home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z
Ŕ Á Â Ă Ä Ĺ Ć Ç Č É Ę Ë Ě Í Î Ď Đ Ń Ň Ó Ô Ő Ö × Ř Ů Ý Ţ ß


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | ôîđóě | collections | ÷čňŕëęč | ŕâňîđŕě | add

đĺęëŕěŕ - advertisement



Tajemnica przestaje by'c tajemnica

Kruk nerwowym ruchem odgarnal wlosy. U jego st'op lezala plaza otaczajaca waska podkowa basen. Przemywany co kilka dni jasnokremowy piasek, kt'orego wszystkie ziarenka byly jednakowe ksztaltem, miligramowa masa i prostym skladem chemicznym, stwarzal zludzenie, ze dopiero co wyrzucila go pradem wody natura, by w tej dziewiczej formie ujrzeli go ludzie i nazwali plaza. Ale tylko okolo stu mieszka'nc'ow posiadalo przywilej korzystania z tego komfortowego kapieliska, zwanego od niepamietnych czas'ow Jeziorem.

Konstruktor wszedl wprost na piasek omijajac prawidlowa droge wiodaca przez szklana kule, w kt'orej znajdowal sie bufet i szatnia. Portier znal go dobrze, wiec nie zapytal o karte wstepu.

Powietrze bylo tu wyjatkowo 'swieze i przepojone delikatnym zapachem bzu, unoszacym sie z wody basenu. Kruk rozebral sie szybko i stanal nad brzegiem. Spojrzal z zadowoleniem w biale, 'swiecace lustro dna, kt'ore wydawalo mu sie o wiele blizsze, niz bylo w rzeczywisto'sci.

Rozpostarl rece i skoczyl w czysta to'n. Wyplynawszy na 'srodek odpoczywal patrzac w g'ore. Ogromne malowidlo, dzielo nieprzecietnego artysty, przedstawialo piekna, mloda kobiete z dlugimi zlocistymi warkoczami. Jedna noga kobieta oparla sie o co's przypominajacego plaski, symetrycznie pofaldowany talerz.

Kruk przypomnial sobie, ze stary nauczyciel Horsedealer m'owil mu kiedy's, iz tre'scia obrazu jest jaka's bajka, kt'orej nikt juz nie potrafi opowiedzie'c, to za's malowidlo stanowi podobno kopie dawno zaginionego, slawnego ongi's obrazu.

Ludzie podziwiali malowidlo, podziwiali piekno's'c mlodej kobiety, dziwili sie jej niezwykle harmonijnym proporcjom ciala i gladkiej cerze, a zwlaszcza smuklej, ksztaltnej szyi, jakze r'oznej od szyi niemal wszystkich mieszka'nc'ow Celestii, zdeformowanych zaburzeniami tarczycy. Niekt'orzy m'owili, iz tak beda wyglada'c kobiety na Juvencie — ziemi obiecanej ludziom przez Boga.

Kruk czul sie rze'sko i 'swiezo, byl zadowolony, iz pomimo az tak naglacej roboty, a raczej wla'snie dlatego, przyszedl na basen. W najblizszych dniach bedzie musial zrezygnowa'c z rannej kapieli. Wiedzial, ze minuty jego sa drogie, wierzyl, ze wy'scig z czasem, zwycieski wy'scig, uczyni go panem wielkiego szcze'scia, kt'ore narzucilo mu sie samo. Patrzyl wciaz w g'ore, coraz slabiej dostrzegajac zaklete pedzlem mistrza piekno. Oddawal sie marzeniu.

Kapiacych sie o tak wczesnej porze bylo niewiele. Nie spostrzegal ich zreszta. Nie widzial tez zgrabnej, czarnookiej dziewczyny o figlarnie zadartym nosku, kt'ora ulokowala sie obok jego ubrania.

Daisy Brown — reporterka telewizyjna — polozyla sie na piasku i siegnela do malej torebki z z'oltego plastyku. Wyjela lustrzana puderniczka, zdjela czepek i rozczesywala wlosy. Szybko przerzucila wnetrze torebki — papieros'ow nie bylo. Do bufetu i's'c jej sie nie chcialo. Rozejrzala sie wokolo. Spostrzegla Kruka — plynal wzdluz basenu, wolno, nie patrzac na brzegi. Wiedziala, ze Bernard zawsze nosi przy sobie papierosy. Potoczyla sie po piasku do miejsca, w kt'orym lezala jego bluza. Szybkim ruchem rozsunela zamek blyskawiczny.

Nie byla to kradziez. Znali sie od dzieci'nstwa i miala pewno's'c, ze kiedy poczestuje go „Old Mellonem”, a p'o'zniej wyja'sni, skad ma papierosy, Bernard roze'smieje sie tylko i powie: „mozesz cze'sciej”.

Lecz oto Daisy, zamiast pudelka papieros'ow, wyciagnela maly portfelik, z kt'orego wypadla na piasek zlozona w czworo kartka papieru. Wydalo sie jej, ze to los prezydenckiej loterii. Postanowila zobaczy'c numer i powr'ozy'c, czy wygra. Byla przesadna: wierzyla w szcze'sliwe i pechowe skojarzenia cyfr.

Rozwinela papier. Zaciekawienie jej wzroslo na widok duzej owalnej pieczeci, kt'orej artystyczne walory mogla parokrotnie podziwia'c. Byla to tradycyjna piecze'c osobista prezydenta.

Daisy szeroko otworzyla oczy. Jej zaciekawienie ustapilo miejsca oslupieniu: piecze'c byla jeszcze niczym w por'ownaniu z tre'scia pisma, kt'ora podzialala na reporterke jak wstrzas elektryczny.

Daisy lubila sw'oj zaw'od, w kt'orym pracowala od trzech lat. Bedac zdolna i pracowita wierzyla w swoja przyszlo's'c, nie miala jednak wielkich szans na to, zeby sie wybi'c: brakowalo jej pieniedzy i oparcia w 'sredniej sferze. Pamie'c ludzka latwo siegala czas'ow, kiedy ojciec jej byl dozorca magazyn'ow w zakladach wl'okienniczych van Moore'a. P'o'zniej, kiedy z ciulanych latami oszczedno'sci zalozyl nedzny sklepik z zabawkami, wypominano mu tamto. Niejeden dwuznacznie krecil glowa: skad ten „szary” dorobil sie na tyle, zeby m'oc uniezalezni'c sie od van Moore'a?

Daisy jako kobiecie bylo jeszcze trudniej: nie tylko zmniejszalo jej to pensje o polowe w stosunku do koleg'ow. Dogmat biblijny o umyslowej nizszo'sci kobiet towarzyszyl jak zmora kazdej, kt'ora chciala zdoby'c niezalezno's'c, wlasna prace, wlasne pieniadze. Wyjatek stanowily piekno'sci, pod warunkiem, ze nie narazaly sie szefom niemila obojetno'scia, niewdzieczno'scia — jak oni to nazywali zazwyczaj. Daisy nie zaliczala sie do nich.

Pole do dzialania miala do's'c ograniczone. Pisala i m'owila o rzeczach powszednich, o tym, co inni wiedzieliby i bez jej audycji. Ze ubierala to w ladna forme, ze miala zaciecie do pi'ora — utrzymywala sie jako's na powierzchni. Parokrotne pochwaly Greena, gl'ownego wla'sciciela i dyrektora wezla telewizyjnego, pozwalaly jej snu'c jaka taka nadzieje na przyszlo's'c, o ile czyja's nieoczekiwana podlo's'c lub intryga nie zwichnie jej drogi zyciowej.

W tej chwili trzymala w reku klucz, kt'ory powinien otworzy'c przed nia droge do kariery.

— Kariera!!! — zaszumialo jej w uszach.

Uprzytomnila sobie, ze przeciez nie moze ukra's'c tego, co zn'ow dla kogo's jest kariera i czym's o wiele drozszym.

Odwr'ocila sie plecami do wody i rozlozyla kartke na piasku tak, aby to nie zwr'ocilo niczyjej uwagi. Otworzyla notes i slowo po slowie, wiersz po wierszu rzucala na papier zawrotnie szybki, ale dokladny stenogram.

Kruk podplywal do brzegu, gdy reporterka schodzila juz z piasku. W okamgnieniu znalazla sie w szatni, byle jak najszybciej stana'c przed Greenem, zapozna'c go z wiadomo'scia, jakiej mu nigdy nie przyni'osl zaden z dziennikarzy.

— Kariera!!! — stuknela winda unoszac Daisy tam, dokad ja pchnela zadza powodzenia.

Wychodzac od prezydenta Kruk mial glowe zaprzatnieta la'ncuchem dziwnych spraw, kt'orego poszczeg'olne ogniwa rwaly sie, nie tworzac logicznej calo'sci. Najbardziej ciekawil go tajemniczy napis usuniety przez Summersona z plan'ow miotacza, ale Kruk nie m'ogl indagowa'c o to prezydenta. Kr'otka rozmowa dotyczaca szczeg'ol'ow technicznych przebudowy, zako'nczona akceptacja plan'ow opracowanych przez Kruka, nie przyniosla rozwiazania zagadki.

Konstruktor zjechal winda na dwunasty poziom do biur Sialu, gdzie szybko zalatwil formalno'sci i otrzymal zapewnienie, iz zaklady przystapia niezwlocznie do wykonania zam'owienia. Zaopatrzony w odpowiednie zlecenia postanowil natychmiast uda'c sie do dzielnicy przemyslowej. Wla'snie skrecil w korytarz prowadzacy do windy centralnej, gdy niespodziewanie wylonila sie przed nim wysoka, chuda posta'c i rozkrzyzowawszy rece w milczeniu zagrodzila mu droge. Byl to mezczyzna niewiele starszy od Bernarda, o ogromnym wolu i wylupiastych oczach. Na ramiona mial narzucony z'olty, poplamiony koc, z kt'orego brzeg'ow zwieszaly sie poprzyczepiane r'oznobarwne wstazki.

— Niech bedzie pozdrowione po wszystkie czasy 'swiete imie genialnego ojca naszego, jego ekscelencji prezydenta Edgara Summersona! — zawolal ochryple. — Niech bedzie otoczone szacunkiem imie jego wiernego slugi, konstruktora Kruka! Zbliza sie dzie'n ich triumfu!

— Dobrze, juz dobrze, Harry — Bernard usilowal uwolni'c sie z oplatajacych go ramion. — Pu's'c mnie. Bardzo sie spiesze…

Twarz Harry'ego wyrazala rozpacz.

— Nie puszcze cie!

— Alez Harry, uspok'oj sie. Wszystko bedzie dobrze… Konstruktor postapil krok naprz'od.

— Nie wolno! — zawolal oblakany rozdzierajaco.

— Dlaczego mnie nie chcesz pu'sci'c?

— Bo tam… — oczy Harry'ego staly sie jeszcze bardziej wylupiaste. — Tam pieklo!

Nachylil sie gwaltownie do ucha Bernarda i szeptem, jakby zdradzajac mu jaka's wielka tajemnice, wyrzucil z siebie:

— Lochowi zdechly trzy zielone kozy.

— Zielone?

— Tak. Sam widzialem, jak wyciekaly im z rog'ow. To byly aktualne, male, z'olte Greeny. A ty jeste's przeciwny?

— Alez skad? — zaprzeczyl po'spiesznie Kruk. — Zgadzam sie z toba zupelnie. Ale, niestety, teraz nie mam czasu. Przyjde do ciebie do domu, to porozmawiamy.

— Idziesz? — zapytal oblakany nie wypuszczajac go z obje'c.

— Musze!

— No to id'z! Ale nie tedy! Nie tedy! — tu grozi ci 'smier'c. 'Smier'c! Pieklo!

Pu'scil Kruka zagradzajac mu jednak droge. Ten wahal sie chwile, wreszcie doszedlszy do wniosku, ze nie warto drazni'c wariata, rzekl:

— No, to do widzenia — i zawr'ocil ku bocznej, kr'otkodystansowej windzie. Juz dochodzil do zakretu, gdy rozlegl sie za nim okrzyk:

— Ber!

— Czego chcesz?

— Pamietaj! Unikaj starego diabla! Koniecznie! Z zielonymi nogami… sto-lo-wy-mi!

— Dobrze! Dobrze!

Bernard przy'spieszyl kroku. Jeszcze zza rogu dobieglo go ochryple wolanie:

— Niech bedzie pozdrowione po wszystkie czasy 'swiete imie naszego genialnego diabla, jego ekscelencji prezydenta Edgara Summersona, i jego wiernego slugi, konstruktora Kruka!

Bernard pojechal na 18 poziom, aby doj's'c najkr'otsza droga do windy centralnej.

Przed wej'sciem do siedziby prezydenta stalo dw'och straznik'ow z elektrytami przewieszonymi przez ramie. Straznicy wyprezyli sie na widok gl'ownego konstruktora rzadowego.

„Gdybym m'ogl teraz spotka'c sie ze Stella — pomy'slal Kruk. Ilez tajemnic, do niedawna najskrytszych, mialby jej dzi's do wyznania! Co ona teraz powie, po oficjalnie wyrazonej zgodzie ojca na ich malze'nstwo? Jeszcze wczoraj wydawa'c sie to moglo ba'snia z rzedu tych najbardziej niedorzecznych”.

Mimo prezydenckiego przyrzeczenia i znacznej dozy pewno'sci, ze powierzona sobie prace wykona w terminie, Bernard czul jednocze'snie jakby lek przed tym spotkaniem. Wiedzial, ze w zaklopotaniu nie otworzy ust, w przeciwie'nstwie do dotychczasowych spotka'n na basenie, tylekro'c wypelnianych beztroskim 'smiechem obojga. 'Smiech ten na pewno nie byl mily Summersonowi, gdy wszedobylskie „wierne oczy” i „wierne uszy” informowaly go w wieczornym unizonym raporcie o jednym wiecej dniu Celestii, kt'ory odplynal w przeszlo's'c.

Na plantach otaczajacych siedzibe rzadu panowal jak zwykle w tych godzinach niewielki ruch. Jednostajnie mrugal mieniacy sie wszystkimi barwami teczy wielki napis na suficie: „Niech zyje najmedrszy, najsprawiedliwszy ojciec wszystkich ludzi, prezydent Edgar Summerson!”

Bernard spojrzal odruchowo na napis i uczul nieprzyjemny dreszcz. Przypomnialy mu sie slowa Harry'ego.

Podszedl do windy i mial zamiar pojecha'c w g'ore, gdy w otwartych drzwiach ukazaly sie dwie postacie.

Profesor Schneeberg wysunal sie naprz'od z wyciagnietymi rekami. Za nim podazal Williams, sekretarz osobisty prezydenta.

— Nareszcie cie mamy!

— Powinszowa'c! — wt'orowal Williams.

Kruk odczul serdeczno's'c powitania, ale nie rozumial, o co chodzi. Przybysze popatrzyli na siebie ze zmieszaniem. Byli zaskoczeni.

— Czyzby's sie nie cieszyl? — zapytal Schneeberg.

— Z czego?

— No, jak to? Nie ma czlowieka, kt'ory by nie zazdro'scil ci wielkiego losu. To wszystko brzmi wprost fantastycznie!

Konstruktor oniemial. To, co przezyl w ciagu ostatnich godzin, rzeczywi'scie wygladalo na ba's'n, ale skad ci dwaj moga o tym wiedzie'c? Z pewno'scia tylko zbieg okoliczno'sci. Summerson przeciez nakazal bezwzgledna tajemnice, wszelkie za's pisma i plenipotencje dotycza budowy jedynie pewnych przyrzad'ow lub cze'sci, nie wspominajac, do czego maja sluzy'c. Kruk nie wyobrazal sobie, jaka droga to wszystko mogloby przedosta'c sie poza 'sciany prezydenckiego gabinetu.

— Nie rozumiem. Williams obruszyl sie.

— Po co chcesz robi'c durni'ow z ludzi, kt'orzy ci dobrze zycza? Zenisz sie z c'orka prezydenta… Dostale's jaka's ekstra-prace do wykonania, kt'orej nie powierzono nikomu, tylko wla'snie tobie. Cieszysz sie, czlowieku, jak mlody b'og, a nie chcesz tego przyzna'c.

Kruk poczul zawr'ot glowy.

— Ale… skad wy to wiecie? Czy prezydent m'owil wam?

— Przesta'n dziwaczy'c. Przed piecioma minutami telewizory w calej Celestii oglosily o tym.

— Te-le-wi-zo-ry? Bredzisz, czlowieku. Skoro wiesz, to wiesz, ale nie ode mnie. To przeciez miala by'c naj'sci'slejsza tajemnica!

— Sluchaj uwaznie — rzekl Schneeberg powoli. — Jakie's dwadzie'scia minut temu nadawano audycje brzmiaca prawie doslownie tak:

„Dowiadujemy sie z k'ol dobrze poinformowanych, ze pan prezydent Edgar Summerson wreczyl wczoraj w poludnie konstruktorowi rzadowemu Bernardowi Krukowi na prywatnej audiencji dokument nastepujacej tre'sci: Zobowiazuje sie wyrazi'c zgode na malze'nstwo mojej jedynej c'orki, Stelli Summerson, z konstruktorem rzadowym Bernardem Krukiem, jezeli ten w terminie 3 dni, liczac od dzi's, godziny szesnastej, opracuje, zmontuje i przysposobi do praktycznego dzialania urzadzenie pozwalajace na reczne kierowanie miotaczami i dwuzakresowe regulowanie strefy dezintegracji w granicach… ” P'o'zniej nastepowaly liczby i jeszcze jakie's wymaganie pod twoim adresem. Tak mnie to zelektryzowalo, przyznaje, ze nie pamietam zako'nczenia.

Kruk sluchal tego ze wzrastajacym niepokojem.

Pierwszym jego odruchem bylo siegna'c do kieszeni.

Otworzyl portfel. Gdy uczul pod palcami prezydenckie zobowiazanie, nie rozumial juz zgola nic. A wiec nie wykradziono mu go? Kto w takim razie opublikowal tre's'c dokumentu? Summerson? Kto's z jego najblizszego otoczenia? Raczej wykluczone. A wiec kto's od Greena. Ale kto? Przypomnialo mu sie, ze widzial Daisy na plazy. Czy mozliwe, aby ona popelnila takie 'swi'nstwo?

— Moze by'smy sie przespacerowali? — zaproponowal Williams. — Sadze, ze mamy o czym pogada'c.

— Jestem strasznie zajety — odparl Bernard szczerze. — Nie my'slcie, ze unikam rozmowy z wami, przeciwnie, bardzo pragnalbym podzieli'c sie z kim's watpliwo'sciami, kt'ore mnie gnebia. Bo ja z tego wszystkiego bardzo malo rozumiem. Prawde powiedziawszy nic. Ale, wierzcie mi, przede mna cala noc har'owki.

Odmowa, chociaz umotywowana, nie odniosla skutku.

— 'Zle rozumujesz — podjal Schneeberg. — Te pietna'scie minut, kt'ore chcemy urwa'c z twego czasu, na pewno cie nie zbawia. Skoro podjale's sie, to znaczy, ze zdazysz, taki juz jeste's. Ta sprawa nasuwa nam watpliwo'sci r'oznego rodzaju. Obawiam sie, ze to nie jest rzecz blaha. Prosze cie, Ber, chod'z z nami.

Nie czekajac odpowiedzi 'sciagnal winde.

Po chwili drzwi stacyjki zamknely sie za nimi. Wagon centralnej windy pneumatycznej cicho i lekko unosil ich w g'ore. Mineli okreg handlowy, dalej instytuty rzadowe, 'sredniozamozna dzielnice mieszkalna, ogrody warzywne i sady na 34 poziomie, skupiony na dw'och poziomach przemysl chemiczno-spozywczy, az przebijajac sufit za sufitem wjechali w strefe p'ol uprawnych.

Trzy poziomy nalezace do syndykatu Agro, na kt'orego czele stali Mellon i Green, nastepnie 55 i 56 poziom Edgara Summersona. Zaraz za nimi rozciagala sie reszta olbrzymich posiadlo'sci grupy Agro.

Poziom 56 stanowil, jak i wszystkie inne, zamkniety pier'scie'n otaczajacy o's wirowania malego 'swiata. Znaczna, ponad 400-metrowa 'srednica tego pier'scienia sprawiala, ze krzywizna „ziemi” oraz rozlewajacego zyciodajne promienie „nieba-sufitu” nie rzucala sie tu zbytnio w oczy.

Kazda pied'z urodzajnej gleby, zabranej z Ziemi i bogato nawozonej, byla tu wyzyskana z wielka pieczolowito'scia.

Szli waziutka, ledwie dostrzegalna 'sciezynka. Na lewo klosila sie blisko ziemi pszenica o bladozielonych, kr'otkich li'sciach, z kt'orych strzelaly promienisto zapowiedzi bliskiego urodzaju. Naprzeciwko bielalo prawie juz dojrzale zyto. W gaszczu klos'ow kryly sie skarlowaciale, pelzajace po ziemi, zz'olkle listeczki.

Idac gesiego trzej mezczy'zni nie zdradzali najmniejszego zainteresowania tym widokiem. Nie zauwazyli tez roz'spiewanego kanarka, kt'ory w wolnym locie omal ze otarl sie z'oltym skrzydelkiem o Schneeberga. Fizyk szedl pierwszy i odwr'ociwszy sie do Kruka przerwal cisze:

— Co sadzisz o tej przebudowie?

— Nic — odparl Bernard. — Prezydent nie wtajemniczyl mnie w jej cele. Kazal robi'c i milcze'c.

— To jest niezwykle i niepokojace. Niepokojace chociazby przez te niezrozumiala tajemniczo's'c — glo'sno my'slal Williams. — Summerson nikomu nic nie powiedzial. Cicho, sza… A teraz zn'ow, dla odmiany, glo'sniki trabia o tej rzekomej tajemnicy. Co u licha? Powiedz mi — zwr'ocil sie do Kruka — co jeszcze polecil ci przebudowa'c? Nie popelnisz niedyskrecji, bo i tak ogloszono juz cala tre's'c dokumentu. Tak brzmi pismo, jak m'owili'smy, czy inaczej?

— Mniej wiecej tak. Druga cze's'c zleconego mi zadania to, jak juz wspomniale's, przystosowanie miotacza do pracy na dwu zakresach.

— Wszystko to bardzo dziwne — odparl Schneeberg. — Trudno przypu'sci'c, aby Summerson dla jakich's tam przywidze'n mial obiecywa'c c'orke czlowiekowi, kt'ory, wybacz Ber taka szczero's'c, w jego oczach nie posiada zadnych „kwalifikacji” na ziecia… To mi zupelnie nie trafia do przekonania. Wiem, ze w rzadowych sferach panowalo dotad przekonanie, ze ten, komu Summerson odda reke Stelli, bedzie jego nastepca.

— Uwazam, ze w naszym interesie, w interesie wszystkich ludzi — poprawil sie Williams — jest pozna'c prawde. Jezeli miotacz ma by'c uzywany tak, jak to sobie wyobrazam… Nie, ja sobie tego nie wyobrazam realnie. Przeciez, zeby to przeprowadzi'c, trzeba na pewien czas, wcale niekr'otki, wylaczy'c miotacze, a to znaczy narazi'c Celestie na 'smiertelne niebezpiecze'nstwo. Dlatego cel, kt'orym sie Summerson powoduje, musi by'c ogromnej wagi. Wciagneli'smy cie w rozmowe, bo to nie jest blahostka… Sa sprawy, kt'orych bagatelizowanie moze sie okaza'c nieobliczalne w skutkach.

— Prezydent kaze nam wierzy'c — zauwazyl Kruk.

— Nie! Po stokro'c nie! — obruszyl sie Schneeberg. — My chcemy wiedzie'c! My, to znaczy prawie 5000 mieszka'nc'ow, kt'orzy zyja, chca zy'c, kt'orzy maja prawo…

— Jednak — przerwal Williams — postepowanie prezydenta, jak dotad, nie przekracza jego uprawnie'n.

Schneeberg przystanal tak gwaltownie, ze na moment oparl sie o Kruka. Rozejrzal sie wokolo. Wielkie kolby kukurydzy staly gesto i r'owno, nieruchome w otaczajacej ich ciszy.

— Nie przekracza uprawnie'n! — zawolal w podnieceniu. — Jak dotad! A kto mu zabroni je przekroczy'c? Albo nie, powiedzmy, ze nie przekroczy, ze pozostanie w zupelnej zgodzie z konstytucja. A mimo to stanie sie co's, co bedzie ko'ncem wszystkiego? Nas, jego, 'swiata! Czy moze by'c pociecha dla skaza'nca 'swiadomo's'c, ze wyrok na niego zapadl prawidlowo, wedlug procedury sadowej? A je'sli prezydent zwariowal? Choroby psychiczne nie omijaja i „wielkich rod'ow” Nie, my musimy wiedzie'c wszystko. Musimy wiedzie'c teraz, zanim sprawa dojrzeje do gro'zby zaglady, zanim chwilowe wylaczenie miotacza spedzi sen z powiek wszystkim tym, kt'orzy w pelni zdaja sobie sprawe z wagi niebezpiecze'nstwa. Czy sadzicie inaczej? No, powiedzcie! Mam prawie pewno's'c, ze pola prezydenta nie sa jego uszami, ze chyba nie ma tu aparat'ow podsluchowych. Ja zreszta w niczym nie uchybiam jego osobie — dodal spogladajac niepewnym wzrokiem po 'scianach. — Powazam go, jak zwykle, a ze widze niebezpiecze'nstwo, z kt'orego by'c moze prezydent nie w pelni zdaje sobie sprawe, moim prawem, wiecej: moim obowiazkiem, jako doradcy prezydenta, jest strzec go przed bledami.

— Masz sluszno's'c — rzekl z westchnieniem Williams. — Ale bad'zmy szczerzy: C'oz z tego, ze odwazymy sie wszystko 'smialo wygarna'c? Czy przypuszczacie, ze wplynie to na zmiane powzietej z g'ory decyzji? Znam go dobrze. To jest gra o wysoka stawke. Latwo narazi'c sie na nielaske, trudniej zdoby'c jakie takie zaufanie.

— Wiec co robi'c? Je'sli mamy szcze'scie, ze rozumiemy wiecej, to chyba po to, azeby ta wiedza byla dla innych chociazby pancerzem ochronnym, bo chlebem codziennym by'c nie moze. Pewnie to utopia, jak wszystkie g'orne marzenia, ale my'sle, ze jednak tak by'c powinno.

— Nie to wazne, jak by'c powinno, tylko jak jest…

— Czy nie sadzicie, ze tajemnica postawila na nogi „szanowna opozycje”? Przeciez dla Greena i Mellona sprawa miotacza to 'swietna okazja do zepsucia nieco krwi prezydentowi — wtracil Bernard. — To mogloby wyja'sni'c sytuacje.

— Bad'z ostrozny, Ber. Niebezpiecznie pcha'c palce miedzy drzwi — odrzekl zniza ja'c glos Williams.

— Zdaje sie, ze najlepszym wyj'sciem bedzie przedstawi'c Kuhnowi cala sprawe — podsunal Schneeberg. — Niech interweniuje u prezydenta. Jako minister ochrony zewnetrznej ma on chyba najwieksze prawo zna'c prawde. Cho'cby nam nawet nie powt'orzyl tego, czego zdola sie wywiedzie'c, przynajmniej jeden czlowiek kompetentny, bedzie zorientowany w sytuacji. To duzo znaczy.

— Oczywi'scie — potwierdzil Kruk. — Kto z nas p'ojdzie?

— Ja moge i's'c — zaofiarowal sie Schneeberg. — Wyczuwam, ze Kuhn mnie dosy'c lubi, bardziej niz ja jego. A — zreszta, to bedzie latwa rozmowa. Wiem, ze on sie przejmie cala sprawa, niewatpliwie tez rozzlo'sci sie na Summersona, o ile nie zostal wyczerpujaco poinformowany. Slyszalem, ze jest chory, ale taka wiadomo's'c postawi go na r'owne nogi.

Pozegnali sie przed stacyjka. Gdy winda uniosla juz Schneeberga i Williamsa, Bernard przypomnial sobie odciete rogi plan'ow.

„Czemu im tego nie powiedzialem? Moze wla'snie w tym tkwi rozwiazanie?”

Ciemny kadlub pieca, uwie'nczony korona elektrod, wypluwa raz po raz palajaca bialym zarem porcje roztopionego metalu. Otepialy od zaru czlowiek jak automat naciska d'zwignie, spoglada na zegary kontrolne, przerzuca z okraglej plyty na ziemie wielkie odcinki rur. Zda sie, ze stanowi on nierozerwalna cze's'c maszyny odlewniczej. Nawet wtedy, gdy oczekujac na zakrzepniecie odlewu opiera sie zmeczonym ruchem o blyszczacy cylinder chlodni, wydaje sie, ze jest to jeszcze jedna czynno's'c automatu.

Tylko z godziny na godzine ruchy czlowieka staja sie coraz bardziej chwiejne, tylko o'sleple od zaru oczy coraz cze'sciej chowaja sie pod zaci'sniete nerwowo powieki.

Kilku ludzi snuje sie po niskiej hali zastawionej dlugim szeregiem maszyn, przewaznie okrytych brezentowymi plachtami. Od wielu lat zwiazana ze Sialem odlewnia Frondy'ego, podobnie jak inne zaklady wytw'orcze Celestii, tylko w niewielkim stopniu wykorzystuje swe maszyny. Najwyzszy stan zatrudnienia to kilkunastu bialych pracownik'ow i trzydziestu paru niewolnik'ow.

Szerokie drzwi hali rozsunely sie z trzaskiem. Szybkimi krokami zblizalo sie dw'och ludzi. Jeden ni'osl w reku skrecony rulon, a obok postepowal Wellman, starszy nadzorca Trzymany w reku l'sniacy pret doskonale harmonizowal z jego postacia. Za pas wsuniete mial rekawice elektryczne, gro'zna bro'n uzywana przez policje i straz przyboczna potentat'ow Celestii. Wygladal na pogromce zlych ps'ow, w rzeczywisto'sci slynal ze znecania sie nad lud'zmi.

Wellman chwial sie lekko. Towarzyszyl mu od'or alkoholu, a mrugajace, troche przekrwione oczy strzelaly myszkujace to tu, to tam. Kiedy przechodzil obok mechanika Browna, mruknal:

— Plany niesiemy. Bedzie chociaz co robi'c.

Wellman i technik zblizyli sie do miejsca, gdzie nad bariera z metalowej kraty, po obu stronach waskiego przej'scia, widnial napis: „Szanuj godno's'c czlowieka”. W przetlumaczeniu na jezyk zrozumialy oznaczal on: „Nie wchod'z na oddzial niewolnik'ow bez potrzeby. Je'sli konieczno's'c cie tam sprowadza, no's sie z wysoka i pamietaj, ze jako czlowiek wszedle's pomiedzy stwory potepione przez Pana Kosmosu. Kimkolwiek jeste's w'sr'od ludzi pomiedzy czarnymi czuj sie panem”.

Technik pierwszy minal furtke i podszedl do jednego z nadzorc'ow, kt'ory nie tyle z powodu umiejetno'sci, ile z racji bialego koloru sk'ory, czyli, jak to wyra'znie tlumaczyla Biblia — czlowiecze'nstwa, sprawowal nadz'or nad grupa Murzyn'ow. Rozwinal jeden arkusz i wodzac po nim reka obja'snial co's szeroko.

Wellman, kt'ory wbrew swemu zwyczajowi wsunal pret za pas, obr'ocil sie teatralnym gestem naokolo, zeby nie bylo watpliwo'sci iz m'owi do kazdego, kto go uslyszy, i z przebieglym u'smiechem rzucil zaczepnie.

— Plany przynie'sli'smy. Plany cze'sci do nowego miotacza. Bedzie miotal, niszczyl, unicestwial. Jak to sie wam podoba?

Wpatrzyl sie w stojacych.

— No, co? Milczycie? — huknal z jaka's dzika wesolo'scia i zatoczyl sie niezdarnie. — Nie b'ojcie sie, rekawic nie wyciagne! Humor mam!

Niewolnicy patrzyli nieufnie na pijanego. Czyzby prowokacja? Stary Murzyn zebral sie na odwage i nie przerywajac roboty burknal:

— Co mi sie ma podoba'c albo nie podoba'c? Kazda praca taka sama. Kazecie robi'c cze'sci? Beda cze'sci! Mnie wszystko jedno.

— Glupi Murzyn! Wiadomo… Je'sli tak uwazasz, to uwazaj w dalszym ciagu. Moze i lepiej dla ciebie. Jemu wszystko jedno! A my narzedzie 'smierci budujemy! Cha! Cha! Cha! — zarechotal, ze az technika ciarki przeszly.

— No to co? — padlo pytanie z innej strony. — Narzedzie 'smierci? Moze nas chcecie wygubi'c?

— A chociazby! Ja bym to juz dawno zrobil! Za duzo was sie namnozylo! Wiecej zezrecie, niz odpracujecie za pozwolenie istnienia. Ja bym zrobil pr'obe: kto ud'zwignie 150 litr'ow wody na 2 poziomie — ostatecznie, ostatecznie, niech sobie troche pozyje. A slabszych do rakietki i fiuuu… — w przestrze'n! A za nimi fiuuu… ladunek z miotacza! Poprosilbym astronoma, zeby mi uzyczyl na ten czas lunety. Przyjemnie byloby obserwowa'c; az tu nagle pyc! Jasna gwiazda, kupa promieni z was i tyle. No, nieprzyjemnie? Powiedzcie sami! Odpowiadajcie, bo…

Wyciagnal rekawice zza pasa i poczal je wolno naklada'c.

Ostry, niezadowolony wzrok technika spoczal na Wellmanie.

Ten spojrzal spode lba na technika, potem na zaleknione twarze Murzyn'ow…

— No, czego sie gapicie! — warknal. — Do roboty! Predzej sie rusza'c! Ja wam… — wrzasnal i przyskoczyl do grupy niewolnik'ow.

Gluche uderzenia i krzyki razonych pradem elektrycznym zmieszaly sie z szumem maszyn…

'Slepe magazyny

Bernard nie m'ogl zasna'c. Mimo znuzenia po nieprzerwanej, blisko 35-godzinnej pracy, sen nie nadchodzil. Wrazenia ubieglych dw'och dni byly zbyt silne i nie daly sie tak latwo wyprze'c ze 'swiadomo'sci.

Przewracal sie nerwowo, jak gdyby na miekkim tapczanie nie m'ogl znale'z'c wygodnego miejsca. Aby zmieni'c tok my'sli, pr'obowal przeglada'c wydawane przez Greena serie powie'sci rysunkowych, lecz i to nie pomagalo.

Wstal z tapczanu i wyjal z szuflady biurka kartke, na kt'orej zanotowal tajemnicze slowa zauwazone na rogach plan'ow otrzymanych od prezydenta.

Biuro Studi'ow Wojny Kosmicznej, CM.-2 Wm 4a. Zatwierdzone do budowy. Waszyngton 23.03.1982 r. — przesylabizowal jeszcze raz zapisane wyrazy.

„Co za dziwna nazwa: biuro studi'ow wojny. CM-2 Wm 4a — to z pewno'scia oznaczenie plan'ow — rozmy'slal. — Ale najdziwniejszy — to ten wyraz przed data”.

W tej chwili rozlegl sie za nim szmer. W rozsunietych drzwiach stanela matka.

— Co ty, jeszcze nie 'spisz? Dwie noce nie spale's, a przeciez jutro tez masz pilna robote. Powiniene's spa'c. Ojciec zawsze m'owil, ze przed wazna robota najlepiej dobrze sie wyspa'c.

Bernard spojrzal w zamy'sleniu na matke, nie odpowiadajac. Mary podeszla do syna i chwycila go za reke.

— Co ty?

— Ech nic, zaraz sie poloze — odpowiedzial z roztargnieniem. — Czy mama nie wie, co oznacza slowo „Waszyngton”?

— „Waszyngton”? Nie, nigdy nie slyszalam.

— Niech sobie mama dobrze przypomni. Moze dziadek albo babcia co's kiedy's o tym m'owili?

— Nie, nie pamietam. „Waszyngton”? Czekaj, chlopcze, to przypomina bardzo nazwisko albo co's do prania: washing.

— Raczej nazwisko, jak Dalton, Sherington.

— Tak, tak. Oj, ten Sherington to byla 'swinia. To on wla'snie twego ojca tak ciagle prze'sladowal. Bo tez ojciec nie pozwolil sobie po glowie je'zdzi'c: twardy byl czlowiek. My'smy ciagle my'sleli, ze to samo sie jako's tak sklada, ze mu stale odtracaja, i dopiero Johnny wywachal, ze to wszystko przez tego Sheringtona. Johnny to dobry chlop. Pamietam, jak…

— Jak my'slisz, mamo — przerwal jej delikatnie Bernard — a gdyby zapyta'c Johna o to slowo?

— A zapytaj, zapytaj. Johnny sie stale w'sr'od ludzi kreci, to moze co's o tym slyszal. Ale czemu to slowo tak ci utkwilo w glowie?

— Nie wiem, tak jako's mnie meczy.

— No to id'z wreszcie spa'c, bo juz po drugiej, i nie my'sl o tym.

John Mallet ko'nczyl 'sniadanie, gdy w mieszkaniu jego zjawil sie Kruk.

— C'oze's sie tak rano wybral na wizyty po starych znajomych? Moze na wesele przyszedle's mnie zaprosi'c, he? Cho'c bardzo watpie, bo to za wysokie progi na moje nogi — zawolal technik na powitanie, lecz w glosie jego, obok zwyklej serdeczno'sci, wyczul Bernard gorycz. — No, kiedy ten 'slub?

Kruk zmieszal sie.

— Jeszcze nie wiem — odpowiedzial cicho i zamilkl. Nie potrafil wybrna'c z niefortunnego dla'n kierunku rozmowy.

Dluzsza chwile panowalo milczenie, wreszcie przerwal je gospodarz.

— 'Zle robisz, Ber, 'zle! To nie dla ciebie rodzinka. Oni cie wdepcza w sw'oj grunt, obciosaja, jak im bedzie wygodnie, przystrzyga niczym mlode drzewko, aby im rodzilo dobre owoce — usilowal ubra'c swe slowa w obrazowa forme. — Bedziesz nie tylko robil, co oni ci kaza, bedziesz my'slal tak jak oni. Oni i twoja dusze kupia. Juz ty nie bedziesz nasz, tylko ich. Nie my'sl, ze chodzi mi o to, ze o mnie zapomnisz, bo to nie takie zn'ow wazne. Ta boje sie, ze zostaniesz takim ich sluga i dozorca „szarych” jak Sherington!

— Jak mozesz tak m'owi'c? Przeciez Stella…

— Stella, Stella! Jeste's jeszcze mlody i widocznie przebywajac w'sr'od tych drani zapomniale's, jakie naprawde jest zycie. Ja ci m'owie, 'zle robisz, ze chcesz zosta'c zieciem prezydenta. Bardzo 'zle robisz!

Mallet spojrzal na zegar.

— No, ale na mnie juz czas — powiedzial wstajac. — Jeszcze sie sp'o'znie do roboty. M'ow, po co's przyszedl do mnie, bo przeciez z pewno'scia nie po to, by wysluchiwa'c moich gdera'n. Chociaz, m'owie ci, zastan'ow sie. No, jak tam, przejrzale's notatnik Willa?

— Niestety, jestem tak zawalony robota, ze naprawde, wierz mi, nie znalazlem dotad chwili czasu, aby sie tym zaja'c. Jednak jak tylko zako'ncze przebudowe miotaczy, zaraz wezme sie do opracowania projekt'ow.

— Ale, prosze cie, nie zwlekaj. Przeciez tu chodzi o powietrze. Powietrze! — zaakcentowal. -A co do twojej pilnej roboty, to nie ufaj Summersonowi. Czy wiesz, po co ta cala przebudowa?

— Nie wiem i to wla'snie jest najgorsze. Summerson nie puszcza pary z ust. W kazdym razie to gra o jaka's wysoka stawke. Tylko ze na razie nie wida'c partner'ow.

— Oj, zeby'smy tylko za to slono nie zaplacili. M'owie ci, Ber, miej oczy szeroko otwarte i nie zapominaj, ze jeszcze jeste's „szary”, cho'c Summerson chce cie o'slepi'c Stella.

Wyszli na korytarz.

— No, gadaj, czego chciale's od starego Johnny'ego? — Mallet u'smiechnal sie serdecznie do Bernarda.

Kruk ozywil sie.

— Czy ty nie wiesz, co oznacza lub co oznaczalo kiedy's slowo „Waszyngton”?

— Waszyngton? Nie, nie wiem. To wyglada na nazwisko, jednak nikogo takiego nie znalem.

— Szkoda. Bardzo liczylem na ciebie.

— Dlaczego cie to tak interesuje?

— To dluzsza historia — odrzekl Kruk wymijajaco. — Widzialem to slowo na jednym takim starym dokumencie.

Szli w milczeniu w strone windy. Naraz John schwycil Bernarda za reke.

— A moze Horsedealer ci powie?

— Ach, racja, ze tez o nim nie pomy'slalem. Gdzie on teraz mieszka?

— Na 74 poziomie, w tych dawnych magazynach, co to jeszcze stary Handerson przerobil na mieszkania. Moze go nawet w tej chwili zastaniesz. Ostatnio malo wychodzi z domu, bo jest coraz slabszy. Powiedz mu, ze wpadne do niego jutro wieczorem — rzucil znikajac we wnetrzu windy.

Poziom 74, polozony w odleglo'sci okolo 100 m od osi wirowania Celestii, mie'scil Przed kilkudziesieciu laty stare magazyny, nalezace do wchlonietych przez Sial po objeciu wladzy warsztat'ow metalurgicznych niejakiego Daltona.

W tym czasie wsp'olwla'sciciel Sialu, Handerson, wpadl na pomysl zbudowania dla swego syna nowej rezydencji na 23 poziomie, gdzie znajdowaly sie mieszkania niekt'orych jego pracownik'ow. Luksusowo urzadzone apartamenty mial otoczy'c wielki park pelen klomb'ow i wodotrysk'ow, pracownicy wiec musieli sie wyprowadzi'c. Handerson nakazal przebudowa'c stare magazyny na mieszkania czynszowe i przesiedlil tam swych pracownik'ow.

Okazalo sie jednak, ze panujace na 74 poziomie zle warunki zdrowotne powodowaly liczne choroby i duza 'smiertelno's'c w'sr'od dzieci. Znaczna wiec cze's'c lokali czynszowych stala pusta. Zamieszkiwali je tylko ci, kt'orych konieczno's'c zmuszala do szukania tu schronienia: byli to przewaznie bezrobotni lub chorzy, niezdolni do pracy ludzie.

Wysiadlszy z windy Kruk przeszedl niewielki, zaniedbany skwerek, na kt'orym bawilo sie kilkoro malych, obdartych dzieci, i wszedl w dlugi korytarz. Po obu stronach biegl szereg drzwi, obok nich walaly sie w'sr'od 'smieci jakie's wiadra, skrzynki i pudelka. Panowal tu niezno'sny zaduch spowodowany zla wentylacja, powiekszony jeszcze wyziewami gnijacych resztek w skrzynkach zastepujacych 'smietniki.

Bernard zapukal do pierwszych napotkanych drzwi, lecz nikt mu nie otworzyl. R'owniez z drugiej strony korytarza mieszkanie nie bylo zajete. Dopiero po dluzszym pukaniu do trzecich drzwi rozlegly sie za nimi kroki i w progu stanela przygarbiona kobieta.

— Przepraszam pania, czy pani nie zna Williama Horsedealera? On tu gdzie's podobno mieszka.

Kobieta ozywila sie.

— A kto by filozofa nie znal? To tam dalej, pod numerem 58. Niedawno sie sprowadzil. Ale niech pan uwaza, bo tam po drodze z sufitu kapie krew i moze ubranie poplami'c.

— Krew?

— A co's pan my'slal… Ze mleko? Krew! Tak, panie szanowny. Tu wszedzie krew kapie, w calej Celestii… Ale tu najwiecej! To dobrze, bo inaczej bylby zaduch.

Nie ulegalo watpliwo'sci, ze kobieta jest oblakana, totez Bernard po'spiesznie podziekowal za informacje i ruszyl w glab korytarza.

Williama Horsedealera nie widzial Bernard kilka lat. Od czasu, gdy objal po 'smierci inzyniera Toddy stanowisko generalnego konstruktora rzadowego, stracil zupelnie kontakt ze starym filozofem.

Horsedealer przez kilkana'scie lat byl nauczycielem, lecz gdy zaczal 'smielej glosi'c swe „niebezpieczne” poglady, musial pozegna'c sie z posada. Pracowal dorywczo bad'z jako zwykly robotnik, bad'z jako korepetytor, doradca prawny czy biuralista. Kruk pamietal go jako starszego, wesolego czlowieka, gotowego z kazdym wda'c sie w dyskusje, czy to byl ceniony profesor na rzadowej lub prywatnej posadzie, zamozny przemyslowiec, czy tez zahukany Murzyn. Horsedealer uwielbial zwlaszcza starc'ow i dzieci, z kt'orymi m'ogl godzinami rozmawia'c w sw'oj charakterystyczny, na wp'ol zartobliwy spos'ob. Wlasnej rodziny Horsedealer nie mial. Podobno, bedac jeszcze nauczycielem, mial zone i dwoje dzieci, lecz zgineli wszyscy troje w czasie glo'snej w historii Celestii eksplozji w zakladach chemicznych Sialu w roku 2373.

Z nielicznych rozm'ow z Horsedealerem, w kt'orych uczestniczyl Bernard, kazda pozostala w jego pamieci jako pewnego rodzaju wstrzas, burzacy dotychczasowe poglady na te czy inne zagadnienia. Nie m'ogl tez przezwyciezy'c uczucia onie'smielenia, gdy pukal w metalowe drzwi, na kt'orych wypisany byl czarna farba numer 58. — Wej's'c — rozlegl sie z wnetrza przytlumiony glos.

Kruk otworzyl drzwi i stanal w progu. Po'srodku waskiego pokoju, na starym, pokrzywionym tapczanie, siedzial oparty o 'sciane William Horsedealer. Kilka skrzynek i nieduzy stolik pelen jakich's papier'ow, notatek i szkic'ow dopelnialy „umeblowania” pokoju.

Filozof, od czasu gdy go ostatni raz widzial Bernard, znacznie sie zestarzal, schudl osiwial. Duze wole, ta nagminna choroba mieszka'nc'ow Celestii, znieksztalcilo jego szyje. R'owniez liczne blizny i krosty na twarzy 'swiadczyly o tym, ze ciezka sytuacja materialna uniemozliwia mu skuteczna obrone przed powszechna plaga schorze'n wywolywanych zaburzeniami w pracy gruczol'ow wydzielania wewnetrznego. Tylko oczy, z kt'orych bila ogromna sila zywotna, stanowily jaskrawy kontrast z przygnebiajacym wygladem zar'owno mieszkania, jak i samego gospodarza.

— Aa… kogo ja widze! — zawolal Horsedealer i twarz jego rozpromienil u'smiech. — Szanowny Bernard Kruk, generalny konstruktor rzadowy, odwiedza nie mniej szanownego, cho'c chwilowo znajdujacego sie w godnym pozalowania stanie Williama Horsedealera, generalnego filozofa Celestii. No, co sprowadza tu ciebie, mlodzie'ncze? Chyba nie tylko che'c podyskutowania ze mna o marno'sci tego 'swiata i jego moznych filar'ow?

— Niestety, panie profesorze — odrzekl Bernard nieco onie'smielony. — Cho'c spedzone w pana towarzystwie chwile zaliczam do najciekawszych w mym zyciu, obowiazki, jakie w tych dniach spadly na mnie…

— Rozumiem, rozumiem. Nie watpie, ze ma pan do's'c roboty. Montaz miotacza i montaz malze'nstwa z c'orka Summersona to nie bagatela. Wiem, co chce pan powiedzie'c: ze jedynym pa'nskim pragnieniem jest dyskusja ze mna, lecz, niestety, dzi's i tak dalej… Prawda? Ale to nie jest wazne. Za to niewatpliwie pow'od, kt'ory pana sprowadza do mnie, musi by'c wazny, je'sli zjawia sie pan po sze'sciu latach niebytno'sci i to wla'snie wtedy, kiedy nie moze narzeka'c na nadmiar czasu. No, wiec slucham.

— Niestety, zdaje sie, ze rozczaruje pana. Nie jest to sprawa znowu tak wielkiej wagi, niemniej jednak gnebi mnie ona od kilku dni. Chodzi mi o znaczenie pewnego wyrazu. Niestety, zadna z zapytanych dotad os'ob nie mogla mi tego wyja'sni'c, a wiem, ze pan… Chcialem wiec prosi'c…

— Powtarza sie pan — przerwal filozof. — Juz trzeci raz zaczyna pan zdanie od slowa „niestety”… Po c'oz te wstepy? No wiec, o jaki wyraz chodzi?

— Czy moze mi pan powiedzie'c, co oznacza slowo „Waszyngton”?

Reakcja starego czlowieka byla tak nieoczekiwana, ze wprawila Kruka w oslupienie. Siedzacy dotychczas na materacu filozof zerwal sie z miejsca i przyskoczyl do go'scia. Chwycil Bernarda gwaltownie za reke 'sciskajac ja az do b'olu.

— Waszyngton? Skad pan zna to slowo? — zawolal goraczkowo.

Bernard poczul, jak ogarnia go podniecenie, r'ownocze'snie jednak stropil sie. Dopiero teraz u'swiadomil sobie jasno, ze nie ma prawa powiedzie'c, gdzie sie natknal na 'ow wyraz. Wszak prezydentowi specjalnie zalezalo na tym, aby nawet on, Kruk, nie znal tre'sci pieczeci.

— Skad pan zna to slowo? — gospodarz, widzac wahanie go'scia, rzucil z naciskiem pytanie jeszcze raz.

— Niestety, nie moge w tej chwili wyja'sni'c panu tego.

— Zn'ow zaczal pan zdanie od „niestety”. Uwzial sie pan na mnie! — zawolal zniecierpliwiony filozof. — Ale ja tak latwo pana stad nie wypuszcze. Nie wymagam, zeby mi Pan wszystko wyja'snial, ale um'owmy sie tak: ja bede panu zadawal pytania, a pan bedzie mi odpowiadal tak lub nie, z tym iz prosze o niewprowadzanie mnie w blad. Moze pan, oczywi'scie, r'owniez odm'owi'c odpowiedzi. Zgoda?

— Dobrze. Slucham pana.

— Czy slowo to uslyszal pan od kogo's? — padlo pierwsze pytanie.

— Nie.

— Wiec byl to napis?

— Tak.

— Czy byl to napis na przedmiocie, czy na papierze?

— Na papierze.

— Ciekawe — rzekl w zamy'sleniu filozof. — Czy tre's'c tego papieru ma dla Celestii duza wage? Bernard zawahal sie. Obawa, aby nie powiedzie'c za wiele, zamykala mu usta. Widzac, iz

Kruk nie kwapi sie z odpowiedzia, Horsedealer zmienil pytanie:

— Czy tre's'c papieru wiazala sie z zyciem Celestii? Czy tez byla… jak to okre'sli'c? Czy byla zupelnie oderwana od zycia, zupelnie niezrozumiala dla nas, obca? Trudno to uja'c, lecz chodzi mi o to, czy czasem nie odnosila sie do innego 'swiata niz ten, kt'ory nas otacza? Hm… — u'smiechnal sie Horsedealer widzac zdziwienie malujace sie na twarzy Kruka. — Moze moje pytanie wydaje sie panu dziwaczne, ze tak powiem: zbyt filozoficzne, ale musze panu powiedzie'c, ze to wcale nie spekulacja filozoficzna, lecz rzeczywisto's'c oparta na rzetelnych faktach.

— Nie rozumiem…

— Nic nie szkodzi — za'smial sie filozof. — Na razie chce, aby mi pan odpowiedzial na moje pytanie, a moze duzo sie wyja'sni. Czasem rzeczywisto's'c wydaje sie nam niezrozumiala i dziwaczna, bo patrzymy na nia tylko pod jednym, niezbyt dogodnym katem i to jeszcze przez znieksztalcajaca szybe. Lecz gdy bedziemy mogli spojrze'c z wielu stron i bez zbytnich znieksztalce'n, to nie bedzie ona taka zn'ow dziwna i niezrozumiala. No, wiec jak, mlodzie'ncze? Byl to papier z tego, czy nie z tego 'swiata? Dotyczyl, czy nie dotyczyl Celestii?

— Dotyczyl Celestii.

— Czy w sensie dokumentalnym, czy aktualnym? — padlo nowe pytanie.

— Aktualnym.

— To ciekawe… Chociaz… Horsedealer zamy'slil sie na chwile.

— Pa'nskie wahania przy moim pytaniu dotyczacym wagi papieru zdaja sie wskazywa'c, iz znaczenie jego jest duze — powiedzial wolno, dobierajac slowa. — Moze tu chodzi o miotacz?

Kruk zaczerwienil sie z lekka i zmieszany odparl:

— Tego nie powiedzialem.

— Mniejsza o to — odparl filozof i zn'ow sie u'smiechnal. — Zadam panu teraz inne, wazne pytanie. Czy pamieta pan slowa towarzyszace temu wyrazowi? Cho'cby tylko pare sl'ow.

— Za wyrazem „Waszyngton” znajdowala sie data: „23.03.1982 r.” Oczy Horsedealera zablysly.

— Data? Wiec jednak… — powiedzial u'smiechajac sie do siebie. — A czy przed ta nazwa i data byly jakie's slowa?

— Tak. Powyzej znajdowal sie napis: Biuro Studi'ow Wojny Kosmicznej.

Kruk celowo pominal zwrot dotyczacy budowy, jak i znakowanie, aby nie wyja'sni'c za wiele.

— R'owniez i to dziwne zestawienie wyraz'ow jest dla mnie niezrozumiale — dorzucil. -Studi'ow czego?

— To juz wszystko? — zapytal filozof.

— Tak.

— To juz bardzo wiele. Wiesz pan, w jaki spos'ob przed czterdziestu laty grupa Sialu objela wladze w Celestii?

— Slyszalem co's o tym. Podobno bylo w'owczas nawet kilkunastu zabitych.

— Nie kilkunastu, a trzydziestu siedmiu, nie liczac blisko stu rannych. Handerson zdobywal rezydencje 'owczesnego „prawowitego” prezydenta Mellona sila. Nie byla to jednak najwieksza rozgrywka o wladze naszych „szanownych sprawiedliwc'ow”. Sa dane, iz przed niespelna stu laty doszlo do krwawych awantur, w kt'orych zginelo ponad tysiac pie'cset os'ob. Zatruwano gazem cale poziomy, odcinano dostep tlenu, zbudowano nawet kilka duzych miotaczy fal wielkiej czestotliwo'sci…

— To potworne! — wzdrygnal sie Bernard.

— Tak. Niestety, to potworne, lecz prawdziwe. Ale wracajac do pa'nskiego pytania: ot'oz slowo „wojna”, wtedy, gdy je pisano na tym papierze, o kt'orym pan wspomnial, oznaczalo co's w rodzaju takiej walki, tylko w spotegowanej formie. Czy wierzy pan w to, co m'owi Biblia o pochodzeniu Celestii?

— Co to ma do rzeczy? — zdziwil sie Bernard.

— Bardzo wiele. Czy pana nigdy nie zastanawialo to, ze miedzy tym, co m'owi Biblia, a tym, co nas otacza, poziomem naszej nauki i techniki, nasza rzeczywisto'scia, istnieje tak wielki kontrast, ze wydaje sie, iz ta pierwsza jest jakim's zagmatwanym nieporozumieniem?

Bernard milczal.

— Czy wie pan, ze obecna Biblia, kt'ora wykladaja w kaplicach, r'ozni sie znacznie od poprzedniej, wycofanej 38 lat temu, za prezydentury Handersona?

— Slyszalem o tym, ale…

— Co „ale”?

— Nie zastanawialem sie nad tym — wyznal szczerze Bernard.

— Ot'oz to — oburzyl sie Horsedealer. — To jest odpowied'z godna lojalnego mieszka'nca Celestii. „Nie zastanawialem sie nad tym!” My tak stale, od dziesiatk'ow czy setek lat przechodzimy do porzadku dziennego nad nasza rzeczywisto'scia. W powodzi spraw mniej lub wiecej dla nas waznych nie sta'c nas na krytyczne spojrzenie wstecz, wygodnie nam w to wierzy'c, co podaje Biblia. Przyzwyczaili'smy sie do tego.

— Alez badania Smitha i Rosenthala potwierdzaja to, co m'owi Biblia.

— Potwierdzaja — za'smial sie ironicznie Horsedealer. — Potwierdzaja! Tak jak kasjer w banku prezydenckim potwierdza, ze przyjal dwustudoliodowy czek od pana X. One potwierdzaja tylko przyjecie czeku, ale w jaki spos'ob pan X doszedl do posiadania 200 doliod'ow, o tym potwierdzenie nie m'owi.

— Nie rozumiem.

— Aby's lepiej, mlodzie'ncze zrozumial, zadam ci jeszcze jedno pytanie. Na co umarl Rosenthal?

— Nie wiem — wyszeptal Kruk ze zdziwieniem.

— Umarl na serce w kwiecie wieku. Trzydzie'sci osiem lat to jeszcze nie staro's'c, je'sli chodzi o ludzi zyjacych miedzy 10 a 15 poziomem. Po ogloszeniu jego slynnej pracy o powstaniu Celestii, kt'ora tak wspaniale potwierdzala tezy Smitha” i… obecnej Biblii, otrzymal stanowisko rzadowego historyka. Niezla posada! Osiem tysiecy doliod'ow rocznie, komfortowe mieszkanie itp. Niestety, Rosenthalowi zachcialo sie dalej grzeba'c w historii Celestii. Mial nawet oglosi'c nowa, pono'c rewelacyjna prace i niestety… umarl na serce. Umarl na serce, chociaz nigdy nie chorowal na nie. A ta rewelacyjna praca gdzie's sie przy tym zapodziala.

— Jak mam to rozumie'c? Skad pan wie, ze Rosenthal nigdy nie chorowal na serce?

— Znalem go do's'c blisko. Bylem przez wiele lat jego uczniem, p'o'zniej r'owniez utrzymywali'smy stosunki. Wiem co's nieco's o tej jego ostatniej pracy. Niestety, tym razem ja m'owie „niestety”, przez ostatnie dwa lata swego zycia byl tak zapracowany, ze nigdy nie moglem sie do niego dosta'c.

Te ostatnie slowa filozof powiedzial takim tonem, ze Bernard uczul gwaltowny skurcz w okolicach serca.

— To straszne… — wyszeptal.

— Ja umialem skorzysta'c z do'swiadczenia Rosenthala i nie mam zamiaru pisywa'c dziel. Ale to, iz nie zawsze potrafie dobrze trzyma'c jezyk za zebami, wystarczylo, azeby odebra'c mi za demoralizowanie mlodziezy posade. Zyje tak juz dwadzie'scia lat, zawieszony miedzy 3 a 98 poziomem. Moze to i lepiej. Im wiecej posiada sie d'obr tego 'swiata, tym wiecej te dobra nas posiadaja.

— Dlaczego mi pan to wszystko m'owi? Nie wiem sam, co o tym my'sle'c. To jest okropne. Ja juz sam nie wiem…

— Tak, moze dziwne panu sie wydaje, ze m'owie to czlowiekowi, o kt'orym wiem, ze ma zosta'c zieciem Summersona. Ale ja znam wszystkich ludzi w Celestii i dziele ich na pewne kategorie. Ot'oz zaliczam pana do ludzi o twardym, zdrowym karku, lecz nieco uproszczonym 'swiatopogladzie. Wiem, ze nie bedziesz 'spiewal tam, gdzie nie potrzeba, o tym co's uslyszal od starego Horsedealera. Lecz, aby's wstepujac w tamten 'swiat mial oczy nieco szerzej otwarte i nie dal zbyt latwo soba kreci'c, jak sie tamtym bedzie podobalo, musialem cie nieco, ze tak powiem, o'swieci'c. Zreszta, pytale's, co znaczy slowo „Waszyngton”, wiec sam mnie sprowokowale's.

— Jednak ja jeszcze nie bardzo rozumiem, w jaki spos'ob to, co pan m'owil, laczy sie z mym pytaniem — rzekl z westchnieniem Kruk wracajac z wolna do r'ownowagi.

— Zacznijmy wiec jeszcze z innej beczki. Nazywam sie Horsedealer. Moze bedzie pan laskaw powiedzie'c mi, co to slowo oznacza?

Kruk wzruszyl ramionami.

— Nazwisko. Druga jego cze's'c wskazuje, ze przodkowie pana profesora musieli by'c jakimi's kupcami czy handlarzami.

— No, to i bez nazwiska mozna powiedzie'c, gdyz m'oj dziadek mial maly sklepik na 17 poziomie. Ale wla'snie o to chodzi, ze moze powie mi pan na podstawie mego nazwiska, czym handlowali moi przodkowie?

— Horse…? Nie wiem.

— Pokaze panu moja najwieksza, ze tak powiem, pamiatke rodzinna — powiedzial filozof tajemniczo. — Cho'c nie ma ona nic wsp'olnego z moja rodzina, lecz rzuca 'swiatlo na pochodzenie nazwiska.

Odsunal wieko jednej ze skrzy'n i wyciagnal nieduza szkatulke.

— To m'oj skarbiec — rzekl z u'smiechem stawiajac ja na skrzyni. Wyciagnal z kieszeni maly kluczyk i po chwili wieko odskoczylo. Skrzyneczka wypelniona byla niezliczona ilo'scia r'oznego rodzaju rupieci metalowych, plastykowych i strzepk'ow tkanin.

Horsedealer pogrzebal chwile w pudelku i wyjal zardzewialy kawalek blachy.

— Jak pan my'sli, co to moze by'c?

— To wyglada na kawalek blachy z puszki do konserw.

— Slusznie. Ile to moze liczy'c lat, je'sli pan zwazy, ze znajdowalo sie w miejscu pozbawionym dostepu powietrza, w temperaturze bliskiej 100 stopniom ponizej zera?

— Trudno ustali'c.

— A teraz niech pan zobaczy z drugiej strony — filozof wskazal palcem. — O, ten napis, cho'c mocno zatarty, lecz wieksze litery mozna odczyta'c.

— Horse meat — ko'nskie mieso — przesylabizowal Bernard.

— A wiec… ko'n to bylo zwierze, podkre'slam — bylo. Ale kiedy?

— Ciekawe…

— Musialo ono wygina'c bardzo dawno. Tak dawno, ze nawet pamie'c w Celestii nie przetrwala o tym, ze kiedy's istnialo.

— Jakie to dziwne… Wiec… Wla'sciwie wynikaloby z tego, ze my bardzo malo wiemy o naszej przeszlo'sci.

— To dla mnie nie ulega najmniejszej watpliwo'sci.

— Czy jednak nasze wnioski nie sa zbyt pochopne? Przeciez slowo Horsemeat moze oznacza'c nazwisko producenta — wtracil Kruk.

— Po pierwsze: sa to dwa wyrazy. Po drugie: przez lupe mozna odczyta'c jeszcze inne napisy. W puszce tej byl pokarm dla ps'ow. Wynika z tego, ze konie nalezaly do zwierzat po'sledniejszego gatunku niz 'swinie czy kozy. Po trzecie: opieranie swych twierdze'n na jednym fakcie byloby ryzykowne. To co panu pokazalem, jest tylko jednym z przyklad'ow, kt'orych mozna by setki przytoczy'c. Cho'cby taka sprawa, na poz'or zupelnie naturalna, jak rachuba czasu. Powiedz mi pan, dlaczego rok ma 365 dni, a nie 100 lub 1000, co czwarty za's jest przestepny?

— Nie wiem.

— To moze bedziesz pan wiedzial, dlaczego doba ma 24 godziny?

— Nooo, bo to jest nasz cykl zycia! Podzial na sen, prace, odpoczynek…

— Slusznie, slusznie — przerwal filozof. — Ale dlaczego nasz cykl wynosi az 24 godziny? A nie na przyklad 10?

— Nie wiem.

— Ja tez nie wiem, ale chcialbym wiedzie'c, gdyz kazde zjawisko musi mie'c jaka's przyczyne. Nasz cykl 24-godzinny, je'sli nie dzi's w Celestii, to kiedy's, prawdopodobnie na Towarzyszu Slo'nca, musial mie'c konkretne uzasadnienie.

— No, ale tego zmieni'c nie mozna, wiec widocznie tak juz zostali'smy stworzeni.

— Taka odpowied'z to usilowanie wymigania sie od naukowej analizy. Ale je'sli nawet przyjmiemy, iz dlugo's'c cyklu dziennego wynika z przyczyn fizjologicznych, to skad sie wzial podzial na miesiace i lata? Minute wyznacza ruch naszej ziemi wok'ol osi. Wiemy, ze Celestia wykonuje jeden obr'ot w odniesieniu do otaczajacych cial niebieskich w ciagu 60 sekund. To jest minuta. Wszystkie inne jednostki czasu sa calkowitymi wielokrotno'sciami lub ulamkami czasu obrotu naszego 'swiata. To jest jasne i zrozumiale. Nigdzie jednak, ani w otoczeniu, ani w Biblii, nie mozemy znale'z'c uzasadnienia takich jednostek jak lata i miesiace. To tez tylko jeden z przyklad'ow. Tak, tak, mlodzie'ncze! Gdyby nie to, ze podobnie jak inni mieszka'ncy Celestii traktujesz wszystko, co nas otacza, jako wieczne i niezmienne, ty sam m'oglby's tu niejedno dorzuci'c.

— Nie rozumiem, dlaczego ja?…

— Jeste's konstruktorem. Wiec powiedz, z czego zbudowana jest Celestia?

— Gl'ownym materialem jest tu plastyk-almeralit oraz sigumit, kt'ore sa polaczeniem szeregu metali, gl'ownie glinu i zelaza, oraz niemetali: krzemu, wegla…

— 'Swietnie! Jest to wiec material sztucznie wytworzony. Zdaje sie, ze pan w pelni podziela moje zdanie, iz wszystko, co nas otacza — poza ro'slinami, zwierzetami i czlowiekiem — jest wytworem reki ludzkiej.

— Tak, ale…

— Rozumiem, co chce pan powiedzie'c. Biblia tlumaczy to wszystko zupelnie zrozumiale. Czy jednak tak jest na pewno? Zastan'owmy sie, co m'owi Biblia, przynajmniej ta, do kt'orej obecnie mamy dostep, o naszej przeszlo'sci. Po pierwsze: ze ludzie zostali stworzeni przez Pana Kosmosu, kt'ory przeznaczyl im przed kilku tysiacami lat Towarzysza Slo'nca, zwanego w'owczas Ziemia, jako kraine wiecznej szcze'sliwo'sci, dla radosnego bytowania zgodnie z jego prawami i przykazaniami. Po drugie: aby ludzie mogli uzytkowa'c madrze dla siebie i na chwale boza wszystkie dobra, Pan Kosmosu uzyczyl im swej wiedzy. Inaczej m'owiac, cala nasza wiedza pochodzi od Pana Kosmosu i dalsze samodzielne poglebianie wiedzy jest niemozliwe. Tylko pewnym ludziom, bardzo rzadko, udziela Pan Kosmosu czastki swej wiedzy. Gdyby za's kto's usilowal mu ja wydrze'c, sprowadzi na siebie i innych nieszcze'scie. Po trzecie: 'zli ludzie nie przestrzegali jego przykaza'n i 'sciagneli na siebie jego gniew. Pan Kosmosu, aby ich ukara'c za to, ze chcieli zlama'c porzadek ustanowiony przez niego, wypu'scil z podziemi Towarzysza Slo'nca zle, diabelskie moce, kt'ore wszystko na tej planecie przewr'ocily do g'ory nogami, zamieniajac ja w Pieklo. Ludzie stracili nie'smiertelno's'c duszy i sk'ora ich stala sie czarna. Jednakze Pan Kosmosu, nie chcac zguby rodzaju ludzkiego, jeszcze przed zeslaniem kary na niesprawiedliwych, dal cudowny znak sprawiedliwym, aby zbudowali Celestie. I sprawiedliwi budowali Celestie 15 lat, wspomagani przez dobre duchy Kosmosu, az przyszedl dzie'n wyznaczony przez Boga. Wyslannik boski — Torch — wyprowadzil 60 sprawiedliwych z Piekla. Odwr'ociwszy uwage diabl'ow od Celestii umozliwil ucieczke sprawiedliwym, kt'orych potomkom przeznaczone jest znale'z'c na towarzyszu Gwiazdy Dobrej Nadziei — Juvencie — nowa kraine wiecznej szcze'sliwo'sci. Po piate: ze Torch, cho'c zostal zamordowany przez niesprawiedliwych, narodzi sie po raz wt'ory w Celestii z chwila, gdy osiagnie ona cel swej podr'ozy. W'owczas tez ludzie odzyskaja mozno's'c bezpo'sredniego obcowania z Panem Kosmosu i jego wyslannikami, kt'ora utracili, co bylo kara za grzechy niesprawiedliwych. Po sz'oste wreszcie Biblia stwierdza, ze Celestia wyruszyla do Gwiazdy Dobrej Nadziei 2406 lat temu i od tej chwili obliczamy lata. Tak w uproszczeniu przedstawia sie nasza przeszlo's'c wedlug Biblii. Ladna przeszlo's'c, prawda? A jak obiecujaca! Az dziw bierze, ze moze sie znale'z'c kto's, kto by usilowal powatpiewa'c o wiarygodno'sci tego, co m'owi Biblia. Prawda?

Nie czekajac odpowiedzi filozof ciagnal dalej, wpadajac coraz bardziej w podniecenie.

— Ja ci jednak, chlopcze, odpowiem starym powiedzeniem, kt'ore kryje gleboki sens: „Kto chce, niech wierzy”. Inaczej m'owiac, nasza wiara w to, co m'owi Biblia, polega nie na przekonaniu, lecz chceniu. Powiem wiecej: argumenty, kt'ore przytacza sie dla potwierdzenia tego, o czym m'owi Biblia, sa dlatego argumentami, ze wierzymy w nie, ze chcemy, aby one byly argumentami. Ot'oz powtarzam: kto chce, niech wierzy. Natomiast ja nie chce wierzy'c, lecz wiedzie'c. Chce wiedzie'c na pewno, chce przekonywajacych dowod'ow, nie takich, jakie przytaczal Smith albo Rosenthal w pierwszym okresie swych bada'n.

— Czemuz mi pan to wszystko m'owi? Przeciez sam pan wspominal, ze za takie gadanie mozna drogo zaplaci'c?

Horsedealer spojrzal przenikliwie na Kruka.

— Z toba rozmawiam wyjatkowo szczerze. Ale przeciez, cho'c moze ty sobie z tego sprawy nie zdajesz, znam cie od dawna, tak jak znalem twego ojca, i wierze, ze zachowasz dla siebie to, co ci powiem. A wiec sluchaj — tu uchwycil Bernarda gwaltownie za ramie. — Wydaje ci sie, ze to ja glosze herezje, cho'c jeszcze zadnych szczeg'ol'ow mych watpliwo'sci nie podalem. Ot'oz dowiedz sie, ze to nie ja, lecz wla'snie ty sam najwieksza herezje tu, w tym pokoju, dzi's wyglosile's.

Na twarzy Kruka odbilo sie zdziwienie.

— Nie rozumiem.

— Obalajac podstawowa teze biblijna, ze Celestia istnieje 2406 lat.

— Kiedy? Ja? Nic nie rozumiem!

— Przed chwila w rozmowie ze mna podale's date „23.03.1982 r.” Obok tej daty, jak twierdzisz, znajdowal sie caly szereg innych wyraz'ow. Ot'oz tu tkwi twoja herezja. Opowiem ci pewna dziwna historie, lecz prosze o niepowtarzanie nikomu tego, o czym uslyszysz. Ot'oz przed 30 laty, w czasie ostatniego wielkiego remontu Celestii, postanowiono uszczelni'c tak zwane „'slepe magazyny”. Byly to pomieszczenia na 57 i 59 poziomie, uszkodzone wskutek eksplozji i polaczone z przestrzenia kosmiczna, a odciete od 'swiata. Kiedy nastapila ta eksplozja, nikt nie pamietal. Opowiadano zawsze, gdy bylem jeszcze maly, ze tam straszy, i to utkwilo mi w pamieci. Ot'oz, w zwiazku z pewnymi trudno'sciami zywno'sciowymi, wietrzac dobra koniunkture, Mellon odkupil od rzadu 'slepe magazyny, uszczelnil je i zaprowadzil tam nowe pole uprawne. Te stare pomieszczenia stanowily jedno z powaznych 'zr'odel material'ow w badaniach Rosenthala, a nastepnie moich, nad przeszlo'scia Celestii.

Zamy'slil sie. Dopiero po dluzszej chwili ciagnal dalej:

— W tych 'slepych magazynach znaleziono szereg przedmiot'ow i resztek r'oznych urzadze'n. Wszystkich interesowala w'owczas, ze tak powiem, makabryczna strona zagadnienia. Odnaleziono tam jakie's szczatki cial ludzkich i psich, prawdopodobnie ofiar katastrofy. Green nie omieszkal z tego skorzysta'c, trabiac o tym przez glo'sniki i telewizory. Potem nagle wszystko ucichlo, niby tak normalnie, jak to zwykle po duzym huku, ale w rzeczywisto'sci wkroczyl w to osobi'scie szanowny poprzednik Summersona — Handerson, a wiazalo sie to wla'snie z wynikami bada'n Rosenthala. Niemal wszystkie przedmioty, znalezione w pomieszczeniach, zostaly pono'c „zabezpieczone” w archiwum prezydenckim „dla dobra ludzko'sci”.

— Ale pan, profesorze, widzial te przedmioty? — wtracil Kruk.

— Niekt'ore widzialem, inne znam z opowiada'n Rosenthala.

— A ten kawalek blachy tez stamtad?

— Opowiem ci w kilku slowach ciekawsze szczeg'oly odkry'c w 'slepych magazynach — odrzekl Horsedealer nie odpowiadajac na pytanie Kruka. — Ot'oz najwazniejszym dokumentem byl kawalek papieru znaleziony w'sr'od strzep'ow ubrania ludzkiego. Byly to wla'sciwie podarte kawalki dziennika.

Bernard spojrzal ze zdziwieniem na filozofa.

— Czego kawalki?

— Dziennika. Ach prawda! Skad ty, chlopcze, mozesz wiedzie'c o tym, ze kiedy's, bardzo dawno temu, wiadomo'sci dnia, kt'ore dzi's nadaje studio telewizyjne, byly drukowane na papierze, tak jak dzi's drukuje Green powie'sci rysunkowe. I kazdy m'ogl sobie kupi'c taki utrwalony na papierze dziennik.

— Ale po co? Czy nie wystarczyla telewizja? A moze jej nie bylo?

— Lapie cie, chlopcze, na podwazaniu prawdy gloszonej przez Biblie. Zasady budowy wszystkich wazniejszych urzadze'n dal nam Pan Kosmosu na poczatku 'swiata, a my je jedynie udoskonalamy, zgodnie z jego wola. A przeciez Pan Kosmosu przestal z nami bezpo'srednio obcowa'c od chwili opuszczenia Towarzysza Slo'nca przez Celestie. Czy nie tak uczy Biblia? — Horsedealer usilowal przybra'c powazna mine, lecz z oczu jego bila wesolo's'c.

— Juz teraz sam nic wiem, co m'owi'c… — zmieszal sie konstruktor.

— Dobrze m'owisz, chlopcze, dobrze m'owisz. Znaczy to, ze zaczynasz my'sle'c. Ale wracajac do tematu: tu jednak sie mylisz. Sa dane wskazujace na to, ze telewizja zostala zainstalowana jeszcze w okresie budowy Celestii.

— Ale po c'oz te drukowane dzienniki, komu byly potrzebne? — dziwil sie Bernard.

— To, do czego przyzwyczaili'smy sie, wydaje sie nam oczywiste i naturalne. Dzi's drukowany dziennik bylby uwazany za co's zbytecznego, a kiedy's nasi przodkowie nie mogli sie bez niego oby'c. Dla mnie r'owniez jest to niezrozumiale, bo sie przyzwyczailem do obecnego zycia. Ale pomy'sl, gdyby'smy dotad drukowali dzienniki, czyz nie dluzej trwalaby pamie'c przeszlo'sci. Dzi's wszelkie notatki do dziennik'ow telewizyjnych ida co pewien czas na przer'obke zgodnie z zasadniczym prawem naszego zycia: „nic w Celestii nie moze sie marnowa'c”.

Horsedealer zrobil pauze i jakby dla nadania wagi swym slowom uderzyl kilkakrotnie dlonia w skrzynie.

— Zapytale's mnie przed chwila: — rozpoczal wolno, wpatrujac sie w twarz Kruka — komu potrzebne byly gazety. Ot'oz podczas rozmowy z Rosenthalem, w dwa tygodnie po „zabezpieczeniu” przez Handersona znalezionych material'ow, zapytalem go o to samo. I wiesz, co Rosenthal mi odpowiedzial? Odpowiedzial mi odwr'oceniem mego pytania. Zapamietaj to sobie dobrze i rozwaz, konstruktorze Kruk i przyszly zieciu Summcrsona, a istota wielu zjawisk w Celestii stanic sie dla ciebie jasna. Ot'oz powiedzial on, ze chcialby wiedzie'c nic to, komu byly potrzebne gazety, tylko komu i dlaczego bylo potrzebne, aby ich nie bylo!

Zapanowala cisza.

— Niech cie to nie dziwi — odezwal sie po chwili Horsedealer. — Podobnych fakt'ow mozna znale'z'c wiecej. Na przyklad istnieja dane, ze kiedy's w calej Celestii obok telefon'ow zainstalowane byly miniaturowe nadawczo-odbiorcze aparaty telewizyjne.

— Wideofony?

— Tak. Wideofony. Takie same”, jakie Summerson i Green maja w swych mieszkaniach na uzytek wewnetrzny. Co sie stalo z tymi urzadzeniami? Dlaczego zostaly zdemontowane 97 lat temu, w czasie generalnego remontu naszego 'swiata? Ten generalny remont wiazal sie ze zniszczeniami powstalymi w wyniku zazartych walk o wladze. M'owilem ci zreszta juz o tym. Ot'oz w czasie tego remontu 'owczesny zwycieski prezydent nakazal wymiane aparat'ow wideofonicznych w calej Celestii. Okazalo sie jednak wkr'otce, ze te nowe aparaty sa tak skonstruowane, iz moga by'c wlaczane bez wiedzy wla'sciciela mieszkania. Inaczej m'owiac, mial to by'c jeszcze jeden 'srodek kontroli zycia mieszka'nc'ow naszego 'swiata. Uzytkownicy wideofon'ow wystapili z ostrym protestem, a ze byli to gl'ownie „sprawicdliwcy”, ich urzednicy i naukowcy oraz kupcy — prezydent musial skapitulowa'c. Nic ufano jednak wymianie aparat'ow i postanowiono calkowicie zlikwidowa'c centrale widco-foniczna, ograniczajac sie do laczno'sci telefonicznej.

— Mimo to podsluch istnieje.

— No, c'oz… „Sprawiedliwcy” potrafia sie sami odpowiednio przed nim zabezpieczy'c, a kontrola calego spolecze'nstwa lezy w ich interesie. Wideofony za's byly dostepne tylko „wyzszym sferom”. Tu kontrola godzila w ich interesy.

— Skad pan to wszystko wie?

— Rosenthal zbieral materialy dotyczace owego generalnego remontu. Sam tez interesowalem sie ta sprawa…

Daleki krzyk, pelen b'olu i rozpaczy, przerwal rozmowe.

— Co to? — zaniepokoil sie Bernard.

— Mamy tu kilkoro chorych…

— Oblakani? Filozof skinal glowa.

— Ale wr'o'cmy do tematu. Chcialby's z pewno'scia wiedzie'c, co bylo na tym skrawku papieru znalezionym w „'slepych magazynach”? Z tego, co dalo sie tam odczyta'c, wynikalo, ze byla to cze's'c pierwszej strony gazety noszacej tytul „Nowiny…” Obok tytulu, kt'orego dalszy ciag byl urwany i nie udalo sie go odnale'z'c, znajdowala sie data: „Celestia, 17 sierpnia 2007 r.” Ponizej bylo streszczenie przem'owienia jakiego's czlowieka nazwiskiem Sanders, przyw'odcy partii, kt'ora sprawozdawca nazywal Partia Powrotu. Ot'oz z do's'c skapego fragmentu, pozlepianego z kilku urywk'ow, mozna bylo dorozumie'c sie, ze nie chodzi tu o jaka's grupe „sprawiedliwc'ow” usilujaca dorwa'c sie do kluczowych pozycji w Celestii dla „panowania zgodnie z prawem i wskazaniami Biblii”, lecz ze tamto ugrupowanie stawialo sobie za gl'owny cel powr'ot na Ziemie. Slowo „Ziemia” musialo sie z pewno'scia odnosi'c do Towarzysza Slo'nca, gdyz w odniesieniu do Celestii, tak jak je dzi's stosujemy, nie mialoby sensu. Po drugie: przemawiajacy powolywal sie na to, ze jego partia ma wiekszo's'c i potrafi zmusi'c rzad do odwr'ocenia biegu, jak sie wyrazil, „almeralitowej puszki, kt'ora nie wiadomo po co i dokad dazy”. Wreszcie po trzecie i najwazniejsze: czlowiek ten, zyjacy cztery wieki temu, twierdzil w swym przem'owieniu, ze ma nadzieje ujrze'c jeszcze na wlasne oczy, jak sie wyrazil, „ziemie Waszyngtona, Lincolna, ujrze'c morza, g'ory, rzeki i strumienie, kapa'c sie w jasnych, zyciodajnych promieniach Slo'nca”. Ot'oz z tego ostatniego zdania wynika jasno, ze chodzi tu o powr'ot na Towarzysza Slo'nca. Nadto wystepuje tam pie'c sl'ow dla nas niezrozumialych: Waszyngton, Lincoln, morza, rzeki, g'ory. Ot'oz Rosenthalowi udalo sie ustali'c w przyblizeniu znaczenie jednego z nich.

Filozof pochwycil Bernarda za reke.

— Byl to wla'snie wyraz, o kt'ory pytale's: „Waszyngton”. Moze sie troche zdziwisz, ale slowo to, wedlug wszelkiego prawdopodobie'nstwa, nie oznacza nazwiska, a przynajmniej nie tylko nazwisko. Jest to nazwa, jak by to okre'sli'c, nazwa… — Horsedealer zastanawial sie przez chwile — nazwa skupiska ludzkiego. Tak jakby u nas jakiego's osobnego poziomu o duzej liczbie mieszka'nc'ow. Niestety, brak w naszym slowniku wyrazu dla okre'slenia czego's zblizonego do samej Celestii, a nie bedacego nia. Nie jest zreszta wykluczone, ze slowo to jest jeszcze jedna nazwa Towarzysza Slo'nca.

— A skad pan wie, profesorze, ze Waszyngton to skupisko ludzkie? — zawolal Bernard. Nie m'ogl ukry'c podniecenia, w jakie wprawilo go opowiadanie filozofa.

— W'sr'od cze'sci jakich's maszyn pogruchotanych sila eksplozji znalazl Rosenthal trzy tabliczki przymocowane do polamanych 'scianek — ciagnal Horsedealer. — Ot'oz na jednej z nich, obok nazwiska producenta, bylo umieszczone to slowo, a nastepnie oznaczenie jakby poziom'ow czy korytarzy. Na drugiej, podobnej tabliczce r'owniez widnialo nazwisko producenta i jego adres w Celestii. W ten spos'ob mozna przypuszcza'c, ze slowo „Waszyngton” oznaczalo co's w rodzaju Celestii; a kojarzac z dziwnym wyznaniem owego Sandersa, iz „chce zobaczy'c ziemie Waszyngtona”, wydaje sie to zupelnie jasne. Wreszcie ty sam przed chwila przyniosle's jakby trzecie potwierdzenie tezy, umieszczajac slowo „Waszyngton” przed data, a wiec podobnie jak w tytule znalezionego dziennika. Wynika stad, ze papier, o kt'orym m'owisz, bedacy dokumentem z 1982 roku, czyli najstarszym dokumentem w Celestii z tych, kt'ore znam, pochodzi nie z Celestii, lecz z Towarzysza Slo'nca. A wiec znaczy to, ze nie 2406, lecz nieco ponad 400 lat temu… — …opu'scili'smy te planete — doko'nczyl szeptem Bernard.

— Ot'oz i pierwsze twoje heretyckie twierdzenie, podwazajace prawdy zawarte w Biblii. Ale jest i drugie…

Kruk spojrzal zdziwiony na filozofa.

— Jakie?

— Powiedziale's, ze dokument z 1982 roku pochodzil z Biura Studi'ow Wojny Kosmicznej.

— Alez takiego biura nie ma u nas. M'owilem tylko, ze tam byl taki napis.

— Niech i tak bedzie. Slusznie m'owisz, chlopcze, takiej instytucji nie ma i zdaje sie, ze moge cie zapewni'c, iz nigdy nie bylo w Celestii. Ona byla na Towarzyszu Slo'nca, na tamtej Ziemi.

Zamy'slil sie.

— Wojna w dawnym znaczeniu — ciagnal filozof po chwili milczenia — co do's'c wyra'znie stwierdza starsze wydanie Biblii, polegala na masowym, jawnym zabijaniu sie. Ot'oz herezja twoja polega na tym, iz twierdzisz, ze w Celestii 400 lat temu istniala instytucja sluzaca sprawom masowego zabijania. A o tym nic Biblia nie m'owi.

— Wiec to by potwierdzalo, ze opu'scili'smy Towarzysza Slo'nca cztery wieki temu.

— Oczywi'scie! Jako konstruktor dobrze rozejrzyj sie wok'ol, zrzu'c ze swych oczu bielmo czterech wiek'ow zycia pokole'n ludzkich w Celestii, a na pewno bedziesz m'ogl duzo doda'c do tego, co powiedzialem.

— Czy jednak cala ta hipoteza nie opiera sie na zbyt kruchych podstawach? — nie ustepowal Bernard. — Przeciez zar'owno 'ow dokument znaleziony w 'slepych magazynach m'ogl by'c celowo przez kogo's sfalszowany, jak i napis, kt'orego tre's'c panu podalem. Czy sa jeszcze jakie's inne dowody?

— Dowod'ow jest duzo, a raczej bylo duzo, moze nieco mniejszej wagi i m'owiacych po'srednio, ale m'owiacych to samo. Podalem ci tylko najwazniejszy, gdyz on najwiecej wnosi do sprawy. Reszta tylko go potwierdza w mniej lub wiecej konkretny spos'ob. Co do prawdziwo'sci tego skrawka dziennika, to nie ulega watpliwo'sci, iz pochodzi z 2007 roku, a przypuszczenie, ze w'owczas zostal sfalszowany, wydaje sie zupelnie sztuczne i logicznie nie uzasadnione.

— Na czym jednak opiera pan twierdzenie, ze ten skrawek papieru pochodzi z okresu eksplozji i wreszcie, ze eksplozja nastapila w 2007 roku? Przeciez papier m'ogl by'c podrzucony stosunkowo niedawno.

— Wykluczone! Widze, ze zmuszasz mnie do poruszenia bardzo nieprzyjemnych i ponurych spraw. No dobrze, niech tak bedzie — rzekl z westchnieniem. — Ot'oz badania przeprowadzone w 'slepych magazynach wskazywaly, ze w miejscu, gdzie nastapila eksplozja, nie bylo magazyn'ow, lecz jaka's sterownia czy dyspozytornia, a by'c moze nawet centrala sterowania silnikami. Trudno bylo ustali'c, jakiemu celowi sluzyla ta centrala, gdyz urzadzenie zostalo kompletnie zdemolowane wybuchami, a bylo ono do's'c precyzyjne. Przewody biegnace w krawedziach 'scian odcieto w czasie licznych przebudowa'n Celestii, tak ze nie potrafili'smy ustali'c, do jakich urzadze'n biegly.

— A przez podobie'nstwo szczatk'ow tablic rozdzielczych czy innych urzadze'n?

— Ot'oz byly to jakie's inne urzadzenia, niepodobne do tych, kt'ore dzi's znamy. Zreszta… -machnal reka z rezygnacja — badania zostaly przerwane, gdy tylko Rosenthal pokazal znaleziony dokument 'owczesnemu prezydentowi. Ale nie to jeszcze jest najciekawsze! Ot'oz z licznych 'slad'ow krwi i drobnych szczatk'ow cial ludzkich i psich, zachowanych dzieki niskiej temperaturze i brakowi powietrza, wynika, ze w chwili eksplozji znajdowalo sie tam przynajmniej kilkadziesiat os'ob. Je'sli sie wiec zwazy, ze byla to jaka's centrala obslugiwana normalnie przez dwie, trzy osoby, zdarzenie wyglada bardzo tajemniczo. Gazeta znajdowala sie prawdopodobnie w kieszeni jakiego's czlowieka, kt'ory byl rozerwany w czasie eksplozji, na co wskazywaly liczne plamy krwi i strzep materialu, w kt'orym ja znaleziono. Najbardziej ponura strona historii jest to, ze wiele danych zdaje sie wskazywa'c, iz eksplozja nie byla przypadkiem.

— Co pan chce przez to powiedzie'c? — zapytal Bernard.

— Byl to wystrzelony z zewnatrz, z przestrzeni kosmicznej, pocisk, a 'sci'slej dwa pociski.

— Jak to?

— M'owily o tym dwie wyrwy — wyja'snil filozof. — Jedna, mala i okragla, wskazywala na wlot pocisku z zewnatrz. Pocisk ten przebil pancerz i warstwe uszczelniajaca, przeszedl przez komore z ozonem, przebil warstwe izolacyjna i gruba 'sciane wewnetrzna, przebiegl ukosem przez magazyn na 59 poziomie i przebiwszy podloge miedzy 59 a 58 poziomem wpadl do centrali. Z kolei przebil on 'sciane boczna centrali i eksplodowal w przyleglym magazynie, niszczac sufity i 'sciany. Nastepny pocisk wystrzelony byl niemal wprost na poziom 58 i eksplodowal w 'scianie wewnetrznej powodujac trzymetrowa wyrwe. Drugi pocisk doko'nczyl dziela zniszczenia. Wygladalo tak, jakby kto's celowal w centrale i przypuszczajac, ze nie trafil, wystrzelil drugi pocisk.

— A moze to zrobily te… diably?

— Nie wiem. Nie bardzo jest to zgodne z tym, co m'owil 'ow strzep dziennika. Spr'obujmy ustali'c w przyblizeniu date wyruszenia Celestii w droge. Je'sli eksplozja nastapila po lub w 2007 roku, biorac pod uwage date wydania dziennika, widziany za's przez ciebie dokument pochodzil z 1982 roku, to start Celestii musial nastapi'c miedzy tymi datami. Ze sl'ow Sandersa mozna wnioskowa'c, ze w chwili eksplozji Celestia byla juz co najmniej kilka lat w drodze. Z kolei przyjawszy 400 lat lotu Celestii i pomnozywszy przez jej predko's'c wzgledem Slo'nca, otrzymamy liczbe zblizona do obecnej naszej odleglo'sci od Ukladu Slonecznego. Je'sli odrzucimy mozliwo's'c, iz Celestia stracila na predko'sci, wynikaloby stad, Ze tylko przez bardzo kr'otki okres nabierala rozpedu. A wiec po kilku latach odleglo's'c jej od Slo'nca byla tak znaczna, ze atak na nas wydaje sie bardzo nieprawdopodobny. Zreszta, co najwazniejsze, je'sliby taki atak nastapil, dlaczego w Biblii nie ma o nim nawet wzmianki?

— Moze jednak?… — pr'obowal jeszcze oponowa'c Kruk.

— Powiedzialem, ze nie jest to wykluczone, lecz po pierwsze: dlaczego nie ma innych 'slad'ow ostrzeliwania, je'sli to bylaby walka? Po drugie: zakladajac teoretycznie, ze po tych dw'och strzalach przeciwnik nie byl zdolny do walki, dlaczego, chcac zniszczy'c Celestie, nie kierowal pocisk'ow w centrum, gdzie znajduje sie gl'owny reaktor atomowy, lub w zbiorniki cieklego wodoru? To, ze znal dobrze wewnetrzna budowe naszego 'swiata, nie ulega watpliwo'sci, gdyz celowal w okre'slone miejsce. Wobec ruchu obrotowego Celestii trudno wyobrazi'c sobie, aby zniszczenie centrali dwoma pociskami bylo przypadkiem.

— No, ale przeciez diably…

— Diably, diably!… — zniecierpliwil sie filozof. — C'oz my wla'sciwie o nich wiemy? Nawet Biblia bardzo mglisto o nich m'owi. Wiemy tyle, ze mialy one by'c uosobieniem zla, ze zniszczyly szcze'scie i porzadek na Towarzyszu Slo'nca. Zreszta, nasz szanowny prapradziadek Sanders nieco inaczej, zdaje sie, zapatrywal sie na te zagadnienia. Oczywi'scie, nie mam zadnych dowod'ow i nie twierdze, ze wla'snie tak jest naprawde, ale chwilami przychodzi mi do glowy my'sl, czy czasem pieklem nie jest nasze obecne zycie, rajem za's to, co'smy zostawili za soba na Towarzyszu Slo'nca?

— Eee… co pan m'owi? — rzekl Bernard z niedowierzaniem. — Trudno to sobie w og'ole wyobrazi'c.

— Tak! Przyzwyczaili'smy sie. Trudno nam uwierzy'c, aby m'ogl kto's dobrowolnie ucieka'c ze 'swiata lepszego niz ten, w kt'orym zyjemy. To prawda. Ale sp'ojrz, chlopcze, na to, co nas otacza. Czyz mozna uwierzy'c, ze nasze spolecze'nstwo jest spolecze'nstwem wybra'nc'ow bozych? Pomijam niesprawiedliwo's'c, panujaca w naszym 'swiecie, ale przeciez, gdy przeanalizowa'c nasza sytuacje, trzeba by'c wyjatkowym optymista, aby nie widzie'c ponurych perspektyw.

— O czym pan m'owi? — zaniepokoil sie Bernard.

— Mamy przed soba jeszcze przeszlo 19 000 lat lotu, nim pierwszy mieszkaniec Celestii stanie na legendarnej Juvencie. Ponad 600 pokole'n. Czy ty, chlopcze, w og'ole mozesz sobie to wyobrazi'c?

— My'sli pan o przyro'scie naturalnym? Horsedealer u'smiechnal sie gorzko:

— Nie. Ja my'sle o… ubytku naturalnym.

— Jak to?

— Sp'ojrz na mnie, mlody czlowieku. Mam obecnie 57 lat. Jestem juz stary, bardzo stary. Wla'sciwie, biorac za podstawe przecietny wiek bialego mieszka'nca Celestii, powinienem Juz od pietnastu lat by'c rozlozony na substancje proste, z uwagi za's na moja obecna stope zyciowa, niewiele r'ozniaca sie od sytuacji przecietnego Murzyna, trzeba by z mego wieku skre'sli'c ponad polowe. Trzymam sie jednak, mimo ze coraz bardziej gnebia mnie chor'obska — trzymam sie! Ale to nie jest zasluga psich warunk'ow, jakie u nas panuja, lecz, zdaje sie, cech dziedzicznych. M'oj dziadek umarl majac 68 lat, ojciec dozyl 63, wiec i ja licze, ze jeszcze ze trzy lata pociagne.

— Pogadamy za 15 lat! — wtracil konstruktor, ale zdawal sobie sprawe, iz wyglad starego filozofa nie wr'ozy mu dlugiego zycia.

— Mozemy sie zalozy'c — z gorzkim u'smiechem rzucil Horsedealer. — Tak czy inaczej, ja na tym wygram. Ale wracajac do rzeczy: czy te trzy liczby, 68, 63 i powiedzmy 60, nic ci nie m'owia?

— Je'sli dobrze zrozumialem, twierdzi pan, ze zyjemy coraz kr'ocej. Ale po pierwsze: trzecia liczba jest zupelnie hipotetyczna, a po drugie, sam pan powiedzial, ze rodzina pa'nska odznacza sie dlugowieczno'scia, wiec nie moze stanowi'c przecietnego przykladu. Zreszta, jest to tylko jeden przyklad.

— Zgoda. Ale gdyby's m'ogl zglebi'c nieco statystyke zaklad'ow przetw'orczych Morgana, to znalazlby's nie tylko potwierdzenie mojej tezy, ale doszedlby's do jeszcze bardziej ponurych wniosk'ow. Pracujac przez blisko p'ol roku u Morgana jako pomocnik buchaltera, mialem okazje zapozna'c sie z danymi dotyczacymi 'smiertelno'sci w'sr'od bialych, czarnych oraz zwierzat. A ksiegowo's'c zaklad'ow surowcowych Morgana, 'sci'slej m'owiac ksiega przyje'c zwlok — to nie lada archiwum! Udalo mi sie przejrze'c ksiegi rachunkowe az do 2272 roku. Pozornie nic one nie m'owia, bo nie mamy danych dotyczacych stanu ludzko'sci Celestii w tym okresie. Ale dla mnie, kt'ory znam cze'sciowo te dane od Rosenthala, stanowia skarbnice material'ow. Ponadto w ksiegach zapisany jest wiek zmarlego, a wiec juz to wystarcza, aby potwierdzi'c moja teze.

— I jakie sa pa'nskie wnioski?

— Po pierwsze: z roku na rok mieszka'ncy naszego 'swiata zyja coraz kr'ocej, szczeg'olnie za's wystepuje to u Murzyn'ow. Po drugie, co jest jeszcze bardziej niepokojace: nieustannie wzrasta 'smiertelno's'c w'sr'od niemowlat. Cho'c dokladniejsza analiza z braku danych nie jest mozliwa, jednak juz na podstawie tego, co wiem, dochodze do wniosku, ze w najblizszych stu latach, je'sli nie znajdziemy 'srodk'ow zaradczych, musi nieuchronnie nadej's'c moment, gdy sko'nczy sie przyrost ludno'sci, a rozpocznie ubytek. Po prostu Celestia zacznie sie wyludnia'c i nie wiem, czy ktokolwiek dozyje tej, jakze odleglej, chwili spelnienia boskiej zapowiedzi.

— M'owi pan straszne rzeczy…

— Tak. Perspektywy nie sa r'ozowe — filozof u'smiechnal sie gorzko.

— I nie ma zadnego ratunku?

— Moze i jest… — odrzekl wolno Horsedealer patrzac w zamy'sleniu w podloge. — Trzeba usuna'c przyczyne„.

— To znaczy?

— 'Zr'odla tych niepokojacych zjawisk nalezy szuka'c zar'owno w pewnych procesach fizycznych i chemicznych, jak r'owniez w tym, co Summerson i jemu podobni zwa „odwiecznym porzadkiem”. Chyba nie potrzebuje ci wyja'snia'c, iz gro'zba zaglady nie polega na jakim's nieuchronnym fatum: po prostu w naszym ograniczonym 'swiecie wyczerpuja sie pewne skladniki, pewne substancje konieczne do zycia i rozwoju. Moze nawet nie wyczerpuja sie, ale rozpraszaja tak, iz nie jeste'smy w stanie skupi'c ich w jednym miejscu i zuzytkowa'c. Zamiast zasila'c nasze organizmy poprzez glebe i powietrze, poprzez ro'sliny i zwierzeta, kt'ore sluza nam za pokarm — wsiakaja w 'sciany naszej „almeralitowej puszki”, gina w'sr'od zakamark'ow naszego 'swiata tak, ze coraz trudniej je odnale'z'c. Gdy por'ownujemy stare wizerunki ludzi z dzisiejszym wygladem przecietnego mieszka'nca Celestii, czy nie rzuca sie nam w oczy r'oznica? To nie tylko fantazja malarza: dawniej z pewno'scia ludzie byli zdrowsi i piekniejsi. Nie zzeraly ich wrzody i reumatyzm, nie umierali na choroby tarczycy i innych gruczol'ow dokrewnych. Nie rosla tak zastraszajaco liczba schorze'n psychicznych. Boje sie, bardzo sie boje, ze nie minie wiek, a staniemy sie spolecze'nstwem oblaka'nc'ow.

— Ale jaka na to rada? Jak zagwarantowa'c dostateczna ilo's'c pierwiastk'ow, koniecznych do podtrzymania zycia?

— To nie jest latwa sprawa, ale nie wydaje mi sie, aby byla beznadziejna. Rozpraszanie sie jest tylko jedna z przyczyn ubywania waznych substancji. Proces ten mozna by znacznie op'o'zni'c. Niewykluczone, ze tymczasem udaloby sie wynale'z'c jakie's 'srodki zaradcze. Moze stosujac substancje zastepcze, moze usprawniajac cyrkulacje pierwiastk'ow w przyrodzie.

— Wiec dlaczego sie tego nie czyni?

— Dlaczego? Gdyz tak „madrze i wspaniale” zbudowany jest nasz 'swiat, ze nie hamuje sie, lecz wrecz odwrotnie — przy'spiesza sie proces zubozenia pokarm'ow. Przeciez wiesz, ze Morgan, David, Summerson i inni gromadza pierwiastki, kt'orych jest coraz mniej. A czyz pomysl oparcia pieniadza na jodzie nie byl i'scie szata'nski? Za miligramy jodu zawarte w metalowych krazkach, sluzacych jako powszechny 'srodek wymiany, mozesz kupi'c wszystko, co ci do zycia potrzeba. Czyz to nie paradoks, ze aby zdoby'c pokarm coraz ubozszy w jod, placimy jodem? Zamiast krazy'c w przyrodzie, zapelnia skarbce „sprawiedliwc'ow” zamkniety w blyszczacych plytkach doliod'ow. Zbieraja go oni skrzetnie „na czarna godzine”. Ale moze blizsza ona i inna, niz sie spodziewaja… -w glosie Horsedealera spod powloki gorzkiej ironii wydobyly sie na chwile tony nienawi'sci i gro'zby.

— Nie moge tego zrozumie'c. Przeciez to prowadzi do zaglady 'swiata. Czy oni tego nie pojmuja?

— Nie watpie, ze pojmuja, a przynajmniej wielu z nich, ale ten brak substancji niezbednych do zycia i rozwoju stal sie waznym narzedziem ich wladzy. Zapytasz ich: a troska o przyszle pokolenia wedrowc'ow? Powiedza ci: „niech sie one o to martwia, naszym dzieciom i wnukom wystarczy to, co gleboko ukryli'smy w skarbcach”. Na jak dlugo wystarczy? „W kazdym razie na dluzej niz dla «szarych». Lepiej doprowadzi'c do ko'nca 's wiata, niz utraci'c wladze”. Oto filozofia „sprawiedliwc'ow”. Oni zdaja sobie dobrze sprawe z tego, iz aby uratowa'c 'swiat, trzeba wielu fizyk'ow, chemik'ow i lekarzy, trzeba upowszechni'c wszystkie odkrycia nauki i techniki, trzeba dopu'sci'c do swobodnego rozwoju my'sli, trzeba zerwa'c zaslone biblijnych dogmat'ow, trzeba odsloni'c przed lud'zmi cala prawde o sytuacji Celestii. A to oznaczaloby koniec ich wladzy. I dlatego wybrali zaglade 'swiata.

Urwal na chwile. Wzbierala w nim burza.

— Oto jak w rzeczywisto'sci wygladaja frazesy Summersona i jemu podobnych o przeznaczeniu Celestii — wybuchnal z sarkazmem. — Oto „kraina wiecznej sprawiedliwo'sci i szcze'sliwo'sci”! Czy istotnie to, co pozostawili'smy poza soba, bylo gorsze od tego, co widzimy przed soba? Moze prapradziadek Sanders mial racje wybierajac rzekome pieklo, a nie wegetacje w „almeralitowej puszce”?

— Dziwne rzeczy pan m'owi. Dziwne i straszne… — wyszeptal Kruk.

— Moze tamto legendarne pieklo jest lepsze od piekla Celestii? Oczywi'scie, sa to bardzo mgliste hipotezy, ale nie powiem, abym dotychczas znalazl przekonywajacy dow'od przeciw nim. Tak samo jak nie ma zadnych przeslanek, aby posadza'c „wyslannik'ow piekiel” o zniszczenie centrali.

— A wiec je'sli nie oni, to kto i w jakim celu ostrzeliwal Celestie? Nie chce mi sie wierzy'c, aby mogli to zrobi'c ludzie. Moze to zreszta jaki's straszliwy zbieg okoliczno'sci…

— Nie sadze — odpowiedzial wolno Horsedealer patrzac w ziemie. — Pamietam zbyt dobrze jeszcze jedna eksplozje: eksplozje, kt'ora z pewno'scia nie byla zbiegiem okoliczno'sci.

— Jaka eksplozje?

— Tak, konstruktorze Kruk. W 2373 roku, czyli 33 lat temu dokonano r'owniez potwornej zbrodni, wywolujac celowo eksplozje wielkiego rezerwuaru w zakladach chemicznych Sialu.

Bernard spojrzal ze zdziwieniem na Horsedealera. Slyszal wprawdzie od matki, ze to nie byla zbyt czysta sprawa, lecz nie przypominal sobie szczeg'ol'ow i wydawalo mu sie, ze Horsedealer przesadza w oskarzeniach. Przeszlo mu przez glowe, ze moze stary nauczyciel cierpi na jaka's manie i wszedzie doszukuje sie zbrodniczych intryg. Moze wszystko, co mu tu naopowiadal, to tylko urojenia.

Juz chcial wyrazi'c swe watpliwo'sci, gdy gwaltowna zmiana w zachowaniu sie filozofa nie pozwolila mu podja'c dyskusji. Oczy Horsedealera zgasly, a twarz nabrala wyrazu tragicznego smutku i rezygnacji.

— Juz trzydzie'sci trzy lata… — wyszeptal ledwo doslyszalnie. — Trzydzie'sci trzy lata… Raptownie wstrzasnal glowa, jakby chcial odpedzi'c zle my'sli.

— No c'oz — u'smiechnal sie blado do Bernarda. — Miewa sie czasem takie chwile slabo'sci, gdy wspomnienie tego, co odeszlo i nigdy nie wr'oci, zasloni na moment czlowiekowi 'swiat. Ale to nic, moze to i potrzebne, ze zbyt dobrze pamietamy ciemne chwile naszego zycia.

— To wtedy zginela pa'nska rodzina? — zapytal nie'smialo Kruk przypominajac sobie, ze kto's mu p tym juz kiedy's m'owil.

Horsedealer skinal glowa.

— Mieszkali'smy w'owczas na 32 poziomie. Nie byl to zbyt luksusowy poziom, ale jeszcze do's'c zdrowy i tani. O dwa poziomy nad nami znajdowaly sie zaklady Sialu. W chwili eksplozji moja Betty z mala Shee byly w domu, a John bawil sie na skwerku niedaleko mieszkania. Wybuch wylamal klape starej wyrzutni pojazd'ow rakietowych, kt'ora znajdowala sie na 34 poziomie, oraz podloge i sufit w hali. Poziom 32 i 33 laczylo poza windami waskie przej'scie kretymi schodami. Rzad zawsze lubil oszczedza'c na 'srodkach bezpiecze'nstwa. Nie naprawiono uszkodzonych drzwi prowadzacych do przej'scia: nie zamykaly sie automatycznie przy spadku ci'snienia. To spowodowalo katastrofe. W ciagu kilkudziesieciu sekund ucieklo powietrze r'owniez z naszego poziomu. Tam gdzie jeszcze byly szczelne drzwi, udalo sie uratowa'c rodziny znajdujace sie w mieszkaniach, gdyz natychmiast przystapiono do akcji, uszczelniajac otwory. Niestety, nie tylko John na skwerku, lecz Betty i Shee zginely r'owniez, gdyz drzwi nasze byty nieszczelne. Ta eksplozja nie byla przypadkiem, gdyz… — urwal w p'ol zdania, bo kto's gwaltownie zapukal do drzwi.

— Wej's'c! — zawolal Horsedealer.

Drzwi rozsunely sie i stanela w nich matka Kruka.

— Ber, szukam cie wszedzie i dopiero Johnny powiedzial mi, ze's poszedl do pana Horsedealera. Musisz natychmiast jecha'c do domu. Kto's czeka na ciebie w sprawie urzedowej. Pewnie dlatego przyszedl, ze u Wintera i Kuhna przestali pracowa'c.


Umowa | Zagubiona Przyszłość | Iskra na prochy