera wydaly sie Deanowi przesadzone. Przeciez w Celestii przebiega wszystko tak, jak postanowiono.

— Porozmawiam dzi's wieczorem przez radio z Bernardem. Je'sli istotnie sytuacja bedzie wymaga'c naszej obecno'sci — polecimy. Nie przypuszczam jednak, aby bylo to konieczne. Niech sie pan, profesorze, niczym nie przejmuje i przede wszystkim pilnuje swego zdrowia. To najwazniejsze!

— No, ostatecznie… niech tam… — zdecydowal po chwili wahania Horsedealer. — Wieczorem porozmawiamy przez radio z Malletem i Krukiem. A teraz niech pan nie marnuje czasu. David i Green pewnie czekaja na pana.

Dean i Suzy nie zastali juz nikogo w centrali pilota.

— Czy pani wie, dokad mieli p'oj's'c? — zmartwil sie Dean. — Pan Kalina obiecal mi pokaza'c zdjecia ze startu Astrobolidu.

— Zaraz zobaczymy, gdzie oni sa — odparla z u'smiechem Suzy i odczepila od swej bluzy nieduzy, podobny do broszki krazek przypiety jakby dla ozdoby. Polozyla go na dloni. Snop 'swiatla z miniaturowego teleprojektora padl na pobliska 'sciane i po chwili ukazalo sie na niej wnetrze jakiej's salki pelnej przezroczystych rur, cylindr'ow i kul.

— Sa w si'odmej sekcji uniwerproduktor'ow. Zaraz sie zglosza.

W tej samej chwili obraz na 'scianie zakolysal sie i jakby obr'ocil. Sploty przezroczystych przewod'ow przebiegly gdzie's z g'ory na d'ol i w kregu 'swiatla ukazala sie twarz Kaliny. Dean domy'slil sie, ze Kalina musial mie'c podobna broszke-projektor i pod wplywem jakiego's sygnalu wyslanego przez nadajnik Suzy urzadzenie zaczelo dziala'c.

— Wla'snie mialem polaczy'c sie z wami — uslyszeli nieco przytlumiony glos Kaliny. -Idziemy do biblioteki, aby obejrze'c budowe i start Astrobolidu. Nasi go'scie chcieli zobaczy'c z bliska, jak przebiega produkcja zywno'sci syntetycznej, wiec wstapilem po drodze do si'odmej sekcji, ale juz wychodzimy.

— Zaraz bedziemy w bibliotece! — zawolala Suzy. Przesunela jaka's niewidoczna d'zwigienke przy krawedzi broszki i 'swietlny krag zgasl raptownie.

Przypiawszy broszke do bluzy ruszyla ku drzwiom d'zwigu.

Weszli do malej windy, kt'ora szybko pobiegla w d'ol zjezdzajac z VII na III poklad Astrobolidu.

Dean poczul, ze jaki's ogromny ciezar spada mu na plecy. Kolana ugiely sie pod nim i gdyby nie silne ramie dziewczyny, niewatpliwie upadlby na podloge.

— Przepraszam pania, ale co sie tu dzieje? — wyszeptal z niepokojem. — Trudno sie utrzyma'c na nogach.

— Jak to? Czyzby'scie nie byli przyzwyczajeni do normalnego ciazenia? Teraz z kolei oczy Roche'a rozszerzylo zdziwienie.

— Normalnego? Pani m'owi, ze to jest normalne ciazenie?

— Tak. Na tym pokladzie, kt'ory jest oddalony o 200 m od osi wirowania naszego statku, panuje przy'spieszenie 10m/sek.2, czyli bardzo zblizone do ziemskiego.

— To znaczy dokladnie dwa razy wieksze niz nasze normalne na 13 poziomie. I pani to znosi bez trudu?

— Przeciez to normalne, ziemskie ciazenie — odparla 'smiejac sie Suzy. — Nikt z nas tego nie odczuwa. Oprzyj sie o mnie i chod'z.do biblioteki — dorzucila widzac, z. jakim wysilkiem porusza sie Roche. — Tam sa fotele, wiec odpoczniesz.

— Alez dam sobie rade — odparl z zazenowaniem. On, kt'ory uchodzil w Celestii za dobrego sportowca, kt'ory popisywal sie sila i zreczno'scia w gronie koleg'ow i kolezanek, tutaj czul upokorzenie. A wiec ta idaca obok niego dziewczyna, nawet nizsza wzrostem i znacznie watlejszej budowy niz Sokolski czy Kalina, przewyzsza go znacznie sila i ma prawo ofiarowa'c mu pomoc jak schorowanemu starcowi lub male'nkiemu dziecku.

Ze spuszczonym wzrokiem postepowal ciezko obok Suzy, kt'ora widzac przygnebienie go'scia usilowala go pocieszy'c.

— Cho'c nie jestem tu autorytetem, ale wydaje mi sie, ze mozna stopniowo wprowadzi'c i na Celestii normalne, ziemskie przy'spieszenie. Przypuszczam, ze organizm ludzki w ciagu kilku czy kilkunastu lat przystosuje sie do nowych, a wla'sciwie normalnych warunk'ow.

Mlecznobiala tafla drzwi rozsunela sie bezszelestnie. Znale'zli sie w dlugiej, jasno o'swietlonej sali. Roche rozgladal sie, zapominajac o niedawnych perypetiach. W'sr'od rze'zb i malowidel zdobiacych 'sciany biblioteki rozmieszczonych bylo kilkadziesiat nieduzych szafek z pulpitami i szereg wygodnych foteli.

— Nie ma ich jeszcze — stwierdzila Suzy i siadajac wygodnie w glebokim fotelu zaprosila Deana ruchem reki, aby poszedl w jej 'slady.

— Jaka piekna sala! Tyle obraz'ow, rze'zb… — zachwycal sie Roche.

Zgielk podniesionych glos'ow wtargnal znienacka w cisze biblioteki. Dean i Suzy spojrzeli ku drzwiom i naraz oboje wybuchneli niepohamowanym 'smiechem.

W progu stal Kalina uginajac sie pod ciezarem uwieszonych u obu jego ramion go'sci.

— Nie! Nie, juz nie moge! Gdzie tu fotel? — stekal Green ciezko dyszac.

— To nie dla nas. Jak wy tu mozecie zy'c? — wt'orowal mu cienko David.

Suzy zerwala sie z miejsca i krztuszac sie ze 'smiechu podbiegla do Greena. R'owniez Dean podni'osl sie z wysilkiem z fotela i podszedl do przybylych. Odczuwal jakie's pod'swiadome zadowolenie, ze tamci dwaj jeszcze silniej niz on zareagowali na wzrost przy'spieszenia.

— Widze, ze ziemskie ciazenie nie bardzo panu odpowiada — rzekl z przekasem do pulchnego Davida pomagajac mu dowlec sie do najblizszego fotela.

— Daj mi pan spok'oj. Latwo m'owi'c, gdy sie ma takie bicepsy. A m'owilem, ze nas tu urzadza… — dorzucil szeptem i opadl ciezko na fotel.

— Wszystko tu u pa'nstwa takie super… — podjal Green, kt'oremu miekkie poduszki fotela przywr'ocily szybko dobry humor. — Nawet ciazenie u was super. Ale moze tak m'oglby pan cho'cby na czas naszej wizyty zrobi'c co's z tym superciazeniem?

— Owszem — odrzekl Kalina. — Pomy'slalem juz o tym i gdy bedziecie stad wychodzili, zmniejsze na chwile predko's'c rotacji naszego statku.

— A, to 'swietnie — ucieszyl sie Green i zapominajac zupelnie o niedawnych przygodach zapytal: — Wiec to jest wasza biblioteka? A gdzie ksiazki?

— Na Ziemi juz tylko w niewielkim stopniu korzysta sie z dawnego sposobu wydawania ksiazek. Tyle obecnie ukazuje sie dziel, ze 'swiat musialby sie zamieni'c w jedna wielka biblioteke. Poza jakimi's specjalnymi, bibliofilskimi wydaniami, ksiazki produkuje sie dzi's w formie ta'sm.

Kalina podszedl do jednej z szaf i nacisnal kilka guzik'ow. Po chwili wr'ocil Jzymajac w palcach centymetrowej wielko'sci szpuleczke.

To jest ksiazka? — nie m'ogl sie nadziwi'c wydawca.

Ksiazka — potwierdzil Wlad. — I to niemala. Blisko dwa tysiace stron dawnego druku. Wla'sciwie juz w XX wieku zaczeto tworzy'c tego typu biblioteki, fotografujac wazniejsze teksty. Spos'ob ten upowszechnil sie i w ciagu czterech wiek'ow tak sie udoskonalil ze ta'sma wyparla stopniowo dawna ksiazke.

— Duza jest ta biblioteka?

— W tej chwili liczy sze's'c milion'ow szpulek, ale liczba ich stale wzrasta.

— Jak to wzrasta? Mnoza sie? — za'smial sie Green.

— Mnoza. Oczywi'scie, nie same. Otrzymujemy droga radiowa nowe wydania, poza tym korzystamy z wielkich bibliotek ziemskich, kt'ore na zam'owienie ta sama droga przesylaja nam potrzebne dziela.

— Widze, ze te wasze szpulki sa bardzo dobrym pomyslem. Ale jak taki drobiazg czyta'c?

— Sluza do tego celu aparaty zwane fotolektorami — wyja'snila Suzy. — Takie fotolektory znajduja sie nie tylko w kazdym domu, lecz r'owniez w parkach, na plazach, w pojazdach komunikacyjnych. Z ich pomoca mozna bad'z czyta'c teksty jakby przez dawny mikroskop, bad'z rzuca'c obraz na wiekszy ekran, jak r'owniez zmienia'c znaki na d'zwieki.

— Na d'zwieki? — nie m'ogl zrozumie'c David.

— Fotolektor potrafi czyta'c tekst podobnie jak czlowiek, gdyz rozstawienie i jasno's'c liter kieruja zmianami akcentu i tonacji wytwarzanego glosu. Oczywi'scie ustawiwszy aparat na dany jezyk. Zreszta zaraz sami uslyszycie.

Zapoznawszy go'sci z dzialaniem fotolektora Kalina podszedl do wiekszej szafy, w kt'orej mie'scily sie zbiory utrwalonych na ta'smach audycji telewizyjnych.

Po chwili na duzym ekranie ukazalo sie czarne, usiane gwiazdami niebo. Tuz przy krawedzi ekranu 'swiecil czerwonawo maly sierp jakiej's planety. Kalina wskazal reka na ekran.

— To Mars. Zaraz zobaczycie Site 3722. O! Juz wida'c!

Roziskrzona gwiazdami czasza obr'ocila sie wolno. Zza ram ekranu wyplynal jaki's podluzny przedmiot o postrzepionych konturach, o'swietlony Slo'ncem. R'osl on szybko w oczach, przybierajac ksztalt nieforemnej iglicy skalnej.

— Co to takiego? — wyrwalo sie z ust Deana pytanie.

— To jest wla'snie Sita 3722. Planetoida, na kt'orej budowany byl Astrobolid.

— Taka mala? — zdziwil sie Green.

— Nie taka ona zn'ow mala. Najdluzsza jej 'srednica wynosila ponad dwa kilometry, a masa r'ownala sie niemal miliardowi ton. l 300 000 ton posluzylo jako material do budowy Astrobolidu.

— A wla'sciwie — wtracil Roche — dlaczego ani Celestii, ani Astrobolidu nie budowano na Ziemi?

— Powody byly odmienne — odrzekl Wlad. — Gdy budowano Celestie, kosmonautyka stawiala dopiero pierwsze kroki. 'Owczesne silniki rakietowe byly za slabe, aby nada'c tak ogromnej masie predko's'c konieczna do przezwyciezenia przyciagania Ziemi. Trzeba bylo przez cale lata wysyla'c rakiety, przewozi'c po kawalku poszczeg'olne elementy, z kt'orych zbudowano wasz sztuczny ksiezyc. Byla to praca najtrudniejsza i zuzywajaca najwiecej energii. Ostateczne wyrwanie sie sztucznego satelity, krazacego juz w przestrzeni, spod panowania przyciagania ziemskiego, a nastepnie slonecznego, bylo juz znacznie latwiejszym zadaniem. Celestia nie tylko poruszala sie po orbicie wok'ol Ziemi z predko'scia 3,2 km/sek., lecz r'owniez z predko'scia okolo 30 km/sek. wraz z Ziemia wok'ol Slo'nca. Kazdy przyrost tej predko'sci wydluzal orbite Celestii, zmieniajac w ko'ncu elipse w parabole, czyli osiagajac predko's'c ucieczki wzgledem Slo'nca, niezbedna do opuszczenia Ukladu Slonecznego.

Tymczasem planetoida rozrosla sie na ekranie juz do znacznych rozmiar'ow, zajmujac cale jego centrum. Jaki's duzy przedmiot o dziwnym ksztalcie blysnal w slo'ncu na krawedzi planetki. Po chwili ukazal sie caly.

Jaki's gigantyczny potw'or wczepil sie dziesiatkami odn'ozy w skalista powierzchnie planetoidy. Gdyby Dean znal faune Ziemi, bylby go z pewno'scia przyr'ownal do ogromnej o'smiornicy, przyczajonej nieruchomo na dnie morskim. Por'ownanie nie byloby jednak 'scisle, gdyz ze szczytu „tulowia” wyrastala korona nieco cie'nszych ramion, kt'ore jak dlugie i waskie platki jakiego's kwiatu zwijaly sie w zamkniety kielich.

Tam, wewnatrz kielicha, w'sr'od o'slepiajacych blysk'ow, dokonywalo sie to, czemu sluzyla cala ta potezna maszyna — powstawal Astrobolid.

— Uniwerproduktor typu UZ-37 buduje nasz Astrobolid — wyja'snil Kalina. — Gl'owne prace dobiegaja ko'nca. W tej chwili widzimy proces tworzenia zewnetrznej powloki statku. Ta powloka, jak wiecie, zrobiona jest ze sztucznego pierwiastka — aroternu. Uniwerproduktor wytwarza go dokonujac sposobem przemyslowym przemiany pierwiastk'ow, z kt'orych skladaja sie skaly planetoidy.

— I ten Uniwerproduktor zbudowal caly wasz statek? — zdziwil sie Green. — Wszystkie te urzadzenia i inne uniwerproduktory?

— Niezupelnie. Znaczna cze's'c prac wewnetrznych wykonaly juz wybudowane przez niego uniwerproduktory Astrobolidu.

— To on potrafi, ze tak powiem, rozmnaza'c sie jak zwierze lub czlowiek? Tego jeszcze nie widzialem, zeby maszyna rodzila maszyne.

— Nie widziale's? Czy na pewno? — odparla u'smiechajac sie Suzy. — A skad wy bierzecie maszyny? Czy nie produkuje sie ich za pomoca innych narzedzi i maszyn?

— To prawda. Ale…

Green nie m'ogl przezwyciezy'c nieprzyjemnego uczucia, ze widoczna na ekranie maszyna jest istota zywa.

— Dlaczego Astrobolid nie byl budowany na Ziemi? — zapytal Dean kierujac rozmowe na inny temat.

— Przyczyna byla bardzo prosta — odrzekl Kalina. — Sila motor'ow naszego statku jest tak ogromna, ze start z Ziemi spowodowalby katastrofalne nastepstwa. Na wytworzenie przy'spieszenia 10 m/sek.2, a wiec zaledwie znoszacego przy'spieszenie ziemskie, wyrzuca on w chwili startu w ciagu sekundy ponad dwie tony materii z szybko'scia 6200 km/sek. Takie uderzenie wyrzucanych czastek spowodowaloby potworna eksplozje, kt'ora zniszczylaby wszystko wok'ol w promieniu wielu kilometr'ow, wlacznie z samym statkiem. Dlatego przenie'sli'smy budowe na bezpieczna odleglo's'c od Ziemi. Zaraz zreszta zobaczycie, co sie stalo z planetoida, gdy strumie'n czastek uderzyl w jej powierzchnie.

Suzy zmienila ta'sme: na ekranie ukazala sie blyszczaca w slo'ncu kula Astrobolidu. ' niej, w znacznej odleglo'sci, rysowala sie potezna iglica planetoidy.

— Startujac z Sita 3722 trzeba bylo pokona'c bardzo niewielka sile przyciagania tlumaczyl Kalina — wiec predko's'c i masa wyrzucanych czastek byla bardzo mala. Za chwile silniki rusza pelna moca. Uwaga!

Powierzchnia kuli rozjarzyla sie bialym blaskiem i ku planetce strzelil jasny snop 'swiatla. Minal ja z boku tonac w glebinach Kosmosu. Snop 'swiatla obr'ocil sie wolno, jakby rzucany z reflektora w mglistym powietrzu, i uderzyl w krawed'z planetoidy.

O'slepiajacy blysk rozcial na moment czer'n ekranu.

Dean wytezyl wzrok. Jakie's z'olte i brunatne platy rozpierzchly sie na wszystkie strony. Z trudem rozpoznal w niekt'orych z nich wieksze odlamki skalne, pozostale po tym, co niedawno bylo planetoida Sita 3722.

Jarzaca sie kula Astrobolidu oddalala sie szybko „ciagnac” za soba smuge czastek przy'spieszonych do ogromnej predko'sci.

Ekran zgasl. Przez chwile panowala cisza. Wreszcie przerwal ja Green:

— Powiedzcie mi, pa'nstwo, dokad wla'sciwie leci Astrobolid? Przeciez chyba nie po to tylko wybrali'scie sie w tak daleka droge, aby zlozy'c wizyte na Celestii?

— Wyprawa nasza jest ekspedycja miedzygwiezdna — odrzekl Kalina. — Lecimy do ukladu Alfa Centauri.

— Po co? Czyzby'scie pa'nstwo mieli tez do's'c Ziemi, jak nasi przodkowie? Chociaz to, co pokazywali'scie nam… Chyba to byla prawda?

— Lecimy na Alfa Centauri jako ekspedycja naukowa. Celem naszym jest poznanie warunk'ow, jakie istnieja na tamtejszych planetach, jak r'owniez rozstrzygniecie szeregu spornych kwestii naukowych.

— No i co wam przyjdzie z tego? Przeciez nawet nie zobaczycie z bliska Gwiazdy Dobrej Nadziei?

— Mylicie sie. Astrobolid osiaga predko's'c 10 000 km/sek. Za niecale 130 lat bedziemy na waszej legendarnej Juvencie.

— Ho, ho! Za 130 lat? — za'smial sie Green. — Cho'c to, w por'ownaniu z Celestia bardzo predko, jednak kto z was dozyje polowy tego okresu? Dobry kawal! Przeciez kazde z pa'nstwa ma juz, z pewno'scia, dwadzie'scia pare lat.

— Przecietna dlugo's'c zycia na Ziemi wynosi dzi's 150 lat. A zreszta nie tylko jeste'smy pewni, ze zwiedzimy uklad Alfa Centauri, ale r'owniez ze dozyjemy chwili powrotu na Ziemie.

Oczy go'sci rozszerzyly sie zdziwieniem.

— Co? — zawolal w oslupieniu Green. — Dozyjecie powrotu? Pan chyba zartuje.

— Nie zartuje. Jestem pewny, ze je'sli nie przytrafi mi sie jaki's tragiczny wypadek, to za 270 lat, roku 2676, bede spacerowal po ulicach Warszawy.

Teraz juz nawet Green stracil mowe. Przez dluzsza chwile nie m'ogl przyj's'c do siebie, wreszcie wykrztusil:

— Przeciez sam pan m'owil, ze 150 lat…

— Delegacja rzadu Celestii proszona jest natychmiast do centrali radiowej — rozlegl sie glos Kory Heto.

Wszyscy spojrzeli na bialy fragment 'sciany miedzy obrazami, gdzie pojawila sie twarz przewodniczacej rady Astrobolidu. Z oczu uczonej mozna bylo wyczyta'c zaniepokojenie.

— W Celestii toczy sie walka!

Przed drzwiami centrali radiowej czekal juz Horsedealer.

— Sytuacja jest powazna. Morgan oglosil sie prezydentem i obsadzil g'orne poziomy. Mellon i Dalton przeszli na jego strone. C'oz pan na to powie? — zwr'ocil si? z sarkazmem do Davida.

— Ja?… Ja… w tym udzialu nie bralem.

— To sie jeszcze okaze. Sadze, ze panowie Green i David powinni skorzysta'c na razie z go'sciny, naszych nowych przyjaci'ol i poczeka'c w Astrobolidzie na wyja'snienie sytuacji. Czy zgadza sie pan ze mna, panie David?

Dayid ochlonal juz jednak nieco z pierwszego wrazenia.

— To zalezy od prezydenta Kruka — odparl wymijajaco. — W tej ciezkiej chwili stawiam swoja osobe calkowicie do jego dyspozycji.

— Kruk jest tego samego zdania co ja.

— Wobec tego zostaje z Greenem.

— Ze mna? — wydawca spojrzal na Davida niechetnie. — Ja wracam do Celestii. Wasza sprawa jest moja sprawa — zwr'ocil sie do Horsedealera.

Horsedealer spojrzal przenikliwie w oczy Greena. — Czy pan jest tego pewny? Ale wydawcy bynajmniej nie speszyly te slowa.

— C'oz — powiedzial wzruszajac ramionami. — Nie mam innego sposobu przekonania pana o tym, jak… tam, w Celestii, w walce…

Horsedealer zastanawial sie kr'otka chwile.

— Powiedzmy, ze wierze panu — odrzekl nieco mniej oschle. — Podtrzymuje jednak nadal swa propozycje, by pan zostal w Astrobolidzie. W tak ciezkiej chwili sluszne bedzie mie'c tu kogo's, kto cho'c troche zasluguje na zaufanie — tu spojrzal wymownie na Davida.

— Przyjmuje te propozycje warunkowo — odparl Green. — Bede uwazal za sw'oj obowiazek, je'sli sytuacja wzielaby niebezpieczny obr'ot…

— O pa'nskich zadaniach chcialbym porozmawia'c z panem osobno — przerwal mu filozof unoszac nieznacznie dlo'n. — Chyba mnie pan rozumie?

Green skinal glowa.

W tej samej chwili otwarly sie drzwi prowadzace do centrali radiowej i ukazala sie w nich Rita.

— Profesorze Horsedealer! Bernard Kruk prosi cie, aby's natychmiast wystartowal. Wasi przeciwnicy uzyli gaz'ow. Kruk i Mallet chca przekaza'c kierownictwo rzadu w twoje rece. Kazda chwila jest droga!…


Tom czwarty | Zagubiona Przyszłość | Nieugi eci