home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z
Ŕ Á Â Ă Ä Ĺ Ć Ç Č É Ę Ë Ě Í Î Ď Đ Ń Ň Ó Ô Ő Ö × Ř Ů Ý Ţ ß


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | ôîđóě | collections | ÷čňŕëęč | ŕâňîđŕě | add

đĺęëŕěŕ - advertisement



Nieugieci

W ciagu sze'sciu godzin, kt'ore uplynely od chwili powrotu Horsedealera i Roche'a z Astrobolidu, sytuacja w Celestii nie ulegla wiekszym zmianom. Boj'owkom Morgana, operujacym 'srodkami chemicznymi i duza ilo'scia broni, udalo sie opanowa'c g'orne, slabo zaludnione poziomy. Linia walki utrzymywala sie juz od dluzszego czasu na 42 poziomie, gdzie umocnili sie Nieugieci gromadzac sily do przeciwuderzenia. Na dolnych poziomach panowal wzgledny spok'oj, nie liczac sporadycznych star'c z grasujacymi gdzieniegdzie bandami.

Liczba ofiar rosla nieustannie. Doktor Bradley mial pelne rece roboty niosac pomoc dziesiatkom rannych, poparzonych i zatrutych gazami ludzi. W luksusowych separatkach szpitala, kt'ore jeszcze niedawno dostepne byly tylko dla najbardziej uprzywilejowanych mieszka'nc'ow Celestii, lezeli obok siebie na rozlozonych pod 'scianami materacach mezczy'zni, kobiety i dzieci, biali i czarni.

Stary lekarz jakby sie odrodzil. Juz w pierwszej godzinie walki otworzyl szeroko a wszystkich drzwi szpitala, 'sciagajac jednocze'snie do pracy syna Arnolda i chudego, gburowatego doktora Rotha. W poplamionym krwia kitlu pracowal bez wytchnienia niosac ulge cierpiacym nie tylko swa wiedza medyczna, ale r'owniez krzepiacym slowem i cieplem u'smiechu. Tylko w miare jak r'osl stos pustych flakon'ow i ampulek — na twarzy starca pojawial sie coraz cze'sciej cie'n niepokoju.

A ofiar naplywalo coraz wiecej. Nie byli to juz jednak ludzie ranni, poparzeni lub zatruci gazem. Bradley stwierdzil, ze prawie wszyscy oni ulegli zatruciu jaka's substancja, kt'ora dostala sie do organizmu przez przew'od pokarmowy. Wkr'otce tez wykryl przyczyne zatru'c.

— Morgan wprowadzil do przewod'ow wodnych jakie's trujace zwiazki — skladal lekarz telefoniczny meldunek Horsedealerowi.

Sytuacja byla tym gro'zniejsza, ze morganowcy uzywali w walce na poziomie 42 jakiego's nowego, bardzo niebezpiecznego gazu bojowego o dwojakim dzialaniu: zapalajacym i trujacym. Jego skladu chemicznego niestety nie udalo sie okre'sli'c. Stwierdzono tylko, ze jest bardzo ciezki i 'sciele sie cienka warstwa tuz nad podloga. Jest tez niemal przezroczysty jak powietrze i jego obecno'sci wzrokiem nie mozna zauwazy'c. Je'sli na teren objety jego zasiegiem wejdzie czlowiek, gaz sie zapala i okolo p'olmetrowej wysoko'sci plomie'n ogarnia cala powierzchnie podlogi. Widocznie temperatura zaplonu gazu jest wyzsza niz temperatura powietrza w Celestii, ale nizsza od temperatury ludzkiego ciala. Co gorsza, efekt nie ogranicza sie do poparzenia. Produkt spalania tego gazu jest silnie trujacy.

— Kto m'ogl wynale'z'c ten gaz i po co? — zastanawial sie Roche. — Jak doszlo do wyprodukowania takiego 'swi'nstwa? Zaklady chemiczne Morgana? Nie wiem, kto tam bylby do tego zdolny. Przeciez to wymagalo doskonalych fachowc'ow. Jak taki uczony m'ogl nad tym sie glowi'c, skoro wiedzial, ze Morgan nie sprzeda tego, powiedzmy, Mellonowi dla zwalczania plagi kr'olik'ow na jego plantacjach, bo do takiego celu wystarcza mniej skomplikowane, a wiec ta'nsze 'srodki. Chyba jasne bylo, ze gaz ten przygotowywany jest przeciw ludziom. A wiec przeciw komu to Morgan szykowal?

Horsedealer podni'osl wzrok na astronoma.

— Moze to nie Morgan wyprodukowal ten gaz…

— My'sli pan, ze Summerson? — zdziwil sie Kruk.

— Moze w og'ole nie produkowano go w Celestii…

— To znaczy?

Chwilowa cisze przerwal szmer.

W rozsunietym tajnym przej'sciu do centrali pojawil sie Schneeberg.

— Ber! Green chce z toba rozmawia'c.

Ostatnie dni bardzo zblizyly dawnego naukowego doradce Summersona do Nieugietych. Niemaly wplyw miala tu przyja'z'n z Krukiem i kilkakrotne dluzsze rozmowy z Malletem. Wiele tez spraw, w miare poznawania material'ow archiwalnych, nabralo dla fizyka nowego sensu. Nigdy zreszta Schneeberg nie pochwalal metod rzadzenia Summersona i pelnil funkcje jego doradcy tylko dlatego, ze samowladczy prezydent Celestii lubil otacza'c sie wybitnymi naukowcami.

Teraz, po wybuchu nowych walk, zajal sie samorzutnie obsluga centrali prezydenckiej. Do jego tez zada'n nalezalo utrzymywanie 'scislej laczno'sci z Astrobolidem.

Kruk niedlugo przebywal w centrali.

— Przedstawilem Greenowi sytuacje. Nie ma jednak wielkich nadziei, aby przybysze z Ziemi pomogli nam w walce z Morganem. Sa tam duze r'oznice zda'n co do tego, czy wolno im miesza'c sie w nasze sprawy.

— Latwo im teoretyzowa'c, gdy tymczasem tu gina ludzie — stwierdzil Dean tonem pelnym goryczy.

— Gdyby cho'c wprowadzili do walki,metalowego diabla” — westchnal Smith. — Dla niego gaz…

— A ja wam m'owie, ze to Green kreci — przerwal Mallet. — Zdaje sie jednak, ze 'zle zrobili'smy, zostawiajac tych dw'och w Astrobolidzie.

— Nie zgadzam sie z wami. Green robi, co moze — zaprotestowal Kruk. — Nie powiedzialem jeszcze wszystkiego. Kiedy Green dowiedzial sie, jak tragiczna jest sytuacja z bronia i maskami, natychmiast o'swiadczyl, ze moze nam ofiarowa'c 22 reflektory Green-Bolta, 60 elektryt'ow i 25 masek. Ma ukryta bro'n.

— Gdzie? — zapytal kr'otko Horsedealer.

— W swym mieszkaniu pod podloga.

— Moze to taka bro'n, jak w tych 14 skrzyniach od Morgana? — wtracil Smith. Po ucieczce Daltona, gdy Cornick nakazal otwarcie zlozonych w dyrekcji policji skrzy'n, okazalo sie, ze zawieraja one nie bro'n, lecz stare zelastwo. Bylo to jeszcze jednym dowodem, ze pucz przygotowany byl bardzo skrupulatnie.

— Co do tego nie ma obawy — zaoponowal Bernard. — Po co Green mialby nas oszukiwa'c?

— Wezme trzech ludzi i p'ojde tam sam — rzekl Mallet wstajac z fotela.

— Masz tu klucz liczbowy otwierajacy skrytke — Bernard podal Johnowi kartke z zanotowanymi cyframi, podanymi mu przez Greena droga radiowa.

W kilka minut po wyj'sciu Malleta potezna detonacja zatrzesla 'scianami. Zaraz potem druga i trzecia — najsilniejsza. Bernard ujal sluchawke telefonu.

— Z Lettem Cornickiem… Tu Kruk. Nie ma go? Czy wiecie, co sie stalo? No wla'snie… Je'sli mozecie, zawiadomcie Cornicka, ze dostanie bro'n: Green-Bolty, elektryty, a przede wszystkim maski. Dwadzie'scia pie'c sztuk! Musicie za wszelka cene dowiedzie'c sie, jaka jest przyczyna detonacji. Dacie mi zna'c telefonicznie.

Zaledwie Bernard odlozyl sluchawke — zabrzmial ponownie sygnal telefonu.

— Jeste's, Lett? Co? Mallet jest w mieszkaniu Greena. Dostaniecie wieksza ilo's'c broni i maski. Trzeba za wszelka cene utrzyma'c 41 poziom. Zaraz dzwonie do dyrekcji policji. Wy'sle wam ostatnie rezerwy. I meldujcie. Koniecznie meldujcie.

— 'Zle jest! — Bernard opadl na fotel. — Morgan wysadzil 'sciane pomiedzy 42 a 43 poziomem. Cala chmara jego ludzi spycha naszych w d'ol. Tylko z VII przej'scia morganowcy cofneli sie. Cornick trzyma sie, ale mu trudno. Co robi'c?

— Je'sli Green zelgal… — rzucil ponuro Smith.

Zn'ow zadzwonil telefon. Stojacy przy biurku Horsedealer pochwycil sluchawke.

— Tak… To dobrze… Zaraz? Juz sie lacze. Co? Co m'owisz?… Ide tam natychmiast… Tak. Ja sam.

— Na skwerze Greena wybuchla panika — powiedzial odkladajac sluchawke. — Sa to przewaznie mieszka'ncy g'ornych poziom'ow z rodzinami, dzie'cmi… Nie ma chwili do stracenia. Sam tam p'ojde. Trzeba ludzi uspokoi'c. Mallet jest w dyrekcji policji. Kieruje akcja. Green nie klamal. Mamy bro'n i maski. — Horsedealer odetchnal z ulga — A teraz sprawa najwazniejsza: natychmiast polacz sie z Astrobolidem — zwr'ocil sie do Kruka. — Oni musza nam przyj's'c z pomoca…

— Nie puszcze cie samego — zawolal Smith kladac reke na ramieniu filozofa. — Ide z toba. Wyszli po'spiesznie.

Bernard i Dean skierowali sie ku ukrytemu przej'sciu prowadzacemu do archiwum. 'Sciana rozsunela sie cicho. Ale oto zn'ow zadzwonil telefon.

— Powiedz Schneebergowi, aby polaczyl sie z Astrobolidem — zwr'ocil sie Bernard do przyjaciela. — Ja zaraz przyjde.

Dzwonil doktor Bradley. Lekarstwa i 'srodki opatrunkowe byly na wyczerpaniu. Chorych i rannych przybywalo nieustannie.

Sko'nczywszy po'spiesznie rozmowe juz mial p'oj's'c za Deanem do archiwum, gdy w drzwiach gabinetu stanela Stella.

Po raz ostatni Bernard widzial Stelle owej pamietnej nocy, gdy wraz z Roche'em przeni'osl do jej sypialni wp'olprzytomna Daisy. Po zajeciu dyrekcji policji przez powsta'nc'ow dowiedzial sie, ze dziewczyna powr'ocila do domu. Zamknela sie jednak w swoim pokoju i dopiero wieczorem poszla odwiedzi'c Daisy przebywajaca w szpitalu Bradleya.

Po powrocie Stella zn'ow nie opuszczala ani na chwile swego pokoju. Bernard byl niemal pewien, ze unika spotkania po tym, co stalo sie tam, w dyrekcji policji. Bylo mu jej zal. Nie potrafil wini'c jej o to, ze nie zdobyla sie na taki hart i sile jak Daisy. Chcial nawet sam p'oj's'c do niej, ale w powodzi wielkich wydarze'n, przeobrazajacych z godziny na godzine zycie malego 'swiata, jego osobiste sprawy zagubily sie i zeszly na drugi plan.

Teraz ona sama przyszla do niego.

Wiedzial, ze powinien sie 'spieszy'c, ze w centrali czekaja na niego Dean, Green i tamci nieznani ludzie. Nie mial jednak sily odej's'c, przerwa'c spotkania oczekiwanego od wielu, wielu godzin.

Stella podeszla do biurka i stanela naprzeciw Bernarda. U'smiechnal sie do niej, ona za's, nie patrzac mu w oczy, cicho, zmienionym glosem zapytala:

— Ber, czy ci nie przeszkadzam?

— Alez nie — sklamal, jakby bojac sie urazi'c dziewczyne tym, ze nie ma dla niej czasu. — Nie wiesz sama, jaka mi sprawila's rado's'c — dorzucil juz zupelnie szczerze.

— Chcialam zapyta'c… — zawahala sie.

— M'ow, kochana — powiedzial cieplo. — Ja wszystko zrozumiem… Poruszyla sie niespokojnie.

— Sluchaj, Ber… Jak my'slisz? Czy… Czy to jeszcze dlugo potrwa?

Bernard odczul instynktownie, ze co's nieuchwytnego stanelo miedzy nimi.

— Walka jest nielatwa — odrzekl usilujac ukry'c rozczarowanie. — Ale nie obawiaj sie… Wkr'otce sko'nczymy z Morganem i zapanuje spok'oj.

— Tak. Ale…

— Ale co?

— To wszystko jest takie okropne… I ci ludzie… I te aresztowania. Ja my'slalam, ze to bedzie inaczej.

— Przejela's sie aresztowaniem ojca? Twarz dziewczyny wyrazala obojetno's'c.

— Nie wiem… — odpowiedziala sucho. — Tak widocznie musialo by'c…

— Ale o co ci chodzi?

Teraz Stella stropila sie. Zdawalo sie, ze sama nie wie.

— No, powiedz? Czy stala ci sie jaka's krzywda?

Bernard sadzil, ze moze przywiazanie do ojca i 'swiadomo's'c jego zupelnej kleski wplynely tak deprymujaco na nastr'oj dziewczyny.

— Nic. Mnie sie nic nie stalo. Ja… ja wam pomagalam… — rzucila nie'smialo.

— Czy tego zalujesz?

— Kiedy… ja nie to chcialam powiedzie'c — zachnela sie. — Jak ty mozesz tak m'owi'c? Bernard spu'scil oczy.

— Nie gniewaj sie — powiedzial miekko. — Ja wysoko cenie twoje dobre checi, to, co zrobila's dla nas. Uspok'oj sie i wybacz mi to glupie pytanie — prosil patrzac jej w oczy. — Przeciez dla ciebie jestem tylko Berem…

— Widzisz — odparla ze smutkiem. — Ja… oczekiwalam czego's… Ale jako's… inaczej… Nie spodziewalam sie, ze to bedzie wla'snie tak wyglada'c. Tak sie cieszylam, ze zostale's prezydentem… A teraz slysze, ze chcesz ustapi'c. Czy to prawda?

— Juz przekazalem wladze Horsedealerowi.

— Dlaczego? Z Morganem moze by's sie jako's dogadal. A ten tlum… Ci czarni… — twarz jej wyrazala nieche'c.

— Co ty opowiadasz, Stello!

— Ja nic nie powiedzialam — zn'ow sie zmieszala. — Ja rozumiem, ze wy chcecie, aby bylo dobrze i dla tamtych, ale…

— Stello! — powiedzial nieco lagodniej. — Musisz jeszcze wiele zrozumie'c. To wszystko, co my robimy…

Przerwal w polowie zdania, bo oczy dziewczyny rozszerzyly sie panicznym strachem.

— Co ci jest? — zapytal z niepokojem i naraz zorientowal sie, ze dziewczyna patrzy nie na niego, lecz gdzie's poza jego plecy.

Odwr'ocil sie gwaltownie.

W rogu gabinetu stal z elektrytem w reku Jack Handerson. Za nim czernil sie w podlodze czworokat tajnego przej'scia.

Huk wystrzalu wstrzasnal powietrzem. Potem rozlegl sie rozdzierajacy, rozpaczliwy krzyk Stelli.

Zatloczony mrowiem skwer Greena kipial zgielkiem podnieconych glos'ow.

W'sr'od kwietnik'ow i fontann, gdzie rozlozylo sie na ziemi kilkadziesiat rodzin — zbieg'ow z g'ornych poziom'ow opanowanych przez Morgana — panowal gwaltowny ruch. Ludzie po'spiesznie pakowali sw'oj nedzny dobytek, inni tloczyli sie w przej'sciach prowadzacych na dolne poziomy, zatrzymywani przez nielicznych czlonk'ow ochotniczej strazy powsta'nczej. O sufit uderzal d'zwiek setek rozm'ow, okrzyk'ow i nawolywa'n, czyniac wielka sale skweru Greena podobna do ula pelnego pszcz'ol.

Naraz tlum zakolysal sie.

Spo'sr'od przycichajacego raptownie zgielku poplynely nagla fala od bocznych drzwi okrzyki:

— Idzie filozof! Horsedealer idzie!

— Odmieniony! Odmieniony!…

Posta'c Horsedealera byla bardzo popularna w Celestii: znali go starzy i mlodzi. Opowiadano o nim wiele historyjek. Pro'sci ludzie, a zwlaszcza Murzyni, m'owili z zabobonnym podziwem o jego madro'sci. Jeszcze za czas'ow Summersona szeptano tu i tam, ze gdyby taki mial glos w rzadzeniu Celestia, to na pewno nie byloby ani glodu, ani zbrodnii. I w og'ole potrafilby zaradzi'c zlu, jakie sie panoszy.

W ostatnich miesiacach nie widywano go prawie zupelnie. Ci, kt'orzy sie z nim stykali, m'owili, ze ogromnie wychudl i zmizernial wskutek uporczywej choroby, ze niedowidzi, niedoslyszy — jest u kresu sil. Ten i 'ow uwazal go moze za umarlego.

Po odlocie delegacji krazyla wiadomo's'c, ze filozof leczy sie na Astrobolidzie, ale byla ona uwazana powszechnie za plotke. Komunikat o tym, ze Horsedealer stanal na czele rzadu, wywolal duze poruszenie. R'ownocze'snie na wszystkich poziomach poczely krazy'c pogloski, iz filozof istotnie musial przebywa'c w'sr'od diabl'ow, bo zostal „odmieniony”. Prawdopodobnie 'zr'odlem tych plotek byly nowiny zaslyszane od ludzi, kt'orzy stykali sie bezpo'srednio z Horsedealerem.

Teraz setki ludzi moglo na wlasne oczy przekona'c sie o przemianie, jaka dokonala sie w wygladzie filozofa pod wplywem kilkugodzinnych zabieg'ow doktora Summerbrocka.

Horsedealer zdawal sobie sprawe ze swej popularno'sci i dlatego, gdy na skwerze Greena wybuchla panika, postanowil natychmiast tam po'spieszy'c, aby uspokoi'c ludzi. Teraz przepychal sie przez tlum, witany zewszad okrzykami rado'sci. Stojacy dalej wspinali sie na palcach usilujac dojrze'c filozofa.

Grupka ludzi dotarla do malej lawki, na kt'ora wszedl Horsedealer, stajac sie w ten spos'ob wyzszy o dwie glowy od otaczajacego go tlumu.

Filozof podni'osl reke i trwal tak przez dluzsza chwile.

Zgielk poczal wolno przygasa'c.

— Cicho! Cicho! — rozlegly sie zewszad glosy.

— Przynosze wam dobra nowine! — zawolal dono'snie Horsedealer. — Otrzymali'smy bro'n i maski. Spodziewamy sie pomocy od ludzi, kt'orzy przybyli do nas z Towarzysza Slo'nca. Ale zwyciestwo nie przychodzi samo. Walka trwa. Nasi bracia odpieraja w tej chwili nowy atak Morgana. Wrogowie nasi sa podstepni. Usiluja wywola'c panike, aby oslabi'c nasze sily. Musicie zachowa'c spok'oj. Skwer Greena oddalony jest o ponad 10 poziom'ow od teren'ow walki. Nie ma wiec potrzeby, aby'scie schodzili nizej. Wszelka panika ulatwia tylko robote morganowcom, kt'orzy chcieliby krwia i terrorem stlumi'c pragnienie wolno'sci tysiecy ludzi naszego 'swiata. Nie uda sie im to. Nadszedl nowy wielki dzie'n dla wszystkich „szarych”! Nadeszlo nowe zycie!

— Precz z diabelskim slugusem! — przecial chwilowa cisze wrzask z ko'nca sali. W tlumie zakotlowalo sie.

— Nasza przyszlo's'c — ciagnal spokojnie filozof — to zycie bez strachu o jutro, to zycie wolne od glodu i chor'ob. Zycie wolne od klamstwa, terroru i gwaltu, zycie pelne spokojnej codziennej pracy dla szcze'sliwej przyszlo'sci, kt'ora sie otworzyla przed Celestia.

— Precz! Precz z nim! Precz z „odmie'ncem”!

Nowe okrzyki padajace z grupy podejrzanych osobnik'ow, kt'orzy ukazali sie w gl'ownym wej'sciu, przerwaly Horsedealerowi mowe.

Kilka kobiet i mezczyzn rzucilo sie ku nim wygrazajac pie'sciami. Zamieszanie roslo.

— Dlatego — wolal podniesionym glosem filozof — naszym obowiazkiem jest zachowa'c spok'oj i skupi'c wszystkie sily do walki z morganowcami!

'Swist przelatujacej obok Horsedealera butelki i trzask rozpryskujacego sie o filar szkla nie pozwolily mu doko'nczy'c. Krzyki poparzonych kwasem ludzi zmieszaly sie z tumultem, jaki niespodziewanie wybuchnal w kilku punktach skweru.

Horsedealer stal spokojnie oczekujac nowego ataku. Jego wyprostowana posta'c uragala 'smialkom.

— Zamkna'c wyj'scia! — zawolal dono'snym glosem. Jego oczy rzucaly blyskawice gniewu. -Niech nikt nie rusza sie z miejsca! Jim! Wyprowad'z rannych! — rozkazal Smithowi, kt'ory sie przedzieral ku niemu.

Tumult jednak nie ustawal. Ognisko paniki wywolanej eksplozja butelki rozprzestrzenialo sie gwaltownie. W'sr'od og'olnego zgielku raz po raz wybuchaly okrzyki tratujacych sie wzajemnie ludzi. Na zamkniecie drzwi bylo juz za p'o'zno.

Kroplisty pot wystapil na czolo Horsedealera. Spostrzeglszy, ze juz nie jest w stanie calkowicie opanowa'c sytuacji, zaczal wola'c jak m'ogl najglo'sniej:

— Spok'oj! Jak najwiekszy spok'oj! Nie dajcie sie zastraszy'c bandytom! Kobiety i dzieci do mnie! Mezczy'zni niech obsadza wyj'scia! Czy pozwolimy sie terroryzowa'c jak stado baran'ow? Spok'oj! Spok'oj przede wszystkim!

Tam gdzie docieral jego silny, spokojny glos, ruchy tlumu stawaly sie mniej gwaltowne. Blizej stojace grupki kobiet i dzieci przeciskaly sie ku lawce, na kt'orej stal filozof. Niestety, w og'olnym halasie zasieg jego glosu byl nieznaczny i gromady ludzi tloczyly sie w dalszym ciagu ku wyj'sciu. Tam jednak toczyla sie formalna bitwa z tarasujaca drzwi boj'owka, kt'ora widocznie przedostala sie tu jakim's bocznym przej'sciem.

Horsedealer szukal goraczkowo wyj'scia z tej ciezkiej sytuacji. O 50 krok'ow od niego znajdowala sie budka telefoniczna. Nalezalo natychmiast zadzwoni'c do dyrekcji policji o pomoc. Wiedzial jednak, ze jego zej'scie z zaimprowizowanej m'ownicy jeszcze bardziej spoteguje chaos.

— Ped'z natychmiast do telefonu! Trzeba zawiadomi'c Malleta — chwycil za ramie starszego robotnika stojacego obok.

Ten bez slowa poczal sie szybko przedziera'c ku budce.

Horsedealer wyprostowal sie i wskazujac poza siebie reka zn'ow zawolal:

— Przesuwajcie sie druga strona, poza filar!

Niemal jednocze'snie huknal wystrzal jeden i drugi. Blyskawice przebiegly tuz obok glowy Horsedealera. Jednocze'snie rozlegl sie krzyk siedzacego na budce telefonicznej chlopca.

Jakie's silne rece 'sciagnely filozofa z lawki. Barczysty Murzyn blyskajac bialkami przerazonych oczu wolal na cale gardlo:

— Zabija pana! Zabija! Nie pozwole! Jak Boga kocham, nie pozwole!

— Tak nie mozna, Soddy. Tak nie mozna. Ja musze tu sta'c! Pu's'c mnie! — szarpal sie filozof. Lecz Murzyn nie ustepowal trzymajac go kurczowo za ramiona. Naraz jakby spod ziemi wyr'osl przed Horsedealerem Tom Mallet.

— Panie profesorze! Do telefonu! Tam sie stalo co's strasznego! M'owia, ze Ber… — trzasl sie jak w febrze.

— Co Ber?

— Ber zabity!

Niemal biegnac w'sr'od rozstepujacego sie przed nim tlumu Horsedealer wpadl jak oszalaly do budki. Wyrwal gwaltownie sluchawke z reki starego robotnika stojacego Przy aparacie.

— Co? Co m'owisz?… Handerson… To straszne… Zaraz tam bede!… Przylatuja… Hnny nic nie wie? Moze stad uda mi sie polaczy'c.

Uderzyl kilkakrotnie w widelki i trzesaca sie ze zdenerwowania reka nakrecil numer.

— Nie mozna sie polaczy'c z Johnny m… — westchnal ciezko robotnik. — Juz pr'obowalem. Horsedealer odlozyl sluchawke i z kamiennym wyrazem twarzy zwr'ocil sie do Toma i

Jacka:

— Chlopcy! Ped'zcie jak mozecie najszybciej do dyrekcji policji. Id'zcie tym bocznym wyj'sciem, gdzie jest najmniejszy 'scisk. Zreszta sami najlepiej wiecie… Powiesz ojcu — chwycil Toma kurczowo za ramie — ze za dziesie'c minut przybywaja ludzie z Astrobolidu. Niech natychmiast obsadzi stacje rakiet oraz przy'sle pomoc Smithowi, kt'ory bedzie bronil skweru Greena. To wszystko! Ped'z! — pchnal go lekko.

— Jim Smith niech trzyma skwer jak moze najdluzej — zwr'ocil sie do starego robotnika. -Ludzi kierowa'c bocznymi przej'sciami do gl'ownego korytarza.

W kilka minut p'o'zniej znalazl sie w prezydenckiej siedzibie. Przy drzwiach czekali na niego Roche i Schneeberg oraz kilku uzbrojonych ludzi.

Horsedealer nie pytal juz o nic. Przebiegl dlugi hali i szarpnal drzwi gabinetu.

Tuz przy biurku lezal na dywanie Bernard z wielka rana na piersiach. Obok, nieruchomo jak posag, stal doktor Bradley.

— Czy to juz koniec? — zapytal Horsedealer zlamanym glosem.

— Kiedy przyszedlem, juz nie zyl — rzekl profesor. Spazmatyczny placz Stelli zawt'orowal jego slowom.

Dopiero teraz Horsedealer zauwazyl, iz w pokoju znajduje sie r'owniez c'orka Summersona.

— Jak to sie stalo?

— Nie wiedzieli'smy nic o tajnym przej'sciu laczacym ten gabinet z mieszkaniem Handersona — odpowiedzial cicho Dean.

— Niech pan natychmiast zawiadomi o wszystkim Malleta! — zwr'ocil sie filozof do astronoma. — Wyslalem juz Toma, ale nie wiem, czy dotarl.

Roche wyszedl bez slowa.

Horsedealer stal nieruchomo przez dluzsza chwile nad cialem Bernarda, gdy drzwi rozsunely sie cicho. W progu stanelo dw'och wysmuklych, mlodych mezczyzn ubranych w dziwne stroje.

Horsedealer spojrzal na przybylych.

Serce zabilo mu gwaltownie. Poznal Kaline i Sokolskiego.

Opu'scil wzrok ku ziemi, gdzie lezalo martwe cialo Bernarda.

— On nie zyje… — wyszeptal z rozpacza.

— Poddajcie sie! Wszelki op'or jest bezcelowy. Dajemy wam ostatnia szanse. Kto sie sprzeciwi prawowitej wladzy, kto nie wykona jej polece'n, niech nie liczy na poblazliwo's'c.

Ogluszajacy ryk megafonu umilkl na chwile.

— Poddajcie sie! — zagrzmial zn'ow ten sam glos. — Wszyscy mieszka'ncy Celestii, ludzie i Murzyni, mezczy'zni, kobiety i dzieci maja uda'c sie do dom'ow i nie opuszcza'c mieszka'n przed uplywem dziesieciu godzin. Ostrzegamy: u kogo znaleziona zostanie bro'n — cala jego rodzina bedzie bez sadu rozstrzelana. 'Smier'c czeka r'owniez rodziny tych, kt'orzy usilowaliby ukrywa'c czlonk'ow bandy Horsedealera, Malleta i Kruka. Ostrzegamy!

Zn'ow glos umilkl. Przez kilkadziesiat sekund panowala d'zwieczaca w uszach cisza i oto nowa fala poplynely z glo'snika ogluszajace slowa:

— Halo! Halo! Przed dwudziestoma minutami z wyroku nadzwyczajnego trybunalu ponie'sli 'smier'c zdrajcy: Bernard Kruk, John Mallet i William Horsedealer. Francis Morgan objal wladze. Zdradziecka banda Horsedealera zostala rozbita i zlikwidowana. Nie udalo im sie sprzeda'c Celestii potworom z Towarzysza Slo'nca. Halo! Halo! Kruk, Mallet i Horsedealer zostali straceni, a trupy ich wystawiono na widok publiczny.

— Zwariowali?

Twarz Cornicka wyrazala takie oslupienie, ze John Mallet mimo woli u'smiechnal sie.

— Nie! — Mallet usilowal przekrzycze'c ogluszajace d'zwieki megafonu. — Oni nie zwariowali. Chod'zmy.

Stloczona u wej'scia do dyrekcji policji grupa powsta'nc'ow rozstapila sie. Mallet z Cornickiem weszli do dlugiego hallu, pelnego uwijajacych sie nerwowo ludzi. Zgielk podniesionych glos'ow, nawolywa'n i rozkaz'ow mieszal sie tu z dochodzacym ze skweru rykiem megafonu.

Do Malleta podbiegl mlody chemik o poz'olklej twarzy.

— Johnny! Jak dlugo jeszcze bedziemy czeka'c? — denerwowal sie. — Moi ludzie sa gotowi. Na co wla'sciwie czekamy?

John spojrzal na niego surowo.

— Uspok'oj sie! Zaraz otrzymacie zadanie. Co nowego, Jane? — zwr'ocil sie do szczuplej, czarnookiej dziewczyny przeciskajacej sie ku niemu przez cizbe.

— Stephen Brown przyslal czlowieka po pomoc. Smith musial sie cofna'c ze skweru Greena i nie wie, jak dlugo utrzyma laczno's'c ze stacja rakiet — wyrzucila zdyszana. — Ludzie zaczynaja traci'c rozum po tych wszystkich wiadomo'sciach. Czarni tez sie podobno cofaja. Co bedzie?

— Najwazniejsze, to zachowa'c spok'oj — zgromil ja ostro i ruszyl ku waskiemu, zatloczonemu korytarzowi. Tuz za nim postepowal Cornick.

Po chwili znale'zli sie w dyrekcji policji.

— Tak, bracie — rzekl John zasuwajac drzwi swego gabinetu. — Oni nie zwariowali rozglaszajac te klamstwa. I, niestety, boje sie, ze bedzie z tym wiele klopotu.

Szybko podszedl do telefonu i pr'obowal polaczy'c sie z centrala.

— W dalszym ciagu polaczenie zerwane — powiedzial po chwili z rezygnacja. Drzwi rozsunely sie z trzaskiem i do pokoju wpadl zadyszany Tom. Za nim wyroslo jak spod ziemi kilku innych chlopc'ow.

— Zyjesz? Tatusiu, zyjesz?! — rzucil sie Tom ku ojcu. — To pewno i Ber zyje. Ja juz my'slalem, ze i ciebie!.. — urwal i zasepil sie. — Jacka zabili… Zabili tam… — slowa uwiezly mu w krtani.

John przycisnal syna do piersi.

— My'smy szli tu do ciebie… — lkal chlopiec. — Profesor Horsedealer m'owil, ze trzeba koniecznie… ze to bardzo wazne. Oni stali w przej'sciu na 17 poziomie. Zobaczyli nas i zaczeli strzela'c. Jack szedl pierwszy…

John chwycil gwaltownie chlopca za ramiona i patrzac mu w oczy zapytal:

— Co ci powiedzial Horsedealer?

— Profesor m'owil, abym biegl do ciebie i powiedzial, zeby's dal wiecej ludzi na stacje rakiet, bo… bo… on i przylatuja. Ci… ci z Astrobolidu…

— Kiedy? — nie pozwolil synowi doko'nczy'c Mallet.

— M'owil, ze zaraz, za dziesie'c minut. John poruszyl sie niespokojnie.

— Za dziesie'c minut? Lett! — zwr'ocil sie do Cornicka. — We'z grupe Freda i ruszaj zaraz na stacje rakiet.

Tom chwycil ojca za rekaw.

— Ale profesor m'owil to o 'osmej pietna'scie. My'smy nie mogli sie do ciebie dosta'c, wiec… Mallet spojrzal na zegarek. Od dwudziestu minut przybysze z Ziemi powinni by'c juz w Celestii.

„A je'sli zostali napadnieci przez ludzi Morgana? Moze juz nie zyja? Nie, to wykluczone! Widocznie i na mnie dzialaja te klamstwa” — zgromil sam siebie. Przeciez obsada stacji rakiet byla do's'c znaczna. Ale czy udalo im sie dotrze'c na 18 poziom? Trzeba koniecznie nawiaza'c laczno's'c z Krukiem.

— Wy'slemy Jane do Bera — rzekl zdecydowanym tonem.

— Moze ja p'ojde? — wtracil nie'smialo Tom, lecz nie otrzymal odpowiedzi, bo w drzwiach stanal siwy, przygarbiony elektrotechnik.

— Johnny! Morgan zn'ow uzyl gaz'ow. Panika! Wszyscy uciekaja! Opowiadaja niestworzone rzeczy: ze Kruk zabity, ze Horsedealer i ty… ze Astrobolid zniszczony. Nie wiem sam juz, co…

— Tom! — zwr'ocil sie Mallet do syna. — Poczekajcie na korytarzu. Nigdzie sie stamtad nie ruszajcie. A teraz m'ow, co wiesz — powiedzial do starego elektrotechnika, gdy drzwi zamknely sie za chlopcami.

— 'Zle jest. Robi sie coraz wiekszy balagan. Grupa Smitha i Graya rozleciala sie. Wszystko ucieka. Ludzie Morgana opanowali dwunasty sektor pionowy az do skweru Greena. Maja w rekach rozglo'snie. Obsadzili kilka wind i wazniejsze przej'scia. Strzelaja do kazdego, kto im sie pod elektryty nawinie. Podobno rozpoczeli zn'ow akcje gazowa… Co bedzie, Johnny? Powiedz! Co bedzie?

— Nie denerwuj sie. Lett! — zwr'ocil sie do Cornicka. — We'zmiesz trzy grupy po pietnastu ludzi i uderzysz na rozglo'snie. Ich nie moze by'c wielu. Cala ich sila to te megafony, no i oczywi'scie gazy. Och, te przeklete megafony! Takie klamstwa, niestety, dzialaja na wielu, tym bardziej ze przerwali wszelka laczno's'c telefoniczna. Chca zalama'c ludzi.

— To im sie juz udalo — dorzucil siwy robotnik.

— Nie kracz — przerwal mu ze zlo'scia Mallet. — A wiec, Lrtt, musisz zaja'c sie rozglo'snia, cho'cby to nas drogo kosztowalo. Brownowi trzeba r'owniez pom'oc. Po'slij oddzial Bucka. Stacja rakiet to laczno's'c z Astrobolidem.

— Broni malo… John zasepil sie.

— Mam jeszcze dwadzie'scia osiem pistolet'ow. To te od Greena. Z tego zabierzesz dwadzie'scia. Poza tym we'zmiesz te ostatnie dwa Green-Bolty, no i oczywi'scie wszystkie maski, jakie znajdziesz.

— A je'sli zaatakuja dyrekcje? — zapytal Cornick.

— Tym bede sie martwil sam. Aha, jeszcze jedno. Juz raz m'owilem: trzeba wysla'c Jane na 18 poziom. Musze koniecznie nawiaza'c kontakt z Krukiem i Horsedealerem.

Zn'ow drzwi rozsunely sie raptownie. W progu stanela kierujaca laczno'scia czarnooka Jane. Z trudem chwytala powietrze, jak po meczacym biegu. — Co sie stalo? — zapytal Mallet.

— Kruk nie zyje.

— I ty tez powtarzasz te bzdury? — wybuchnal Mallet i nagle urwal. Zza dziewczyny wysunal sie Roche.

John spojrzal na jego rozlozone bezradnie rece, na duze plamy krwi odcinajace sie jaskraun na rekawach z'oltej bluzy i zadrzal.

— To niestety prawda — skinal glowa Dean. — Bernard nie zyje. Zostal zamordowany przez Handersona. Nim zdazyli'smy przyprowadzi'c doktora Bradleya, Ber nie zyl.

Mallet zacisnal powieki. Pare chwil stal jak skamienialy na 'srodku pokoju. Naraz przetarl gwaltownym ruchem czolo, jakby budzil sie z odretwienia.

— Horsedealer? — zapytal kr'otko.

— Jest wla'snie tam… — odparl Dean cicho.

— Czy przybyl kto's z Astrobolidu?

— Pietna'scie minut temu jeszcze nikogo nie bylo. Teraz nie wiem. Mallet spojrzal na zegarek.

— Lett! Natychmiast musisz uderzy'c na rozglo'snie i wysla'c oddzial Bucka. Nie mamy chwili do stracenia.

Sytuacja byla powazniejsza, niz John przypuszczal. Morganowcy nie tylko wywolali panike na wyzszych poziomach, lecz blokujac umiejetnie boczne przej'scia, ogniem z pistolet'ow i gazem spychali zebrany uprzednio na skwerze Greena tlum w d'ol.

Oddzial Cornicka z coraz wiekszym trudem torowal sobie droge w waskich, zatloczonych lud'zmi korytarzach. Gdy wreszcie dotarl do szerokich schod'ow laczacych 23 i 24 poziom, natrafil na niepokonana przeszkode w postaci gestniejacego szybko obloku palnego gazu.

Cornick nie mial kombinezon'ow ochronnych, kt'orych w og'ole w Celestii bylo niewiele. Jedyny zapas mialy zaklady chemiczne Morgana, a te, kt'ore udalo sie napredce wyprodukowa'c, znajdowaly sie na centralnym odcinku walki. Laczno's'c z tym odcinkiem byla jednak w tej chwili zerwana.

W tej sytuacji Cornick musial sie cofna'c i to az na 17 poziom, gdyz tam dopiero udalo sie uruchomi'c grodzie awaryjne. R'owniez Mallet musial opu'sci'c dyrekcje policji zagrozona rozprzestrzeniajacym sie gazem. Laczno's'c z siedziba prezydenta pr'obowano utrzyma'c poprzez druga klatke schodowa oddalona o kilometr od pierwszej. Okazalo sie jednak, ze r'owniez i to przej'scie blokowane jest gro'znymi oparami. Tak wiec szesna'scie dolnych poziom'ow Celestii zostalo odcietych gazem od osiemdziesieciu pieciu g'ornych.

Tymczasem wiadomo'sci rozglaszane przez megafony stawaly sie coraz bardziej niepokojace. G'orne poziomy mialy by'c juz rzekomo calkowicie opanowane przez ludzi Morgana i teraz przygotowywali oni nowy cios w postaci wprowadzenia specjalnego trujacego gazu do przewod'ow wentylacyjnych.

Mallet nie tracil jednak zimnej krwi. Zarzadziwszy ewakuacje do dolnych poziom'ow ludno'sci skupionej na 16 poziomie, kazal wymontowa'c duzy kompresor windowy i zainstalowa'c go w ten spos'ob, aby pompujac powietrze z szybu wentylacyjnego mozna bylo wytworzy'c nadci'snienie w przedsionku przylegajacym do przej'scia na 17 poziom. Na szcze'scie Morgan nie pr'obowal wysadza'c grodzi, zajety oczyszczaniem zdobytego terenu i przegrupowywaniem sil, tak iz bez przeszk'od po paru godzinach urzadzenie zmontowano. Teraz John wraz z uzbrojona grupa udal sie do przedsionka i nakazal otwarcie drzwi wychodzacych na klatke schodowa.

Dw'och robotnik'ow w maskach i przemoczonych ubraniach odsunelo drzwi odskakujac na boki. Z przej'scia wypelznal niebieskawy oblok podobny do dymu z papierosa, wolno rozplywajac sie po pomieszczeniu.

— Kompresor! — zawolal Mallet.

Buck wlaczyl silnik. Oblok gazu u wej'scia jakby zmalal i po chwili poczal cofa'c sie pozostawiajac tylko rzedniejace szybko smugi w zalamaniach 'scian i drzwi.

— Cofa sie! Jak mi B'og mily, cofa sie! — zawolal rado'snie Cornick i postapil pare krok'ow ku drzwiom.

— Pod 'sciane! — wrzasnal Mallet. Przyskoczyl do Letta i szarpnal go z calych sil ku sobie. Blyskawica przeciela powietrze. Jaki's czlowiek w kombinezonie ochronnym wychylil sie zza wegla i rzucil tuz za progiem szklana ampulke.

Trzask — i na podlodze wykwitl nieduzy oblok niebieskiego dymu, wolno wypychany z pomieszczenia tloczonym przez kompresor powietrzem.

— Naprz'od! To tylko gazy trujace! — zawolal John. Nasunal maske i pierwszy rzucil sie ku drzwiom. Strzelil kilkakrotnie i wskoczyl do niewielkiej salki. Za nim wbiegl Cornick, Buck i jeszcze kilku robotnik'ow.

— Przy 'scianach! — komenderowal Mallet odslaniajac na chwile twarz.

Zza zakretu prowadzacego do schod'ow wylecialo zn'ow kilka ampulek. Posypaly sie blyskawice. W'sr'od trzasku elektryt'ow rozlegly sie r'owniez pojedyncze strzaly z rzadkiej w Celestii broni palnej.

Mallet, kt'ory dobiegl juz do zakretu, jakby potknal sie i skurczyl. Jednocze'snie wok'ol niego wystrzelily w g'ore jezyki ognia.

— Gaz palny — wyszeptal ze zgroza Lett. Nie zwazajac na strzaly podbiegl do Johna wyciagajac z plomieni slaniajacego sie dow'odce. Na szcze'scie mokre ubranie nie zdazylo sie zaja'c.

Przywarli do 'sciany. Buck strzelal raz po raz trzymajac w szachu morganowc'ow.

— Trafili cie? — spytal Lett unoszac maske. Mallet skinal twierdzaco glowa.

Sytuacja stawala sie gro'zna. Ludzie Morgana strzelali nieprzerwanie zza wegla, odcinajac odwr'ot.

Naraz stalo sie co's nieoczekiwanego. Od schod'ow dobiegly odglosy zamieszania. Zza zakretu wyskoczyl jaki's osobnik w kombinezonie i rzucil sie ku drzwiom prowadzacym na 16 poziom. Dogonily go blyskawice Letta i zwalil sie ciezko tuz w progu.

Ze schod'ow dolatywaly jakie's trzaski, szamotania i zdlawione okrzyki ludzi. Potem kr'otka seria strzal'ow i dwa gluche wybuchy…

Zza wegla zn'ow wyskoczyl czlowiek w kombinezonie i podnoszac rece do g'ory podbiegl do stojacych pod 'sciana powsta'nc'ow. Len zmierzyl do niego. Czlowiek padl na kolana blagajac gestami o lito's'c. Buck przyskoczyl do kleczacego i zerwal mu maske z twarzy. Przed nim trzasl sie z przerazenia agent Godstona — Both.

Tumult na schodach nie ustawal zdajac sie zbliza'c do osaczonych.

Nagle w'sr'od zgrzyt'ow i trzask'ow rozlegl sie potezny, d'zwieczacy w'sr'od pustych 'scian, dobrze wszystkim znany glos Williama Horsedealera:

— Mieszka'ncy Celestii! Nie pozw'olcie sie oszukiwa'c! Megafony klamia! Walka trwa! Zwyciestwo jest bliskie!

Mallet z wysilkiem podni'osl reke i wskazujac w kierunku schod'ow zawolal:

— Buck! Tam Horsedealer! Predzej!

Murzyn skoczyl ku drzwiom i naraz cofnal sie gwaltownie.

Dzwoniac cienkimi lapami o metalowe stopnie posuwal sie wolno w d'ol wielki pajak.

Buck nie widzial jeszcze „Lazika”. Cho'c znal jego wyglad z opowiada'n Malleta, jednak nie m'ogl opanowa'c leku na widok tego dziwnego przybysza. Cofal sie wiec krok za krokiem ku Malletowi, wpatrzony z podziwem w „potwora”.

Lecz oto zn'ow rozlegl sie, tym razem juz blizej, glos Horsedealera:

— Mieszka'ncy Celestii, nie wierzcie klamstwom Morgana. Ja, William Horsedealer, przemawiam do was z prezydenckiej centrali za po'srednictwem Astrobolidu. Astrobolid nie zostal zniszczony. Pomaga nam. W tej chwili wprowadzamy do walki specjalnie rozpylona substancje neutralizujaca gazy uzywane przez morganowc'ow! Bernard Kruk zyje. Naprz'od do zwyciestwa! 'Smialo do walki o wolno's'c wszystkich mieszka'nc'ow Celestii, bialych i czarnych!

Zza zakretu wysunela sie blyszczaca kula „glowy” robota. To z jego glo'snik'ow plynely slowa transmitowanego przem'owienia filozofa.

Partia Powrotu

Stella oparla rozpalone czolo o porecz krzesla. Chl'od metalu zdawal sie lagodzi'c niezno'sny b'ol glowy. C'oz z tego, gdy my'sl obracala sie wciaz uparcie wok'ol tamtych strasznych chwil…

Chyba nigdy nie zapomni tego dnia, nie zapomni pochylonej nad nieruchomym cialem Bera postaci Bradleya, jego bezradnie rozlozonych rak i wstrzasajacego spojrzenia Horsedealera.

— Dlaczego nie zdazylam ostrzec Bera?

I wtedy wla'snie rozsunely sie drzwi wiodace do hallu i wszedl o n. Ujrzala go w'owczas po raz pierwszy. Wydal jej sie jeszcze wyzszy niz byl w rzeczywisto'sci, podobnie zreszta jak jego mlodszy towarzysz.

Sokolski bez slowa pochylil sie nad cialem zabitego i obr'ocil je twarza ku ziemi.

— RK-7! — rzucil do towarzysza. Ten blyskawicznym ruchem otworzyl nieduza torbe przewieszona przez ramie i podal Sokolskiemu male'nki, plaski krazek.

Sokolski uklakl i przycisnal palcami krazek do szyi zabitego tuz pod potylica. Rozlegl sie kr'otki, przytlumiony syk.

— Kiedy nastapil zgon? — zapytal Sokolski wstajac z kleczek.

— Okolo sze'sciu minut temu — odrzekl cicho Bradley.

Wszystko to stalo sie tak szybko i tak brutalnie wdarlo sie w przejmujaca cisze 'smierci, ze Stelle ogarnal nagly gniew na przybylych.

— Id'zcie stad! — zawolala. — Id'zcie! I tak juz mu nic nie pomozecie. On przez was zginal! Przez was! — wybuchnela spazmatycznym placzem.

Uczula dotkniecie czyjej's dloni.

— Uspok'oj sie, dziecko — uslyszala obok siebie glos Horsedealera, kt'ory uni'osl reke i poczal glaska'c ja po wlosach.

Szarpnela sie gwaltownie. Zakryla twarz rekami i wybiegla z gabinetu.

Nie pamieta sama, jak znalazla sie w swoim pokoju. Dlugo, dlugo plakala, jakby chciala wypelni'c lzami pustke, kt'ora nagle otworzyla sie przed nia.

Potem popadla w jakie's odretwienie. W p'ol'snie przewijaly sie przed jej oczami Poplatane, bezladne majaki. Dalekie sceny sprzed tygodni czy lat splataly sie w jeden obraz z niedawnymi strasznymi przezyciami. Widziala patrzace na nia zlowrogo oczy ojca i slyszala jego glos: „Zdradzila's Celestie”. To znowu majaczyla sie jej wykrzywiona sadystycznym u'smiechem twarz oprawcy z dyrekcji policji, a w uszy uderzal 'swist batoga spadajacego na obnazone cialo Daisy Brown. Wreszcie tlum, ogromny tlum ludzi dazacy gdzie's, nie wiadomo gdzie i przeciw komu… Raz po raz w'sr'od tych splatanych obraz'ow zjawiala sie wysoka posta'c Bera z zamknietymi oczyma i krwawa plama na piersiach. Czula, jak sk'ora jej cierpnie, gdy widmo zrodzone w sennym majaku wyciaga ku niej rece, gdy krok za krokiem zbliza sie ku niej… Juz, juz ma ja pochwyci'c… Stella otwarla oczy. Nad nia jarzyl sie blado sufit sypialni. Powoli wracala 'swiadomo's'c rzeczywisto'sci. Od drzwi dochodzilo gwaltowne pukanie i zaniepokojony glos Horsedealera:

— Panno Stello! Prosze otworzy'c.

Dziewczyna, kt'ora jeszcze przed kilku godzinami nie chciala nikogo widzie'c, naraz odczula gwaltowna potrzebe czyjejkolwiek obecno'sci.

Zerwala sie szybko z tapczanu i otworzyla drzwi. Na progu stal filozof w towarzystwie smuklego przybysza z Astrobolidu.

Twarz Horsedealera promieniala, a go's'c u'smiechal sie jako's dziwnie.

Stella poczula, ze zn'ow poczyna ogarnia'c ja gniew. Z czego oni sie ciesza? Juz otwierala usta, gdy naraz niespodziewanie przybysz odezwal sie swym troche 'spiewnym glosem:

— Przynosimy dobra nowine. Zabieg sie udal.

— Ber zyje! — zawt'orowal mu okrzyk Horsedealera. Stella uczula, ze nogi uginaja sie pod nia.

— Ber? Ber… — wyjakala.

Oslupienie malujace sie na twarzy dziewczyny stropilo przybysza. Teraz dopiero u'swiadomili sobie, ze Stella nie wie nic, co zaszlo po jej wyj'sciu,

— Niech sie pani uspokoi — powiedzial serdecznie Horsedealer. — I w naszym 'swiecie dzieja sie cuda. Cuda prawdziwe, dokonywane przez nauke.

Nie zrozumiala. Oparta o 'sciane stala nieruchomo, z zamknietymi oczami. Sokolski wzial ja za reke i lekko u'scisnal.

— W tym, co sie stalo, nie ma nic niezwyklego. Uspok'oj sie. Na Ziemi juz ponad cztery wieki znane sa sposoby przywracania zycia w pewnych przypadkach.

— Bernard Kruk bedzie m'ogl za pare dni powr'oci'c na Celestie. Spojrzala na Sokolskiego z lekiem.

— Przeciez… on… umarl,

— Umarl, nie umarl — u'smiechnal sie Sokolski. — To, ze serce, pluca i m'ozg przestaly funkcjonowa'c, nie oznacza jeszcze calkowitej 'smierci. Jest to tak zwana 'smier'c kliniczna. Dop'oki tkanki i kom'orki zyja, mozna jeszcze zmarlemu przywr'oci'c zycie.

— Wla'snie pan Sokolski — podchwycil filozof — przykladajac ten guzik do szyi Bera, zrobil mu jakby zastrzyk do rdzenia, gdyz najszybciej nastepuje rozklad kom'orek kory m'ozgowej. Zastrzykniety 'srodek rozchodzi sie po calym organizmie. W ten spos'ob okres miedzy 'smiercia kliniczna a 'smiercia calkowita zostal przedluzony z niewielu minut do blisko dziesieciu godzin.

— Cale szcze'scie, ze zdazyli'smy przyby'c jeszcze w okresie 'smierci klinicznej — wtracil Sokolski. — Kilka minut sp'o'znienia i moglo by'c za p'o'zno.

— Ale on przeciez byl zabity — nie mogla w zaden spos'ob poja'c Stella.

— Po twoim wyj'sciu doktor Bradley i m'oj kolega Kalina przewie'zli cialo Kruka na Astrobolid. Wla'sciwie, gdyby nie rozruchy, za czterdzie'sci pie'c minut bylby na stole operacyjnym. Troche sie odwleklo, ale w tej chwili Kruk juz czuje sie dobrze. Pocisk torujacy wystrzelony z elektrytu przed wypuszczeniem iskry elektrycznej przeszedl przez prawa komore serca. Ale widocznie Kruk poruszyl sie w chwili strzalu, bo miejsce uszkodzenia ciala iskra znajduje sie o kilka centymetr'ow dalej od rany spowodowanej kula. 'Smier'c nastapila zar'owno wskutek postrzalu, jak i porazenia pradem. Gorzej byloby, gdyby iskra uderzyla w rane. Niewykluczone, ze nastapilyby powazne wewnetrzne obrazenia, moze nawet zniszczenie serca. W'owczas trzeba by bylo zastosowa'c zabiegi regeneracyjne, a to juz dluzsza sprawa. Leczenie trwaloby moze nawet kilka miesiecy.

— Niech sobie pani wyobrazi — wtracil sie do rozmowy filozof. — To wszystko dokonuje sie wewnatrz organizmu za pomoca precyzyjnych narzedzi chirurgicznych, umieszczonych na ko'ncach dlugich igiel, bez otwierania klatki piersiowej. Zreszta chirurg w og'ole nie dotyka tych narzedzi, lecz kieruje nimi z odleglo'sci. A wszystko widzi na specjalnym, plastycznym ekranie, tak jakby mial chorego pod reka. Podobno lekarz moze w ten spos'ob dokonywa'c operacji nawet na odleglo's'c setek kilometr'ow.

— Ozywienie Kruka bylo stosunkowo prosta sprawa — rozpoczal Sokolski i urwal widzac, ze Stella robi sie coraz bledsza.

Niewiele zrozumiala z tego, co opowiadali Sokolski i Horsedealer. Cho'c nie miala podstaw, aby watpi'c, ze m'owia prawde, jednak w zaden spos'ob nie mogla wyobrazi'c sobie Bernarda zywego.

Sokolski uczynil niezdecydowany ruch.

— Widze, ze czujesz sie niedobrze. Odpocznij teraz. W tej chwili trwaja jeszcze w Celestii walki, ale jak sie wszystko uspokoi, zawioze cie do Kruka.

W oczach Stelli pojawil sie lek. — Do Bera? Zapanowala klopotliwa, nieprzyjemna cisza.

— No, czas na nas, panie Wiktorze — przerwal ja filozof. — Za chwile narada. Pewno juz czekaja.

Stella zostala sama. Slowa Sokolskiego, ze chca ja zawie'z'c do Bernarda, poglebily jeszcze bardziej ogarniajacy dziewczyne niepok'oj. Jeszcze wczoraj byla pewna, ze kocha Kruka, jak nikogo w Celestii. Przeciez dla niego zdradzila wlasnego ojca. A jednak… Nie mogla sie oprze'c wrazeniu, ze ten przywr'ocony do zycia Bernard nie jest juz tym dawnym, kochanym Berem, lecz jakim's innym czlowiekiem, obcym i strasznym. Przez cala nastepna noc nie zmruzyla prawie zupelnie oka. Dopiero nad ranem zmorzyl ja kr'otki, nerwowy sen.

W poludnie przybyl do pokoju Stelli Sokolski o'swiadczajac, ze morganowcy ponie'sli ostateczna kleske, sam za's Morgan dostal sie w rece Nieugietych. Bez wrazenia przyjela wiadomo's'c, ze Jack Handerson zostal zabity przez wzburzony tlum. To co dzialo sie w Celestii, bylo dla niej takie dalekie i obojetne…

Dopiero ponowiona propozycja odwiedzenia Bernarda zaniepokoila ja. Zaczela sie metnie tlumaczy'c, ze jest bardzo oslabiona. Sokolski z u'smiechem wysunal argument, ze w Astrobolidzie znajdzie sie na wszystko lekarstwo. Jednak nie chcial specjalnie nalega'c widzac, ze Stella nie okazuje zbytniego entuzjazmu.

Po wizycie Sokolskiego dziewczyna poczula sie lepiej. Ponure wspomnienie wczorajszego dnia jakby nieco oddalilo sie i przybladlo. Po poludniu nie mogla usiedzie'c w swym pokoju i poszla na basen, byl jednak zamkniety. Za to w dzielnicy handlowej panowal duzy ruch. Grupy ludzi gromadzily sie na skwerach, zywo dyskutujac ostatnie wydarzenia. Wszedzie wrzala praca. Usuwano po'spiesznie zniszczenia powstale w czasie walk.

Na skwerze Greena spotkala kuzynke Ellen — c'orke Kuhna. Byla bardzo zdenerwowana, gdyz ojciec jej znajdowal sie nadal w areszcie. Prosila Stelle, by wywiedziala sie od Horsedealera, jakie sa zamiary nowego rzadu wobec czlonk'ow „wielkich rod'ow”.

Po powrocie do domu Stelle ogarnelo zn'ow przygnebienie. My'sl jej wracala uparcie do strasznej sceny sprzed dwu dni. Przyslana do jej pokoju przez Horsedealera kolacja pozostala nietknieta. Zazyla trzy nasenne proszki i polozyla sie na tapczanie.

Obudzila sie dopiero nastepnego dnia okolo poludnia, z silnym b'olem glowy. Teraz siedziala samotnie w swym pokoju, a przykre wspomnienia poczely ogarnia'c ja z nowa sila. Jednocze'snie odczuwala pragnienie czyjejkolwiek obecno'sci. Przypomniala jej sie wczorajsza pro'sba kuzynki Ellen. Uczepila sie kurczowo my'sli zobaczenia sie z Horsedealerem.

Wyszla na korytarz. Panowala tu cisza, tak obca dotychczasowym dniom pelnym zgielku. Tylko dw'och ludzi strzegacych drzwi gabinetu prezydenta rozmawialo p'olglosem.

Stella podeszla do nich.

— Czy prezydent Horsedealer jest u siebie?

— Tak — kiwnal glowa starszy ze straznik'ow, a mlodszy dorzucil:

— Teraz odbywa sie wazna narada rzadu.

— Czy… czy nie mozna tam wej's'c? — zapytala niepewnie.

— W tej chwili nie. Ale narada powinna sie niedlugo sko'nczy'c — odrzekl zyczliwie mlodszy straznik. — Blisko sze's'c godzin obraduja…

Stella juz miala zawr'oci'c, gdy drzwi rozsunely sie. Z gabinetu wyszedl po'spiesznie Dean Roche.

— Jak sie czujesz? — powital dziewczyne u'smiechem.

— Tak sobie… Nie bardzo.

— Dobrze, ze cie widze. Lece dzi's na Astrobolid. Mozesz sie zabra'c ze mna. Zobaczysz sie z Berem.

Stella wpadla w panike.

— Nie. Nie… Dzi's jeszcze nie…

— Dlaczego? — zdziwil sie Dean.

— Nie moge… Dzi's sie bardzo 'zle czuje… Moze jutro…

— No c'oz — wzruszyl ramionami Roche. — Wobec tego — trudno. I nie patrzac na dziewczyne ruszyl ku wyj'sciu.

'Sciana rozsunela sie bezszelestnie. Stapajac cicho po miekkim dywanie Stella podeszla do tapczanu. Wyraz zawodu odbil sie na twarzy dziewczyny: go'scia nie bylo. Widocznie jednak nie poszedl jeszcze na basen i byl gdzie's w poblizu, bo niebieska bluza lezala przerzucona niedbale przez porecz fotela.

Wzrok Stelli zatrzymal sie na waskiej szparze w rogu pokoju, przecinajacej p'olmrok pionowa smuga 'swiatla. Ruchoma 'sciana laczaca biblioteke z gabinetem prezydenta byla nie domknieta. Chwila wahania — i dziewczyna ostroznie zblizyla sie do otworu.

W jasnym 'swietle stojacej na biurku lampy ujrzala pochylona nad planami posta'c

Sokolskiego. Okazalo sie, ze ten dziwny, odpoczywajacy zaledwie cztery godziny na dobe Ziemianin ustal tym razem jeszcze wcze'sniej.

Spojrzenie Stelli 'slizgalo sie po z lekka sfalowanych ciemnych wlosach nad wysokim czolem, po silnych, opalonych ramionach, jakby wykutych z jednej bryly metalu, to zn'ow zatrzymalo sie przez chwile na rozchylonych wargach, kt'ore drgaly, jakby towarzyszac rece kre'slacej co's na papierze. Dzi's wydawal sie jej jeszcze piekniejszy, cho'c moze mniej „boski”. Jaka szkoda, ze juz dzi's opuszcza Celestie. Usilowala odpedzi'c od siebie te my'sl, ale na pr'ozno. 'Swiadomo's'c, ze Sokolski wyjezdza, a ona zostaje, przejela ja takim zalem, iz uczula lzy cisnace sie pod powieki.

„Musze powiedzie'c mu prawde — powtarzala sobie, lecz zarazem wiedziala, ze dzi's jeszcze nie potrafi zdoby'c sie na odwage. — Jednak musze. Cho'cby tylko w zwyklej rozmowie, cho'cby tylko dowiedzie'c sie, czy wyjezdza…” — my'slala, wiedzac jednak, ze nie sta'c jej bedzie na taka 'smialo's'c. Ja, kt'ora przeciez jako c'orka prezydenta Summersona pierwsza wyznala milo's'c Krukowi.

Bernard Kruk…

Wzrok dziewczyny ze'sliznal sie z postaci Sokolskiego na ciemna, rdzawa plame o nieregularnych konturach rysujaca sie na 'srodku wielkiego dywanu, tuz przed biurkiem.

Wzdrygnela sie raptownie. Ten ponury dzie'n, dzie'n 'smierci Kruka, zamknal w jej zyciu jeden rozdzial, a otworzyl drugi.

W uczuciu Stelli do Bernarda byla granica, kt'orej nie potrafila przekroczy'c. Byla nia ona sama. U'swiadomila sobie to niejasno po raz pierwszy wtedy, gdy patrzac na katowanie Daisy Brown, ze strachu przed grozacym jej samej cierpieniem i porazeniem, zdradzila kryj'owke zbieg'ow. Usilowala p'o'zniej usprawiedliwi'c sie przed soba, ze uczynila to, bo wiedziala, iz metalowy diabel strzeze bezpiecze'nstwa Kruka. Ale gdy zastanawiaja sie glebiej, nie byla pewna, czy potrafilaby przezwyciezy'c lek przed chlosta, gdyby nawet wiedziala, ze zdrada podpisuje wyrok 'smierci na Bernarda.

Tak. To tamten dzie'n polozyl sie cieniem na ich szcze'sciu. Zdawalo sie Stelli, ze nie ona, lecz on byl winien jej slabo'sci, byl winien, ze sama przed soba wstydzi sie swego zachowania.

Z zazdro'scia patrzyla na szybko wracajaca do zdrowia Daisy, z ukrywana gleboko zawi'scia sluchala jej zwierze'n. Tamta umiala sobie znale'z'c miejsce obok ukochanego w nurcie wielkich, narastajacych z dnia na dzie'n wydarze'n. Ja — Stelle — wydarzenia te odpychaly, odgradzaly jakby nieprzebytym murem od Bernarda, a jego 'smier'c i niezwykly powr'ot do zycia uczynily ten mur nie clo przebycia.

W dwa dni po wyje'zdzie Deana na Astrobolid natknela sie przypadkowo na Sokolskiego w hallu. W czasie kr'otkiej, przelotnej rozmowy dziewczyna czula sie dziwnie podniecona, a zarazem onie'smielona. Zauwazyla, ze jest bardzo przystojny, cho'c inny niz wszyscy mezczy'zni w Cclestii. Wydal sie jej podobny do jednego z ulubionych bohater'ow powie'sci rysunkowych Greena. Wrazenie to potegowal jeszcze lekki str'oj noszony przez wszystkich Ziemian, jakby specjalnie podkre'slajacy harmonijna budowe jego ciala.

Zapytala go, czy nic wie, dlaczego zamknieto kapielisko. Okazalo sie, ze nie wiedzial nic o istnieniu basenu i chetnie by z niego korzystal. Um'owili sie, ze nastepnego ranka p'ojda oboje nad Jezioro.

Odtad nowe zycie wstapilo w Stelle. Coraz cze'sciej przesiadywala przed lustrem. My'sli jej koncentrowaly sie teraz wylacznie na wynajdywaniu pretekst'ow do spotka'n z Ziemianinem. Nie bylo to zbyt latwe, poniewaz Sokolski cale dnie przebywal z Malletem i z Horsedealerem, zajety sprawami pa'nstwowymi. W czasie rzadkich rozm'ow wpatrzona w jego piwne, roze'smiane oczy sluchala opowiada'n o Ziemi, o niezwyklych wynalazkach, niewiele w istocie rozumiejac z tego, co m'owil. Wystarczyla jej sama jego obecno's'c.

W ciagu dziewieciu tygodni pobytu Sokolskiego w Celestii widziala sie tylko raz z Krukiem. Po kilkudniowym pobycie wr'ocil z powrotem na Astrobolid, gdzie wraz z kilkunastoma uczonymi, inzynierami i lekarzami z Celestii uzupelnial swa wiedze zdobyczami ostatnich czterech wiek'ow postepu na Ziemi.

Na serdeczne powitanie Bernarda odpowiedziala Stella do's'c chlodno kilkoma zdawkowymi zapytaniami o jego zdrowie i wrazenia z Astrobolidu. Wiedziala, ze odczul bole'snie ten chl'od, i byla zla na siebie, ale nie potrafila opanowa'c nieprzyjemnego wrazenia obco'sci i leku, kt'ory w niej budzil, a milo's'c do Sokolskiego potegowala jeszcze te obco's'c.

Z rado'scia stwierdzila, ze Ziemianin darzy ja sympatia. W jego zachowaniu bylo jednak co's, co niepokoilo Stelle. Serdeczno's'c, z jaka odnosil sie do niej, miala w sobie jaki's ojcowski czy braterski posmak. Chwilami wydawalo sie jej, ze traktuje ja jak duze dziecko. Nie mogla tez zrozumie'c, dlaczego namawia ja, aby zaczela sie uczy'c.

Poczatkowo ludzila sie, ze to tylko pozory, i wkr'otce ni'c przyja'zni przemieni sie w glebsze uczucie. Czas jednak uplywal, a stosunek Sokolskiego do Stelli nie zmienial sie w niczym. Wiecej jeszcze, widzac jej ozieblo's'c wobec Kruka Wiktor coraz cze'sciej nawiazywal w rozmowach do spraw zwiazanych z osoba konstruktora, chwalac go przy kazdej okazji. Draznilo ja to coraz bardziej, a jednak nie mogla zdoby'c sie na to, by powiedzie'c Sokolskiemu prawde. Nie potrafila dotad pokona'c onie'smielenia, jakie odczuwala zawsze w jego obecno'sci.

I teraz, gdy stala za rozsunieta 'sciana gabinetu patrzac na pochylona nad biurkiem posta'c Sokolskiego ogarnial ja strach, ze odleci na Astrobolid i moze zapomni o niej.

Trzask rozsunietych drzwi przecial tak nagle cisze, ze przytulona do framugi dziewczyna, az zadrzala.

— No, jestem — rozlegl sie glos Horsedealera.

Filozof, kt'oremu parotygodniowa kuracja na Astrobolidzie przywr'ocila dawna mlodo's'c i energie, szybkim krokiem przeszedl przez gabinet i rozsiadl sie wygodnie w fotelu stojacym przy biurku.

— Widze, ze hyperol skutkuje… — u'smiechnal sie Sokolski podnoszac glowe znad rozlozonych plan'ow.

— Jeszcze jak! To 'swietny 'srodek. Czlowiek czuje sie tak wypoczety, jakby przespal swoje normalne osiem godzin, a nie cztery. C'oz bym ja teraz robil bez waszego hyperolu, kiedy i dwadzie'scia godzin pracy na dobe to malo.

— No i co uradzili'scie wczoraj?

— Ruszamy jutro z kampania. Wybory odbeda sie 25 kwietnia. Referendum przewidujemy na koniec czerwca. Czy uda ci sie do tego czasu przygotowa'c plan przebudowy?

— Z pewno'scia. Tylko ze dzi's wla'snie doszedlem do ostatecznego wniosku, ze nie oplaci sie przebudowywa'c Celestii.

Horsedealer zerwal sie gwaltownie z fotela i przyskoczyl do Sokolskiego.

— Co?

Wiktor parsknal 'smiechem na widok oslupienia filozofa.

— Tak. Nie oplaci sie przebudowywa'c. Bedziemy budowa'c nowa Celestie.

— Nowa Celestie? Czy to mozliwe? Z czego?

— Po prostu z materialu, z kt'orego zrobiona jest Celestia. Zbudujemy okret kosmiczny zblizony konstrukcja do Astrobolidu. Wla'sciwie my'slalem o tym juz od dawna, ale zal mi bylo niszczy'c Celestie. Przeciez to zabytek o duzej warto'sci historycznej.

Filozof zasepil sie. Czyzby i on, kt'ory jeszcze niedawno z nieukrywana nienawi'scia m'owil o „almeralitowej puszce”, teraz poczal na nia patrze'c innymi oczyma?

— Tak. Szkoda byloby niszczy'c zupelnie Celestie — rzekl w zamy'sleniu. — Dlaczego mi o tym nie wspomniale's? — dodal z delikatna wym'owka.

— Bo nie m'oglby's by'c bezstronny w tej sprawie — odrzekl Sokolski z powaga. Horsedealer podni'osl zdziwiony wzrok na swego mlodego przyjaciela.

— Przy dotychczasowej konstrukcji Celestii mozna zastosowa'c tylko silnik o slabej mocy — wyja'snil Ziemianin. — Zuzywajac okolo polowy masy Celestii bedziemy mogli nada'c jej predko's'c najwyzej czterokrotnie wieksza od obecnej. Nowa Celestia bylaby zaopatrzona w silnik zblizony do silnika Astrobolidu i moglaby rozwina'c predko's'c ponad 1000 km/sek, a tym samym wr'ocilaby na Ziemie w ciagu nie stu lat, lecz dwudziestu.

— Dwadzie'scia lat. Wiec ja… ja… — zawolal filozof glosem tak drzacym wzruszeniem, ze ukryta za 'sciana Stella uczula, iz co's chwyta ja za krta'n.

— Tak. Mozesz ujrze'c na wlasne oczy Ziemie — doko'nczyl Sokolski.

Teraz dopiero Stella u'swiadomila sobie w pelni ogromna wage tego, co uslyszala przed chwila. A wiec niejasne pogloski, obiegajace od tygodnia wszystkie poziomy, nie byly tylko tworem wyobra'zni plotkarzy, podnieconej ostatnimi wydarzeniami. Wiec nowy rzad rozwaza na serio mozliwo's'c zawr'ocenia Celestii z jej drogi do Gwiazdy Dobrej Nadziei? Wiec przebudowa, o kt'orej m'owi sie wszedzie tak wiele, ma na celu powr'ot na Ziemie?

A przeciez je'sli plany Horsedealera sie powioda i Celestia zawr'oci, a Astrobolid poleci dalej do Alfa Centauri, to ona nigdy juz nie zobaczy Wiktora. Nie zdajac sobie sprawy z tego, ze Astrobolid tylko chwilowo zatrzymal sie obok Celestii, sadzila, ze oba statki kosmiczne beda razem dazy'c ku legendarnej Juvencie. Slyszac o zamiarze budowy silnik'ow zrozumiala to jako che'c dostosowania predko'sci ich 'swiata do predko'sci, jaka m'ogl rozwija'c Astrobolid.

Rozsta'c sie na zawsze z Sokolskim — tego w zaden spos'ob nie potrafila sobie wyobrazi'c. Z nienawi'scia patrzyla na filozofa, kt'ory ogarniety entuzjazmem nie pr'obowal kry'c swej ogromnej rado'sci.

— Dwadzie'scia lat… Za dwadzie'scia lat… — oczy Horsedealera zwilgotnialy. — Ujrze'c Ziemie… Ziemie… Nie, to wprost trudno sobie wyobrazi'c. Nowa Partia Powrotu, partia Nieugietych zwyciezy. Musi zwyciezy'c! Czy kto's z Celestii m'oglby sie waha'c? Dzi's jeszcze rozpoczynamy kampanie. Niech wszyscy wiedza, ze przyszlo's'c nalezy do nich.

— Nie wiem, czy sluszne byloby juz dzi's wtajemniczy'c wszystkich w nasze zamiary — rzekl ostroznie Sokolski.

— Dlaczego? — przygasl nieco Horsedealer.

— Ludzie zbyt malo znaja Ziemie. Jest ona dla nich jeszcze zbyt obca, zbyt daleka. Trzeba, aby najpierw sami zatesknili za nia. Sadze, ze wla'snie zadaniem ruchu, kt'ory organizujesz, bedzie zblizy'c mieszka'nc'ow Celestii do Ziemi, wytlumaczy'c im, ze ta kolebka ludzko'sci jest ich domem, nie za's mityczna Juventa.

— Tak — skinal glowa Horsedealer. — Nie pomy'slalem o tym. Masz zupelna sluszno's'c. I jestem pewny, ze nowa Partia Powrotu bedzie ostatnia, zwycieska partia Celestii.

— Uwazam, ze mozna kilka najbardziej zaufanych os'ob wtajemniczy'c w mozliwo's'c szybkiego powrotu na Ziemie. Publiczne rozgloszenie mogloby wywola'c szkodliwe uprzedzenia, jak do kazdej nowo'sci.

— W rachube wchodza Mallet, Kruk, Smith, Cornick, Buck, Roche ze swa Daisy… Stelli sie troche boje, bo to, niestety, pusta dziewczyna. Ewentualnie pozostaje jeszcze Schneeberg. Ten, zdaje sie, zdecydowanie przeszedl na nasza strone.

— Co sadzisz o Greenie? — wtracil Wiktor.

Stelle jakby ukluto w serce: wiec Sokolski nie wystapil w jej obronie.

— Sam nie wiem — odrzekl Horsedealer. — Chwilami wydaje sie, ze jego entuzjazm dla sprawy jest sztuczny. Moze to dlatego, iz trudno mi uwierzy'c, aby czlowiek, kt'ory nalezal do „grubej dziewiatki”, m'ogl z lekkim sercem zgodzi'c sie na nasze reformy.

Sokolski zamy'slil sie.

— Zdaje mi sie, ze to rozsadny gracz, kt'ory rozumie, ze nie ma juz powrotu do tego, co bylo, i ze nalezy dostosowa'c sie do nowych okoliczno'sci — rzekl po chwili. — Czy to prawda, ze on juz w okresie rzad'ow Summersona uchodzil za zwolennika pewnych reform?

— Owszem. Ale sadzili'smy, ze mialo to raczej charakter taktyczny.

— Czy masz zamiar zostawi'c go na stanowisku dyrektora rozglo'sni?

— Raczej tak. Trzeba przyzna'c, ze jest zdolnym fachowcem i 'swietnym organizatorem. Ma to ponadto inne dobre strony, zwlaszcza teraz, w czasie kampanii. Pradziadek Ike'a, Tobiasz Green, byl przyw'odca ostatniej Partii Powrotu i zostal zamordowany w wiezieniu, bo nie chcial jej rozwiaza'c. Szereg danych wskazuje, ze Tobiasz Green istotnie.wierzyl w to, co glosil… Dlatego Green w nowej Partii Powrotu bedzie dobrym argumentem w oddzialywaniu na „sprawiedliwc'ow”. Teraz, po wypuszczeniu na wolno's'c Kuhna i Locha, trzeba jako's rozwiaza'c problem reedukacji „wielkich rod'ow”. Bernard jest nawet zdania, ze troche skrzywdzili'smy Greena, ze powinien otrzyma'c jakie's stanowisko w rzadzie, a funkcje dyrektora rozglo'sni moglaby obja'c Daisy Brown. Rozmawialem wczoraj z Rita na jej temat. To zdolna dziewczyna. Podobno robi zadziwiajaco szybkie postepy. Najwiecej trudno'sci miala z matematyka i fizyka, ale jako's dala sobie rade. Majac taka nauczycielke…

Pochwaly pod adresem Daisy wprawily Stelle w rozdraznienie, a jednocze'snie poczal sie rodzi'c w jej umy'sle niejasny plan dzialania, wiec odsunela sie ostroznie od szpary i wyszla na palcach z biblioteki. Wr'ociwszy do siebie przez kilka minut krazyla niezdecydowanie po pokoju. Wreszcie postanowila. Szybko narzucila nowa bluzke i wyszla z mieszkania.

Przecierajac zaspane oczy Kuhn ze zdziwieniem powital swa siostrzenice.

— C'oz sie znowu stalo? Czy nie mozesz wybra'c stosowniejszej pory na wizyty? — udawal, ze sie gniewa, cho'c z zachowania sie Stelli wyczuwal, iz sprowadzaja ja do niego jakie's wazne sprawy.

Stella spojrzala znaczaco na stojacego w drzwiach lokaja.

— Jack, mozesz odej's'c — zwr'ocil sie Kuhn do sluzacego.

— I ten pewno juz niedlugo odejdzie — westchnal, gdy lokaj zniknal za drzwiami. — Ciezkie, ciezkie czasy dla nas nastaly. Ty sie krecisz kolo tamtych, wiec tego nie widzisz…

— Sluchaj! — przerwala mu szorstko Stella. — Musze sie z toba naradzi'c w waznej sprawie. To dotyczy nas wszystkich, mnie i ciebie, calej Celestii…

Jakze bardzo zmienilo sie zycie malego 'swiata od chwili spotkania z Astrobolidem i zwyciestwa Nieugietych. W ludziach, roze'smianych, 'spieszacych sie czy dyskutujacych z przejeciem o sprawach publicznych na skwerach, w korytarzach i windach, trudno byloby pozna'c przygnebione, snujace sie sennie postacie sprzed kilku miesiecy.

Zmienialy sie zreszta w szybkim tempie r'owniez warunki bytowe wiekszo'sci mieszka'nc'ow „almeralitowego dysku”. Nowy rzad z Horsedealerem na czele rozpoczal od pierwszych dni po objeciu wladzy wielkie roboty inwestycyjne na 15, 23 i 40 poziomie, przebudowujac dawne sklady i magazyny na mieszkania dla zyjacych dotad w okropnych warunkach Murzyn'ow i wielu bialych pracownik'ow. Poczatkowe trudno'sci zywno'sciowe, spowodowane cze'sciowym zniszczeniem magazyn'ow zboza przez morganowc'ow, zostaly pokonane. Uniwerproduktory Astrobolidu nie pr'oznowaly i cho'c nie byly w stanie zaspokoi'c calkowicie potrzeb ludno'sci, jednak powaznie zlagodzily niedob'or produkt'ow zywno'sciowych, odczuwany przed zebraniem nowych plon'ow. Zreszta m'owilo sie powszechnie, ze plany przebudowy Celestii przewiduja zainstalowanie poteznych, wysokowydajnych urzadze'n produkujacych syntetyczna zywno's'c.

R'owniez stan zdrowotny mieszka'nc'ow Celestii poprawil sie znacznie. Przybyli z Astrobolidu lekarze — Summerbrock i Makarowa — nie szczedzili sil w walce z trapiacymi Celestian chorobami. Zanikly zupelnie tak czeste w tym malym 'swiecie wypadki obledu. W tym samym czasie wszyscy lekarze i felczerzy Celestii z Bradleyem na czele szkolili sie pod kierunkiem Kory Heto. Podobnie wielu technik'ow i inzynier'ow przygotowywalo sie do wielkich zada'n — budowy nowoczesnego statku kosmicznego, kt'orego plany opracowywal sztab techniczny Astrobolidu w osobach Sokolskiego, Brabca, Suzy Brown i Kaliny. Jednocze'snie rozpoczeto szkolenie specjalnej kadry pracownik'ow technicznych i naukowych, kt'orzy mieli w przyszlo'sci kierowa'c skomplikowanymi urzadzeniami nowej Celestii. Jednymi z pierwszych, kt'orzy uko'nczyli taki kurs zapoznajac sie szczeg'olowo z zasadami pilotazu Astrobolidu, byli Horsedealer i Green. Przewaznie jednak kierowano tam ludzi mlodych, dwudziestoparoletnich chlopc'ow i dziewczeta.

W'sr'od tego szybkiego nurtu, zycia r'osl w sile i dojrzewal ruch, jakiego jeszcze nie znala Celestia. Jakze slabe i niepozorne byly dawne Partie Powrotu w por'ownaniu z ta potezna organizacja, kt'ora skupiala setki ludzi we wsp'olnym dazeniu do wielkiego celu. Prawda o Ziemi torowala sobie zwyciesko droge w umyslach pieciu tysiecy mieszka'nc'ow „dysku”, odcietego przez cztery wieki od 'swiata.

Pierwsza nadawana specjalnie dla Celestii audycja z Ziemi wzbudzila tak ogromny entuzjazm, ze w ciagu kilku dni szeregi Partii Powrotu podwoily sie. Topnialy powoli uprzedzenia rasowe, kt'ore usilowali wykorzysta'c przeciwnicy powrotu na Ziemie. Coraz wiecej tych, kt'orzy dlugo nie mogli przezwyciezy'c nieufno'sci i zabobonnego leku przed lud'zmi z Astrobolidu, porzucalo Partie Niezaleznych opowiadajaca sie za dalszym lotem do Gwiazdy Dobrej Nadziei.

W wyborach zwyciezyla Partia Powrotu. Trwaly intensywne przygotowania do referendum, kt'orego termin przy'spieszono o dwa tygodnie.

W przededniu glosowania, kt'ore powinno bylo zadecydowa'c o tym, czy Celestia ma dalej lecie'c do Alfa Centauri, czy tez wraca'c na Ziemie, Horsedealer wyglosil wielka mowe na skwerze Tobiasza Greena, jak oficjalnie nazwano ten dawny skwer Green'ow na 26 poziomie. Prawnuk wielkiego przedstawiciela rodu Green'ow r'owniez dwoil sie i troil agitujac przez telewizory za powrotem.

Zwolennicy Partii Niezaleznych nie pr'oznowali r'owniez, ale nikt z nich juz sie nie ludzil, ze referendum przyniesie wielkie zwyciestwo Partii Powrotu.

W radosnym dniu opublikowania wynik'ow glosowania, na uroczystym posiedzeniu rzadu Celestii zatwierdzono jednomy'slnie plan budowy nowego wielkiego statku kosmicznego. Gdy Bernard Kruk jako minister budowy oglosil po raz pierwszy oficjalnie, ze nowy statek kosmiczny skr'oci termin powrotu na Ziemie do 20 lat, entuzjazm delegat'ow i przysluchujacych sie przez glo'sniki i telewizory tlum'ow przeszedl wszystko, co widziala dotad Celestia. Ludzie padali sobie w objecia, calowali sie i plakali z rado'sci.

Nikt nie spal tej nocy. Na wszystkich niemal skwerach i placach „almeralitowego dysku” odbywaly sie ta'nce i zabawy. Powszechny nastr'oj rado'sci zatarl wszelkie uprzedzenia i opory: w korowodzie tanecznym mienily sie czarne i biale twarze.

Tego wieczoru odbyla sie skromna uroczysto's'c weselna Daisy i Deana. Termin 'slubu ustalila Daisy, kt'ora w ten spos'ob chciala podkre'sli'c nierozerwalno's'c swego szcze'scia ze szcze'sciem calej Celestii. Poza rodzinami nowoze'nc'ow na 'slubie obecni byli Andrzej, Wiktor, Rita, Bernard i Stella. Stella chciala poczatkowo wym'owi'c sie choroba, lecz na wiadomo's'c, ze na weselu bedzie Sokolski, szybko odzyskala zdrowie. Obiecali r'owniez wpa's'c cho'c na chwile zajeci sprawami pa'nstwowymi Horsedealer, Mallet i Green.

Daisy podczas kilkumiesiecznego pobytu w Astrobolidzie spowazniala i jakby wysubtelniala. Pod wplywem Rity, z kt'ora dawna reporterka — a obecnie poczatkujacy inzynier radiotelewizyjny — zawarla gleboka przyja'z'n, nauczyla sie wnikliwiej patrze'c na 'swiat.

Atmosfera panujaca na Astrobolidzie wplynela podobnie r'owniez na Deana. Rozw'oj jego jednak postepowal bardzie] jednostronnie. Niepohamowane pragnienie wiedzy przyslonilo mu niemal caly 'swiat. Mlody astronom, zwolniony ze stanowiska w rzadzie na wlasna pro'sbe, oddal sie calkowicie studiom pod kierunkiem astrofizyka Engelsterna.

Green zjawil sie juz na poczatku uczty weselnej, ofiarowujac nowoze'ncom piekny gobelin ze swych prywatnych zbior'ow.

Po zlozeniu zycze'n przysiadl sie do Rity, kt'ora juz od czas'ow pierwszej wizyty w Astrobolidzie wyra'znie adorowal.

— Dlaczego pani nie wstapila do rozglo'sni, gdy tydzie'n temu odwiedzila pani Celestie? Bylo mi bardzo przykro — zalil sie z wylewno'scia.

— Nie obiecywalam. Tyle mamy teraz pracy…

— Praca… praca… Kiedyz wreszcie nadejda czasy, w kt'orych zniknie praca?…

— Nigdy — odrzekla Rita z u'smiechem. — Czlowiek bez pracy nie bylby czlowiekiem. A zreszta, czy mozna dlugo wytrzyma'c nie pracujac? Dla mnie moja praca to wielka przyjemno's'c.

— Zupelnie sie z pania zgadzam — podchwycil Green. — Bez pracy zycie byloby nudne, jednostajne, nieciekawe… Je'sli m'owilem, ze chcialbym, by nie bylo pracy, to mialem na my'sli nie prace dla przyjemno'sci, lecz prace z obowiazku, z konieczno'sci. Zawsze uchodzilem w mojej sferze za czlowieka bardzo pracowitego. Pracowalem duzo dla osobistej przyjemno'sci, ale bywalo nieraz i tak, ze interesy wymagaly ode mnie wypelniania pewnych obowiazk'ow wtedy, gdy nie mialem na to najmniejszej ochoty. Taka prace z przymusu, niegodna naprawde wolnego czlowieka, chcialbym na zawsze wykre'sli'c z zycia.

— A czy nie odczuwasz satysfakcji z wykonanej pracy, nawet w'owczas, gdy nie sprawiala ci ona przyjemno'sci, je'sli osiagniety dzieki niej cel ma dla ciebie i innych ludzi odpowiednio duza warto's'c?…

— Oczywi'scie, ze w'owczas jestem zadowolony z siebie. Ale czy nie jest to tez pewnego rodzaju przymus wewnetrzny? Czy nie pragnela pani nigdy znale'z'c sie w takiej sytuacji, aby m'oc robi'c wylacznie to, co sie pani podoba? Czy nie czuje pani rado'sci, gdy moze dowolnie pokierowa'c rakieta? Czy nie chcialaby pani by'c wielbiona przez wszystkich i czu'c, ze 'swiat caly posluszny jest jej woli? — zapalal sie coraz bardziej. — Ze nie potrzebuje pani liczy'c sie z niczym i z nikim?…

— Co za dziwaczne pomysly? — zachnela sie Rita. Green stropil sie nieco.

— Mozna czasem da'c sie ponie's'c fantazji… Czy pani nigdy nie chcialaby sta'c sie bohaterka z bajki? Cho'cby na chwile?…

— Moze i chcialabym.. na chwile — rzucila w zamy'sleniu. — Ale kazda bajka miewa jaki's sens…

— Czasami bajke mozna przyoblec w realny ksztalt. Trzeba tylko chcie'c… Mocno chcie'c… Kto jak kto, ale wla'snie pani godna jest takiego szcze'scia…

— Nie lubie, jak kto plecie glupstwa.

— Pani to nazywa glupstwem?… M'owie tylko to, co czuje… Mozna co prawda milczeniem manifestowa'c to, co sie czuje, ale to nie w moim stylu — to m'owiac wskazal wzrokiem Stelle siedzaca po przeciwnej stronie stolu, obok Bernarda.

Istotnie, jak to zauwazyl Green, tego wieczoru Stella byla wyra'znie nachmurzona i milczaca. Raz po raz rzucala ukradkiem spojrzenie na Wiktora, kt'ory z ozywieniem tlumaczyl co's mlodej parze.

— Stello… — uslyszala cichy szept Kruka. — Sp'ojrz, jacy oni szcze'sliwi.

— Mhm — westchnela, spuszczajac oczy.

— Czy… czy… my'slala's tez o tym, ze… — urwal w p'ol zdania.

— O czym?

Spojrzala na niego tak zimno, ze uczul skurcz w okolicach serca. Stelli zrobilo sie zal Bernarda, wiec chcac zatrze'c dalsza rozmowa nieprzyjemne wrazenie zapytala:

— Dlugo jeszcze zostaniesz na Astrobolidzie?

— Za tydzie'n rozpoczynamy wstepne przygotowania do budowy — ozywil sie. I jakby nie pamietajac niedawnego zgrzytu dodal: — Bedziemy zn'ow razem.

— Nie wiem.

Zapanowalo przykre, przejmujace milczenie. Opanowal sie jednak. — Czy wiesz, ze oni chca pozosta'c na Astrobolidzie? — zapytal z pozornym spokojem, zmieniajac temat.

— Kto?

— Daisy i Dean.

— Jak to: pozosta'c?

— Dean pragnie polecie'c do Alfa Centauri.

Fala krwi oblala twarz Stelli. Kurczowo zacisnela palce na krawedzi stolu. „Lecie'c do Alfa Centauri… W Astrobolidzie… Razem z Sokolskim… Tak. Je'sli oni gotowi sa zabra'c ze soba Daisy i Deana, to dlaczego nie mieliby zabra'c i mnie? Oni musza mnie zabra'c” — my'slala goraczkowo.

Bernard zauwazyl nagla zmiane w zachowaniu sie Stelli.

— Czy ci niedobrze? Jeste's chora? — zapytal szeptem. Spojrzala na niego nie rozumiejac, co do niej m'owi.

— Moze odprowadzi'c cie do domu?

— Nie! — rzucila ze zlo'scia. — Daj mi spok'oj.

Spu'scil z rezygnacja glowe. Czul sie coraz bardziej niepotrzebny, coraz bardziej samotny w tym roze'smianym weselnym towarzystwie.

Tymczasem Stella odwr'ocila sie do siedzacego obok niej Krawczyka.

— Panie profesorze — zagadnela uczonego zajetego rozmowa z ojcem Deana — czy to prawda, ze w Astrobolidzie ludzie zyja wiecznie?

— Kto ci to powiedzial? — roze'smial sie Krawczyk.

— Aaaa… tak m'owia w Celestii.

— Niestety — odrzekl rozbawiony pytaniem. — Tego jeszcze ludzko's'c nie osiagnela.

— A m'owia, ze podobno wracacie na Ziemie za dwie'scie lat.

— Nie za dwie'scie, lecz za okolo dwie'scie siedemdziesiat lat — sprostowal astronom. — Ale to zupelnie co innego.

— Wiec na Ziemi ludzie zyja trzysta lat? A pan Wasyl m'owil, ze sto pie'cdziesiat.

— Istnieje mozliwo's'c bardzo znacznego przedluzenia zycia, teoretycznie nawet do tysiaca lat. Jednak wiaze sie to z pewna niedogodno'scia, kt'ora praktycznie przekre'sla sens stosowania tej metody na Ziemi.

— A to ciekawe — wtracil Green.

— Co to za spos'ob?

— Slyszeli'scie chyba, ze niekt'ore jednokom'orkowce maja zdolno's'c zapadania w stan zycia utajonego. Powiedzmy taki pantofelek — Krawczyk usilowal wytlumaczy'c na przykladzie widzac, ze zar'owno Stella, jak i Rochesenior niewiele rozumieja z tego, co m'owi. — Zyje on w wodzie, je'sli za's wody zabraknie, zyjace w niej pantofelki nie gina, lecz kurcza sie i staja sie pozornie martwe. Ich czynno'sci zyciowe zostaja zahamowane. W tym stanie moga trwa'c bardzo dlugo, gdy za's znajda sie zn'ow w wodzie, wracaja do zycia, kt'ore zachowaly w stanie utajonym. Zwierzeta wysoko zorganizowane nie maja oczywi'scie tej zdolno'sci, bo funkcje ich organizmu sa niezwykle skomplikowane. Wiele z nich moze jednak w niekorzystnych warunkach, w okresach braku pozywienia, ogranicza'c bardzo znacznie funkcje swego organizmu. Oddech ich staje sie ledwo dostrzegalny, czesto's'c uderze'n serca spada nierzadko do jednego uderzenia na kilka minut. Ich bieg zycia jest zwolniony. To wla'snie bylo punktem wyj'scia dla eksperyment'ow wielu uczonych w zwiazku z zagadnieniem przedluzania zycia. Obserwujac sen zimowy zwierzat oraz szczeg'olna zdolno's'c pierwotniak'ow do przechodzenia w stan zycia utajonego, doszli oni do wniosku, ze w tych okresach r'owniez proces starzenia sie ulega zwolnieniu. Na podstawie wynik'ow prac badawczych opracowano juz w poczatkach XXI wieku metode wprowadzania wszystkich zwierzat, a w ko'ncu i czlowieka, w stan dlugoletniego snu.

— I w ten spos'ob mozna przedluzy'c zycie? — zdziwila sie Stella.

— Wla'snie najciekawsze jest to, ze w czasie tego snu proces starzenia sie zwalnia sie ponad dziesieciokrotnie. Zamiast wiec stu trzydziestu lat zycia, na lot do Alfa Centauri stracimy tylko okolo trzynastu w kazda strone, je'sli oczywi'scie nie okaze sie, ze z lud'zmi jest inaczej niz ze zwierzetami.

— To wszyscy bedziecie tak spa'c? — pytala Stella.

— Wszyscy. Oczywi'scie nie wszyscy razem, bo cho'c automaty sa niezawodne, jednak zawsze jako's ra'zniej, gdy czlowiek czuwa — u'smiechnal sie.

— Dlaczego w Celestii nikt o tym nie wie? — dziwil sie Roche senior. — Przeciez to rewelacja! Czy nie mozna by tak u'spi'c calej Celestii na dwadzie'scia lat?

Krawczyk spowaznial.

— Zastosowanie tej metody na szeroka skale wobec braku fachowc'ow byloby bardzo ryzykowne. Nit ukrywamy nic przed wami, ale prosze mi wierzy'c, ze zbytnie rozglaszanie tego mogloby wywola'c niepotrzebne poruszenie umysl'ow. To samo zreszta m'owi Horsedealer, kt'ory zna te metode. Kazdy niemal mieszkaniec Celestii ma szanse ujrzenia Ziemi i tak, bez tego 'srodka. Szkoda tez zycia.

— Jak to: szkoda zycia? — zdziwila sie Stella.

— Zycie jest tak bogate, daje tak wiele wraze'n, ze szkoda kazdego przespanego dnia. Na Ziemi ta metoda nigdy nie znajdzie szerszego zastosowania. Kt'oz by chcial marnowa'c czas na sen? Tylko w wyjatkowych warunkach, takich jak obecna ekspedycja miedzygwiezdna, mozna sie zgodzi'c na podobna strate czasu.

— Wszystko, co pan m'owi, jest strasznie ciekawe — powiedziala^ w zamy'sleniu Stella. — Jaki jednak ten wasz 'swiat jest inny od naszego.

— Zdaje ci sie.

— Czy… czy zabierzecie mnie do Alfa Centauri? — dopiero teraz Stella przypomniala sobie, dlaczego rozpoczela te rozmowe.

Astronom zasepil sie.

— Po co? — odrzekl pytaniem.

— Bo ja… ja… — jakala sie Stella szukajac gwaltownie jakiego's przekonujacego argumentu.

— Po co? — powt'orzyl Andrzej cicho.

— Bo ja chcialabym zobaczy'c Juvente — wyrzucila placzliwie.

— Zobaczysz ja za dwadzie'scia lat w promieniach slo'nca. Wasza Juventa to Ziemia — powiedzial cicho Krawczyk serdecznym, ojcowskim tonem.

Spisek

Zielone 'swiatlo lampki kontrolnej zamigotalo i zgaslo. Jim Bradley nacisnal d'zwignie.

— Gotowe. Wszystkie sektory naprz'od! — rzucil do mikrofonu.

W kwadratowych okienkach tablicy rozdzielczej poczely ukazywa'c sie cyfry. — Sektor 3a predzej!

Na ekranie rysowala sie wyra'znie okragla tarcza Celestii. 'Swiatlo silnego reflektora zalamywalo sie na ucietych sko'snie krawedziach dysku, kt'orego 'srednica, kiedy's kilometrowa, zmalala juz niemal do polowy.

— Sektor 11b wolniej! Tak. Teraz dobrze.

Pier'scie'n zlozony z poziom'ow 44, 45, 46 i 47 ze'slizgiwal sie powoli z tarczy Celestii jak obrecz zdejmowana z kola.

— Sektor 7a! Nie sp'o'zniajcie sie! Uwaga! Troche wolniej! Teraz dobrze! Gotowe! Obrecz zawisla w przestrzeni. Oddalajac sie powoli od „kadluba” Celestii wykonywala jednak wraz z nim jeden obr'ot na minuty, jakby niewidzialna o's wiazala obie cze'sci.

— Rotacja stop!

Z krawedzi pier'scienia poczely wyskakiwa'c uko'sne ogniki i po kilku obrotach odcieta cze's'c zatrzymala sie.

Jim nacisnal jeden z guzik'ow.

— Halo! Pilot! Mozna holowa'c! Uwaga! Przelaczam na centrale VII. Przesunal niewielka d'zwignie i ekran zgasl.

Rozprostowal ramiona i u'smiechnal sie z zadowoleniem. Za dwie godziny poleci na Celestie II, gdzie Suzy Brown i Wladek Kalina kontroluja prace zespolu uniwerproduktor'ow. A tam tyle ciekawych rzeczy sie dzieje, nie tak jak tu, ta nudna robota z rozcinaniem po kawalku starego pudla.

Zamknal na klucz drzwi centrali i skierowal sie ku windzie. Po chwili male drzwiczki d'zwigu otworzyly sie przed nim.

W tym samym momencie jaka's sila wepchnela go gwaltownie do 'srodka i ciemna plachta spadla mu na glowe. Szarpnal sie usilujac zerwa'c szmate, lecz wykrecono mu rece clo tylu i tuz nad uchem uslyszal syczacy glos:

— Spokojnie, panie Bradley. Tylko spokojnie, a nic sie panu nie stanie.

Odczul slaby wstrzas. Zorientowal sie, ze winda ruszyla. Nowy wstrzas i trzask otwierajacych sie drzwi.

— Naprz'od! — padl przyciszony rozkaz.

Wedr'owka trwala do's'c dlugo i byla tak kreta, ze mlody Bradley stracil zupelnie poczucie kierunku. Trudno bylo przypuszcza'c, aby prowadzono go coraz to inna droga. Prawdopodobnie krazono po niewielkim obszarze dla zdezorientowania Jima.

Wreszcie kazano sie Jimowi zatrzyma'c i jakie's rece zerwaly mu szmate z glowy. Wok'ol panowala nieprzenikniona ciemno's'c.

Naraz zablyslo 'swiatlo: Jim rozejrzal sie wok'ol. Niewielki pok'oj wydawal sie zupelnie pusty, jedyne drzwi byly zamkniete na klucz.

Lecz oto niespodziewanie rozlegl sie silny, plynacy gdzie's z g'ory glos:

— Panie Bradley! Wiemy, ze pan bardzo kocha swego ojca. Niech wiec sie pan dowie, ze grozi mu powazne niebezpiecze'nstwo.

Glos umilkl na chwile, jakby kto's chcial stwierdzi'c, jakie wrazenie wywra te slowa.

— Sluchaj pan, panie Bradley! — odezwal sie zn'ow glos, tym razem nieco inny, jakby zmieniony. — Chyba pan wic, ze w zwiazku z przygotowywanym procesem Edgara Summersona prowadzone jest 'sledztwo w sprawie zamordowania niejakiego Rosenthala, historyka rzadowego i bliskiego przyjaciela Williama Horsedealera?

— Nie wiem nic o tym. I co to mnie w og'ole obchodzi? — oburzyl sie Jim.

— Powinno pana bardzo obchodzi'c — rozlegl sie zn'ow glos, niski i jakby znajomy Jimowi. -Powinno pana obchodzi'c, gdyz morderstwa tego dokonal pa'nski ojciec.

— Nieprawda! To klamstwo! — rzucil sie Jim.

— Niestety, to prawda. Ale nie obawiaj sie pan, Summerson nie wyda pa'nskiego ojca. Nie wyda pod jednym warunkiem…

— To jest klamstwo! Nigdy w to nie uwierze, zeby m'oj ojciec m'ogl popelni'c zbrodnie!

— Zapytaj go pan o to sam, a zorientujesz sie, ze to prawda. Tak, panie Bradley. Radze to panu uczyni'c, je'sli ma pan watpliwo'sci.

Przemawiajacy czlowiek widocznie obawial sie, ze bedzie poznany, bo wyra'znie usilowal zmieni'c glos. Jim mimo ogromnego wzburzenia spostrzegl to i poczal z uwaga wsluchiwa'c sie w d'zwieki plynace z glo'snika.

— Sluchaj pan, panie Bradley! Summerson nie zdradzi pa'nskiego ojca, je'sli wy'swiadczy nam pan pewna drobna przysluge. Na Celestii II montuje sie w tej chwili nowy uniwerproduktor, kt'ory za cztery dni ma przystapi'c do wytwarzania zewnetrznej aroternowej powloki. Ot'oz arotern, jak pan wie, jest ko'ncowym produktem szeregu przemian jadrowych. Takim przedostatnim ogniwem jest mezotem, kt'ory ma tego rodzaju wla'sciwo'sci, ze przy wiekszym skupieniu, podobnie jak uran 235, ulega gwaltownemu rozpadowi la'ncuchowemu. Dlatego tez w czasie jego produkcji stosuje sie jako pochlaniacze neutron'ow prety kadmowe. Ot'oz drobna przysluga, kt'orej od pana zadamy, polega na tym, aby pan wymienil kilka tych pret'ow na inne, otrzymane od nas. Rozumie pan?

— Az za dobrze rozumiem! Nigdy tego nie zrobie! — zatrzasl sie z oburzenia Jim.

— Nie watpie, ze sie pan namy'sli. Nic pan przeciez nie ryzykuje. Prety wymieni pan w wyznaczonym terminie, w czasie przerwy w pracy uniwerproduktora. Pa'nski lot na Celestie II nie wzbudzi niczyich podejrze'n, gdyz bywa pan tam czesto. Odleci pan spokojnie na Celestie i nie ma sie pan czym martwi'c.

— To bylaby zbrodnia.

— Zbrodnia? W kazdym razie mniejsza od zamordowania Rosenthala przez pa'nskiego ojca. Wie pan, ze ten uniwerproduktor sterowany jest z odleglo'sci i ze wzgledu na wysoka temperature i promieniowanie towarzyszace produkcji aroternu nikogo w'owczas nie bedzie na Celestii II.

— Ale to uniemozliwi nam powr'ot na Ziemie! Przeciez eksplozja ta roznioslaby w pyl cala nowa Celestie.

— No, c'oz, trudno…

— Ja tego nigdy nie zrobie!

— Niech sie pan nad tym dobrze zastanowi. Ha'nba pa'nskiego ojca spadnie i na pana. Czy my'sli pan, ze po ujawnieniu mordercy Rosenthala Horsedealer czy ci ludzie z Astrobolidu beda mieli do jego syna zaufanie?

— Ja nie wierze, zeby m'oj ojciec byl morderca!

— To wszystko, co chcialem panu powiedzie'c! — odezwal sie glos. — Czekaj pan na dalsze instrukcje. Nie potrzebuje chyba dodawa'c, ze kazda pr'oba zdrady oznacza 'smier'c… Od tej chwili bedzie pan pod nasza stala obserwacja.

'Swiatlo zgaslo raptownie.

Uczul, ze jakie's rece zn'ow go obezwladniaja i okrecaja glowe plachta.

Po kilku minutach znalazl sie w windzie, kt'ora zjechala w d'ol.

Wreszcie pozostal sam, oszolomiony i wstrza'sniety niedawnym przezyciem. Zerwal plachte z glowy i rozejrzal sie wokolo. Nikogo w windzie ani przed winda nie bylo. Zjechal wiec na 57 poziom, gdzie tymczasowo mie'scila sie klinika rzadowa.

Poszedl wprost do kliniki i zadzwonil. Po chwili drzwi rozsunely sie, na progu stanela pielegniarka Ellen.

— Jest ojciec?

— Doktor jeszcze nie wr'ocil.

— A gdzie poszedl?

— Nic wiem… Byl tu kto's z dyrekcji policji…

Jim zachwial sie, jakby na plecy spadl mu jaki's ogromny ciezar.

— Z policji… — powt'orzyl.

— Tak.

Bez slowa odwr'ocil sie i nie wiedzac sam po co, podazyl ku windzie.

Blisko godzine wl'oczyl sie bez celu po zatloczonych sprzetem i maszynami korytarzach. Byl tak zdruzgotany i oszolomiony, ze nie zauwazyl nawet Greena, z kt'orym zderzyl sie w waskim przej'sciu na 72 poziom, gdzie obecnie mie'scilo sie studio telewizyjne.

Przysiadl wreszcie na pustej lawce na skwerze Sandersa i trwal nieruchomo, zatopiony w ponurych my'slach.

— A wiec przypuszczasz, ze Summerson kontaktuje sie z kim's? Dlaczego wiec nie zastosujesz ostrzejszych 'srodk'ow izolacji? — Bernard nie ukrywal zdziwienia.

— Widzisz — u'smiechnal sie Mallet — tu nie chodzi o samego Summersona. Podejrzewamy, ze istnieje jaka's organizacja spiskowa. Summerson chyba nie odgrywa tam wiekszej roli. Jednak nici prowadza do czlonk'ow jego rzadu. Wla'sciwie w tej chwili konkretne dane dotycza tylko Kuhna, wykluczone jednak, zeby on dzialal sam.

— Jaki twym zdaniem moze by'c cel tej organizacji? Nie sa chyba tacy naiwni, aby my'sleli, ze uda im sie przywr'oci'c dawny porzadek?

Mallet machnal niezdecydowanie reka.

— To nie takie proste. Dane, kt'ore mamy, nie wskazuja na to, aby pr'obowano organizowa'c jaka's szersza sie'c. Wla'sciwie wiemy tylko tyle, ze Kuhn nadmiernie interesuje sie r'oznymi sprawami technicznymi dotyczacymi budowy Celestii II.

— Co on w tej chwili robi?

— Jest ksiegowym w biurze aprowizacyjnym. Zajecie, ze tak powiem, nie bardzo zwiazane na przyklad z montazem generator'ow transpozycyjnych. Szkic tych wla'snie urzadze'n kupil pono'c Kuhn przedwczoraj za platynowy sygnet od tego pijusa Tomasza Greye, kt'ory pracowal przy kontroli generator'ow.

— Ale na co mu ten szkic? — zdziwil sie Kruk.

— Ja tez chcialbym to wiedzie'c. Ale nie b'oj sie, wkr'otce to wyja'snimy.

— Czy to ma jaki's zwiazek z procesem?

— I tak, i nie. Jedno pewne, ze Kuhn utrzymuje kontakt z Summersonem. Zreszta — u'smiechnal sie nieznacznie — w tej chwili ich lacznikiem jest Bob Korla, kt'ory, oczywi'scie, trzyma reke na pulsie. Zdaje sie, ze jednak co's czuja, bo korespondencja w ostatnim czasie stala sie bardzo ostrozna i zawoalowana. Ale niewatpliwie dzialalno's'c ich idzie w wielu kierunkach. Umieja sie jednak 'swietnie maskowa'c. Wla'sciwie zastanawiamy sie jeszcze z Willem, czy nie odroczy'c procesu, tylko ze — zdaje sie — oni do tego samego daza, wiec byloby to taktycznym bledem. Mallet zasepil sie.

— Czym sie gryziesz? — zapytal Bernard.

— Nie wiem, czy dobrze sie stalo, ze ulegli'smy Willowi i znie'sli'smy kare 'smierci.

— Nie wolno nam stosowa'c tych samych 'srodk'ow, co „sprawiedliwcy”. Czy 'sledztwo zako'nczone? — Bernard zmienil temat.

— Niby tak, ale niekt'ore sprawy gmatwaja sie od nowa. Doktor Bradley zeznal, ze otrzymal od Summersona rozkaz otrucia ciebie, Roche'a i Daisy wtedy, gdy was przywieziono z zewnatrz. Jestem tez przekonany, ze to Summerson zamknal drzwi w 'sluzie. Przeciez nic prostszego, jak pojecha'c winda z archiwum na g'ore do osi. Natomiast w 'sledztwie wypiera sie wszystkiego, gada jak z kazalnicy, wylicza swe „zaslugi”, szeroko rozwodzi sie o reformach, kt'ore jakoby zamierzal wprowadzi'c. Kuhn dostarczyl „dowodu rzeczowego” w formie zapisk'ow, rzekomo powierzonych mu dla opracowania ostatecznego tekstu na tydzie'n przed aresztowaniem Summersona. Oczywi'scie, to robota Kuhna. Czego tam nie ma! Nawet o przyznaniu Murzynom niekt'orych praw obywatelskich. Nie do's'c na tym — dla ciebie wysokie odznaczenie i podwyzka pensji. Ach, 'smiech bierze… My'sli, ze mu to wiele pomoze. Jakby brakowalo dowod'ow…

— Slyszalem — wtracil Bernard — ze zeznania Bradleya sa troche niekonsekwentne. Podobno niekt'ore potem zlagodzil, czy w og'ole odwolal…

— Ot'oz to mialem na my'sli m'owiac o klopotach — zapalil sie Mallet. — Wydaje sie, ze Summerson wzbudza w profesorze paniczny lek. Przy konfrontacjach stary jaka sie jak sztubak. Na przyklad Summerson zapiera sie, ze mial zamiar was otru'c. Twierdzi, ze polecil Bradleyowi da'c wam 'srodek nasenny w trosce o wasz odpoczynek, o szybszy powr'ot do zdrowia. W'owczas Bradley potwierdzil to, tlumaczac swoje zeznanie w ten spos'ob, ze dostal rzeczywi'scie dyspozycje u'spienia, a tylko znajac metody Summersona my'slal, ze to jest wstep do p'o'zniejszego zlikwidowania. Jak przyszlo do podpisywania zezna'n, to swoje rzekome przypuszczenie wykre'slil. Co's sie chyba za tym kryje…

— Czyzby Bradley bal sie Summersona jeszcze teraz?

— Wiemy, ze szantaz byl — a dzi's jest na pewno tym bardziej — ulubiona przez Summersona forma przekonywania ludzi, nie wylaczajac jego najblizszego otoczenia. Je'sli m'ogl po tylu latach wywleka'c murzy'nskie pochodzenie Bradleya i grozi'c mu gettem…

— Co ty m'owisz? — przerwal Bernard. — Przeciez doktor Bradley nie ma nic wsp'olnego z czarnymi.

— Mylisz sie — wyja'snil Mallet. — Archiwum potwierdza zeznania Summersona. Matka Bradleya byla Mulatka. To byl glo'sny skandal…

— Ciekawe… — pokrecil glowa Bernard. — No, to teraz wyobrazam sobie, jak Summerson — majac taki argument — na nim sobie uzywal.

Do gabinetu weszla Stella. Pewnym siebie krokiem podeszla do siedzacych i zapytala troche ostro:

— Czy nie przeszkadzam panom?

— Bardzo sie ciesze — powital ja Bernard, cho'c odczul niepok'oj.

Mallet spojrzal na dziewczyne niechetnie i wstal. Nie lubil Stelli pomimo jej czynnego udzialu w przygotowaniach do przewrotu. Nie m'ogl zapomnie'c, ze jest c'orka Summersona, do kt'orego zywil nieprzeparta nienawi's'c.

— Gdyby zaszlo co's waznego — zadzwonie albo przyjde. Bede w dyrekcji.

Dziewczyna zajela fotel opr'ozniony przez Malleta i spokojnym wzrokiem wpatrywala sie w Bernarda. Usiadl na poreczy jej fotela i pochylil sie nieco do przodu, by spojrze'c jej w oczy.

— No i co? — zagadnal. — Tak bardzo sie ciesze, ze przyszla's… — urwal niepewnie. Zapatrzyla sie przed siebie. Czyzby odczuwala lek przed podjeciem ostatecznego kroku?

Ze wzrokiem uczepionym jakiego's nieokre'slonego punktu na r'ownomiernie o'swietlonej 'scianie, rzucila szybko, jakby w obawie przed przeciagajacym sie milczeniem:

— Przyszlam po to, aby ci powiedzie'c, ze lece do Alfa Centauri. Tak sobie postanowilam. Bernard byl zaskoczony kategorycznym tonem dziewczyny. Poczatkowo nie znajdowal odpowiedzi. Odradza'c? Prosi'c, zeby zmienila decyzje?

— Czy zaloga Astrobolidu juz zgodzila sie na to? — zapytal wreszcie.

— Tak — sklamala bez zajaknienia. — Wik koniecznie chce mnie zabra'c.

Bernard byl niemal pewny, ze jest inaczej. Przeciez Sokolski namawial go do malze'nstwa ze Stella. Pamietal tez odmowna odpowied'z Krawczyka na weselu Daisy i Deana. Ale rozumial pobudki dziewczyny. „Tak jej kaze duma Summerson'ow” — pomy'slal. W tej chwili uprzytomnil sobie, ze rozumie ja tylko dlatego, iz ma gleboko wyryta w pamieci rozmowe z Summersonem po powrocie z wyprawy na plaszcz Celestii.

— To znaczy, ze pojedziemy razem? — podstepnie zapytal wiedzac, iz nieoczekiwana zachcianka dziewczyny kieruje kapry'sny afekt do Sokolskiego.

— Nie wiem — odparla z udanym zatroskaniem. — Dla nich kazdy czlowiek wiecej, to wielkie zagadnienie…

Spojrzawszy w twarz Kruka urwala w p'ol zdania. Drwiacy u'smieszek czail sie wok'ol jego warg.

— Czy sadzisz, ze Wik nie ozeni sie ze mna, jezeli ja zechce? — wybuchnela nagle. Bernardowi wydalo sie, ze slyszy glos Summersona z jego taktyka zaskakiwania przeciwnika w dyskusji.

— Nie my'slalem o tym — pohamowal zlo's'c. — Sadzilem dotad, ze jeste's moja narzeczona. Wierzylem ci. Wierzylem, ze polecimy razem na odzyskana, piekna Ziemie i bedziemy sie bardzo kochali. To wszystko, co mi m'owisz, jest takie dziwne…

— A wiec nie chcesz lecie'c do Alfa Centauri? — zapytala juz spokojnie. — Tym lepiej…

— Chce lecie'c z toba, ale na Ziemie! — powiedzial kategorycznie.

— Wiec polecisz sam! — uciela.

Gwaltownym ruchem uwolnila sie spod jego ramienia i wybiegla z pokoju.

Sokolski przygladal sie Stelli z zaciekawieniem. Dlaczego tak obcesowo zazadala rozmowy, zanim po przylocie na Celestie zdazyl zamieni'c z kimkolwiek pare zda'n? Byl przygotowany na to, ze Stella chce wyjawi'c mu jaka's tajemnice. Znal dobrze role, jaka odegrala c'orka eksprezydenta pomagajac Krukowi w przelomowych chwilach Celestii. Wiedzial takze, ile przer'oznych nici laczy ja z tamtym, doliodowym 'swiatkiem.

Teraz spostrzegl w wygladzie dziewczyny szczeg'olnie duzo dziwacznych cech. Oczy jej plonely sztucznym blaskiem. Pasowe wargi o nienaturalnym, szerokim wykroju, fantazyjne kreski nad wygolonymi brwiami i przyklejone do powiek dwie czarne fredzle rzes, na'sladujace skrzydla jakiego's egzotycznego motyla — wywieraly na Wiktorze nieprzyjemne wrazenie dziwacznej charakteryzacji.

Pr'ocz tego zauwazyl co's wyzywajacego w twarzy i ruchach Stelli. Spojrzal na nia badawczo, troche zdziwiony. Od czasu, gdy ja poznal, a nawet polubil, jeszcze jej nigdy takiej nie widzial.

— Chce pana prosi'c… prosi'c ciebie — poprawila sie Stella — zeby's zabral mnie na Astrobolid. Zgoda?

Sokolski przystal chetnie. Byl troche zdziwiony.

— Kiedy? — dopominala sie natarczywie dziewczyna.

— Wracam za cztery godziny — odparl przygladajac sie jej uwaznie. — Musze uzgodni'c pewne szczeg'oly techniczne z Bernardem i z Jimem. Nazbieralo sie troche spraw, zwiazanych z drugim etapem budowy Celestii II. Dzi's razem ze mna wracaja na Astrobolid r'owniez Andrzej, Kora, Jaroslaw, Wladek, Igor i Suzy. Juz za dwa miesiace bedziemy sie mogli pozegna'c.

— Wtedy polecimy ku Alfa Centauri — rzucila niespodziewanie Stella. — I zostawimy poza soba te wiecznie wybuchajace w'sr'od Celestian niezgody. To bedzie pieknie… Cieszysz sie?

Obdarzyla go wymownym, najczulszym z u'smiech'ow.

Sokolski w lot ogarnal sytuacje. A wiec Stella przyjela jego zaproszenie jako zgode na zabranie jej w odkrywcza wyprawe miedzygwiezdna. A przynajmniej chciala sprowokowa'c taka zgode. Uczul konieczno's'c prostego i uczciwego wyja'snienia nieporozumienia.

— Stello! — zaczal lagodnie. — Ja inaczej zrozumialem twoja pro'sbe. My'slalem, ze chcesz tylko teraz, na kilka dni, przylecie'c do nas. Bo my nie mozemy zabra'c cie ze soba. Musze powiedzie'c…

— Sluchaj! — przerwala mu. — Dlaczego m'owisz: „My nie mozemy?” Ja rozumiem, ze wam, wyprawie uczonych, nie jestem potrzebna jako jeszcze jeden czlonek zalogi. A tobie? M'owze od siebie! Gdyby's tak powiedzial swoim: „Ja chce ja zabra'c!” Sprzeciwiliby sie czy nie? No powiedz! Nie wykrecaj sie od odpowiedzi.

Wiktor poczul sie niemile dotkniety.

— Dlaczego mnie obrazasz, Stello? Ani ja, ani nikt z ludzi, w'sr'od kt'orych wzroslem i wychowalem sie, nie odpowiedzial nigdy nikomu w spos'ob wykretny. Takie postepowanie uwazamy za uwlaczajace godno'sci czlowieka. Jak mozesz podejrzewa'c — lekko podni'osl glos — ze moja odpowied'z nie bedzie prosta i szczera? Oczywi'scie, ze m'oglbym postawi'c sprawe tak, jak mi sugerujesz. Ale na jakiej podstawie ja osobi'scie mialbym zada'c od koleg'ow zabrania ciebie? W jakim charakterze polecialaby's ze mna?

— Jako twoja zona! — wypalila Stella, patrzac mu w oczy wzrokiem pelnym oczekiwania. Odpowied'z taka zupelnie zaskoczyla Wiktora. Chociaz w ostatnim czasie wyczuwal, iz

Stella darzy go czym's wiecej niz uczuciem przyja'zni, lecz nie spodziewal sie, by sprawy zaszly az tak daleko. Przeciez to absurd! Skad zrodzila sie w tej dziewczynie taka niedorzeczna my'sl?

Odruchowo por'ownal Stelle z Rita. Jakiz kontrast umyslowy, nie m'owiac juz o tym, ze „piekna Stella” uznana bylaby na Ziemi co najwyzej za „efektowna”.

Rita… Czul, ze kazdy dzie'n wsp'olnej drogi do Alfa Centauri zbliza go coraz bardziej do dziewczyny, kt'ora poznal dopiero w dniu odlotu Astrobolidu. Na rozmowe z Rita o malze'nstwie bylo jeszcze za wcze'snie, ale nie watpil, ze jest to zupelnie mozliwe.

Ilekro'c rozmawial ze Stella, nie m'ogl oprze'c sie wrazeniu, ze ma przed soba istote o lacznych cechach dziecka i lalki. Dzieciecy spos'ob ujmowania zycia, wasko's'c horyzontu my'slowego, prymitywno's'c odruch'ow i latwo's'c ulegania sugestiom — a jednocze'snie nieustanna poza, zapatrzenie w siebie, sklonno's'c do gry na efekt.

Ostatnie zdanie Stelli bylo jeszcze jednym potwierdzeniem tych obserwacji.

Nie chcac sprawi'c dziewczynie przykro'sci powstrzymywal sie od 'smiechu, jaki budzila w nim paradoksalna propozycja.

Dluzsza chwile ciszy przerwal zn'ow glos Stelli:

— A widzisz, ze ja takze potrafie m'owi'c bez oslonek to, co my'sle i czuje. Nie bedziemy sobie nigdy klamali. Nigdy!

— Niestety — odrzekl Sokolski. — Wybacz i nie gniewaj sie. Ja sie z toba nie moge ozeni'c!

— Ale dlaczego?! — zawolala Stella nie dajac za wygrana. — Pewnie powiesz, ze twoi przyjaciele zabroniliby ci takiego zwiazku. Gdyby's czul w sobie 'smialo's'c podjecia walki o mnie, to…

Zabraklo jej sl'ow.

— To co? — u'smiechnal sie odzyskujac calkowicie panowanie nad soba po kr'otkotrwalym zaklopotaniu. — Dlaczeg'oz przyjaciele mieliby wzbrania'c mi malze'nstwa z toba? Wprost przeciwnie: bawiliby sie pysznie na naszym weselu.

Powieki Stelli raz po raz mrugaly nerwowo.

— A wiec? Teraz w og'ole nie rozumiem…

— Czy wyobrazasz sobie — zapytal Wiktor spokojnie — ze marzeniem kazdego bez wyjatku mezczyzny jest malze'nstwo z toba?

— Chyba tak — potwierdzila skwapliwie, z rozbrajajaca szczero'scia. — A w kazdym razie marzeniem kazdego, kto urodzil sie w Celestii — sprostowala po kr'otkim namy'sle. — Powiedz mi, Wik — ciagnela — czy w twojej ojczy'znie zyja kobiety piekniejsze ode mnie?

Sokolski przyjrzal sie jej bacznie. Jak pelna 'swiezo'sci i wdzieku bylaby ta twarz, gdyby usuna'c z niej cala te maske.

— Widzisz, Stello, na Ziemi kobiety sa nie tylko ladne, ale umieja madrze oceni'c sama istote piekna. Pokaze ci pewna fotografie.

To m'owiac wyjal z kieszonki w bluzie niewielkie tr'ojwymiarowe zdjecie kobiety o mlodzie'nczo gladkiej cerze, duzych, ciemnoniebieskich oczach i regularnych rysach twarzy okolonej zlocistymi puklami falistych, przystrzyzonych wlos'ow.

Stella zaniepokoila sie. Czyzby to byla milo's'c Wiktora? Ale pomy'slala, ze nawet je'sli tak jest, ta kobieta nie stanowi bezpo'sredniego niebezpiecze'nstwa dla niej. Byla pewna, ze nie ma jej w Astrobolidzie. A wiec Wiktor musial ja zostawi'c na Ziemi. „Do zobaczenia za trzysta lat!” — za'smial sie w niej wewnetrzny glos zazdro'sci.

— Juz chyba nigdy nie zobacze jej 1 bliska… — rzucil Sokolski cicho, raczej do siebie.

— Czy bardzo kochasz te kobiete? — zapytala Stella szybko i oschle. Wiktor wyczul w tonie jej glosu odcie'n szyderstwa, kt'ore uderzylo go niemile.

— O tak! Bardzo — wyznal u'smiechajac sie serdecznie, jak gdyby chcial ten u'smiech posla'c daleko, poza dwadzie'scia pie'c dni biegu 'swiatla w mro'znej i ciemnej pustce, i ukaza'c tym wesolym oczom, w kt'orych zamieszkal blask slo'nca.

— Kim ona jest? — Stella chciala wiedzie'c wszystko o tej kobiecie, kt'ora zdazyla znienawidzi'c za to, ze jest r'ownie mloda jak ona i chyba tak samo piekna. O kobiecie, kt'ora Wiktor kocha…

— To moja matka — odparl z prostota.

— Matka? Stella zupelnie sie tego nie spodziewala. Teraz, gdy pierzchla zazdro's'c o rywalke, postanowila zjedna'c sobie Sokolskiego jakim's cieplejszym odezwaniem sie, wyrazeniem zainteresowania jego sprawami.

— Twoja matka byla kiedy's rzeczywi'scie bardzo ladna — powiedziala kurtuazyjnie, cho'c wyobrazala sobie ja jako na wp'ol lysa, przygarbiona staruszke z szyja znieksztalcona pekatym wolem. Kobiety w Celestii wiedly bowiem bardzo wcze'snie.

Wiktor roze'smial sie.

— Alez to zdjecie sprzed niespelna miesiaca!

— Ja… juz nic nie rozumiem — wyjakala Stella z ogromnym zdziwieniem. Drzwi rozsunely sie gwaltownie. Do pokoju wszedl Horsedealer.

— No, mam cie wreszcie! — rzucil od progu. — Gdzie ty sie podziewasz? Musze sie z toba naradzi'c w pewnej bardzo istotnej… — urwal zauwazywszy Stelle.

— Prosze cie, siadaj — zawolal z u'smiechem Sokolski.

— Nie bede wam przeszkadzal — odrzekl po'spiesznie filozof. — Zajd'z do mnie p'o'zniej.

— Oczywi'scie, wpadne do ciebie — odrzekl Wiktor. Spostrzegl, ze w oczach Stelli maluje sie niepok'oj i nie chcial, aby rozpoczeta rozmowa o tak waznym dla dziewczyny znaczeniu zawisla w pr'ozni.

Horsedealer juz mial wychodzi'c, lecz zauwazyl lezaca na stoliku fotografie.

— Kto to? — zaciekawil sie.

— To matka Wika — po'spieszyla z odpowiedzia Stella w obawie, aby wizyta nie przedluzala sie.

— Wla'snie, Stella nie moze sie nadziwi'c, ze wyglada tak mlodo — dorzucil z u'smiechem Wiktor.

— Wiec ona teraz tak wyglada? — zdziwil sie Horsedealer.

— Po prostu sfotografowalem ja podczas telewizyjnego spotkania. W ten spos'ob widujemy sie bardzo czesto. Oczywi'scie nie ma mowy o zwyklej rozmowie, bo dzieli nas ponad dwadzie'scia pie'c dni biegu 'swiatla.

— Ale twoja matka wyglada tu najwyzej na dwadzie'scia lat! — przerwala Stella. — Wiec to teraz…

— Tak wygladala 27 dni temu — u'sci'slil Sokolski. — Pie'cdziesiat sze's'c lat to dla kobiety pelnia rozkwitu! Na przyklad zawieranie malze'nstwa przez kobiete osiemdziesiecioletnia jest na Ziemi zjawiskiem, kt'ore nikogo nie dziwi.

Stella oslupiala.

— To brzmi jak bajka. Nigdy nie widzialam nikogo, kto by dozyl tak sedziwego wieku. A gdyby nawet, to bylby bezzebnym, gluchym czy 'slepym cieniem czlowieka. A poza tym nie rozumiem sensu tego, aby wychodzi'c za maz majac osiemdziesiat lat. Przeciez kobieta wstepujac w zwiazek malze'nski chce sie mezowi podoba'c, swoim urokiem przywiaza'c go do siebie, mie'c dzieci i jeszcze m'oc je wychowa'c. Do tego wszystkiego jest przeciez konieczna cho'cby wzgledna mlodo's'c.

— Tak. Masz racje. Ale, jak wiesz, nasza wiedza medyczna, w por'ownaniu z okresem, kiedy wasi przodkowie odlecieli na Celestie, przedluzyla przecietna dlugo's'c wieku czlowieka dwukrotnie. A co najwazniejsze — jeste'smy na drodze do tego, aby prawie utozsamia'c pojecie zycia z pojeciem mlodo'sci. Juz obecnie udalo sie usuna'c szereg charakterystycznych symptom'ow staro'sci. Czlowiek stupie'cdziesiecioletni dysponuje mniej wiecej takim samym zasobem sil fizycznych i bystro'scia wladz umyslowych, jak pie'c wiek'ow temu czlowiek pie'cdziesiecioletni. Moze juz niezadlugo okre'slenie „starzec” zatraci zupelnie dawne cechy slabo'sci i niedolestwa.

— W takim razie wytlumacz mi jedna rzecz — zagadnela Stella, kt'ora coraz bardziej pasjonowalo opowiadanie Sokolskiego. — Jezeli, jak m'owisz, ludzie na Ziemi prawie sie nie starzeja, to dlaczego taki stupie'cdziesiecioletni „mlodzieniec” ma umiera'c?

— Widzisz, walka nauki o przedluzenie zycia jest to najtrudniejszy z problem'ow, jaki uczeni maja do rozwiazania. Proces starzenia sie organizmu jest czym's tak nieslychanie skomplikowanym, ze samo wyliczenie wchodzacych tu w gre czynnik'ow zajeloby sporo czasu. Upraszczajac mozna by go wytlumaczy'c w ten spos'ob, ze chociaz prawic wszystkie kom'orki w naszym ciele podlegaja regeneracji, jednak w miare uplywu lat i gromadzenia sie pewnych substancji w organizmie, proces odradzania sie kom'orek poczyna coraz bardziej nie nadaza'c za procesem ich zaniku, rozpadu czy zwapnienia. Wreszcie przychodzi chwila, gdy proces obumierania kom'orek tak bardzo przewyzsza proces regeneracji w niekt'orych waznych dla zycia organach, ze moze doj's'c do katastrofalnych zaburze'n, kt'ore z kolei powoduja nieodwracalne juz zmiany w innych.waznych organach. Gdy zmian tych jest zbyt wiele, tak iz nawet bardzo precyzyjne automaty lecznicze nie potrafia wszystkich opanowa'c — nastepuje 'smier'c. Jest to jednak raczej, je'sli mozna tak powiedzie'c, starzenie sie wewnetrzne. Cechy starcze wystepuja wla'sciwie dopiero w ostatnich latach zycia i sa zapowiedzia bliskiej 'smierci. Walka o przedluzenie zycia zmierza obecnie przede wszystkim do opanowania procesu odmladzania calego organizmu, do przy'spieszenia regeneracji wszystkich kom'orek i skutecznego, szybkiego usuwania szkodliwych substancji. Zadzwonil telefon. Wiktor podni'osl sluchawke.

— Tak. Prezydent Horsedealer jest tutaj… Tak. Zaraz mu powiem. Sokolski odlozyl sluchawke i zwr'ocil sie do filozofa:

— Will! Mallet chce ci co's waznego zakomunikowa'c. Czeka w twoim gabinecie. Filozof podni'osl sie szybko z fotela.

— No, to musze juz i's'c. Szkoda! To, co m'owisz, ogromnie mnie interesuje. Chcialbym koniecznie porozmawia'c na ten temat z toba szerzej. Nie zapomnij wpa's'c do mnie i to jak najpredzej!

Gdy Horsedealer wyszedl, Sokolski przez chwile patrzyl w zamy'sleniu na Stelle, wreszcie rozpoczal wolno:

— Odbiegli'smy daleko od twego pytania, czy na Ziemi zyja kobiety piekniejsze od ciebie. Odpowied'z na to pytanie bedzie zalezna od tego, czy zapytany wychowal sie na Ziemi, czy w Celestii. Kazda epoka tworzy ideal piekna odpowiadajacy wylacznie jej samej. Nie ma jakich's nieziemskich, absolutnych kryteri'ow piekna. Dam tu przyklad nieco absurdalny: je'sli na Ziemi ludzie rodziliby sie bez nos'ow, a na Celestii z nosami, to czy ktokolwiek z Celestian uznalby za pieknego takiego czlowieka z Ziemi? I przeciwnie, gdyby'smy my, Ziemianie, przyzwyczaili sie do ludzi beznosych, dziwaczna i brzydka wydawalaby sie nam twarz najpiekniejszej Celestianki. Jak juz z pewno'scia zauwazyla's, wyglad przecietnej kobiety z Celestii r'ozni sie znacznie od wygladu Rity czy Suzy.

— Tak, one nie sa moze brzydkie, ale chyba przyznasz, ze niezgrabne. Jakie's… Jakby meskie. Za to mezczy'zni…

— Na Ziemi uchodza one i za ladne, i za zgrabne…

— Wiec pewno ja ci sie nie podobam? — zapytala zaczepnie.

— Widzisz… Sam wyglad zewnetrzny nie decyduje jeszcze o tym, ze kto's sie moze podoba'c lub nie podoba'c.

— Wiec ja…

— Pozw'ol mi sko'nczy'c — przerwal jej lagodnie. — Ogromne znaczenie maja tu r'owniez wsp'olne dazenia, zainteresowania, zblizony poziom wiedzy i spos'ob patrzenia na 'swiat… Nie wiem, czy mnie zrozumiala's?

— Zrozumialam — odpowiedziala cicho Stella i w oczach jej zaszklily sie lzy. Zapanowalo klopotliwe milczenie.

Dziewczyna podniosla sie z fotela ze wzrokiem utkwionym w podlodze. Czula, ze za chwile wybuchnie placzem.

Sokolski zblizyl sie do Stelli i pogladzil ja po wlosach.

— Szybko zapomnisz o tym. Poznasz Ziemie, poznasz innych ludzi.

— Tak — potwierdzila cicho. — Wiem… — zaczela przez lzy. — Ale ja o tobie nie zapomne. Zreszta… ja nie moge zosta'c w Celestii! Nie moge!

— Dlaczego?

— Bo… Bo nie moge! Naprawde nie moge! Zabierzcie mnie z Celestii! Niech Kora mnie u'spi cho'cby na cale trzysta lat! Lepiej nie widzie'c nikogo, byle nie by'c w Celestii.

— Dlaczego tak znienawidzila's Celestie? — zdziwil sie Wiktor.

— Nie. Nie o to chodzi…

— A o co? — indagowal zaciekawiony. Zastanawialo go, czy Stella szuka nowego pretekstu, aby lecie'c z nim ku Alfie Centauri, czy tez kryje sie za tym jaki's glebszy pow'od.

— Nie. Nie pytaj. Ja… nie moge ci tego powiedzie'c… W oczach dziewczyny pojawil sie lek.

— Czy wciaz jeszcze my'slisz o mnie? — chcial za wszelka cene dowiedzie'c sie, czy jego podejrzenia sa sluszne.

Spojrzala na niego z wyrzutem.

— Nie. Ja wiem, ze ty nie m'oglby's mnie kocha'c — w glosie jej d'zwieczala szczero's'c. Nie mial juz watpliwo'sci.

— Powiedz, kogo sie obawiasz?

— Kogo? Ja nic nie powiedzialam… Ja nie m'owilam…

— Czego o n i chca od ciebie? — zapytal Wiktor ostro.

Oslupienie pomieszane ze strachem malowalo sie na twarzy dziewczyny. Usta jej drgaly nerwowo.

— Oni… Oni… Skad wiesz?… Oni mnie zabija! Siegnal po sluchawke. Szybko nakrecil numer.

— Ber?… Tu Wiktor. Chciale's dzwoni'c… Slucham… Uszkodzenie?… Popro's Rite, niech poleci i naprawi. A teraz sluchaj! Przyjd'z tu natychmiast. Czekam.

Stella opu'scila glowe z rezygnacja. Moze wla'snie tak trzeba. On wie lepiej…

Jim Bradley rzucil wzrokiem na zegarek i zadrzal.

— Godzina pietnasta! Wiec to juz za dwie godziny… — wyszeptal spogladajac ze zgroza na dluga skrzynke dostarczona mu wczoraj przez spiskowc'ow.

Czul, ze braknie mu sil do wykonania potwornego zlecenia, a jednocze'snie nie mial do's'c odwagi, aby twardo przeciwstawi'c sie woli spiskowc'ow. Zeby jeszcze nie ojciec!

George Bradley wcze'snie stracil zone i sam wychowywal swoich syn'ow, uczac ich patrze'c na 'swiat otwartymi oczyma i ceni'c warto's'c tego, co klika rzadzaca Celestia przywykla nazywa'c z przekasem „brakiem realizmu”. Dla nich zyl, dla nich pracowal. W 'swietle jego slawy wyro'sli na porzadnych ludzi, zdobyli fach i pracowali uczciwie, wpatrzeni w przygarbiona przez wiek posta'c ojca, kt'ory dzielil sie z nimi kazdym swoim sukcesem i cieszyl jak dziecko kazda ich rado'scia.

Dla Jima wiadomo's'c o zbrodni popelnionej przez ojca bardzo dawno temu, kiedy jego nie bylo jeszcze na 'swiecie, stanowila najciezsze przezycie, jakiego do'swiadczyl. Poczatkowo nie wierzyl i staral sie jak najdluzej podtrzymywa'c w sobie to przekonanie. Wreszcie pod naciskiem fakt'ow musial ulec. — A wiec to ojciec otrul Rosenthala! Ten ukochany, najbardziej godny szacunku ze wszystkich ludzi ojciec?

Dlaczego on to zrobil? No tak… Summerson kazal… Ale przeciez… chyba nie m'ogl go zmusi'c? Co by bylo, gdyby ojciec odm'owil?

„A co bedzie, je'sli ja odm'owie?” — odpowiedzial sam sobie.

Pr'obowal por'ownywa'c te dwie sytuacje, ale wydawalo mu sie to sztuczne. On chce broni'c ojca? Bo ojciec… kiedy's… otrul czlowieka. Gdyby nie otrul, jego syn nie tytko rzucilby ukrytym za 'sciana spiskowcom, jak to zrobil na poczatku: „Nie spowoduje eksplozji!”, lecz sprowadzilby na nich Malleta. A kto wtedy grozil ojcu? Naturalnie Summerson. Ale czym? Czym zdolal szantazowa'c tego nieskazitelnego czlowieka?

Mlody czlowiek czul pod'swiadomie, ze jego ojciec m'ogl dopu'sci'c sie nikczemnego czynu tylko pod jaka's okropna, niewyobrazalnie podla presja. A jednak cie'n zbrodni padl w jego oczach na u'smiechajaca sie dobrodusznie twarz ojca. Ile razy spotykal go po tej fatalnej godzinie, czul gwaltowna che'c zapytania: „Powiedz, jak to bylo? Powiedz, ze to nieprawda”.

Jim pochylil sie nad stolem, ukryl twarz w dloniach.

Nagle uczul pocalunek na wlosach. Jeszcze zanim podni'osl glowe, poznal ojca.

Doktor Bradley przypatrywal sie synowi przenikliwie. Wyraz oczu Jima, z kt'orych wyczytal, ze przezywa on co's bardzo gleboko, zaniepokoil go.

— Jeste's przepracowany… — zaczal z troska. — Zasluzyle's na chociaz parodniowy wypoczynek. Ja to moge zalatwi'c z Krukiem.

Jim spojrzal czule na ojca.

— Dziekuje ci. Jeste's dobry, jak zawsze. Wiem, ze Kruk by ci nie odm'owil. I mnie takze lubi. Ale nie! Ja nie chce wypoczywa'c.

— Dzielny chlopak z ciebie, moje dziecko — powiedzial profesor z rodzicielska duma. — Ale musisz dba'c takze o swoje zdrowie.

To m'owiac leciutko ujal dlo'n syna w przegubie. Nier'owny puls zaniepokoil lekarza.

— M'oj chlopcze, ty co's przezywasz — powiedzial lagodnie. — Ojcu mozesz wszystko wyzna'c, bedzie ci lzej na sercu. A moze rzeczywi'scie jeste's przepracowany? No, m'ow.

— Kiedy to nie to! — wyrwalo sie Jimowi.

— A wiec co? — nalegal starzec.

Mlody czlowiek uczul gorycz 'swiadomo'sci, ze musi ojca oklama'c, i to zaraz, za kr'otka chwile. I co najgorsze, ojciec niechybnie pozna sie na klam1'wie.

— Nie mozesz mi powiedzie'c? — zasmucil sie George Bradley.

— Niestety, nie — mlody konstruktor zdobyl sie na odwage, by powiedzie'c chociaz taka prawde.

— Jim… Jim… — powtarzal lekarz tonem wym'owki. — Wiesz, jak bardzo cie kocham… A dopiero w tej chwili pierwszy raz naprawde boje sie o ciebie. Bo przeciez wiesz, ze nigdy nie chcialem ci by'c przeszkoda w zadnych planach zyciowych. Wiec teraz drze, ze to co's, czego mi nie chcesz wyjawi'c, to jaka's ha'nba. Ze po prostu wstydzisz sie przede mna. A to tez niesluszne. Znam zycie i na wlasnej sk'orze poznalem, ile zasadzek stawia ono przed czlowiekiem, a takim jak ty w szczeg'olno'sci. Im czlowiek jest uczciwszy, z tym wieksza furia naciera na niego wszelkie paskudztwo. Wiedz, ze podlo's'c nienawidzi uczciwo'sci tak samo, jak ty pogardzasz nikczemnymi czynami. Jest to prawo kontrastu.

Umilkl.

Jim oddychal ciezko.

— Wiec powiedz — podjal po chwili ojciec. — Ja cie nie potepie. Tylko doradze, jak gdybym radzil sobie.

Jim spojrzal nerwowo na zegarek.

— Spieszysz sie? — zapytal profesor.

— Jeszcze nie. Za p'oltorej godziny lece na Celestie II.

— No to mamy czas.

W oczach Jima widnial lek. Ojciec ujal go mocno za ramiona.

— Co tobie? Nigdy cie nie widzialem w takim stanie. Co robisz za p'oltorej godziny?

— Za p'oltorej godziny… Wtedy… uwazaj, ze tw'oj syn umarl, ze go nie masz, ze's go nigdy nie mial… I zyj spokojnie. Ja tego chce…

Doktor dotknal czola chlopca. Bylo rozpalone.

— Masz goraczke. Zabieram cie do domu i polozysz sie do l'ozka. Jeste's chory

— Nie! To wykluczone! Mam co's bardzo waznego…

— Przeciez majaczyle's przed chwila.

— Alez nie! Tylko… ja cie bardzo kocham i… dlatego nie pytaj o nic!

— Sluchaj, Jim. Rozkazuje ci jako ojciec, aby's mi odpowiedzial na pytanie: kto cie szantazuje?

Chlopak zamy'slil sie.

— A je'sli nawet, to… Co ty zrobisz przeciwko nim?

— Nie obawiaj sie! — odparl profesor z blyskiem gniewu w oczach. — Nie obawiaj sie! -powt'orzyl. — Zdepcze! Zniszcze! Zmiazdze! Zastrzele jak w'scieklego psa! Jego czy ich! To mi obojetne. Sam zastrzele, potem oddam sie w rece sadu! Ach, Jim, zeby's ty wiedzial, jak ja strasznie nienawidze szantazyst'ow! Powiesz wszystko! Tak trzeba.

— Kiedy… ja musialbym poruszy'c takie sprawy, o kt'orych nie powiniene's w og'ole slysze'c.

— M'ow, bo ja nie ustapie — nacieral profesor. Jim odwr'ocil glowe, by nie patrze'c ojcu w oczy.

— Ty otrule's Rosenthala? Cisza.

Dopiero po dluzszej chwili George Bradley odezwal sie cichym, zmienionym glosem.

— Nie lekaj sie patrze'c na mnie. Zycie nie oszczedzilo mi nawet tego, ze ty wiesz… Tak bardzo sie balem tej chwili… Ale trudno. Nie my'sle ukrywa'c. To prawda.

Stal na 'srodku pokoju ze wzrokiem utkwionym w podlodze. Siwa glowa pochylala sie nizej… nizej…

Naraz wyprostowal sie.

— Tyle lat… Tyle lat… Bylem slaby… Sil nie starczylo… Za cene ludzkiego zycia… Podszedl do syna.

— Czego oni zadali od ciebie? — rzekl twardym, rozkazujacym tonem. Jim spojrzal zalzawionym wzrokiem na ojca:

— Mam wysadzi'c Celestie II. Zeby'smy nie mogli wr'oci'c… M'owili… ze je'sli nie zrobie tego, co mi kaza, to… To wydadza ciebie! — wyrzucil z determinacja.

Doktor Bradley uni'osl wysoko glowe. Z wyrazem zacieto'sci w oczach powiedzial patrzac prosto w twarz syna:

— To niewazne! Niewazne, co oni ci m'owili, czym grozili. Zaden Bradley juz nie popelni dla nich zbrodni! Chod'zmy!

Ujal syna za ramie.

— Chod'zmy! — powt'orzyl. — Dlug trzeba splaci'c! Cho'cby p'o'zno…

P'oltorej godziny p'o'zniej Jim Bradley zjawil sie zn'ow w swojej pracowni. Wzial dluga paczke pod pache i szybkim krokiem ruszyl ku windzie.

Ostatni z rodu Green'ow

Green spojrzal na zegarek. Dochodzila siedemnasta.

— A wiec juz za p'ol godziny wlacza…

Poczal bebni'c palcami po rekoje'sci elektrytu ukrytego pod bluza na piersiach. Przed chwila zaplonal reflektor na plycie startowej Celestii — znak, ze Jim wykonal powierzone zadanie.

Green do ostatniej chwili nie byl pewny, czy mlody Bradley ulegnie. A jednak Jim zdecydowal sie.

Czekal na te chwile od wielu, wielu miesiecy…

— James! Juz czas! — powiedzial do smuklego pilota pochylonego nad pulpitem kierowniczym. — Wlacz autosterowanie i nadaj sygnal wywolawczy. Wszystko powinno odbywa'c sie tak, jak zwykle. Nie wolno wzbudzi'c ich podejrze'n.

Rakieta zblizala sie wolno do jasno o'swietlonej 'sluzy Astrobolidu.

Greeri patrzyl kr'otka chwile w 'swiatlo, potem odwr'ocil sie ku pieciu mlodym ludziom oczekujacym rozkaz'ow. Byli to ro'sli, zgrabni, specjalnie dobrani chlopcy, z kt'orych najstarszy liczyl najwyzej dwadzie'scia pare lat.

— Pamietajcie! — powtarzal Green ostatnie instrukcje. — Wszystko zalezy od waszej zimnej krwi. Zadnym ruchem nie wolno zdradzi'c, jaki jest cel naszej wizyty. Az do chwili, gdy dam znak, jeste'smy po prostu go's'cmi. W czasie „eksmisji” nie wolno dopu'sci'c do zadnych star'c, nawet do zamieszania. Broni uzywamy tylko na postrach. Wszelki przelew krwi bylby nie tylko szkodliwy, ale moze r'owniez tragiczny w skutkach. James zostaje w rakiecie i po naszym odej'sciu w glab statku zawiadomi Lucy Dalton, aby przygotowala sie do wprowadzenia rakiety z dziewczetami. Natomiast po „eksmisji” kazdy zajmuje wyznaczone stanowisko i odlatujemy z pelna moca silnika, gdyz kazda minuta bedzie tu znaczyla bardzo wiele.

Tymczasem rakieta zostala juz pochwycona przez wielkie „lapy” i przesunieta w glab tunelu zamknietego polami odpychajacymi.

— Ci'snienie? — zapytal Green pilota.

— Juz normalne — odparl James patrzac na manometr.

— Otw'orz klape! — rozkazal Green wstajac z fotela.

Wyladowano juz z rakiety pie'c poka'znych skrzy'n, gdy w drzwiach prowadzacych do wnetrza statku ukazal sie inzynier gospodarczy miedzygwiezdnej wyprawy, Rene Petiot.

— Ach, Ike! — zawolal spostrzeglszy bylego wydawce. — Witamy! Witamy! A c'oz to za paki?

— Przywie'zli'smy prezenty dla was od naszej Partii Powrotu. Niestety, prezydent Horsedealer nie m'ogl osobi'scie przylecie'c. Sprawy pa'nstwowe…

— Nic o tym nie wiedzieli'smy, ze przylatujecie. Za godzine wraca Andrzej, Kora i pewnie jeszcze inni czlonkowie naszej zalogi.

— Wla'snie to ma by'c dla nich niespodzianka — za'smial sie Green.

— Prosimy do sali klubowej. Zaraz zawolam Mary, Mei, Ingrid i Zoje.

— Wla'snie chcieli'smy pana o to prosi'c. Pragniemy przekaza'c prezenty wszystkim obecnym na statku uczestnikom waszej ekspedycji. R'owniez i dzieciom…

Wkr'otce wok'ol skrzy'n przewiezionych winda do sali klubowej zgromadzili sie mieszka'ncy Astrobolidu serdecznie witajac go'sci.

Mlodzi ludzie zajeli sie otwieraniem skrzy'n. Byly tam stare, kunsztownie tkane makaty i gobeliny, ozdobne wazy i pieknie rze'zbione puchary, szkatuly i puzderka pelne klejnot'ow, z kt'orych wiele z pewno'scia bylo niegdy's wlasno'scia legendarnych „60 sprawiedliwych”.

Green zdawal sie jednak nie slysze'c sl'ow zachwytu, jakie padaly z ust gospodarzy, spogladajac raz po raz na drzwi windy.

— Dlaczego nie przyszla panna Rita? — zwr'ocil sie do Mary. — Czy az tak bardzo zajeta, ze…

— Rity nie ma w Astrobolidzie.

— Nie ma?

Green wyra'znie pobladl.

— Nie ma jej w Astrobolidzie? — powt'orzyl.

— Poleciala dwie godziny temu na Celestie II usuna'c jakie's uszkodzenie w III podstacji sterujacej autotyp'ow.

Green spojrzal na Mary jako's dziwnie.

— Ona tam… teraz? — glos mial tak zmieniony, ze wszystkie oczy zwr'ocily sie w jego strone.

— Rene rozmawial z nia przez radio p'ol godziny temu. Powiedziala, ze rnj jeszcze roboty na blisko dwie godziny — wyja'snila Mary patrzac ze zdziwieniem na Greena.

Wydawca spojrzal na zegarek.

— Trzeba natychmiast wezwa'c ja do powrotu! — skoczyl gwaltownie ku drzwiom. — Jaki numer wywolawczy?

— Siedem, dwa. Co sie stalo?

Mary i Rene rzucili sie za Greenem, kt'ory znajac dobrze rozklad wewnetrzny pomieszcze'n statku pobiegl wprost do centrali radiowej. Nie odpowiadajac na pytania gospodarzy po'spiesznie polaczyl sie z Rita.

— Wracaj natychmiast! Natychmiast wracaj na Astrobolid! — zawolal bez wstep'ow, gdy tylko twarz Rity ukazala sie na ekranie. — Nie masz ani chwili do stracenia!

— Dlaczego? Co sie stalo? — Rita zmarszczyla brwi. — Nie pytaj o nic, tylko wracaj!

— Nic z tego nie rozumiem. M'ow wyra'zniej, o co chodzi?

— Nie wolno ci zosta'c tam ani minuty: Uniwer PAR jest uszkodzony! W kazdej chwili moze nastapi'c eksplozja!

— Nie mam sie czego obawia'c. Po pierwsze — w razie awarii nastepuje automatyczna blokada. Po drugie — znajduje sie w odleglo'sci dw'och kilometr'ow od miejsca ewentualnej eksplozji.

— To nie wystarczy! Uciekaj! Natychmiast! Nie zdajesz sobie sprawy z niebezpiecze'nstwa!… Pozostalo jeszcze 9 minut do eksplozji! Eksplozji mezoternu!…

Teraz dopiero na twarzy Amerykanki pojawil sie przestrach.

— Ja nie mam czym ucieka'c! Poslalam rakiete na Celestie z wymontowanym granutorpem. Do zespolu remontowego.

Green nie sluchal juz ostatnich sl'ow Rity. Jak tylko m'ogl najszybciej popedzil do 'sluzy. Z okrzykiem: „Wlaczaj silnik!” — wskoczyl do wnetrza rakiety zatrzaskujac za soba drzwi.

Siedzacy w fotelu pilota James bez slowa wykonal rozkaz.

Rakieta plunela snopem rozpalonych gaz'ow do wnetrza tunelu startowego i runela w przestrze'n.

— Do Celestii II! Predzej! Wlacz pelna moc!… Rakieta zatoczyla wielki luk i pomknela nabierajac gwaltownie predko'sci.

Green z napieciem 'sledzil ruchy wskaz'owki zegarka. Zdawal sie nie odczuwa'c gniotacego pier's przy'spieszenia.

— Predzej! Predzej! — powtarzal nerwowo patrzac z przerazeniem, jak zbliza sie moment wlaczenia uniwerproduktora.

Juz byl zdecydowany siegna'c do 'srodka ostatecznego — przekre'sli'c wszystko i ostrzec Kruka kierujacego zdalnie produkcja aroternowej powloki, gdy James rozpoczal hamowanie. Po chwili przed rakieta ukazaly sie rosnace szybko z'olte gwiazdy reflektor'ow, o'swietlajacych przestrze'n budowy nowej Celestii.

Do wlaczenia uniwerproduktora brakowalo zaledwie kilkudziesieciu sekund. Green wiedzial, ze nie zdazy juz ani zawiadomi'c Kruka, ani tym bardziej zabra'c Rity i uciec. Pozostal tylko jeden spos'ob zapobiezenia katastrofie.

— Widzisz ten rzad przezroczystych rur miedzy ta wielka brunatna kula a srebrzystym dzwonem uniwera?

— Tak, mistrzu.

— Musisz za wszelka cene rozbi'c cho'c jedna z tych rur. To nie bedzie trudne. No, jazda!

— Zrobi sie!

Rakieta zatoczyla p'olkole i uderzyla taranem w najcie'nsza rure. Przezroczyste tworzywo nie wytrzymalo ciosu. Oblok rozpylonej substancji wypchnietej ci'snieniem z przerwanej rury, okryl na moment rakiete. Posluszna pilotowi pedzila ona dalej, pozostawiajac za soba jasna smuge gaz'ow.

Green odetchnal z ulga. Niebezpiecze'nstwo eksplozji zazegnane — kazde, nawet drobne uszkodzenie powodowalo automatyczna blokade calego zespolu uniwerproduktora. Tu nie mozna bylo sie waha'c, cho'c zderzenie moglo sko'nczy'c sie zaglada rakiety.

— Czy orientujesz sie, gdzie moze by'c III podstacja sterujaca autotyp'ow?

— Nie wiem, mistrzu.

— Nie szkodzi! Nadaj sygnal wywolawczy „siedem, dwa”. Gdy sie zglosi, kieruj rakiete na nadajnik.

Zaplonela czerwona lampka i na niewielkim ekranie pojawila sie glowa Rity. Green wstal z fotela i czepiajac sie klamer dotarl do obiektywu wideofonu.

— Rito! Zaraz bede u ciebie. Bedziesz uratowa… — nie doko'nczyl. Obok glowy Rity pojawila sie twarz Jima Bradleya, potem Letta Cornicka.

Gwaltownym ruchem Green wylaczyl aparature wideofoniczna.

— Wracamy! — rzucil z przekle'nstwem.

— Dokad? — zapytal kr'otko James.

— Dokad? — powt'orzyl Green i naraz u'swiadomil sobie, ze wla'sciwie nie ma dokad wraca'c. Popatrzyl na Jamesa i szybko spu'scil oczy, nie mogac znie's'c ufnego, niemal dzieciecego spojrzenia mlodego pilota,

— Wracamy do Celestii. Do starej Celestii — powiedzial z westchnieniem.

— A tamci? A chlopaki? I dziewczeta? — zapytal James z niepokojem.

— Tez wr'oca do Celestii. No c'oz… Nie udalo sie…

— I co z nami bedzie?

— Z wami? Nic. Horsedealer to czlowiek do's'c rozsadny, by wiedzial, kogo za co kara'c… To nie Summerson, nadety pyszalek, to nie Morgan nie dostrzegajacy ko'nca swego nosa, to nie r'ozne Kuhny, Davidy, Lochy… Cala ta zgraja durni'ow my'slala, ze dla ich panowania bede niszczyl Celestie II i zdobywal Astrobolid — zapalal sie coraz bardziej. — To wla'snie oni zaprzepa'scili Celestie. To oni zmienili ludzi w ciemny, glupi tlum, kt'ory nie potrafi ani slucha'c, ani sam sie rzadzi'c.

Naraz odczul zlo'sliwa rado's'c. Wyobrazil sobie, jakie przerazenie musialo ogarna'c wsp'oluczestnik'ow spisku, gdy zorientowali sie, ze zostali oszukani i pozostawieni w Celestii. Lecz zadowolenie to trwalo kr'otko.

— Teraz beda mieli watpliwej warto'sci pocieche, ze Green poni'osl kleske. Nie doczekaja sie jednak tego, by zasiadl wraz z nimi na lawie oskarzonych.

Trwal dluzszy czas w zamy'sleniu. Potem siegnal do kieszeni i wyjal notes.

— Tak nie wypada odej's'c — mruknal do siebie i zaczal pisa'c: Profesorze Horsedealer!

Przykro mi, ze nie potrafilem uszanowa'c zaufania, jakim darzyli'scie mnie — Pan, Profesorze, i Bernard Kruk. I chociaz daleki jestem od skruchy i bynajmniej nie uwazam swych nie spelnionych zamiar'ow za glupie i szale'ncze — czuje sie w obowiazku zlozy'c niniejsze zeznanie, kt'ore pozwoli oceni'c we wla'sciwy spos'ob m'oj udzial w wydarzeniach ostatnich kilku godzin.

Bytem przyw'odca i organizatorem spisku, zmierzajacego do opanowania statku miedzygwiezdnego — Astrobolidu — i do uniemozliwienia zar'owno Celestianom, jak i ludziom przybylym z Ziemi, powrotu na te planete.

Jestem w pelni odpowiedzialny za przygotowanie zamachu na Celestie II, jakkolwiek projekt ten nie zrodzil sie cii mojej glowie i wykonania jego nie uwazalem za rzecz konieczna dla realizacji moich wlasnych plan'ow. Moje wlasne, ukryte cele calkowicie odbiegaly od cel'ow innych przyw'odc'ow spisku. Chcialem ukra's'c statek miedzygwiezdny dla siebie, aby w ukladzie planetarnym gwiazd Alfa Centami zalozy'c nowy ludzki 'swiat. Jako zalazek nowego spolecze'nstwa dobralem sze'sciu chlopc'ow i sze's'c dziewczat. Mieli sta'c sie nie tylko zaloga zdobytego statku… Calkowita odpowiedzialno's'c za udzial tych mlodych ludzi w spisku spada na mnie. Przyznaje sie r'owniez do zamiaru porwania sila jednej s uczestniczek ziemskiej ekspedycji — Rity Croce, kt'ora mialem zamiar uczyni'c wsp'olwladczynia i pierwsza matka nowej ludzko'sci.

Chcialbym tu doda'c, jako „okoliczno's'c lagodzaca”, ze plan m'oj nie zmierzal absolutnie do uniemozliwienia Celestianom powrotu na Ziemie. Nawet zniszczenie Celestii II — co z mojego punktu widzenia byloby tylko zlo'sliwo'scia wobec pewnych durni'ow, kt'orzy musieliby ponosi'c konsekwencje swego glupiego pomyslu — nie przekre'sliloby mozliwo'sci waszego powrotu, przy odleglo'sci Celestii od Ziemi nie przekraczajacej miesiaca biegu 'swiatla.

Na tym ko'ncze moje zeznania.

Gdy list ten dotrze do Pana, Profesorze, nie bede juz nalezal do waszego 'swiata. Prosze zar'owno Pana, jak przewodniczaca Astrobolidu, by'scie oszczedzili mi przykro'sci budzenia mnie do zycia, jak r'owniez nie wylaczali strefy dezintegracji.

Ostatni z rodu Green'ow Urodzony 7 marca 2368 roku. Zmarly 12 lutego 2407 roku.

Wydarl kartke z notesu, zlozyl ja w czworo i zaadresowal.

— No i c'oz? — zwr'ocil sie do pilota. — Daleko jeszcze?

— Wida'c plyte.

— A wiec juz za chwile.

Ogarnela go nieodparta potrzeba otworzenia przed kim's serca.

— Sluchaj, James. Powiesz Bernardowi Krukowi — niech nie my'sli, ze oszukiwalem go od poczatku. Ja jemu zyczylem zwyciestwa. Nie Summersonowi ani tez p'o'zniej Morganowi. Prawda, ze chcialem rzadzi'c… ze chcialem nim kierowa'c… ale nie mialem nigdy zamiaru torowa'c drogi durniom…

Umilkl na chwile.

Rakieta dobijala do plyty startowej.

— Znasz z widzenia Rite Croce? Te, kt'ora ukazala sie na ekranie, tam przy Celestii II. Powiedz jej, gdy ja zobaczysz, a zobaczysz z pewno'scia jeszcze nieraz, ze wszystko to zrobilem dla niej… dlatego, ze ona stala sie dla mnie wszystkim… A zreszta… Nie m'ow jej nic. To nie ma sensu.

Rakieta wpelzla powoli do 'sluzy. Green wstal, otworzyl wlaz i podal list Jamesowi.

— Zanie's to zaraz prezydentowi Horsedealerowi. To bardzo wazne. R'owniez dla was.

— Co z nami bedzie?

— Zobaczycie za dwadzie'scia lat Ziemie. Moze to dla was lepiej, niz wl'oczy'c sie po bezdrozach kosmicznych…

— A pan, mistrzu?

— Ja? Mam jeszcze drobna sprawe do zalatwienia.

Lekko wypchnal Jamesa z kabiny i zatrzasnal drzwi. Chlopiec stal chwile, m'owiac co's, czego juz Green przez grube 'sciany rakiety nie m'ogl doslysze'c. Dopiero na wyra'zny znak, aby sie oddalil, zniknal we wlazie prowadzacym do wnetrza Celestii.

Green usiadl w fotelu pilota. Wlaczyl automatyczne urzadzenie wyprowadzajace rakiety na zewnatrz 'swiata.

Zn'ow otoczylo go wyiskrzone gwiazdami niebo.

Zagral silnik, lecz nie na dlugo.

Rakieta oddalala sie teraz od Celestii sila bezwladno'sci, dazac po prostej na spotkanie strefy dezintegracji.

Green wyciagnal z kieszeni niewielkie pudeleczko. Wyjal z niego dwie r'ozowe pastylki i zazyl.

Szybko uczul ogarniajaca go senno's'c.

Czy wszystko to mialo jaki's sens? „Gdybym nie spotkal Rity, inaczej by sie potoczyly moje losy. A zreszta czy to wszystko wazne? — coraz trudniej przychodzilo mu skupi'c my'sli. — Kto w og'ole wie, czego nalezy szuka'c w zyciu?…”

Wyciagnal sie wygodnie w fotelu. Wydalo mu sie, ze przebywa w swym mieszkaniu. Hali, gabinet, biblioteka… Wedrujac w wyobra'zni poprzez sw'oj „palac z bajki”, zatrzymal wzrok na wielkim portrecie pradziadka.

Wzdrygnal sie.

Wydalo mu sie, ze w oczach Tobiasza Greena dostrzega jakby kpiacy wyraz…

Ujawnienie spisku bylo dla Bernarda ciezkim przezyciem, zwlaszcza ze zagrozony byl bezpo'srednio podlegly mu odcinek. Pr'obowal nawet poda'c sie do dymisji, ale Horsedealer o'swiadczyl z miejsca, ze nie ma o tym mowy, gdyz odpowiedzialno's'c spada na wszystkich czlonk'ow rzadu. Wida'c bylo zreszta, ze sam Horsedealer gryzie sie mocno tym, ze tak latwo dal sie wywie's'c w pole Greenowi.

Jedynym pocieszeniem dla Bernarda bylo to, iz pierwsza konkretna wiadomo's'c o spisku wyszla od Stelli. Cho'c dziewczyna nie znala szczeg'ol'ow przygotowywanego zamachu, wiedziala jednak, ze zbrodnicze plany dotycza Celestii II, i z zachowania Kuhna wywnioskowala, iz termin ich realizacji jest kr'otki. Nie ulegalo tez watpliwo'sci, ze tylko strach przed zemsta spiskowc'ow zamykal Stelli dlugo usta.

W dramatycznej rozmowie z Sokolskim i Krukiem Stella opowiedziala szczerze, w jaki spos'ob dala sie omota'c siecia intryg. Wida'c tez bylo, ze ostatnie godziny wywolaly gwaltowny wstrzas w jej psychice, co wzbudzilo w Bernardzie nadzieje, ze by'c moze i miedzy nimi nie wszystko jeszcze zostalo przekre'slone. Skorzystal tez chetnie z propozycji Wiktora, by pojecha'c z nim na Astrobolid i tam poradzi'c sie Kory, jak dalej postepowa'c wobec dziewczyny.

I oto teraz siedzial naprzeciw przewodniczacej rady Astrobolidu i jak przed matka zwierzal sie ze wszystkich swych trosk.

— Jak sadzisz? Czy ona moze mnie jeszcze pokocha'c? Kora u'smiechnela sie serdecznie.

— Nie widze zadnych powod'ow, by w to nie wierzy'c. Wydaje mi sie, ze rozumiem motywy dotychczasowego postepowania Stelli. Wychowana byla w luksusie, przyzwyczajona do zaspokajania wszystkich swych kaprys'ow, do nadskakiwania i pochlebstw. Nie dziw sie, ze w takich okoliczno'sciach serce moze uderza'c dla uczu'c plytkich, nawet wyimaginowanych. Pewna role odgrywal tu czynnik romantycznej przygody. Ona kocha, ojciec nie pozwala itd. Twoja rola przy przebudowie miotacza, kt'orej nie rozumiala, zaimponowala jej niewatpliwie. W oczach dziewczyny wyrosle's na bohatera. Zaraz po tym nastapilo wydarzenie, kt'ore ol'snilo ja swoja fantazja — nasze przybycie. To wszystko bylo dla niej fantastyczne: technika, nauka, nawet wyglad zewnetrzny ludzi. M'owile's mi pare dni temu, ze od chwili twej klinicznej 'smierci i powrotu do zycia Stella przestala cie kocha'c. By'c moze. Ale to nie tylko dlatego, ze lekala sie albo brzydzila twojej poufalo'sci ze 'smiercia. Zaimponowali jej ludzie, kt'orzy te 'smier'c, odwiecznie wszechwladna, podporzadkowali swojej woli. U takiej jak ona kobiety, kierujacej sie emocjami, moglo to wystarczy'c do nie przemy'slanego zerwania z toba i poszukiwania jeszcze bardziej niezwyklej, romantycznej przygody. Czlowiek zyjacy sto ile's tam lat, a mogacy przespa'c cala podr'oz trwajaca trzy stulecia, to nie lada pozywka dla wyobra'zni. Kruk sluchal w milczeniu.

— Stella znajduje sie na rozdrozu uczuciowym — ciagnela Kora. — Chcialaby lecie'c z Sokolskim, a jednocze'snie na pewno jest ciekawa zobaczy'c Ziemie. Kiedy rozlecimy sie w dw'och przeciwnych kierunkach, zacznie zy'c my'sla o planecie, kt'orej „egzotyczne” piekno z pewno'scia bedzie coraz silniej wplywa'c na jej wyobra'znie. Wtedy znowu powinna zblizy'c sie do ciebie. Nie tra'c nadziei, Ber.

— Gdyby'smy sie pobrali — westchnal Kruk — najbardziej niezadowolony bylby Johnny. Odradzal mi malze'nstwo ze Stella przy kazdej sposobno'sci. Jest pod tym wzgledem nieprzejednany.

— Cenie Malleta jako madrego, dzielnego i uczciwego czlowieka — odrzekla Kora — ale tu nie przyznaje mu racji. To zagadnienie ujmuje on nieco subiektywnie, z racji pogardy dla starego Summersona. A to juz wkracza w dziedzine wulgaryzowania problemu spolecznego. Mial racje do chwili przewrotu. Teraz sytuacja sie zmienila. Stella jest bardzo mlodziutka i bedzie taka, jaka ja wychowa otoczenie. Nie wierze, aby nie mozna bylo zbudowa'c miedzy wami trwalego pomostu. W'owczas r'oznica intelektualna zatrze sie szybko. Proces ten ulatwi i przy'spieszy wasza stala laczno's'c z Ziemia. Ziemia powinna was polaczy'c.

Kora umilkla. Bernard patrzyl ciagle jeszcze w zamy'sleniu w jej oczy, marzac o tym, jak za dwadzie'scia lat wysiadzie z rakiety, czujac pod stopami wysoka trawe, rosnaca bujnie w promieniach prawdziwego slo'nca, albo zloty piasek przemywany przyplywami oceanu, kt'ory znal z telewizyjnej transmisji uroczysto'sci 'swieta morza u brzeg'ow Florydy. Widzial sie w my'sli juz tam, na planecie ojczystej…

„Jaka ona szcze'sliwa, ze tam sie urodzila, tam zyla”… — my'slal o Korze.

Nie zazdro'scil jej udzialu w wyprawie odkrywczej. Pragnal ujrze'c Ziemie… Nawet dla Stelli nie zgodzilby sie lecie'c do Alfa Centauri.

— Chcialbym juz tam by'c — powiedzial cicho.


W potrzasku | Zagubiona Przyszłość | Epilog