home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z
Ŕ Á Â Ă Ä Ĺ Ć Ç Č É Ę Ë Ě Í Î Ď Đ Ń Ň Ó Ô Ő Ö × Ř Ů Ý Ţ ß


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | ôîđóě | collections | ÷čňŕëęč | ŕâňîđŕě | add

đĺęëŕěŕ - advertisement



Iskra na prochy

Gdy winda zatrzymala sie na czwartym poziomie, Bernard odruchowo objal wzrokiem napis nad ostatnia w kierunku krawedzi 'swiata stacja — Tylko dla ludzi — i zastanowilo go, moze po raz pierwszy, czy to ma jakikolwiek sens.

Idacy obok Kruka agent wymamrotal co's prosto do ucha inspektora Clipsa, kt'ory z kolei przerwal tok my'sli Bernarda.

— P'ojdziemy w prawo.

Doszli do otwartego wlazu w podlodze, za kt'orym opadaly w d'ol spirala slabo o'swietlone schody az na poziom pastwiska. Clips przepu'scil naprz'od agenta. Szli teraz przy samej 'scianie, raz po raz wspierajac sie rekami na zelaznym ogrodzeniu rozleglego ok'olnika. Stado, zlozone z przeszlo 1500 roslych, czarnych k'oz — duma i bogactwo Oskara Locha — paslo sie na jednolicie zielonym, miekkim kobiercu rajgrasu.

Clips niespokojnie zalypal oczami po lace — bal sie, ze dojarki go zobacza. A nuzby go poznaly i uprzedzily naradzajacych sie? Ale Murzynki nie przyszly jeszcze na poludniowy ud'oj.

Inspektor wyjal klucz i otworzyl male drzwiczki w 'scianie. Znale'zli sie w jakim's ciasnym, ciemnym pomieszczeniu. Policjant zapalil 'swiatlo. Pr'ocz krzesla i telefonu nie bylo tu zadnych sprzet'ow. Clips polozyl sie na podlodze i dopiero w'owczas Kruk zauwazyl, iz znajdowal sie tam szereg wizjer'ow.

— Niech pan spojrzy — inspektor wskazal konstruktorowi miejsce obok siebie i nacisnal jaki's guzik.

— Wtedy bedziemy sie bronili… — poslyszal Kruk zako'nczenie czyjego's monologu. Przez chwile dobiegaly go jeszcze krzyzujace sie w powietrzu slowa, po czym zalegla przyczajona, wyczekujaca cisza.

Pod nimi znajdowalo sie duze pomieszczenie sluzace kilkunastu rodzinom niewolnik'ow za stale miejsce noclegu. Teraz za's panowal tu 'scisk do granic mozliwo'sci. Kobiety i dzieci cofnely sie ku 'scianom robiac miejsce dyskutujacym, kt'orzy siedzieli przewaznie na pryczach ciasno jak cygara w pudelku.

W rogu pomieszczenia, na trybunie skleconej z dw'och prycz nalozonych jedna na druga, stanal Murzyn, rosly, barczysty, o pomarszczonej jak jablko na wiosne twarzy. Smolistoczarnymi, zarzacymi sie gniewem oczami obrzucil zgromadzenie, sprezyl sie w sobie, wyciagnal naprz'od dlonie dla powitania czy skupienia uwagi zebranych i dobyl glosu.

Wyrazy padaly zrazu wolno, w r'ownych odstepach czasu, jak wymierzone kroki, potem pobiegly szybciej. Glos poteznial, chwilami, przy takich okre'sleniach jak „podlo's'c” lub „zbrodnia” przechodzil w dudniacy loskot. Ciepla, serdeczna nuta obejmowal „obrone zycia”, „wyzwolenie” potem 'sciszal sie do szeptu, by w tr'ojnas'ob wybuchna'c niepohamowanym ladunkiem mocy. Bylo w tym co's niedoskonalego artystycznie, a zarazem wstrzasajacego wyobra'znia.

— W kilku takich pomieszczeniach trzeba bedzie zainstalowa'c mozliwie szybko kamery — wyja'snil Clips. — Dyrektor Godston prosil, aby pan wydelegowal zaufanego czlowieka.

Kruk nic nie odpowiedzial. Pierwszym wrazeniem bylo zdumienie na widok czego's, co nosilo wszelkie znamiona akcji zorganizowanej. I to gdzie? — miedzy czarnymi. Nic m'ogl ukry'c ogarniajacej go coraz bardziej ciekawo'sci. Kiedy jednak spogladal na sylwetke inspektora policji, przyklejona do podlogi — czul, jak co's odpycha go od tego miejsca.

„Po co tu przyszedlem? — zadawal sobie pytanie. — Jakaz tu jest moja rola? Czy inna od roli tych dw'och policjant'ow, lowiacych skrzetnie nieprawomy'slne slowa tamtych biedak'ow spod podlogi?”

Uczul obrzydzenie do siebie samego. Jeszcze tylko tego brakowalo, aby kierowa! instalacja policyjnych urzadze'n podsluchowo-obserwacyjnych.

Poruszyl sie, majac zamiar odej's'c, ale Clips lewa reka ujal jego prawice w przegubie i szepnal mu do ucha:

— Chwileczke! Mala chwileczke! Zobaczy pan zaraz, gdzie sie podzieli pa'nscy monterzy. Chyba sie nie myle?…

Kruk spojrzal na trybune, kt'ora Murzyn dopiero co opu'scil, i mimo woli przetarl oczy, jakby chcial sie upewni'c, ze nie 'sni. Opustoszale miejsce zajal… „czlowiek”. Sk'ore mial biala, a co wiecej, Kruk znal go do's'c dobrze. Byl to Lett Cornick — monter od Kuhna, pierwszy z tych, kt'orzy odm'owili pracy przy budowie miotacza. Ale nie tylko on jeden spo'sr'od bialych uczestniczyl w zebraniu. Siegajac wzrokiem poprzez mrowie gl'ow do przeciwleglej 'sciany Kruk spostrzegl w panujacym tam p'olmroku, ze tylko niekt'ore twarze byly czarne. Dopiero teraz pojal, ze kojarzenie przez Clipsa zamieszek ze sprawa miotacza nie jest tylko pozbawiona realnych podstaw prowokacja policji.

Miotacz! Slowo to wdarlo sie zlowrogim zgrzytem w zycie mieszka'nc'ow Celestii. Oslanianie tajemnica celu przebudowy draznilo i podniecalo umysly. Ludzie, kt'orzy do niedawna, snujac sie ospale w'sr'od hal, warsztat'ow i korytarzy poddawali sie biernie przeklinanemu co dnia losowi — teraz jakby sie przebudzili z dlugiego, meczacego snu.

Fantastyczne plotki krazyly po wszystkich poziomach Celestii. Poczawszy od poglosek o przygotowanej likwidacji niewolnik'ow, a sko'nczywszy na pochodzacych rzekomo „z najlepszego 'zr'odla” informacjach, iz Summerson zamierza dla cel'ow oszczedno'sciowych wylacza'c stala strefe ochronna Celestii — wszystkie te wie'sci budzily rosnacy niepok'oj w'sr'od czarnych i bialych mieszka'nc'ow malego 'swiata. Coraz cze'sciej podnoszace sie glosy przeciw przebudowie miotacza przeradzaly sie w otwarty protest. Nie bylo tu istotne, kto i w jakim celu podsycal plotkami buntownicze nastroje. Sprawa miotacza rozdarla cienka powloke nabrzmialego od lat wrzodu.

Bernard spojrzal zn'ow na Cornicka. Mlody, chudy czlowiek o poz'olklej twarzy jak wszyscy tu m'owil o miotaczu, wszakze zgola inaczej. I chociaz, podobnie jak inni, uwazal te niezwykla przebudowe za gro'zna dla wszystkich tajemnice, patrzyl na nia z szerszej perspektywy i uzyczal zebranym tego spojrzenia. Sw'oj stosunek do zagadnienia sprecyzowal jasno i szczerze. Nie zawezal go tylko do sprawy miotacza. W slowach jego sprawa ta stopila sie w jedna calo's'c z ogromem krzywd znoszonych biernie od lat przez ludzi zepchnietych na dno nedzy i ponizenia. M'owil o bialych i Murzynach, jakby ulepieni byli z jeden gliny. Wzywal do jedno'sci.

Kruk czul, ze co's sie w nim lamie.

Juz mial sie podnie's'c i odej's'c, gdy nagle spostrzezenie przykulo go do miejsca. Na granicy pola widzenia spostrzegl Malleta. John rozlozyl dlonie szeroko na obu kolanach, glowe podal nieco naprz'od i z badawczym spokojem wpatrywal sie w twarz m'owcy, kt'ory wciaz nie schodzil z trybuny. Mallet sprawial niedwuznaczne wrazenie, ze cho'c trwa w tak skupionym bezruchu, odgrywa na tym zebraniu o wiele wazniejsza role niz rola biernego widza.

Czyzby naprawde Nieugieci zn'ow istnieli i John byl jednym z nich? Moze zn'ow, jak przed laty, chca podja'c beznadziejna walke przeciw wladcom Celestii? Dlatego tak zalezy Malletowi, aby on — Kruk — sprawdzil plany budowy reflektora Green-Bolta. Ale przeciez to szale'nstwo! Zn'ow tylko poleje sie wiele krwi. Czyz istnieje sila, kt'ora moglaby obali'c rzady „wielkich rod'ow”?

Bernarda przeszly dreszcze na my'sl, ze Mallet moze wpa's'c w rece policji.

— Czy…czy… macie zamiar ich wszystkich… teraz? — zapytal usilujac ukry'c niepok'oj. Inspektor pokrecil przeczaco glowa.

— Mamy czas. Nie uciekna…

Nagle poslyszeli lekkie, bardzo ostrozne kroki.

Zblizyl sie do nich agent, ten sam, z kt'orym tu przyszli. Clips wreczyl mu szpulke nagranej ta'smy magnetofonowej.

— Oddasz to natychmiast do rak dyrektora Godstona — rozkazal.

— Co tu sie dzieje?

Bernard podni'osl zdziwiony wzrok na grupke mezczyzn szamoczaca sie po'srodku dlugiej hali.

— Zabieraja ich! — wolal rozpaczliwym glosem Jini Bradley biegnac ku konstruktorowi.

— Kogo? Kto? — Kruk spojrzal pytajaco na swego asystenta.

— Przed chwila policja aresztowala dw'och fachowc'ow od stop'ow — wyrzucil z siebie Jim oddychajac gwaltownie. — Tych, kt'orych dopiero co pan wypozyczyl od Frondy'ego.

Rumieniec oblal twarz Kruka.

— To skandal! — zawolal z gniewem. — Co oni sobie w og'ole my'sla? Szybkim krokiem podszedl ku przybylym.

Trzech policjant'ow przynaglalo do wymarszu aresztowanych, kt'orzy gestami i slowami zapewniali o swojej niewinno'sci. Bernard podchodzil do nich wla'snie w chwili, kiedy rosly dragal w mundurze chwycil za kark Steye'a Browna wrzeszczac na cale gardlo:

— Dosy'c tej gadaniny! Obydwaj naprz'od i juz! Chcemy ich prowadzi'c jak ludzi, zeby ich palcami po drodze nie wytykano, a 'swinia jedna z druga gardluje, ze nie wic, o co chodzi. Dowiecie sie w dyrekcji policji. Skoro otrzymali'smy rozkaz przymkniecia was, to znaczy, ze jeste'scie dobre numery. Szybciej!

Pchnal Browna tak raptownie, ze ten przewr'ocil sie uderzajac glowa o posadzke.

— Co tu sie dzieje? — zawolal Bernard. Policjanci obrzucili go obojetnym spojrzeniem.

— Co ma sie dzia'c — odparl jeden z nich. — Dostali'smy nakaz aresztowania tych dw'och.

— Nakaz? Od kogo?

— To nie pa'nska rzecz.

— A wla'snie, ze moja — zaperzyl sie konstruktor. Siegnal do kieszeni i podsuna! pod nos policjantowi plenipotencje prezydenta gloszaca obowiazek udzielania Krukowi wszelkiej pomocy. — Ci ludzie sa mi koniecznie potrzebni — wyja'snil. — Czy to panu wystarczy?

— Dyrektor Godston polecil tych dw'och zaraz doprowadzi'c na przesluchanie — zmiekl troche policjant. — Niech sie pan stara u niego, zeby cofnal rozkaz. Nam przeciez wszystko jedno.

— Zadzwonie wprost do prezydenta! — obruszyl sie Bernard. — Tymczasem nie przeszkadzajcie ludziom pracowa'c. Wykonuja zam'owienie prezydenta Summersona — dodal znaczaco i szybko oddalil sie w stroni; kantoru.

Pchnal gwaltownie drzwi i stanal zdziwiony.

Obok biurka, na kt'orym lezaly rozlozone plany miotacza, siedziala w fotelu… Stella.

Bernard zatrzymal sie w progu.

Dziewczyna zerwala sie z miejsca i podbiegla do niego.

— Ber!

Kruka ogarnelo radosne podniecenie. Miotacz, policja, aresztowani robotnicy, wszystko odbieglo gdzie's daleko, zagubilo sie w niepamieci i pozostalo tylko jedno: ona — Stella. Po raz pierwszy m'owila mu po imieniu nic sobie nie robiac z obecno'sci 'swiadka, kt'orym byl siedzacy przy drugim biurku nadzorca.

Bernard zapomnial, po co przybyl. Wydalo mu sie, ze przyszedl tu wla'snie dlatego, aby sie spotka'c ze Stella.

I jej r'owniez udzielil sie nastr'oj dlugo oczekiwanej chwili. Chciala sie spotka'c z Bernardem jak najszybciej. Oto otworzyl sie przed nia nowy etap zycia. Nie potrafila poczatkowo uwierzy'c, ze to prawda i dlatego tu przyszla, aby uslysze'c potwierdzenie z jego ust.

Mlodo's'c Stelli, mimo otaczajacego ja luksusu, byla monotonna i blada. Nie przezyla ani osobistych triumf'ow, ani zyciowych niepowodze'n, nie wiedziala, co znaczy mocno, uparcie o co's walczy'c.

Miala duze powodzenie, zwiazane w znacznym stopniu z pozycja jej ojca. Pr'ocz tego byla ladna, chociaz w g'ornych, a zwlaszcza najwyzszych sferach czynnik ten nie mial prawie zadnego znaczenia w sprawie wyboru zony. Bardzo typowym przykladem byl jej ojciec.

Gdy Summerson mial trzydzie'sci lat, powszechnie m'owiono w Celestii, ze kocha sie w pieknej c'orce Morgana. Prowadzono juz targi o posag narzeczonej, gdy stary Handerson zachorowal i wewnatrz grupy Sialu rozpoczela sie walka o to, kto obejmie po nim stanowisko prezydenta. W tej sytuacji Edgar Summerson postanowil wykorzysta'c sprawe malze'nstwa dla wzmocnienia swej pozycji.

Uklady zostaly zerwane. W miesiac p'o'zniej Edgar Summerson po'slubil, jak wtedy m'owiono, wytw'ornie metali lekkich Harrimana, na dodatek biorac zone krepa, troche kulawa i do tego starsza od swego malzonka o 8 lat. Summersona nie razilo to bynajmniej. Poparcie wplywowej rodziny Harrimana dla kandydatury Edgara na stanowisko prezydenta bylo zapewnione. Wkr'otce tez Handerson umarl i Summerson objal urzedowanie. o Mary Morgan szybko zapomnial, a zapytywany w poufalszym gronie, czy nie zaluje niedawnej milo'sci, odpowiadal, ze w lokalach rozrywkowych Greena sa przeciez ladniejsze dziewczyny. Zona w og'ole sie nie liczyla. Zreszta po dw'och latach.umarla.

Po roku Summerson ozenil sie po raz drugi z mlodsza siostra Kuhna, kt'ora zmarla po czterech latach malze'nstwa. Pozostawila mu c'orke, Stelle, i powinowactwo z Kuhnami, kt'orzy przedtem lawirowali miedzy Morganem a grupa Agro. Ta umiejetna polityka sprawila, ze Summerson m'ogl wzmocni'c niezmiernie swa pozycje jednowladcy.

Echa tych dawnych spraw rodzinnych docieraly i do Stelli. Nie miala tez zadnych zludze'n, ze gdy ojciec postanowi wyda'c ja za maz, o jej zdanie nawet dla formy nie zapyta, a los jej uzalezniony bedzie od doj'scia czy niedoj'scia do skutku jakiej's kombinacji politycznej.

Od pewnego czasu na widoku byl Jack Handerson, o kt'orym w kolach Sialu m'owilo sie jako o projektowanym nastepcy Edgara Summersona. Stella nie kochala go. Wydawal jej sie nudny i zarozumialy. Nie pociagal jej tez rozwiazly tryb zycia otaczajacej ja „zlotej mlodziezy”. Cho'c atmosfera „wyzszych sfer” Celestii wykluczala jakiekolwiek skrupuly moralne, jednak wciagnieta w wir dzikich zabaw i orgii Stella rychlo odczula niesmak i zniechecenie.

Pasja jej stal sie sport. Basen i boisko przedkladala zdecydowanie nad nocne eskapady i przygodne milostki. Dansingowi championi, wielbiacy wdzieki prezydenckiej jedynaczki, pocieszali sie, ze to tylko chwilowy kaprys, jednakze ta zmiana trybu zycia miala glebszy podklad.

Stelli zdawalo sie dotychczas, ze nie kocha nikogo. Z chwila poznania na basenie Bernarda co's jakby zmienilo sie w jej zyciu, cho'c sama sobie z tego sprawy nie zdawala. Niekt'ore z zawistnych kolezanek twierdzily, ze zainteresowania sportowe Stelli wiaza sie z wyczynami Kruka na basenie czy ringu.

Bylo w tym nieco przesady. Stosunki miedzy konstruktorem a c'orka prezydenta nie przekraczaly nigdy granicy sportowego koleze'nstwa.

Stella bardzo lubila Bernarda. Lubila slucha'c opowiada'n konstruktora, odpoczywala duchowo, gdy byl z nia. Nie wiedziala sama, kiedy uczucie przyja'zni przerodzilo sie w milo's'c, cho'c ukrywana, jednak coraz potezniej dopominajaca sie o swe prawa.

Az nagle… Najniespodziewaniej w 'swiecie ojciec wyrazil zgode na jej malze'nstwo z Bernardem, zgode zagwarantowana wlasnym podpisem i wielka pieczecia prezydencka.

Teraz ogarnial ja niepok'oj, czy radosna prawda nie rozwieje sie jak piekny sen. Dlatego chciala ujrze'c Kruka, uslysze'c od niego samego to, w co wierzyla, a zarazem nie 'smiala wierzy'c.

— Ber… — powt'orzyla cicho. — Jak dobrze, ze jeste's… Kruk patrzyl w jej oczy bez slowa.

— Ber, dobrze, ze jeste's… — wyszeptala. — Dlaczego nie bylo cie dzi's na basenie? A ja bylam, czekalam nawet troche, my'slalam, ze wyjatkowo sie sp'o'zniasz. Tak nie mozna, Ber — dodala z figlarnym u'smiechem.

Nadzorca wstal i dyskretnie sie wyni'osl. Mlodzi stali teraz naprzeciw siebie, sami, w ciszy, kt'ora mimo dalekich odglos'ow pracy maszyn pozwalala im slysze'c tetno wlasnych serc.

— Nie cieszysz sie, ze przyszlam? — zapytala dziewczyna, cho'c rado's'c bijaca z twarzy Bernarda kazala wierzy'c, iz chyba nawet na Juvencie nie czulby sie lepiej.

Konstruktor ujal dlo'n dziewczyny.

— Ciesze sie, Stello… — wyszeptal. — Ciesze sie, ze moge tak prosto wymawia'c twoje imie, patrze'c w twoje oczy bez obawy, ze kto's doniesie o tym prezydentowi, wreszcie… no, ciesze sie tym… ze kiedy's w zyciu…

Zabraklo mu sl'ow. Stal wciaz trzymajac w dloniach jej reke.

— Tak, tak, Ber… — uslyszal drzacy wzruszeniem szept Stelli.

Trzask otwieranych drzwi otrze'zwil zakochanych. Jim Bradley wraz z technikiem staneli po'srodku kantoru.

Zatrzymali sie zdziwieni obecno'scia c'orki prezydenta. Mlody asystent w zaklopotaniu nie m'ogl wydoby'c z siebie slowa.

— Bedziesz jutro na basenie? — spytala Stella Bernarda, niezadowolona i juz zdecydowana odej's'c.

— Bede.

— Pamietaj — rzucila od drzwi.

Krukowi wydawalo sie, ze przebudzony zostal z pieknego snu. Zamy'slonym wzrokiem spojrzal na przybylych.

— Policjanci zabrali tamtych dw'och — powiedzial Bradley. — M'owili, ze dluzej czeka'c nie moga, bo od szefa mieliby co slucha'c.

Dopiero teraz Bernard przypomnial sobie, po co tu przyszedl.

— Oni sa nam ogromnie potrzebni — wtracil technik. — Przy takim balaganie ani za robote nie mozna odpowiada'c, ani nic… Ja za trzech nie my'sle pracowa'c. Czy oni predko wr'oca?

Kruk podszedl do telefonu.

— Dyrekcja policji? Prosze z dyrektorem Godstonem. Halo! Tu m'owi Kruk. Pa'nska policja aresztuje moich pracownik'ow. Jak w tych warunkach moge wykona'c polecenie prezydenta? Musicie zwolni'c natychmiast tych dw'och aresztowanych w Sial Celestian… Tak! Koniecznie! To sa fachowcy niezbedni przy montazu. Co?

Na twarzy Bernarda odbilo sie zaklopotanie.

— Co?… Za dzialalno's'c przeciw wladzy pa'nstwowej? Przeciw osobie prezydenta? Tak. Rozumiem… Tylko prezydent… Osobi'scie zadzwoni'c? Tak! No, to do widzenia.

Bernard powiesil sluchawke i zamy'slil sie gleboko.

— No i co? — zapytal niepewnie Jim Bradley.

Kruk pomilczal jeszcze chwile, potem machnal reka, jakby chcial odegna'c ponury cie'n zasnuwajacy niedawno jeszcze tak zywy i czysty obraz Stelli.

— Musza zastapi'c ich inni.

— C'oz pan powie dobrego?

Pytanie, jakim prezydent powital swego sekretarza, nie nalezalo do fortunnych. Wystarczylo przyjrze'c sie twarzy Williamsa, aby jej wyraz starczyl za odpowied'z.

— A co zlego?

— Bardzo duzo. Przepraszam, ekscelencjo, ale przebudowa miotacza nie byla chyba warta jej konsekwencji.

— Przebieg zebrania niewolnik'ow na drugim poziomie jest mi znany. Policja otrzymala zarzadzenia porzadkowe i spok'oj bedzie rychlo przywr'ocony. Najgorliwszych szczekaczy rozkazalem wychlosta'c i osadzi'c w wiezieniu rzadowym. Pr'ocz tego u Kuhna zatrzymano trzech niepohamowanych plotkarzy.

— Wiem. Ale zaklady Kuhna 'swieca juz pustkami.

— Jak to?

— Po tym wla'snie aresztowaniu „szarzy” zaczeli sie burzy'c. Pewnie byli tacy, kt'orzy innych buntowali. Efekt ko'ncowy — na znak protestu rozeszli sie do dom'ow.

Summerson potarl czolo spocona dlonia.

— I nie koniec na tym. Podobnie zachowali sie r'owniez ludzie Frondy'ego.

— Czyzby i Murzyni odwazyli sie?

— Na razie nie. Raczej nie — poprawil sie Williams. — Ale po „naukach”, ze moga razem z lud'zmi domaga'c sie wsp'olnych praw, ich postawa zaczyna by'c zuchwala. Moze juz w tej chwili… Zreszta, nie chce by'c zwiastunem zlej wr'ozby. Moim zadaniem jest informowanie ekscelencji o prawdziwym stanie rzeczy. Tu za's godziny maja znaczenie.

— Minuty — sprostowal prezydent. — Dziekuje panu w imieniu moim i rzadu. Tu trzeba dziala'c blyskawicznie. Pozostanie pan, zeby wzia'c udzial w naradzie. Profesor tez pewnie dorzuci co's nowego? — zwr'ocil sie do Schneeberga, kt'ory przed chwila wszedl do gabinetu i siedzial w milczeniu czekajac swojej kolejki.

— Przypuszczam, ze niewiele — odrzekl fizyk. — Z pewno'scia ekscelencja ma lepsze informacje.

Prezydent skinal glowa.

— Zwracam sie do pan'ow, jako do moich doradc'ow, oraz jednocze'snie jako do uczonych. Wypadki rozwijaja sie z nieprzyjemna szybko'scia. Policja jest w akcji, obawiam sie wszakze, ze to nie wystarczy. Rad'zcie, skoro jeste'scie — w glosie prezydenta nie wyczuwalo sie juz zwyklej pewno'sci siebie.

Pierwszy odezwal sie Schneeberg.

— Wydaje mi sie, ze cala sprawa — mam na my'sli masowy nastr'oj zaniepokojenia — jest po prostu wielkim nieporozumieniem.

— Jak pan to rozumie? — przerwal prezydent.

— Prosze o pozwolenie szczerego wypowiedzenia wszystkiego, co my'sle. Wtedy m'oj udzial w dyskusji wniesie moze co's 'swiezego.

— Alez prosze bardzo. Najwyzej uznam jaki's wyrazony przez pana punkt widzenia albo postawiony problem za zbedny czy niewla'sciwy. Nic wiecej. Prosze m'owi'c bez skrepowania.

— Ot'oz mnie sie wydaje, ze w tym wszystkim zawinilo nie przebudowanie miotacza, lecz opublikowanie wiadomego ekscelencji dokumentu. W polaczeniu ze zlo'sliwie sformulowanymi komentarzami, kt'ore nie wiem zreszta, od kogo wyszly, wywolalo to nagly przerost wprost nieograniczonego fantazjowania. Niemaly wplyw na og'olne podenerwowanie maja bzdurne proroctwa oblaka'nc'ow wl'oczacych sie po wszystkich poziomach. Z kolei nastapilo zara'zliwe wzburzenie umysl'ow r'owniez u zdrowych ludzi i niewolnik'ow.

— Balwan — syknal Summerson. Twarz Schneeberga spasowiala.

— Przepraszam. Nie mialem nic zlego na my'sli.

Prezydent spojrzal ze zdziwieniem na uczonego i naraz roze'smial sie.

— To nie bylo skierowane do pana. My'slalem o Kruku. Ten balwan sadzil, ze w ten spos'ob umocni swa pozycje.

— Wydaje mi sie — wtracil Williams — ze nieslusznie ekscelencja posadza Kruka o celowe rozgloszenie tre'sci tego dokumentu. On twierdzi, iz to zrobili ludzie Greena bez jego wiedzy.

— To nie zmienia w niczym postaci rzeczy — przerwal niecierpliwie prezydent. — Tak czy inaczej musial komu's wy'spiewa'c, bo skad by ten lajdak Green sie dowiedzial? Profesorze, prosze, niech pan m'owi dalej. Czy pan wie co's blizszego o tym fantazjowaniu tlumu?

— Moge poda'c przyklady. W zakladach Frondy'ego kto's rozpu'scil pogloske, ze miotacz posluzy do masowego mordowania Murzyn'ow. Okre'slono ilu, w jakim wieku, m'owiono tez o rzekomo sporzadzonej li'scie imiennej. Inna wersja tej samej bzdury dodawala, jakoby ofiara akcji mieli pa's'c r'owniez ludzie — starzy, okaleczeni w wypadkach przy pracy, niezdolni do powazniejszego wysilku. Gadali jeszcze, ze sprawno's'c miotacza bedzie wypr'obowana na wrogach waszej ekscelencji. Sa tacy, kt'orzy bezwstydnie sugeruja, jakoby dowiedzieli sie z najpierwszego 'zr'odla o budowaniu obok miotacza wyrzutni do wystrzeliwania ludzi celem unicestwienia ich z chwila, gdy dostana sie w skr'ocona strefe dezintegracji. Chociaz to jest obliczone na nieuk'ow, bo przeciez rozum dyktuje, ze samo wyrzucenie czlowieka w pustke kosmiczna r'owna sie jego zagladzie bez wyrzutni i miotacza. Nie m'owiac juz o tym, ze rezygnacja z utylizacji zwlok nie ma sensu z punktu widzenia ekonomicznego. Ale ciemny tlum got'ow jest podchwyci'c kazdy idiotyzm. Sadze zreszta, ze niekt'ore plotki sa celowo rozpuszczane przez opozycje.

— My'sli pan, ze to antyrzadowy spisek? Zadzwonil telefon. Prezydent podni'osl sluchawke.

— Co?!! Pow'sciekali'scie sie?! Wy, pewnie ze wy! Co robia straznicy?!! Porozkladali sie do g'ory brzuchami, czy co?… A, ma sie rozumie'c! Tak, tak. W tym cala sprawa… Tak, w porzadku.

Centralnych warsztat'ow pilnuje policja… Moja instrukcja — utrzyma'c prace i spok'oj. Wszystkie 'srodki, jakie do tego prowadza, sa dobre. Z terrorem ostroznie… W stosunku do Murzyn'ow — oczywi'scie. Ale… Murzyni tez przeciwstawiaja sie twojej wladzy? Winszuje! Tego sie po tobie nie spodziewalem. Alez tak, wszyscy jeste'scie winni. Nie mam wiecej czasu. No, porozum sie, z kim trzeba. Je'sli masz dzwoni'c o awanturach, to do policji… Prezydent otarl pot z twarzy.

— Nie do wiary! Nawet Harrimana postawilo na nogi. Wszedzie to samo. Czuje w tym reke Greena. Ta kanalia gotowa jest doprowadzi'c do krwawych rozruch'ow, byle tylko dorwa'c sie do wladzy. Ale my sie obronimy. Obronimy Celestie, obronimy zycie. To jedyne godne zycie we wszech'swiecie. Czy nie mam racji, profesorze Schneeberg?

Dzwonek telefonu wyprzedzil uczonego. Prezydent nasrozyl sie na niewidzialnego wroga w aparacie i dopiero glos Godstona uspokoil go nieco. Dyrektor policji donosil, ze trzej aresztowani, Andrew Olster, Bernard Wilier i Steye Brown, przyznali sie do winy.

— A wiec gl'owni organizatorzy awantur znajduja sie pod kluczem?… W dalszym ciagu?… W zakladach?… Gdzie jeszcze?… Oj, czy przyw'odcy naprawde sa zamknieci?… No slusznie — ty odpowiadasz. Nawet wiecsj — glowa. Dobrze, ze cho'c to rozumiesz.

Gro'zba stanowila raczej swoista forme wyrazenia niezadowolenia, niz rzeczywiste ostrzezenie, gdyz Godston byl siostrze'ncem prezydenta.

— Jeszcze jedno pilne zadanie. Macie natychmiast zebra'c wszystkich wariat'ow wl'oczacych sie swobodnie po calej Celestii. Zamkniesz ich… Gdzie? Gdzie chcesz… Mozesz wzia'c do pomocy doktora Rotha… Na razie nie… Slyszalem, ze dotychczas niezbyt sumiennie wypelniacie polecenie likwidacji czarnych oblaka'nc'ow… Teraz szczeg'olnie… Bad'z w 'scislym kontakcie ze mna i melduj mi o kazdej powazniejszej zmianie.

Powiesil sluchawke.

— A wiec? — spojrzal na Schneeberga. — Moze zaczniemy od pytania: czy pan podziela zdanie Williamsa, ze chodzi tu o antyrzadowy spisek?

— Ujalbym to troche inaczej — podjal ostroznie profesor, lecz dalszy bieg wydarze'n przeszkodzil mu w wyja'snieniu, co ma na my'sli.

Brzeczek telefonu nie dal o sobie zapomnie'c. Prezydent zn'ow siegnal po sluchawke. Twarz jego przybrala zlowrogi wyraz.

— Natychmiast do mnie! — powiedzial ostro, prawie gro'znie i rzucil sluchawke na widelki. W drzwiach stanal Kruk.

— Przepraszam, ze przeszkadzam, ale napotykam na trudno'sci nie do pokonania. Ani zapowied'z specjalnych premii, ani gro'zba zwolnienia z pracy nie odnosza juz skutku. Po wprowadzeniu policji do hal produkcyjnych zaledwie kilku ludzi wr'ocilo po przerwie do pracy. Nie wiem, czy ci, kt'orzy nie wr'ocili, boja sie dalszych aresztowa'n, czy tez przyjmuja bezkrytycznie plotki i nie chca uczestniczy'c w budowie rzekomego narzedzia zbrodni.

Summerson patrzyl na Kruka podejrzliwie. Na ustach jego pojawil sie ironiczny u'smiech.

— A jak pan sadzi: skad biora sie plotki, owo dzialanie wielu ludzi na szkode spolecze'nstwa?

— Z tajemnicy. Tylko z tajemnicy. Z chwila, gdy ekscelencja oznajmi jasno i publicznie, czemu sluza zmiany w miotaczu, bajki o jego zab'ojczym przeznaczeniu same upadna. To jest jedyna skuteczna bro'n. Nie przymus, nie wiezienie, nie zamykanie ludziom ust, ale prawda!

Prezydent zdawal sie nie slucha'c, przerzucajac jakie's papiery na biurku. W rzeczywisto'sci pilnie lowil uchem kazde slowo, bo moze pierwszy raz nie dowierzal swoim umiejetno'sciom zduszenia narastajacej rebelii.

Pragnal r'owniez upokorzy'c Kruka i naprawi'c to, co wypominal sobie samemu jako najwieksza w zyciu nieopatrzno's'c. Prawie nie patrzac na konstruktora, z przymruzonymi powiekami, zaczal m'owi'c cicho, lecz dobitnie, wazac kazde slowo:

— Prawda, kt'ora nie ukrywa zla, moze wystapi'c bez maski. Ku Celestii zbliza sie r'oj cial tak szybkich i tak r'oznych od dotychczas znanych, ze miotacze zawiodlyby na pewno. A spotkanie z tymi cialami wydaje sie nieuniknione i gdyby'smy nie byli uzbroili przynajmniej w jeden przebudowany miotacz i to w terminie przeze mnie wyznaczonym, z naszego 'swiata pozostalby martwy czerep. Nic wiecej. A pan, konstruktorze Kruk, nie zawahal sie wykorzysta'c grozacego nam 'smiertelnego niebezpiecze'nstwa do egoistycznych cel'ow. Z lekkim sercem opierale's sie podjeciu decyzji i tym chytrym sposobem wymogle's na mnie tak bajeczne warunki. Dopiero wtedy laskawie zechciale's podja'c sie roboty, bez kt'orej zgineliby'smy wszyscy. I ty r'owniez. Nie do's'c na tym: dopu'scile's sie publicznego rozgloszenia ukladu, kt'orego tre's'c, jak specjalnie podkre'slalem, nie powinna przedosta'c sie poza 'sciany tego gabinetu. Stalo sie wiec najgorsze: oblakany motloch zaczal my'sle'c po swojemu. I nie tylko motloch. Konsekwencje tego ugodzily nie w pana.

Najciezej we mnie, bo ja odpowiadam za wszystko, co w Celestii moze sie sta'c. A teraz, teraz, konstruktorze Kruk, oczekuje od pana wyczerpujacych wyja'snie'n. Moze postanowie'n, moze czego's wiecej. Niech pan sie nie krepuje obecno'scia moich doradc'ow. To jest bez znaczenia.

Kruk sam nie wiedzial, co sadzi'c o tym wszystkim. Czul sie zar'owno winnym jak niewinnym, tym, kt'orego podstepem podeszli, i tym, kt'ory sytuacje wyzyskuje do granic mozliwo'sci. Zwlaszcza po rozmowie z Horsedealerem nie mial zadnego zaufania do sl'ow prezydenta, zreszta dobrze znal jego i cala sfere rzadzaca. Ale tez wiedzial, ze nawet dzi's nie moze wypowiedzie'c Summersonowi poslusze'nstwa. Pomy'slal, ze idac na ustepstwa zyska wiecej.

— Zdaniem ekscelencji najwiecej zla wyrzadzilo telewizyjne opublikowanie dokumentu. Stalo sie to nie z mojej winy, ale odpowiedzialno's'c spada na mnie. Chce to naprawi'c. Got'ow jestem zdementowa'c wiadomo's'c o zawartej umowie. Jednocze'snie moge poda'c wla'sciwy cel budowy miotacza.

Kruk siegnal do kieszeni. Zimnym wzrokiem patrzyl na prezydenta, gdy wreczal mu papier.

— Niech spok'oj zn'ow zapanuje w Celestii — doko'nczyl kr'otko. Summerson na poz'or obojetnie schowal dokument.

— Dziekuje. Zeby pan nie czul sie skrzywdzony, powiem panu co's zupelnie prywatnie. W tym obywatelskim czynie spoleczno's'c nasza zyskala podstawe do dawnej koniecznej r'ownowagi. Pan za's niczego nie stracil, bo w sprawie mojej c'orki tylko jej wola ma znaczenie, a serce nie podporzadkowuje sie dokumentom.

— Czy dostane brakujacych ludzi? — zapytal Kruk chlodno.

— Za ile godzin przewiduje pan montaz ostateczny?

— O ile wszystkie cze'sci otrzymam w terminie, tak jak mi obiecano, jutro wczesnym rankiem przystapie do instalowania na zewnatrz. Bede musial wtedy wylaczy'c miotacz, mozliwie na jak najkr'ocej. Rano, a w kazdym razie przed poludniem, nowy miotacz powinien by'c got'ow. Dzi's cala noc pracuje wraz z asystentem.

— Czy Jim Bradley jest dobrze zorientowany w caloksztalcie prac?

— Tak.

— Niech pan bedzie spokojny. Ludzi panu dostarcze. Je'sli za's chodzi o dementi, niech pan sobie tym glowy nie zawraca. To moja sprawa.

Prezydent nacisnal guzik i kazal polaczy'c sie z Greenem.

— Tu Summerson. Przy'slij za p'ol godziny jakiego powazniejszego reportera. Chce mu udzieli'c wywiadu dotyczacego przebudowy miotacza… Tak, to sprawa duzej wagi. Wywiad oglosisz natychmiast po autoryzowaniu tekstu. Na wszystkie linie. R'owniez przez glo'sniki publiczne…

Powiesil sluchawke. Zn'ow zadzwonil telefon. Prezydent sluchal przez chwile i naraz twarz jego spasowiala.

— Co? Co? A to lajdak… I tamten tez? Pilnuj ich jak oka w glowie… Oczywi'scie! Natychmiast donie's mi, je'sli zauwazysz co's podejrzanego. Rozumiesz chyba dobrze, co ten lajdak knuje. I to jeszcze w takiej chwili… Ale sie przeliczy.

Sluchawka opadla z trzaskiem na widelki.

Kruk, kt'ory czekal na sko'nczenie rozmowy, zapytal:

— Czy mam jeszcze zosta'c?

— Nie. Niech pan wraca do pracy. Konferencja sko'nczona. Bernard sklonil sie i wyszedl.

Williams i Schneeberg podnie'sli sie z miejsc, lecz w tej chwili drzwi rozsunely sie gwaltownie i do pokoju wpadl jak bomba Kuhn.

— Co? Juz jeste's zdr'ow? — zdziwil sie prezydent.

— Nie bardzo. Ale mniejsza o to. Sa wazniejsze sprawy. Co sie tu u nas dzieje? Kazale's przebudowa'c miotacze nie porozumiawszy sie zupelnie ze mna. Przeciez ja jestem odpowiedzialny za bezpiecze'nstwo Celestii.

— W mniejszym stopniu niz ja — przerwal mu spokojnie prezydent. — Nie chcialem cie denerwowa'c w czasie choroby.

— Alez ja powinienem wiedzie'c, na co ta przebudowa. Czy nie slyszale's fantastycznych plotek, jakie kraza po calym 'swiecie?

— I tak dowiedzialby's sie za godzine, jak i ci wszyscy, kt'orzy rozsiewaja te bzdury.

— Ja rozsiewam bzdury?

— Tego nie powiedzialem. Ale robisz zamet denerwujac siebie i innych.

— To ja robie zamet?

— Sko'nczmy z ta jalowa gadanina. Chcesz zna'c cel budowy miotacza, to wracaj do l'ozka i wlacz telewizor. Za godzine zostanie nadany wywiad ze mna w tej sprawie. Chyba wytrzymasz? Bo ja w tej chwili nie mam czasu na udzielanie ci wyja'snie'n.

Minister ochrony zewnetrznej nie ustepowal jednak. Goraczka i podenerwowanie, wywolane lekcewazacym tonem Summersona, przekre'slily poczucie dystansu, wymaganego w stosunkach z prezydentem.

— Ja stad nie wyjde.

Bruzdy na czole Summersona poglebily sie, opanowal jednak wzburzenie czujac, ze kl'otnia do niczego nie doprowadzi.

— No, niech bedzie. Sluchaj wiec. Zblizaja sie do nas szybkie ciala kosmiczne, kt'ore moga spowodowa'c katastrofe 'swiata. Wla'sciwo'sci ich sa tego rodzaju, ze nasze dotychczasowe miotacze nie gwarantuja bezpiecze'nstwa.

— To znaczy jakie?

— Co jakie?

— No jakie wla'sciwo'sci?

Prezydent nie m'ogl ukry'c niezadowolenia.

— Sa to ciala szybkie… kt'ore, przebiegajac nawet obok Celestii, moga nam zagraza'c.

— W jaki spos'ob?

— Ot'oz tu tkwi istota zagadnienia. Ciala te posiadaja dziwna ceche, nie spotykana dotychczas. Jak wam to wytlumaczy'c…

— Czyzby one — wtracil Schneeberg — wysylaly…

Urwal raptownie. Cho'c potwierdzenie wlasnej hipotezy podniosloby jego autorytet w oczach glowy pa'nstwa — bal sie omylki.

Na twarzy prezydenta pojawil sie zachecajacy u'smiech.

— No, no? Ciekawe, czy profesor zgadl.

— Przypuszczam — rozpoczal z wahaniem fizyk — ze moga to by'c ciala o niezwykle wzmozonej radioaktywno'sci…

Summerson skinal glowa z u'smiechem.

— No, no?

— Cho'c, m'owiac szczerze — ciagnal nieco pewniej Schneeberg — trudno mi wyobrazi'c sobie, aby stosunkowo nieduze ciala mogly tak intensywnie promieniowa'c, iz stanowilyby gro'zne niebezpiecze'nstwo dla 'swiata. To musialaby by'c formalna eksplozja promieniotw'orczo'sci. A przede wszystkim, jaki cel ma cofniecie strefy dezintegracji? Nic. Chyba to nie to…

Oczy prezydenta, wpatrzone w twarz starego fizyka, raptownie przygasly. Opu'scil wzrok na papiery, bebniac delikatnie palcami po szklanym blacie biurka.

Naraz. twarz jego rozpogodzila sie. Spojrzal z triumfem po obecnych.

— Tak, profesorze — rzekl z naciskiem. — Pa'nska hipoteza, cho'c nie'scisla, jest bardzo bliska prawdy. Gratuluje panu. Sa to wla'snie ciala… eksplodujace.

Na twarzy Williamsa rozlalo sie zdziwienie.

— Eksplodujace?

— Tak. Eksplodujace. Nie moge wam blizej okre'sli'c natury tych cial, gdyz jest to zupelna nowo's'c w astronomii i w tej chwili sa one przedmiotem bada'n urzedowego astro-fizyka. Jednak znajac ich cechy zewnetrzne wiemy, ze niebezpiecze'nstwo grozace nam nie jest przesadzone. Jest to olbrzymi r'oj cial, rozproszony na przestrzeni 300 000 km. Co kilka godzin kt'ore's z nich eksploduje, rozpryskujac swe szczatki we wszystkich kierunkach. Niebezpiecze'nstwo polega na tym, ze poza cialami, kt'ore pedzac wprost na Celestie bylyby zniszczone przez miotacz, gro'zne sa dla nas r'owniez te, kt'ore beda przelatywa'c obok nas. Wyobra'zmy sobie, ze cialo takie przebiega blisko Celestii i juz wewnatrz strefy dezintegracji, a moze nawet jeszcze blizej, ponizej jej dolnej granicy, nagle rozrywa sie na cze'sci. Jeste'smy w'owczas zupelnie nie oslonieci przed uderzeniami odprysk'ow takiego ciala. Jedyna rada jest zniszczenie kazdego ciala, kt'ore bedzie przebiega'c przez nasza strefe dezintegracji, nim sie zblizy na niebezpieczna odleglo's'c. Temu celowi sluzy pierwszy kierunek przebudowy miotacza, to znaczy umozliwienie kierowania go przeciw dowolnemu cialu przebiegajacemu strefe dezintegracji. Po drugie, musimy by'c przygotowani na niecelno's'c naszych, ze tak powiem, recznych strzal'ow z duzej odleglo'sci. Nakazalem przebudowa'c miotacze w ten spos'ob, aby mozna bylo, cofajac strefe dezintegracji, zwiekszy'c celno's'c, a wiec zmniejszy'c prawdopodobie'nstwo katastrofy. To wszystko, co mam do powiedzenia. Blizszych szczeg'ol'ow dowiemy sie w'owczas, gdy Lunow zako'nczy badania.

Summerson podni'osl sie z miejsca dajac do zrozumienia, ze dyskusje uwaza za sko'nczona.

— Jeszcze chwilke! — zawolal za wychodzacymi. Odwr'ocili sie i staneli w progu zdziwieni.

— Prosze nic zawraca'c glowy Lunowowi. Jest on tak zajety, ze nawet ja ograniczam sie w pytaniach. Prosil mnie, abym wydal odpowiednie zarzadzenia zapewniajace mu calkowity spok'oj w pracy. To wszystko.

Zadzwonil telefon.

— Mozesz sie spokojnie polozy'c do l'ozka — Summerson zwr'ocil sie z u'smiechem do Kuhna i siegnal po sluchawke.

U'smiech na twarzy prezydenta zgasl raptownie. Reka trzymajaca przy uchu sluchawke, az sie zatrzesla.

— Kto to powiedzial? A wiec jednak… Aresztowa'c natychmiast wszystkich podejrzanych!

La'ncuch zagadek ro'snie

Summerson zmarszczyl brwi.

— Czekalem na ciebie cale p'ol godziny, a przeciez prosilem, aby's przyszedl natychmiast — ofuknal Greena na wstepie. — Co ty w og'ole wyprawiasz?

Ale przybyly nie dal sie stropi'c.

— Po pierwsze, nie mam czasu, m'oj drogi. Po drugie — m'ow kr'otko, o co ci chodzi! Prezydent przechylil sie do przodu, nerwowo przymruzy! oczy, palce zacisnal gwaltownie w pie's'c. Wyrzucil z siebie szybko, tak szybko, aby Greenowi uniemozliwi'c przerwanie potoku sl'ow:

— Wezwalem cie, aby ci zakomunikowa'c, ze nie 'scierpie dluzej twoich eksces'ow. Opublikowale's dokument, o kt'orym wiedziale's, ze albo jest falsyfikatem, albo — gdybym ja go rzeczywi'scie wydal — jest 'sci'sle tajny. Wyobrazam sobie, ze mozna sie po tobie wszystkiego spodziewa'c, skoro nawet na wywiad ze mna, i to zam'owiony wywiad, pozwolile's sobie wysla'c az tak niepowaznego reportera.

Green wolal skrzyzowa'c ostrza na plaszczy'znie drugiego zarzutu. Bedac prze'swiadczony, iz prezydent nie wic o tym, ze odpis sensacyjnej umowy Summerson — Kruk dostarczyla mu wla'snie Daisy, z miejsca przystapil do chwalenia jej, chcac w ten na poz'or niewinny spos'ob zagra'c na nerwach prezydenta.

— Nic rozumiem ciebie. Brown to najlepsza sila w moim zespole redakcyjnym. Malo powiedzie'c, ze zdolna, jest utalentowana. Obrotna, inteligentna, dowcipna. Przedstawia wprost nieoceniona warto's'c dla rozglo'sni telewizyjnej. Czyzby zachowala sie niepowaznie podczas rozmowy z toba?

— Czy niepowaznie? Powinienem byl wyrzuci'c ja za drzwi. Nie chcialem ci zrobi'c takiego wstydu. A trzeba bylo!

— Ostatecznie, m'ow po ludzku, Ed. Obrazila cie czym's?

— Ma sie rozumie'c: faktem przyj'scia i przeprowadzania ze mna wywiadu. Przeciez to kobieta!

Green udal zdziwienie.

— No tak, kobieta. Ja w tym nie widze nic zlego.

— Bo's zglupial i stad po sobie sadzisz, iz takze inni mezczy'zni zglupieli. Czy musisz zatrudnia'c baby, a nawet wysyla'c je na rozmowy z dygnitarzami? Ba, nawet z samym prezydentem!

— M'ow, o co ci chodzi, bo chyba nie po to mnie prosile's do siebie, abym wysluchiwal twoich nieuzasadnionych pretensji.

Summerson uznal jednak, ze jest jeszcze za wcze'snie na gre w otwarte karty.

— Uspok'oj sie — podjal pojednawczo. — Wzywajac cie nic mialem zamiaru zn'ow pokl'oci'c sie z toba, zrozum, Ike, bad'z co bad'z dajesz kobietom odpowiedzialna robote. Skoro nic odgrywaja tu roli wzgledy sercowe, nie rozumiem, co zyskujesz zatrudniajac istoty tepe umyslowo i nic nadajace sie do powierzania im jakichkolwiek powaznych zlece'n. Pr'ocz tego swa samowola wyrzadzasz krzywde spolecze'nstwu.

— Jaka krzywde? Powiem ci wiecej: nie tylko zatrudniam kobiety w rozglo'sni, ale nawet jestem zdania, i to zupelnie powaznie, iz byloby z korzy'scia dla nas nieco rozszerzy'c zakres tak bardzo szczuplych praw kobiety. To prawdopodobnie w przyszlo'sci nastapi.

Summerson spojrzal zacietym wzrokiem w twarz Greena i rzucil z naciskiem:

— Nigdy! Czy nic rozumiesz, ze to nonsens?

— Moja kalkulacja dowodzi czego's odwrotnego. Prezydent stropil sie. Nie m'ogl zrozumie'c taktyki Greena.

— Posluchaj — rzekl postanawiajac gra'c na zwloke. — Zeby uwypukli'c przewrotno's'c twego stanowiska w tej sprawie, za tlo mego wyja'snienia niech posluzy przypomnienie ci faktycznej roli kobiety w Celestii. Wiesz przeciez, ze jest ona otoczona w spolecze'nstwie szacunkiem i uwielbieniem. Z gleboko pojetej kurtuazji wynika odsuniecie kobiety od tych praw publicznych, kt'ore nam, mezczyznom, kaza d'zwiga'c na barkach ciezar r'oznorodnej odpowiedzialno'sci. Pan Kosmosu stwarzajac kobiete uprzywilejowal ja szczeg'olnie, zwalniajac na niekorzy's'c mezczyzny z trzech obowiazk'ow: wladzy, odpowiedzialno'sci za nia i pomnazania d'obr doczesnych. Kazac kobiecie by'c dobrym duchem domowego ogniska obdarowal ja na r'owni z nami nie'smiertelna dusza. Czyz nie jest to dar szczodrobliwy?

— Sluchaj, Ed! — przerwal Green. — Czy ty m'owisz do ciemnej masy? Chodze przeciez kazdej niedzieli do kaplicy centralnej na naboze'nstwa, azeby dawa'c dobry przyklad „szarym”. Wtedy chcac nie chcac wysluchuje twych kaza'n.

Prezydent nie dal sie jednak wytraci'c z r'ownowagi.

— To juz twoja sprawa, czy dbasz o swoja dusze — rzekl nieco patetycznie. — Ja jednak nie pozwole na to, aby's kobietom przewracal w glowach. Wiem, ze przygotowujesz jaka's wywrotowa bzdure, kt'ora chcesz pu'sci'c na wszystkie programy. Ot'oz o'swiadczam ci, ze nie pozwole na to.

— W jaki spos'ob? — za'smial sie Green. — Czy my'slisz, ze bede sie ciebie pytal o pozwolenie? Cykl „Tam, gdzie rzadza kobiety” puszczam jutro na wszystkie ekrany. Moge ci zreszta pokaza'c prospekt. Mam go przy sobie.

Green spokojnie siegnal do kieszeni i wyjal cienka ksiazeczke oprawna w barwna okladke przedstawiajaca na pierwszym planie mloda kobiete w przesadnie wydekoltowanej wieczorowej sukni, rozparta wygodnie w glebokim sk'orzanym fotelu, umieszczonym na podwyzszeniu. Drugoplanowe postacie mezczyzn ustawione byly w pozach podda'nczej uleglo'sci.

Green zachecajaco przewracal kartki. Summerson ukradkiem spogladal na obrazki.

— Wiec ty… jednak… — syknal prezydent.

— Wiec ja… wla'snie… — odpowiedzial Green jak przekorne echo. Silil sie na'sladowa'c syczacy glos gospodarza.

Summerson zrozumial, ze nie uniknie postawienia sprawy na ostrzu noza. Green kpil w zywe oczy. Widocznie grupa Agro dobrze przygotowala sie do rozgrywki i nie zamierzala dobrowolnie zrezygnowa'c z zamiaru wykorzystania trudnej sytuacji rzadu w zwiazku z przebudowa miotaczy dla umocnienia swej pozycji. Nie ulega watpliwo'sci, ze Green zastosuje wszelkie 'srodki dla wzmocnienia nastroj'ow antyrzadowych, a zarazem zyskania samemu na popularno'sci.

Prezydent mial juz zreszta pierwsze tego pr'obki w postaci nadanego zaraz po jego wywiadzie sluchowiska pt. „O starym Sumberze, kt'ory 'swiat oszukal”. Teraz widocznie Green zamierzal posluzy'c sie drazliwa kwestia praw kobiet dla poglebienia fali niezadowolenia. Najbardziej jednak niepokojace byly otrzymane od Godstona informacje o tym, ze grupa Agro weszla w porozumienie z Morganem i czyni przygotowania do wzniecenia rozruch'ow na szersza skale. A je'sli Green spr'obuje siegna'c po wladze? Summerson wiedzial, ze tej ewentualno'sci musi zapobiec szybko i radykalnie.

— Sluchaj, Ike — powiedzial podnoszac nieco glos. — Czy ty nie rozumiesz, jaka szkode wyrzadzasz spolecze'nstwu usilujac podwazy'c w tak niebezpiecznej dla Celestii chwili sile wladzy pa'nstwowej? Czy ty nie rozumiesz, ze wszystkie nasze spory i urazy musza zej's'c na drugi plan wobec gro'zby cial eksplodujacych? Przeciez chyba…

— Czy ty istotnie jeste's tak naiwny i sadzisz, ze wierze w twoja bajeczke o cialach eksplodujacych? — przerwal Green.

Summerson przybladl gwaltownie. Tego wla'snie obawial sie najbardziej.

— Co chcesz przez to powiedzie'c?

— Nic poza tym, co uslyszale's. Nie wierze w twoja bajeczke. Nie jestem glupcem, abym dal sie zlowi'c na tego rodzaju kombinacje. Wiedz, ze sa jeszcze ludzie, kt'orzy potrafia przejrze'c i pokrzyzowa'c pewne perfidne plany. Sadze, ze czas zwola'c wreszcie po tylu latach rade pa'nstwowa, a moze nawet dopu'sci'c do niej paru przedstawicieli „szarych”.

Green rozparl sie w fotelu patrzac zimno w oczy prezydenta.

Summerson pozielenial na twarzy, a oczy jego zdaly sie wyskakiwa'c z orbit. Zerwal sie z miejsca i podbiegl do Greena.

— Na czyj to rozkaz robisz, zdrajco? Ile ci t a m c i za to obiecali zaplaci'c? Czy ty wiesz, kim oni sa?

Teraz przyw'odca Agro stracil orientacje. Twarz Greena wyrazala niepomierne zdziwienie.

— Zwariowale's? O czym ty pleciesz? Kto?

Prezydent stropil sie. „A wiec Green nie zna prawdy” — odetchnal z ulga. Ale czy nieopatrzne slowa prezydenta nie naprowadza opozycji na wla'sciwy 'slad?

A gdyby tak wtajemniczy'c Greena? Nie watpil, ze wobec powagi sytuacji grupa Agro zrezygnowalaby na razie ze swych plan'ow siegniecia po wladze i wsp'oldzialalaby z nim w akcji. Jednak prawda byla tak pozornie absurdalna i fantastyczna, ze nie m'ogl sie spodziewa'c, aby Green uwierzyl slowom. Trzeba byloby w'owczas odsloni'c przed „opozycja” wiele tajemnic, tajemnic, na kt'orych Sial opieral swa dominujaca pozycje. Na to Summerson nie m'ogl sie zgodzi'c. Pozostawalo tylko przygotowane na wszelki wypadek chirurgiczne ciecie — obezwladni'c „opozycje” cho'cby na pare dni, dop'oki miotacz nie spelni swego zadania.

— O czym ty m'owisz? — ponowil pytanie Green nie mogac doczeka'c sie odpowiedzi. Lecz Summerson podjal juz decyzje.

— My'slalem o Morganie — rzucil niedbale. Chociaz zdawal sobie sprawe, ze nie rozproszy tym klamstwem watpliwo'sci Greena, jednak w tej chwili nie bylo to juz wazne. — O'swiadczam ci — rozpoczal tonem nie znoszacym sprzeciwu — ze prawda jest, iz zagraza nam niebezpiecze'nstwo z kosmosu. W tej chwili wszelkie rozgrywki miedzy nami wzmacniaja tylko sily motlochu, kt'ory chce wykorzysta'c sytuacje dla siebie. Czy wiesz, ze Nieugieci zn'ow dzialaja? A chyba nie potrzebuje ci tlumaczy'c, czym to pachnie. Dlatego tez zadam od was kategorycznie, aby'scie przestali dolewa'c oliwy do ognia. Zadnych wiecej audycji skierowanych przeciw rzadowi. Przerwiesz natychmiast werbunek strazy. Poza tym na okres niepokoj'ow zgodzisz sie, aby policja miala wstep do twego biura kontroli wind. Jest to moje ostatnie slowo. Inaczej…

— Co „inaczej”? — Green spojrzal z nienawi'scia w oczy Summersona.

— Inaczej stad nie wyjdziesz.

— Jaki's ty naiwny, Ed — roze'smial sie sztucznie Green. — Po pierwsze: moge ci przyrzec wszystko, co zechcesz, ale kto mi kaze dotrzyma'c? Po drugie: zabezpieczylem sie odpowiednio przed ta druga ewentualno'scia. Mellon siedzi w tej chwili w moim gabinecie i slucha naszej rozmowy dzieki dobrze znanemu ci nadajnikowi firmy Green and Co, kt'ory mam w kamizelce. Ponadto chyba nie chcesz sie zapozna'c na wlasnej sk'orze z dzialaniem tej oto przyjemnej zabawki — wyciagnal z kieszeni blyszczacy przedmiot podobny do latarki elektrycznej. — Po trzecie: mam prawo, zwlaszcza wobec zamieszek, kt'ore's rozpetal w Celestii, zwiekszy'c ochrone naszego przedsiebiorstwa.

— A wiec? — warknal przez zeby prezydent.

— A wiec nie dam sobie mydli'c oczu — odrzekl Green i wstal z fotela. Tylko biegajace nerwowo oczy 'swiadczyly, ze spok'oj jego jest pozorny.

— Poczekaj. Musimy porozmawia'c rozsadnie — Summerson zmienil nieco ton.

— Nie mam zamiaru wysluchiwa'c dalszych bajeczek. Je'sli masz mi co's rozsadnego do powiedzenia, to mozesz przyj's'c do mnie osobi'scie. Wiesz, ze naleze do ludzi go'scinnych — dorzucil Green z ironicznym u'smiechem, podchodzac do drzwi.

— Alez, Ike… — zawolal Summerson zrywajac sie z miejsca. Lecz przyw'odca „opozycji” znikl juz za drzwiami.

Prezydent po'spiesznie siegnal po sluchawke.

— Fred? Jeste's gotowy? W porzadku. Ile ludzi jest z nim? Trzech? No, to niegro'zne. Pamietaj tylko — bez zbytniego szumu. Zreszta ty to potrafisz. No, juz, 'spiesz sie.

Summerson stal przez chwile wazac co's w my'slach. Zn'ow siegnal po sluchawke. Szybko nakrecil numer.

— Z dyrektorem Morganem. Nie ma czasu? Polaczy'c mnie natychmiast! Tu Summerson. Uplynela dluzsza chwila. Wreszcie w sluchawce ozwal sie znajomy glos gl'ownego potentata chemii. Prezydent nabral oddechu.

— Frank. Sluchaj, co ci powiem. Nie wsadzaj palca miedzy drzwi, bo ci go przytne. Na Greena i Mellona nie licz. Tak. Dogadalem sie z nimi — u'smiechnal sie cynicznie. — Tyle chcialem ci zakomunikowa'c.

Odlozyl sluchawke i odsapnal.

— Oby tylko Fredowi poszlo gladko.

Po pomy'slnym rozwiazaniu zasadniczych problem'ow konstrukcji miotacza, kiedy plany byly juz realizowane w rekordowym tempie przez poszczeg'olne zaklady, Kruk mial spokojniejsza glowe. Godziny najwiekszego skupienia umyslu zostaly poza nim i chociaz musial trzyma'c reke na pulsie budowy, kt'ora skupila sie obecnie w zakladach elektrotechnicznych Kuhna, gdzie wraz z Jimem Bradleyem dokonywal wstepnego montazu poszczeg'olnych element'ow, m'ogl wyskoczy'c na piwo do pobliskiego baru.

Poza barmanem i jakim's starszym facetem w rogu salki w barze nikogo nie bylo. Siedzac przy bufecie nad szklanka zlotawego napoju Kruk rozmy'slal. Tyle klopot'ow. Najprz'od sprzeciwy ze strony ludzi, teraz szereg wypadk'ow, jak gdyby co's zawzielo sie, by nie dopu'sci'c do sko'nczenia tej pracy, popedzanej doliodami i uporem Summersona, a teraz takze strachem przed niebezpiecze'nstwem wiszacym nad 'swiatem.

Nagle uczul czyja's mocna dlo'n na ramieniu.

Odwr'ocil sie. Poznal Deana Roche'a. Rad byl ze spotkania.

Dyskusje z mlodym astronomem sprawialy mu zawsze przyjemno's'c. Nie widzieli sie dawno. Wtedy, ostatni raz — pamietal to dobrze — winszowal Deanowi, gdy zostal oficjalnie asystentem profesora Lunowa, a co za tym idzie, naturalnym nastepca na stanowisku obserwatora gwiezdnego, gospodarza doskonale wyposazonej pracowni, wielu urzadze'n, precyzyjnych narzedzi, odslaniajacych rzeczy wprawdzie malo zwiazane z codziennym dniem Celestii, ale za to niezwykle ciekawe. I zapamietal szczere wyznanie Roche'a: jego zal, ze nie dozyje bardzo odleglego dnia, kiedy tysiaczny moze z kolei jego nastepca bedzie z napieciem uwagi i zachwytem 'sledzil spelniajacy sie w jego oczach cud: rosnace z kazda chwila dwie plomieniste kule Gwiazdy Dobrej Nadziei z plejada punkcik'ow-planet, w'sr'od kt'orych zbawczo blyszcze'c bedzie Juventa, ziemia zyzna, dobra, piekna, przyobiecana ludziom przez Boga. — Co slycha'c? — zapytal przybyly.

— Walczymy z czasem. Gorzej, bo do niedawna z lud'zmi — dodal Kruk ciszej, nachylajac sie ku rozm'owcy. — Jeszcze nie wszystko w porzadku. Po o'swiadczeniu Summersona robotnicy wracaja do pracy, ale atmosfera nie jest najlepsza. Sa nieufni. Czuje, iz boja sie, cho'c trudno skonkretyzowa'c, czego. Zmacona woda nie od razu sie ustoi. Og'olne podenerwowanie przyczynia sie do czestszych wypadk'ow.

— Nie dziwie sie — przerwal Roche. — Je'sli chodzi o mnie, do wczoraj kpilem ze wszystkich nadzwyczajnych opowiada'n w sprawie miotacza. A dzi's… Tak, dzi's juz nie kpie. I niech to zostanie miedzy nami, ale podziwiam przenikliwo's'c ludzi.

Bernard byl zaskoczony. Nie chcial sie z tym zdradzi'c przed Roche'em, ale ten po'spieszyl sam z wyja'snieniem.

— „R'oj szybkich cial”… Co to jest? Bajka dla grzecznych dzieci? Bo przeciez nie meteory? O tak fantastycznej predko'sci wzgledem Slo'nca? Jako astronom musze wykluczy'c taka mozliwo's'c.

— A gdyby zabladzily z innych 'swiat'ow? Roche zamy'slil sie.

— Prawde m'owiac juz w odleglo'sci 38 lat 'swietlnych od nas znana gwiazda Arktur porusza sie z predko'scia 135 km/sek. w stosunku do „Najblizszej” zwanej Slo'ncem. Nie m'owiac juz o Mi Herkulesa, kt'orej predko's'c wynosi 423 km/sek. Ale ich predko'sci radialne wzgledem Celestii sa dodatnie, czyli oddalamy sie od nich.

— A co sadzisz o twierdzeniu, ze sa to ciala eksplodujace?

— Tego juz zupelnie nie rozumiem. Od czasu, jak zostalem asystentem Lunowa, nie wspomnial mi on o tym, aby w og'ole istnialy takie ciala.

— Ale przeciez prezydent autorytatywnie to stwierdzil.

— Mimo ze mam pelny szacunek dla Summersona w sprawach pa'nstwowych i religijnych, nie jest on dla mnie autorytetem w astronomii. Przede wszystkim r'oj taki musialby by'c skad's zasilany w materie. Inaczej bylby zjawiskiem kr'otkotrwalym. Spotkanie go akurat w momencie rozpadu graniczyloby z cudem.

— Przeciez on tego z palca nie wyssal. Chyba to jest odkrycie nie Summersona, lecz Lunowa. Czyzby Lunow m'owil ci co innego? Ty, jako asystent, powiniene's mie'c dane z pierwszego 'zr'odla. Nie powiesz mi chyba, ze w og'ole nie rozmawiali'scie na ten temat.

Dean nerwowe machnal reka.

— Ot'oz to. Od czterech dni nie widzialem sie z profesorem.

— Jak to mozliwe?

— Stary po prostu nie chce mnie przyja'c. Za kazdym razem, gdy staralem sie dosta'c do pracowni lub do prywatnego mieszkania, zastawalem bad'z drzwi zamkniete, bad'z jaki's typ, kt'ory nie wiadomo skad tam sie znalazl, o'swiadczal mi, ze profesor jest tak zajety, iz zakazal wpuszcza'c nawet mnie.

— Czy byle's tam juz po ogloszeniu wywiadu? — zapytal Bernard. — Bo je'sli chodzi o okres przed wywiadem, to zachowanie sie twego starego mozemy uwaza'c za zrozumiale wobec dyrektyw prezydenta. Przeciez nawet przede mna, kt'ory chyba najlepiej powinienem by'c poinformowany, prezydent nie pu'scil pary z ust.

— Bylem w obserwatorium zaraz po obiedzie, gdy tylko uslyszalem t? rewelacje. To samo. Nie przyjmuje i juz.

— A telefony?

— W og'ole od czterech dni nie odpowiadaja. I jeszcze jedna sprawa: W jaki spos'ob Lunow odkryl te rewelacyjne ciala? Ostatnio prowadzili'smy wylacznie badania promieniowania radiowego mglawic ciemnych.

— A moze Lunow celowo milczal?

— Co masz na my'sli? — Dean spojrzal zdziwiony na przyjaciela i naraz twarz jego zasepila sie. — To byloby 'swi'nstwo. Chociaz…

— Zyjemy w 'swiecie, gdzie kazde odkrycie liczy sie w doliodach. Po co by mial dzieli'c sie ze swym asystentem? Tym bardziej ze je'sli to, co Summerson m'owi, jest prawda, odkrycie ma olbrzymia wage, a wiec i premia prezydencka bedzie niemala.

— Wiesz, nie moze mi sie to pomie'sci'c w glowie. Stary nie wyglada na takiego.

— Nie wiem. Ty go znasz lepiej. Ale przyznasz, ze ta hipoteza moglaby wytlumaczy'c dziwaczne zachowanie sie Lunowa.

— Ale czemu on nie chce mnie teraz widzie'c?! — denerwowal sie Roche. — Przeciez i tak juz wszystko jest ogloszone. Zreszta, przypuszczenie twoje nie wyja'snia zupelnie zachowania sie prezydenta, tej tajemniczo'sci, kt'ora usilowal otoczy'c przebudowe miotaczy.

— M'owil, ze bal sie paniki.

— To wszystko wydaje mi sie zbyt skomplikowane, aby mialo by'c prawdziwe. Musze zobaczy'c Lunowa. Koniecznie. Jeszcze raz zajde tam teraz.

— P'ojde z toba — zaproponowal nagle konstruktor.

— 'Swietnie. Stary ciebie zna, bedzie z nami szczery.

— Poczekaj chwileczke. Musze polaczy'c sie z Jimem, bo moze mie'c jakie's problemy, kt'ore bede musial sam rozwiaza'c. Jak my'slisz, ile nam to zajmie czasu?

— Za p'ol godziny bedziemy z powrotem — stwierdzil astronom.

Wej'scie do obserwatorium nie bylo zamkniete. W obszernym hallu, w wygodnych fotelach przy okraglym stoliku siedzialo dw'och policjant'ow, palac papierosy. Na widok przybylych zerwali sie z miejsc.

Mali byli i krepi, podobni do siebie owym podobie'nstwem, jakie rze'zbi czasem na twarzach dlugoletnia praca w pewnych specjalno'sciach, a poteguje identyczno's'c munduru. Opr'ocz nieodlacznych w ich zawodzie elektrycznych rekawic, kazdy mial zawieszony u pasa elektryt, co symbolizowalo wyostrzona czujno's'c. Znak niechybny, ze nie pelnia honorowej warty.

— Jeszcze lepiej… — mruknal Dean znaczaco do Bernarda i nie dajac po sobie pozna'c zmieszania wywolanego widokiem policjant'ow podszedl do drzwi kabiny obserwacyjnej.

— St'oj!

— Konstruktor Kruk idzie ze mna — powiedzial astronom tonem wyja'sniajacym. Jeden z policjant'ow pokrecil przeczaco glowa.

— Alez ja za niego recze!

— Pana takze nie przepu'scimy — o'swiadczyl policjant.

— Co sie stalo? Kto jak kto, ale ja m u s z e widzie'c sie z profesorem Lunowem.

— Mamy wyra'zny zakaz wpuszczania kogokolwiek. Po to tu jeste'smy. — Mnie to nie moze dotyczy'c. Jestem pracownikiem obserwatorium.

— Wiem — odparl tamten. — Znam pana przeciez. To nie zmienia sytuacji. Profesor Lunow jest tak zajety, ze zakazal wpuszczania kogokolwiek.

— Nawet swego asystenta?

— Nawet. O zadnych wyjatkach mi nie wiadomo. Mam rozkaz i tyle.

— Kto dal rozkaz? — wmieszal sie do rozmowy Kruk.

— To nasza rzecz.

— Nasza, wla'snie — zazartowal Bernard wyjmujac pudelko papieros'ow. — Prosze, palcie panowie.

Policjanci zawahali sie. Jeden z nich spojrzal nawet odruchowo na wielki portret Summersona wiszacy w hallu, jakby w obawie, czy prezydent nie patrzy na niego.

— Wiem, co powiecie: ze sluzba — podjal Kruk. — Przeciez nie przyszli do was bandyci. Kiedy wreszcie Krukowi udalo sie dowiedzie'c, ze rozkaz nie wpuszczania nikogo do kabiny obserwacyjnej wydal Godston, skineli policjantom „na do widzenia” i po'spiesznie wyszli.

Przed winda spotkali Daisy Brown. Czekala spogladajac nerwowo na zegarek. Roche powital ja serdecznie. Kruk nie omieszkal podziekowa'c ze zlo'sliwym u'smieszkiem.

— Za co? — zapytala usilujac ukry'c niepok'oj pod maska zdziwienia. Cho'c ciezka walka o utrzymanie sie na powierzchni zycia stepila w niej opory etyczne, niemniej Daisy zdawala sobie sprawe, ze wyrzadzila koledze krzywde.

— Za szperanie po kieszeniach — wyja'snil z przekasem Bernard, jednak bez goryczy. Zdazyl juz ochlona'c z gniewu na reporterke, bo mial przekonanie, ze gdyby nie bylo tego zamieszania, jego sprawy nie stalyby ani lepiej, ani gorzej. Zreszta, zmusilo to Summersona do udzielenia wyja'snie'n, a to znaczylo wiele. — To bylo na plazy, prawda?

— Domy'slny z ciebie chlopak — za'smiala sie nieszczerze. Jak wielu mlodych ludzi o podobnym poziomie umyslowym, stykajacych sie bezpo'srednio z brutalno'scia 'swiata, w kt'orym zyli, usilowala pokry'c zmieszanie pozorna pewno'scia siebie, graniczaca chwilami z bezczelno'scia. Cho'c zalowala swego postepku, jednak za zadna cene nie przyznalaby sie do tego.

— To ja wla'sciwie powinnam ci podziekowa'c — nadrabiala dalej mina. — Dostalam od ciebie awans i solidna premie! Za ciebie, w kazdym razie. Tak, jak gdyby's mi podarowal slawe i doliody. Ja wywdzieczylam ci sie bodajze nieszczeg'olnie. Mimo to mam nadzieje, ze zaprosisz mnie na wesele.

— Nie wiem. Chyba nic z tego nie bedzie — odrzekl takim tonem, ze Daisy nie 'smiala pyta'c dalej.

Bernard zamy'slil sie.

Ostatnie kilkana'scie godzin rozwialo wiele zludze'n. Z zachowania sie Summersona wynikalo coraz ja'sniej, ze nie traktuje on powaznie mozliwo'sci malze'nstwa Stelli z Krukiem, ze jest to po prostu jeszcze jedna z wielu jego gier, lecz nic poza tym.

Poczynalo go ogarnia'c niejasne uczucie leku przed ta milo'scia. Zrozumial to po raz pierwszy, gdy pod wrazeniem spotkania ze Stella, obawiajac sie narazi'c przyszlemu te'sciowi, zrezygnowal z interwencji u prezydenta w sprawie aresztowanych pracownik'ow. Czul, ze dla Stelli po'swiecil co's ze swojego „ja”.

Wspomnienie wracalo uparcie, cho'c usilowal je wykre'sli'c z pamieci. Wiecej, wracalo przeczuciem, iz jest to dopiero pierwsza ofiara zlozona z jego uczciwo'sci, ze je'sli nawet szcze'sliwym trafem nie Summerson, lecz on bedzie zwyciezca w tej ukartowanej intrydze, okupi to wlasnym sumieniem.

Dlatego tez poszedl do baru a nie na basen, gdzie daremnie czekala na niego Stella.

Z zamy'slenia wyrwal go glos Daisy:

— Zegnam was, moja winda juz stoi. Roche zlapal dziewczyne za reke.

— Pu's'c! Jade do domu! Juz p'o'zno. Musze jeszcze co's napisa'c.

— Popro's nas ladnie o wywiad. Green da ci jeszcze jedna premie.

— Green? To wy nic nie wiecie?

— O czym mamy wiedzie'c? — zdziwil sie Bernard.

— Oficjalnie m'owi sie w rozglo'sni, ze zachorowal nagle — Daisy 'sciszyla glos. — Zaraz po poludniu byl wezwany do prezydenta. Z pewno'scia w zwiazku z ta „rozr'obka”.

— Jaka „rozr'obka”? — Kruk otworzyl szeroko oczy.

— Czy's ty z nieba spadl? Przeciez od dw'och dni Green werbuje nowych ludzi do strazy i nadaje specjalne audycje skierowane przeciw rzadowi, a 'sci'slej przeciw Summersonowi.

— Jestem tak zawalony robota, ze zupelnie nie wiem, co sie na 'swiecie dzieje… — rozpoczal Bernard, lecz Roche nie dal mu doko'nczy'c.

— Nie slyszale's, ze Green zaraz po wywiadzie Summersona nadal audycje o jakim's starym Sumberze, kt'ory ludziom glowe zawr'ocil niezwykla sensacja w tym celu, aby ukry'c swoje zlodziejstwo?

— Mniejsza o to — przeciela Daisy. — Nie wiecie najwazniejszego. Green poszedl po poludniu do prezydenta i dotychczas nie wr'ocil do rozglo'sni, gdzie na niego czekal Mellon. Co za's jest najciekawsze — wyszedl on od Summersona i „wsiakl” gdzie's po drodze. I to zreszta nie byloby jeszcze takie dziwne, gdyz m'ogl, tak jak o'swiadczono, rozchorowa'c sie. Ale m'owi sie po cichu, ze policja rozbroila cze's'c strazy zwerbowanej przez Greena i pilnuje domu Mellona, gdzie podobno grupa Agro zgromadzila wieksze sily. Na razie cisza, ale co's wisi w powietrzu. Juz ja wam m'owie.

— Czyzby Summerson posunal sie az do tego, ze uwiezil czlonka „wielkich rod'ow”?

— Albo i zabil. Nie zapominaj, ze Green to przyw'odca Agro.

— A wiec jeszcze jedna zagadkowa sensacja — Roche nie ukrywal podniecenia.

— No, ja juz musze jecha'c — westchnela dziewczyna otwierajac drzwi windy, nad kt'orymi 'swietlny napis glosil: „Prezydent czuwa nad spokojem i bezpiecze'nstwem wszystkich ludzi w Celestii”.

— Chod'z z nami, a moze dowiesz sie nowej sensacji — zatrzymal reporterke Dean.

— Nabierasz mnie. Ja naprawde musze jecha'c do domu… Nie pojechala.

Naradzajac sie nad sposobem nawiazania laczno'sci z Lunowem, zblizali sie do budki telefonicznej. Bez slowa rozsuneli drzwiczki i staneli wewnatrz wszyscy troje. Kruk wybral odpowiedni numer, Roche ujal sluchawke. Pr'obowali kilkakrotnie. Gleboka cisza byla jedyna odpowiedzia.

— Nie ma co — Dean opu'scil rece. — Polaczenie jest przerwane.

— My'slicie, ze celowo? — zapytala Daisy.

— No, oczywi'scie. To ma zwiazek ze straza przed kabina w obserwatorium. I pewnie z wieloma innymi posunieciami. Rusz reporterskim konceptem, jak sie porozumie'c z profesorem. Wierze w ciebie — p'olzartem zako'nczyl Kruk.

Roche spowaznial:

— Ja widze tylko jeden spos'ob.

— Ja r'owniez — rzucila Daisy, kt'ora nie chciala, by spryt jej wl'okl sie w ogonie narady.

— A wiec? — zachecil Roche.

— Zastanawiam sie, czy nie my'slimy o tym samym: w jaki spos'ob przekona'c policjant'ow.

— To znaczy przekupstwem? — sprecyzowal Kruk. — Wykluczone.

— Tak… — rzekl Roche. — Bernard ma racje — dodal po chwili. — To nie wchodzi w rachube. Sytuacja jest zbyt powazna, rozkaz zanadto surowy. Nie beda chcieli ryzykowa'c glowy. My'sle o czym's zupelnie innym: o porozumieniu sie z przestrzeni. Rakietki maja kontakt radiowy z obserwatorium. Centrala nie ma tu wgladu, a wiec i kontrola jest bezsilna. Chyba ze aparat odbiorczy W kabinie obserwacyjnej jest takze wylaczony. A to chyba musiano by zrobi'c za zgoda Lunowa. Je'sli wiec nie bedzie polaczenia, to zdobedziemy jeszcze jeden argument za hipoteza Bera, ze stary macza palce w tej calej historii. Tak czy inaczej, czego's sie moze dowiemy.

Daisy przyklasnela goraco projektowi, chcac co rychlej zapomnie'c o porazce swojej propozycji. Pr'ocz tego nigdy jeszcze nie leciala rakieta. Kruk takze sie nie sprzeciwial.

Biuro stacji pojazd'ow rakietowych bylo nieczynne. Zamkniete drzwi bronily wstepu. — Pewnie masz klucz jako rzadowy konstruktor? — zapytala Daisy.

— Owszem, mam.

— Wspaniale. Rakiete poprowadzisz ef — ef. Nie boje sie z toba lecie'c. Dean chyba takze.

— No, jasne — przytaknal Roche.

— Pojazdy rakietowe — wyja'snial Kruk otwierajac drzwi — wchodza w sklad przedsiebiorstwa komunikacyjnego. Co one maja wsp'olnego z prawdziwa komunikacja, trudno dociec, ale prezydent musial do czego's doczepi'c ten balast, kt'ory nie daje zadnego dochodu, a wymaga bad'z co bad'z konserwacji.

— Wiec? Dzwoni'c do niego o pozwolenie jazdy? Odm'owi. Bedzie to samo, co z zamknietymi drzwiami do pracowni Lunowa. Chyba ze ty, Ber, rozm'owisz sie.

— Nie. Pojedziemy wprost na stacje pojazd'ow rakietowych.

— Zachowujemy sie jak wlamywacze — zauwazyla Daisy.

— Moze to i przyjemnie raz w zyciu zabawi'c sie w zlodzieja — u'smiechnal sie Bernard.

— A pewnie. Trzeba wszystkiego zakosztowa'c. No, to wsiadamy.

Podbiegla do malych drzwiczek windy i nacisnela guzik. Odruchowo rzucila wzrokiem na mala czerwona lampke umieszczona nad drzwiami. Jeszcze raz gwaltownie nacisnela guzik, lecz i tym razem lampka nie zapalila sie.

Bernard zblizyl sie do dziewczyny i chwile manipulowal przy guzikach. Wreszcie zawyrokowal:

— Nie pojedziemy. Winda wylaczona.

— A nie mozesz wlaczy'c?

Bernard rozsunal nieduze drzwi wiodace do przyleglego pokoju. Daisy i Dean po'spieszyli za nim. W rogu podlogi, pod portretem prezydenta znajdowala sie kwadratowa klapa.

— I to zabezpieczyli.

Do metalowej klapy przymocowano skobel. Wielka patentowa kl'odka wskazywala, iz komu's wyra'znie zalezy na tym, aby tu nikt niepozadany nie zagladal.

— Co wobec tego robi'c? Jak dosta'c sie do stacji?

— Czy nie mozna tam i's'c piechota? — podsunela Daisy.

— Nie. Zapanowalo milczenie.

— Moze stacja jest w og'ole nieczynna? — podjela Daisy.

— Watpie. Zamkniecie zostalo 'swiezo wmontowane. Trudno mi sie polapa'c, w jakim celu. Kto niepowolany chcialby dosta'c sie do tej stacji?

— Jak to kto? My — roze'smiala sie Daisy.

— Ale kto by to m'ogl przewidzie'c? — zauwazyl Kruk niepewnie.

— Wszystko jest zagadkowe — zastanowil sie Dean. — Wiem jedno: ze na razie nic tu nie wsk'oramy. Ale tym bardziej trzeba skontaktowa'c sie z Lunowem.

— Jest tylko jeden czlowiek, kt'ory moze nam pom'oc. O ile zechce.

— Summerson.

— Oczywi'scie.

Kruk podszedl do telefonu i zadzwonil do Williamsa. Po chwili otrzymal bezpo'srednie polaczenie z prezydentem i m'ogl przedlozy'c swa pro'sbe.

— Musze zorientowa'c sie naocznie w polozeniu tylnego miotacza — motywowal. Niebawem przeprosil Summersona i odlozyl sluchawke.

— A co? Nie m'owilem? — smetnie triumfowal Roche.

— Spytajcie raczej, co uslyszalem. Summerson o'swiadczyl, ze dostarczy mi dokladny plan za 15 minut, stacja za's pojazd'ow zostanie otwarta dopiero z chwila, gdy bedzie to konieczne. Inaczej m'owiac — dopiero w czasie montazu na zewnatrz. A teraz nie potrzeba niczego tam oglada'c ani przeprowadza'c pomiar'ow.

— I to ma by'c ta wielka sensacja? — Daisy ostygla w zapale.

— Zwyczajny zakaz. Zupelnie niewyszukany zreszta.

— Odrobine cierpliwo'sci. To, co powiem, zainteresuje specjalnie Deana. Ot'oz Summerson o'swiadczyl, ze dzialanie silnika rakietowego utrudniloby obserwacje.

Roche szeroko otworzyl oczy.

— Co?

— Rozumiesz cokolwiek? — zapytal Bernard.

— Ani w zab. Tym bardziej musze dotrze'c do profesora.

— Ale…

— Zadnych ale — Daisy spiesznie przerwala Krukowi. — Nie przyjeli'scie mojego planu przekupienia policjant'ow, pewnie slusznie. Niech sie teraz odegram. Tylko slucha'c mnie.

— Tylko slucha'c ciebie… — potwierdzil Roche patrzac w jej roze'smiane oczy.

— Czy koniecznie trzeba lecie'c rakietka, aby nawiaza'c laczno's'c z Lunowem? Moze wystarczy wyj's'c na zewnatrz w skafandrach? Gdyby'smy tak poszli piechota, wyj'sciem obok miotacza czolowego… Nigdy jeszcze tam nie bylam.

— A wiesz, ze to niezly pomysl — zapalil sie Dean.

Kruka troche zdziwilo, skad Daisy tak dobrze orientuje sie w topografii 'swiata, ale rzeczywi'scie nie'zle to wykombinowala.

— Zaraz porozumiem sie z Bradleyem — zadecydowal po chwili namyslu. — Niech sam rozpoczyna wstepny montaz, gdyz taka wycieczka zajmie nam co najmniej dwie godziny. Miedzy druga a trzecia w nocy mamy rozpocza'c montaz na zewnatrz. Zdaze w sam raz. Zreszta, musze przedtem zna'c cala prawde…

Wr'ocil do budki telefonicznej.

— W porzadku — oznajmil wychodzac.

— W kazdym razie przydalam sie na co's — powiedziala z duma reporterka.

— Tylko slucha'c ciebie — powt'orzyl Dean, zadowolony, ze wla'snie Daisy…

Odcieci od 'swiata

Drzwi windy centralnej zamknely sie cicho.

— No, jazda! — ponaglila Daisy.

Bernard nacisnal guzik, winda drgnela i ze wzrastajaca szybko'scia pobiegla w g'ore, by po kilkudziesieciu sekundach osiagna'c 95 poziom.

Hamowanie odbywajace sie miedzy 85 a 95 poziomem nie nalezalo do przyjemno'sci. Stosunkowo gwaltowny spadek predko'sci przy okolo dziesieciokrotnie mniejszym „ciazeniu” wywolywal wrazenie niemal calkowitej niewazko'sci. Ponadto ruch obrotowy Celestii powodowal zjawisko przyciskania pasazer'ow do jednej ze 'scian, zaleznie od kierunku ruchu windy: w g'ore czy w d'ol.

— Dlugo nie moglabym znosi'c takiej jazdy — m'owila Daisy wychodzac z windy. — Cho'c wiecie, chlopcy, ze przyjemnie zy'c na tym 95 poziomie. Czlowiek czuje sie lekko jak ptak.

— Tu juz tylko okolo 20 metr'ow dzieli nas od osi obrotu 'swiata. Pier'scie'n, bedacy podloga naszego obecnego poziomu, ma wiec dlugo's'c zaledwie 125 metr'ow. Idac tym korytarzem mozna obej's'c o's 'swiata i wr'oci'c na to samo miejsce w ciagu dw'och minut. My jednak musimy skreci'c na prawo — Bernard wskazal boczne przej'scie.

Szli dlugim korytarzem o silnie wygietej podlodze. Celestia byla olbrzymia, plaska puszka o 'srednicy l km. Caly jej 'swiat stanowilo 101 poziom'ow — wielkie pier'scienie o coraz mniejszej 'srednicy, ulozone koncentrycznie wok'ol 'srodka tej puszki. Sila od'srodkowa, wytwarzana wskutek wirowania tego gigantycznego baka, byla w jego wnetrzu r'ozna, zaleznie od odleglo'sci pier'scienia-poziomu od osi obrotu. I tak — na 13 poziomie, w odleglo'sci 440 m od osi l dcm 3 wody wazyl na wadze sprezynowej p'ol kilograma, na 95 poziomie za's — tylko okolo 5 dkg.

Korytarz sko'nczyl sie, staneli przed nieduzymi drzwiami. Bernard wyjal z kieszeni pek kluczy i jeden z nich wsunal do plaskiego otworu zamka. Szczeknely drzwi i po chwili znale'zli sie na dlugim, wygietym lukiem w g'ore pomo'scie. Biegl on ponad duza hala zastawiona beczRami.

— Co to za beczki? — zapytala reporterka.

— Znajduje sie w nich jeden z podstawowych skladnik'ow substancji, sluzacej do regulacji krazenia wody. Cho'c wiekszo's'c pracy w regulowaniu cyrkulacji wody, tlenu, wegla i innych substancji wykonuje sam 'swiat ro'slinny oraz cze'sciowo zwierzecy, niemniej musimy im stale przychodzi'c z pomoca.

— Ale dlaczego takie duze zapasy?

— Zdarzaja sie nieraz powazne wahania i zahamowania w procesie krazenia tych koniecznych dla naszego zycia skladnik'ow, wiec jest potrzebna znaczna rezerwa.

Doszli do d'zwigu towarowego. Mial on do's'c rzadko spotykany w Celestii naped, nie pneumatyczny, lecz linowy. Mala platforma przeniosla ich na nastepny poziom. Tu trzeba bylo dosta'c sie po drabinie na niewielki balkonik, aby przej's'c zn'ow kr'otka galeryjka ponad magazynem.

— O, tu widzisz inne substancje — rzekl Kruk wskazujac reka w d'ol na stosy r'owno ulozonych, czarnych, brunatnych i zielonkawych cegielek.

Bernard otworzyl kluczem male drzwiczki. Weszli w waski, slabo o'swietlony korytarz.

Podloga byla tu plaska, gdyz korytarz wi'odl nie wok'ol osi, lecz w poprzek, ku bocznej 'scianie Celestii.

Wkr'otce staneli pod dluga drabina, biegnaca pionowo w g'ore. W suficie widniala okragla klapa wlazu.

Bernard cofnal sie pare krok'ow i lekko odbil sie od ziemi. Cialo jego uni'osl sie w g'ore nieznacznie wygietym lukiem i po sekundzie dotarlo do szczytu drabiny. Kruk zrecznie chwycil sie szczebli ladujac pod sufitem.

Nacisnal guzik obok wlazu. Klapa odsunela sie.

— Alez z ciebie wspanialy skoczek! — zawolala Daisy. — Ile ten poziom ma metr'ow?

— Pie'c — odpowiedzial konstruktor wchodzac po drabinie w otw'or wlazu.

— No, uwaga! Teraz ja podskocze! Ojej!

Daisy odbila sie od podlogi za slabo i zbyt blisko drabiny tak, iz wpadla na nia juz na wysoko'sci 3 m od ziemi. Gdyby nie to, ze wysunela przed siebie rece i szybko uchwycila sie metalowych pret'ow, niefortunny skok m'ogl zako'nczy'c sie potluczeniem. Mimo nieduzego ciezaru ciala na tym poziomie, masa jego nie ulegla zmianie i zetkniecie sie z twardymi szczeblami drabiny przy znacznej predko'sci ruchu nie nalezalo do bezpiecznych.

— Tu nie wolno tak skaka'c, jak sie komu podoba — zdenerwowal sie Roche. — To nie dolne poziomy. Trzeba mie'c wprawe.

— Powiedz lepiej, dlaczego tu tak czlowieka rzuca na te drabine? — zapytala dziewczyna. Mlody astronom byl zadowolony, iz dziewczyna zwraca sie do niego z pytaniami.

— Wejd'z nieco wyzej. Zrobimy eksperyment. O, wystarczy. Teraz zeskocz, tylko jak najblizej drabiny. O, widzisz?

Daisy skoczyla i cialo jej zamiast spa's'c na ziemie tuz obok, przebieglo lukiem przez salke i zetknelo sie z podloga w odleglo'sci okolo 2 m od podstawy drabiny.

— A to dopiero! — za'smiala sie reporterka.

— Nie wiesz sama, jak byla's bliska prawdy m'owiac, ze co's cie rzucilo na drabine. Celestia wykonuje jeden obr'ot w ciagu 60 sek. Podloga tego pomieszczenia znajduje sie w odleglo'sci 14 m od osi 'swiata, a wiec porusza sie ona po okregu z predko'scia bliska 1,5 m/sek. Poziom ten ma wysoko's'c5 metr'ow. Sufit sali jest wiec oddalony o 9 m od 'srodka Celestii, z czego latwo obliczy'c, ze predko's'c jego po obwodzie kola, kt'ore zatacza wraz z calym 'swiatem, wynosi okolo l m/sek. Wynika stad, ze dolne szczeble drabiny poruszaja sie blisko o p'ol metra na sekunde szybciej niz g'orne. Gdy podskoczysz do g'ory, rzuci toba na 1 drabine, liczac bowiem od miejsca, w kt'orym stoisz, znajduje sie ona w kierunku ruchu Celestii wok'ol osi. W momencie skoku cialo twoje ma predko's'c 1,5 m/sek. i z ta predko'scia porusza sie r'owniez, gdy jest w powietrzu, mimo ze okoliczne przedmioty na tej wysoko'sci poruszaja sie juz z predko'scia mniejsza. Stad — zblizasz sie do drabiny.

— Powiedzmy, ze rozumiem… A z powrotem? Jak zeskakiwalam?

— Gdy stala's wysoko na drabinie, a wiec blizej osi Celestii, cialo twoje mialo mniejsza predko's'c niz podloga, dlatego tez spadajac swobodnie na ziemie, nie znalazla's sie wprost pod miejscem skoku, lecz poruszajaca sie szybciej podloga wyprzedzila ciebie. Nawiasem m'owiac, cale zjawisko ciazenia w naszym 'swiecie to nic innego jak dzialanie przy'spieszenia do'srodkowego.

— Tylko ze przy podskoku — dorzucil Kruk — tor ruchu ciala jest wypadkowa dw'och predko'sci: skoku i ruchu obrotowego Celestii, przy swobodnym za's spadku mamy do czynienia wylacznie z dzialaniem tej drugiej, oczywi'scie nie biorac pod uwage oporu powietrza.

— Teraz to juz nic nie rozumiem.

— No, ale skaka'c mozesz sie nauczy'c — u'smiechnal sie Bernard. — To to samo, co na innych poziomach, tylko ze na dole, wobec znacznego przy'spieszenia, zjawiska wystepuja w mniej jaskrawej formie. Korzystaj z okazji!

Po szeregu mniej lub wiecej udanych pr'ob Daisy posiadla wreszcie sztuke skakania i wkr'otce cala tr'ojka znalazla sie na 98 poziomie.

Reporterka ogladala ciekawie niewielka, niska salke. Poza klapami w podlodze i suficie znajdowalo sie tam jeszcze troje drzwi w 'scianach. Dziewczyna podeszla do malych drzwiczek, na kt'orych widniala trupia gl'owka namalowana biala farba oraz napis: Wstep wzbroniony.

— Za tymi drzwiami — rzekl Bernard — znajduje sie gl'owna silownia, dostarczajaca energie elektryczna dla calej Celestii. Gdyby te urzadzenia przestaly dziala'c, 'swiat pograzylby sie w ciemno'sci. No, i po pewnym czasie zapanowalby r'owniez kosmiczny mr'oz.

— A gdybym tam weszla? — zapytala Daisy chwytajac ostroznie za galke drzwi prowadzacych do silowni.

— Nie wejdziesz, bo zamkniete.

— A gdyby's mi otworzyl?

— W silowni mamy znaczne nasilenie promieniowania niezwykle szkodliwego dla czlowieka. Tylko w specjalnych ubraniach ochronnych mozna tam wej's'c, i to na bardzo kr'otko.

— A po co tam wchodzi'c?

— Przeciez sama chciala's! Wchodzi sie w wyjatkowych wypadkach: przy zakl'oceniach w pracy silowni, uszkodzeniach, no i w czasie remontu. Robia to przewaznie bardziej wykwalifikowani niewolnicy. Normalnie elektrownia pracuje bez obslugi.

— I ona tak stale sama dziala?

— Jest sterowana z gl'ownej stacji elektrycznej.

— Z tej na 38 poziomie?

— Tak. Tam tez znajduja sie kierownicze urzadzenia centralnego reaktora atomowego oraz akumulatory energii elektrycznej.

— A daleko jeszcze do tego centralnego reaktora?

— Na nastepnych poziomach, 99, 100 i 101, bedziemy juz w bezpo'srednim jego sasiedztwie. Znajduje sie on nad silownia, a 'sci'slej — otoczony jest jej pomieszczeniami. Oddziela go gruba warstwa olowiu oraz specjalnej substancji pochlaniajacej promieniowanie. Te drzwi sa r'owniez olowiane i zabezpieczone specjalna warstwa; jednak gdyby'smy mieli licznik alarmowy, to zobaczylaby's, ile czastek przebiega w tej chwili przez nasze ciala.

— Je'sli juz tu jest niebezpiecznie, to co dopiero bedzie, gdy znajdziemy sie przy samym reaktorze? — na twarzy reporterki odbil sie niepok'oj.

— Nie ma obawy. Natezenie promieniowania jest tu wszedzie dopuszczalne dla czlowieka. Chyba gdyby'smy chcieli tu miesiacami siedzie'c, w'owczas…

— No, to skaczmy w g'ore — dziewczyna odbila sie od ziemi i cialo jej pobieglo pod sufit. Nastepny poziom przypominal zupelnie poprzedni. Na nieduzych drzwiach widnialy r'owniez znaki ostrzegawcze.

— To wej'scia do urzadze'n kierowniczych i kontrolnych centralnego reaktora atomowego — wyja'snil Kruk.

— M'owile's, Ber, ze jest kierowany z 38 poziomu? — zdziwila sie Daisy.

— Kierowany jest stamtad, lecz musza by'c r'owniez urzadzenia dodatkowe, bezpo'srednie. Ponadto wygasi'c reaktor mozna tylko z tej bezpo'sredniej centrali.

— A jakby kto's tu wlazl i wylaczyl?

— Wykluczone. Drzwi sa zamkniete na specjalne zamki i zaplombowane. Wszak to serce Celestii. Plomby te wolno zdja'c tylko w wyjatkowych wypadkach. Klucze znajduja sie w posiadaniu trzech os'ob: prezydenta, ministra ochrony zewnetrznej oraz konstruktora rzadowego.

— To ty masz te klucze i m'oglby's otworzy'c?

— Nie. Otworzy'c mozna tylko wszystkimi trzema kluczami jednocze'snie. A wiec musialby na to wyrazi'c zgode i Summerson, i Kuhn. Szkoda jednak czasu, aby tu sie zatrzymywa'c. Chod'zmy na g'ore. Tylko ostroznie, bez gwaltownych ruch'ow, gdyz spadek wagi naszych cial bedzie coraz wiekszy. Ze skokami — koniec: wkr'otce mie'snie nasze beda zbyt niezreczne do takich wyczyn'ow.

Salka na setnym poziomie byla nieco wieksza. Mie'scily sie tam w 'scianach szafy z r'oznego rodzaju cze'sciami zamiennymi do urzadze'n centralnego reaktora, silowni oraz przyrzad'ow znajdujacych sie na zewnatrz Celestii. Pod jedna ze 'scian umocowany byl maly warsztat podreczny, bogato zaopatrzony w narzedzia.

Poruszanie sie tu bylo juz mniej przyjemne niz trzy poziomy nizej. Ciezar ciala zmalal ponad pie'cdziesieciokrotnie w por'ownaniu z normalnym. Mimo iz podloga pokryta byla specjalna warstwa wzmagajaca przyczepno's'c, chodzenie przypominalo bardzo poruszanie sie w wodzie, z tym ze wszystkie gwaltowniejsze ruchy ko'nczyly sie niezamierzonymi skokami. Najgorzej na tym wychodzila Daisy, kt'ora po raz pierwszy znajdowala sie w tak bliskiej odleglo'sci od osi Celestii.

Poczeli wspina'c sie po drabince prowadzacej na ostatni, 101 poziom. Odbywalo sie to wylacznie za pomoca rak, niemal bez zadnego wysilku. Nikt nie mial ochoty do rozmowy. Daisy Brown, zwykle bardzo gadatliwa, w milczeniu posuwala sie za Krukiem. My'sli wszystkich biegly w jednym kierunku. Za chwile mieli przekroczy'c granice 'swiata ludzkiego, 'swiata, w kt'orym sie urodzili i zyli od dzieci'nstwa, kt'ory kazdemu z nich byl tak bliski i zrozumialy.

Nawet Roche, kt'ory czesto bywal na zewnatrz, zawsze ulegal temu pod'swiadomemu uczuciu niepokoju przy zblizaniu sie do granicy dw'och 'swiat'ow. Bylo to tym dziwniejsze, iz wla'snie tesknota za tamtym, roziskrzonym tysiacami dalekich 'swiatel zadecydowala, ze zostal asystentem Lunowa.

Pochodzil z rodziny kupieckiej i ojciec jego obiecywal sobie, ze Dean obejmie po nim kierownictwo duzego sklepu na 20 poziomie. Ale razu pewnego, gdy 12-letni Dean od dluzszego czasu „kulal” w szkole z matematyka, Roche senior obiecal niebacznie synowi, ze je'sli poprawi swe stopnie, to odbedzie wycieczke pojazdem rakietowym, o co sie ojciec postara przez swego kolege, pracujacego jako kierownik biura w wytw'orni w'odek Summersona. Wycieczka taka, do's'c kosztowna, lezala w sferze nieziszczalnych marze'n wielu chlopc'ow. Dean wzial sie do pracy i wkr'otce ojciec zmuszony byl spelni'c obietnice.

Wycieczka na zewnatrz nie byla w zyciu chlopca jakim's zwyklym epizodem, lecz momentem przelomowym. Wyni'osl z niej niezaspokojona tesknote za tamtym gwiezdnym 'swiatem, za poznaniem jego zycia i tajemnic. Ta tesknota przerodzila sie w stale zainteresowanie astronomia i w rezultacie mlody Roche po usilnych zabiegach zostal asystentem Lunowa.

— Ot'oz i ostatni poziom! — przerwal milczenie Dean zwracajac sie do reporterki.

Wszyscy troje znale'zli sie w niskiej salce, przypominajacej swym wygladem wycinek wielkiej rury.

— Tu, w glebi, w tej 'scianie znajduja sie szafy ze skafandrami, a tamte okragle drzwi prowadza do 'sluzy — powiedzial Kruk.

Chwytajac sie klamer umieszczonych na 'scianach i podlodze dotarli do duzej p'olki. Kruk nacisnal jaka's d'zwignie i ze 'sciany wysunal sie dlugi wieszak z sze'scioma skafandrami.

Zdjawszy jeden kombinezon z wieszaka Bernard przez chwile badal w milczeniu kazda jego cze's'c, po czym podal go Daisy ze slowami:

— Zdaje sie, ze wszystko w porzadku. Zreszta bedzie jeszcze generalna pr'oba w 'sluzie, wiec nie ma obawy. Mozemy sie ubiera'c.

— A jak to wlozy'c?

Roche przysunal sie do Daisy i pom'ogl dziewczynie wlozy'c skafander.

— 'Zle robisz! — zawolal Kruk. — Niech sie sama meczy! Kto sie wybiera na tamten 'swiat, musi sam sobie dawa'c rade.

— Madry! — wydela usta z udanym oburzeniem. — Jak tu stale lazi, to mu latwo m'owi'c.

— A moze zrezygnujesz z wyprawy? Ostrzegam, ze to nielatwa sprawa ten spacer na zewnatrz i trzeba sobie samemu nie'zle radzi'c. Zreszta zdaje sie, ze niezbyt chetnie chodzisz po drabinach, a tam sa same klamry. Daisy, nie krepuj sie! Moze wr'ocisz, a reportaz ulozysz z naszego opowiadania.

Daisy Brown lekala sie podobnych uwag. Takie opinie szkodzily w pracy, byly powodem obnizki pensji lub wprost redukcji. Wobec teorii, modnych zwlaszcza obecnie pod rzadami Summersona, ze kobieta w og'ole nie nadaje sie do zadnej pracy umyslowej, albo ze pracowa'c zarobkowo nie powinna, bo to sie kl'oci z naturalnym podzialem i wyznaczona jej przez Pana Kosmosu rola zony i matki, Daisy miala podstawe do obaw. Cho'c przebywala teraz w 'scislym k'olku, chciala na przyszlo's'c zapobiec opinii, ze sie boi byle czego, jest niezaradna, cofa sie w p'ol drogi, slowem zachowuje sie tak, jak wedlug teorii Summersona powinna zachowywa'c sie kobieta — istota nizszego gatunku. Poza tym reporterska ciekawo's'c brala w niej g'ore.

Potrzasnela glowa odrzucajac w tyl niesforna czupryne i pokazala w u'smiechu dwa rzedy zeb'ow.

— Tez pomysl! Nie wyglupiaj sie, Ber. Ani mi sie 'sni rezygnowa'c! Dam sobie rade, jak bedzie trzeba. Zreszta, przy takim malym ciezarze ciala to bardzo latwa sprawa.

— Musze cie rozczarowa'c, moja mila. Na zewnatrz tak samo jak wewnatrz Celestii w miare oddalania sie od osi obrotu waga naszego ciala ro'snie. Schodzimy nad sama krawed'z tej wielkiej puszki, jaka jest nasz 'swiat. A tam sila od'srodkowa jest przeszlo o jedna dziesiata wieksza od tej, jaka wystepuje na 13 poziomie.

— Ty przeciez nie potrzebujesz schodzi'c na sam d'ol — wtracil Dean, kt'ory najwyra'zniej obawial sie, aby dziewczyna nie zrezygnowala z wyprawy.

— Wszystko jedno — przerwala reporterka. — Jak tam bedzie, tak bedzie, ani mi sie 'sni zosta'c. Ide z wami i juz.

Tymczasem Bernard nacisnal druga d'zwignie i z szafy wysunal sie wieszak z pasami i zwojami lin.

— Dobrze zapnij ten pas i sprawd'z, czy sie nie odpina — pouczal dziewczyne. — To bardzo wazne, gdyz tam latwo straci'c r'ownowage i polecie'c w przestrze'n kosmiczna.

— To znaczy gdzie?

— Gdyby's, bedac na zewnatrz, oderwala sie od 'sciany Celestii, polecisz po stycznej do kola o promieniu r'ownym odleglo'sci osi 'swiata od punktu, w kt'orym sie oderwala's.

— Dziekuje pieknie. Wtedy bedzie mi juz wszystko jedno, po jakiej linii polece. Ale to mila perspektywa.

— Nie ma obawy. Wypadki takie nie zdarzaja sie. Chronia nas liny i pasy.

— Slyszalam, ze mozna sie porusza'c w przestrzeni kosmicznej za pomoca pistolet'ow odrzutowych. Wiec po co liny? — przypomnialo sie Daisy.

— Niestety, nie mamy naboj'ow — wyja'snil Kruk. — Poza tym na dole, gdzie predko's'c naszych cial przekracza 50 m/sek., odrzut pistolet'ow jest zbyt slaby, aby po oderwaniu sie od 'sciany wr'oci'c na Celestie. No, zakladajmy helmy! Szkoda czasu! — rzekl sko'nczywszy wymienianie zbiornik'ow z tlenem. — Pamietaj, Daisy! Po wlozeniu helmu na glowe, gdy juz uslyszysz trzask zamka, przesu'n na lewo ten male'nki przelacznik ponizej szyby. Wlacza on aparat tlenowy, urzadzenia termiczne i pneumatyczne utrzymujace normalna temperature i ci'snienie w kombinezonie oraz, co dla ciebie wazniejsze niz powietrze — radiotelefon, aby'smy mogli rozmawia'c ze soba.

— Nie wiem, Ber, kto sie dzi's wiecej nagadal, ja czy ty? — odciela sie dziewczyna.

— Tu wyjatkowo nalezy to do obowiazk'ow moich lub Deana.

Daisy chciala co's odpowiedzie'c, lecz Kruk wsunal juz glowe w otw'or helmu i rozlegl sie cichy trzask oznaczajacy, ze bezpo'srednia laczno's'c zostala przerwana. Przesunawszy male'nka d'zwigienke, znajdujaca sie na przedniej 'scianie helmu, poczal dawa'c towarzyszom znaki, aby poszli w jego 'slady.

— Halo, Daisy! — uslyszala dziewczyna tuz nad uchem glos Bernarda, gdy zalozywszy helm wlaczyla aparature. — Halo, Dean! Odpowiadaj, jak tam odbi'or?

— 'Swietny! Jakby's stal za mna!

— Daisy! Widzisz te dwa 'swiecace, biale punkty w helmie, mniej wiecej na wysoko'sci ust?

— Widze. No to co?

— Musisz je stale obserwowa'c. Je'sliby zgasl prawy, oznaczaloby to, iz instalacja tlenowa przestala dziala'c. Gdyby za's rozpalil sie niebieskawym 'swiatlem, bedzie to sygnal, ze tlenu wystarczy tylko na 15 minut i trzeba natychmiast wraca'c. Zrozumiala's?

— Tak. Prawy punkcik to kontrola tlenu. A lewy?

— Lewy czuwa nad wla'sciwym, harmonijnym funkcjonowaniem calej instalacji. Gdyby sie rozpalil na czerwono, oznaczaloby to, iz w skafandrze lub helmie powstalo uszkodzenie. Uszkodzenie takie trzeba jako's, cho'cby prowizorycznie, usuna'c, no i wraca'c.

— A jakby zgasl?

— Musisz w'owczas natychmiast zaalarmowa'c towarzyszy, lecz juz nie przez radiotelefon, ale ciagnac za line. Wyga'sniecie lewego punktu oznacza, ze wszystkie urzadzenia zawiodly.

— Oczywi'scie nie przerazaj sie, Daisy — wtracil Roche. — Takie przygody sie nie zdarzaja. Ja nieraz wychodzilem na zewnatrz w pojedynke i nie obawialem sie wypadku. Rozumiesz chyba, ze Ber musi ci tylko tak, na wszelki wypadek, tlumaczy'c, co i jak dziala.

Bernard zdjal z haka duzy zw'oj liny i jeden z ko'nc'ow opatrzony sprezynowym zaczepem umocowal na k'olku przy swoim pasie. Nastepnie siegnal po jeszcze jeden zw'oj i podal go Deanowi.

— No, to juz wszystko. Ruszajmy! — powiedzial. — Ja ide pierwszy, Daisy za mna, a Dean na ko'ncu.

— Czemu nie dale's mi liny? — zdziwila sie dziewczyna.

— Ty bedziesz 'srodkowym ogniwem.

Kruk przesunal sie ku okraglym drzwiom 'sluzy i trzymajac sie lewa reka klamry, prawa obr'ocil male metalowe k'olko wentyla. Pociagnal drzwi ku sobie. Otworzyly sie wolno odslaniajac wnetrze ciasnego pomieszczenia.

— Co za dziwne drzwi? Zupelnie jak wieko w puderniczce. Na zawiasach? Nie rozsuwane, tak jak wszedzie?

— Drzwi te zamykane sa wylacznie ci'snieniem atmosfery Celestii. Po prostu, gdy zostanie usuniete powietrze ze 'sluzy, nacisk atmosfery uniemozliwia otwarcie drzwi,

— A dlaczego obracale's k'olko, je'sli m'owisz, ze te drzwi nie maja zamka? — pytala Daisy wchodzac do komory za konstruktorem.

— Otworzylem zaw'or, aby wyr'owna'c ci'snienie — wyja'snil. — Mimo iz drzwi na zewnatrz sa bardzo szczelne, po dluzszym czasie nastepuje pewien spadek ci'snienia, wywolany ucieczka powietrza. Spadek ten, cho'c bardzo nieznaczny, jednak utrudnialby otwarcie drzwi. O, widzisz, teraz Dean zamknie drzwi i przekreci podobne k'olko, kt'ore znajduje sie od strony 'sluzy. No, juz.

Teraz uwaga! Wlaczam pompy! Daisy, obserwuj dobrze 'swiecace punkty, czy nie ma jakich's uszkodze'n w skafandrze. Naciskam guzik!

Ci'snienie spadlo gwaltownie i miekkie kombinezony pecznialy w oczach. Bernard obserwowal uwaznie strzalke manometru umieszczonego w 'scianie. Posuwala sie ona coraz wolniej w kierunku kreski oznaczonej cyfra O i wreszcie stanela w jej poblizu.

— Czy wszystko w porzadku?! — zawolal Kruk.

— Tak… — wyszeptala z przejeciem Daisy.

Kruk przysunal sie do dziewczyny i przypial drugi koniec liny do jej pasa. Po chwili to samo uczynil Dean.

Konstruktor zblizyl sie do drzwi prowadzacych na zewnatrz.

Strzalka osiagnela juz punkt zerowy i zdawala sie nie porusza'c.

Daisy i Dean zamarli w oczekiwaniu. Dziewczyna czula bicie wlasnego serca. Za tymi drzwiami znajdowal sie ten inny, jakze obcy i daleki 'swiat. Bala sie poruszy'c i glebiej odetchna'c.

Wsluchala sie w cisze. Tylko miarowe tykanie mechanizmu pneumatycznego w szczycie helmu dochodzilo do jej uszu. Nagle u'swiadomila sobie niedorzeczno's'c nasluchiwania. Przeciez wok'ol niej nie ma juz niemal zupelnie powietrza, nie m'owiac o tym, iz poprzez helm w normalnych warunkach mozna uslysze'c tylko bardzo glo'sne d'zwieki.

Nie ma zupelnie powietrza!… Uczula lekki skurcz w piersiach na te my'sl.

Nachylona posta'c Kruka drgnela i wielkie, stalowe drzwi poczely sie wolno otwiera'c. Za nimi panowala ciemno's'c.

Bernard siegnal reka do czola. Na szczycie jego helmu zaplonal reflektor, rzucajac uko'snie w d'ol silny snop z'oltego 'swiatla.

— Wychodzimy do przedsionka! Daisy, wlacz sw'oj reflektor! Kontakt znajduje sie nad szyba helmu.

Glos Bernarda wydal sie dziewczynie jaki's inny, jakby zmieniony. Konstruktor wsunal sie w ciemny otw'or i za chwile znikl sprzed oczu reporterki. Uczula lekkie szarpniecie liny, posunela sie pare krok'ow ku wyj'sciu i w sluchawkach zabrzmial zn'ow glos Kruka: — Daisy, posuwaj sie za mna! Staraj sie, aby zbyt ostro nie przedzielala nas 'sciana, bo fale, na kt'orych pracuja nasze radiotelefony, maja stosunkowo maly stopie'n uginania. Tu sa wszedzie almeralitowe 'sciany, nieprzenikliwe dla fal radiowych. Uwazaj na klamry w podlodze, bo sie przewr'ocisz!

Z drzeniem serca dziewczyna przesunela sie do otwartego wlazu. Za nim znajdowala sie ciemna salka przypominajaca 'sluze. Po lewej stronie byl widoczny jaki's otw'or, gdzie zauwazyla nachylona posta'c Bernarda.

— Podejd'z do mnie, Daisy — odezwal sie zn'ow konstruktor. — No, co tam? Dlaczego sie nie odzywasz? Czy mnie nie slyszysz?

— Slysze, tylko ze tu… tak… dziwnie…

— Boisz sie?

— Nie wiem…

— Nie masz sie czego obawia'c! — uslyszala glos Deana. — To nic strasznego! Ja czesto sam wychodze na zewnatrz!

Mlody astronom przysunal sie do dziewczyny i chwyciwszy ja za pas lekko podni'osl w g'ore. Po chwili wraz z nia przesunal sie zrecznie przez otw'or wlazu prowadzacego do przedsionka.

— Trzymaj sie klamer i chod'z do wyj'scia! — powiedzial stawiajac ja na ziemi. Przesunela sie ostroznie w strone Bernarda siedzacego na krawedzi owalnego otworu.

Za nim roztaczalo swa przepa'scista glebie usiane rojami 'swiecacych punkt'ow czarno-aksamitne niebo.

Cho'c znala juz ten obraz z ilustracji i audycji telewizyjnych, nie mogla oderwa'c wzroku. Przysunela sie do Kruka i chlonela widok odslaniajacy sie przed nia.

Wprost, w'sr'od gestej kraty metalowych pret'ow wielkiego „kosza” miotacza, nad jasnym czworokatem Krzyza Poludnia wybijala sie swym blaskiem nad inne duza, z'oltawa gwiazda.

Dziewczyna znala ja dobrze z licznych rycin.

— Gwiazda Dobrej Nadziei — wyszeptala.

Uczula lekki u'scisk czyjej's reki. Spojrzala. Obok stal Roche, wpatrzony tak jak ona w iskrzace sie gwiazdami niebo.

Bala sie sploszy'c to „co's”, przejmujace, a zarazem podniosle w obrazie, jakze innym od wszystkiego, co widziala dotad.

— Gdzie moga by'c te ciala eksplodujace? — dobiegly ja slowa Kruka.

— Trudno powiedzie'c — odrzekl astronom. — Je'sli to, co m'owi Summerson, jest prawda, ciala te atakuja nas z boku od tylu, co zreszta potwierdza nakaz przebudowy najpierw tylnego miotacza. Z tej strony bylyby wiec niewidoczne. Moze co's uda sie zaobserwowa'c, gdy bedziemy nad krawedzia 'swiata, tym bardziej ze prawdopodobnie na podstawie polozenia przyrzad'ow bedziemy mogli okre'sli'c kierunek.

Krzyz Poludnia przesunal sie nieco wyzej na prawo, wolnym ruchem okrazajac Gwiazde Dobrej Nadziei.

— Niebo sie kreci! — zdziwila sie Daisy.

— To nie niebo, lecz Celestia sie obraca — odrzekl z u'smiechem Dean.

— Ale dlaczego wok'ol Gwiazdy Dobrej Nadziei?

— O's Celestii skierowana jest wprost w jej kierunku, tak iz powstaje zludzenie, ze cale niebo obraca sie wok'ol prostej, laczacej nas z ukladem Alfa Centauri, zwanym Gwiazda Dobrej Nadziei.

— No, szkoda czasu! — rozlegl sie glos Bernarda. — Dean, ty pierwszy schodzisz! Za toba Daisy, a potem dopiero, gdy nie starczy liny, ja!

Roche znikl w otworze, a po chwili i dziewczyna usiadla na jego brzegu. Pod nia widnial waski pomost otoczony porecza. Ostroznie opu'scila nogi.

— Nie b'oj sie. Chwy'c za porecz i chod'z do mnie! — uslyszala zn'ow glos Roche'a. Rozejrzala sie na obie strony. Pomost podnosil sie gwaltownie lukiem ku g'orze, tworzac pier'scie'n wok'ol kilkunastumetrowej wiezy, u kt'orej szczytu majaczyl wielki grzyb miotacza.

Daisy uczula skurcz w okolicach zoladka. Nad nia w odleglo'sci kilku metr'ow stal na pomo'scie Dean. Cialo jego znajdowalo sie w jakiej's niewiarygodnej, niemozliwej w normalnych warunkach pozycji, niemal glowa w d'ol.

— Dean, co ty robisz?

— Dziwisz sie, ze chodze jakby po suficie — roze'smial sie astronom. — Ty w tej chwili wygladasz tak samo, gdy patrze z mojego miejsca. Pomost otacza o's Celestii, wiec w kazdym jego punkcie kierunek pionowy biegnie od osi ku krawedzi 'swiata. Podejd'z do poreczy i chod'z do mnie!

Daisy poczela ostroznie przesuwa'c sie po pomo'scie i za chwile znalazla sie obok astronoma.

Przypiawszy wiszacy u pasa dziewczyn^ zaczep do poreczy Roche poczal opuszcza'c sie szybko po waskiej, metalowej drabince w d'ol. Wkr'otce reporterka uczula lekkie szarpniecie liny i w sluchawkach rozlegl sie glos Deana:

— Halo, Ber i Daisy! Gotowe! Mozecie sie odczepi'c i schodzi'c za mna.

Teraz dopiero, gdy znalazla sie na klamrach pionowej 'sciany, dziewczyna docenila w pelni znaczenie ubezpieczenia oraz uzyteczno's'c silnego reflektora.

Posuwali sie do's'c szybko w d'ol, niemal wylacznie za pomoca rak, zatrzymujac sie tylko na chwile, gdy glos Roche'a lub Kruka sygnalizowal zmiane zaczep'ow.

Mezczy'zni pozostawali na przemian jako ubezpieczenie. Ten, kt'ory czekal przypiety u g'ory, zmuszony byl p'o'zniej nadrobi'c czas tempem schodzenia. W miare oddalania sie od osi dziewczyna poczela odczuwa'c zmeczenie.

— Dlaczego sie tak 'spieszycie?

— Widzisz ten maly zegarek w helmie ponizej 'swiecacych punkcik'ow? — wyja'snial konstruktor. — Podaje on czas przebywania w skafandrze. Zapas tlenu przewidziany jest na trzy godziny, a od osi do krawedzi 'swiata jest 500 metr'ow drogi. To nie bagatela przy schodzeniu, a co dopiero m'owi'c przy wchodzeniu. My sami poruszamy sie wtedy pie'c razy wolniej. Z toba droga powrotna zajmie nam co najmniej p'oltorej godziny, musimy wiec nadrobi'c schodzeniem. Przestrzegalem cie, ze to nielatwa wyprawa, wiec musisz teraz wytrzyma'c. Odpoczniesz na dole. Zreszta, je'sli chcesz, mozemy cie tu przypia'c i poczekasz, az wr'ocimy.

— Jeszcze czego! — oburzyla sie reporterka.

— Ale moze naprawde 'zle sie czujesz? — wtracil Dean.

— Nie ma mowy! Je'sli juz wyszlam, to schodze dalej i zobaczycie, co ja potrafie. Zreszta — m'oj byl pomysl z ta wyprawa, wiec jak by to wygladalo? Juz chyba nie tak daleko, bo czuje, jak zn'ow jestem ciezka.

— Jeszcze jakie's sto metr'ow. Jeste'smy mniej wiecej na wysoko'sci 18 poziomu.

— To moze zapukamy do Summersona? Dopiero by sie zdziwil!

— Apartamenty prezydenta znajduja sie po drugiej stronie, w odleglo'sci 600 metr'ow stad. A co do pukania, to nie wiem, czy kto's by nas uslyszal, gdyz sa tu, poza pancerzem, warstwy izolacyjne i komory ozonowe.

Zapanowalo milczenie. Wszystkich troje ogarnelo przykre uczucie osamotnienia. Zwolnili nieco tempo schodzenia.

W dole, w 'swietle reflektor'ow zamajaczyla biala kreska waskiego pomostu biegnacego nad krawedzia Celestii. Po kilku minutach dotarli do niego.

Pozostawiwszy Daisy jako ubezpieczenie Dean i Bernard ostroznie spu'scili sie na sam skraj wielkiego dysku. Ciazenie bylo tu nieco wieksze od „normalnego” i mlodzi ludzie z wysilkiem czepiali sie klamer, wiszac nad przepa'scia.

Wreszcie dobrneli do malej platformy, otaczajacej metalowy cylinder, pod kt'orym widniala 30-metrowa wieza. Tam zainstalowane byly przyrzady do obserwacji astronomicznych.

— Patrz, Ber — dobiegl Daisy glos Deana. — Kosz radioteleskopu zwr'ocony jest dokladnie w kierunku Slo'nca.

Daisy przechylila sie przez porecz. W jasnych smugach reflektor'ow ujrzala wieze obserwacyjna. Olbrzymia, o 50-metrowej 'srednicy azurowa czasza, osadzona na dlugim ramieniu, zwr'ocona byla w kierunku przeciwnym ruchowi postepowemu Celestii.

— Nie rozumiem. Przeciez, je'sli… — dalszych sl'ow Daisy nie doslyszala, gdyz Kruk i Roche znikneli we wnetrzu cylindra i odbi'or zostal przerwany.

Dean przez chwile badal aparature.

— Teleskop optyczny nieczynny — stwierdzil z zawodem w glosie. — Dziala tylko radioteleskop oraz sonda radiolokacyjna. Znaczy to, ze te ciala znajduja sie jeszcze daleko. Chociaz, je'sli eksploduja, to powinny by'c widoczne blyski, nawet na wielka odleglo's'c. Z drugiej strony po'spiech prezydenta m'owi raczej o tym, iz sa one niedaleko, gdyz trudno sadzi'c, aby ich predko's'c przekraczala az kilkakrotnie nasza. Spr'obuje teraz skomunikowa'c sie z Lunowem.

Kucnal obok nieduzego czworokatnego pudelka umocowanego w 'scianie cylindra. Nacisnal guzik znajdujacy sie z boku i wieko odskoczylo. Wewnatrz umieszczony byl dlugi przew'od z wtyczka i tabliczka z szeregiem przycisk'ow.

Dean manipulowal przez pewien czas w skrzynce, wreszcie stwierdzil:

— Kontakt radiowy przerwany. Chyba aparat nadawczo-odbiorczy jest uszkodzony.

— Wiec nic z tego? Niepotrzebnie tu zeszli'smy? W glosie Daisy brzmialo rozczarowanie.

— Jest jeszcze telefon, ale wlacza sie go z obserwatorium, gdyz stanowi tylko rezerwe.

— Wiec nie mozna sie skomunikowa'c?

Przez chwile panowalo milczenie, wreszcie przerwal je Dean.

— Mam pewien pomysl. Kiedy's, regulujac z Lunowem radioteleskop, zauwazyli'smy, ze zapalanie lub gaszenie reflektor'ow w helmach wywoluje blyski na ekranie oscylografu. Bylem w'owczas tu, na dole, ze starym Bobem, elektromonterem od Kuhna. On siedzial wewnatrz opuszczonego poziomo zwierciadla, a ja w wiezy. 'Swiatlo z reflektora Boba razilo mnie w oczy i nie moglem ani rusz zamocowa'c pewnej 'sruby. Prosilem wiec, by je na chwile zgasil. Lunow znajdowal sie wtedy w obserwatorium i zwr'ocil uwage na blysk.

— Zupelnie zrozumiale — wtracil Kruk. — Iskrzenie powstajace przy wlaczaniu jest 'zr'odlem fal elektromagnetycznych. Ale co to ma do… Ach, racja! Niezly pomysl. Tylko skad on bedzie wiedzial, ze trzeba podej's'c do telefonu?

— Lunow nie lubi, aby kto's wchodzil niespodziewanie do pokoju, w kt'orym pracuje. Dlatego zawsze pukalem w um'owiony spos'ob: dwa uderzenia w dluzszych odstepach i trzy szybkie.

— Chcesz „zapuka'c” do Lunowa przez radioteleskop? No, to jazda, bo czas ucieka! Daisy Brown wychylila sie jeszcze bardziej przez porecz chcac ujrze'c, co sie dzieje pod nia. Po chwili zobaczyla, jak jedna z postaci ukazala sie wewnatrz azurowej wiezy. To Dean schodzil po drabinie w d'ol, ku dlugiemu ramieniu, na kt'orym umocowane byly przyrzady.

Dotarlszy do ko'nca wiezy astronom poczal posuwa'c sie ostroznie po l'sniacej rurze ku olbrzymiemu zwierciadlu.

— Uwaga! Trzymaj dobrze line! — zawolal nagle. Gwaltowne jego ruchy wskazywaly, ze stracil r'ownowage. Przez chwila jeszcze balansowal, naraz zsunal sie z waskiego ramienia i zawisl na linie, obracajac sie na wszystkie strony. Z'olty blask reflektora 'slizgal sie po krawedziach platformy, przyrzadach astronomicznych i po pancerzu Celestii, to zn'ow zapadal w otchla'n kosmosu, roztaczajaca sie pod wirujacym cialem.

Nieopanowane ruchy astronoma ustaly. W sluchawkach zn'ow rozlegl sie jego glos:

— Ber, teraz ciagnij! Jeszcze troche! Wyzej! Wyzej! Teraz troche popu's'c! O! Tak! Dobrze! Wiszaca na linie posta'c w skafandrze poczela wykonywa'c rytmiczne ruchy, aby rozhu'sta'c cialo. Wreszcie mlody astronom uchwycil sie l'sniacych pret'ow tworzacych wielki metalowy kosz.

— Popu's'c troche liny! — zawolal do Bernarda. Zrecznie przesunal sie miedzy pretami ramy przyrzadu i po chwili odnalazl male drzwiczki, prowadzace do wnetrza kosza. Przez chwile posuwal sie ku 'srodkowi olbrzymiej czaszy, gdy naraz zamarl w bezruchu.

Postapil krok naprz'od, jakby mial zamiar wspina'c sie dalej, lecz oto zn'ow sie zatrzymal. Wreszcie poczal posuwa'c sie dalej po pretach kosza, podobny do pajaka na wielkiej sieci.

Znalazlszy sie w centrum zwierciadla radioteleskopu astronom zgasil reflektor, zapalil go, po czym szybko zamigotal 'swiatlem.

Powt'orzywszy sygnal kilkakrotnie Dean ruszyl w powrotna droge. Po paru minutach dotarl do niebezpiecznej belki i usiadlszy na niej okrakiem posuwal sie ku wiezy. Wkr'otce osiagnal drabinke.

— Daisy, co's ty m'owila? — rzucil pytanie wspinajac sie po szczeblach. W glosie jego brzmialo zdziwienie i jakby niepok'oj.

— Ja? Kiedy?

— No, przed chwila! Chyba ty, bo kt'oz by inny? Gdy bylem po tamtej stronie zwierciadla, slyszalem wyra'znie tw'oj glos.

— Musialo ci sie zdawa'c — wtracil Kruk. — Wykluczone, aby's bedac wewnatrz zwierciadla, oddzielony od Daisy i mnie jego siatka, m'ogl co's slysze'c. Kosz ten nie przepuszcza fal radiowych tej dlugo'sci.

— Masz racje. A ja jednak slyszalem wyra'znie glos kobiecy — upieral sie astronom. — Trzy razy powt'orzyla to samo.

— Co takiego?

— Troche mnie nawet zdziwilo, bo to takie jakie's… Wyra'znie slyszalem glos kobiecy, podobny do glosu Daisy. M'owila co's w tym rodzaju: „Halo CM! Czy slyszysz? Odpowiedz!” I tak ze trzy razy. Wiec ja wolam do Daisy: „Co sie stalo?!” Bo juz sie przestraszylem, ze co's zlego.

— M'owisz, ze powiedziala CM? A moze CM-2?

— Taak. Skad wiesz?

— A to dziwna historia… — odrzekl Bernard zmienionym glosem. — I co bylo dalej?

— A nic. Cisza. Dopiero po jakich's dwu minutach zn'ow ten sam glos: „Uwaga! Za godzine na tej fali”. Zn'ow tak trzy razy i cisza.

— I nic wiecej?

— Nie. Juz nic wiecej.

Dean dotarl do cylindra nad wieza i rozmowa sie urwala.

Szybko podszedl do malej skrzynki i wyciagnal z niej dlugi przew'od z wtyczka. Po chwili w sluchawkach helmu Bernarda rozlegl sie cichy trzask. To Dean przelaczyl sie na telefon.

Zapanowalo milczenie. Cisze przerywal tylko przy'spieszony oddech konstruktora, kt'ory zmeczyl sie pomagajac przyjacielowi wspina'c sie po drabinie. Daisy zamarla w oczekiwaniu. Zaden jednak d'zwiek nie dobiegl jej uszu. Czyzby telefon nie dzialal?

Uplynela dluga chwila. Nie mogla wytrzyma'c narastajacego napiecia.

— Dean, dlaczego milczysz?! — zawolala.

— Dean nie ma w tej chwili polaczenia z nami — rozlegl sie glos Kruka. — Chcac rozmawia'c przez telefon musial wylaczy'c radio.

— Ale czy zlapal polaczenie?

— Owszem. Widze przez szybe, ze rozmawia. Zaraz sie dowiemy, co Lunow… — Bernard urwal nagle.

Mlody astronom nachylil sie i zaczal manipulowa'c przyciskami. Naraz gwaltownym ruchem wyciagnal wtyczke i w sluchawkach rozlegl sie jego pelen zdenerwowania glos:

— Stracilem polaczenie. Do diabla, co to sie stalo? W zaden spos'ob nie moge sie skontaktowa'c z Lunowem. Czekaj, spr'obuje jeszcze raz.

Zn'ow wlaczyl wtyczke i Bernard ujrzal, iz Dean krzyczy co's w helmie. Po chwili ponownie wlaczyl radio.

— C'oz, u licha, moglo sie sta'c? Zupelnie nie rozumiem. Wlacz sie ty, Ber, moze u mnie w helmie co's nie w porzadku. Cho'c to malo prawdopodobne, gdyz radio dziala.

Jednak i Kruk nie m'ogl otrzyma'c polaczenia.

— Musial sie u starego zepsu'c aparat — m'owil z niepokojem Roche.

— Moze sam sie wylaczyl?

— Wykluczone. Zerwanie laczno'sci nastapilo w p'ol zdania i to w takim momencie, ze…

— Co's sie dowiedzial?

— Dowiedzialem sie… Trudno o tym w og'ole rozsadnie my'sle'c. I gdybym tego pare razy nie uslyszal wyra'znie od starego, to my'slalbym, ze chyba 'snie. Moze zreszta stary zwariowal? Trzeba pecha, ze stracilem polaczenie. Bylbym sie cho'c dowiedzial jakich's szczeg'ol'ow.

— A wiec czego's sie dowiedzial? — niecierpliwil sie Kruk. — Powiedz wreszcie!

— Lunow twierdzi, ze to jest… ze to jest rakieta.

— Co jest rakieta?

— No to, co sie do nas zbliza.

— Co? Ten r'oj cial?

— To nie jest, jak twierdzi stary, zaden r'oj cial, lecz rakieta, prawdziwa rakieta! Pojazd rakietowy! — powtarzal w zdenerwowaniu Dean.

— Jaka rakieta? Skad?

— Ot'oz to… Nie moze mi sie to zupelnie w glowie pomie'sci'c! Czyzby?

— Opowiadaj od poczatku, co m'owil Lunow, bo nic z tego, co powiedziale's, nie rozumiem — zdenerwowal sie Bernard.

— Moge cie pocieszy'c, ze ja tez nic nie rozumiem. Polaczenie otrzymalem od razu. Widocznie stary zauwazyl blyski i natychmiast wlaczyl telefon. Jak tylko odezwalem sie, Lunow z miejsca zaczal gada'c o naprawie jakiej's anteny. M'owil, ze sie cieszy z mego powrotu do zdrowia i z tego, ze sam sie zajalem naprawa, bo predzej sie mozna bedzie skomunikowa'c z rakieta. Pytam, o czym on m'owi, przeciez, o ile wiem, zadna rakieta nie opu'scila Celestii. A on: „Wiec ty nie wiesz, m'owi, ze zbliza sie do nas jaka's obca rakieta? Spoza naszego 'swiata?” Odpowiadam, ze slyszalem tylko o jakich's cialach eksplodujacych i wla'snie chcialem sie czego's od niego dowiedzie'c. A o rakiecie nic nie wiem! A stary jak nie zacznie mnie sztorcowa'c: „Je'sli nie kierujesz naprawa anteny, to po co sie wl'oczysz na zewnatrz i nie przychodzisz do obserwatorium? Przeciez, m'owi, otrzymale's moja kartke, ze jak tylko bedziesz zdrowy, to masz przyj's'c natychmiast do obserwatorium”. Juz zaczynam tlumaczy'c, ze nic o tym nie wiem, gdy naraz co's trzasnelo w sluchawkach i lampa kontrolna zgasla. Musialo co's „nawali'c” w aparacie. Wykluczone, aby Lunow sam sie wylaczyl. A to pech! Niech to wszyscy diabli!

— Spr'obuj jeszcze raz. Chociaz slaba nadzieja. Z tego, co m'owile's, zdaje sie wynika'c, ze przyczyna zerwania laczno'sci jest powazniejsza, niz ci sie zdaje. Moze jestem ostatnio przewrazliwiony, ale to z pewno'scia nie przypadek.

— Co przez to rozumiesz?

— Chyba jasne. Lunow jest izolowany i falszywie informowany. Po prostu celowo przerwano polaczenie, dziwne tylko, dlaczego w og'ole dopuszczono, aby Lunow powiedzial co's o rakiecie. Chociaz… Jest to tak fantastyczna wiadomo's'c, ze nie wiem sam, co o tym sadzi'c. Zestawiwszy to, co sie w ciagu ostatnich paru dni dzieje w Celestii… Nie wiem. Zupelnie nie jestem w stanie tego zrozumie'c. Chyba tylko stary Horsedealer jako's by sie w tym polapal. Jak sadzisz, Dean? Czy Lunow moze sie myli'c?

— Trudno powiedzie'c. On tego w og'ole nie traktowal jako hipotezy, lecz jako stwierdzony fakt. Spr'obuje sie jeszcze raz polaczy'c.

Po kilku minutach manipulowania Roche zrezygnowany wyciagnal wtyczke.

— Nic z tego. Bezpo'srednie polaczenie z obserwatorium jest calkowicie przerwane. Pr'obowalem r'owniez polaczy'c sie z centrala telefoniczno-telewizyjna i wyobra'z sobie, ze jeste'smy zupelnie odcieci od 'swiata.

— Wracamy — zadecydowal Kruk. — Juz blisko godzine przebywamy na zewnatrz i nie mamy wla'sciwie czasu na pozostawanie tu dluzej. Nalezy sie liczy'c z tym, ze wej'scie na g'ore zajmie nam, ze wzgledu na obecno's'c Daisy, przynajmniej p'oltorej godziny. Halo, Daisy! — zwr'ocil sie do dziewczyny. — Skracaj line. No, uwaga! Wchodzimy!

Czepiajac sie rekami i nogami klamer, wiszac nad przepa'scia, obaj mezczy'zni poczeli wolno posuwa'c sie ku pomostowi.

— Je'sli nie winde, to m'oglby's jaki's inny solidny przyrzad wynale'z'c — zwr'ocila sie Daisy do Bernarda, gdy wraz z Deanem znale'zli sie na pomo'scie. — To skandal, zeby tu trzeba bylo sie tak meczy'c. Konstruktorem jeste's i nie pomy'slisz o tym! Nie mam racji? Dean, czemu milczysz?

— Chod'zmy juz na g'ore — rzucil z rozdraznieniem w glosie astronom. — Jako's nie wiem sam… ale…

— Boisz sie czego's? — spytal z powaga Bernard.

— Nie wiem…

— Watpie, aby cie aresztowali, gdyz musieliby r'owniez i mnie zamkna'c, a przeciez Summerson nie zrezygnuje z przebudowy miotaczy. Raczej beda chcieli zamkna'c nam czym's usta.

— Jak sadzisz, o co tu wla'sciwie chodzi?

— Gdyby'smy to wiedzieli! Co najwyzej, og'olnie biorac, mozna przypuszcza'c, ze chodzi tu, tak jak zawsze bywalo, o wladze. To moze by'c jaki's bluff, bo nie chce mi sie wierzy'c, aby naprawde zblizal sie do nas jaki's obcy pojazd rakietowy. Po prostu: skad? — Kruk zamy'slil sie na chwile. — Miejmy zreszta nadzieje, ze bedziemy mogli co's wywnioskowa'c z zachowania sie Summersona po naszym powrocie. No, ale masz racje, do's'c odpoczynku! Wchodzimy na g'ore, bo czasu i tlenu coraz mniej.

To m'owiac Bernard poczal wspina'c sie po klamrach na pionowa 'sciane.

Mijaly minuty. Odpoczywajac kilkakrotnie konstruktor dotarl do wysoko'sci 40 metr'ow nad pomostem i zaczepil sie u klamry.

Z kolei wspinaczke rozpoczela Daisy. Juz po kilku metrach zrozumiala, ile wysilku kosztowa'c ja bedzie dotarcie do osi Celestii. Zar'owno szybkie zmeczenie mie'sni, jak i 'swiadomo's'c niebezpiecze'nstwa upadku, mimo liny trzymanej przez Kruka, utrudnialy ruchy. Odleglo's'c pie'cdziesieciu metr'ow, dzielaca ja od Bernarda, wydawala sie niesko'nczenie wielka.

Wreszcie, po blisko 30 minutach, dobrnela zziajana do miejsca, gdzie uczepiony byl konstruktor. Ten natychmiast przypial ja do klamry, a sam ruszyl w g'ore. Tuz za nim postepowal Roche, kt'ory, nie czekajac, az dziewczyna wejdzie, bez ubezpieczenia wspinal sie po 'scianie.

Po wyczerpaniu liny, na wysoko'sci 80 metr'ow nad pomostem, obaj przyjaciele przymocowali sie do 'sciany i kazali dziewczynie odczepi'c sie od klamry.

— Podciagaj sie tylko rekami. Nogi pozostaw wolne — zwr'ocil sie Dean do Daisy. — Bedziemy cie windowa'c na linach.

— Ale po co? Jako's dam sobie rade — pr'obowala niepewnie oponowa'c dziewczyna, lecz Kruk przerwal szorstko:

— Przy twoim tempie wchodzenia nie zdazymy dotrze'c do 'sluzy przed wyczerpaniem zapas'ow tlenu. A co to oznacza, nie potrzebuje ci chyba wyja'snia'c.

Po kilku minutach dziewczyna dotarla do obu mezczyzn, kt'orzy ruszyli dalej w g'ore. Posuwanie odbywalo sie teraz znacznie sprawniej.

Po godzinie wspinaczki Kruk zarzadzil 10-minutowy odpoczynek. Juz dwie godziny przebywali na zewnatrz i Daisy z niepokojem spogladala w g'ore na ciagnace sie jakby w niesko'nczono's'c szeregi klamer. Obawy jej jednak byly przesadzone. Cho'c od osi Celestii dzielila ich jeszcze przeszlo polowa drogi, jednak wobec spadku wagi cial posuwanie sie bylo coraz latwiejsze.

Ruszyli zn'ow w milczeniu w g'ore. Minuty plynely szybko, sila od'srodkowa malala coraz bardziej. Wreszcie ponad ich glowami, w mroku rozja'snionym tylko blaskiem gwiazd i z'oltymi 'swiatlami reflektor'ow, zamajaczyly prety metalowej konstrukcji czolowego miotacza.

Jeszcze kilka gwaltowniejszych podciagnie'c, a niemal niewazkie ciala znalazly sie na zamknietym pier'scieniu pomostu.

— Zdazyli'smy — odetchnal Bernard z ulga, przerywajac dluga cisze towarzyszaca im podczas wspinaczki. — Mamy jeszcze tlenu na jakie's pie'c do dziesieciu minut, potem zaczyna sie tak zwana zelazna rezerwa 15-minutowa. Katastrofa juz nam nie grozi — u'smiechnal sie do Daisy.

Po chwili staneli u otworu prowadzacego do przedsionka 'sluzy.

— Wiecie, chlopcy — zwierzala sie Daisy — powiem wam szczerze, ze chociaz taka wyprawa piechota na zewnatrz jest bardzo ciekawa, ale czlowiek czuje sie strasznie nieswojo. Juz chyba lepiej w rakiecie.

Bernard kt'ory posuwal sie pierwszy, znikl we wnetrzu przedsionka. Zaraz potem uszu Daisy i Deana dobiegl zdlawiony okrzyk konstruktora.

Kruk kleczal przy stalowych drzwiach prowadzacych do 'sluzy.

— Co sie stalo? — wyszeptala Daisy.

— Drzwi do 'sluzy sa zamkniete — powiedzial wolno Bernard.

— Zostawilem otwarte — rzucil p'olglosem Roche, jakby sie usprawiedliwiajac.

— Wiem. Kto's je zamknal podczas naszej nieobecno'sci. Co gorsza — zostawil otwarte drzwi ze 'sluzy do ubieralni i nie moge uruchomi'c zaworu. Bedziemy musieli zaalarmowa'c telefonicznie pogotowie, bo inaczej stad nie wyjdziemy. Chyba ze tam jeszcze kto's jest!

To m'owiac chwycil zwisajacy u pasa zaczep i poczal nim rytmicznie uderza'c w stalowe drzwi.

— Dean, dlaczego nie mozna uruchomi'c zaworu? — spytala Daisy uspokojona nieco wiadomo'scia o mozliwo'sci wezwania pogotowia.

— Jest tu specjalne urzadzenie zabezpieczajace — wyja'snil astronom. — Gdyby zaw'or dawal sie otworzy'c w chwili, gdy nie sa zamkniete drzwi miedzy 'sluza a ubieralnia, mogliby'smy nie'swiadomie spowodowa'c 'smier'c kogo's znajdujacego sie w ubieralni bez skafandra. Poza tym powietrze jest zbyt drogocenne, aby je wolno bylo traci'c w tak wielkich ilo'sciach. W razie jakiego's zablokowania zawsze mozna sie polaczy'c telefonicznie z pogotowiem. Do diabla! — zaklal nagle. -Tlen mi sie ko'nczy.

Dziewczyna odwr'ocila glowe w jego kierunku. Twarz mlodego astronoma o'swietlona byla niebieskawym blaskiem bijacym z wnetrza helmu. Lampka kontrolna ostrzegala, iz za pietna'scie minut Roche zacznie odczuwa'c gl'od tlenu.

Daisy zn'ow poczal ogarnia'c lek.

— Nikogo tam pewno nie ma — rzekl Kruk przerywajac pukanie. — Szkoda czasu. Trzeba polaczy'c sie z pogotowiem.

Przeszedl w drugi kat przedsionka, gdzie w 'scianie umieszczona byla skrzynka aparatu telefonicznego. Konstruktor wlaczyl wtyczke do helmu i nacisnal szereg guzik'ow. Chwile stal nieruchomo, po czym zn'ow poczal manipulowa'c przyciskami.

Daisy i Dean wpatrywali sie w niego z rosnacym niepokojem. Wreszcie konstruktor wyciagnal wtyczke i zwr'ocil sie twarza do towarzyszy.

Chociaz Bernard nie odezwal sie ani jednym slowem — zrozumieli natychmiast.

— Jeste'smy odcieci? — wyszeptal blednac Roche. Kruk tylko nerwowo obracal w reku stalowy zaczep.

— Czy… Czy… To juz… koniec?… — w glosie Daisy pojawil sie paniczny lek. Bernard spojrzal na dziewczyne, poruszyl nerwowo glowa i silac sie na spok'oj odrzekl:

— Jeszcze nie wszystko stracone. Sytuacja jest powazna, ale…

— Co ty opowiadasz! — wybuchnal Dean. — W jaki spos'ob my'slisz?… — urwal nagle u'swiadomiwszy sobie, iz moze Kruk nie chce przeraza'c Daisy beznadziejno'scia sytuacji.

— Jeszcze nie wszystko stracone! — powt'orzyl z naciskiem Bernard. — Istnieje kilka punkt'ow na powierzchni Celestii, gdzie warstwa zewnetrzna sklada sie tylko z samego almeralitowego pancerza, kt'orego grubo's'c nie przekracza 25 cm. Jedno z takich miejsc znajduje sie w 'scianie korytarzyka biegnacego w dzielnicy niewolnik'ow, obok tych slums'ow na 2 poziomie. Tam sie duzo czarnych kreci i powinni uslysze'c pukanie. No, do widzenia!

— St'oj! Ide z toba! — zawolal Roche. — Stosujac samo-ubezpieczenie bedziesz szedl chyba z godzine, a przeciez tlenu…

— Wykluczone! Dam sobie rade bez ubezpieczenia. Tobie tlen juz sie ko'nczy i kazdy wysilek zmniejsza szanse doczekania pomocy. U mnie jeszcze nie bylo sygnalu, wiec mam przynajmniej 15 minut normalnej dostawy tlenu. W tym czasie bede juz na dole.

— A potem?

— Potem zobaczymy.

Posta'c Kruka znikla w owalnym otworze. Dean chcial podej's'c ku wyj'sciu, aby nie straci'c kontaktu z przyjacielem, zanim nie zejdzie on z kolistego pomostu, gdy uczul, ze Daisy chwyta go gwaltownie za reke.

— Boje sie! Boje sie sama tu zosta'c!

Spojrzal na nia i uczul, jak ogarnia go rozpacz i gniew na siebie. „To ja jestem winien temu wszystkiemu. Przeciez Bernard ostrzegal ja i z pewno'scia m'oglby ja przekona'c, aby zostala przynajmniej w przedsionku i poczekala na nas. Ze tez jaki's diabel podkusil mnie, abym bagatelizowal to ostrzezenie. Chcialem zablysna'c przed nia moja zreczno'scia i umiejetno'scia — pomy'slal z gorycza — i oto rezultat”.

Usiedli pod 'sciana opierajac sie o nia plecami.

— Och! — dobiegl jego uszu okrzyk dziewczyny. Zadrzal.

Ostrzegawczy niebieski blask rozlewal sie lagodna po'swiata z helmu Daisy. Jednocze'snie w jego helmie rozleglo sie ciche buczenie i niebieska lampka poczela z wolna przygasa'c. Oznaczalo to, iz rezerwa zostala wyczerpana i rozpoczyna sie kryzys. Na razie ubytek tlenu byl niedostrzegalny, ale zdawal sobie sprawe, iz 'smier'c zbliza sie szybkimi krokami.

Daleki byl jednak my'sla od wlasnego losu. Wpatrujac sie nieustannie w blada, zmieniona lekiem twarz Daisy czul, ze staje sie mu ona bliska, jak nigdy dotad. Nie chcial my'sle'c o tym, co mialo nastapi'c za kilkana'scie czy kilkadziesiat minut. Uparcie odsuwal te my'sl od siebie, lecz wracala ona nieustannie.

— Czy?… Czy Ber doszedl juz… tam? — wyszeptala ledwo doslyszalnie dziewczyna.

— Na pewno — odpowiedzial i nagle u'swiadomil sobie, ze sam nie wierzy w to, co m'owi. Przeciez chyba Bernard klamal, ze istnieje takie miejsce, gdzie mozna sie dopuka'c do wnetrza Celestii. Chcial tylko da'c im okruch nadziei.

„By nie bylo nam tak ciezko umiera'c — pomy'slal z gorycza. — Umiera'c… Och, nie! Ona nie moze umrze'c! Nie moze! On jednak chyba m'owil prawde. A je'sli… je'sli nie dotarl? Je'sli schodzac bez ubezpieczenia stracil r'ownowage i runal w przepa's'c? I leci teraz w przestrzeni w kierunku strefy dezintegracji?”

Uczul, ze krople potu wystapily mu na czolo i jednocze'snie ogarnela go fala zmeczenia. -”To brak tlenu. Zaczyna sie”.

Usilowal oddycha'c jak najoszczedniej, lecz juz wkr'otce zaczal odczuwa'c rosnace pragnienie glebszego zaczerpniecia powietrza. Odetchnal kilkakrotnie, ale nie przynioslo to oczekiwanej ulgi. W glowie poczal potegowa'c sie niezno'sny szum. Jakie's dalekie dudnienie dobieglo jego uszu. Przechylil sie na bok.

— Co to? Slyszysz, Daisy?

— Nic nie slycha'c — odpowiedziala dziewczyna nachylajac sie nad nim. — Co ci jest, Dean? W glosie jej nie d'zwieczal juz strach, lecz niepok'oj o Roche'a.

— Nic… Nic… to przejdzie.

Nie doko'nczyl, gdyz jasne platy zaczely mu lata'c przed oczyma. Pr'obowal siegna'c reka, aby pochwyci'c za kt'ora's z klamer, lecz naraz u'swiadomil sobie, ze nie warto, ze i tak wszystko jedno, co sie z nim dzieje. Ogarnela go apatia.

Daisy schwycila go w ramiona i podniosla do g'ory. Do uszu jego dobiegl jakby gdzie's z daleka jej szept:

— Co ty robisz? Co sie z toba dzieje? Juz niedlugo, Dean. Juz niedlugo. Oni nas tu nie zostawia. Pomoc juz pewno idzie.

Nagle wy buchnela spazmatycznym placzem.

— Co ty? Umierasz? Nie! Nie! To nieprawda! Dean! Dean!

Placz dziewczyny przywr'ocil mu na moment poczucie rzeczywisto'sci. Otworzyl szerzej oczy, lecz nad soba ujrzal tylko mgliste zarysy helmu Daisy. Oddychal gwaltownie. Dudnienie w skroniach przeszlo w miarowy stuk. Ostatnim wysilkiem pr'obowal podnie's'c glowe i nagle poczul, ze zapada sie gdzie's w d'ol.

Poprzez splatane ze soba obrazy przezytych chwil, obrazy wnetrza obserwatorium, to zn'ow usianego gwiazdami nieba, ujrzal z daleka u'smiechnieta twarz Daisy.

— Halo CM-2! Za godzine nalej samej fali — uslyszal jej glos.

Zdawalo mu sie, ze plynie w przestrzeni, ze jest lekki jak pi'orko. Oto w dali zamajaczyl wielki dysk Celestii.

— Lece w kierunku strefy dezintegracji — zadudnilo co's w m'ozgu.

Rozejrzal sie wok'ol. Opodal leciala Daisy z wykrzywiona przerazeniem twarza. Szarpnal sie gwaltownie, chcac przezwyciezy'c ogarniajacy go bezwlad, i krzyknal:

— Daisy! Musze ratowa'c Daisy!

Miedzy zyciem a 'smiercia

— To stara historia, m'oj chlopcze, starsza ode mnie. Juz niewielu pamieta ja z opowiada'n: moze stary Malley, moze siwa Barrow. Tak, moje dziecko. O tym m'owi'c nie wolno i niebezpiecznie. M'oj dziadek wtedy zginal i wielu, bardzo wielu. Byl sad. Straszny sad. Wszystkich Murzyn'ow wtedy wzieli. Zostawiono tylko male dzieci, mlodsze od ciebie. Kazdy musial opowiada'c, gdzie w tym czasie byl, co robil. Ale to nie wystarczylo sedziom. Kto nie mial za soba czlowieka, kt'ory by zeznal na jego korzy's'c, musial umrze'c. A ludziom przeszkadzano broni'c Murzyn'ow.

— To byli i dobrzy ludzie, babciu?

— Byli. I dzi's sa. Wielu „szarych” nam pomaga jak moze.

— No i co dalej? M'ow, babciu…

— Ano… P'o'zniej Wielki Bialy Wladca uroczy'scie oglosil, ze poniewaz Murzyni my'sleli o dor'ownaniu ludziom, po wieczne czasy odejmuje sie im wszelkie prawa. I zar'owno oni, jak i ludzie przestrzega'c musza naczelnego przykazania, kt'orego kazano nam sie uczy'c na pamie'c: „Pan Kosmosu stworzyl ludzi na obraz i podobie'nstwo swoje, aby wladzy pa'nstwowej, z jego laski ustanowionej, posluszni byli i szcze'sliwie zyli w Celestii. Aby im ulzy'c w pracy, darowal im Murzyn'ow w niewole po wsze czasy”. A przeciez my nie chcieli'smy ludziom dor'owna'c, bro'n Boze, ani nie m'owili'smy nigdy, ze mamy dusze nieumierajaca. To tak bezwstydnie nalgal John Summerson, pradziadek obecnego Wielkiego Bialego Wladcy. Sam sobie to ze lba wydlubal, zeby nas zgubi'c. Komu to by w glowie postalo, i jeszcze wtedy? Chcieli'smy, zeby byl mniejszy gl'od i aby kobiet nie bito — to wszystko. A zreszta tam sie rozeszlo o bardzo malo. O jaka's kruszyne chleba i prawa. Ale ludzie sa skapi dla Murzyn'ow. Zawzieli sie, ze nie. I tyle 'smierci nam zadali…

— I zabijali, babciu?

— Tak. Okrutnie, a bardzo zwyczajnie. Buntownik'ow — bo tak ludzie m'owili wtedy o nas — wrzucali po prostu do tej wielkiej kadzi na 78 poziomie, do kt'orej w og'ole wrzuca sie trupy. Kad'z jest pelna jakiej's palacej cieczy. Tam cialo sie rozpuszcza, podobno nawet i ko'sci takze.

— Jak to, babciu? Zywych tam wrzucali?

— Tak! — Murzynka skinela glowa. — Ale po co ja ci to opowiadam? Nie bedziesz m'ogl spa'c.

— M'ow jeszcze, babciu. I duzo naszych tak zabili?

— Pewnie, ze duzo. Az stalo sie co's, ze wiecej tam juz nikogo nie wrzucali. Potem zabijali elektrytem w tyl plowy, tak jak dzi's zabijaja wariat'ow, i dopiero zabitych wrzucali do tej samej kadzi, przeznaczonej i przedtem, i do dzisiejszego dnia do wrzucania trup'ow murzy'nskich i zwierzecych. Bo ludzi umarlych wrzucaja do innej kadzi, takiej samej, ale w innym miejscu. Im religia kaze, zeby nawet po 'smierci byli osobno. Tak! Ciezko zy'c Murzynowi na 'swiecie…

— A co to sie stalo, babciu, ze po tym juz tam zywych nie wrzucali?

— Nienawidzili'smy wtedy okropnie ludzi. Mozna sobie przeciez wyobrazi'c. Ale znalazl sie tylko jeden taki, kt'ory postanowil im zaplaci'c za 'smier'c — 'smiercia. Silny, barczysty, chwycil wp'ol policjanta, pewnie wla'snie tego, kt'ory mial go wrzuci'c, i pociagnal za soba. Murzyn nazywal sie Miney. Za mego dzieci'nstwa kazdy o tym wiedzial, cho'c rodzine jego wymordowano, aby pamie'c latwiej umarla. A trzeci oddzial zaklad'ow przetw'orczych Morgana nazywali'smy Oddzialem 'Smierci. O tym tez m'owi'c nie wolno. Dlatego Murzyni milcza i zapomna zupelnie, bo jakzeby inaczej… Pewnie i dlatego niemile jest naszym katom wspomnienie Mineya, ze nosil ludzkie imie, jak wielu Murzyn'ow w'owczas. O tym takze nie wolno wiedzie'c. Nazywal sie James. Matka m'owila mi.

— On musial by'c bardzo odwazny, ten James. Prawda, babciu?

— Tak, moje dziecko, bardzo. Ale ty juz id'z spa'c. P'o'zna noc, ja przed sz'osta musze by'c w chlewni. Ty tez sie nie wy'spisz.

— Babciu, opowiedz co's jeszcze — prosil wnuczek. — Tak duszno tam, gdzie 'spimy. Tu, na korytarzu, troche wiecej powietrza.

— Ale musisz spa'c. Duszno, to prawda. Taki nasz los. I bylo, i bedzie jednakowo. Ale tu niedobrze dlugo siedzie'c. Sa miejsca niezdrowe w Celestii i takim jest wla'snie ten korytarz. Nie umiem ci powiedzie'c, dlaczego. To pochodzi spoza 'swiata. Jakie's promienie, zdaje sie. Podobno ochrony brakuje. Tak m'owia ludzie. Oni duzo wiedza.

— Babciu, opowiedz jeszcze o tym Jamesie — molestowalo dziecko.

Staruszka odwr'ocila glowe, jak gdyby nie slyszala sl'ow malca. Uwage jej przykul nieoczekiwany d'zwiek.

— Babciu, powiedz…

— Cicho! — przerwala niecierpliwie. — Nie slyszale's niczego? Tam — wskazala reka ku g'orze.

— Nie.

Odglos powt'orzyl sie.

— O, teraz. Ty lepiej slyszysz. Ja stara. Oczy chlopca wypelnilo przerazenie.

— Slyszale's? — zawolala z przestrachem, chwytajac go za reke.

— Co's puka… w 'sciane — wyjakal malec. — Co to, babciu?

Zn'ow rozleglo sie dudnienie. Bylo ono teraz wyra'zniejsze, jakby blizsze. Dreszcz przerazenia wstrzasnal cialem staruszki.

— Uciekaj! — zawolala nieprzytomnie. — Uciekaj! Predzej! To diabelska sprawa. Chciala zerwa'c sie z miejsca, ale strach paralizowal jej ruchy.

— Ratunku! — zakrzyczala nieprzytomnie, prawie mdlejac.

Odpowiedzialy jej jakie's zasapane glosy. Dwoje drzwi otwarlo sie z halasem. Nadbieglo kilku Murzyn'ow pytajac, co sie stalo.

Przekonawszy sie, ze stara nie bredzi, okrzykami zwolali najblizszych, tamci jeszcze innych. Zebral sie tlum, stloczony w zwarta gromade.

Sto par oczu kierowalo sie tam, gdzie przebiegal do's'c szeroki pas 'sciany bocznej, pozbawiony ochrony przed szturmem niewidzialnej armii promieni kosmicznych. Przestrach, zdziwienie i ciekawo's'c mocowaly sie ze soba.

Poczatkowa cisza, przerywana co pare chwil rytmicznymi sygnalami z zewnatrz, zaczela wypelnia'c sie wzbierajaca fala glos'ow.

Nie chciano wierzy'c, aby tam sie dostal czlowiek, tak daleko od wylot'ow. I w jakim celu? A jednak…

— Profesor Bradley? Tu Summerson. Zglosisz sie do mnie natychmiast. Ze 'spisz? No, to wstaniesz. Nie. Nie wypadek. Ale musisz tu by'c natychmiast. Czekam w gabinecie.

Prezydent odlozyl sluchawke.

— To nie wypadek — u'smiechnal sie do siebie. Oparl plecy wygodnie o porecz i czekal. Nagle wzdrygnal sie. Tak jakby przez gabinet przebiegl jaki's nieprzyjemny, zlowrogi powiew.

— Powiew 'smierci… — wyszeptal w zamy'sleniu i usilujac ukry'c przed samym soba niedawna chwile slabo'sci, mruknal: — Wla'snie tak by'c powinno…

Po kilku minutach mierzyl wzrokiem wysokiego, siwego mezczyzne w okularach, kt'ory sklonil sie z godno'scia.

— Usiad'z. Mam do ciebie pilna sprawe. Bardzo pilna i poufna.

George Bradley poczul dreszcz. Przypomnial sobie epizod ze swej mlodo'sci, epizod, kt'ory otworzyl przed nim droge do kariery pierwszego lekarza Celestii. Poprzedzila go rozmowa z Summersonem. Rozmowa zaczynajaca sie wla'snie takim wstepem.

— W niedlugim czasie w separatce twego szpitala znajdzie sie chory — rozpoczal prezydent — kt'orego przywioza z… wypadku. Ten czlowiek nie ma wielkich szans na wyzdrowienie…

Prezydent urwal.

— Powierzasz mi wyleczenie go? — zapytal profesor po dluzszym milczeniu.

— Wla'sciwie… Tak. Zaopiekujesz sie nim.

Znowu zapanowalo milczenie, kt'orego Bradley uparl sie nie przerywa'c.

— Ale ten czlowiek umrze — zapadlo w cisze.

— Niech sie dowiem, co to za choroba?

— Bardzo ciekawa. Pacjent moze ci posluzy'c jako obiekt do naukowych obserwacji. Chodzi o wycie'nczenie wywolane dlugotrwalym przebywaniem na plaszczu Celestii, a 'sci'slej wspinaniem sie po klamrach na jego powierzchni przy jednoczesnym przeciwstawianiu sie sile rotacyjnej, kt'ora dazy do wyrzucenia 'smialka w pustke. I to wszystko przy malejacym szybko doplywie tlenu.

Profesor nie wytrzymal.

— Je'sli tylko jeszcze zyje, pod moja opieka ten czlowiek na pewno wyzdrowieje. Summerson rad nie rad musial odsloni'c karty.

— Ten czlowiek powinien umrze'c. Wymaga tego dobro ludzko'sci. Cisza.

— A wiec?

Bradley wiedzial, ze musi co's odpowiedzie'c.

— Nie mam watpliwo'sci co do twego zamierzenia. Tak samo jak nie czuje w sobie sily do wykonania go.

— Przeciez to takie proste — zachecal prezydent.

— Moze proste. Jak kazdy fach, o ile zna sie go dobrze. C'oz, ja umiem tylko leczy'c.

— I lubisz zaw'od lekarza?

— Jak zapewne malo kto, moge powiedzie'c bez zastrzeze'n, ze odnalazlem swoja droge.

— Dzieki mojej pomocy, wydatnej pomocy — podkre'slil prezydent. — Sadzac z rozmowy, mam powody watpi'c, czy pamietasz o niej. A przeciez gdyby nie ten szcze'sliwy traf, ze byle's mi potrzebny, bylby's moze dotad felczerem podajacym usluznie lancet Tortonowi. Okazale's sie bardzo zdolny, to prawda. Ale ilu zdolnych marnieje, powiedzmy sobie szczerze. Zeby by'c glo'snym chirurgiem, nie wystarczy mie'c zlote rece. Aby zdoby'c pozycje, potrzeba poparcia sfer wplywowych, a tego nie posiadale's. I gdyby nie to, ze ja sam zajalem sie twoja kariera, nie bylby's dzi's profesorem Bradleyem, o kt'orym wie kazde dziecko w Celestii. Wtedy byle's madrzejszy. Gdy dzieki mnie otrzymale's stanowisko zastepcy Tortona i gdy przyszedlem do ciebie upomnie'c sie o zaplate, rozumiale's dobrze, iz jedynie bezwzgledne poslusze'nstwo sprawi, ze zapomne o twym pochodzeniu i otworze ci droge do przyszlo'sci czlowieka. Do tej pieknej przyszlo'sci, kt'orej owoce teraz zbierasz. Ale wr'o'cmy do sprawy. Teraz moja laska jest ci szczeg'olnie potrzebna.

Summerson zlustrowal badawczo krecace sie, welniste, siwe wlosy profesora w taki spos'ob, aby to nie uszlo uwagi obserwowanego, i ciagnal dalej:

— Stary jeste's. Przykre to, ale nie da sie ukry'c. Pozyjesz jeszcze rok, dwa, niech bedzie dziesie'c — zycze ci jak najdluzej. Ale kiedy's umrzesz. Byloby 'zle, gdyby's umarl caly i zupelnie na zawsze, tak jak zdychaja zwierzeta i Murzyni — silnie zaakcentowal ostatnie slowo.

Bradley zdziwil sie i zapytal w najlepszej wierze:

— Dlaczego tym, wla'snie tym mi grozisz?

— Zastan'ow sie uwaznie — odparl Summerson tonem zimnej przestrogi.

— Jak to? Czyz wiec dusza czlowieka moze umrze'c? Racz mi laskawie odpowiedzie'c, Zastepco Pana Kosmosu.

Prezydent utopil wzrok w ofierze i wyrzekl wolno, cedzac kazde slowo:

— Dusza czlowieka — nie!

— A jakaz inna moze istnie'c?

— Zadna. Dusza nalezy do czlowieka albo jej nie ma w og'ole.

— A wiec…Czyzbym nie byl czlowiekiem?

— Bad'zmy szczerzy — odparl prezydent z kamiennym spokojem. — Twoje pochodzenie… Pojale's? — zapytal szyderczo.

— M'ow dalej — rzekl profesor cicho, ukrywajac twarz w dloniach.

— A wiec wstydzisz sie. To pierwsza kropla odkupienia.

— Wstydze sie… otrucia Rosenthala. Za to powinienem ponie's'c najsurowsza kare. I ani ty, ani sam B'og, kt'orego w Celestii zastepujesz, nie potrafi mi wytlumaczy'c, ze jest inaczej.

— Blu'znisz, wnuku Murzyna! Cisza.

Strzal byl celny. Prezydent rozsiadl sie wygodnie w fotelu i obserwowal Bradleya spod zmruzonych powiek. Czekal.

— Moze istotnie blu'znilem — odrzekl zlamanym glosem lekarz. — B'og widzi, niech osadzi. Ale czy ten m'oj grzech powinien powodowa'c wypominanie mi mojego dziadka, uczciwego, bardzo przyzwoitego Murzyna, kt'orego skazano na 'smier'c tylko za to, ze go pokochala kobieta?

— Gadasz przewrotne glupstwa — ofuknal go Summerson. — Murzyn nigdy nie bedzie uczciwy. O ile nie jest zbrodniarzem, jak ten zwyrodnialec, tw'oj dziadek, kt'ory 'smial pozada'c zony spo'sr'od gatunku, kt'ory B'og wyr'oznil, oblicze moralne czarnego moze by'c co najwyzej nijakie. To wynika z prostego faktu jego pochodzenia.

Bradley milczal. Spokojnie czekal dalszego ciagu.

— Nie my'sl, ze to jest blahostka — podjal prezydent. — Twoja babka takze dopu'scila sie wielkiego przestepstwa spotwarzajac ludzka godno's'c. I ona zaslugiwala na kare 'smierci, i jej dziecko, to znaczy, twoja matka.

Sprawa ta byla niegdy's glo'sna w „wysokich sferach” Celestii. Loch uzyskal do's'c latwo od 'owczesnego prezydenta Mellona, swego bliskiego kuzyna, „laske” dla c'orki i wnuczki. Po prostu zaplacil znaczna sume rzadzacej w'owczas grupie Agro. Osiemna'scie lat potem ojciec doktora Bradleya, wysoki urzednik rzadowy, ozenil sie z Mulatka.

Skandal odzyl, sfery towarzyskie rozpoczely bojkot. Zawazylo to powaznie na pozycji Bradleya. To podkopalo jego zdrowie. Umarl pozostawiajac malego synka George'a i zone na lasce jej wplywowych krewnych.

— Wracajac do sprawy twej duszy — ciagnal dalej Summerson — mozesz ja mie'c lub nie, jak zechce B'og. Wiesz dobrze, ze tylko ja jeden moge wymodli'c dla ciebie laske wiecznego, szcze'sliwego trwania. Zastan'ow sie dobrze.

— Ufam, ze prawo boskie nie dybie na szcze'scie czlowieka za co's, czego on sam nie popelnil.

— Zuchwaly jeste's ponad miare, cho'c dobrze znasz powody, kt'ore powinny cie skloni'c do skrajnej pokory. Dowiedz sie wiec, skoro chcesz, ze ja reprezentuje opr'ocz boskiego prawa takze i ludzkie — Summerson odmierzal slowa jak kroki. — Dziadek Nika Mellona, kt'ory raczyl darowa'c twojej matce zycie i konsekwencje nieczystego jej pochodzenia, od czterdziestu pieciu lat cyrkuluje w Celestii juz tylko w postaci pierwiastk'ow.

— Moja matka tez nie zyje i tylko B'og ma ja w swej wladzy. B'og, jego prawa i jego sprawiedliwo's'c. Wystarczajaco duzo upokorze'n zniosla w tym zyciu, aby szcze'sliwie odpoczywala na Juvencie. O, ja w to wierze bardzo mocno — wyrzucil Bradley roztrzesionym glosem.

— Ale jeste's ty i twoi dwaj synowie. I dzielnica murzy'nska tez jest — doko'nczyl prezydent, marszczac gro'znie brwi.

Profesor wzdrygnal sie. Po raz pierwszy w zyciu przyszlo mu do glowy, ze nie jest szcze'sciem ani zaszczytem zwraca'c sie w poufalej formie do wladcy Celestii.

— Ekscelencjo! — rzekl oschle. — Zrobili'scie mnie dyrektorem szpitala rzadowego, mozecie mi te posade odebra'c. Zajmie ja ten, kto zgodzi sie by'c nie lekarzem, tak jak ja zgodzilem sie przed dwudziestu pieciu laty. Wtedy bylem mlody, pelen ambicji, urzekla mnie kariera. Chcialem zatrze'c niezawinione pietno… Chcialem by'c czlowiekiem… Staremu wiele nie potrzeba. O swoja dusze tez jestem spokojny. Ekscelencjo, prosze znale'z'c golowasa takiego jak ja wtedy i ofiarowa'c mu moje miejsce. Dobrze?

Prezydent milczal chwile. Wzbierala w nim w'scieklo's'c.

— Nie! — zawolal z gniewem. — Zrobilem glupstwo sprowadzajac tu ciebie. My'slalem, ze nie zdziecinniale's mimo swoich pie'cdziesieciu lat. Ale stalo sie. Rzecz zrozumiala, wiadomo's'c o moim rozkazie nie moze stad wyj's'c. Ten, kto go spelni, bedzie nagrodzony i za wierno's'c prawu, i za dozgonne milczenie. Jestem bardzo hojny. Bardzo! Ale nie moge oplaci'c w jednej sprawie dw'och: tego, kt'ory zadowolil wymagania sprawiedliwo'sci, no i tch'orza za to tylko, zeby jezykiem nie mlasnal zbyt pochopnie. Czy rozumiesz mnie wla'sciwie?

— Rozumiem. Dobrze mi tak! Zgine — to bedzie sluszna kara za tamto. Sumienie gnebilo mnie dostatecznie dlugo. A m'oj nastepca zbierze zaplate za obecnego nieszcze'sliwego i za mnie. Ekscelencja przypomni mu to po latach jako podw'ojnie szcze'sliwy traf — szyderstwo przebijalo w glosie czlowieka, kt'ory poczul, iz nie ma nic do stracenia.

Prezydent uznal, ze posunal sie za daleko. Rozja'snil twarz przyjacielskim u'smiechem.

— M'owisz jakie's niedorzeczno'sci, kochany profesorze. Kt'oz cie u'smierca? A o tym sumieniu… Ach! — machnal reka. — Kiedy naukowcy zaczna wreszcie logicznie my'sle'c? Niech cie o co's zapytam: ilu ludziom uratowale's zycie?

— Nie wiem.

— Ale byli tacy. Tak czy nie?

— Byli.

— A wiec zrozum, ze juz pierwszy z tych ludzi, kt'orych uratowale's, skwitowal 'smier'c Rosenthala. Je'sli dodamy, ze tamten byl przeciez zbrodniarzem, a ty przywracale's zdrowie porzadnym ludziom — rachunek podniesie sie o dalsze 100 procent.

— To nie zmienia postaci rzeczy. Popelnilem kiedy's zbrodnie. Jezeli nawet odkupilem ja wysilkiem dlugiego zycia, na odkupienie powt'ornej nie starczyloby mi lat, sil, zapalu.

— Za bardzo sie tym przejmujesz. Nie bierzesz pod uwage dw'och zasadniczych fakt'ow, kt'ore decyduja o ocenie przez Pana Kosmosu tamtego twojego czynu. Po pierwsze: wykonywale's tylko moje polecenie, a tym samym przedstawiciela Boga w Celestii. Po drugie: zamieniajac ampulki byle's tylko po'srednikiem w wykonaniu boskiego wyroku.

— Czuje sie odpowiedzialny za 'smier'c Rosenthala. I nigdy wiecej nie m'oglbym zada'c komu's 'swiadomie 'smierci. Niezaleznie od tego, czy kto's to nazwie wyrokiem bozym, czy racja stanu.

Twarz prezydenta spasowiala.

— Cierpialem twoje bezece'nstwa! — krzyknal z pasja. — Sluchalem steku bzdur, cho'c nie musialem slucha'c. Teraz ja mam glos. Pewnie sie nie spodziewasz, ze jednak… poslucham twojej rady. Ot'oz golowas, kt'ory wykona wyrok i spotka go za to podw'ojna nagroda, juz jest. Nazywa sie Arnold Bradley.

— M'oj syn!

— Tak — szydzil prezydent. — Tw'oj syn. Dzisiaj nic nie znaczacy asystent takiego Rotha, a jutro — ho, ho! Dyrektor szpitala, milioner, czlowiek szanowany.

— Szanowany — za ojcob'ojstwo! — wrzasnal Bradley. Zupelnie nie panowal nad glosem. Cetkowany dog zerwal sie z podlogi.

— Ciszej, profesorku — syknal Summerson. — Cho'cby's zdarl pluca, nikt pr'ocz mnie nie uslyszy, Gree, leze'c — zwr'ocil sie do psa.

— M'oj syn tego nie zrobi! — zawolal Bradley. — Raczej umrze.

— Zrobi i bedzie zyl szcze'sliwie. Nie martw sie o to, ty stary… Moze zrobi bezwiednie, ale na pewno zrobi. I bedzie mial zaplacone. Przeciez ja musze pom'sci'c obelge wyrzadzona mi dzisiaj. Jeste's pierwszym, kt'ory 'snil, ze oprze sie mojemu prawu. Prawu boskiemu — poprawil sie. — Ale i ostatnim. Wiedz, ze ostatnim. Tw'oj syn nie bedzie taki glupi.

— A gdybym ja to zrobil zamiast Arnolda? — zapytal Bradley zupelnie zdruzgotany. Dzwonek telefonu uprzedzil odpowied'z prezydenta.

Summerson podni'osl sluchawke.

— Kruk?! A niech to diabli wezma! Prezydent zwr'ocil sie teraz do Bradleya.

— Sytuacja zmienila sie, profesorze. Nie przywieziono jednego, ale troje.

— Ekscelencja wybaczy — czy to robota dla mnie? Albo dla mego syna? Przeciez jest urzedowy kat. Wykonuje wyroki, bierze pensje. Po co tu miesza'c lekarzy? Zreszta — to sprawa ekscelencji.

— Slusznie. I nadal zbyteczne jest ingerowa'c w nie swoje kompetencje. Jest troje ludzi chorych, oslabionych do ostateczno'sci, kt'orzy wymagaja opieki. Kruk w szczeg'olno'sci. Ma bardzo wazne zadania. Dlatego musi jak najpredzej wr'oci'c do pelni sil.

— Tamci r'owniez? — zapytal Bradley nieco uspokojony.

— Niech sie wy'spia. Wypoczna tym sposobem. Ich powr'ot do pracy moze nastapi'c p'o'zniej.

— Czy maja spa'c dla zdrowia, czy w my'sl dyspozycji?

— Maja zasna'c na 48 godzin.

— To wszystko? Czy moge p'oj's'c do nich?

— Jeszcze uwaga. Tych dw'och mezczyzn i jedna kobieta sa chwilowo pod straza. To do twojej wiadomo'sci, azeby's nie dziwil sie zbytnio niczemu. Policjanci maja polecenie przepu'sci'c cie, profesorze.

Gdy Bradley wyszedl, prezydent wydal dyspozycje strazy szpitalnej, po czym, wsparlszy glowe na rekach, z przymknietymi oczyma trwal w zamy'sleniu.

Odglos krok'ow wyrwal go z zadumy. Przed nim stala Stella.

— Jeszcze nie 'spisz? — spojrzal na nia zdziwiony.

— Nie moge.

Podniosla na niego oczy i wpatrywala sie z niepokojeni w zmeczona twarz, na kt'orej ostatnie dni wyzarly nowe bruzdy.

Stella slyszala ko'ncowy fragment rozmowy prezydenta z Bradleyem. Nie mogac zasna'c poszla do biblioteki po jaka's obrazkowa powie's'c. Dochodzace z przyleglego gabinetu podniesione glosy zwr'ocily jej uwage. Przylozywszy ucho do cienkiej, ruchomej 'sciany slyszala dzwonek i rozmowe ojca z kim's przez telefon. Potem dziwne slowa Bradleya o urzedowym kacie i niejasny zwiazek, jaki one mialy z nazwiskiem Kruka, napelnily ja lekiem. Cho'c ostatnie dyrektywy ojca dla lekarza zdawaly sie przeczy'c obawom, jednak instynktownie odczuwala niepok'oj.

Teraz spodziewala sie, iz moze dowie sie czego's wiecej. Wzburzenie malujace sie na twarzy ojca wzmoglo jeszcze bardziej jej lek o Bernarda.

Zajety sprawa miotacza Summerson w og'ole nie rozmawial z c'orka na temat jej malze'nstwa z Krukiem. Dowiedziala sie o tym z audycji telewizyjnej. Od dw'och dni prawie nie opuszczala domu, spelniajac polecenie ojca. Wyjatek stanowila kapiel w basenie i spotkanie z Bernardem w zakladach Sialu.

Odglosy rozgrywajacych sie zaj's'c dochodzily ja z rzadka i do's'c mgli'scie. Przewaznie bylo jej to wszystko obojetne. Oddawala sie calkowicie marzeniu o nadchodzacym szcze'sciu. Tylko chwilami jaka's my'sl zablakana, jakby „z tamtej strony”, kazala jej uprzytomni'c sobie, ze chyba istnieje co's wiecej niz milo's'c i 'swiat leniwej beztroski, kt'ory ja otacza.

Teraz jednak czula, ze musi wiedzie'c wszystko o tym, co sie wokolo niej dzieje, ze nie moze juz dluzej by'c tylko obojetnym widzem dziwnych, niepokojacych wypadk'ow, jakie w szalonym tempie przebiegaja obok niej. Ale trudno jej bylo samej zdoby'c sie na to pytanie.

Prezydent usiadl naprzeciw niej. Ujal dlo'n c'orki, jakby oczekiwal od niej zrozumienia. Potem powiedzial powoli, wazac kazde slowo:

— Niewykluczone, ze po'slubisz Kruka. Oczywi'scie bedzie to raczej akt czysto formalny, nie wiazacy. Jednak musisz z tym sie liczy'c.

Zamilkl. Jego wzrok nie schodzil z twarzy c'orki.

— Stello! — powiedzial cicho. — Mam powazne klopoty. W og'ole nie wiem, co bedzie. Gdy my'sle o tym — wprost sie dusze. A gdybym przestal czuwa'c, mogloby sie sta'c najgorsze.

— Co, ojcze?

— Koniec 'swiata. Ni mniej, ni wiecej. Przestrach rozlal sie po twarzy Stelli.

— Ja juz nic nie rozumiem…

— I nie potrzebujesz rozumie'c. Moze zbytecznie m'owilem ci o moich przykro'sciach. To sprawy obchodzace mez'ow stanu. A w szczeg'olno'sci prezydenta, bo przeciez B'og powierzyl mu piecze nad wszystkimi lud'zmi.

Pojedynek

Bernard otworzyl oczy. Ujrzal nad soba gladka, monotonna tafle sufitu. Lagodne, zielonkawe 'swiatlo zdawalo sie zalewa'c wnetrze niewielkiego pokoiku.

— Gdzie ja jestem?

Podni'osl glowe rozgladajac sie po pokoju. Poza wygodnym metalowym l'ozkiem, krzeslem i malym stoliczkiem nocnym, na kt'orym obok wazonika z bukietem 'swiezych kwiat'ow stala szklanka z jakim's przezroczystym plynem — w pokoju nie bylo zadnych innych sprzet'ow.

„Szpital?” — przebieglo Bernardowi przez glowe i jednocze'snie stwierdzil, ze cho'c nic go nie boli, czuje sie jak polamany.

Opadl z powrotem na poduszke i przymknal oczy.

Teraz z cala wyrazisto'scia odzyl w jego pamieci obraz roziskrzonego gwiazdami czarnego nieba i olbrzymiej, nie do ogarniecia wzrokiem almeralitowej 'sciany Celestii. W jednej chwili wr'ocila 'swiadomo's'c niedawnych, jakze upiornych wydarze'n: stwierdzenie, iz zostali odcieci od 'swiata, zej'scie na d'ol i poszukiwanie, juz w czasie wyczerpywania sie rezerwy tlenu, owego nie zaizolowanego miejsca nad dzielnica murzy'nska. Wreszcie ostatnie momenty, jakie pamietal.

Widzial jak przez mgle swoja dlo'n w rekawicy, trzymajaca stalowy zaczep. Oto 'swiatlo reflektora blyska po wypuklo'sciach metalu, uderzajacego rytmicznie w twarda powierzchnie pancerza. Oto liczy w my'slach: raz, dwa, trzy… raz, dwa, trzy… raz, dwa, trzy… Zda sie — cale swe jestestwo wszczepil w te jedna czynno's'c. Nie wie nawet, dlaczego to robi. Coraz mu trudniej zdoby'c sie na wysilek nie tylko mie'sni, lecz i m'ozgu. Straszna, nadludzka praca, trwajaca zda sie w niesko'nczono's'c. Nie ustajaca, mimo iz w glowie poteguje sie niezno'sny szum, ze coraz slabsze sa uderzenia, a cialo juz bezwladnie wisi uczepione u klamry…

Co bylo potem?

Ale dalszy ciag wydarze'n tonal w mroku niepamieci.

„Widocznie stracilem przytomno's'c. A tamci?” — zatrwozyl sie.

Uderzony naglym niepokojem, przezwyciezajac oslabienie, wsparl sie na rekach i usiadl na l'ozku.

Obok poduszki zwieszal sie na sznurze przycisk dzwonka.

Konstruktor nacisnal kilkakrotnie guzik. Zamarl w oczekiwaniu. Sekundy uplywaly.

Nagle drzwi rozsunely sie bezszelestnie i w progu stanal siwy mezczyzna w lekarskim kitlu. Jego grube wargi rozszerzone w u'smiechu odslanialy dobrze jeszcze zachowane, biale zeby.

— Cooo? Halo! Panie Kruk! Jak sie pan czuje? Witam! Witam mistrza mego syna! Jak widze, sily szybko wracaja — zawolal wesolo, podchodzac do l'ozka. — Prosze sie jednak jeszcze nie podnosi'c. Zaraz przyjdzie pielegniarka i zrobi zastrzyk wzmacniajacy, to zobaczymy.

— Doktor Bradley! — ucieszyl sie Bernard. — To panu zawdzieczam zycie? — gwaltownie chwycil lekarza za reke i patrzac mu z niepokojem w oczy zapytal: — A co z nimi?

— Zyja! — u'smiechnal sie zn'ow lekarz. — Cho'c trzeba przyzna'c, ze z tym mlodym… jak on sie nazywa?…

— Roche…

— Tak. Roche. Z nim bylo ciezko, ale jako's sie udalo.

— Wiec jednak zdazyli? — odetchnal Bernard.

— Tak. Wracajac do pa'nskich sl'ow, musze jednak stwierdzi'c, ze nie tyle pomocy lekarskiej, co systemowi instalacji tlenowej w skafandrze oraz szybkiemu przybyciu pogotowia zawdzieczacie zycie. Jedynie stan Roche'a wymagal skomplikowanych zabieg'ow.

— On najwcze'sniej z nas zostal pozbawiony pelnego doplywu tlenu.

— Tak przypuszczalem — pokiwal glowa lekarz. — Kilkana'scie, a nawet kilka minut duzo tu znaczy. Ale nie decyduje, gdyz najwieksza role odgrywa indywidualna wytrzymalo's'c na niedostatek tlenu.

— Jak dlugo pozostawali'smy bez powietrza?

— Nie bez powietrza, lecz z ograniczona i stale malejaca jego dostawa. Gdyby aparatura w skafandrach byla tego rodzaju, ze w pewnym momencie dostawa tlenu zostalaby zupelnie przerwana, nie lezalby pan u mnie na l'ozku, nie m'owiac juz o Roche'u. Co do tego, czy dlugo byl pan nieprzytomny, przypuszczam, ze jakie's dwadzie'scia minut… Jednak chwilami doplyw tlenu sie zwiekszal, m'oglby pan jeszcze zy'c jaki's kwadrans. Skafandry poza butlami z tlenem zaopatrzone sa w urzadzenia regenerujace powietrze. Cho'c samo ich dzialanie nie jest wystarczajace, aby utrzyma'c czlowieka przy zyciu, jednak powaznie op'o'znia to spadek zawarto'sci tlenu.

Kruk chcial jeszcze o co's. zapyta'c, lecz w rozsunietych drzwiach ukazala sie pielegniarka ze strzykawka w reku.

— Ach, jeste's, Ellen. Po zastrzyku prosze przez 15 minut leze'c spokojnie i stara'c sie o niczym nie my'sle'c, a zobaczy pan, jak szybko wr'oca sily — zwr'ocilsie lekarz do Bernarda. -Najlepiej, gdyby pan zasnal.

Po wyj'sciu lekarza i pielegniarki Bernard przymknal oczy. Pr'obowal p'oj's'c za rada Bradleya, lecz sen nie nadchodzil. Za to uparcie wracalo wspomnienie niedawnych wypadk'ow.

A wiec zyja! Nie udalo sie ich zgladzi'c. Ale czy i komu moglo zaleze'c na tym, aby ich skazywa'c na 'smier'c? Summerson? Tylko Summerson… Wszak wszystko wskazuje na to, iz wiedzac o odkryciu Lunowa usilowal za wszelka cene utrzyma'c je w tajemnicy. Dlaczego? Dlaczego?

Bernard czul, ze my'sli placza mu sie w glowie.

Dlaczego Summerson chcial mnie zabi'c, jezeli zalezalo mu tak bardzo na szybkiej przebudowie miotaczy? A moze wcale nie wiedzial, ze jestem na zewnatrz? Przeciez z Lunowem rozmawial tylko Roche, i to telefonicznie. Zaraz, zaraz… Dean m'owil co's, ze Lunow pytal go, czy naprawia antene. O co mu chodzilo? Chyba tylko o antene do rozmowy z pojazdami rakietowymi. Wiec jednak chodzi tu o rakiete…

Czyzby wreszcie zrozumial?

Tak. Teraz, zdaje sie, rozumie cel przebudowy miotaczy! Prezydent nie chce dopu'sci'c, aby jaka's rakieta przedostala sie przez strefe dezintegracji. W tej rakiecie znajduje sie z pewno'scia jaki's, czlowiek, kt'orego 'smier'c lezy w interesie Summersona. Wie on, ze czlowiek ten opu'scil Celestie i ze wr'oci na nia za cztery dni. Dlatego tak sie 'spieszy z przebudowa. To Summerson wylaczyl radiostacje, aby nie mozna bylo skomunikowa'c sie z tym czlowiekiem, i wprowadzil w blad Lunowa, ze to rakieta z innego 'swiata. I ten stary mu wierzy? Albo moze tylko udaje, ze wierzy. A 'ow tajemniczy glos, kt'ory uslyszal Dean? Tak. Wszystko sie zgadza. To m'owil kto's z tej rakiety. Jednak ten dziwny znak: „CM-2”, co oznacza? Tu, zdaje sie, tkwi sedno zagadki. Kto moze by'c w tej rakiecie? I po co wylecial?

Kruk usilowal przypomnie'c sobie, czy w ostatnim czasie nie zwr'ocila jego uwagi nieobecno's'c kt'orego's z wielkich potentat'ow Celestii.

Musi to by'c bardzo gruba ryba, gdy Summerson dla jej zlowienia ryzykuje nawet przyszlo's'c c'orki. Kto to moze by'c? Glos kobiecy to nie zadna wskaz'owka, bo moze lecie'c z sekretarka, zona lub kochanka. Van Moore'a i Mellona widzialem przedwczoraj, wiec nie oni. Frondy, Morgan sa takze. Green byl jeszcze rano. Kuhn sie nie liczy. Handerson jest. Zaraz, zaraz. Locha nie zastalem wczoraj, gdy chcialem rozmawia'c z nim w sprawie przesunie'c w produkcji. Moze Loch? Nie. Chyba nie. To juz dzi's za mala ryba. Kto tu jeszcze zostal? Harriman i David? Tak. Davida juz chyba z tydzie'n nie bylo na plywalni, a przeciez stale chodzil ze swoja mloda zona. To by tlumaczylo glos kobiecy, poslyszany przez Deana. Tak, to chyba wla'snie o niego chodzilo. Jest wsp'olnikiem Morgana. A przeciez wiadomo, ze ostatnio Morgan wsp'oldzialal z grupa Agro przeciw Sialowi. To rzucaloby 'swiatlo na sprawe Greena. „Ale po c'oz by David opuszczal Celestie?” — rozmy'slal Bernard patrzac w sufit. — „A moze jednak to zaden ze «sprawiedliwc'ow», a tylko kto's mniej wazny, lecz knujacy co's przeciw Summersonowi na rozkaz Greena? Czego jednak Summerson tak bardzo sie obawia?… Summerson…”

Otworzyl oczy i zadrzal. Obok l'ozka, wsparty wygodnie na wygietej poreczy krzesla, siedzial… prezydent. Widocznie wszedl przed chwila.

Summerson zauwazyl zdziwienie Kruka. Na zimnej, zazwyczaj pozornie kamiennej twarzy prezydenta wykwitl z nagla dobroduszny, niemal ojcowski u'smiech.

— I c'oz, drogi chlopcze, jak sie czujesz? — odezwal sie pierwszy prezydent.

Bernard przypomnial sobie, ze nigdy w ten spos'ob Summerson do niego sie nie zwracal.

— No, chyba pod opieka starego Bradleya szybko wraca pan do sil.

— Owszem, dziekuje, czuje sie dobrze — baknal niepewnie Kruk. Zapanowalo milczenie. Rozmowa nie kleila sie.

Przez twarz go'scia przebiegla mgielka niezadowolenia.

— No, c'oz, drogi konstruktorze? — rozpoczal znowu. — Mial pan szcze'scie, ze tak predko uslyszano i odnaleziono was. Przeciez kt'oz m'ogl wiedzie'c, ze jeste'scie na zewnatrz? Gdyby nie sprawno's'c pogotowia, nie mialbym juz przyjemno'sci rozmawia'c z panem.

Zaczyna sie gra. Kruk zastanawial sie chwile, czy podja'c temat, czy tez czeka'c dalszego biegu rozmowy. Nagle przyszlo mu na my'sl powiedzenie starego trenera sportowego, pod kt'orego kierunkiem czesto 'cwiczyl: „'Smialy atak to polowa zwyciestwa. Druga polowa to zreczno's'c i taktyka”.

Skupil my'sli szukajac dogodnego punktu zaczepienia.

— No, c'oz, m'oj chlopcze — odezwal sie zn'ow Summerson. — O czym tak rozmy'slasz?

— Rozmy'slalem nad tym — rozpoczal z wolna Bernard patrzac prosto w oczy Summersona — komu zalezalo na naszej 'smierci.

Na twarzy prezydenta odbilo sie zdziwienie.

— Nie rozumiem. O czym pan m'owi, m'oj chlopcze?

— Czy nie wie pan, ze zostali'smy zamknieci na zewnatrz?

— Wiem o tym, ale nie widze przyczyny 'swiadomego dzialania. M'ogl to by'c przypadek.

— Dziwny przypadek, gdy otwarte drzwi same sie zamykaja, radiowe za's i telefoniczne polaczenia z Celestia zostaja przerwane.

— Tak. Przyznam, ze to bardzo podejrzanie wyglada. Zwlaszcza gdy jest sie wyczerpanym nerwowo.

— To nie przywidzenia, panie prezydencie. To sa fakty.

— Niech sie pan, konstruktorze, nie denerwuje. Ja r'owniez pomy'slalem o tym, ze mogla to by'c pr'oba morderstwa, i natychmiast wydalem dyspozycje Godstonowi. Sprawa jest juz w rekach policji i mam nadzieje, ze za kilka godzin otrzymamy pierwsze wyniki. Nie przesluchano jeszcze pana z uwagi na pa'nski stan, niemniej duzo 'swiatla rzucila ta mloda os'obka, kt'ora z wami razem byla na zewnatrz. Ona jeszcze najlepiej przetrwala wasza przygode i juz p'ol godziny temu zlozyla zeznania.

— Daisy? — ozywil sie Kruk. — Co ona powiedziala? Na twarzy prezydenta pojawil sie na moment u'smiech zadowolenia. Bernard zacisnal nerwowo dlonie. Zrozumial, ze dal sie sprowokowa'c.

„1:0 dla niego — pomy'slal. — Musisz sie wzia'c w gar's'c, Ber”.

— Nie wiem, co powiedziala ta mloda reporterka, gdyz nie ja, lecz moja policja prowadzi dochodzenia, ale z pewno'scia podala te same fakty, kt'ore podalby pan…

Prezydent powiedzial to tak, ze nie wiadomo bylo, czy ostatnie slowa rozumie'c nalezy jako twierdzenie, czy jako pytanie. Bernard usilowal ukry'c zmieszanie.

— Z pewno'scia — odpowiedzial, lecz wydalo mu sie, ze ton jego glosu nie byl zbyt wla'sciwy.

— Ja jednak uwazam, ze to byl tylko zbieg okoliczno'sci — ciagnal prezydent u'smiechajac sie przyja'znie do Bernarda. — Spr'obujmy przeanalizowa'c krytycznie fakty, kt'ore przytoczyle's, m'oj chlopcze, przed chwila. A wiec, we'zmy radio: o ile sie orientuje, jest ono nieczynne od przeszlo tygodnia. Miedzy innymi dlatego odm'owilem wam, gdy'scie chcieli polecie'c na zewnatrz pojazdem rakietowym.

— Wiec nie chodzi tu o zakl'ocenie obserwacji? Bernardowi wydalo sie, ze odzyskuje grunt do ataku.

— M'owie: miedzy innymi — sprostowal prezydent. — Gdyz gl'ownym powodem, jak powiedzialem w'owczas, bylo to, iz dzialanie silnik'ow w polu obserwacji radioteleskopu powoduje powazne zakl'ocenia. Tak wiec radio nie bylo wylaczone specjalnie z chwila, gdy znale'zli'scie sie na zewnatrz, lecz jest nieczynne od dawna. Podobnie, o ile mi wiadomo, telefony tez nie dzialaly w chwili, gdy opuszczali'scie 'swiat. A pan jak sadzi?

Bernard zrozumial, iz jest specjalnie prowokowany, aby wspomnial o rozmowie z Lunowem. Tym razem jednak mial sie na baczno'sci.

— Dlaczego mialyby by'c wylaczone na dluzszy czas?

— Ostatnio w centrali Kuhna przeprowadza sie remont niekt'orych urzadze'n, wiec od czasu do czasu wylacza sie z sieci pewne telefony. Chyba wie pan o tym?

— To trwa juz z g'ora p'ol roku, ale dlaczego mieliby akurat wtedy wylacza'c telefony z zewnatrz?

— Przypadek. Tylko przypadek. Zreszta, czy sprawdzal pan dzialanie telefonu zaraz po wyj'sciu na zewnatrz?

— Nie.

— No widzisz, m'oj chlopcze. Na jakiej wiec podstawie twierdzisz, ze telefony zostaly wylaczone w czasie waszego pobytu na zewnatrz?

Bernard milczal. Zastanawial sie nad tym, jak by zachowal sie Summerson, gdyby zdawal sobie sprawe, ze dane, na kt'orych Kruk opiera swe hipotezy, dotyczace kulis wydarze'n ostatnich dni, sa tak mgliste i niepewne. Nie. Nie moze w zadnym wypadku zdradza'c swej slabo'sci.

Summerson nie przestawal sie u'smiecha'c. Obserwowal w milczeniu zachowanie sie konstruktora i tylko chwilowy, lekki skurcz pionowej bruzdy nad czolem 'swiadczyl, iz spok'oj jego jest pozorny.

— To musial by'c tylko przypadek. Kto's, kto juz przedtem byl na zewnatrz, wracajac zapomnial zamkna'c drzwi — przerwal milczenie prezydent.

— Niemozliwe. Ja tez poczatkowo tak my'slalem, lecz przeciez przed wej'sciem do 'sluzy stwierdzili'smy, ze bylo w niej powietrze, a wiec niemozliwe, aby kto's wyszedl na zewnatrz.

— To nie jest argument. Moglo by'c ich pierwotnie dw'och i jeden wr'ocil przed wasza wyprawa.

— To bardzo skomplikowana hipoteza. Po c'oz by wychodzili na zewnatrz? I to o tak p'o'znej porze? To trudna wyprawa, wymagajaca dobrego orientowania sie w g'ornych pomieszczeniach, no i kluczy.

— Nie wiem, ale przypuszczam, ze policja wkr'otce to wyja'sni — odparl prezydent. — Ale… wracajac do pa'nskich sl'ow: „po c'oz mieliby wychodzi'c na zewnatrz i o tak p'o'znej porze”. A dlaczego wy troje wychodzili'scie na zewnatrz? I o tak p'o'znej porze? He? — u'smiechnal sie, lecz w oczach jego nie bylo juz dotychczasowej dobroduszno'sci, lecz tak znany Krukowi, zimny, twardy wyraz.

— To ma by'c przesluchanie? — zapytal Bernard patrzac prosto w oczy prezydentowi. Ten wytrzymal jego wzrok i ze spokojem odrzekl:

— Alez skad! Przeciez sam pan, m'oj chlopcze, sprowadzil rozmowe na dochodzenia dotyczace waszego wypadku. No, ale nie gniewaj sie, ze jeszcze raz, tak po przyjacielsku, zapytam cie: po co'scie le'zli na zewnatrz?

Lecz Bernard mial dosy'c 'slizgania sie jak waz wok'ol tego, o czym kazdy z nich my'slal, a czego nie chcial powiedzie'c.

— Chce pan wiedzie'c, czego szukali'smy? — powiedzial wolno. — Prawdy… Tylko prawdy. Spodziewal sie, ze Summerson zastosuje „unik” w rodzaju „nie rozumiem” i juz szykowal drugie uderzenie, gdy prezydent z tym samym u'smiechem na ustach niespodziewanie skrzyzowal ostrze:

— I… znalazl ja pan?

— Tak — skinal glowa konstruktor.

— Kiedy pan przystapi do ostatecznego montazu przebudowanych urzadze'n miotaczy? Kruk mniej by sie zdziwil, gdyby w tej chwili nastapil jaki's kosmiczny kataklizm. Pytanie prezydenta bylo tak niespodziewane i pozornie bez zwiazku z dotychczasowym tokiem rozmowy, a zarazem tak kluczowe, ze Bernard czul sie zupelnie wytracony z r'ownowagi. Przez dluzsza chwila uczucie wlasnej bezsilno'sci mieszalo sie z podziwem dla Summersona.

— Kiedy pan przystapi do montazu? — powt'orzyl pytanie Summerson. Bernard postanowil gra'c na zwloke.

— To nie ode mnie zalezy.

Przez twarz prezydenta przebiegl blysk zadowolenia.

— Doktor Bradley twierdzi, ze po ostatnim zastrzyku w ciagu kilku godzin wr'oci pan do pelni sil. Prze'spi sie pan teraz jeszcze ze dwie godziny. W tym czasie pa'nski asystent przygotuje wszystko tak, aby gdzie's kolo 'osmej rano mozna bylo rozpocza'c prace na zewnatrz. Ja osobi'scie nie mam zadnych zastrzeze'n co do kontynuowania przez pana budowy. Chodzi mi tylko o pewna drobna sprawe.

— Kwestia dyskrecji? — zapytal Kruk czujac, iz rozmowa wkracza najniespodziewaniej na dogodny dla niego grunt.

— Tak. Chodzi mi, jak z pewno'scia, konstruktorze Kruk, a nie watpie, ze r'owniez m'oj przyszly zieciu, rozumiesz dobrze — ciagnal wolno prezydent — chodzi mi o 'scisle zachowanie tajemnicy.

Wzmianka o ewentualnym malze'nstwie ze Stella nie zdziwila Kruka. Ostatnie dwa dni wykazaly, iz prezydent traktuje to jako przynete, gdy chodzi mu o zwiazanie go 'sci'slej ze swymi machinacjami. Zdawal sobie sprawe, iz wszystkie obietnice Summersona to tylko bluff, a marzenie jego pozostaje tak samo nieosiagalne dzi's, jak przed rokiem. Tajemnica musiala jednak by'c tak wielkiej wagi, ze stary gracz uwazal za sluszne dorzucenie i tego argumentu.

„Zobaczymy, jak zareaguje na m'oj atak” — pomy'slal Bernard obserwujac z uwaga zmiany w wyrazie twarzy Summersona, jakie wystepowaly w miare jego sl'ow:

— Przyjmuje z rado'scia pa'nskie zapewnienie, panie prezydencie, i przyrzekam calkowita dyskrecje. Jednak w dalszym ciagu twierdze, ze termin przystapienia do pracy nie zalezy ode mnie. Zalezy on od pana, panie prezydencie. Wiem, pan chce powiedzie'c, ze nie stawia zadnych przeszk'od. Tym lepiej. Chcialbym jeszcze jednego zapewnienia z pa'nskiej strony, zapewnienia, kt'ore ma dla mnie decydujace znaczenie. Tylko pod tym warunkiem got'ow jestem kontynuowa'c prace i zachowa'c calkowita tajemnice.

— O co chodzi? — w oczach prezydenta pojawil sie niepok'oj.

— Chcialbym otrzyma'c od pana zapewnienie, ze przebudowywane przeze mnie miotacze nie beda nigdy skierowane przeciw czlowiekowi jako narzedzie 'smierci.

Fala krwi splynela do twarzy prezydenta, nerwowy ruch szczeki oraz wielkiej pionowej zmarszczki nad czolem wskazywal, iz z trudem opanowuje zdenerwowanie.

Nagle, jakby za naci'snieciem guzika, twarz Summersona oblekla sie zwyklym spokojem. Spojrzal zimno na konstruktora i wycedzil przez zeby:

— Przyjmuje pa'nski warunek. Miotacz nigdy nie bedzie uzyty przeciw ludziom.

— A przeciw Murzynom?

— R'owniez nie bedzie nigdy uzyty przeciw Murzynom.

— Jaka moge mie'c tego gwarancje?

Summerson skrzywil sie niechetnie. Chwile patrzyl w przeciwlegla 'sciane, jakby szukajac tam argument'ow, i nagle roze'smial sie.

— Gwarancje? Chcesz mie'c gwarancje? Zdaje sie, ze najlepsza gwarancja bedzie to, gdy ci powiem, ze… ze to nie sa ani ludzie, ani Murzyni.

— A je'sli to nie sa ludzie, to kto? — zapytal Kruk usilujac opanowa'c ogarniajace go podniecenie.

— Diably! Czerwone Diably.

— Czerwone Diably?!

— To nie ulega najmniejszej watpliwo'sci.

Wida'c bylo niemal z kazdego ruchu prezydenta, jak wielka satysfakcje sprawia mu wrazenie, jakie wywarly jego slowa na konstruktorze.

Bernard nie byl w stanie wydoby'c z siebie slowa. Czyzby istoty kierujace rakieta przybywaly rzeczywi'scie spoza Celestii? Jednak jakie mial on, Kruk, podstawy do przypuszczania, ze rewelacyjne twierdzenie prezydenta nie jest tylko trikiem?

Czul swa slabo's'c wobec takiego gracza, jakim byl Summerson.

„Gdyby na moim miejscu byl Horsedealer! — pomy'slal z gorycza. — Ten by na pewno bez trudu stwierdzil, co w slowach prezydenta jest prawda, a co tylko bluffem. Ale ja?”

Horsedealer! Jak by w tej sytuacji zachowal sie stary filozof, tego z pewno'scia nie m'ogl Bernard przewidzie'c, ale czyz nie m'ogl zaatakowa'c przeciwnika argumentami Horsedealera? Nie mial zludze'n, ze beda one w jego ustach tylko nedzna kopia, pozbawiona bogactwa i sily wymowy. Ale czyz on sam m'ogl co's wiecej wiedzie'c o owych diabelskich wyslannikach poza tym, co czytal w Biblii i slyszal od starego filozofa? Zreszta, moze niedom'owieniami uda mu sie pokry'c niepewno's'c.

Przyjecie postawy wolnomy'sliciela wobec najwyzszego zwierzchnika religijnego bylo krokiem ryzykownym, ale c'oz Bernardowi pozostalo? I tak Summerson sadzil, jak wynikalo z jego zachowania sie, ze Kruk wie duzo wiecej, niz bylo naprawde. Nie liczac tez, ze atak jego bedzie jakim's specjalnym ciosem, a co najwyzej zmusi prezydenta do wyja'snienia sytuacji, konstruktor ryzykowal uwage:

— Panie prezydencie, porozmawiajmy powaznie. Okre'slenie, jakiego pan uzyl, jest okre'sleniem biblijnym. Watpie jednak, aby pan, czlowiek glebokiej wiedzy i rzadko spotykanej jasno'sci my'slenia, wierzyl w diably. Przynajmniej tak, jak m'owi o tym Biblia.

Twarz Summersona momentalnie stala sie zimna jak glaz. Przymruzyl z lekka oczy i z odcieniem ironii w glosie zapytal:

— A wiec watpi pan w zasadnicze prawdy wiary?

— Nie bede dyskutowal z panem nad prawdziwo'scia tych czy innych dogmat'ow, gdyz ani nie ma tu ku temu miejsca, ani czasu. Powiedzialem to, co my'sle, i liczylem, ze r'owniez z pa'nskiej strony spotkam sie z tym samym. Nie jeste'smy Murzynami, lecz lud'zmi o tyle rozsadnymi, ze nie potrzebujemy wzajemnie opowiada'c sobie bajeczek dla grzecznych dzieci. Zreszta przypuszczam, ze bez trudu znajdziemy tu wsp'olna podstawe dyskusji.

O ile w pierwszej chwili wyra'zna nieche'c odbila sie na twarzy prezydenta, ostatnie slowa Kruka, stepiajace ostrze ataku, rozladowaly nieco napiecie.

— Niech i tak bedzie — rzekl Summerson wymijajaco. — Ale niezaleznie od tego, czy bedziemy doslownie, jak m'owi Biblia, traktowa'c pojecie diabla, czy tez bardziej materialistycznie, w niczym to nie zmniejszy niebezpiecze'nstwa grozacego Celestii.

— C'oz to za 'smiertelne niebezpiecze'nstwo stanowi'c moze dla Celestii niewielka grupa owych legendarnych diabl'ow? Co my w og'ole o nich wiemy? — zapytal Bernard, przypominajac sobie slowa starego filozofa.

— Wiemy, do czego sa zdolne. Wiemy, ze zburzyly one szcze'scie ludzi na Towarzyszu Slo'nca, ze wla'snie che'c uwolnienia sie od nich pchnela przed blisko dwu i p'ol tysiacami lat naszych praojc'ow do opuszczenia na zawsze Ziemi, jak w'owczas zwali oni Towarzysza Slo'nca. Czyz wla'snie fakt, ze my tu zyjemy i jeste'smy, ze Celestia z kazda sekunda oddala sie od Slo'nca, a zbliza do Gwiazdy Dobrej Nadziei, czyz nie jest to najlepszy dow'od, czego nalezy sie spodziewa'c od tych ziemskich go'sci? Oni chca nas zniszczy'c!

— Skad ta pewno's'c? A je'sli nawet tak jest, to w jaki spos'ob mozemy temu przeszkodzi'c? Je'sli rakieta ich ma wieksza predko's'c od Celestii, bo przeciez dogania nas, nie jest wykluczone, ze ich miotacz wyrzuca czastki badonu z wieksza predko'scia niz nasz. Tym samym ich strefa dezintegracji siega znacznie dalej od naszej. Zanim nasz miotacz zacznie dziala'c, moze by'c juz po

Celestii. Je'sli za's zalozymy, ze ich miotacz ma mniejszy zasieg od naszego, to owszem, mozemy ich zniszczy'c, ale skad wiemy, jakie sa ich zamiary? To bylaby zbrodnia!

— To sa Czerwone Diably! — wybuchnal Summerson. Po raz pierwszy od rozpoczecia rozmowy stracil panowanie nad soba. — Tu nie mozna stosowa'c tych samych kategorii moralnych, co u nas w Celestii. Zreszta decyduje dobro og'olu, dobro og'olu przede wszystkim. W imie dobra ludzko'sci trzeba czasami popelni'c i zbrodnie. Je'sli to w og'ole mozna nazwa'c zbrodnia.

— A je'sli to nie sa diably, tylko jeszcze jedna grupa sprawiedliwych opu'scila pieklo?

Ta my'sl, kt'ora nagle nasunela sie Bernardowi, ku jego zdziwieniu nie wywarla spodziewanego wrazenia na prezydencie. Spojrzal Krukowi prosto w oczy i wycedzil wolno:

— Czasami, gdy dobro og'olu tego wymaga, lepiej jest po'swieci'c kilku sprawiedliwych, niz ryzykowa'c katastrofe 'swiata. Ale myli sie pan, tu nie ma watpliwo'sci, ze mamy do czynienia z Czerwonymi Diablami.

Bernard spojrzal na prezydenta ze zdziwieniem.

— Jak to? Czy… Czy… porozumiewal sie kto z nimi? Na twarzy Summersona odbilo sie zaklopotanie.

— W pewnym sensie tak — odparl wymijajaco. — W kazdym razie wiemy, z kim mamy do czynienia i jakie zywia wobec nas zamiary.

— To znaczy?

— Musimy ich zniszczy'c! Je'sli nawet nie niosa oni calkowitej zaglady Celestii, to calkowita zaglade naszemu szcze'sciu i spokojowi, naszej wolno'sci i kulturze. Czyz ja albo pan mozemy sie zgodzi'c, aby i Celestia zamienila sie w pieklo?

Zapanowalo milczenie.

Ostatnie slowa prezydenta byly dziwne, og'olnikowe i niezrozumiale dla Kruka. Konstruktorowi przyszlo na my'sl to, co uslyszal z ust Horsedealera. Kto tu mial racje: Horsedealer czy Summerson? C'oz oni w og'ole wiedzieli? Kt'oz w Celestii wie, czym rzeczywi'scie jest owo pieklo? Nie tyle tez z przekonania, ile w tym celu, aby sprowokowa'c prezydenta do obszerniejszych wynurze'n, wypu'scil Bernard 'ow dziwny pocisk, zaczerpniety z arsenalu starego filozofa:

— Skad my wiemy, czy nie nalezy naszego obecnego zycia, a przynajmniej zycia znacznej wiekszo'sci mieszka'nc'ow Celestii, nazwa'c pieklem, rajem za's bylo to, co zostawili'smy na Towarzyszu Slo'nca?

Efekt tych sl'ow byl zupelnie nieoczekiwany. Twarz prezydenta zbladla, usta zaczely drga'c nerwowo, a w rozszerzonych oczach czail sie jaki's niezwykly, dotychczas niespotykany wyraz. Bernard nie mial juz watpliwo'sci: oczy prezydenta wyrazaly strach, zwykly strach.

Najdziwniejsze bylo w tym jednak nie samo zachowanie sie Summersena, lecz to, ze konstruktor nie potrafil zrozumie'c, jaki zwiazek moze mie'c ono z tym, co powiedzial. Zdawal sobie sprawe, ze zakwestionowal podstawowy dogmat biblijny i ze musialo to wywrze'c niemile wrazenie na najwyzszym zwierzchniku religijnym. Niemniej byl to tylko, wedlug Bernarda, chwyt polemiczny, nic poza tym.

Lecz oto Summerson wracal powoli do siebie. Wstal z miejsca i chwile przechadzal sie w milczeniu po pokoju, zbierajac my'sli. Wreszcie stanal w nogach l'ozka, na kt'orym lezal Bernard, i powiedzial powoli, akcentujac kazde slowo:

— Widze, ze wie pan wiecej, niz przypuszczalem, i umie pan z tego korzysta'c. Porozmawiajmy wiec otwarcie. Ostrzegam pana jednak, ze igra pan z ogniem. Moja cierpliwo's'c i zyczliwo's'c dla pana moze sie sko'nczy'c, gdy pan przekroczy granice. Niech pan pamieta, ze w kazdej transakcji obowiazuje zasada oplacalno'sci. A wiec, konkretnie: ile?!

Prezydent siegnal do kieszeni i wyciagnal ksiazeczke czekowa.

Bernard spojrzal ze zdziwieniem na Summersona i nagle u'swiadomil sobie, ze prezydent widocznie uwaza jego slowa za pr'obe wytargowania maksymalnych korzy'sci z calej tej historii. „Czyzby domysly Horsedealera byly az tak bliskie prawdy?” — zastanawial sie. — Tak czy inaczej, gra sie oplaci, bo je'sli on — Bernard — nie popelni jakiego falszywego kroku, Summerson zdradzi sam, co sie za ta intryga kryje, a tym samym da mu bro'n do reki.

— Ile? — powt'orzyl pytanie prezydent.

Bernard postanowil stosowa'c dotychczasowa taktyke.

— Zanim panu odpowiem, chcialbym wiedzie'c, co znacza pa'nskie slowa o granicy oplacalno'sci?

Prezydent skrzywil sie niechetnie.

— Czyli inaczej… chcesz zna'c moje maksymalne warunki? Niech i tak bedzie. Rozumiem, iz orientujac sie nieco w sytuacji chcesz skorzysta'c na tym. Zrozumialem przytyk o tym raju i piekle, cho'c nie przypuszczalem, aby's jako konstruktor, przy swojej pensji, traktowal swe zycie jako pieklo. Ale rozumiem, ze je'sli mozna wytargowa'c pelny raj, to tylko glupiec nie skorzystalby z okazji. A wiec, wiedz, ze got'ow jestem da'c ci stanowisko wicedyrektora w Sialu, nie cofajac oczywi'scie przyrzeczenia w sprawie malze'nstwa ze Stella — dorzucil nie widzac entuzjazmu na twarzy konstruktora.

— C'oz to znaczy?… — powiedzial Bernard robiac zawiedziona mine.

— To panu jeszcze 'zle? Pan nie rozumie, co to znaczy? Niech pan pomy'sli. Przeciez to praktycznie dopiero poczatek. To tylko wprowadzenie pana w nasza sfere, a p'o'zniej, przy pa'nskim sprycie, droga do kariery stoi otworem. Stary Moore znacznie skromniej zaczynal. Oczywi'scie, nie przypuszczam, aby pan stosowal takie metody jak on — stropil sie nieco Summerson.

Przyklad van Moore'a nie byl do's'c fortunny, je'sli zwazy'c, ze jego intrygi i oszustwa byly publiczna tajemnica.

— Ale przy mojej pomocy — ciagnal prezydent — jako zie'c… zreszta niech juz bedzie. Utworze dla pana specjalne stanowisko w randze ministra. Jakie? — jeszcze sie zastanowie. Ale to juz wszystko. C'oz pan sobie wyobraza? Ze jest pan zupelnie niezastapiony? Mlody Bradley tez juz duzo umie… Zreszta, musi sie pan tym zadowoli'c. Takiej pozycji czerwoni panu nie zapewnia. Zreszta, je'sli pan… — w nie doko'nczonym zdaniu zadrgala nuta gro'zby.

— A co bedzie z Roche'em i Brown? — zapytal Bernard czujac, ze rozmowa poczyna wkracza'c na niewygodne dla niego tory.

— A oni… tez… sa zorientowani?

— W pewnym stopniu — odparl Bernard wymijajaco.

— Im zatka sie geby jakimi's dobrze platnymi posadkami i z pewno'scia beda oboje zadowoleni.

— Tak jak mnie? — podchwycil ironicznie Kruk. Summerson skrzywil sie.

— Je'sli chce pan to koniecznie nazwa'c po imieniu…

Dalsze przedluzanie dyskusji bylo zbyteczne. Sytuacja jednak nie wyja'snila sie. Bernard uni'osl sie nieco na posianiu i wpatrujac sie w twarz prezydenta powiedzial z naciskiem:

— Nie przyjmuje pa'nskich warunk'ow.

Prezydent spojrzal zdziwiony. Przez chwile nie m'ogl wym'owi'c slowa.

— A c'oz pan sobie wyobraza? — wykrztusil wreszcie. — Jeszcze panu malo?

— Nie przyjmuje pa'nskich warunk'ow, gdyz nie chce dochodzi'c do majatku przez wsp'oluczestniczenie w zbrodni.

Summerson przymruzyl ironicznie oczy.

— Czyzbym mial wyglosi'c kazanie o czynach moralnych i niemoralnych w naszym spolecze'nstwie?

— Ja m'owie powaznie. Nie widze ani spolecznej, ani osobistej potrzeby likwidacji owych przybysz'ow z Towarzysza Slo'nca. Nie upadlem jeszcze tak nisko, aby dla kariery dokonywa'c zbrodni.

Bernard m'owil zupelnie szczerze i z takim przejeciem, ze Summerson zorientowal sie, iz niewla'sciwie ocenil pobudki, kt'orymi kierowal sie mlody konstruktor.

— Panie Kruk — usilowal nada'c swemu glosowi jak najcieplejszy ton. — Nie wie pan, m'oj chlopcze, ze o'swiadczenie pa'nskie, cho'c w tym wypadku nie ma pan racji, sprawilo mi wielka rado's'c. Naprawde, nieczesto dzi's spotyka sie u nas ludzi, kt'orzy maja tak zdrowe moralnie spojrzenie na zycie, kt'orzy umieja w spos'ob szczery i otwarty broni'c czysto'sci swego sumienia, nawet wobec mozliwo'sci utraty wspanialych perspektyw kariery politycznej i szcze'scia osobistego. Przeciez rozumiem dobrze, jak wielka role odgrywa w pa'nskim zyciu Stella. Jednocze'snie smuci mnie, m'oj chlopcze, ze tak niewla'sciwie ocenile's prezydenta. Czy pomy'slale's, ze czynisz mi straszna krzywde sadzac, iz zdolny jestem do popelnienia zbrodni dla wlasnych, egoistycznych cel'ow?

Na twarzy prezydenta poczely wystepowa'c lekkie rumie'nce, zna'c bylo, ze dawal sie coraz bardziej ponosi'c zapalowi krasom'owczemu. Jako najwyzszy zwierzchnik religijny czesto wyglaszal kazania w centralnej 'swiatyni na 18 poziomie, a posiadajac duzy dar wymowy i zdolno's'c przekonywania uwazal je za szczeg'olna forme wyzywania sie intelektualnego. I teraz tez, chcac wzm'oc swe oddzialywanie na Bernarda, przybieral ton coraz bardziej kaznodziejski.

Kontrast jednak miedzy niedawnym targiem a obecnym tonem, wpadajacym coraz cze'sciej w moralizatorski patos, byl zbyt wielki, aby m'ogl wywrze'c pozadane wrazenie na Bernardzie. Summerson zauwazyl, ze popelnil blad, i pr'obowal uzasadni'c swe poprzednie postepowanie:

— Tak! Uczynile's mi krzywde, m'oj chlopcze. Lecz jest w tym r'owniez i moja wina. Chcac wybada'c pa'nskie oblicze moralne, musialem celowo zastosowa'c w pewnym momencie bardziej brutalne chwyty, co istotnie moglo wprowadzi'c w blad. Dziwi mnie jednak, ze pan, obdarzony taka przenikliwo'scia umyslu i wyczuciem moralnym, nie zrozumial istoty zagadnienia. Czyz nie widzi pan glebokiej tre'sci, jaka kryje cel naszego istnienia? Cel, kt'ory kaze nam nieraz w imie dobra og'olnego odrzuci'c precz tkliwo's'c i wasko pojeta nieche'c do uczynienia komu's krzywdy? Czyz pan nie kocha Celestii? Czyz nie cieszy sie pan spokojem, szcze'sciem i wolno'scia, tak jak ciesza sie nimi setki ludzi naszego 'swiata? Przeciez nie zawaha sie pan przeciwstawi'c bandycie, kt'ory usilowalby zburzy'c szcze'scie pa'nskiego domu, pozbawi'c pana tego wszystkiego, co dla pana jest drogie i 'swiete, z czym zzyl sie pan od dziecka, co wreszcie zgromadzil pan skrzetnie codziennym wysilkiem swego m'ozgu czy mie'sni? Przeciez nie zawahasz sie, m'oj chlopcze, przetraci'c lapy zbirowi, kt'ory chcialby brutalnie zniszczy'c twoje szcze'scie, szcze'scie Stelli, wasza szcze'sliwa przyszlo's'c, pelna rado'sci zycia przyszlo's'c wasza i waszych dzieci? Dzieci'nstwo pa'nskie nie bylo latwe — m'owil dalej zalewajac Bernarda potokiem sl'ow. — Pa'nski ojciec i matka musieli ciezko pracowa'c i zawsze pragneli, aby szcze'scie u'smiechnelo sie do ich dziecka. Czyz pan m'oglby patrze'c spokojnie na Stelle zmuszona walczy'c nieludzka praca ponad sily o kawalek chleba? Stelle zyjaca w straszliwych warunkach na drugim czy siedemdziesiatym piatym poziomie? Czyz 'swiat, w kt'orym pierwszy lepszy czarny brudas mialby taki sam wplyw na sprawy pa'nstwowe, jak czlowiek o wysokiej inteligencji i kulturze, to nie pieklo? Bo chyba rozumie pan, ze przez sam fakt, iz czarnych i szarych sa tysiace, a nas bardzo niewielu — oznaczaloby to panowanie tlumu nad nami… Panowanie?! — za'smial sie z sarkazmem. — Nawet taki los mozna uwaza'c za szczeg'olne szcze'scie, je'sli staloby sie to, do czego za wszelka cene nie chce dopu'sci'c. Przeciez owi przybysze nie tylko zniszczyliby nasza cala cywilizacje i kulture, nie tylko podeptaliby odwieczne, jakze glebokie w swej madro'sci i uzyteczno'sci prawa, nie tylko sprowadziliby na miejsce naszej, jakze pieknej i wznioslej, moralno'sci swa zbrodnicza, brutalna, antyludzka i antyboska moralno's'c oblaka'nc'ow. Oni, oddajac wladze w rece motlochu, kt'orego jedyna zadza jest grabiez i zaspokojenie najnizszych-instynkt'ow, pozwola niewatpliwie wyladowa'c sie jego nienawi'sci do nas, nienawi'sci do wszystkich tych, kt'orzy swoja pozycja i intelektem g'oruja nad ta cierpna, czarno-biala masa. Ja nie mam zupelnie zludze'n, ze czeka nas juz nie kulturalna, lecz fizyczna zaglada. Teraz chyba rozumie pan, co grozi nam, je'sli ich nie zniszczymy?

— To znaczy komu?

Slowa Kruka, wypowiedziane spokojnym, zimnym tonem, wpadly W potok wymowy Summersona naglym zgrzytem.

Prezydent spojrzal ze zdziwieniem na konstruktora.

— Co „komu”?

— Dla kogo stanowia oni gro'zbe? Dla mnie czy dla pana? — wyja'snil Bernard.

— Jak to dla „kogo”? — w oczach prezydenta ukazaly sie zlowrogie blyski. — Czy jeszcze pan nie rozumie, ze obecno's'c czerwonych stanowi takie samo niebezpiecze'nstwo dla pana, jak i dla mnie, Stelli i wielu dziesiatk'ow ludzi. Powiem wiecej: je'sli bedziemy sie kierowa'c nie interesem naszym i calego spolecze'nstwa, lecz wylacznie interesami owego ciemnego tlumu, to i w'owczas obowiazkiem kazdego czlowieka bedzie obrona obecnego porzadku. Przeciez gdyby nie nasza silna wladza i madro's'c gospodarowania — ten motloch pozostawiony samemu sobie nie r'oznilby sie niczym od gromady zdziczalych ps'ow. Przeciez ci ludzie nie tylko nie potrafiliby uchroni'c Celestii przed zaglada, lecz powyrzynaliby sie wzajemnie. Przeciez same swe istnienie, swe zycie zawdzieczaja oni nam, zawdzieczaja wladzy ustanowionej przez Pana Kosmosu.

— Nie mieszajmy tu Boga.

Summerson nie doslyszal jednak tej uwagi, gdyz w dalszym ciagu siegal do arsenalu biblijnego dla poparcia swych argument'ow.

— Dzieki wyrokom opatrzno'sci nie tylko wyrwal sie pan ponad poziom owego ciemnego tlumu, ale znalazl sie w pozycji, kt'ora otwiera przed panem droge ku szczytom drabiny spolecznej, bez kt'orej nie byloby zycia w Celestii. A po takiej drabinie wspina'c sie nie mozna, nie zrywajac nici laczacych ze 'srodowiskiem, z kt'orego sie wyszlo, je'sli kto's, nie chce skreci'c karku. Tak, konstruktorze Kruk! Nie powinien pan chyba mie'c zludze'n, ze juz zbyt daleko znajduje sie pan od dolnych szczebli tej drabiny i je'sli jeszcze nie w pelni dusza, to przynajmniej cialem i m'ozgiem nalezy pan do tej warstwy, kt'orej B'og zlozyl w rece wladze nad szarym tlumem. Czyz nie m'owi panu o tym cho'cby to, iz kocha pan Stelle, i ze… — tu Summerson wpil sie wzrokiem w twarz Bernarda nie chcac uroni'c nic z wrazenia, jakie wywra na konstruktorze jego slowa —…ona tez pana kocha.

Cios byl dobrze wymierzony, argument ten m'oglby niewatpliwie zawazy'c na postawie Bernarda, gdyby nie proces, kt'ory w trakcie przemowy prezydenta dokonywal sie w umy'sle konstruktora.

W calej jasno'sci stanal przed nim obraz owego ostro zarysowanego podzialu na „sprawiedliwc'ow” i „szarych”, na rzadzacych i rzadzonych, o kt'orym m'owil John Mallet.

Bernard nigdy nie wierzyl w szczero's'c prezydenta, lecz teraz dopiero u'swiadomil sobie w pelni, ile obludy i zaklamania kryje on za pozornie przyjacielska maska. Rozumial, ze gdyby nie to, iz zagadnienie przebudowy miotacza stanowilo dla niego sprawe pierwszorzednej wagi, z pewno'scia nic by nie zostalo z owej „zyczliwo'sci”. Czul, ze tylko dlatego, aby go skloni'c do kontynuowania pracy, Summerson raczyl zaliczy'c go do warstwy rzadzacej.

Pamietal zreszta zbyt dobrze, jak zachowywal sie wobec niego jeszcze przed tygodniem. Pamietal, jak Summerson krzywo patrzyl na to, iz Bernard spotyka sie ze Stella, cho'c przeciez stosunki miedzy c'orka prezydenta a konstruktorem pozostawaly w sferze wylacznie koleze'nskiej, z pelnym zachowaniem dzielacego ich dystansu. Teraz za's sprawa malze'nstwa ze Stella miala tak wiele cech ukartowanej, zwodniczej i brudnej gry, ze kazde slowo prezydenta na ten temat wprowadzalo go w stan najwyzszego rozdraznienia.

Zamiast wiec efektu oczekiwanego przez prezydenta, reakcja Kruka na jego slowa byla wrecz przeciwna. Ulegajac impulsowi Bernard rzucil ze zlo'scia:

— Niech pan, prezydencie, nie miesza Stelli w te cala historie. Wiem dobrze, ze ani ja dla Stelii, ani Stella dla mnie!

Na twarzy Summersona zn'ow wystapily gwaltowne rumie'nce.

— Alez, panie Kruk… Pan nie rozumie moich intencji! — usilowal wyja'snia'c, lecz wida'c bylo, ze z trudem opanowuje gniew.

— Bardzo dobrze rozumiem pa'nskie intencje, ekscelencjo i… wla'snie dlatego uwazam, ze nic nie bedzie z mego malze'nstwa z pa'nska c'orka.

Prezydent wpil kurczowo palce w okragla porecz krzesla, o kt'ore opieral sie podczas rozmowy z Krukiem. Usta mu drgaly nerwowo.

— A wiec? — powiedzial wolno, silac sie na spokojny ton. — Nie doko'nczy pan przebudowy miotaczy?

Teraz dopiero Bernard zrozumial, ze posunal sie za daleko, ze dajac sie unie's'c nerwom postawil wszystko na jedna karte.

W trakcie rozmowy poczal w umy'sle Kruka krystalizowa'c sie plan, aby wobec coraz wyra'zniejszych oznak, ze przebudowa miotaczy sluzy zbrodniczym celom, gra'c raczej na zwloke i czeka'c, az sam bieg wypadk'ow wyja'sni sprawe rakiety. Nalezalo wiec udawa'c, ze sie godzi na warunki Summersona, i przystapiwszy do pracy op'o'znia'c przebudowe, majac w reku plany, a tym samym zasadnicza bro'n przeciwko prezydentowi.

Ujawniajac wrogo's'c Bernard przekre'slil sw'oj plan. Nalezalo przypuszcza'c, ze je'sli obecnie wyrazi gotowo's'c przystapienia do pracy, to prezydent nie tylko nie bedzie mu ufal, lecz moze zorientowa'c sie, ze pozycja Kruka nie jest tak mocna, jak sadzil. Nie majac czasu na glebsze zastanawianie sie Bernard czul jednak instynktownie, ze jedynym wyj'sciem jest okazywanie nadal pewno'sci siebie i sugerowanie Summersonowi, ze mlody Bradley nie da sobie sam rady.

— Jak juz m'owilem — rzekl spokojnie — dalsze kontynuowanie przebudowy uzalezniam od tego, jakiemu celowi beda miotacze sluzyly.

— Chyba do's'c jasne przedlozylem argumenty?

— Chcac by'c szczery, musze stwierdzi'c, ze nie uwazam, aby byly one wystarczajace. Nie wiem na przyklad, co zrobiono w kierunku porozumienia sie z przybyszami.

Pytanie bylo tylko pretekstem do wykonania mozliwie bezpiecznej wolty. Bernard spodziewal sie, ze prezydent znajdzie tu latwo wygodna dla siebie odpowied'z. Got'ow tez byl uda'c, iz przyjmuje takie, cho'cby najbardziej wykretne wyja'snienie za dobra monete. Stalo sie jednak inaczej.

Summerson poczal zn'ow nerwowo przechadza'c sie po pokoju. Wida'c bylo, ze szykuje sie do decydujacego ataku.

Odezwal sie w ko'ncu. Glos jego zmienil sie nie do poznania. Byl 'swiszczacy i zlowrogi.

— My'slalem, ze mam przed soba uczciwego i rozsadnego czlowieka. My'slalem, ze w tych ciezkich chwilach, jakie przychodza na Celestie, kto jak kto, ale ten, kt'ory tak wiele zawdziecza Sialowi, rzadowi, i mnie przede wszystkim, posiadajac cho'cby troche honoru i poczucia wdzieczno'sci nie moze nas zdradzi'c. A jednak — mylilem sie. We wlasnym domu wychowalem w'scieklego psa. Miast by'c pomoca w krytycznych chwilach, got'ow on jest kasa'c reke, kt'ora go karmila. Lecz mylisz sie! Mylisz sie, ze mozesz depta'c odwieczne prawa rzadzace Celestia. Mylisz sie sadzac, ze zdrada i szpiegostwo ujda ci bezkarnie. Ty i twoi wsp'olnicy nie przezyjecie dwudziestu czterech godzin.

Bernard zbladl.

— Powtarzam! Nie przezyjecie dwudziestu czterech godzin! — syczal Summerson pochylajac pelna zlo'sci twarz nad Krukiem. — Mam dosy'c tego wszystkiego i je'sli natychmiast nie przystapisz do zako'nczenia przebudowy miotacza, zginiesz nie tylko ty, lecz i twoi wsp'olnicy.

Bernard milczal. Zdawal sobie sprawe, ze sam zapedzil sie w 'slepy zaulek. Nienawi's'c i pogarda, bijace ze sl'ow Summersona, stek obelg i wymysl'ow, kt'orymi obrzucil Kruka, byly nie do zniesienia. Bernard rozumial, iz je'sli co's odpowie — nie wytrzyma i wybuchnie. A to by moglo zupelnie pograzy'c jego sprawe. Gdyby jeszcze chodzilo tu tylko o niego samego, to nie wahalby sie spojrze'c 'smierci w oczy. Ale czy mial prawo ryzykowa'c zycie Roche'a i Daisy Brown, a moze r'owniez tamtych zblizajacych sie gdzie's z glebi kosmicznych ku Celestii?

Summerson spojrzal na zegarek.

— No wiec?! — zawolal ochryple. Bernard nic nie odpowiedzial.

— A wiec dobrze. Pozalujesz tego… — wycedzil wolno prezydent. Widocznie jednak nie stracil jeszcze nadziei, ze Kruk zmieknie, bo kierujac sie ku drzwiom dodal: — Daje ci ostateczna szanse. Za pietna'scie minut oczekuje odpowiedzi. Masz wystarczajaco duzo czasu do namyslu.

Gwaltownym ruchem rozsunal drzwi i wyszedl z pokoju.

Bernard zostal sam. Nie m'ogl poja'c, w jaki spos'ob znalazl sie w tak beznadziejnej sytuacji. Przeciez wla'sciwie wszystko, co robil, bylo sluszne — utrzymal do ko'nca Summersona w mniemaniu, ze jest niezastapiony. Gdyby nie ten jeden falszywy krok.

Teraz powinien byl skapitulowa'c, cho'cby pozornie, aby tylko odzyska'c wolno's'c ruch'ow, a moze znalazlby jakie's wyj'scie. Nie ludzil sie, ze przebudowanie miotacza usunie gro'zbe wiszaca nad ich trojgiem. Od poczatku rozmowy wiedzial, ze Summerson, nawet je'sli plany jego w pelni sie powioda, bedzie chcial usuna'c niewygodnych 'swiadk'ow. Dlatego tez stawial na jedna karte. Tu jednak chodzilo nie tylko o zycie. Najgorsza ze wszystkiego byla watpliwo's'c, czy bedzie m'ogl zahamowa'c budowe i nie dopu'sci'c do zniszczenia rakiety. Przeciez prezydent bedzie czynil wszystko, aby temu zapobiec.

Mijaly — minuty. Kruk poczal juz z niepokojem nasluchiwa'c, czy nie nadchodzi prezydent. Wiedzial, ze musi sie zgodzi'c na dalsze prowadzenie przebudowy miotacza, aby tylko zyska'c na czasie, lecz czul, jak ciezka bedzie dla'n kapitulacja.

Drzwi rozsunely sie bezszelestnie. Stanela w nich pielegniarka ze strzykawka. Bernard, kt'ory spodziewal sie, ze to prezydent, odetchnal z ulga.

— Doktor kazal panu zrobi'c jeszcze jeden zastrzyk, gdyz prezydent m'owil, ze czuje sie pan po rozmowie niedobrze.

Podal bez slowa ramie.

Pielegniarka wyszla i zn'ow pozostal sam. Wiedzial juz, ze skapituluje, i przygotowal sie do tego.

Juz chyba minelo pietna'scie minut… Dlaczego prezydent sie nie zjawia?

Usiadl na l'ozku. Uczul lekki zawr'ot glowy. „Czyzbym byl jeszcze az tak wyczerpany? A je'sli prezydent zorientowal sie, ze mlody Bradley sam potrafi zmontowa'c miotacz? Je'sli ten zastrzyk to… to samo, co z Rosenthalem?” — przypomniala mu sie rozmowa z Horsedealerem.

Z rosnacym przerazeniem stwierdzil, ze poczyna go ogarnia'c jaka's nienaturalna senno's'c i zmeczenie.

Siegnal do dzwonka i nacisnal go gwaltownie.

Nikt sie nie zjawil.

Nie byl juz w stanie siedzie'c i opadl ciezko na poduszke.

— To samo, co z Rosenthalem… — wyszeptal wp'olprzytomnie.

Pierwsze uderzenie

Niezno'sne, piekace uczucie pragnienia… Stary czlowiek z wysilkiem otwiera opuchniete powieki. Ciemno's'c… Straszliwa, czarna jak smola, duszaca za gardlo ciemno's'c spowija wszystko wok'ol!

Spekane wargi rozchylaja sie w niemym, bezglo'snym: „pi'c!”

Powoli wraca 'swiadomo's'c rzeczywisto'sci. Wychudla dlo'n unosi sie z trudem i bladzi po omacku naokolo. D'zwiek uderzenia w blaszane naczynie i westchnienie…

William Horsedealer przez chwile usiluje podeprze'c sie rekami i usia's'c. Jest mu trudno, bardzo trudno zdoby'c sie na jakikolwiek wysilek, mimo trzykrotnie mniejszego ciazenia w tych rejonach Celestii.

W ko'ncu udaje mu sie: obok skrzyni znajduje aluminiowy kubek. Reka siega w glab naczynia. Ruchy staja sie nerwowe: naczynie jest puste.

Horsedealer opada z powrotem na posianie, wie, ze nie bedzie m'ogl dowlec sie do korytarza, gdzie znajduje sie woda.

Palace pragnienie obezwladnia cialo, powieki zaciskaja sie.

„Ciemno… Moze to i lepiej… Wzrok odpocznie” — my'sli chory.

Nagle wydaje mu sie, ze jakie's plomyki ta'ncza tuz przed nim. Dziesie'c… Dwadzie'scia… Sto — juz ich nie zliczy. Potem gasna. Coraz wiecej ich ga'snie. Zostaly wreszcie tylko dwa. Filozof konstatuje, ze sie przeistoczyly w pare oczu. Przypomina sobie niedawna rozmowe z Bernardem. Otwiera powieki, ale wtedy wla'snie oczy Kruka znikaja. Otacza go zn'ow ciemno's'c.

To tak niedawno… Moze kilkana'scie, moze dwadzie'scia godzin…

Kruk zniknal, za to wydaje mu sie, ze widzi wielki kosz miotacza tuz-tuz nad soba. Blyszczaca glowica przyrzadu wolno wykonuje p'olobr'ot, potem nieruchomieje. A pod miotaczem jaka's reka manipuluje, jakby ustawiala go na cel. Nad reka, z duzej, pociaglej twarzy wyrasta haczykowaty nos…

To Summerson! Wlepil oczy w czer'n przestrzeni, macha reka na kogo's, co's krzyczy, wygraza pie'scia. Horsedealer slyszy jego glos bardzo wyra'znie.

Oprzytomnial troche. Podnosi glowe, stara sie rozejrze'c po otoczeniu, ale nieprzenikniona ciemno's'c zlala wszystko w bezksztaltna, czarna plame.

Horsedealer zbiera my'sli, jak gdyby chcial je skupi'c i rzuci'c przed siebie — niech roz'swietla te beznadziejne ciemno'sci. Sprzykrzyl mu sie ten przymusowy odpoczynek oczu, niech nawet bola od blasku, byle nie ta czarno's'c bez ko'nca, bez widoku na lepsze. Byle nie to! Pomy'slal, ze odebrano mu ostatnie resztki tego, czego czlowiek potrzebuje do zycia — troche 'swiatla.

Zaklal ordynarnie, czego nigdy nie czynil, i zadziwil sie sam sobie.

Tymczasem niedawne wspomnienia szeregowaly sie do's'c logicznie. Pamie'c pelzala z wolna, jak plomyk w poszukiwaniu palnych przedmiot'ow.

Na tle brudnej i dusznej klitki, teraz na domiar zlego ciemnej, zarysowaly sie ostro dwa obrazy: Summerson pod miotaczem i Bernard Kruk. Potrafil odr'ozni'c stopie'n ich realno'sci, a coraz bardziej sie przekonywal, ze obaj maja niewatpliwy ze soba zwiazek. No tak… Przeciez konstruktor przebudowywal miotacz na osobiste zlecenie prezydenta: wiedziano o tym w calej Celestii. A ten zagadkowy napis na jakim's dokumencie, nie okre'slonym blizej przez Kruka, i slowo „Waszyngton”, kt'ore zelektryzowalo filozofa, zaslyszane po raz drugi w zyciu, a tak bardzo potwierdzajace jego domysly sprzed kilkudziesieciu lat? Slowo pochodzace wedlug wszelkich mozliwych przypuszcze'n z innego 'swiata.

— Z innego 'swiata… — powt'orzyl.

Inny 'swiat… 'swiat opanowany przez diably…

Wzruszyl ramionami.

„Wiadomo, komu potrzebna jest ta bajka”… — pomy'slal. W jego przypuszczeniach, rozwazaniach, domyslach, 'swiat, od kt'orego 400 lat temu oderwala sie Celestia, musial by'c bardzo podobny do niej. Tylko wiekszy. O wiele wiekszy…

Ale nie wyobrazal sobie na nim innych istot pr'ocz ludzi, zwierzat i ro'slin. Wszystkiego tego, co dobrze znal. Teraz marzenie przenioslo go na te druga ziemie, o kt'orej Biblia wspominala w pierwszym rozdziale skapo i w spos'ob zagmatwany.

Horsedealer wyobrazil sobie, ze patrzy na jej mieszka'nc'ow.

Wydali mu sie mlodzi i bardzo piekni. Jakze pragnal znale'z'c sie w'sr'od nich dusza i cialem.

W tok jego marze'n wdarl sie ostry zgrzyt: miotacz. Dla jego przebudowy przebiegly i skapy Summerson stawial wszystko na szale: pieniadze, sw'oj autorytet, nawet jedyna c'orke. O, jakze bardzo musialo mu zaleze'c na powodzeniu tego przedsiewziecia!

„Jakiego przedsiewziecia?” — zapytywal sam siebie Horsedealer, ale nieprzenikniona ciemno's'c i milczenie byly mu jedyna odpowiedzia.

W pewnej chwili wyobrazil sobie, ze ludzie z Towarzysza Slo'nca, tamci ludzie, leca ku niemu. Jak leca, nie wiedzial. Moze w takiej malutkiej rakietce, jaka Summerson wylatuje na przejazdzke po ciemnym niebie, podobnym do przeogromnego naczynia wypelnionego gwiazdami? Tam jednak mogloby sie zmie'sci'c tylko pare os'ob. A moze zbudowali druga Celestie, tylko szybsza i po 400 latach doganiaja ich?

Byl gleboko przekonany, ze 'swiat, w kt'orym sie urodzil, jest dzielem ludzkich rak, a nie boskim podarunkiem ofiarowanym sze's'cdziesieciu sprawiedliwym, jak uczyla Biblia. Dlaczegoz wiec tamci ludzie na Ziemi nie mogliby w pie'cdziesiat albo sto lat p'o'zniej zbudowa'c podobnego 'swiata i przy uzyciu znaczniejszych zasob'ow energii nada'c mu predko's'c wieksza od tej, jaka ma Celestia? Ale po co? W jakim celu by wylecieli?

A w jakim celu wyleciala Celestia?

„My wylecieli'smy z Towarzysza Slo'nca w strachu przed diablami i kierujemy sie ku obiecanej przez Boga Juvencie. Bardzo pieknie! — ironizowal dalej. — Lecz przed kim by uciekaly owe diably?”

Zdrowy rozsadek nakazywal mu traktowa'c my'sl o pojawieniu sie drugiej Celestii jako mglista hipoteze. Ale opanowalo go przemozne pragnienie ujrzenia Bernarda Kruka, pogadania z konstruktorem, wydobycia od niego reszty tajemnicy napisu i miotacza.

Jednocze'snie owladnelo nim ponowne uczucie potegujacego sie pragnienia. Popekane od goraczki wargi spuchly, wyschniete gardlo palilo niemilosiernie. Wysilkiem woli Horsedealer wstal z poslania, okryl sie stara plachta i postapil pare krok'ow w ciemno'sci.

Przystanal. Co's zawirowalo mu w glowie, dreszcz zakolysal cala jego postacia. Zrobil jeszcze krok, drugi, trzeci. Nogi odmawialy poslusze'nstwa. Wyciagnal reke przed siebie szukajac oparcia.

Nowa pr'oba przelamania bezwladu ogarniajacego cialo, ostry b'ol w skroniach i William Horsedealer padl na podloge tuz pod drzwiami.

Nie pamietal, jak dlugo lezal.

W mrugajacym blasku kaganka, sporzadzonego z waskiego paska jakiej's grubej materii zanurzonej w oliwie, ujrzal nad soba znajoma twarz. Margaret Stone patrzyla ze wsp'olczuciem na starego nauczyciela.

Horsedealer uczul na jezyku slodkawy smak plynu. Przelknal z trudem lyk jeden, drugi. Niezno'sny, klujacy b'ol w skroniach przecial brutalnie kojace uczucie, jakie wraz z chlodnym plynem poczelo rozlewa'c sie po jego ciele. Przymknal kurczowo powieki.

Kobieta postawila na ziemi kaganek i kubek z woda, po czym d'zwignawszy w g'ore bezwladne cialo chorego ulozyla go z powrotem na poslaniu.

— Pi'c… — wyszeptal.

Przycisnal gwaltownie wargi do zimnego metalowego kubka i lapczywie chlonal jego zawarto's'c. Powoli wracaly sily.

Sasiadka zakrzatnela sie po izdebce i poprawiajac choremu poslanie m'owila:

— Ale's sie, staruszku, urzadzil! Pewno by's sie przejechal do zaklad'ow Morgana, gdybym tu przypadkiem nie wpadla. Widze, ze nie masz co do geby wlozy'c — ciagnela szperajac w skrzyni, gdzie filozof zwykl byl trzyma'c zywno's'c. — Dlaczego kryjesz przed swoimi, ze ledwie ciagniesz? Wszystkim pomagasz, a o sobie nie pomy'slisz.

— Inni wiecej potrzebuja — wargi chorego poruszyly sie z wysilkiem.

— Potrzebuja, potrzebuja — powt'orzyla gniewnie. — Ale najwiecej ciebie potrzebuja. Bez twojej glowy byloby wszystkim jeszcze gorzej.

— Przesada — zaoponowal slabym glosem filozof. — Na mnie 'swiat sie nie ko'nczy.

— Ty sobie gadaj, a ja wiem swoje. Malo to dla innych robisz? Ach, bylabym zapomniala! Byli u ciebie, pukali.

— Kto? Kiedy? — niepok'oj odbil sie w oczach Horsedcalera.

— A niedawno. Jim Brown, no wiesz, ten brat Steyc'a byl ze dwa razy. Byl tez Lett Cornick z jakim's drugim. Podobno policja go szuka — dorzucila 'sciszonym glosem.

— Byli u mnie?

— A tak. Zaraz potem, jak u nas 'swiatlo zgaslo. Ale ja im powiedzialam, ze ciebie nie ma, wiec poszli. My'slalam, ze's gdzie's poszedl, staruszku, bo Jim do's'c dlugo i mocno pukal. Pewno byle's nieprzytomny. Dopiero jak wstale's w goraczce i rabnale's o ziemie, to uslyszalam. My'sle sobie, co to moze by'c? No i przyszlam zobaczy'c. Cale szcze'scie, ze uslyszalam, boby's tu pewno bez pomocy nie dozyl rana. Juz teraz cie przypilnuje.

Dla Horsedealera bylo jednak w tej chwili najwazniejsze, by szybko skomunikowa'c sie z innymi czlonkami zwiazku. Zaszly widocznie jakie's nowe, wazne wydarzenia, wymagajace natychmiastowej decyzji. Moze kazda chwila jest droga, a on tu lezy bezczynnie.

— Mam do pani pro'sbe — zwr'ocil sie do kobiety. — Niech pani pojedzie na 37 poziom do Malleta i powie jemu lub jego zonie, aby tu przyszedl.

— Nie zawracaj sobie teraz glowy, staruszku — rozpoczela kobieta, ale Horsedealer nie dal jej sko'nczy'c.

— Ja pania bardzo prosze. Koniecznie musze sie zobaczy'c z Johnnym, i to jak najszybciej.

— Dobrze, juz dobrze. Wy'sle Lucy. Przeciez ciebie tak nie zostawie. Zaraz ci przyniose troche zupy, co zostala ze 'sniadania.

— Ale po co? Dziekuje…

— Nie gadaj tyle — ofuknela go szorstko i wybiegla z pokoju. Wr'ocila za chwile, o'swiadczajac, ze c'orka jej poszla juz po Malleta. Oparlszy Horsedealera o 'sciane poczela go karmi'c lyzka jak dziecko. Wodnista, cieplawa zupa szybko przywracala zwatlone glodem i pragnieniem sily. Potok sl'ow kobiety, kt'ora to gderajac, to zn'ow opowiadajac swym zwyczajem nowinki krzatala sie kolo niego, wprawial go w pogodny nastr'oj.

Naraz jakby z oddali wpadly w jego ucho slowa:

— Bo m'oj stary, jak wiesz, staruszku, juz trzeci rok szwenda sie bez roboty. Wiec tez sie ucieszylam, ze Frondy podobno ma co's dla niego. Ale sie okazalo, ze to tylko dlatego, ze inni nic chcieli robi'c. No, wiec m'oj stary, wiadomo, powiedzial, ze on na taka robote nie leci. Po prawdzie, to mial racje, bo tez nie Frondy, lecz Andy Olster i Johnny Mallet nam pomogli, gdy wtedy nas z tej dziury chcieli wywala'c.

— To jeszcze sie nie uspokoilo?

— Niby tak. Ale po prawdzie, to ludzie m'owia, ze ten wywiad Summersona to 'smierdzi. Pewnie prezydent znowu co's naklamal. I dlatego zbytnio sie z robota nic kwapia.

— Jaki wywiad? — Horsedealer spojrzal ze zdziwieniem.

— A to ty, staruszku, nie wiesz? Ach, prawda! Przeciez ja od wczorajszego poludnia u ciebie nie bylam. No, wiec Summerson oglosil, ze na Celestie leca jakie's kule!

Horsedealer poruszyl sie niespokojnie.

— Jak on to powiedzial? Kule? Czy nie okre'slil ich blizej jakim's przymiotnikiem? To znaczy — dodal wyja'sniajaco — nie powiedzial, jakie to sa kule? Na przyklad: szybkie, metalowe? Bo ja wiem, moze nawet… zamieszkane?

Na twarzy kobiety odbilo sie zdumienie. Poniewaz jednak Horsedealera uwazala za dziwaka, nie zapytala nawet, co oznaczaja jego slowa.

— Zaraz, zaraz… — zastanawiala sie przez chwile. — Co's jest z tymi kulami! Ale nie tak, jak ty m'owisz, staruszku. Aha, juz wiem. Summerson powiedzial zdaje sie… ze one wybuchaja.

Horsedealer zostal sam. Spojrzal na drzwi, kt'ore kobieta juz zamknela za soba — widocznie 'spieszyla sie. A rad by ja o co's zapyta'c, chociazby o to, czy sie nie przeslyszal.

— Te kule wybuchaja! — powiedzial sobie moze piaty raz. — Bardzo ciekawe…

Nagle podni'osl sie gwaltownie na poslaniu, chcial biec, biec przed siebie do windy i jeszcze dalej, az do miotacza. Tak. Tam na pewno jest Kruk. Trzeba natychmiast uprzedzi'c go, wyja'sni'c. Niech, bro'n Boze, nie przebudowuje miotacza!

Oczywi'scie — rozumowal — kula moze oznacza'c tylko rakiete. Chodzi tu widocznie o cialo harmonijnych ksztalt'ow, prawdopodobnie ksztaltu pocisku. Bo przeciez bryly kosmiczne pochodzenia naturalnego, chociazby duze, sa nieforemna masa metalu lub kamienia. Kula ta jest wybuchajaca dlatego, ze przeciez, o ile owi tajemniczy kosmonauci chca zetkna'c sie z mieszka'ncami Celestii, musza zahamowa'c. Prawdopodobnie wylecieli z Towarzysza Slo'nca p'o'zniej niz my, a wiec na to, aby znale'z'c sie, bad'z co bad'z, blisko nas, predko's'c ich statku musi l-z:: wieksza od predko'sci Celestii. Przy hamowaniu musi dziala'c silnik. Przez dysze wylatuj;) strumienie gaz'ow, podobnie jak w rakiecie Summersona.

Stary filozof zastanowil sie. Co's mu jeszcze nie pasowalo.

A dlaczego „kule” — w liczbie mnogiej? To prawdopodobnie Margaret sie przeslyszala. Trudno przypu'sci'c, zeby lecieli w kilku pojazdach. Chociaz…

Horsedealer zamy'slil sie.

A je'sli to jeszcze jeden wielki bluff Summersona? A moze nie chodzi tu wcale o przebudowe miotaczy, lecz jest to tylko parawan dla jakiej's przygotowywanej rozgrywki miedzy Sialem a grupa Agro lub Morganem?

Wpadl w gniew na samo przypuszczenie, ze prezydent m'oglby takze i jego oszuka'c.

Pierwsza my'sl zn'ow porwala wyobra'znie filozofa.

Ludzie z innego 'swiata! A wla'sciwie nie z innego 'swiata — po prostu z kolebki calego ludzkiego rodzaju! Jakie wie'sci nam wioza?

My'sli starego czlowieka zaczely nabiera'c rozpedu.

Summerson chce ich zniszczy'c. To znaczy, ze wioza wiadomo'sci jak najgorsze dla niego! Tym samym pewnie pomy'slne dla og'olu „szarych”… Bo co moga straci'c tysiace wyzyskiwanych i gnebionych mieszka'nc'ow Celestii? C'oz moze straci'c taki nedzarz, jak ja? Za to Summerson ma bardzo duzo do stracenia.

Zywiolowo zapragnal i c h zobaczy'c, tak jak gdyby wszystko i w jego zyciu mialo sie w'owczas zmieni'c na lepsze.

Podni'osl sie gwaltownie. Wysilkiem woli zwl'okl sie z poslania, przeszedl przez pok'oj i otworzyl drzwi. Wszedzie otaczala go taka sama ciemno's'c. Postapil jeszcze pare krok'ow naprz'od, zapominajac o stojacej beczulce, potknal sie o nia i nie mogac po ciemku utrzyma'c r'ownowagi z loskotem zwalil sie na ziemie.

Stluczone ramie bolalo go dotkliwie. Pr'obowal unie's'c sie. Opodal skrzypnely drzwi i ujrzal z'oltawy, mrugajacy blask kaganka.

Wychudla, ko'scista reka ujela jego dlo'n w przegubie, a dobrze znany kobiecy glos sarkal zapamietale:

— Co ty zn'ow wyrabiasz, staruszku? Potrzeba ci bylo wl'oczy'c sie po ciemku i zbija'c sobie boki? Po co wychodzile's na korytarz? Przeciez dlatego przynioslam ci wode, zeby's nie szwendal sie bez 'swiatla.

W blasku plomyka zal'snily oczy wciaz jeszcze lezacego filozofa.

— Wyglada na to, ze masz duza goraczke.

Odglos przyspieszonych krok'ow rozlegl sie w korytarzu. Z ciemno'sci wylonila sie posta'c mlodej dziewczyny.

— Co sie stalo? — zawolala przybyla, podbiegajac do Horsedealera,

— Ano widzisz, co nasz staruszek wyprawia — odrzekla Margaret.

— Gdzie… gdzie jest Mallet?! — zawolal gwaltownie Horsedealer poznawszy Lucy.

— Nie ma go. Byla tylko Ann, ale powiedziala, ze nie wie, kiedy maz przyjdzie.

— Kruka! Daj tu natychmiast Kruka!

— Co ci da'c? — Margaret Stone nie mogla zrozumie'c.

— Bernarda Kruka! Przyprowad'z! No, konstruktora! Nie wie pani?

— Ach tak. Ale po co ci on? Znasz go dobrze? Powiedz, czego ci trzeba, ja sie chetnie zakrzatne. Ale po co tu Kruk?

— Musze natychmiast go widzie'c. Pani rozumie? Koniecznie! Natychmiast! Zrobi to pani dla mnie? Zatelefonuje do niego. Budka jest niedaleko stad! Powie mu pani, ze…

— Nie ple'c glupstw. On nie przyjdzie — przerwala Margaret.

— Alez ja wiem…

— Ja wiem — nie dala mu sko'nczy'c — ze prezydent przylapal go gdzie's na zewnatrz. Podobno jak uciekal… A zreszta, co i jak, nie wiem, do's'c, ze jest aresztowany… i niebezpiecznie nawet pyta'c o niego. To tylko zawracanie glowy! Sam widzisz…

Horsedealer niczego nie widzial, chociaz mial oczy szeroko otwarte…

Prezydent zastal c'orke w salonie. Nie spala jeszcze. Niepok'oj dziewczyny nie uszedl uwagi ojca. Nie mial pewno'sci co do jego przyczyny, ale pozalowal, ze m'owil Stelli o mozliwo'sci jej malze'nstwa z konstruktorem. M'oglby bowiem teraz przemilcze'c dalszy bieg wypadk'ow.

— Chce ci powiedzie'c, ze wszystko w porzadku.

Pytajacy wzrok Stelli 'swiadczyl wymownie, ze jej to nie wystarcza.

— Los Kruka jest przesadzony — dodal obojetnym tonem.

— To znaczy? — Stella nie dawala za wygrana. — Czy wyznaczyle's termin 'slubu?

— Wprost przeciwnie. Okoliczno'sci ulozyly sie wprawdzie dosy'c nieoczekiwanie, lecz wyzwolily ciebie od wsp'oludzialu w rozwiazywaniu sprawy miotacza. Teraz mozesz po'slubi'c Jacka Handersona i by'c naprawde szcze'sliwa. Chyba rozumiesz, ze tak bedzie lepiej?

— Tak, ojcze. A Kruk?

Summerson uznal, ze powinien by'c twardy i wyja'sni'c sprawe definitywnie:

— Kruk jest ciezko chory i watpie, aby doktor Bradley zdolal go uratowa'c. Stan jego jest beznadziejny i chyba umrze w ciagu kilkunastu godzin — stwierdzil chlodno i chcac zapobiec dalszym niewygodnym pytaniom dorzucil: — To wszystko, co chcialem ci zakomunikowa'c.

Usta dziewczyny zadrgaly nerwowo. Bez slowa wpatrywala sie przez chwile w kamienna twarz ojca, naraz odwr'ocila sie gwaltownie i wybiegla z pokoju.

Prezydent pozostal sam. Bebniac nerwowo palcami w szklana plyte biurka nie m'ogl opanowa'c potegujacego sie rozdraznienia. Siegnal do guzika wizofonu.

— Prosze polaczy'c mnie ze stacja rakiet i przywola'c konstruktora Bradleya… Tak, konstruktora. Od dzi's przysluguje mu ten tytul.

Po opuszczeniu gabinetu ojca Stella zamknela sie w swojej sypialni. Upadla na tapczan i wybuchnela placzem. Szybko jednak rozpacz, polaczona z uczuciem upokorzenia i krzywdy osobistej, przerodzila sie w bunt przeciw woli ojca.

Stella byla bardzo mloda, ale jako c'orka prezydenta, i to takiego prezydenta, jakim byl Summerson, wiedziala o bardzo wielu skandalach, oszustwach, intrygach, szantazach, a nawet pospolitych zbrodniach. Odbywaly sie blisko, tuz — bo w kregu dzialania jej ojca i innych potentat'ow. Przyzwyczaila sie do tego, tym bardziej ze stary Summerson dla kazdego lotrostwa, kt'ore sie dokonywalo z jego rozkazu lub za jego wiedza i milczacym przyzwoleniem, znajdowal prezydenckie wytlumaczenie „racji stanu” i kaznodziejskie „woli bozej”. Dowiadywala sie o nich najcze'sciej od os'ob trzecich, gl'ownie „zlotej mlodziezy”, kt'ora zachwycala sie niekt'orymi podlo'sciami z powodu podobie'nstwa ich do wyczyn'ow bohater'ow tej czy owej sensacyjnej powie'sci rysunkowej.

Postepowanie ojca nie wywolaloby u Stelli zadnej specjalnej reakcji, gdyby nie chodzilo tu o zycie Bernarda Kruka.

Nie mogla i nie chciala pogodzi'c sie z my'sla, ze dla jakiej's nic ja nie obchodzacej gry politycznej mialaby go utraci'c. Byla dumna i uparta, podobnie jak jej ojciec. Gdy trze'zwiejsza my'sl przypominala jej, ze ojciec pragnie 'smierci Kruka, wiedziala juz, po czyjej stronie stanie, je'sli przyjdzie jej wybiera'c pomiedzy wola ojca a zyciem Bernarda.

Spojrzala na zegarek: zaczynal sie juz dzie'n. Zerwala sie z tapczanu tak gwaltownie, jak gdyby chciala jednym ruchem odepchna'c te nie przespana bolesna noc i sprawi'c, by chociaz ten dzie'n byl pomy'slniejszy i szcze'sliwszy.

— Chce, zeby Ber zyl! — powiedziala p'olglosem i cichutko zamknela za soba drzwi.

Rozszerzone zdziwieniem oczy siwej kobiety powitaly Stelle, kt'ora weszla do pokoju nie czekajac na slowo zaproszenia.

Nie znala Johna Malleta, kt'ory przyja'znie ja powital. Nie miala dotad zadnej sposobno'sci blizszego zetkniecia sie ze 'swiatem, w kt'orym zyl Bernard.

Mary Kruk ochlonawszy z niespodziewanego wrazenia uprzejmym, troche unizonym ruchem wskazala Stelli najwygodniejsze miejsce. Slyszala od syna i przez radio o obietnicy prezydenta, wiedziala tez o dalszym obrocie sprawy. Teraz, patrzac na szczupla sylwetke Stelli, na jej twarz o jakim's zacietym wyrazie, zadawala sobie pytanie: „Co ja sprowadza?”

— Bardzo mi milo, ze pani przyszla do nas. Jestem zaszczycona… — podjela nie'smialo. Stella milczala, zmieszana obecno'scia Malleta. Mary Kruk ciagnela:

— Ber jeszcze nie wr'ocil.

— Wiem — przerwala Stella. — Wla'snie przyszlam naradzi'c sie z pania. Zdziwienie siwej kobiety wzroslo.

— Moze ja przeszkadzam? — odezwal sie Mallet. Dziewczyna spojrzala na niego.

— Pan jest krewnym Bernarda?

— Przyjacielem jego niezyjacego juz ojca, a dzi's i jego przyjacielem.

— To 'swietnie. Niech pan zostanie. I nie czekajac odpowiedzi wyja'snila:

— Bernard jest w niebezpiecze'nstwie. Grozi mu 'smier'c. Trzeba go koniecznie ratowa'c — doko'nczyla bardzo stanowczo.

Matka zadrzala. Chwile stala nieruchomo, patrzac z lekiem w twarz Stelli, a potem, mocno 'sciskajac jej dlo'n, powiedziala:

— Dobra, szlachetna pani…

Dziewczyna u'smiechnela sie blado. Bala sie rozwleklych rozm'ow, podczas gdy kazda chwila byla droga. Przerwala wiec:

— Ber znajduje sie w szpitalu pod straza policji i opieka doktora Bradleya, kt'ora moze by'c tragiczna w skutkach — Czy pan widzi realny spos'ob wydostania go stamtad? — skierowala wzrok na Malleta. — Moze udaloby sie kogo's przekupi'c? Zabralam ze soba troche bizuterii.

John milczal. A jezeli chytry oszust, bo za takiego zawsze uwazal Summersona, po prostu uzyl c'orki jako narzedzia prowokacji?

Stella zaczela rozumie'c, ze jej obecno's'c tu, dla niej tak naturalna i logiczna, w oczach tych ludzi wymaga szerszego komentarza, inaczej ona bedzie dla nich nadal tylko c'orka prezydenta, daleka, wymagajaca szczeg'olnego szacunku, lecz zupelnie obca.

Przyszlo jej na my'sl, ze powinna opowiedzie'c o calej sprawie jak najdokladniej. Tak tez uczynila. Powt'orzyla rozmowe prezydenta z doktorem, nie zataiwszy niczego, powt'orzyla r'owniez wstrzasajace slowa uslyszane nad ranem od ojca.

Gdy sko'nczyla, odetchnela swobodniej.

Mallet uznal, ze dalsze wypytywanie byloby zbedne. Pragnal odwdzieczy'c sie Stelli za zaufanie, ale obawial sie odsloni'c powstajacy w jego umy'sle plan dzialania. Lecz Stella, wyczuwajac niezreczno's'c sytuacji, sama rozwiazala problem:

— Musze juz wraca'c, zeby nie wzbudzi'c podejrzenia prezydenta — pierwszy raz w zyciu tak oficjalnie nazwala ojca. — Na milo's'c boska, r'obcie co's. Aha, dam panu pieniadze. Przydadza sie pewnie w tej sprawie.

Siegnela do torebki. W tej chwili John ostroznie polozyl spracowana reke na jej bialej, wypielegnowanej dloni.

— Nie potrzeba — przem'owil serdecznie. — Przekupstwem pokpiliby'smy sprawe. Bedziemy dzialali w inny spos'ob.

— A moze trzeba wynaja'c ludzi, kt'orzy by go odbili? — siegnela do arsenalu sensacyjnych opowie'sci obrazkowych drukowanych przez Greena.

— Um'owmy sie tak — zaproponowal Mallet. — Zostawi pani pier'scionek. Gdyby pomoc byla konieczna, czlowiek, kt'ory go pani odniesie twierdzac, ze go znalazl w windzie, bedzie zaslugiwal na calkowite zaufanie.

Z dlugiego szeregu prob'owek i butelek zalegajacych laboratorium reka doktora Bradleya wybrala maly, czarny flakon, moze bardziej niepozorny od innych. Zdawalo sie lekarzowi, ze jaka's wewnetrzna sila odpycha go od tego flakonu. Raz po raz wracalo wspomnienie dnia, kt'ory otworzyl pierwsza znaczaca karte w jego zyciu, a zamknal czyja's ostatnia. Siegnal wtedy po slawe pelna gar'scia. Za cene zbrodni. Jeszcze niedawno zdawalo mu sie, ze zatarl ja czas, ze pogrzebana zostala na zawsze. I oto teraz odzyla… Odzyla nie tylko w pamieci, bo tam wracala nieustannie macac spok'oj lekarza — odzyla groza powt'orzenia sie jeszcze raz tego strasznego dnia, w kt'orym zako'nczyl zycie Rosenthal.

Teraz wszystko w jego naturze, co opieralo sie zadanemu gwaltowi, stanelo oko w oko z obojetno'scia robota, podda'nczo uleglego woli pana i wla'sciciela. Dlonie mu drzaly, zimna powierzchnia szkla zdawala sie parzy'c palce. Opu'scil reke i ostroznie postawil flakon na stole. Nagle otrzasnal sie.

— Nie, nie. Raczej koniec. Podszedl po'spiesznie do telefonu. Nakrecil numer.

— Tu Bradley. Doktor Roth? Prosze powiedzie'c memu synowi, aby natychmiast przyjechal do mnie. Tak, natychmiast. Dziekuje.

Odetchnal z ulga.

Czarna ampulka, polyskujaca na 'srodku stolu w 'swietle lampy, wydala mu sie mniej straszna.

Bradley podszedl do stolu i wyciagnal reke po flakon.

Nagla ciemno's'c przykula go do miejsca.

Byl ogromnie zdziwiony, gdyz w tej cze'sci 'swiata zdarzylo sie to za jego dlugiego zycia po raz pierwszy.

Wyszedl na korytarz. Ta sama wszechogarniajaca, niewypowiedzianie pelna czer'n pochlonela go.

— Ellen! — zawolal na pielegniarke.

Wiazka jaskrawego 'swiatla przeciela ciemno's'c. Potem druga. Przymruzyl powieki, ale nie widzial jeszcze niczego pr'ocz elektrycznych oczu. Bialy blask trzymal go jak w szponach.

— Profesorze Bradley, niech pan prowadzi nas do swego gabinetu. Pod warunkiem, ze tam nikogo nie ma. Prosze postepowa'c z nami uczciwie, nie pr'obowa'c podstepu, a wlos panu z glowy nie spadnie.

Lekarz bez wahania wskazal drzwi. Bylo mu wszystko jedno.

Na wezwanie wszedl pierwszy. Dwaj przybysze zamkneli za soba drzwi. Zdazyl przywykna'c troche do razacej jasno'sci latarek. Teraz dostrzegal juz, ze intruzi maja zasloniete twarze, a jeden trzyma w dloni pistolet-elektryt.

— Czym moge sluzy'c? — zapytal tak spokojnie, jak gdyby mial do czynienia z pacjentami.

— Przyszli'smy zobaczy'c sie z Bernardem Krukiem, Daisy Brown i Deanem Roche'em… Kt'ory pok'oj zajmuja?

— Dwudziesty czwarty.

— Klamiesz! — nizszy z przybysz'ow nieco podni'osl lufe broni. Glowa lekarza drgnela nieznacznie.

— Od jak dawna tam sa? — zapytal drugi przybysz.

— Od p'ol godziny.

— A przedtem?

— Przedtem znajdowali sie w trzech pokojach. Tam ich przywieziono.

— Czy zyja?

— Tak.

— Zdrowi?

— Zdrowi. Tylko u'spieni.

— Kto ich u'spil?

— Ja.

— Dlaczego?

— Otrzymalem takie polecenie.

— Od kogo?

Lekarz zawahal sie. Lecz drugi z przybylych wyreczyl go:

— Summerson. To jego robota.

— Ale czy sie obudza? — zapytal pierwszy.

— Bezwzglednie. Kruk za jakie's 3 godziny, tamci za czterdzie'sci kilka.

— Czy potrafi pan przywola'c ich natychmiast do przytomno'sci?

— Tak. W ciagu kilku minut.

— Prosze zabra'c ze soba odpowiednie 'srodki.

Bradley spojrzal zn'ow po butelkach. Czarny flakon nie budzil juz jego leku. Wiedzial, ze go w og'ole nie uzyje. Nagle przeszedl go dreszcz. Byl to bardziej dreszcz wstydu niz dreszcz strachu. Odwr'ocil oczy od mazistej cieczy. Siegnal po strzykawke, nastepnie ujal w dlo'n buteleczke z przezroczystym plynem, schowal do kieszeni i spojrzal na przybylych.

— Jestem got'ow.

— Jeszcze pytanie: ilu policjant'ow strzeze uwiezionych?

— Dw'och, przed drzwiami.

— I nie ma zadnych dodatkowych patroli?

— W pokoju 'spiacych nikogo nie ma. A w okolicy, w sasiednich korytarzach — nie wiem.

— Jak sa uzbrojeni policjanci strzegacy drzwi?

— Zewnetrznie tak jak zwykle policjanci na sluzbie. Wiecej nie umiem powiedzie'c. Przeciez ich nie rewidowalem.

— Prosze sie przyzna'c, je'sli pan klamie — ostrzegl nizszy z przybylych. — przebaczymy, ale je'sli sie p'o'zniej okaze, to…

Drugi osobnik dotknal nieznacznie ramienia m'owiacego. Nabral wiary w szczero's'c profesora. Bradley powi'odl zwezonymi razacym 'swiatlem oczyma po obydwu i odrzekl z moca:

— Powiedzialem prawde. A 'smierci sie nie boje. Stary jestem…

— Idziemy.

— Mozna o co's zapyta'c? — poprosil Bradley.

— Nie ma czasu!

— Czy wy… zabijecie ich?

— Nie, profesorze.

Na trzykrotne haslo latarki odpowiedzialo kilka takich samych blysk'ow. Kierujacy akcja Cornick spojrzal na Bradleya.

— Niech profesor nas prowadzi.

'Swiatlo nie zapalalo sie. Szli poprzez szeroki, dlugi korytarz, mijajac szereg drzwi separatek szpitalnych. Na ko'ncu korytarza Cornick ujal profesora za rekaw i szepnal podajac latarke:

— Pan p'ojdzie pierwszy 'swiecac. Wejdzie pan do pokoju chorych, jak gdyby nas w og'ole nie bylo. Prosze 'swieci'c tylko prosto przed siebie.

Bradley wykonal polecenie. Dochodzac do miejsca, gdzie stal dozorujacy policjant, uslyszal dono'sny okrzyk:

— St'oj! Kto idzie?

— To ja! Profesor Bradley.

— Czy nie wie pan, co sie stalo ze 'swiatlem? Kolega poszedl po latarke. Pan profesor moze ma zapasowa?

— Nie mam — odparl uczony.

Otworzyl drzwi z klucza i spokojnie wszedl do 'srodka. Uslyszal za soba suchy rozkaz:

— Rece do g'ory, rzuci'c bro'n! Naprz'od!

Nie byl zwr'ocony do niego. Zobaczyl przerazonego straznika, kt'ory szybko wepchniety do pokoju i o'slepiony blaskiem, stal pewien czas bezradnie, wreszcie wykrztusil blagalnie:

— Nie zabijajcie mnie.

— Nie oglada'c sie! Bad'z posluszny, to nie spotka cie nic zlego.

Cornick podni'osl z ziemi pistolet i wskazal policjantowi kat pokoju. Tam tez skierowalo sie i zatrzymalo jedno ze 'swiatel. Reszta skupila sie na trzech l'ozkach ustawionych w niewielkich odstepach od siebie. Rytmiczny oddech pacjent'ow wskazywal, ze Bradley m'owil prawde.

— Profesorze, niech pan sie 'spieszy.

Bradley nie zamierzal zwleka'c. Byl zadowolony, ze wla'snie tak sie stalo…

Niebawem Kruk poruszyl sie i p'olprzytomnym wzrokiem wpatrzyl sie w jaskrawe 'swiatla. Daisy i Dean wr'ocili do przytomno'sci jednocze'snie. Milczeli. Zna'c bylo, ze nie spodziewali sie niczego pomy'slnego.

— Jeste'scie wolni — powiedzial Cornick. — Czy mozecie i's'c o wlasnych silach? Daisy uniosla glowe. Potem podparla sie i usiadla mrugajac zdziwionymi oczami.

— Chyba tak. Tylko troche mi sie kreci w glowie. Dlaczego tu tak ciemno?

— Chod'zcie! Nie ma czasu.

Wyszli. Bradley uslyszal chrobot klucza. Zapanowala zn'ow ciemno's'c i cisza przerywana tylko nerwowym sapaniem policjanta.

— Gdzie oni sa? — rozleglo sie w ciszy, kiedy szef policji wszedl do gabinetu.

Godston skurczyl sie w sobie.

— Gdzie oni sa? — powt'orzyl prezydent. Cisza.

— Gdzie oni sa? Przeciez zapytuje.

— Nie wiem. Czy zechcesz przyja'c moja rezygnacje?

— Mam wazniejsze sprawy na glowie. Trzeba natychmiast ich odnale'z'c. Rozumiesz? Szef policji skinal glowa.

— Jak sadzisz, gdzie oni mogli sie ukry'c? — rzucil pytanie prezydent.

— Wszedzie.

Odpowied'z Godstona brzmiala ponuro.

— Kiedy zarzadzile's pogo'n?

— W 20 minut po napadzie.

Prezydent dopiero teraz u'swiadomil sobie sens slowa „wszedzie”. Tak, Godston nic nie przesadzil. 20 minut. Je'sli sie we'zmie pod uwage po'spieszne windy pneumatyczne, mogli oni z powodzeniem ukry'c sie przez ten czas w kazdym punkcie Celestii.

— Gdyby nie Arnold Bradley, nie wiedzialbym nic chyba do tej pory.

— Przeciez juz bylo 'swiatlo. Dzwonek nie dzialal?

— Przecieli przewody. O, to byla akcja dobrze przemy'slana.

— Winszuje — powiedzial prezydent kpiaco. — Ale sadze, ze w odpowiedzi pokazesz mi wasza sprawno's'c. Ja na to czekam. I zadam! Aha, czy tego dokonali ludzie Greena, czy tez… -Summerson urwal w p'ol zdania.

— Trudno powiedzie'c. Wygladalo na robote Agro, ale wyniki wstepnych dochodze'n prowadza w innym kierunku.

— To znaczy — dokad?

— Do tego samego 'zr'odla, co w zaj'sciach sprzed dw'och dni. Prawdopodobnie dzialala tu banda Nieugietych.

— Wylaczenie 'swiatla bylo przypadkiem czy sabotazem?

— Bezwarunkowo sabotazem.

— Czy sprawca zostal ujety?

— Nie.

— Dotychczas nie! — Summerson zaakcentowal pierwsze slowo.

— Bede szczery. W tym wypadku wykrycie sprawc'ow jest naprawde bardzo trudne. 'Sledztwo przeprowadzi'c mozna. Ale czy na to jest czas?

— Tak! Szkoda czasu na gadanie z toba! — zniecierpliwil sie prezydent. — Za godzine dostarczysz mi tych troje — zywych lub umarlych. Dzi's spostrzegam, ze rzadzilem zbyt lagodnie.

Summerson zamy'slil sie.

— Wracajac do rzeczy — rzekl po chwili — ufam, ze przeprowadzisz to ostroznie i dyskretnie. 'Spiesz sie.

Godston nie opuszczal miejsca.

— Daj mi sze's'c godzin. Dlugo's'c dr'og w Celestii wynosi ponad 150 km, nie liczac bocznych przej's'c, nie biorac pod uwage pomieszcze'n mieszkalnych, przemyslowych i innych. Powierzchnia za's, kt'ora trzeba przeszuka'c, wynosi ponad 10 km2. Zeby wykona'c rozkaz w wyznaczonym przez ciebie czasie, musialbym dysponowa'c jasnowidzem.

— Ale wykonasz?

Prezydent mierzyl go wzrokiem.

Umysl dyrektora policji pracowal goraczkowo. Wydawalo mu sie, ze zadanie przerasta jego mozliwo'sci. Ale sam postawil termin. Wiedzial, ze je'sli cofnie sie, przekre'sli swoja kariere. Przytaknal wiec po'spiesznie.

— Nie, to za dlugo — zaoponowal nagle Summerson. — Daje ci trzy godziny! To i tak bardzo duzo, je'sli umiejetnie zastosujesz blokade pion'ow. Az za duzo, jak na mnie. A teraz konkretne polecenie. Napadu dokonano w godzinach pracy. W ciagu dwudziestu minut sprawdzisz we wszystkich wiekszych zakladach, kt'orzy pracownicy byli nieobecni. Trzeba to zrobi'c dyskretnie, aby nie wywola'c paniki. Zaraz po tym wydasz nakaz ich aresztowania, jak r'owniez tych, kt'orych masz na oku od wtorkowych zaj's'c. Przypuszczam, ze ich nie bedzie wielu — u'smiechnal sie ironicznie — sadzac z twej bezradno'sci. Opr'ocz aresztowania, 'scisla rewizja w mieszkaniach.

— Ale czy to nie wywola nowych awantur?

— R'ob, co kaze!

Godston przytaknal i po'spiesznie wyszedl.

Summerson polaczyl sie z Handersonem i Winterem, nastepnie z Kuhnem, Harrimanemi Frondym, proszac ich na narade.

Dyskusja byla kr'otka. Wiadomo's'c o odrodzeniu sie legendarnego stowarzyszenia Nieugietych napelnila lekiem zar'owno trzech gl'ownych wladc'ow malego 'swiata, jak i ich satelit'ow, totez bez zastrzeze'n przyjeto projekt zarzadze'n stanu wyjatkowego, opracowany przez Summersona. Zarzadzenia te, okre'slone jako obowiazujace wszystkich mieszka'nc'ow Celestii, przewidywaly:

1. Wprowadzenie kary 'smierci za przynalezno's'c do wszelkich tajnych organizacji, jak r'owniez za udzielenie pomocy jej czlonkom.

2. Wprowadzenie kary wiezienia dla bialych, a kary 'smierci dla Murzyn'ow za samowolne opuszczenie pracy. Zmiana miejsca pracy moze nastapi'c tylko za zgoda dyrektor'ow zaklad'ow.

3. Wprowadzenie kary 'smierci nie tylko dla czarnych przebywajacych nielegalnie na terenach przeznaczonych dla bialych, lecz r'owniez dla bialych spotkanych bez okre'slonego legalnego powodu w dzielnicy murzy'nskiej. Swobode ruchu „szarych” ogranicza sie do dzielnicy zamieszkania. Przepustki do innych dzielnic bedzie wydawala policja.

4. Stworzenie zamknietego poziomu dla chorych psychicznie oraz element'ow podejrzanych o dzialalno's'c przestepcza. Ograniczenie do jednego poziomu dzielnicy bezrobotnych w celu latwiejszej kontroli.

5. Zainstalowanie kamer telewizyjnych we wszystkich kluczowych punktach Celestii, jak r'owniez we wszystkich wazniejszych zakladach pracy.

6. Zwiekszenie liczebno'sci policji o 50 procent.

7. Podniesienie plac policjantom i nadzorcom.

— Dziekuje — powiedzial Summerson po przyjeciu jego wniosk'ow. — W zwiazku z wyjatkowo trudna sytuacja wydalem juz specjalne dyrektywy, kt'ore zapobiegna pr'obom zorganizowanego oporu. W tej chwili trwaja aresztowania wybitniejszych uczestnik'ow spisku. Moze doj's'c do demonstracji, nalezy wiec zachowa'c czujno's'c. Nie ma obawy — wyja'snil widzac zaniepokojenie na twarzach obecnych. — Policja jest w pelnym pogotowiu i wszelkie pr'oby buntu beda stlumione.

Summerson podni'osl sie z fotela dajac znak, ze narada sko'nczona. Wtem zadzwonil telefon. Glos Godstona zdradzal silne podniecenie.

Na d'zwiek pierwszych sl'ow prezydent wezwal szefa policji do siebie.

— Prosze zda'c szczeg'olowa relacje. Jak to bylo? Zamach na profesora? — nerwowo pytal Summerson.

— Nie. Na Jima. Mlody Bradley pracowal na zewnatrz, przy montazu miotacza. Stamtad chcieli go porwa'c.

— Czy pracuje nadal?

— Pracuje. Spieszy sie jak moze. Wla'snie przed chwila wlaczyli ponownie miotacz. Prezydent odetchnal z ulga i usiadl w fotelu. Minister ochrony zewnetrznej spojrzal na Summersona jako's dziwnie, jakby mial zal, ze wylaczenie miotacza odbylo sie bez jego wiedzy i akceptacji.

— No! — ponaglil Summerson Godstona.

— Na miejsce pracy, strzezone zgodnie z twoim rozkazem, wtargnelo kilku osobnik'ow w skafandrach.

— Ilu? — rzucil Summerson.

Godston przybral strapiona mine.

— Nie wiesz?! M'ow dalej!

— Bardzo szybko obezwladnili Jima i chcieli zabra'c go z soba, lecz policjanci przystapili do ataku; wywiazala sie walka, na szcze'scie z pomy'slnym wynikiem.

— To znaczy? Bradleyowi nic sie nie stalo?

— Nie. Ranili policjanta.

— Glupstwo.

— Jednego bandyte zabito.

— Tez glupstwo. Ujeli'scie zywcem kt'orego?

— Nie.

— Twoi policjanci pozwolili im zbiec? No co? M'ow szczerze.

— Walka wrecz na zewnatrz jest bardzo ryzykowna. Tym bardziej ze laczno's'c…

— Co?! — wrzasnal prezydent. — Nie chcieli narazi'c zycia w obronie Celestii? Kaze ich powiesi'c. Podawaj nazwiska! Milczysz?! Co? Moze nie pamietasz?

— Chcialem szybko zameldowa'c…

— Wyno's sie! Podasz mi nazwiska zdrajc'ow przez telefon! Wyroki 'smierci przy'sle. Stan wyjatkowy, wiec sam decyduje! Niepotrzebna mi pomoc sadu.

Summerson spojrzal po zebranych.

— Slyszeli'scie?… Czuje Kruka w tej robocie. W'sciekly diabel! No co? — prezydent skierowal gniewny wzrok na Godstona. — Sterczysz tu jeszcze?

— Bo… — zajaknal sie tamten.

— Masz mi co's do powiedzenia?

— Chodzi o policjanta pilnujacego wej'scia…

— Policjanta?

— Wla'snie… on… jak by to powiedzie'c…

— Zapomniale's jezyka w gebie? M'ow po ludzku! Ranili go? Obezwladnili?

— Nie. Nic mu nie zrobili. Ale…

— To znaczy: stch'orzyl? On bedzie najwiecej odpowiadal!

— Daruj…

— Coo?! Co mam darowa'c?! Zwariowale's!

— Kiedy… To wla'snie on zwariowal! — wyrzucil przestraszony Godston.

— Kto? Policjant? Dobre sobie! Jak on sie nazywa?

— Edgar Brown. On…

— Co takiego? M'owisz mi na zlo's'c? To niemozliwe, zeby takie bydle nosilo moje imie!

— Alez daruj… On naprawde nie jest winien.

— Ze ma na imie Edgar? Osadzam, ze winien! Imie u'swiecone osoba prezydenta zobowiazuje do czego's lepszego niz podly strach o wlasne zycie!

— Ja… ja nie to chcialem powiedzie'c… Nie o imieniu… — wykrztusil Godston.

— Tylko? — rzucil prezydent marszczac brwi.

— Ten policjant naprawde zwariowal. To przeciez nie zalezalo od niego.

— Wobec tego Roth odpowie za niedbala kontrole stanu zdrowia twoich ludzi. Tego mi tylko brakowalo, zeby policjanci dostawali obledu!

— On byl, a wla'sciwie jest, normalny, ale…

— M'ow ja'sniej! Co ten policjant robil takiego, ze poczytujesz go za wariata?

— Okropnie sie przestraszyl. Ale nie pistoletu. I nie ludzi!

— Tylko kogo? Diabla? Godston nie zaprzeczal.

— No co? Czerwonego Diabla zobaczyl? — ironizowal Summerson. Dyrektor policji speszyl sie.

— Bo ja wiem…

— No?

— Wla'sciwie nie czerwonego, tylko… fioletowego.

Summerson drgnal i uni'osl sie raptownie na fotelu. Godston mimo woli uchylil glowe, jak gdyby chcial unikna'c ciosu, cho'c prezydent sie nie zamierzyl. Dyrektor policji dotknal w tej chwili jezykiem sztucznej szczeki — wspomnienia po wybiciu mu zeb'ow przez Summersona pare lat temu, kiedy nie do's'c sprawnie wypelnil jego polecenie, a mial pecha natrafi'c na zly humor wuja.

Prezydent nasrozyl sie i przez zaci'sniete usta plunal tylko jednym slowem:

— Bla'znie!

Godston cofnal sie.

— No! — wrzasnal gro'znie Summerson.

— Pozw'ol mi powiedzie'c…

— No!

— Policjant… powiedzial… ze… ze zobaczyl diabla. Na zewnatrz, w przestrzeni kosmicznej. A nazwalem go fioletowym, bo mial fioletowy ogon.

— Mial? Tylko wariatowi sie tak wydawalo!

— No tak…

Prezydent troche sie opanowal.

— Co ci jeszcze nabredzil?

— Powiedzial, ze jest malego wzrostu jak karzel. Ma ogromna glowe, pie'c lap, a fioletowy ogon, raz mniejszy, raz wiekszy, ciagnie sie za nim.

Summerson zamy'slil sie.

— Kaz tego policjanta przyprowadzi'c do mnie — rzekl nieco spokojniej. — Tyle mam klopot'ow, niech sie zabawie…

— Kiedy?

— Zaraz. Mozesz ucieka'c.

Nagle stalo sie co's nieoczekiwanego.

'Swiatlo przygaslo na ulamek sekundy. Po tym drugi i trzeci raz.

Dreszcz przeszedl po obecnych.

— Miotacz dziala… — wyszeptal Kuhn. Pomy'slal z lekiem, co by bylo, gdyby Bradley nie zdazyl uko'nczy'c montazu i wlaczy'c miotacza. Wciagnal powietrze, zeby zaprotestowa'c cho'cby teraz. Prezydent to zauwazyl.

— Miotacz dziala! — powiedzial z naciskiem, cho'c w glosie jego kto's bardziej spostrzegawczy m'oglby wyczu'c jakby nute zdziwienia.


Tajemnica przestaje by \c tajemnica | Zagubiona Przyszłość | Sie \c