home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z
Ŕ Á Â Ă Ä Ĺ Ć Ç Č É Ę Ë Ě Í Î Ď Đ Ń Ň Ó Ô Ő Ö × Ř Ů Ý Ţ ß


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | ôîđóě | collections | ÷čňŕëęč | ŕâňîđŕě | add

đĺęëŕěŕ - advertisement



Umowa

Przytlumiony d'zwiek dzwonka wdarl sie niemilym zgrzytem w cisze gabinetu. Wielki, cetkowany dog, drzemiacy u n'og prezydenta, podni'osl leb patrzac w twarz swego pana, jak gdyby zdziwiony, iz ten nie rusza sie z miejsca.

Prezydent Edgar Summerson wstal niechetnie z glebokiego fotela i podszedl do telefonu.

— Halo! — rzucil szorstko w sluchawke.

Naraz oczy jego zmienily wyraz. Na twarzy odmalowal sie niepok'oj.

— No, tak… Rozumiem… Ale czy pa'nskie obliczenia, profesorze, sa 'scisle? To sprawa wielkiej wagi. I dlatego, jak juz m'owilem wczoraj wieczorem, chce zna'c dokladny termin. No oczywi'scie, je'sli zajda nieprzewidziane zmiany, to nie bede mial pretensji, lecz musi mi pan natychmiast o wszystkim sygnalizowa'c… A wiec za cztery dni wejda w nasza strefe dezintegracji?… Pod katem 28 stopni?… Tak… To zrozumiale. Co?… Prosze nie przerywa'c ani na chwile obserwacji. 'Scisla dyskrecja obowiazuje w dalszym ciagu… Tak! Nie cofam swego slowa. Niech sie pan o to nie martwi. Zadzwonie jeszcze do pana wieczorem.

Odlozyl sluchawke i poczal wolno przechadza'c sie po miekkim dywanie za'scielajacym gabinet. Cetkowany dog leniwie podni'osl sie z ziemi i wodzil 'slepiami za swym panem.

Prezydent podszedl do biurka. Przez chwile bebnil palcami po gladkiej plycie, po czym zdecydowanym ruchem nacisnal guzik. Na male'nkim ekranie ukazala sie twarz sekretarza Williamsa.

— Niech pan zawiadomi konstruktora Kruka, aby w ciagu pietnastu minut zjawil sie u mnie.

P'olmrok. Odurzajaca wo'n kwiat'ow, tytoniu i opar'ow alkoholu wypelnia wnetrze sali. Wsiaka w dywany i draperie. Unosi sie w'sr'od tapczan'ow i foteli otaczajacych pier'scieniem jasny dysk plyty przeznaczonej dla ta'nczacych.

Bijace z dolu 'swiatlo nie rozprasza mroku, kt'ory zda sie osiada'c ciemnym pylem na twarzach kobiet i mezczyzn drzemiacych w fotelach lub rozlozonych leniwie na miekkich poduszkach tapczan'ow. Czasem kto's z nich rzuci tepe spojrzenie na snujace sie po'srodku sali pary. Z rzadka strzep glo'sniejszej rozmowy wyrwie sie ponad nuzacy zgielk perkusji.

'Swietlisty krag mieni sie coraz to innymi barwami teczy w takt gluchych uderze'n bebna. Raz po raz spo'sr'od kakofonii d'zwiek'ow podnosi sie i raptownie ga'snie ostry, 'swiszczacy jek jakiego's instrumentu, podobny do glosu syreny alarmowej. Jakby zbudzeni tym d'zwiekiem z u'spienia, tancerze wykonuja szereg gwaltownych podryg'ow, aby za chwile pograzy'c sie zn'ow w leniwym, jednostajnym ruchu.

Kotara zaslaniajaca wej'scie do sali gry rozsunela sie bezszelestnie. W progu stanelo dw'och mezczyzn. Starszy z nich zamrugal nerwowo wylupiastymi oczami i wskazujac na sale zwr'ocil sie do towarzyszacego mu mlodego czlowieka:

— Wiec twierdzi pan, konstruktorze, ze nie uda sie panu obnizy'c podlogi i zainstalowa'c urzadze'n wytwarzajacych sztuczna rose bez zamkniecia sali na dwa tygodnie? To niedobrze. To bardzo niedobrze — pokrecil niechetnie glowa osadzona na grubej szyi, znieksztalconej zaburzeniami tarczycy.

Mlodszy mezczyzna rozlozyl bezradnie rece.

— Nie widze innego wyj'scia — odparl.

Ruch ten kontrastowal jaskrawo z jego wysoka, barczysta postacia, z patrzacymi bystro ciemnymi oczami.

— Zastanowie sie — rzekl z wahaniem starszy mezczyzna. — Moze przystosujemy do ta'nca na ten okres inna sale. Niech pan jutro zadzwoni do mnie.

Od kregu ta'nczacych par oderwala sie mloda, przesadnie wymalowana kobieta i chwiejnym krokiem podeszla do konstruktora.

— Ber! Skad sie tu wziale's? — zwr'ocila sie do niego poufale i miekkim ruchem ramion usilowala obja'c go za szyje. — Ber! Chod'z pota'nczy'c ze mna. Chod'z!

Przez twarz konstruktora przebiegl cie'n niecheci. Odsunal delikatnie ramiona dziewczyny i odrzekl stanowczym tonem:

— Daj spok'oj, Betty. Jestem tu sluzbowo.

Wyraz zawodu odbil sie w duzych, zaczerwienionych oczach dziewczyny.

— A przyjdziesz? — nie ustepowala. — Prawda, ze przyjdziesz?

— Po co? Przeciez wiesz, ze nie lubie takiej zabawy.

— Ale napijesz sie. Ze mna. Koniecznie…

— Wiesz, ze nie pije.

— Ale tak… troche. Ze mna — szeptala przymilnie, przysuwajac twarz do jego policzka.

— Daj spok'oj, Betty — powt'orzyl konstruktor juz nieco szorstko.

— Ale z ciebie uparciuch. Brzydal jeste's! — zawolala dziewczyna.

— Wiesz sama, ze tu nie bywam.

W oczach dziewczyny zapalily sie zle blyski.

Wiem, wiem! Gdyby tu byla Stella — zasyczala ze zlo'scia — toby's…

— Nie opowiadaj glupstw — przerwal konstruktor, wyra'znie juz wytracony z r'ownowagi.

Na ustach starszego mezczyzny, obserwujacego scene spod wp'olprzymknietych powiek, pojawil sie ironiczny u'smiech.

— Co ja slysze? Panie Kruk? Wiec to prawda, ze pan i Stella Summerson… Urwal w polowie zdania. Konstruktor chcial gwaltownie zaprzeczy'c, lecz oto kotara rozsunela sie i w progu stanal boy.

— Panie konstruktorze! — zawolal pochylajac sie w uklonie. Telefon do pana. Dzwoni sekretarz jego ekscelencji prezydenta Summersona.

Bernard Kruk w milczeniu wpatrywal sie w zaci'sniete usta prezydenta. Nieco zdziwione spojrzenie konstruktora jakby m'owilo: „No c'oz, nie wezwal mnie przeciez tak nagle po to, by slowem nie przem'owi'c”.

Prezydent patrzyl przez dluzsza chwile na konstruktora, po czym zatopil wzrok w przeciwleglej 'scianie.

— Co slycha'c u pana? Ma pan duzo pracy?

— Owszem, nie moge narzeka'c na brak zajecia, zwlaszcza w tym miesiacu.

— Hm… Prezydent staral sie pokry'c niezadowolenie u'smiechem, kt'ory wypadl sztucznie.

— Bo chce panu pom'oc. Na nadmiar doliod'ow pan pewnie nie choruje? M'oglbym mie'c dla pana zajecie. Zupelnie dodatkowe, poza zwyklymi obowiazkami. Platne, naturalnie, wedlug umowy.

— Slucham, ekscelencjo.

— Chodzi mi o sprawe w gruncie rzeczy blaha. Z g'ory pana prosze nie bra'c jej zbyt do serca. To znaczy, nie wyobraza'c sobie niczego ponad to, co powiem. Orientuje sie pan w budowie miotaczy badonowych?

— Do's'c dobrze.

— Od tej chwili rozmowa nasza pozostanie tajemnica. Tajemnica moja i pana. Kruk skinal glowa patrzac z zaciekawieniem na prezydenta.

— Trzeba bedzie ciagnal wolno prezydent dokona'c przebudowy miotaczy w ten spos'ob, aby strefe dezintegracji mozna bylo dowolnie kurczy'c i rozszerza'c. Jak pan ocenia realna mozliwo's'c wykonania tego zadania?

Strefa dezintegracji nazywano w Celestii przestrze'n ochronna otaczajaca te sztuczna wysepke kosmiczna. Kazde cialo o 'srednicy wiekszej od 5 mm i grozace zderzeniem z Celestia bylo niszczone w tej strefie dzialaniem miotaczy wyrzucajacych ladunki czastek, zwanych badonem.

Konstruktor zastanowil sie chwile, chcac da'c prezydentowi jak najkonkretniejsza odpowied'z.

— Rozszerzenie strefy dezintegracji — odrzekl wreszcie — jest zadaniem wymagajacym znalezienia zupelnie nowych rozwiaza'n konstrukcyjnych. Wla'sciwie musialbym zbudowa'c nowe miotacze. A poza tym nasz miotacz badonowy w czasie pracy wykorzystuje maksymalna energie, a nawet dziala szkodliwie na akumulatory. W chwili wystrzelenia ladunku badonowego przygasa 'swiatlo w calej Celestii, poniewaz musimy na ten czas skierowa'c gl'owny zas'ob energii do miotacza, aby w ciagu 0,0008 sekundy wytworzy'c okolo 0,05 grama badonu i nada'c jego czastkom predko's'c 60000 km/sek. Rozszerzenie strefy byloby mozliwe tylko w wyniku zwiekszenia mocy gl'ownego reaktora atomowego. A na to trzeba by wybudowa'c nowy reaktor.

— No dobrze — przerwal prezydent. — Ale czy nie daloby sie rozszerzy'c strefy dezintegracji w inny spos'ob, nie wymagajacy dodatkowego zuzycia energii? Na przyklad przez przedluzenie okresu istnienia badonu dwu — albo trzykrotnie?

— Niestety, ekscelencjo, to jest wykluczone w samym zalozeniu. Badon po uplywie 0,052 sekundy od opuszczenia miotacza przemienia sie w antineyon, by w tej posta'c, praktycznie rzecz biorac, powodowa'c eksplozje niemal kazdej materii napotkanej na swojej drodze — Ale i jego istnienie jest kr'otkie — po nastepnych 0,047 sekundy rozpada sie na nieszkodliwe czastki elementarne dysponujemy zadnym, 'srodkami, aby cho'c w najmniejszym stopniu zmieni'c stosunek tych liczb. To sa stosunki stale, zwiazane z procesami jadrowymi

— A gdyby tak pomy'sle'c? Pan jest taki zdolny. To by sie panu bardzo oplacilo.

— Nie podejmuje sie rzeczy nierealnych. Je'slibym wiedzial, do czego to ma sluzy'c, by'c moze znalazlbym jakie's inne rozwiazanie.

Chodzi… o pewne oszczedno'sci… Wszystkiego sie pan dowie w swoim czasie

— Gdyby wystarczylo tylko kurczenie strefy dezintegracji, sprawa bylaby daleko mniej skomplikowana.

Po kr'otkim wahaniu prezydent uczepil sie tej koncepcji

— Doskonale. To juz co's znaczy. Czy podejmie sie pan dokonania tego?

— Oczywi'scie. Sprawa jest nawet do's'c prosta. Chodzi tu o zmniejszenie predko'sci wyrzucanych czastek, co zawezi strefe dezintegracji.

— Ile czasu zajeloby to panu?

— Nieduzo. Ze trzy tygodnie. Moze troche dluzej. Prezydent skrzywil sie.

— Ekscelencja wybaczy, ale trudno mi zaraz wzia'c sie do roboty — zastrzegl sie konstruktor. -Caly tydzie'n bede wyka'nczal prace w zakladach Kuhna. Podpisalem umowe.

— Prosze nie zapomina'c, jest pan rzadowym konstruktorem. A poza tym prace przeze mnie zlecone maja zawsze pierwsze'nstwo. Nie przypuszcza pan chyba, ze kto's albo co's mogloby wypaczy'c ten naturalny porzadek.

Na to nie bylo odpowiedzi.

— Nie trzeba sie martwi'c — podjal Summerson lagodnie. — Sprawy na pewno uloza sie dla pana pomy'slnie.

Prezydent namy'slal sie chwile. Wciagnal gleboko oddech i zaczal:

— Ot'oz Kuhn przedluzy panu termin umowy. Przerwie pan prace rzadowe, cho'cby to mialo pociagna'c jakie's straty. Nie dla pana, oczywi'scie. Aha, jeszcze jedno pytanie: czy w obecnym stanie rzeczy mozemy zniszczy'c kazde cialo z chwila, gdy wpadnie w strefe dezintegracji, mimo iz nie grozi Celestii zderzenie?

— To jest niemozliwe, ekscelencjo. Dzialanie miotaczy nie polega przeciez na walce z wszelka materia, chodzi tylko o ochrone przed katastrofa. A nam zagraza jedynie to cialo, kt'ore mogloby zderzy'c sie z Celestia i spowodowa'c rozbicie jej 'scian. Uklad sterujacy wyposazony jest tylko w jeden program i automat radarowy reaguje wylacznie na takie ciala.

— A czy mozna zmieni'c ten program i zmusi'c radar do skierowania miotacza przeciwko cialu przebiegajacemu obok Celestii? — zapytal prezydent.

— Mozna, ale… Nie wiem, czy moge sie tego podja'c…

— No? — zmarszczyl brwi Summerson. — Konstruktorze, prosze pana o wyja'snienie. Bernard zawahal sie na moment.

— Bede szczery: jest to dla mnie zupelnie nowe zagadnienie. Aparatura zawiera bardzo zlozone elementy elektroniczne, kt'orych nikt nie produkuje. Nalezaloby opracowa'c nowy uklad sterujacy miotaczem, o innym programie dzialania, zbudowany z element'ow, kt'orymi obecnie dysponujemy. Sa to niestety elementy o do's'c waskim zakresie czynno'sci i duzej zawodno'sci. Stad podstawowa zasada konserwacji urzadze'n Celestii jest niewymienianie element'ow dzialajacych sprawnie od wiek'ow. Moim obowiazkiem jest ostrzec pana prezydenta, ze przebudowa miotacza zwiekszy niebezpiecze'nstwo zderzenia z cialami kosmicznymi. Mozna je co prawda zmniejszy'c poprzez dublowanie zespol'ow…

Summerson, kt'ory przez caly czas wpatrywal sie w twarz konstruktora, zerwal sie z miejsca.

— Pan musi skonstruowa'c taka wla'snie aparature! Ile czasu to panu zajmie?

— Trudno powiedzie'c. W kazdym razie nie mniej niz p'ol roku.

— Pan zartuje! — Summerson rzucil sie gwaltownie. — To wykluczone!

— Niestety, zadanie przekracza nie tylko moje sily, ale i mozliwo'sci technologiczne naszego 'swiata.

Prezydent zagryzl wargi i przez chwile wpatrywal sie w platanine figur geometrycznych, zdobiacych przeciwlegla 'sciane.

— A czy mozna — rozpoczal wolno — omina'c ten caly problem… zautomatyzowania miotaczy? Gdyby tak na przyklad recznie…

— To zmienia posta'c rzeczy — podchwycil konstruktor. — Oczywi'scie celno's'c bylaby bez por'ownania mniejsza…

— Ale trafi'c mozna?

— Przypuszczam, ze tak. Zwlaszcza przy niezbyt duzej predko'sci ciala, po kilku strzalach…

— No c'oz, je'sli nie ma innej rady… Przejd'zmy jednak do sedna sprawy. Dokona pan obu prac przed chwila om'owionych. Kuhnem niech pan sobie glowy nie zaprzata, biore to na siebie. Konkretnie, ile czasu potrzeba panu? Prosze ten termin jak najbardziej przyblizy'c, dobrze zaplace.

— Sporzadzenie plan'ow istniejacych miotaczy zajmie mi dwa tygodnie — zaczal wylicza'c Kruk.

— Stop! — przerwal prezydent. — Plany dostarcze, nawet bardzo szczeg'olowe. Jeszcze dzi's bedzie pan m'ogl przystapi'c do opracowania projektu przebudowy. A p'o'zniej szybko produkcja, montaz i gotowe. No, ile czasu panu potrzeba na to? Kruk zastanawial sie. Bylo co's niezrozumialego w tym ponaglaniu. Konstruktor nie pamietal, aby kiedykolwiek kto's przykladal tak ogromna wage do terminu wykonania zam'owienia. Cho'c zawierane umowy i transakcje operowaly datami, lecz byla to raczej zwykla formalno's'c. Tylko bardzo rzadko istotna potrzeba zmuszala do zakre'slenia realnego terminu i to z reguly przesadnie wydluzonego. Dla toczacego sie sennie zycia pojecie tempa stawalo sie obce i nienawistne. Kt'oz w Celestii w og'ole sie 'spieszyl? Komu zalezalo na czasie? Czyz czlonkowie „wielkich rod'ow” potrzebowali troska'c sie o swe bogactwa? Od tego mieli policje, mieli urzednik'ow, inzynier'ow, technik'ow i nadzorc'ow. Od tego mieli rzad i swego prezydenta, kt'ory co prawda rzadko liczyl sie z ich zdaniem, ale za to swym „boskim autorytetem” zapewnial trwalo's'c ustanowionego od wiek'ow porzadku. Nawet grupa opozycyjna „wielkich rod'ow” ograniczala ostatnio swa inicjatywe tylko do niewybrednych intryg i plotek.

Czyz urzednicy, inzynierowie i nadzorcy dbali o co's wiecej, niz o utrzymanie sie na swych dobrze platnych stanowiskach przy mozliwie najmniejszym wysilku umyslowym czy fizycznym? Czyz drobniejsi producenci i kupcy, uzaleznieni od przedsiebiorstw nalezacych do „wielkich rod'ow”, mogli marzy'c o czym's wiecej niz o spokojnej wegetacji? Strach przed wszelka zmiana, przed wszelkim po'spiechem wiazal sie z obawa, ze dzie'n nastepny moze dla wielu z tych ludzi oznacza'c koniec dotychczasowego, wzglednie dostatniego bytu i zepchniecie na dno ponizenia i nedzy w szeregi „szarych”, kt'orych sytuacja materialna niewiele r'oznila sie od polozenia czarnych niewolnik'ow.

Obecne zachowanie sie prezydenta bylo zupelnie inne od tego wszystkiego, z czym Kruk spotykal sie dotad.

Zimny, wyrachowany Summerson zapalil sie do czego's zagadkowego i coraz mniej ukrywal swoje podniecenie.

— Wiec ile? — popedzal prezydent.

— Je'sli to musi by'c predko — dwa tygodnie.

— Wykluczone! Trzy dni! Stawiaj pan swoje warunki! 'Smialo!

Bezbrzezne zdziwienie, malujace sie na twarzy Kruka, bylo jedyna odpowiedzia.

— No? — ponaglal Summerson.

— To jest niemozliwe — wyjakal Kruk. — Musialbym nie je's'c, nie spa'c. Przemieni'c sie w automat. I nie wiem, czy nawet wtedy bym podolal.

— Konstruktorze Kruk! Trzy dni wytezonego wysilku to niewiele, to nic w por'ownaniu z u'smiechem fortuny, magicznej bogini szcze'sliwc'ow. A ona u'smiecha sie do pana. Trzeba lapa'c chwile. Jedyna! P'o'zniej nie wr'oci. Wie pan przeciez, ze los lubi m'sci'c sie na glupcach, kt'orzy nie umieja uszanowa'c kaprys'ow jego dobroczynnej laski…

Kruk wyczul w tych slowach gro'zbe. Nie wierzyl wprawdzie w 'slepy los, poznal natomiast zadlo moznych a przewrotnych ludzi. Po nich spodziewal sie kazdej nikczemno'sci. Spojrzal przenikliwie na Summersona. Niech wie, ze zostal wla'sciwie zrozumiany.

— Zrobie, co bede m'ogl — odpowiedzial stanowczym tonem.

— Malo — poruszyl sie prezydent. — Musze mie'c pewno's'c, ze uko'nczy pan prace w terminie. Pan daje gwarancje, a ja doliody. Tak stoja sprawy!

— Boje sie dawa'c przyrzeczenie na pi'smie. Niech mnie pan zrozumie, ekscelencjo.

— Dobrze, zadowole sie solenna obietnica.

Kruk obawial sie, ze przecenil swoje sily, wiedzial jednak, ze cofniecie sie moze by'c niebezpieczne. Ogarnal go lek jakby przed dostaniem sie w moc dzikiej bestii, takiej, jakie wedlug legend istnialy na Towarzyszu Slo'nca, zwanym Ziemia. Bestie te mialy podobno ostre pazury, okropne kly i pozeraly ludzi.

— Powiedzialem uczciwie, ze zrobie wszystko, co bede m'ogl — rzekl silac sie na spok'oj. Summerson przyjal to jako taktyczny manewr. Sadzil po sobie. Pomy'slal, ze gdyby on znalazl sie teraz w polozeniu konstruktora, w ten sam spos'ob dobijalby targu. Wiedzial, ze zaplaci wysoka cene, ale mial tez najwyzsza gwarancje: Kruk wierzy w siebie i w mozliwo's'c terminowego wykonania zam'owienia.

— Sze's'c tysiecy doliod'ow! — padlo w chwilowa cisze gabinetu. Kruk milczal.

— Podwajam sume! Znowu cisza.

Summerson drgnal. Skapstwo i strach mocowaly sie w nim przez chwile.

— Kr'otko, wezlowato: dwa procent udzialu w zyskach Sial Celestian Corporation. Krukowi trudno bylo uwierzy'c w to, co uslyszal. Sial Celestian Corporation bylo najwiekszym przedsiebiorstwem Celestii obejmujacym produkcje metalowa i maszynowa oraz tworzyw plastycznych. Stanowilo ono trzon „przedsiebiorstw rzadowych” — to znaczy nalezacych do trzech najbogatszych „wielkich rod'ow” sprawujacych wladze w Celestii. Rody te skupialy w swym reku r'owniez znaczna cze's'c instytucji uzyteczno'sci publicznej i centralne urzadzenia energetyczne. Wykluczone bylo, aby kogo's ze „zwyklych 'smiertelnik'ow” dopuszczono do udzialu w zyskach tego przedsiebiorstwa. On — Kruk, pracownik techniczny aparatu rzadowego i do tego wywodzacy sie z „szarych” — wsp'olwla'scicielem Sial Celestian Corporation? Taka cena przebudowy miotacza — to co's niezrozumialego.

— A je'sli nie dotrzymam? — odezwal sie glosem drzacym z wrazenia. — Wtedy znajde sie w wiezieniu. Nie, ja nie moge da'c gwarancji. Bardzo przepraszam ekscelencje, ale da'c nie moge.

Prezydent przybladl.

Nagle blysnela mu my'sl, kt'ora uznal za genialny chwyt.

— A gdyby chodzilo o co's zupelnie innego?

Kruk spojrzal zdziwiony, nie pojmujac, co Summerson ma na my'sli.

— Wiem o panu wiecej, niz pan sam wie o sobie. Od tego mam w Celestii wierne oczy i wierne uszy, aby nie bylo takiej ludzkiej sprawy, kt'ora by wymykala sie spod kontroli przynajmniej mojej pamieci. Za chwile uslyszy pan propozycje, o jakiej nie marzyl. Udzial tez pan dostanie, ja nie cofam niczego ze stawki.

Summerson wlaczyl interkom, chcac uprzedzi'c c'orke.

— Stello, przechodze do saloniku w towarzystwie pana Kruka.

Bernard widywal Stelle czesto na basenie i boisku. Lubil patrze'c w jej duze, zawsze jakby zdziwione, szafirowe oczy. Jej uroda wzbudzala w nim zachwyt, pociagal go wdziek jej dwudziestu lat. Gdy my'slal o niej, czesto brala go zlo's'c, ze jest c'orka prezydenta, miss Stella — pierwsza partia w 'swiecie.

— Zabawisz pana Kruka, dop'oki nie wr'oce. Jest naszym go'sciem — powiedzial prezydent.

Zaszczyt, jaki spotkal Bernarda, byl dla niego calkowitym zaskoczeniem. On w prywatnych apartamentach Summersona, gdzie wedlug tradycji prezydent uwazal go'sci za niemal r'ownych sobie?

Nie bardzo wiedzial, jak mial sie zachowa'c. Wreszcie rzekl:

— Nie bylo pani dzi's na plywalni… Zastanawialem sie nawet… moze pani chora…

— Alez bylam, tylko troche p'o'zniej. Przeszkodzila mi wizyta Jacka Handersona. Musialam zaczeka'c, az sobie p'ojdzie.

Wym'owila to tonem wyra'znego zniechecenia. Krukowi wyrwalo sie pytanie:

— Tak wcze'snie zlozyl pani wizyte?

Bernard zorientowal sie, ze popelnil nietakt towarzyski. Mieszanie sie do prywatnych spraw moglo uj's'c za prostackie grubia'nstwo.

— Wcale nie bylam zadowolona z tych odwiedzin — padla nieoczekiwana odpowied'z, kt'ora rozladowala zmieszanie Kruka. — Nie lubie, jak mi co's burzy porzadek dnia. Najchetniej bylabym go przeprosila i poszla zaraz na plaze. Ale nie moglam. Jak pan slyszal zapewne, Jack zabiega o wzgledy ojca i to mu sie udaje. Chce sie ze mna zeni'c. A mnie sie on nie podoba — wyrzucila szybko. Potem, jakby zdziwiona brzmieniem wlasnych sl'ow, dodala jako's melancholijnie: — Niech pan tego nikomu nie powtarza… Ojciec gniewalby sie na mnie.

— Szkoda, ze nie jestem Handersonem — powiedzial szczerze Kruk. I znowu ogarnelo go przerazenie, ze moze dopu'scil sie bezczelno'sci.

— Szkoda… — padlo jak echo.

Odpowied'z Stelli o'smielila go tak, ze zanim m'ogl sie zastanowi'c, uslyszal sw'oj glos:

— Pani Stello, niech pani mi to powie bardziej zrozumiale.

— Niestety, jestem c'orka prezydenta. Jedyna c'orka…

Kiedy w pokoju zjawil sie Summerson z grubym rulonem w reku, Stella wyszla nie czekajac ojcowskiego rozkazu. A Kruk patrzyl z zalem gdzie's poza 'sciane i wciaz jeszcze slyszal jej glos, wypowiadajacy tak prosto: „Niestety”.

Wzbieral w nim bezsilny zal…

— Pan to zrobi w trzy dni — wypowiedzial prezydent twardo. — A oto plany. Kruk przyjal rulon zlozony z kilkudziesieciu poz'olklych ze staro'sci kartek.

Rozwinal go starannie, zaczal wertowa'c rysunki i obja'snienia.

— Zrozumiale ujete? — zapytal Summerson tonem, kt'orym zada potwierdzenia.

— Owszem. Skr'oce robote. Ale musze zaznajomi'c sie z nimi bardzo dokladnie. Wytworzony w syntetyzatorach badon nie moze pozosta'c w miotaczu dluzej niz kilkana'scie milisekund. Najmniejsza niedokladno's'c moglaby spowodowa'c wybuch, a wiec koniec wszystkiego.

Przepraszam, ze pytam, ekscelencjo — dodal nie'smialo. — Czy urzadzenie bedzie wykorzystane za trzy dni?

— Przypu's'cmy… — odparl prezydent niechetnie. — Konstruktorze, musimy by'c szczerzy: pan jest mlody, energiczny i owladniety g'ornymi marzeniami, z kt'orych nierealno'sci zdaje pan sobie sam sprawe. No c'oz, takie jest zycie. Ot'oz ciesze sie, a nawet bardzo, ze moge doda'c panu otuchy. Czasem zycie pod naciskiem okoliczno'sci tworzy bajki. Pan 'sni sen o szcze'sciu, wiem o tym doskonale. I oto ja, zwierzchnik 'swiata i ludzi, zgadzam sie na malze'nstwo mojej jedynej c'orki z panem pod warunkiem, ze za trzy dni mozna bedzie przesuwa'c strefe dezintegracji oraz niszczy'c ciala przebiegajace obok Celestii. Prosze nie rozumie'c tego, co m'owie, w ten spos'ob, iz zmusze Stelle do malze'nstwa z panem, mlody czlowieku. Ale ani slowem nie sprzeciwie sie, jezeli ona tylko zechce. Pan rozumie? Jak na mnie, to nieprawdopodobnie duzo.

Kruk oniemial. Zagadkowy cel przebudowy miotacza, nielogiczno'sci, niedom'owienia, osoba Summersona, o kt'orego szczero'sci i prostolinijno'sci musial watpi'c… I wreszcie to ostatnie…

Uczul b'ol, fizyczny b'ol w okolicy serca. Walczyly w nim na przemian to rado's'c, ze Stella bedzie jego na zawsze, to uczucie, ze jest ona tylko karta rzucona na st'ol, a potrzebna do wygrania atutu w postaci miotacza, to gniew o profanowanie tajemnicy ich milo'sci nie wyznanej nawet sobie wzajem.

Bylo mu tez bardzo na reke, ze Summerson, wreczajac dokument umowy opatrzony wielka pieczecia i nieczytelnym, ale znanym powszechnie podpisem, uznal sprawe za zalatwiona.

Zapewniwszy, ze Kruk otrzyma pakiet akcji Sial Celestian Corporation i tytul profesora w trzy dni po wykonaniu zam'owienia, prezydent przeszedl spokojnie do uzgadniania reszty szczeg'ol'ow pracy.

— Co i w jakiej ilo'sci jest panu potrzebne, aby wykona'c zadanie? Stawiam do dyspozycji wszystko: ludzi, energie, warsztaty…

— Prosze ekscelencje o jedno zasadnicze wyja'snienie — przypomnial sobie Kruk. — Kt'ory miotacz ma by'c przebudowany? Bo ta operacja z obydwoma w trzy dni — to oczywiste szale'nstwo.

Summerson udal, ze sie zamy'slil. Wolalby dokona'c przebudowy obu miotaczy, ale zdawal sobie sprawe, iz Kruk nie klamie m'owiac o szale'nstwie. W tej sytuacji wiedzial dobrze, co ma odpowiedzie'c, i tylko przebieglo's'c kazala mu gra'c na zwloke.

— Tylny — odparl niedbale. — A drugi przygotuje pan w nastepne trzy dni. To bedzie juz praca znacznie latwiejsza. Plany sa przeciez dla obu identyczne.

— Wobec tego prosze ekscelencje o skre'slenie jednej literki i dopisanie „tylny”. Podsunal papier.

Prezydent bez slowa dokonal zmiany.

— A teraz slucham — rzekl wracajac do poprzedniego pytania.

— Przede wszystkim musze mie'c od waszej ekscelencji plenipotencje na dokonanie koniecznych zam'owie'n w Sial Celestian Corporation z adnotacja „pilne”, poniewaz tylko w tym wypadku solidnie i predko wykonaja niezbedne urzadzenia. Musze mie'c r'owniez prawo ingerencji w sprawy dotyczace elektryczno'sci, poczawszy od Gl'ownej Centrali O'swietleniowej, a sko'nczywszy na centralnym reaktorze atomowym. Na to musze mie'c druga plenipotencje.

— Upowazniam pana do dysponowania energia stosownie do wymog'ow zam'owienia — przerwal prezydent. — W og'ole nie stawiam zadnych ogranicze'n pr'ocz tego jednego: trzy dni. No, niech pan m'owi dalej.

— Elektromonter'ow Kuhna musze tez mie'c do dyspozycji, poza tym za's jego pozwolenie — tym razem jako ministra ochrony zewnetrznej, na wylaczenie miotaczy podczas prac montazowych.

— Dlaczego pozwolenie od niego?

— Bo to bad'z co bad'z naraza Celestie. Moim obowiazkiem jest uprzedzi'c ekscelencje, ze w przerwaniu pracy miotaczy kryje sie niebezpiecze'nstwo katastrofy naszego 'swiata. Przez godzine czy nawet dluzej beda one nieczynne.

— Przeciez pan na razie przerobi tylko tylny. Czy on w og'ole kiedykolwiek dziala?

— Rzeczywi'scie, nikt nie pamieta, aby cho'c raz spelnil swa funkcje. Celestia porusza sie z predko'scia 50 km/sek. w stosunku do Slo'nca. Juz ta predko's'c wystarcza, aby jakie's nawet bardzo drobne cialo uderzajac o pancerz Celestii przebilo go na wylot, wywolujac jednocze'snie eksplozje. Niewielkie ciala do 10 czy 20 miligram'ow nie stanowia niebezpiecze'nstwa dla calej Celestii dzieki specjalnej warstwie samouszczelniajacej w plaszczu naszego 'swiata. W ostateczno'sci powstanie nieduzy otw'or do kilku pomieszcze'n, kt'ore automatycznie zostana odciete od reszty 'swiata. Ciala wieksze jednak moglyby spowodowa'c bardzo gro'zne nastepstwa. Miotacze wylapuja te wla'snie ciala. Obawy wiec przed ich wylaczeniem sa zupelnie zrozumiale.

— Przesada — wtracil Summerson krzywiac sie niechetnie.

— Moze i przesada — zgodzil sie konstruktor. — Pustka miedzygwiezdna jest tak slabo wypelniona materia, iz kazde cialo wieksze od swobodnego elektronu czy, powiedzmy, atomu stanowi rzadko's'c. W naszych okolicach nieba zageszczenie materii odpowiada rozmieszczeniu masy 20 atom'ow wodoru w l cm. W przeliczeniu na miligramy wyniesie to 0,00003326 mg na l cm3 przestrzeni. Najlepszym sprawdzianem tego niech bedzie fakt, ze za mojego zycia stwierdzono zaledwie 17 drobnych uszkodze'n w plaszczu Celestii, miotacz czolowy za's dzialal raz jeden. Bylem w'owczas dzieckiem.

— Niech sie pan Kuhnem nie przejmuje. Juz ja to zalatwie. Zdaje mi sie, ze to wszystko?

Kruk skinal glowa.

— No, to niech sie pan zabiera do roboty. Plany powieli pan w domu i to jak najpredzej, po sporzadzeniu za's kopii zwr'oci mi pan natychmiast oryginaly.

Kruk wychodzil ze swej domowej pracowni. W jednej rece ni'osl otrzymane przed dwiema godzinami plany, w drugiej 'swieze kopie. W sasiednim pokoju, kt'ory sluzyl za jadalnie, usiadl na krze'sle wpatrujac sie w pierwsza kopie. Zatrzymal zdziwiony wzrok na jej g'ornym rogu, por'ownal z innymi i zamy'slil sie.

— Nad czym tam jeszcze 'sleczysz? — zagadnela go matka. — Nie widzisz, ze czekam na ciebie z kolacja?

Bernard ocknal sie z zamy'slenia.

— Niech mi mama nie przeszkadza. Przepraszam… jestem okropnie zajety. A zreszta juz ide. Rozlegl sie dzwonek i w drzwiach stanal wysoki mezczyzna w nienagannie skrojonym, czarnym garniturze. Kruk znal tego czlowieka — byl to inspektor policji, nalezacy do przybocznej strazy prezydenta. Spojrzal jeszcze raz na kopie, potem na niego i rzucil troche szorstko:

— Ma pan do mnie interes?

— Tak…

— Poufny? — zapytal Kruk slyszac w glosie przybysza zaklopotanie. Inspektor spojrzal na Mary Kruk, potem na jej dwunastoletniego synka majstrujacego co's w kacie i polozyl reke na stole.

— Prezydent Summerson polecil mi zabra'c to wszystko od pana.

— Kopie takze?

— Tak. Wszystko, jak powiedzialem. Oto upowaznienie.

Bernard przebiegl oczyma po papierze i zatrzymal je na podpisie oraz niewielkiej, podluznej pieczatce.

— Prosze — rzekl z pozorna obojetno'scia. — Wobec tego zam'owienie jest nieaktualne? Ja bez kopii nie moge rozpocza'c roboty.

— O ile wiem, ma pan czeka'c w domu na dalsze polecenia. Tu zdaje sie jest wyra'znie napisane. Czy tu niczego nie brakuje?

— Niczego.

— Oto pokwitowanie.

Bernard w zamy'sleniu odprowadzil wzrokiem wychodzacego policjanta. W chwile potem drzwi sie zn'ow rozsunely i do pokoju wpadl barczysty mezczyzna w kombinezonie. Na jego twarzy widnial grymas niezadowolenia.

— Czego te typki tu sie szwendaja?

— To ludzie prezydenta.

— Wiem. Wiem lepiej od ciebie. Ale czego oni tu chca?

— Nie denerwuj sie. Summerson przyslal go z kartka. To w zwiazku z pewna robota. Co u ciebie, stary, slycha'c?

John Mallet opadl na fotel. Z wyrazem zmeczenia ukryl twarz w dloniach, tak ze wida'c bylo tylko ich szorstka, spekana sk'ore, a wyzej srebrzaca sie czupryne.

— Bylem u ciebie przed godzina — zaczal z wolna. — Matka m'owila, ze jeste's bardzo zajety i nie wie, kiedy sko'nczysz.

— 'Zle sie sklada, Johnny. Nie wiem, czy duzo czasu bede ci m'ogl po'swieci'c. Ale ciesze sie, ze's przyszedl. Siadaj do stolu.

Obaj mezczy'zni zajeli miejsca obok siebie, a maly James naprzeciw. Mary Kruk wniosla na st'ol spora mise z dymiaca pieczenia barania w tlustym sosie i druga pelna grubego makaronu, po czym zajela miejsce obok mlodszego syna.

— Przyjemnie popatrze'c, ze sie komu's jeszcze powodzi. U mnie od dawna nie pachnialo mieso — zauwazyl Mallet nakladajac na sw'oj talerz skromna porcje. — Pracuje dwa dni w tygodniu.

— Bierz wiecej — zapraszal Kruk.

— Wezme. Dlaczego nie? Ale w miare, bo po co zoladek przyzwyczaja'c do syto'sci.

— Johnny, czuje w tym wszystkim skryta wym'owke. Przeciez wiesz, ze je'sli zyje dostatnio, to nie cudza krzywda ani plama na honorze. Zarabiam po prostu swoje 600 doliod'ow, kt'ore mi placi Summerson. Mialbym zazada'c obnizki? Chcesz, wystaram ci sie o dodatkowe zajecie w Sial.

— Na miejsce Henry'ego Wooda lub Jima Browna, kt'orych wyrzuca z roboty. Nie, nie o to chodzi.

Zamy'slil sie na chwile.

— Znam cie od takiego — rozpoczal pokazujac reka nieco wyzej podlogi. — Pracowali'smy wtedy z twym ojcem u Kuhna. Przy jednakowych warsztatach. Byla to niby robota lekka, bo maszyny robily same, trzeba bylo tylko doglada'c.

Przerwal na chwile.

— Lekka… lekka robota… — u'smiechnal sie gorzko — Miale's czterna'scie lat, niewiele wiecej od mojego Toma kiedy tw'oj ojciec zachorowal. Doktor Roth „powiedzial, ze nie wie, co to za choroba, ale klamal w zywe oczy. Tak mu widocznie kazali. Twoj ojciec wiedzial, ze sie z tego nie wylize, ja wiedzialem r'owniez. Nie wiem, czy parnietasz, ze poszedlem wtedy do samego Kuhna Ferdynanda, brata obecnego ministra. Do tego samego kt'ory pare lat temu odebral sobie zycie w stanie zamroczenia. Nie chcieli mnie wpu'sci'c, ale tak sekretarke skolowalem m'owiac, ze przynosze wiadomo's'c bardzo potrzebna szefowi, ze dostalem sie. Przyjal mnie uprzejmie, a jakze, nie powiem… Z pozoru byl gladki czlowiek. Dopiero po, 'smierci — okazalo sie, ze to narkoman i zwyrodnialec. Powiedzialem mu, ze Godfrey Kruk umiera, bo nie naprawiono uszkodzonej przed kilku miesiacami ochrony zabezpieczajacej przed promieniowaniem. Kuhn udal zdziwienie twierdzac, ze trzeba bylo w tej sprawie zwr'oci'c sie do kierownika hali, a nie do niego. Powiedzialem mu wiec, ze Sherington wiedzial. Ze chodzili'smy az do wicedyrektora. A p'o'zniej, ze trzeba da'c rodzinie odszkodowanie, kt'ore pozwoliloby jej zy'c troche po ludzku. Kuhn, jak tylko to uslyszal, oparl reke na malej figurce stojacej u niego na biurku i nagle jakby strumie'n cieplej wody uderzyl mnie po nogach. W pierwszej chwili nie wiedzialem, co to znaczy. Potem jednak zaczelo tak diabelnie pali'c, ze w ko'ncu czlowiek bylby wyl z b'olu.

— Fale Green-Bolta…

— Tak. Ale wtedy jeszcze nie wiedzialem, co to takiego. Zacialem zeby i stoje. A on jeszcze z u'smiechem zacheca: „M'owcie dalej, slucham…” czy co's w tym rodzaju. My'slalem, ze to mozna wytrzyma'c, ale nie, nie mozna, trzeba mie'c nerwy ze stali, aby to przypiekanie znie's'c. Nie wytrzymalem, zaczalem sie cofa'c. Spychal mnie tak ukrytym gdzie's reflektorem az do drzwi. Nie wytrzymalem — westchnal. — To jego 'slad — Kuhna.

Podni'osl nogawke spodni pokazujac czerwona blizne jak po oparzeniu.

Kruk patrzyl ponuro na blizne.

Wkr'otce po zdarzeniu, kt'orego obraz wydobyl Mallet z kregu wspomnie'n, ojciec Bernarda rzeczywi'scie umarl. Dorastajacy chlopiec i wdowa spodziewajaca sie dziecka staneli oko w oko z tym, co Summerson z wyzyn prezydenckiego tronu pompatycznie zwykl byl nazywa'c losem: z podlo'scia ludzi rzadzacych w Celestii. Mary Kruk z trudem, tylko dzieki pomocy koleg'ow zmarlego meza, znalazla zajecie. Jako niewykwalifikowana robotnica pracowala ponad sily w Sial, zeby zarobi'c bodaj na suchy chleb dla syna.

Wkr'otce tez zabraklo jej sil. Wyrzuceni z mieszkania, tulali sie w'owczas po starych skladach na 73 poziomie. Bernard opu'scil matke nie chcac by'c dla niej ciezarem. Dolaczyl sie wtedy do grupy bezdomnych dzieci zyjacych z kradziezy i zebractwa. Ten stan nie trwal na szcze'scie zbyt dlugo. W krytycznej chwili, przed samym urodzeniem Jamesa — mlodszego brata Bernarda — przyszedl im z pomoca Mallet. Skromny zasilek, pochodzacy podobno z jakiej's „tajnej kasy”, nie m'ogl wystarczy'c jednak na dlugo. John wystaral sie dla pietnastoletniego Bernarda o zajecie w warsztatach Frondy'ego.

To szcze'scie dziesieciogodzinnej har'owki za porcje zupy i pie'c doliod'ow tygodniowo zawdzieczal chlopiec nie tylko Malletowi. Byl bardzo zdolny — stale tez co's majstrowal i dlubal. Caly dzie'n krecil sie kolo warsztat'ow, przepedzany przez technik'ow i nadzorc'ow. Jeszcze za zycia ojca, gdy mial lat dwana'scie, skonstruowal zabawke, kt'ora p'o'zniej stala sie prototypem d'zwigu talerzowego. Frondy kupil w'owczas od niego te zabawke za pie'c doliod'ow.

Inzynier Toddy…

Z nazwiskiem specjalisty budowy maszyn wiazal sie 'sci'sle szcze'sliwy zwrot w ponurym, zdawaloby sie bez zadnych widok'ow na lepsza, przyszlo's'c zycia, podrastajacego Bernarda. Inzynier Toddy byl tym, kt'ory jako rzeczoznawca ocenial jego zabawke. Pewnie rozumial, ze biednemu chlopcu co's wiecej sie nalezy niz 5 doliod'ow, ale jak mial to powiedzie'c wsp'olwla'scicielowi jednego Z najwiekszych przedsiebiorstw Celestii, kt'ory juz przeciez zaplacil?

Po roku pracy w warsztatach Frondy'ego zycie Bernarda wkroczylo w nowy etap. Toddy zajal sie nim. Jemu zawdzieczal Bernard swoje 600 doliod'ow, jemu takze zawdzieczal, ze nie nabawil sie tej okropnej choroby, kt'ora mieszka'nc'ow g'ornych poziom'ow przygarbiala przedwcze'snie. Inzynier byl samotny i chcial prawdopodobnie przekaza'c spadkobiercy swoja wiedze. A moze pragnal takze wyr'owna'c niesprawiedliwo's'c zagrabienia przez Frondy'ego dziecinnej zabawki?

„Z ta jego 'smiercia tez nie byla czysta sprawa — rozmy'slal Bernard. — Trudno uwierzy'c, zeby poszedl na basen w nocy i ni stad, ni zowad utopil sie. Przeciez plywal 'swietnie. Pewnie narazil sie komu's dostojnemu albo za duzo wiedzial. Oni takich diabelnie nie lubia”.

Bernard ocknal sie z zadumy i spojrzal gleboko w oczy Malleta.

Mallet poruszyl sie.

— Moze wydaje ci sie, ze wyciagam sprawy, kt'ore byly i nie wr'oca — zaczal z wolna.

— Wla'snie dobrze, ze przypomniale's mi tamto — przerwal Bernard. — Teraz zwlaszcza… M'ow dalej. To sprowadza czlowieka na ziemie. Trze'zwo m'owisz.

— C'oz dziwnego? Trze'zwy jest 'swiat, w kt'orym zyjemy. Cholernie trze'zwy. Ale ty sie 'spieszysz, a ja przyszedlem w innej sprawie. Je'sli napomknalem o rzeczach, kt'ore dobrze znasz, to nie dlatego, zeby winszowa'c ci bad'z co bad'z kariery, i nie dlatego, zeby ja potepia'c. Chcialem po prostu przypomnie'c ci, kim byle's ty, kim byl tw'oj ojciec…

Przysunal sie blizej.

— Chcialbym z toba porozmawia'c w cztery oczy — rzucil 'sciszajac glos.

— Przejd'zmy do pracowni — rzekl Bernard wstajac.

— Czy nie ma tu gdzie aparat'ow podsluchowych? — Mallet rozejrzal sie podejrzliwie po 'scianach i podlodze.

— Wykluczone. Moja w tym glowa i interes. Czego sie obawiasz?

— To, co powiem, nie powinno przesiakna'c poza te 'sciany. Wiem, ze ty umiesz trzyma'c jezyk za zebami, ale „sprawiedliwcy” maja nie tylko dlugie rece, ale i dobre uszy. To, co powiem, jest sprawa moze nawet i gardlowa.

— Nie obawiaj sie. Wiec co takiego sie stalo?

— Nic sie nie stalo, mam tylko do ciebie pewna pro'sbe. A wla'sciwie dwie pro'sby.

— Wiesz, ze zrobie wszystko, co bede m'ogl.

— Ze bedziesz m'ogl, to wiem, ale chodzi o to, aby's chcial.

— No m'ow wreszcie, o co chodzi — zniecierpliwil sie Bernard.

— Znasz Korle? Franciszka Korle? Tego, kt'orego zwolnili ze Sial, gdy sie rozchorowal na reumatyzm?

— Znam. Chcesz, abym mu w czym pom'ogl? Oczywi'scie. Zrobie, co bede m'ogl.

— Nie o to chodzi. Korla ma osiemnastoletniego syna, Will mu na imie. Niezwykle zdolny chlopak. Stary Horsedealer uczyl go matematyki i fizyki, inzynier Smith uczyl go chemii. Duzo tez od Hartleya skorzystal. Ot'oz dobrze by bylo, gdyby's sie nim zajal.

— Ja? — zdziwil sie Bernard.

— Tak, ty. Wiem, ze twoim asystentem jest Jim Bradley. Na oficjalne przyjecie drugiego ucznia, zwlaszcza z „szarych”, Summerson ci nie pozwoli. Nie o to nam zreszta chodzi, aby dawa'c „sprawiedliwcom” jeszcze jednego wybitnego fachowca, kt'ory bedzie im sluzyl. Chodzi o to, aby's ty wyksztalcil Willa na wysoko wykwalifikowanego specjaliste, i to nie w jednej dziedzinie. Chodzi o to, aby's mu dal swa wiedze. Oczywi'scie o tym, ze ty go uczysz, nie moze nikt wiedzie'c. Wiesz najlepiej, jak „sprawiedliwcy” dbaja o tajemnice wszystkich urzadze'n.

Bernard byl zaskoczony propozycja. C'oz za dziwne pomysly ma ten Johnny…

— Po co mam go uczy'c, je'sli nadal bedzie tak jak jego ojciec klepal biede? Mallet skrzywil sie niechetnie.

— Wiec odmawiasz?

— Nie odmawiam, ale nie rozumiem celu tej calej kombinacji.

— Chcemy mie'c swego czlowieka, wybitnego fachowca, kt'ory bedzie znal na wylot Celestie, a jednocze'snie bedzie jednym z nas — „szarym”. Takim jak jest Horsedealer.

— Ale po co, u diabla?

— Po to, aby bylo nam lepiej — odrzekl John ukrywajac z trudem niezadowolenie, w kt'ore wprawiala go indagacja Kruka.

— No i w czym ci taki specjalista bez stanowiska pomoze?

— Pomoze i to bardzo. Dam przyklad. Jest to wla'sciwie moja druga pro'sba. Wiesz sam, jaki zaduch panuje w dzielnicy niewolnik'ow. Morgan ogranicza im stale procent tlenu, oszczedza, jak m'owia: „na ostatnia godzine”…

— Nigdy nie posadzilbym o to Franka Morgana…

— Niewazne, skad wyszla inicjatywa. Niewykluczone, ze kt'ory's z dyrektor'ow Morgana dogadal sie z kierownictwem innych przedsiebiorstw, do kt'orych naleza niewolnicy. Nie bardzo jednak wierze, aby to odbywalo sie bez wiedzy Morgana. W kazdym razie kto's na tym nie'zle zarabia. Chodzi o to, aby pom'oc czarnym. Ot'oz Will razem z kilkoma zaufanymi technikami opracowal projekt pewnych urzadze'n. Taki aparat bedzie mozna ustawi'c w jakim's niewidocznym miejscu. Powiedzmy, na polach Mellona, aby wyciagal tlen z powietrza tam, gdzie go jest w nadmiarze. P'o'zniej przeniesie sie te substancje chlonna na dolne poziomy i wyciagnie z niej tlen. Urzadzenie to jest oparte na tej samej zasadzie, co pochlaniacze Morgana. W ten spos'ob damy troche wiecej tlenu czarnym.

— Alez to kradziez!

— M'owisz, ze kradziez? Przeciez tu chodzi o powietrze — rzecz niezbedna do zycia. Czy ty wiesz, co to za tortura, gdy sie pozbawi kogo's dostatecznej ilo'sci tlenu? Dowiedzialem sie o tym, gdy mnie przed trzema laty przesluchiwaly zbiry Godstona. Zreszta, to nie kradziez, a po prostu odebranie zlodziejom lupu.

— Tak. Masz racje. Ale… — zawahal sie Bernard. — No wiec, czego chcesz „de mnie?

— Aby's pom'ogl rozwiaza'c pewne trudno'sci techniczne.

— Nie chce sie miesza'c do tej historii.

— Wystarczy, ze przejrzysz szkice i poczynisz poprawki. Wiec jak?

Bernard toczyl z soba walke. Czul, ze Mallet ma racje i jego, Kruka, obowiazkiem jest pom'oc w ratowaniu tamtych z dolu. A jednak… Byl przeciez generalnym konstruktorem rzadowym, mial wkr'otce sta'c sie udzialowcem Sial i zieciem wszechwladnego prezydenta Summersona.

— Teraz sam rozumiesz, dlaczego chcemy mie'c swego wlasnego wybitnego specjaliste — rzekl z westchnieniem Mallet. — Ty, niestety, juz zbyt daleko odszedle's od nas. Za wcze'snie zginal Toddy…

Slowa Malleta zastanowily Bernarda. Czyzby Toddy stal sie jego mistrzem nie tylko z wlasnej inicjatywy? Chcial teraz wiedzie'c wszystko. Natychmiast…

— Powiedz mi, Johnny, szczerze. Czy to, iz zostalem asystentem Toddy'ego… — nie doko'nczyl, wpatrujac sie z napieciem w twarz Johna.

— Tak. Toddy, cho'c nie pochodzil z „szarych” jak ty, byl jednak nasz. Ty's mial by'c jego nastepca nie tylko na stanowisku konstruktora rzadowego… Zginal jednak zbyt wcze'snie. Potem tamci, „sprawiedliwcy”, potrafili przewr'oci'c ci w glowie.

— Alez Johnny! Jak mozesz tak m'owi'c? Mallet nie odpowiedzial. Patrzyl tylko ze smutkiem w oczy Bernarda. Kruk jednak nie wahal sie juz dluzej.

— Czy masz te szkice przy sobie?

— Mam — Mallet siegnal do bocznej kieszeni kombinezonu i wyciagnal duzy notes. — Tu sa odreczne szkice i obliczenia Willa. Znajdziesz tam r'owniez projekty kilku innych aparat'ow i pomysly ulepsze'n. Zorientujesz sie, co chlopak umie.

Kruk poczal machinalnie przerzuca'c kartki. Naraz uwage jego przykul jaki's rysunek. Na twarzy konstruktora odbilo sie zdziwienie.

— Przeciez to…

— Tak — u'smiechnal sie John. — To reflektor Green-Bolta. I tym tez trzeba sie interesowa'c. Teraz Bernard zrozumial, dlaczego Mallet przypomnial mu ponura scene z lat mlodo'sci.

— Czy… czy… Czy to prawda, ze stowarzyszenie Nieugietych dziala nadal? — zapytal 'sciszajac odruchowo glos. — Podobno…

— A wiec, jak sie umawiamy? — przerwal John. — M'owile's, ze jeste's bardzo zajety, ale chyba troche czasu znajdziesz, aby zaja'c sie tym notesem.

— Za pare dni bede mial wiecej czasu. Dam ci zna'c. Ustalimy w'owczas r'owniez zasady kontaktu z Willem. Prosze cie jednak, pamietaj, ze niezaleznie od tego, jak potocza sie moje losy, pozostane zawsze sercem z wami — dodal u'swiadamiajac sobie, jakie wrazenie moze wywrze'c na Mallecie wiadomo's'c o jego malze'nstwie ze Stella Summerson i udziale w Sial.

— Oj, Ber! — odrzekl z westchnieniem John. — Serce to jeszcze bardzo niewiele. Czy moge na ciebie liczy'c?

— Mozesz — potwierdzil Bernard z przejeciem. Nagle dal sie slysze'c kr'otki dzwonek.

— Wracajmy do pokoju — rzucil nerwowo Bernard chowajac po'spiesznie notes do szuflady. W chwile p'o'zniej do jadalni wszedl inspektor z teczka. Obrzucil Malleta nieprzyjaznym spojrzeniem i podchodzac do konstruktora powiedzial:

— Ja w sluzbowej sprawie do pana… Kruk ruchem reki wskazal drzwi do pracowni. Gdy znale'zli sie sami, funkcjonariusz policji otworzyl teczke i wysypal jej zawarto's'c na st'ol.

— Dwadzie'scia dwie kopie — o'swiadczyl. — Wszystkie. Niech pan sprawdzi. Kruk usiadl i zaczal przelicza'c. Pomylil sie, zaczal liczy'c od poczatku, wreszcie wykrztusil „w porzadku”, niepewnie spojrzal na inspektora i machinalnie podpisal podsuniete mu pokwitowanie.

Po wyj'sciu inspektora wr'ocil do jadalni, lecz nie zastal juz Malleta.

Stal chwile z kopiami plan'ow w rekach. Jeszcze raz wpatrzyl sie w nie, jak gdyby oczom nie wierzyl.

Summerson poobcinal rogi. I to tylko tam, gdzie byla owa zagadkowa piecze'c — por'ownywal niedawne spostrzezenia poczynione bezpo'srednio przed zabraniem plan'ow przez inspektora… Niezrozumiala tre's'c pieczeci, tajemniczy wyraz i zaraz dalej data. Data sprzed przeszlo czterystu lat! To wszystko utkwilo mu wyra'znie w pamieci. Niejasne, ale gwaltowne watpliwo'sci rosly w jego umy'sle. Nigdy nie dowierzal Summersonowi. Teraz postanowil dociec prawdy za wszelka cene.

— Waszyngton 23.03.1982… — wyszeptal w zamy'sleniu. Wyciagnal notes i na wyrwanej kartce napisal:

Biuro Studi'ow Wojny Kosmicznej. CM-2 Wm 4a. Zatwierdzone do budowy. Waszyngton 23.03.1982 r.


Krzysztof Boru \n Andrzej Trepka Zagubiona Przysz lo\s\c | Zagubiona Przyszłość | Tajemnica przestaje by \c tajemnica