home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z
Ŕ Á Â Ă Ä Ĺ Ć Ç Č É Ę Ë Ě Í Î Ď Đ Ń Ň Ó Ô Ő Ö × Ř Ů Ý Ţ ß


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | ôîđóě | collections | ÷čňŕëęč | ŕâňîđŕě | add

đĺęëŕěŕ - advertisement



Sie'c

Tom Mallet jeszcze silniej przywarl do 'sciany. Serce bilo mu gwaltownie, krople potu wystapily na czole.

Osobnik w granatowej bluzie otworzyl szerzej drzwi i zajrzal do pomieszczenia, w kt'orym ukryl sie chlopiec.

Snop bialego 'swiatla przecial ciemno's'c i jasny krazek poczal sie 'slizga'c po zastawionej beczkami podlodze i 'scianach magazynu.

Tom wstrzymal oddech. Krazek 'swiatla przebiegl tuz nad jego glowa i zgasl. Czlowiek w granatowej bluzie cofnal sie i z trzaskiem zasunal drzwi.

Zapanowala ciemno's'c. Tom odetchnal z ulga: widocznie agent nie zauwazyl go. Poczekal chwile, a nastepnie ostroznie, aby zadnym d'zwiekiem nie zdradzi'c swojej obecno'sci, poczal po omacku przesuwa'c sie ku wyj'sciu. Przylozyl ucho do zimnej powierzchni metalu.

Za drzwiami zdawala sie panowa'c zupelna cisza. Chlopiec ujal metalowy uchwyt i pr'obowal ostroznie odsuna'c drzwi.

Stawialy op'or. Pociagnal mocniej. Rozlegl sie przytlumiony zgrzyt i jasna linia szczeliny przeciela ciemno's'c. Tom zadrzal. Zaden jednak obcy d'zwiek nie dotarl do uszu chlopca.

A je'sli on gdzie's tu zaczajony czeka, az wyjde? — poczul, ze robi mu sie goraco. Wiedzial jednak, ze nic na to nie poradzi. Usilowal u'swiadomi'c sobie rozmieszczenie najblizszych korytarzy i drzwi, skad m'ogl spodziewa'c sie pogoni. Nie bylo to jednak latwe, gdyz znajdowal sie tu po raz pierwszy. Cho'c Tom w czasie licznych zabaw i wypraw poznal Celestie niemal jak wlasna kiesze'n, jednak korytarze i pomieszczenia, w kt'orych sie obecnie znajdowal, byly zwykle zamkniete, gdyz mie'scila sie tu znaczna cze's'c magazyn'ow Sial Celestian Corporation. Chlopiec wiedzial tylko tyle, ze musi po wyj'sciu z ukrycia skierowa'c sie na prawo, gdzie za zakretem rozpoczynal sie znany mu juz korytarz.

Przysunal stope do szpary i ostroznie, ko'ncem buta, rozszerzyl otw'or. Drzwi ustepowaly teraz juz bez zgrzytu. Przez szpare wida'c bylo wyra'znie znaczna cze's'c przeciwleglej 'sciany korytarza.

Wyjrzal na zewnatrz. Nie bylo nikogo. Na palcach wyszedl na korytarz i nasluchujac poczal zbliza'c sie do zakretu. Tu r'owniez moglo czai'c sie niebezpiecze'nstwo.

Stwierdzil z ulga, ze nikogo nie ma. Po chwili dotarl do duzych, rozsuwanych obustronnie drzwi, nad kt'orymi wisiala tablica z napisem: Brama nr l 8. 'Sciskajac mocno w dloni pek kluczy, aby nie d'zwieczaly, odszukal wla'sciwy i wsunal w otw'or zamka.

Rozlegl sie cichy trzask i drzwi rozsunely sie. Blyskawicznie wskoczyl do 'srodka i zatrzasnal je za soba.

Teraz dopiero poczul sie bezpieczny. Siegnal do kieszeni i ko'ncami palc'ow namacal papier. List znajdowal sie na swoim miejscu. Ale c'oz z tego, skoro nie zdolal go doreczy'c, a w obecnej sytuacji trudno bylo ryzykowa'c nowa pr'obe dotarcia do mieszkania Horsedealera.

Nie ulegalo watpliwo'sci, ze korytarze wok'ol centralnej windy znajduja sie pod obserwacja policji i spotkanie agenta nie bylo przypadkowe. Fakt, ze 'sledzil on Toma, zdawal sie wskazywa'c, iz podejrzewa go o kontakt z ukrywajacymi sie zbiegami.

Co by bylo, gdyby go zauwazyl w tym magazynie? Gdyby policja znalazla list Bera i te klucze?

Nie wiedzial, co napisal konstruktor do starego filozofa, lecz orientowal sie, ze musialy to by'c sprawy wielkiej wagi.

Wla'sciwie powinien byl wr'oci'c do kryj'owki i powiadomi'c konstruktora o sytuacji. Jednak duma z powierzonej mu misji sprawiala, ze nie m'ogl sie zdecydowa'c na powr'ot bez spelnienia otrzymanego polecenia.

Cho'c Tom nie wyr'oznial sie niczym szczeg'olnym spo'sr'od gromady urwis'ow, grasujacych niemal po wszystkich poziomach Celestii, jednak czeste rozmowy z ojcem sprawialy, ze nieco inaczej patrzyl na 'swiat niz jego r'owie'snicy. Dla innych chlopc'ow idealem byli tacy bohaterowie powie'sci rysunkowych Greena, jak „wielki m'sciciel” niszczacy za pomoca fantastycznych narzedzi zaglady tysiace z'oltych, czarnych i czerwonych diabl'ow, na jakiej's dziwacznej sztucznej planecie, czy „maly Jim”, kt'ory zaprzyja'znil sie z krwiozerczym upiorem straszacym na 93 poziomie.

Dla Toma, cho'c czesto i chetnie bral udzial w zabawach opartych na tych tematach, wz'or stanowily raczej postacie z opowie'sci ojca. Moze decydowal tu autorytet, jaki wyrobil sobie John Mallet u syna, moze zlozyl sie na to fakt, ze Tom, chlopiec nieco watlejszej budowy, nigdy nie odgrywal w zabawach z r'owie'snikami jakiej's znaczniejszej roli, kt'ora z reguly przypadala silniejszym chlopcom, przodujacym w gromadzie. W kazdym razie pomocnicze funkcje, pelnione w wielkich chlopiecych snach na jawie, pasowaly 'swietnie do ideal'ow, jakimi byli w opowie'sciach ojca skromny ucze'n szewca James czy mechanik Dean, kt'orzy dzieki swej odwadze i pomyslowo'sci oraz pomocy licznych przyjaci'ol ratowali zycie ludziom lub nawet cala Celestie od zaglady.

Marzenia jego koncentrowaly sie tez gl'ownie wok'ol jakiej's wielkiej przygody, przygody nie wymy'slonej przez chlopc'ow, lecz prawdziwej, takiej, jakiej zaden z jego koleg'ow nie przezyl. Aby on, Tom, m'ogl p'o'zniej opowiada'c o tym wszystkim — rudemu Jackowi, i duzemu Bobowi, co zawsze gral role „wielkiego m'sciciela” lub wodza diabl'ow, czy wreszcie wiecznie roze'smianej

Mary, kt'ora razem z chlopcami brala udzial we wszystkich ich zabawach. Wyobrazal sobie, jak beda z podziwem patrze'c na niego, jak od tej chwili Jack i Bob beda dawali mu role moze nawet „wielkiego m'sciciela”. A on wtedy odpowie, ze c'oz to znaczy dla niego, gdy on naprawde…

I oto stalo sie to, o czym od dawna marzyl Tom Mallet. Splot wydarze'n niepokojacych i gro'znych wepchnal go w wir wla'snie takiej wielkiej przygody, przygody, o kt'orej nie watpil, ze wywola podziw i zazdro's'c koleg'ow.

Lecz jakze inaczej wszystko sie ukladalo, niz sobie wyobrazal chlopiec!

Jeszcze sze's'c godzin temu bawil sie wesolo z kolegami na lace 62 poziomu, obrzucajac grudkami ziemi przerazonego niewolnika, koszacego maszyna trawe. Murzyn zapomnial zamkna'c brame i teraz bezskutecznie usilowal przepedzi'c kilkunastu urwis'ow z pola. Nie wiedzial, co ma pocza'c, bo nie wolno mu bylo jako niewolnikowi uzywa'c sily wobec bialych chlopc'ow, i tylko wymachujac bezradnie rekami prosil na przemian i grozil, wywolujac tym huragany 'smiechu w'sr'od napastnik'ow.

Naraz zgaslo 'swiatlo.

Fritz, kt'ory lubil sie wl'oczy'c po r'oznych ciemnych dziurach, mial latarke i zapalil ja.

Chlopcy z niepokojem wybiegli na korytarz, ale i tam panowala ciemno's'c. Pr'obowali uruchomi'c winde. I ona nie dzialala. Widocznie przerwa w dostawie pradu obejmowala znaczna cze's'c, a moze i cala Celestie.

Poczeli sie naradza'c, co maja robi'c. Ruszyli wreszcie za o'swietlajacym droge Fritzem w strone drugiej windy, oddalonej o jakie's 400 metr'ow od gl'ownego d'zwigu. Nim jednak doszli do niej, 'swiatlo zablyslo ponownie.

Pr'obowali dowiedzie'c sie od robotnik'ow pracujacych w polu, czy nic znaja oni przyczyny przerwy w dostawie pradu. Robotnicy jednak byli tak samo zdziwieni, jak chlopcy. Cala gromada pojechala wiec na 78 poziom do zaklad'ow Morgana, ale i tam nikt nic nie wiedzial.

Rudy Jack, zwany „prezydentem”, zawsze mial 'swietne pomysly. Zarzadzil, aby kazdy z chlopc'ow dla zorientowania sie, co bylo przyczyna zga'sniecia 'swiatla, udal sie do swego domu, wysluchal, co o tym m'owia, i za 20 minut stawil sie na skwerze Greena.

Chlopcy mieszkali w r'oznych punktach, istniala wiec duza mozliwo's'c kontroli.

Tom wraz z dwoma kolegami zjechal na 37 poziom i pobiegl do domu. Ojciec w tym czasie przebywal zwykle w zakladach Sialu, lecz chlopak spodziewal sie, ze spotka matke, a je'sliby jej nawet nie zastal w domu, to zawsze czego's sie od kogo's dowie.

Przebiegi pedem korytarz i juz chwytal za klamke, gdy naraz jak spod ziemi wyrosla przed nim posta'c ojca.

Ciezko dyszac John Mallet gwaltownym ruchem otworzyl drzwi, wepchnal syna do 'srodka i zasunal zatrzask.

Tom jeszcze nigdy nie widzial ojca w takim stanie. ”Rozszerzonymi ze zdziwienia oczami patrzyl, jak ojciec podszedl do tapczanu, podni'osl materac i wyjal stamtad nieduza paczke. Przez chwile stal na 'srodka pokoju rozgladajac sie wok'ol. Nagle podbiegl do otworu wentylatora umieszczonego w 'scianie i wrzucil tam paczuszke. Nastepnie wyciagnal szuflade stolika stojacego przy tapczanie i po'spiesznie poczal przerzuca'c jakie's papiery. Kilka kartek odlozyl na bok i zasunawszy szuflade podszedl do stolu. Tu wyciagnal zapalniczke i nad popielniczka spalil papiery.

Chlopiec z bijacym sercem wpatrywal sie w twarz ojca, nic 'smia'c pyta'c, co sie stalo.

— Gdzie matka? — odezwal sie wreszcie Mallet zmienionym glosem, mieszajac palcem popi'ol z papieru z popiolem cygar w popielniczce.

— Nie wiem — wyszeptal Tom. — Czy… mam jej poszuka'c?

— Nie. Zosta'n. Juz za p'o'zno na szukanie. Sluchaj, Tom — John podszedl do syna i z powaga spojrzal mu prosto w oczy. — Za chwile bedzie tu policja i przypuszczam, ze zostane aresztowany.

— Dlaczego nie uciekasz? — zawolal porywczo chlopiec.

— Nie moge, gdyz oznaczaloby to przyznanie sie do winy. Sluchaj, Tom! Pamietaj, ze przyszedlem do domu dlatego, ze zapomnialem zostawi'c klucz od kom'orki, a trzeba nakarmi'c kr'oliki. Rozumiesz?

Chlopiec kiwnal glowa.

— Oczywi'scie o tym, co tu przed chwila robilem — mowy nie ma! Rozumiesz! A teraz najwazniejsze…

John jakby sie zawahal, lecz tylko na moment. Chwycil syna za ramie i 'sciekajac je niemal do b'olu zaczal przyciszonym glosem:

— Cho'cby cie nawet krajali, cho'cby m'owili, ze cie zabija, tego, co za chwile powiem, nic wolno ci nikomu powt'orzy'c. Nikomu! Rozumiesz? Nikomu! Nawet matce, bo nie ma sensu, aby kto's jeszcze o tym wiedzial! A od tego zalezy zycie ludzkie, a moze nawet jeszcze co's wiecej… zreszta, matki nie trzeba niepokoi'c. Sluchaj! i — siegnal do kieszeni i wyciagnal maly pek kluczy. -Te klucze na razie wl'oz do swoje] skrzynki, tam gdzie trzymasz r'ozne rupiecie. Je'sliby przeprowadzali rewizje i pytali, skad je masz, to powiedz, za tak jak inne rupiecie gdzie's znalazle's. Rozumiesz?

— Tak — wyszeptal z przejeciem chlopiec biorac klucze od ojca.

— A teraz zapamietaj to: 18, 57, 6, A, 23. Powt'orz!

— 18, 57… — zawahal sie Tom.

— 6, A, 23. Powt'orz to razem!

— 18,57,6, A… i… 23.

— Dobrze. Jeszcze raz powt'orz.

— 18, 57, 6, A, 23.

— No, uwazaj teraz. Chyba nie zaaresztuja cie razem ze mna, a przynajmniej po przesluchaniu zaraz puszcza. Nie powinni posuna'c sie do tego, aby dzieci zamyka'c bez powodu. Cho'c diabel ich wie?… W kazdym razie, je'sli cie wypuszcza albo w og'ole nie zabiora, natychmiast we'zmiesz klucze i p'ojdziesz tam, gdzie ci zaraz powiem. Naprz'od troche sie pokre'c po r'oznych poziomach dla zmylenia 'sladu, bo moga i's'c za toba. Potem, gdy bedziesz pewien, ze nie lezie kt'ory za toba, pojedziesz na 85 poziom. Tam korytarzem w lewo. Dojdziesz do zakretu, wiesz, tak jak te magazyny C, i tam na prawo zobaczysz drzwi z numerem 18. Dalej p'ojdziesz korytarzem. Tam, na drugim ko'ncu, beda drzwi 57. Potem dojdziesz galeria nad magazynem B do korytarza, gdzie znajdziesz drzwi nr 6. Stad bedziesz mial przej'scie do magazynu A, przy czym musisz koniecznie i's'c ta droga, o kt'orej ci m'owie, bo inaczej mozesz sie natkna'c na ludzi pracujacych w magazynie F. W magazynie A przejdziesz zn'ow korytarzem do sali 23, gdzie lezy bawelna i takie stare lachy. Tam spotkasz Bera. Rozumiesz? Spotkasz Bera i powiesz mu, co sie ze mna stalo. Powiesz mu tez, zeby sie koniecznie skomunikowal z Horsedealerem. I zrobisz wszystko, co on ci kaze. Masz go slucha'c tak jak mnie. Rozumiesz?

— Tak.

— A poza nim z nikim ani slowa o tym nie rozmawiaj. Aha, jeszcze jedno. Zabierz do kieszeni troche chleba i czego's tam jeszcze. Gdyby matka pytala, gdzie idziesz i co robisz, to mozesz jej powiedzie'c, ze robisz to, co ja kazalem, ale nic wiecej nie m'ow. Teraz powt'orz jeszcze raz te liczby.

— 18, 57, 6… — Tom nie doko'nczyl, gdyz rozlegl sie gwaltowny d'zwiek dzwonka u drzwi.

— Powtarzaj dalej — powiedzial cicho ojciec i tylko w oczach jego blysnal niepok'oj.

— 18, 57, 6, A, 23.

— Dobrze pamietaj, nie pomyl, bo nie bedziesz m'ogl trafi'c, A od centralnej windy jak? Na prawo czy na lewo?

— Na lewo.

Zn'ow rozlegl sie d'zwiek dzwonka, dlugi, nerwowy.

— Dobrze. Teraz id'z do kom'orki i daj je's'c kr'olikom.

Tom wrzucil otrzymane klucze do stojacej w kacie skrzynki ze swymi „skarbami”. Wzial klucz od kom'orki i wyszedl tylnymi drzwiami na maly placyk, gdzie obok urzadze'n do zbi'orki 'smieci mie'scily sie rupieciarnie nalezace do okolicznych mieszka'nc'ow. Na placyku bawilo sie troje dzieci sasiad'ow, kt'ore na widok chlopca zerwaly sie z trawnika.

— Tom! Tom! Po co idziesz do kom'orki?

— Trzeba da'c kr'olom je's'c.

— Jeszcze raz? Przeciez juz dawale's — zawolala nieduza, rezolutna dziewczynka.

— Zdawalo ci sie — rzucil ze zlo'scia chlopiec przekrecajac klucz w zamku. Wiecznie ciekawe brzdace weszly za nim do kom'orki. Otworzyl obszerna, dwupietrowa klatke i wsunal do 'srodka gar's'c trawy wyjetej z duzego kosza, usilujac zasloni'c soba wnetrze. Na szcze'scie kr'oliki zjadly juz poprzednia porcje i tylko resztki lodyg jakich's warzyw walaly sie w klatce.

— Widzicie, ze jeszcze nie dostaly — zwr'ocil sie do dzieci. Pogladzil miekkie futerko bialego kr'olika.

— Co ty tu robisz? — rozlegl sie niespodziewanie nad nim meski glos. Tom zmartwial na moment.

W drzwiach stal jaki's obcy mezczyzna. „Agent” — przemknelo chlopcu przez glowe. Opanowal sie i jak m'ogl najspokojniej odpowiedzial:

— Jak to co? Karmie kr'oliki.

— No i jedza?

— Jeszcze jak. Przeciez sie wy czekaly. Zawsze je rano karmie, ale dzi's ojciec zapomnial zostawi'c klucz i biedaczki byly dotad zamkniete.

— Klamiesz!

Toni zrobil zdziwiona mine.

— Dlaczego mam klama'c?

— Nie udawaj.

Tom jeszcze szerzej otworzyl oczy.

— Co pan m'owi?

— Zamknij klatke i chod'z do mieszkania.

— Po co?

— Nie marud'z, szczeniaku, tylko zamykaj klatke.

Wyszli z kom'orki i skierowali sie ku drzwiom mieszkania Mallet'ow odprowadzeni zaleknionymi spojrzeniami trojga dzieci.

W mieszkaniu znajdowalo sie jeszcze trzech mezczyzn, wszyscy ubrani po cywilnemu. Na podlodze walaly sie powyrzucane z szuflad przedmioty i szpargaly. Dw'och agent'ow przegladalo jakie's papiery rozlozone na stole. Ojciec, blady, siedzial na krze'sle pod 'sciana.

Na tapczanie w niedbalej pozie rozlozyl sie pulchny jegomo's'c.

— No i co? — rzucil przez zeby na widok agenta wchodzacego z Tomem.

— Klamie, ze dopiero teraz ojciec przyni'osl klucz od kr'olik'ow, inspektorze. Pulchny jegomo's'c skrzywi! sie i zawolal do Toma:

— No i co? Nauczyl cie ojciec pacierza i teraz 'spiewasz jak magnetofon. Tom ze zdziwieniem spojrzal na inspektora.

— Jakiego pacierza?

— Zamknij sie — warknal agent. — A to czyje? — podsunal chlopcu pod nos maly, zloty pier'scionek

— Nie wiem — wyszeptal Tom, a z twarzy jego mozna bylo pozna'c, ze m'owi prawde.

— Mniejsza o to. Zreszta sprawa jest juz i tak jasna — rzeki pulchny jegomo's'c podnoszac sie z tapczanu. — A ty, chlopcze, pamietaj, ze je'sli's klamal, to sie to wkr'otce wyda, a wtedy kaze ci tak zerzna'c tylek, ze nie bedziesz m'ogl siedzie'c przez caly miesiac. No, Mallet, ustawaj! — zwr'ocil sie do Johna. — Jeste's aresztowany.

Mezczy'zni siedzacy przy stole podnie'sli sie z miejsc. Jeden z. nich wsunal do teczki jakie's papiery zabrane ze stolu.

Trzech agent'ow wyprowadzilo Johna Malleta, a pulchny inspektor podszedl do chlopca i chwytajac go za guzik przy bluzie powiedzial z gro'zba w glosie:

— Nigdzie z domu nie wychod'z, a gdy przyjdzie matka, powiedz jej, aby na razie tez pozostala w mieszkaniu. Pamietaj!

Wyszedl zasuwajac za soba z trzaskiem drzwi.

Tom pozostal sam. Stal nieruchomo na 'srodku pokoju i czul, jak lzy cisna mu sie pod powieki. Pr'obowal je opanowa'c, lecz napiecie nerwowe towarzyszace ostatnim przezyciom bylo zbyt silne.

Gwaltownie przypadl do tapczanu, na kt'orym sypial ojciec, i przycisnawszy twarz do poduszki zani'osl sie szlochem. Nie pr'obowal juz powstrzymywa'c lez i jakby chcial wraz z nimi zrzuci'c z serca cala rozpacz i lek — szukal ukojenia w placzu.

Naraz poczul czyje's delikatne dotkniecie. Jaka's reka glaskala go po wlosach.

Podni'osl glowe.

Nad nim stala matka. W jej oczach tez widnialy lzy.

— Mamo!

Tom zerwal sie z tapczanu i chwyciwszy matke wp'ol przytulil glowe do jej piersi. Zn'ow zaczal plaka'c.

— Cicho, dziecko… — wyszeptala kobieta calujac syna w glowe.

Anna Mallet byla znacznie mlodsza od meza, lecz na twarzy jej, tak jak na twarzy Johna, codzienne troski zdazyly juz wypali'c swe pietno.

— Mamo! Czy ojciec wr'oci?

Nie odpowiedziala, tylko w zamy'sleniu glaskala nadal glowe syna.

— Mamo, czy ojca wypuszcza?

— Chyba tak.

— A dlaczego go zabrali?

— Widzisz… Ojciec chcial, zeby nam bylo lepiej. Nam, to znaczy wszystkim takim jak my — dodala. — A moze nawet czarnym z dolu… Ojciec wie, co i jak robi'c, zeby bylo lepiej. Ojciec duzo wie. I dlatego ludzie przychodza do niego, a on im radzi, jak maja robi'c, aby bylo im lepiej, kiedy mozna co's zrobi'c przez sad, a kiedy trzeba przerwa'c prace albo jeszcze inaczej… To sie nie podoba „sprawiedliwcom”.

— I dlatego aresztowali ojca? Czy maja prawo?

— Prawa nie maja, ale jak chca, to aresztuja. Zawsze sie zreszta jakie's wygodne dla nich prawo znajdzie. Obawiam sie jednak, ze dzi's stalo sie co's powaznego, bo nie tylko ojca, ale innych tez zamkneli. Podobno zamkneli r'owniez Bera, tylko ze im uciekl.

Zamy'slila sie.

— Pewnie zn'ow ojciec straci robote — powiedziala na wp'ol do siebie i poczela zbiera'c z podlogi rozrzucone papiery.

Teraz Tomowi przypomnialy sie klucze.

W kacie pokoju lezala wywr'ocona skrzynka.

Niezliczone rupiecie — blaszki, 'srubki, k'olka, druciki, nity i stare klucze lezaly rozsypane na podlodze.

Chlopiec nachylil sie i z niepokojem rozgarnial swoje drobiazgi szukajac peku kluczy.

Z ulga odetchnal, gdy zobaczyl je lezace opodal skrzynki.

Wsunal klucze do kieszeni i poszedl do kuchenki, gdzie w szafce w 'scianie znajdowaly sie prowianty. Odkrajal kilka kromek chleba i posmarowal smalcem. Owinawszy chleb w serwetke juz mial wsuna'c paczke za bluze, gdy uslyszal za soba glos matki:

— Po co to robisz, synku?

— Musze wyj's'c, mamo — odpowiedzial cicho.

Przeczuwala co's widocznie, bo juz niemal bez zdziwienia, tylko z jakim's smutkiem w glosie, zapytala:

— Dlaczego tyle chleba bierzesz?

— Nie pytaj, mamo, ojciec kazal…

— A m'owile's, ze nie wiesz, dlaczego ojca aresztowali — wyszeptala z wyrzutem.

— Naprawde nie wiedzialem — odparl patrzac w oczy matki. Na kr'otka chwile zapanowalo milczenie. Przerwala je matka:

— Id'z juz. Moga tu przyj's'c jeszcze raz. Id'z lepiej.

Niemal gwaltownie odsunela drzwi prowadzace na korytarz i zawolala glo'sno:

— Tylko nie zgub pieniedzy i nie wylej mleka! Butelke zostawilam u Grotha w sklepie! Spojrzal na matke zdziwiony. U'smiechnela sie ao niego przez lzy. Teraz dopiero zrozumial, ze chciala w ten spos'ob uzasadni'c jego wyj'scie, je'sliby kto's podsluchiwal.

„A jezeli przyjdzie policja i nie zastanie mnie w domu? — pomy'slal. — Co wtedy bedzie?”

Przed oczyma stanela mu okragla twarz inspektora wykrzywiona zlo'scia.

„A niech mnie szuka, gdzie chce! Najwazniejsze, to dotrze'c do Bera, tak jak kazal ojciec”. Uczul, ze to postanowienie sprawia mu wyra'zna ulge. Nic nie byloby dla niego bardziej przykre, jak oczekiwanie w domu na ewentualna wizyte policji.

Wyszedl na korytarz i rozejrzal sie na wszystkie strony.

Nikogo nie bylo.

Szybko doszedl do zakretu i nie ogladajac sie za siebie nacisnal guzik u wej'scia do windy.

„18, 57, 6, A, 23” — powtarzal w my'slach zjezdzajac w d'ol na 20 poziom, do dzielnicy handlowej.

Pokrecil sie kilkana'scie minut w'sr'od tlumu zalegajacego targowisko, po czym przeszedl do bogatszej cze'sci dzielnicy. Przygladajac sie wystawom zapelnionym r'oznorodnymi towarami pilnie obserwowal, czy go kto nie 'sledzi. Upewniwszy sie, ze nikt nie zwraca na niego uwagi, przejechal na ta'smie chodnikowej do centralnego skweru.

Okrazyl duzy kwietnik i wszedl do parku. Tu r'owniez przechadzal sie kilka minut uwazajac, aby nie spotka'c kt'orego's z koleg'ow, co mogloby skomplikowa'c wykonanie zadania.

Wreszcie dotarl do windy centralnej. Czerwona lampka, plonaca nad wej'sciem, wskazywala, ze winda jest w ruchu.

Tom polozyl reke na guziku i czekal, az lampka zga'snie.

Za drzwiami rozlegl sie jednak charakterystyczny szczek i w malym, okraglym okienku ukazalo sie 'swiatlo. Kto's wysiadal wla'snie na tym poziomie.

Drzwi rozsunely sie i ku zaskoczeniu Toma stanal w nich Jack — „prezydent” w towarzystwie Mary Brown i jeszcze dw'och chlopc'ow.

— Czemu's nie przyszedl na skwer?! — zawolal Jack. — Wszyscy przyszli, tylko ty jeden nawalile's! Zaniedbujesz sie w obowiazkach czlonka naszej bandy — powiedzial z wyniosla surowo'scia, jak przystalo czolowemu przyw'odcy grupy chlopc'ow, zwlaszcza w obecno'sci innych koleg'ow. — Za kare… — zastanawial sie chwile —…przez tydzie'n bedziesz stale dozorca je'nc'ow.

— Nie moglem przyj's'c… Ja… naprawde nie moglem.

— Co znaczy „nie moglem”? — przerwal mu Jack. — Matka cie zatrzymala, czy co? To trzeba bylo zwia'c! Ciamajda jeste's.

— A zaluj — wtracila Mary — ze's nie przyszedl. Pewno nie wiesz, dlaczego 'swiatlo zgaslo?

— No?

— Jim i Eddy najwiecej sie dowiedzieli, bo to sie stalo na 18 poziomie! Jaka's banda zrobila napad na szpital Bradleya! Jedna grupa wylaczyla 'swiatlo w centrali, a druga w tym czasie zrobila „robote”.

— Zupelnie tak, jak z tym Mortonem w „Czerwonej rece”, co to w zeszlym miesiacu drukowali — dorzucil jeden z chlopc'ow.

— Ale dlaczego na szpital?

— Pewno Bradley mial wieksza forse. Podobno sie nie'zle oblowili!

— Ale kto to m'ogl by'c?

— Kto to wie? Wszyscy byli podobno w maskach, tak jak w tej historii z Mortonem.

— M'owia nawet, ze z nimi byla jedna kobieta — ciagnela Mary. — Ciekawe, kto to? Ale to madrale! Policja kreci sie po calej Celestii, bo wsiakli jak kamie'n w wode. Widzialam nawet kilku na g'orze, jak wsiadali do windy. Podobno rozpoczely sie aresztowania tych, kt'orzy co's wiedza o tej awanturze.

— A ty, Tom, co's sie dowiedzial? — przerwal Jack potok sl'ow, jakimi Mary zasypywala Toma.

— Ja… Ja… — jakal sie chlopiec nie wiedzac, co ma odpowiedzie'c. Chcialby bardzo podzieli'c sie z kolegami nowinami o tym, co sie stalo u niego w domu, lecz nie wiedzial, czy mu wolno to uczyni'c. Nie wytrzymal jednak, tym bardziej ze czul sie pokrzywdzony przycinkami Jacka.

— Sluchajcie! Sluchajcie, chlopaki, powiem wam co's, ale pod jednym warunkiem — znizyl glos tajemniczo.

— Co takiego? — Jack uni'osl brwi. — Jakim warunkiem? Wal, co wiesz, i nie kre'c!

— Musicie przysiac, ze nikomu, ale to nikomu nie powiecie, ze'scie sie ze mna tu spotkali. Dobrze? Wtedy wam co's powiem.

Jack wydal usta niechetnie, nie wiedzac, czy wypada mu jako „szefowi” zgodzi'c sie na jakie's warunki ze strony zwyklego czlonka „bandy”. Ale Mary odpowiedziala za niego:

— Dobrze! Dobrze! M'ow tylko.

— To przysiegnijcie: „Niech mnie diabel porwie, je'sli powiem, ze widzialem Toma”. No, powtarzajcie za mna przysiege!

— Niech mie diabel porwie, je'sli powiem! — zawolala dziewczynka. — A dlaczego chcesz, zeby nikt o tym nie wiedzial, ze spotkale's sie z nami?

— No, a wy? — nacieral na koleg'ow Tom.

— Niech mnie diabel porwie, je'sli powiem — rzekl z ociaganiem w glosie Jack, lecz czul, ze Tom musi mie'c naprawde wazne powody, je'sli wysuwa takie dziwne zadanie. Byl zreszta nie mniej od innych ciekawy, nie chcial tylko po sobie tego okaza'c.

Gdy dwaj pozostali chlopcy poszli r'owniez za przykladem Mary i Jacka, Tom opowiedzial im w kr'otkich slowach o aresztowaniu ojca, nie wspominajac oczywi'scie nic o wydarzeniach poprzedzajacych przybycie policji.

— Przypuszczasz, ze tw'oj stary jest wmieszany w ten napad na szpital? — zapytal Jack, gdy Tom sko'nczyl opowiada'c.

— Nie wiem. Chyba nie. M'oj ojciec nie taki, co na latwa forse leci!

Tom zawahal sie. Przypomnial mu sie pakiet, kt'ory ojciec wyjal z tapczanu i wrzucil do wentylatora, a potem pier'scionek zabrany przez policjanta, zaprzeczyl jednak kategorycznie:

— Nie! Wykluczone. To nie to.

— Jednak co's z tym musi mie'c wsp'olnego, je'sli go zaraz po napadzie zamkneli. No, a dlaczego nie chcesz, aby kto's wiedzial, ze, tu byle's?

— Co's ty, Tom, jako's krecisz… Wiecej wiesz, niz gadasz — dorzucila Mary.

— Eee, gdziez znowu, tylko ze policja kazala mi nie rusza'c sie z domu, wiee… rozumiecie, nie chce, aby wiedziala, ze wyszedlem.

— No, a po co's wyszedl? Tom zmieszal sie.

— Po zakupy — wyjakal.

Jack byl starszy od Toma o trzy lata i bardziej do'swiadczony. Ojciec jego przez dlugi czas pozostawal bez pracy i radzil sobie, jak umial. Widzac, ze chlopiec nie chce powiedzie'c prawdy, Jack zorientowal sie, ze zbytnia ciekawo's'c moze tu by'c niebezpieczna. Wzial wiec Toma za ramie i wszedl z nim razem do windy, po czym zasunal drzwi.

— Wiem, ze nie chcesz przy tych szczeniakach m'owi'c — powiedzial znizonym glosem, przyjacielsko klepiac Toma po ramieniu. — Nie zadam tez, aby's mi powiedzial wszystko, co wiesz, bo je'sli ta cala sprawa pachnie kryminalem, to tak jest lepiej. Juz ja to wiem. Ale powiedz mi: ty's po zakupy nie jechal?

Tom skinal glowa.

— A teraz jedziesz do domu? Chlopiec zn'ow skinal glowa.

Jack nacisnal guzik. Winda drgnela i pobiegla w g'ore.

— M'oj stary takze co's kiedy's „zwinal” i wziela go policja — szeptal Jack. — Posiedzial trzy miesiace i jako's sie wykrecil. Ale z tym napadem na szpital Bradleya to moze by'c co's powaznego. Moze trzeba bedzie wam pom'oc. Zawsze mozesz na mnie liczy'c. Twego ojca m'oj stary bardzo szanuje, no wiec… Gdyby co's zaszlo i musialby's sie ukrywa'c, ty lub twoja matka, albo co innego, to daj jako's zna'c, wiesz, gdzie sie zawsze zbieramy, wiec gdyby's sam nie m'ogl przyj's'c, to temu, kt'ory by mial ze mna rozmawia'c, daj te nakretke. Wtedy bede wiedzial, ze to na pewno od ciebie, a nie jaki's agent.

Wsunal Tomowi w reke kawalek metalu i otworzyl nieco drzwi windy, kt'ora tymczasem zatrzymala sie na 37 poziomie.

Jack wyjrzal na zewnatrz przez szpare, szybko jednak cofnal glowe i zatrzasnal drzwi.

— Kreci sie tu jaki's facet. Lepiej nie wyla'z. Nacisnal inny guzik i winda pomknela w d'ol.

— Przejd'z lepiej do tej drugiej windy, niedaleko waszego mieszkania.

— Nie chce wysiada'c na 20 poziomie, gdyz widzialem tam tych agent'ow, kt'orzy byli u nas — sklamal Tom. — Lepiej pojade na g'ore, na 48 poziom, i tam przeskocze.

— Moze i masz racje — odpowiedzial Jack, kt'ory przebywajac sam na sam z Tomem nie mial juz nic ze swej protekcjonalnej i wynioslej postawy „szefa”. — No, ja wysiadam, bo ci tam na dole glowia sie, co sie z nami dzieje. Trzymaj sie!

Istotnie, na 20 poziomie stala jeszcze tr'ojka koleg'ow ze zdziwieniem zagladajac przez szybke do wnetrza windy.

Jack rozsunal drzwi i wysiadl, zamykajac je za soba.

Tom pozostal sam.

Nacisnal guzik opatrzony numerem 85. Winda zn'ow pomknela w g'ore.

Dalsze wydarzenia potoczyly sie juz szybko, zgodnie z planem. Bez przeszk'od, cho'c nie bez pewnego bladzenia, Tom dotarl kierujac sie wskaz'owkami ojca do pomieszcze'n nr 23.

W'sr'od stos'ow galgan'ow i bel bawelny, przeznaczonych do przer'obki na tkaniny, a od wielu lat lezacych bezuzytecznie, ukryli sie Kruk, Brown i Roche.

Wiadomo's'c o aresztowaniu Johna Malleta wstrzasnela Bernardem. Orientujac sie z wydarze'n ostatnich dni, jak bezwzgledne i brutalne 'srodki got'ow jest stosowa'c Summerson, obawial sie powaznie o los Johna. Ponadto aresztowanie czlowieka bedacego, jak sie domy'slal, jednym z przyw'odc'ow Nieugietych niezmiernie komplikowalo polozenie tr'ojki zbieg'ow, nie m'owiac o tym, ze stawialo znak zapytania nad realizacja planowanej akcji pokrzyzowania zamiar'ow prezydenta. Bernard po ucieczce ze szpitala tylko kr'otka chwile rozmawial z Johnem i cho'c w og'olnych zarysach powiadomil go o pojawieniu sie tajemniczej rakiety oraz o tym, ze nie wolno dopu'sci'c do przebudowy miotacza, jednak zadnych konkretnych metod dzialania nie zdazyl z nim ustali'c.

Konstruktor nie m'ogl wiedzie'c o decyzji porwania Jima Bradleya, powzietej przed samym aresztowaniem Malleta. W tym czasie, gdy na stacji rakiet toczyla sie walka miedzy policja a grupa Nieugietych, Bernard, zgodnie z poleceniem Malleta, postanowil nawiaza'c kontakt z Horsedealerem. Byl pewny, ze stary filozof zrobi wszystko, by im pom'oc. Jako najlepiej zorientowany w dziwnych i zawilych zagadnieniach, kt'ore staly sie az nazbyt wazne dla zycia Celestii, m'ogl wnie's'c do planu dalszego dzialania niezwykle cenne uwagi i koncepcje. Ponadto, byl on nie mniej popularny od Malleta.

Bernard napisal kr'otki list do Horsedealera, w kt'orym w nieco zawoalowanej formie informowal go pokr'otce o tym, co wiedzial o tajemniczej rakiecie i planach Summersona. List ten, bez adresu i podpisu, mial wreczy'c filozofowi Tom, informujac jednocze'snie o sytuacji trojga zbieg'ow. Gdyby Horsedealer wyrazil gotowo's'c bezpo'sredniego skomunikowania sie z Krukiem, chlopiec mial go przyprowadzi'c do kryj'owki.

Niestety, caly plan zostal przekre'slony juz na wstepie. Tom nie zdazyl jeszcze opu'sci'c 85 poziomu, gdy natknal sie na agenta policji.

I oto teraz stal przy drzwiach prowadzacych na korytarz, nie wiedzac, co czyni'c.

„Moze jednak jeszcze raz spr'obuje — rozmy'slal. — Je'sli mnie ten policjant nie zauwazyl, to z pewno'scia my'sli, ze gdzie's daleko ucieklem, wiec chyba juz sie tu nie kreci. A je'sli zn'ow go spotkam? — uczul zimny dreszcz. — Je'sli on mnie zlapie, to list i klucze dostana sie w ich rece. Co wtedy bedzie ze mna? Co bedzie z ojcem, Berem i tamtymi? Czy nie byloby lepiej wr'oci'c do Bera? Nie. Tak tez niedobrze!”

Pierwszy raz w zyciu to, o czym slyszal w opowiadaniach i czytal w sensacyjnych ilustrowanych ksiazeczkach, stawalo sie rzeczywisto'scia. Niestety, sytuacja, mimo smaku wielkiej przygody, nie byla wcale tak przyjemna, jak sie o tym czytalo w zeszytach Greena lub slyszalo z opowiada'n ojca. Zaden niezwykly pomysl nie przychodzil biednemu bohaterowi wy'snionych marze'n do glowy, mimo ze wedlug autor'ow sensacyjnych opowiada'n takie pomysly zawsze w ostatniej chwili powinny sie zjawi'c. R'owniez zaden szcze'sliwy przypadek nie rozwiazywal trudnej sytuacji. Minuty uplywaly, a Tom tkwil jeszcze przy drzwiach.

„Trzeba cho'c wyjrze'c na korytarz przez szpare — postanowil wreszcie. — Te drzwi rozsuwaja sie do's'c cicho, wiec je'sliby nawet kto's tu czatowal, nie uslyszy”.

Ujal obiema rekami metalowe uchwyty. Drzwi byly takiej konstrukcji, ze wystarczylo tylko nacisna'c jeden z uchwyt'ow, aby rozsunely sie same. Nie chcac, aby otwarly sie od razu zbyt szeroko, nalezalo je przytrzyma'c.

Tom mial juz nacisna'c uchwyt, gdy nagle zamarl w bezruchu.

Do uszu jego dobiegl przytlumiony szmer rozmowy: za drzwiami rozmawiali jacy's ludzie. Z bijacym sercem Tom przylozyl ucho do drzwi, lecz natychmiast odskoczyl. Uslyszal charakterystyczny d'zwiek klucza.

Nie mial juz ani chwili do stracenia. Zapominajac w strachu o konieczno'sci zachowywania sie jak najciszej, pu'scil sie biegiem w przeciwlegly koniec dlugiego korytarza. Dobiegl do drzwi oznaczonych numerem 57 i wyciagnawszy klucze poczal goraczkowo dobiera'c wla'sciwy.

Wreszcie znalazl. Rozlegl sie szczek metalu i drzwi rozsunely sie. Wskoczyl do 'srodka. Na zamkniecie drzwi wystarczyly sekundy, lecz jednocze'snie miedzy zasuwajacymi sie plytami Tom ujrzal z przerazeniem otwierajace sie drzwi wej'sciowe, a za nimi kilku mezczyzn z pistoletami w rekach.

W tej samej chwili, jakby w 'scislym zwiazku z pojawieniem sie policji, nastapilo co's, czego poczatkowo Tom nie m'ogl zrozumie'c. Dopiero p'o'zniej u'swiadomil sobie, co sie stalo.

To bijacy nieustannie z sufitu, tak jak w wiekszo'sci pomieszcze'n Celestii, r'ownomierny, staly blask przygasl na moment, rozjarzyl sie, przygasl, zn'ow sie rozjarzyl i zn'ow na chwile przygasl.

— Jak ten czas sie wlecze — westchnal Dean spogladajac na zegarek. Cho'c dopiero p'ol godziny minelo od opuszczenia przez Toma kryj'owki zbieg'ow, nie m'ogl on ukry'c ogarniajacego go coraz bardziej niepokoju.

— Ten maly wyglada na madrale — m'owila wyciagnieta na stosie szmat Daisy. — Powinien da'c sobie rade.

— Tom jest rezolutnym chlopcem — odparl Bernard nie podnoszac glowy znad notesu, w kt'orym co's obliczal. — A ponadto zna 'swietnie Celestie, wiec z pewno'scia bez trudu dotrze do Horsedealera. Chyba ze i Horsedealera zamkneli.

— Wiec m'owisz, Ber, ze ten stary Horsedealer bardzo duzo m'oglby nam wyja'sni'c? — odezwal sie Dean. — Wiesz, ja sam tego wszystkiego, co m'owile's, nie moge w zaden spos'ob uporzadkowa'c w glowie. Niby rozumiem, ze zbliza sie do nas jaka's rakieta, i to z Towarzysza Slo'nca, ostatecznie moge uwierzy'c, ze sa to diably, cho'c nie potrafie sobie ich wyobrazi'c. Rozumiem r'owniez, ze Summerson obawia sie, slusznie czy nieslusznie, aby nie zniszczyly Celestii. Ale czemu usilowal za wszelka cene ukry'c, ze chodzi tu o przygotowanie miotacza do walki?

— A w og'ole, jak moze nas ten miotacz obroni'c? Oni moga mie'c taki sam albo lepszy i predzej nas „zdmuchna'c” — dorzucila reporterka. — Skad Summerson wie, ze te diably maja gorszy miotacz?

Upraszczasz zagadnienie, Daisy — pokrecil glowa Roche. — Przystosowa'c miotacz do obrony trzeba nawet wtedy, je'sli sie nie ma takiej pewno'sci.

— A po co?

— Jak to — po co? Czy mozna zda'c sie na ich laske i nielaske?

— A je'sli nas wcze'sniej „zdmuchna”?

— No, to juz trudno.

— A je'sli nie maja zamiaru zniszczy'c Celestii, a my ich „zdmuchniemy”, jak tylko wejda w nasza strefe dezintegracji? — nie ustepowala Daisy.

— Chyba nie beda tacy glupi i spr'obuja sie przedtem porozumie'c z nami. Zreszta glos, kt'ory uslyszalem na zewnatrz, mozna wla'sciwie uzna'c za pr'obe nawiazania kontaktu. Bo zdaje sie nie ulega'c watpliwo'sci, ze to byl glos z tamtej rakiety.

— A wiec nie chca nas zniszczy'c?

— Tego z pewno'scia powiedzie'c nie mozna. Pr'oba nawiazania laczno'sci moze by'c podstepem. Prezydent moze mie'c jakie's podstawy.

— Wiec co? — oburzyla sie dziewczyna. — Ber mial sie zgodzi'c na zadanie Summersona? Roche wzruszyl ramionami.

— Nie wiem. Skad ja moge wiedzie'c? Sluchaj, Ber! Sko'ncz z tymi obliczeniami i pogadaj z nami po ludzku. Ja dotad jeszcze nie rozumiem, dlaczego's odm'owil Summersonowi. Je'sli nawet wiedziale's, ze to nieczysty interes, to trzeba bylo jako's kreci'c, udawa'c, ze sie godzisz, a nie odm'owi'c z miejsca.

Bernard podni'osl wzrok znad notesu i przez chwile patrzyl na przyjaciela, jakby nie m'ogl zrozumie'c jego sl'ow.

— W tej chwili przebudowa tylnego miotacza moze by'c zako'nczona — powiedzial wreszcie. -Je'sli oczywi'scie Jim da sobie rade. Wla'snie dokonalem przeliczenia czas'ow wszystkich niezbednych rob'ot. Zakladajac, ze Jim przystapil do montazu w dwie godziny po mojej rozmowie z prezydentem, obecnie m'ogl juz upora'c sie z robota. Wynika stad, ze w kazdej chwili rakieta moze by'c zniszczona.

Dean, kt'ory jeszcze przed chwila chcial dyskutowa'c z Bernardem, czy slusznie postapil odmawiajac udzialu w przebudowie miotaczy, teraz zapytal odruchowo:

— Ale jak do tego nie dopu'sci'c?

— Nie wiem. Nie wiemy zreszta, jak daleko od nas znajduje sie rakieta. W kazdym razie trzeba dziala'c. Licze na Horsedealera. Duzo jest racji w tym, co m'owile's. Niestety, rozmowa z Summersonem wbrew mojej woli zeszla na 'slepe tory. Nie wytrzymalem nerwowo. Wiem, ze na mnie spada w duzym stopniu wina za sytuacje, w jakiej sie znale'zli'smy, i rozumiem twoje rozgoryczenie. Ale, wierzcie, nie chcialem tego. Zreszta, nie my'slcie, ze chce w ten spos'ob zmniejszy'c moja wine, lecz wydaje mi sie, iz nasz los zostal przypieczetowany przez Summersona jeszcze wczoraj, gdy kazal nas zamkna'c na zewnatrz. Bo z pewno'scia byla to jego sprawka.

— No, ale po co on to wszystko robi?

— My'sle, ze tu chodzi'c musi o wieksza stawke, niz sie nam zdaje. Sprawa nie jest tak prosta. Tu nie chodzi o obrone 'swiata przed zaglada.

— A wiec? Czego sie domy'slasz? — zapytal Roche.

— Cala sprawa zdaje sie polega'c na tym, ze to, co zwykli'smy nazywa'c Pieklem, nie jest wcale pieklem.

— Nie rozumiem.

— Podejrzewam, ze ci mieszka'ncy Towarzysza Slo'nca, przed kt'orymi uciekli nasi przodkowie, byli to jacy's konkurenci natury gospodarczej i politycznej wielkich rodzin rzadzacych od wiek'ow Celestia. I Summerson, kt'ory wie bardzo duzo, obawia sie, iz oni moga jego i jemu podobnych wysadzi'c z fotela.

— Na jakiej podstawie tak przypuszczasz?

Bernard nie zdazyl odpowiedzie'c. Podni'osl wzrok ku sufitowi. 'Swiatlo raptownie przygaslo — raz, drugi i trzeci…

— Co to? — wyszeptala z niepokojem Daisy.

— Zgineli — rzekl ponuro Bernard. — To byl miotacz.

— Czy jeste's tego pewny?

— Tak — spu'scil glowe Kruk. — To byl miotacz. Zuzywa tak znaczna ilo's'c energii, ze powoduje przyga'sniecie 'swiatla w calej Celestii.

— Wiec zgineli? A moze to tylko pr'oba?

— Wykluczone. Celem przebudowy jest rozszerzanie niszczycielskiego dzialania miotaczy r'owniez na te ciala, kt'ore nie leca wprost na nas, a tylko przebiegaja przez strefe dezintegracji, ze tak powiem, bokiem. Nie ulega watpliwo'sci, ze chodzilo o cialo z zewnatrz. Trudno przypuszcza'c, aby bylo to jakie's cialo kosmiczne. Chociaz…

— A moze to jednak meteory? — zawahal sie Roche. — Moze Lunow i Summerson klamia?

— Dlaczego 'swiatlo przygaslo trzy razy? — dorzucila Daisy. Kruk spojrzal na dziewczyne.

— Tak. Wla'snie o tym samym my'sle. Dlaczego 'swiatlo przygaslo trzy razy? Znaczy to, ze miotacz dzialal trzykrotnie. A przeciez rakieta miala by'c podobno jedna. Chyba ze jeden wyrzut czastek nie wystarczyl, moze maja jakie's oslony? Albo… juz wiem! Im dluzej nad tym sie zastanawiam, coraz wiecej nabieram pewno'sci, ze to byli oni! Przeciez to jasne: te r'owne odstepy pomiedzy wyrzutami czastek z pewno'scia sa wynikiem malej celno'sci miotacza przy uko'snym locie rakiety. Przeciez przewidywalem to. Dwa razy nie trafil. Dopiero ostatni, trzeci strzal byl skuteczny. Oni weszli w nasza strefe dezintegracji uko'snie, z boku… Przetarl nerwowo czolo.

— W pierwszej chwili nie moglem tego zrozumie'c, bo przyzwyczailem sie do miotacza dawnego typu, niszczacego tylko te ciala, kt'ore biegna wprost na nas. Ale teraz zrozumialem.

— Wiec to trzecie przyga'sniecie 'swiatla oznaczalo… — rozpoczela Daisy i urwala.

— 'Smier'c… — doko'nczyl Dean. — 'Smier'c ludzi czy istot, o kt'orych moze nigdy nic sie nie dowiemy.

— Oni lecieli do nas… a my… To straszne, potwornie glupie i ohydne. Brzydze sie nami! Tym calym naszym 'swiatem, Celestia! Brzydze sie soba, ze zyje na takim podlym, potwornym, ohydnym 'swiecie!

Bernard patrzyl ponuro w ziemie.

— A moze tak by'c musialo? — westchnal Roche. — A moze oni musieli zgina'c, aby'smy zyli?

— M'owisz jak Summerson! — nieomal krzyknal ze zlo'scia Kruk. — Dodasz moze jeszcze, ze lepiej jest po'swieci'c kilku sprawiedliwych, niz…

Nagly trzask otwieranych drzwi nie pozwolil mu doko'nczy'c.

Wszyscy troje spojrzeli z niepokojem na rozsuniete drzwi magazynu, w kt'orych stal zdyszany Tom.

Z twarzy chlopca wyczyta'c mozna bylo, dlaczego tak nagle wr'ocil.

— Oni… Oni tu… Policja tu idzie! — wyjakal przerazony.

Bernard siegnal do kieszeni i wyjal pistolet pozostawiony im przez Cornicka.

— Spokojnie, tylko spokojnie — powiedzial i bez po'spiechu podszedl do Toma. — Gdzie jest policja?

— Nie wiem… Moze juz niedaleko.

— Uspok'oj sie i m'ow, gdzie's widzial policje ostatni raz! Powtarzam: ostatni raz!

— Widzialem, jak otworzyli drzwi nr 18 i weszli na korytarz. Kruk odetchnal z ulga.

— I co dalej?

— Potem ucieklem i przybieglem tu.

— Widzieli cie?

— Na pewno. Byl tez z nimi ten agent, co mnie gonil.

— To gonil cie kto's?

— No tak. Bo to tak bylo: wychodze na ten korytarz, co to mozna nim doj's'c do windy centralnej. Ide kawalek, za ten zakret co to na prawo, a tu slysze, kto's za mna idzie. Wiec ja ide szybciej, a on zaczyna wola'c na mnie: „Hej! Chlopcze!” Zaczalem wiec ucieka'c, a ze na tym poziomie strasznie trudno biega'c, bo sie bardzo malo wazy, wiec on sie przewalil, a ja wtedy wskoczylem do jednego otwartego magazynu i schowalem sie za beczki. To on przyszedl i zaczal 'swieci'c latarka, ale mnie nie zobaczyl i poszedl. Wtedy ja ostroznie wyszedlem i pobieglem po cichu z powrotem, bo nie bylo po co i's'c dalej i ryzykowa'c. Schowalem sie za drzwiami nr 18 i slucham, a tu idzie trzech za mna. No i wtedy tu przylecialem.

— To wszystko? Chlopiec skinal glowa.

Kruk chwile zastanawial sie, wreszcie rzekl:

— Prawdopodobnie wszystkie wazniejsze przej'scia, zwlaszcza w poblizu wind, obsadzone sa przez policje. Nie bedzie im tak trudno przeszuka'c nasz poziom. Obejmuje on okolo pieciuset pomieszcze'n, lecz teren wymagajacy zbadania bedzie znacznie mniejszy. Policja widziala, kt'orymi drzwiami uciekl Tom, a wiec dotarla z pewno'scia do galerii nad magazynem B, odcinajac nam znaczna ilo's'c polacze'n z innymi pomieszczeniami. Tak czy inaczej, powinni tu dotrze'c w ciagu najdalej dw'och godzin, oczywi'scie, je'sli domy'slaja sie, ze Tom byl z nami w kontakcie.

— Co wiec robi'c?

Daisy patrzyla z niepokojem na Bernarda.

— Mamy praktycznie dwie drogi: albo dosta'c sie do d'zwigu towarowego w magazynie F i je'sli nie jest on obstawiony, pojecha'c na d'ol lub w g'ore, albo tez przedosta'c sie z magazynu H po drabinie na 86 poziom. Dotarcie do d'zwigu byloby najprostsze, lecz ryzykowne, gdyz w magazynie F pracuja czarni pod dozorem, a poza tym d'zwig towarowy moze by'c obstawiony. Bezpieczniej jest dotrze'c okrezna droga na poziom 95 i tam dosta'c sie do ko'nc'owki d'zwigu centralnego. D'zwig centralny biegnie przez 93 poziomy i jest malo prawdopodobne, aby wszystkie udalo sie im obsadzi'c. Za tym planem przemawia jeszcze to, ze przedostawszy sie do magazynu H nie narazamy sie na odciecie. Nie przypuszczam tez, aby orientowali sie lepiej w terenie od nas.

— A czy oni nie obstawili r'owniez tego przej'scia na 86 poziomie?

— Nie wiem… Droga tam jest do's'c zawila, wiec mam nadzieje, ze jeszcze nie dotarli. Ruszyli dlugim korytarzem i poprzez szereg mniejszych sal dotarli do drabiny prowadzacej na wyzszy poziom. Przej'scie bylo wolne i po dlugim krazeniu w'sr'od r'oznych pomieszcze'n i korytarzy, omijajac zamkniete drzwi, do kt'orych nie mogli dobra'c kluczy, wspinajac sie po waskich drabinach w starych, nie uzywanych przej'sciach i szybach wentylacyjnych, dostali sie bez przeszk'od na 95 poziom.

Nalezalo teraz doj's'c do windy centralnej.

Wszedzie panowala niczym nie zmacona cisza. Przeszli na palcach korytarzem o wygietej podlodze do zakretu. O kilka metr'ow od nich znajdowaly sie drzwi windy. Korytarz biegl dalej i ko'nczyl sie nowym zakretem.

Bernard wyjrzal ostroznie zza wegla. Nikogo w poblizu windy nie bylo. Nie palila sie r'owniez czerwona lampka nad wej'sciem.

— Masz tu elektryt i gdyby's zauwazyl tam kogo's podejrzanego, strzelaj z miejsca — Bernard zwr'ocil sie szeptem do Roche'a wskazujac przeciwlegly zakret. Zachowujac sie sam jak najciszej, podszedl do drzwiczek i nacisnal guzik w 'scianie. Czerwona lampka zaplonela sygnalizujac, ze winda biegnie w g'ore.

Liczac w nerwowym napieciu sekundy Bernard oczekiwal nadej'scia wagonika. Wreszcie w okienku ukazalo sie 'swiatlo i rozlegl sie szczek otwierajacych sie drzwi.

— No, teraz predko! — zawolal konstruktor i naraz okrzyk zamarl mu na ustach.

W otwartych drzwiach windy, z pistoletami skierowanymi w jego strone, stalo dw'och mezczyzn w ochronnych kurtkach.

— Lapy do g'ory! — wrzasnal jeden z nich, lecz w tym samym momencie rozlegl sie charakterystyczny d'zwiek elektrytu. O'slepiajaco biala iskra uderzyla w drzwi windy.

Bernard odruchowo przypadl do ziemi.

Zn'ow trzaski strzal'ow wstrzasnely powietrzem. Ujrzal, jak policjanci cofneli sie w glab windy strzelajac w kierunku zakretu, skad usilowal razi'c ich pociskami elektrycznymi Roche. Nie chcieli zbytnio ryzykowa'c, gdyz przeciwelektrytowe kurtki tylko cze'sciowo zabezpieczaly przez dzialaniem tej gro'znej broni.

Podni'oslszy sie ostroznie z ziemi Bernard stanal przy 'scianie. Znajdowal sie poza zasiegiem ognia policjant'ow, jednak dotarcie do towarzyszy bylo niemozliwe. Nagle zablysla mu w glowie zbawcza my'sl.

Przysunal sie blizej drzwi i naglym pchnieciem zatrzasnal je. Ruch ten jednak byl wobec niklej wagi ciala na 95 poziomie zbyt gwaltowny. Bernard stracil r'ownowage i upadl na ziemie. U'swiadamiajac sobie, iz kazda sekunda zwloki grozi 'smiercia, zerwal sie z ziemi i skoczyl ku zakretowi. Tym razem mala waga ciala byla pomoca, bo jedno odbicie od chropowatej podlogi wystarczylo, aby znalazl sie w'sr'od towarzyszy.

W chwili gdy znikl za zakretem, rozlegly sie nowe strzaly. Byl juz jednak bezpieczny.

Strzaly zamilkly, widocznie policjanci naradzali sie, co maja robi'c.

— Trzeba sie ukry'c nizej, w tych magazynach — rzucil Roche. — Ber! Prowad'z, bo znasz lepiej teren, a ja bede tamtych trzymal ogniem. Czy masz jeszcze ladunki?

— Tylko dwa magazynki, po dwana'scie sztuk! Oszczedzaj!

— Daisy! Tom! Chod'zcie za mna! — rozkazal Bernard i podawszy Roche'owi dwie srebrzyste rurki skierowal sie korytarzem ku pomieszczeniom, z kt'orych mozna bylo zej's'c na nizsze poziomy.

Nie uszedl jeszcze dwudziestu krok'ow, gdy uslyszal za soba wolanie Roche'a:

— Ber! Ber! Czekaj! Oni zamkneli winde i zjechali na d'ol! Co teraz robi'c? Bernard 'sciagnal brwi.

— Co? Zjechali na d'ol? Aha, chca skomunikowa'c sie z reszta i rozpocza'c atak z kilku stron. Natychmiast za mna! Trzeba jak najpredzej dosta'c sie na 92 poziom. Je'sli oni zjechali na 94 poziom, w kazdej chwili mozemy by'c odcieci. Dean, poczekasz jeszcze troche, gdyz z tym zjechaniem na d'ol to moze by'c tylko manewr, a potem staraj sie jak najszybciej dolaczy'c do nas. Idziemy ta sama droga — dorzucil, znikajac w waskim przej'sciu. Tuz za Krukiem biegla Daisy, na ostatku Tom.

Posuwali sie szybko, tak ze po kilku minutach dotarli do ciemnego otworu. Byl to nie o'swietlony szyb wentylacyjny, w kt'orym biegla drabina laczaca kilka poziom'ow.

Bernard po'swiecil latarka. Jasny krag 'slizgal sie chwile po szeregu prostokatnych otwor'ow biegnacych obok drabiny w d'ol.

— Nikogo nie wida'c — odezwal sie szeptem konstruktor. — Miejmy nadzieje, ze nie orientuja sie, iz tym szybem mozna zej's'c na 92 poziom. Najgorszy jest ten pierwszy pod nami otw'or, w kt'orym wida'c 'swiatlo, gdyz wychodzi on bezpo'srednio na korytarz i doj'scie do windy jest tu bardzo proste. Nizszych otwor'ow mozemy sie nie obawia'c, bo tam sa magazyny i to przewaznie zamkniete. Daisy, 'swie'c mi latarka i daj zna'c, gdyby's zauwazyla co's podejrzanego.

Przelozyl nogi przez otw'or i poczal sie ostroznie opuszcza'c w glab szybu. Czul wyra'znie bicie wlasnego serca, a wewnetrzny niepok'oj udzielal sie mie'sniom. Zdawal sobie sprawe, ze ryzykuje bardzo wiele. Policjanci mogli przyczai'c sie i w kazdej chwili porazi'c go elektrycznym pociskiem lub pochwyci'c, gdy bedzie mijal 94 poziom. Jednak innej drogi wydostania sie z matni nie bylo i wiedzial, ze musi ryzykowa'c.

Poczal liczy'c odruchowo szczeble. Szary odblask bijacy z otworu na 94 poziomie przy'cmiewal coraz bardziej 'swiatlo latarki. Bernard uczul, jak kroplisty pot zaczyna wystepowa'c mu na czolo.

To bylo gorsze niz bezpo'srednie niebezpiecze'nstwo: owa palaca 'swiadomo's'c nieuchwytnego kregu, kt'ory coraz bardziej ich otaczal. Kruk zdawal sobie sprawe z tego, ze je'sli nawet dotra do 92 poziomu, to tylko odwloka chwile ostatecznego zanikniecia sieci, lecz juz sie z niej nie wymkna.

Jeszcze dwa metry… jeszcze metr… jeszcze kilka stopni dzielilo Bernarda od otworu.

Naraz… Wydarzenia potoczyly sie tak szybko i niemal jednocze'snie, ze w pierwszej chwili Bernard nie bardzo wiedzial, co sie wla'sciwie stalo. Oto gdy wchodzil na szczeble biegnace bezpo'srednio obok otworu, uslyszal okrzyk ostrzegawczy Daisy, trzask wystrzalu i ujrzal spadajace w glab szybu odlamki latarki. W chwile p'o'zniej czyje's rece pochwycily go za nogi usilujac wciagna'c do otworu.

Szarpnal sie gwaltownie podciagajac jednocze'snie cialo w g'ore. Poczal sie wykreca'c na wszystkie strony uderzajac uczepionym u n'og ciezarem o krawedzie otworu i grozac wciagnieciem napastnik'ow do szybu.

Po kr'otkim szamotaniu, w'sr'od przekle'nstw i okrzyk'ow b'olu policjanci pu'scili nogi Bernarda, kt'ory poczal teraz szybko wspina'c sie w g'ore.

— Ber! Blizej 'sciany! — rozlegl sie nagle glos Roche'a i jednocze'snie blyskawica uderzyla w glab szybu.

To Dean trzymal w szachu policjant'ow, aby uniemozliwi'c im ostrzeliwanie Kruka.

Byl zn'ow uratowany. Wobec latwo'sci wspinania sie przy malej wadze ciala, przeskakujac po kilka szczebli drabiny, Bernard kilkunastoma gwaltownymi ruchami ramion dotarl do towarzyszy.

— Daisy! Co z Daisy? — podbiegl do reporterki lezacej nieruchomo na podlodze. Dean kleczal obok dziewczyny, rozpinajac jej bluzke.

Twarz Daisy byla sinoblada, przez prawa jej reke od dloni do lokcia biegla dluga rana o spalonych brzegach.

— Trafili ja te lotry… — rzucil zdlawionym glosem Dean. Przylozyl ucho do piersi dziewczyny.

— Zyje — stwierdzil z ulga. — Co za szcze'scie, ze oparla sie lokciem o krawed'z wlazu. Prad splynal gl'ownie po rece, tak iz wstrzas nie byl 'smiertelny.

Szybko podarl bluzke na dlugie pasy i poczal bandazowa'c krwawiaca coraz bardziej rane.

— Nie ma ani chwili do stracenia — ponaglal go Bernard. — Musimy ucieka'c. Za chwile moze tu by'c policja. Dean, daj pistolet. Ja ide pierwszy, a ty we'z na rece Daisy.Miejmy nadzieje, ze policja nie obstawila korytarza, gdyz w'owczas wzielaby nas w dwa ognie, a mamy tylko jeden pistolet.

— Ale czy w og'ole jest sens sie broni'c? — wybuchnal Dean. — Czy w og'ole jest gdzie's stad jeszcze ucieka'c? Tym bardziej ze trzeba by lekarza dla Daisy. Zreszta…

— Chyba nie liczysz, ze Summerson nas oszczedzi?

— Nie, ale to i tak…

— Nie opowiadaj glupstw! Dop'oki czlowiek zyje, nie wszystko jeszcze jest stracone. Chod'zmy.

Na szcze'scie korytarz nie byl jeszcze obsadzony. Widocznie policjanci, kt'orzy zaatakowali ich od strony szybu, nie mogac ryzykowa'c opuszczenia blokujacej pozycji, nie mieli do's'c sil na atak.

Bernard dotarl do zakretu i stwierdzil, ze windy jeszcze nie ma. Lekkie migotanie czerwonej lampki wskazywalo, ze d'zwig znajduje sie w ruchu. Po chwili drganie ustalo, widocznie policjanci zjechali po pomoc.

Kazda chwila byla cenna.

— Jedyna droga, gdzie nie moga nas wzia'c w dwa ognie, to pomieszczenia prowadzace do osi Celestii — powiedzial Kruk. — Tam zreszta, w tym warsztacie na setnym poziomie, znajduje sie apteczka, wiec mozna bedzie zrobi'c Daisy opatrunek i zastrzyk.

— No tak. To najwazniejsze. Ale czy masz klucze? — zaniepokoil sie Dean. — Przeciez tamte twoje specjalne klucze wsiakly po odnalezieniu nas przez pogotowie, a te, kt'ore dostali'smy od robotnik'ow, zdaje sie, nie sa zbyt uniwersalne.

— Damy sobie jako's rade, zamki sa tu proste. Niewykluczone zreszta, ze drzwi sa otwarte. Przeciez my'smy ich nie zamykali. Zaraz sie przekonamy.

Przy'spieszyli kroku i po chwili znale'zli sie pod drzwiami, za kt'orymi rozpoczynala sie galeria nad magazynem. Dalsza droga r'owniez stala otworem, tak iz po dwudziestu paru minutach, z kt'orych najwiecej zuzyto na wnoszenie wp'olprzytomnej Daisy po drabinach, znale'zli sie w salce warsztatu. Tu Dean zajal sie opatrzeniem dziewczyny, Tom za's z Bernardem czuwali przy otwartym wlazie miedzy 98 a 99 poziomem, gdyz tylko z tej strony m'ogl nastapi'c atak. Nizej, na plycie zamykajacej wlaz laczacy 98 i 97 poziomy, umie'scil konstruktor wielki miot zabrany z warsztatu, dowiazawszy do niego dlugi drut, kt'orego koniec trzymal w reku. W ten spos'ob gdyby policja, cho'cby zachowujac najwieksza ostrozno's'c i cisze, chciala dosta'c sie do pomieszczenia na 98 poziomie, musialaby otwierajac klape straci'c mlot, a tym samym zaalarmowa'c osaczonych.

Widocznie jednak policjanci nie orientowali sie, kt'oredy uciekla czw'orka zbieg'ow, i przeszukiwali szczeg'olowo wszystkie okoliczne pomieszczenia, gdyz blisko dwie godziny minely od strzelaniny na 95 poziomie, a po'scigu nie bylo wida'c.

Tom i Bernard siedzieli na ziemi przy wlazie. Konstruktor pograzony byl w glebokiej zadumie i chlopiec nie chcial mu przeszkadza'c. Nie wytrzymal jednak dlugo.

— Panie Ber! Co z nami bedzie? — zapytal trwoznie. Kruk u'smiechnal sie blado do chlopca.

— Czy nie mozna juz stad uciec? — powiedzial drzacym glosem Tom.

— Nie martw sie — odrzekl konstruktor wyrwany z zamy'slenia. — Jako's damy sobie rade.

— Ale jak?

— Bad'z cierpliwy.

Za pierwszymi pytaniami poszly jednak nastepne:

— Panie Ber, jak to sie wtedy stalo, ze policja przyjechala winda, gdy pan nacisnal guzik? Przeciez czerwone 'swiatlo nie palilo sie, a wiec winda stala i musiala by'c pusta. A dopiero kiedy pan nacisnal guzik — 'swiatlo sie zapalilo i juz nie zgaslo, az winda przyjechala. Przeciez oni nie mogli wskoczy'c w czasie ruchu, bo drzwi musza by'c zamkniete. Wiec jak sie do windy dostali?

— Nie jest to tak trudne do wytlumaczenia, jak sadzisz. Po prostu oni juz siedzieli w windzie i tylko czekali, gdzie ich zawiezie.

Tom otworzyl usta, aby zaoponowa'c, lecz konstruktor go uprzedzil:

— Wiem, co chcesz powiedzie'c: je'sliby siedzieli w windzie, nawet kiedy ona stoi, to paliloby sie czerwone 'swiatlo. Masz racje, ale mozna tego unikna'c. Ot'oz wystarczy troche pomyslowo'sci, aby zawisna'c nad podloga. Na powiazanych lina pasach. Nie jest to zbyt meczace, je'sli zwazy'c, ze mozna tak stana'c gdzie's na 90 poziomie. Tam waga ciala jest juz niewielka. W ten spos'ob nietrudno udawa'c, ze winda jest pusta, i czeka'c, az kto's naci'snie guzik na kt'orym's z poziom'ow. Niewykluczone, ze to stary trik policji i wszystkie windy sa tak obsadzone.

— No, to nie ma mowy, zeby'smy mogli dosta'c sie gdzie's do windy?

— Nie. Zreszta tu, w poblizu osi, z tej strony reaktora, nie ma juz w og'ole wind.

— No, to…

W tej chwili nad nimi w otworze wlazu ukazala sie glowa Roche'a.

— Co slycha'c?

— Cisza — odpowiedzial Bernard. — A jak tam Daisy?

— Usnela. Zrobilem jej opatrunek i zastrzyk, wiec chyba nie bedzie komplikacji. Rana jest duza, lecz powierzchowna. Szcze'scie, ze trafili w latarke, nie w dlo'n.

— Biedna dziewczyna — westchnal Kruk. — Ze tez wla'snie ja musialo to spotka'c. Przez twarz Roche'a przebiegl cie'n niezadowolenia.

— Latwo ci m'owi'c, ale przeciez z tej calej kabaly w og'ole nie wida'c wyj'scia. To wszystko przez ciebie. Gdyby'smy sie dali zlapa'c na poczatku, to co? M'oj stary sprzedalby cze's'c interesu i jako's nas wyciagnal.

— Wiec ty my'slisz, ze cala ta sprawa dalaby sie zalatwi'c u Godstona czy w sadzie? Wiec ty jeszcze nie rozumiesz, ze oni chca nas wszystkich zlikwidowa'c, tak jak to usilowali zrobi'c zamykajac nas od zewnatrz?

— Moze chcieli, ale teraz, je'sli tamci z Towarzysza Slo'nca zostali zniszczeni… sytuacja mogla sie zmieni'c. C'oz im po naszej 'smierci? Chodzi najwyzej o milczenie, a na to zawsze moge sie zgodzi'c.

— Jeste's naiwny. Najlepiej milcza umarli..

— Wiec co? Jakie widzisz z tego wszystkiego wyj'scie? Bo ja zadnego — denerwowal sie Dean.

— Wiem, ze sytuacja jest powazna, ale jeszcze nie beznadziejna

— Nie wm'owisz mi tego tak latwo.

— Nie mam wcale zamiaru. Przyszedl mi jednak przed chwila do glowy pewien plan.

— No?

— Jak wiesz, za tymi drzwiami — tu Bernard wskazal reka na drzwi opatrzone znakami ostrzegawczymi — znajduja sie urzadzenia sterujace centralnego reaktora. Pomieszczenia te biegna na znacznej dlugo'sci otaczajac reaktor. Gdyby'smy sie tam dostali, to…

Nagle szarpniecie drutu przerwalo rozmowe.

Pod nimi, na 98 poziomie, w otwartym wlazie ukazala sie przestraszona twarz mezczyzny, kt'oremu, po odsunieciu klapy, spadl na glowe wielki mlot. Konstruktor pu'scil drut i zasunal klape wlazu.

— Masz tu pistolet — zwr'ocil sie do Roche'a. — Je'sliby otworzyli — strzelaj i staraj sie zatrzasna'c wlaz. Watpie, aby kt'ory's z nich odwazyl sie dla odsuniecia klapy wchodzi'c na drabine i nacisna'c wlasnorecznie guzik, bo znalazlby sie wprost pod twoja lufa. Moga to jednak zrobi'c jakim's pretem. Nie wolno dopu'sci'c do tego, aby wlaz pozostal otwarty, gdyz odcieliby nas od Daisy. Trzeba ich wiec odstraszy'c od tych pr'ob. Ja pedze na g'ore po narzedzia!

— Chcesz sie dosta'c do urzadze'n kierowniczych reaktora?

— Tak. Bedzie 2 tymi zamkami troche roboty, tym bardziej ze trzeba unieruchomi'c urzadzenia alarmowe, lecz powinienem da'c sobie rade.

— Ale czy tam… mozna wej's'c? — zapytal Dean z niepokojem.

— Bedziemy sie starali wybiera'c przej'scia jak najdalej od 'zr'odel promieniowania. Nie mamy innego wyj'scia. Mozemy wzia'c skafandry. Pamietam, ze jeszcze trzy byly w przebieralni, gdy wychodzili'smy na zewnatrz. Zreszta, moze zostawili i nasze? Trzeba sprawdzi'c.

— R'ob, jak uwazasz — na twarzy astronoma zn'ow odbila sie rezygnacja. Bernard wszedl na g'ore i po kilkunastu minutach wr'ocil z paroma narzedziami.

Kleknawszy na ziemi przez dluzsza chwile majstrowal przy zamkach.

— No i co? — dopytywal sie Dean.

— Ciezka sprawa — rzekl Bernard wstajac. — Zdaje sie, ze trzeba bedzie cia'c, mamy tu blisko 50 cm olowiu. Tom, chod'z ze mna na g'ore, musimy wzia'c lomy i aparat do ciecia metalu.

Dean pozostal sam. Zrobilo mu sie troche nieswojo, chociaz towarzysze znajdowali sie tylko o pietro wyzej i mieli wkr'otce wr'oci'c.

Draznila go cisza panujaca na dole. Jeszcze kilka minut temu slyszal szmery dochodzace z poziomu 98, teraz jednak policjanci nie zdradzali niczym swej obecno'sci. Najbardziej obawial sie tego, ze moga otworzy'c klape w momencie, kiedy Ber lub Tom znajdowa'c sie beda na drabinie wprost nad wlazem. Teraz, gdy cisza stawala sie coraz bardziej niepokojaca, pragnal, aby juz wreszcie spr'obowali otworzy'c.

„Co's pewnie knuja — przebieglo mu przez glowe. — A gdyby tak odsuna'c nieco klape i zobaczy'c, co sie tam dzieje?”

Przyblizyl sie do otworu i siegnal w kierunku guzika. Nim jednak zdazyl go dotkna'c, nastapilo to, czego sie najmniej spodziewal.

Klapa nagle odskoczyla i przez okragly otw'or wpadl uko'snym lukiem tuz przed nosem Deana rzucony z dolu podluzny, szklany przedmiot.

Astronom odskoczyl gwaltownie w tyl.

Przedmiot, rzucony z rozmachem, uderzyl o 'sciane i z gluchym trzaskiem pekl.

W miejscu, gdzie eksplodowal, ukazal sie niebieski oblok, kt'ory poczal sie szybko rozplywa'c w powietrzu. Dean wiedzial, ze gaz ten uzywany byl nieraz do zwalczania plagi dzikich kr'olik'ow niszczacych plantacje na rolniczych poziomach.

Nie bylo chwili do stracenia.

Gwaltownym ruchem zatrzasnal klape i jednym skokiem znalazl sie na szczycie drabiny. Krztuszac sie dotarl do warsztatu i zasunal otw'or.

— Co sie stalo? — przypadl do niego Bernard.

— Gaz! Wrzucili ampulke z gazem. Chca nas wytru'c jak kr'oliki.

— Ped'z po skafander! — zawolal konstruktor wyrywajac pistolet z reki przyjaciela. — Nie mozemy dopu'sci'c, aby opanowali 99 poziom.

Nacisnal guzik. Klapa odskoczyla i z otworu buchnal mu wprost w twarz klab gazu. Przez niebieskawe opary ujrzal w dole otwarty wlaz prowadzacy na 98 poziom. Strzelil na o'slep i zatrzasnal klape.

Chwycil silnie reka za uchwyt, aby nie dopu'sci'c do jej otwarcia. Chwile sie zastanawial. Nagle wstal z podlogi.

— Trzymaj klape! — zawolal na Toma. — Je'sli bedziesz czul, ze nie dasz rady, to wolaj. W ostateczno'sci, masz tu pistolet! Potrzeba mi trzech minut czasu.

Wspial sie na drabine i znikl w otworze prowadzacym do pomieszcze'n w osi Celestii, odprowadzany przerazonym wzrokiem Daisy. Dziewczyna obudzona strzalem usiadla na ziemi, nie zdajac sobie jeszcze sprawy z tego, co sie dzieje.

— Co to bylo? Gdzie on poszedl? — wyszeptala.

— Nie wiem — odpowiedzial Tom niespokojnie.

W tej chwili w otworze, w kt'orym znikl Kruk, ukazaly sie nogi Roche'a. Jednak, ku zdziwieniu Daisy i Toma, mlody astronom nie schodzil na d'ol, lecz jakby na co's oczekiwal.

Naraz gdzie's z g'ory dobiegl ich daleki szum motoru, kt'ory po chwili spotegowal sie i zmienil ton. Lecz oto, jakby pod wplywem pierwszego szumu, Daisy uczula w uszach lekki b'ol, podobny do tego, jaki czula zwykle po dluzszym nurkowaniu w basenie.

— Tom, slyszysz szum? — zapytala z niepokojem.

— Tak, prosze pani. I tak mnie dziwnie boli w uszach.

Rozlegl sie trzask i klapa wlazu, prowadzacego do osi, zasunela sie do polowy otworu, opierajac sie o nogi Deana.

— Spokojnie, Daisy! Niczego sie nie b'oj! — dobiegl z g'ory glos Roche'a.

Szum w uszach potegowal sie przechodzac chwilami w dzwonienie. Na czole dziewczyny poczely zbiera'c sie krople zimnego potu. Ogarnal ja lek: oni pompuja powietrze! To dzialaja kompresory w 'sluzie. Dlaczego oni to robia? Co to ma znaczy'c?

Chciala krzykna'c, gdy praca silnika ustala raptownie. Pozostalo tylko dzwonienie w uszach i nieprzyjemne uczucie jakiej's zmiany w otoczeniu.

Dean zeskoczyl z drabiny i nachyliwszy sie nacisnal guzik obok wlazu prowadzacego na 99 poziom.

— Tom! Pu's'c nieco klape!

Chlopiec zwolnil uchwyt, lecz klapa nie poruszyla sie.

— Pu's'c zupelnie! — rozkazal Roche. — A teraz spr'obuj odsuna'c. No co, nie da sie? W porzadku. Ber, mozesz zej's'c.

Tom patrzyl ze zdziwieniem na astronoma.

Dean u'smiechnal sie po raz pierwszy od wielu godzin.

— Zadna sila juz tej klapy nie odsunie — wyja'snil. — Ber obnizyl ci'snienie i nastapilo automatyczne zablokowanie przej'scia, tak jak w razie jakiej's katastrofy, gdy zaczyna ucieka'c powietrze. Nie uda im sie nas wy tru'c! Chyba zeby zrobili otw'or w klapie lub w podlodze, ale tego nie zaryzykuja, bo skad moga wiedzie'c, czy nie ubrali'smy sie w skafandry i nie wypu'scili'smy powietrza.

Tymczasem Kruk zeskoczyl na d'ol.

— Trzeba bedzie wycia'c w 'scianie otw'or, aby'smy mogli dosta'c sie do pomieszcze'n kierowniczych reaktora, gdyz nie ma tu drzwi. Spowoduje to wzrost ci'snienia, a tym samym moze nam grozi'c ponowne otwarcie klapy. Bede wiec musial ja przyspawa'c. Dean z Tomem, opukajcie tymczasem 'sciany. Trzeba wybra'c odpowiednie miejsce, gdyz oslona nie wszedzie ma r'owna grubo's'c.

Powiedzial to celowo, cho'c zdawal sobie sprawe, ze ich „fachowa” pomoc nie na wiele sie zda. Chcial jednak zaja'c czym's towarzyszy i w ten spos'ob nieco rozproszy'c ich zdenerwowanie. Przesunal sie do szafy i poczal szuka'c jakich's narzedzi.

— Hej, Tom! Nie opukuj tej 'sciany — zwr'ocil sie do chlopca, kt'ory w tym czasie poczal z zapalem spelnia'c powierzone mu zadanie. — To nie tu! Przeciez tam jest 'sciana zewnetrzna! Tedy mogliby'smy tylko wyj's'c na tamten 'swiat!

Chlopiec zaczerwienil sie.

— Ale tam wla'snie slycha'c.

— Co slycha'c?

— Tak „oddaje”…

— Zdaje ci sie. Tam sa warstwy izolujace i plaszcz wodny.

— Ale slycha'c, jakby bylo pusto — upieral sie chlopiec.

— Niemozliwe, przeciez…

— O, niech pan slucha!

Rozlegl sie gluchy, dudniacy d'zwiek.

Na twarzy Bernarda odbilo sie zdumienie.

Podszedl do chlopca i poczal z uwaga opukiwa'c 'sciane.

— A to ciekawe — rzekl po chwili nie przerywajac badania. Przez kilka minut obmacywal palcami gladka powierzchnie metalu.

— Tu sa jakie's drzwi! Tak… To z pewno'scia drzwi. Ale przeciez to niemozliwe! Czyzby ta salka nie przylegala bezpo'srednio do 'sciany zewnetrznej?

Dean podszedl zaciekawiony.

— A moze to winda — szepnela Daisy.

— Niemozliwe — zaprzeczyl Roche. — Do tej wysoko'sci zadna winda od tej strony nie dochodzi.

— Moze zrobi'c dziure? — wtracil Tom, o'smielony faktem, ze odkrycie jego wzbudzilo taka sensacje.

— Mozna by wywierci'c otw'or, ale nie wiem, czy ma to sens, gdyz czasu zbyt wiele nie mamy. Pod sufitem nad drzwiami wida'c siatke: moze wiec to by'c albo szyb windy, albo jakie's urzadzenie wentylacyjne. Oczywi'scie, otw'or blokowany jest automatycznie przy spadku ci'snienia.

Zawahal sie.

— Moze tedy najlepiej byloby uciec… Naraz, uderzony nowa my'sla, powiedzial:

— Zrobimy pewien eksperyment. Moze to jednak jest winda.

— Jaki eksperyment?

— Wy'swidrujemy nieduzy otw'or ponad drzwiami. Je'sli to jest szyb windy pneumatycznej, to mozemy ja podciagna'c do g'ory obnizajac ci'snienie w szybie.

Oczy Daisy rozszerzyly sie.

— Nie rozumiem. Jak to mozliwe?

— Winda pneumatyczna poruszana jest ci'snieniem wytwarzanym przez kompresory, pracujace na dnie szybu stanowiacego dluga rure. Gdy wiec zamiast tloczy'c pod winde powietrze rozrzedzimy je nad nia, to winde podniesie ci'snienie atmosferyczne Celestii. Powietrze to dostaje sie do szybu pod winde specjalnym wentylem, kt'ory wpuszcza je swobodnie do 'srodka nie wypuszczajac z powrotem. Otwiera sie on dopiero wtedy, gdy winda zjezdza na d'ol, regulujac jej ruch zgodnie z sygnalem wysylanym przez pasazera naciskajacego guzik, gdyz kompresory sluza tylko do podnoszenia windy.

— Niewiele z tego zrozumialam, ale dalabym wiele, aby ten tw'oj eksperyment sie udal i za tymi drzwiami byla wla'snie winda.

— Z policja — dorzucil zgry'zliwie Roche. Bernard wzruszyl ramionami.

— Zn'ow zaczynasz — powiedzial cierpko. — Przeciez tego szybu nie ma w planach Celestii. Je'sli jest to szyb windowy, to z pewno'scia jaki's stary, nieczynny. Bardzo watpie, aby'smy mogli ciagna'c tu winde, lecz je'sli jest to zapomniany szyb, bedziemy mogli tedy za pomoca lin wydosta'c sie z matni. Tak czy inaczej, bez sprawdzenia, czy nie ma tam windy, nie mozemy ryzykowa'c wchodzenia do 'srodka, bo w razie jej uruchomienia zostaliby'smy zmiazdzeni.

Wyciagnal z szafy elektryczna wiertarke i zalozywszy wiertlo o duzej 'srednicy podszedl do tajemniczych drzwi.

— Podnie's mnie do g'ory — zwr'ocil sie do Deana.

Po chwili wirujace ostrze poczelo szybko zaglebia'c sie w metalowej powierzchni. Daisy wstrzymala oddech wpatrujac sie z niepokojem w blyskajace wiertlo.

Rozlegl sie zgrzyt metalu i jednocze'snie syk wpadajacego do salki powietrza, kt'ory po chwili przeszedl w przeciagly gwizd.

Bernard zeskoczyl z ramion Roche'a.

— Otw'or jest troche za maly. Nie chce robi'c zbyt wielkiego i bedziemy musieli kilkana'scie minut poczeka'c na reakcje, je'sli w og'ole nastapi. Zarazi Trzeba sie zastanowi'c, czy nie nalezaloby jeszcze obnizy'c ci'snienia. Obecnie panuje tu ci'snienie r'owne trzem czwartym normalnego, lecz szyb moze by'c bardzo dlugi i ci'snienie podniesie sie do jakich's siedmiu 'osmych atmosfery. Przekr'oj szybu nie bedzie mniejszy od l m2. Da nam to ud'zwig rzedu przynajmniej 1250 kg. Je'sli w starym szybie tarcie nie bedzie zbyt wielkie, ci'snienie to wystarczy az nadto do podniesienia windy.

Zapanowalo milczenie. Wszyscy wsluchiwali sie z napieciem w gwizd powietrza uciekajacego z otworu. Mijaly minuty. Gwizd nie ustawal.

— Chyba nic z tego nie bedzie — nie wytrzymal Dean. Bernard spojrzal na zegarek.

— Minelo 17 minut — powiedzial szeptem, jakby glos jego m'ogl przeszkodzi'c ucieczce powietrza z szybu.

Lekki szum w uszach wskazywal wyra'znie na zmiane ci'snienia.

Naraz, w chwili gdy nikt sie tego zupelnie nie spodziewal, rozlegl sie szczek i glo'sne cmokniecie jedno, drugie…

Wstrzymali oddech, Dean kurczowo zacisnal palce na rekoje'sci broni.

Rozlegl sie ponowny szczek i drzwi gwaltownie odskoczyly pchniete ci'snieniem powietrza.

Za otwartymi drzwiami widnialo jasno o'swietlone, puste wnetrze male'nkiej windy.

Dean pierwszy wskoczyl do 'srodka rozgladajac sie ze zdumieniem po wnetrzu.

— Tylko jeden guzik! — zawolal. — Co za dziwna winda? Twarz Bernarda przybrala zaciety wyraz.

— Tak czy inaczej — musimy z niej skorzysta'c. Cho'cby nas miala zawie'z'c do samego piekla!

— A moze lepiej przebija'c sie wok'ol reaktora?

— Nie — powiedzial Kruk takim tonem, ze towarzysze spojrzeli na niego ze zdziwieniem.

— To znaczy? — wyszeptala Daisy.

— To znaczy, ze was oklamalem! Przej'scie poza oslona w bezpo'srednie sasiedztwo reaktora daloby nam tylko 10 szans na 100, ze przezyliby'smy taka pr'obe.

— Dlaczego wiec?… — Dean zacisnal palce na ramieniu przyjaciela.

— Dlatego, ze w'owczas my'slalem, iz to jest jedyne wyj'scie. Teraz sytuacja ulegla zmianie. Zabierzemy ze soba narzedzia do ciecia metalu. Je'sli nawet winda zatrzymalaby sie w jakim's zamknietym pomieszczeniu — damy sobie rade. Zreszta, to nasza ostatnia szansa.

— W jaki spos'ob uruchomisz winde? — zaniepokoil sie Roche. — Naci'sniecie guzika to tylko otwarcie wentyla dolnego, a nas przeciez nie pu'sci niskie ci'snienie panujace w g'ornej cze'sci szybu.

— Bedziemy musieli doprowadzi'c ci'snienie na tych poziomach do normalnego i wszystko powinno by'c w porzadku.

Kruk wybrawszy pare narzedzi podal je Tomowi.

— Zabierz to do windy. Zaraz wracam.

Po chwili Bernard znalazl sie na g'orze w 'sluzie i ponowny szum w uszach obwie'scil czekajacym w windzie wzrost ci'snienia.

Wr'ociwszy na d'ol konstruktor jeszcze raz obrzucil wzrokiem wnetrze salki.

„Wyobrazam sobie ich miny, gdy nas tu nie zastana” — pomy'slal u'smiechajac sie do siebie. Natychmiast jednak spowaznial. Co ich czeka na ko'ncu tego szybu? Moze winda jest uszkodzona i zamiast ratunku przyniesie im 'smier'c? Odkrycie szybu wzbudzilo nowa nadzieje, kt'ora sam Bernard w ostatnich godzinach niemal zupelnie utracil. Jednak jakze byla ona krucha i niepewna! Je'sli winda stanie gdzie's w szybie w sasiedztwie zbiornik'ow wody lub, co gorsza, jakiego's gazu?

„Nie ma innego wyj'scia — pomy'slal. — To.jedyna droga”.

Gwaltownym szarpnieciem zatrzasnal drzwi.

Stali stloczeni w ciasnym wnetrzu, oczekujac z niepokojem na to, co mialo nastapi'c za chwile.

Bernard powoli uni'osl reke w g'ore i polozyl palec na czerwonym przycisku bez zadnego napisu czy symbolu.

— Jeden jedyny guzik… Dokad on nas zaprowadzi? ”* Nacisnal. Poczul, jak serce zabilo mu gwaltownie.

Winda drgnela i ze wzrastajaca szybko'scia pobiegla w d'ol.


Iskra na prochy | Zagubiona Przyszłość | cëĺäóţůŕ˙ ăëŕâŕ