home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z
Ŕ Á Â Ă Ä Ĺ Ć Ç Č É Ę Ë Ě Í Î Ď Đ Ń Ň Ó Ô Ő Ö × Ř Ů Ý Ţ ß


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | ôîđóě | collections | ÷čňŕëęč | ŕâňîđŕě | add

đĺęëŕěŕ - advertisement



Oni

Andrzej Krawczyk przebiegl palcami po klawiaturze. Ekran ozyl setkami punkcik'ow. Rozblysly znajome ksztalty Krzyza Poludnia. Usiane gwiazdami niebo przesuwalo sie wolno, jak obraz dalekich przedmiot'ow widziany z okna pedzacego pojazdu.

Ruch ustal. Trzy najja'sniejsze gwiazdy konstelacji Krzyza Poludnia schowaly sie juz poza krawed'z ekranu. Obejmowal on obecnie obszar na pograniczu trzech gwiazdozbior'ow: Krzyza, Centaura i Okretu.

Astronom siegnal zn'ow do tablicy sterowniczej pantoskopu.

Gwiazdy jakby rozbiegly sie na wszystkie strony, potegujac jednocze'snie swa jasno's'c. Coraz to inna znikala poza rama ekranu, a ledwo dostrzegalne przed chwila punkciki staly sie gwiazdami pierwszej wielko'sci.

Uczony uni'osl sie nieco w fotelu.

— Jest! Wida'c dysk! — zwr'ocil sie do stojacego za nim mlodego czlowieka.

— Gdzie?

— Na 'srodku, w prawo od tej z'oltej, jasnej gwiazdy. Szary punkcik… 'Srednica pozorna tarczy nie przekracza 5 mm. Poza tym przeszkadza 'swiatlo gwiazd. Sprawd'z, Witia, odleglo's'c.

Wiktor Sokolski przelaczyl sw'oj miniaturowy monitor kontrolny na tablice nawigacyjna sterowni.

— Blisko sze's'cset milion'ow kilometr'ow. Doszedle's do granicy powiekszenia?

— Jeszcze nie, ale juz jestem blisko — stwierdzil astronom i ponownie przebiegl palcami po przyciskach.

Gwiazda rozrosla sie i przesunela na lewo w d'ol, dochodzac niemal do krawedzi ekranu. W jego centrum, na tle aksamitnoczarnego nieba, ukazal sie szary krazek, ustawiony nieco uko'snie. Po chwili krazek zz'olkl, nie tracac jednak nic na kontrastowo'sci, gwiazda za's nieco przygasla. Na tarczy male'nkiego dysku mozna juz bylo rozr'ozni'c ja'sniejsze i ciemniejsze punkty.

— Obraca sie bardzo wolno — zauwazyl Sokolski.

— Dokladnie: jeden obr'ot na minute — uslyszeli za soba glos Rity Croce, inzyniera laczno'sci.

— Brawo, dziewczyno! Nie tracisz czasu — u'smiechnal sie do niej Sokolski. — A co tam u ciebie? Odebrala's jakie's sygnaly?

— Niestety… Na wszystkich zakresach cisza.

— A m'owila's, ze co's tam lapiesz na mikrofalach

— To jaki's automat wysylajacy stale te same impulsy.

— Nie jest to pocieszajace — powiedzial z troska Krawczyk.

— Przypuszczasz, ze zgineli?

— Tego nie moge twierdzi'c. Brak sygnal'ow radiowych moze 'swiadczy'c r'ownie dobrze o tym, ze nie odebrali naszych lub nawet, ze w og'ole nie maja radia.

Rita spojrzala na Krawczyka z niedowierzaniem.

— Czyzby?

— Nie zapominaj, ze CM-2 opu'scilo Uklad Sloneczny cztery wieki temu. Czterysta lat zycia malego liczebnie spolecze'nstwa w takim izolowanym 'swiecie przy 'owczesnych prymitywnych urzadzeniach i bardzo skromnym do'swiadczeniu w dalekich podr'ozach kosmicznych, moglo da'c najr'oznorodniejsze wyniki.

— Sadzisz, ze nalezy liczy'c sie z regresem?

— Nie tylko sadze, ale jestem pewny, ze na wielu odcinkach zycia musialo nastapi'c cofniecie, cho'cby dlatego, ze niekt'ore dziedziny wiedzy przestaly by'c potrzebne. Dla innych brak bylo material'ow, narzedzi, surowc'ow, kt'ore ulegly rozproszeniu albo zniszczeniu przez niedbalstwo lub zbyt prymitywne 'srodki techniczne.

— Ale przeciez trudno wyobrazi'c sobie zupelny zast'oj. Zreszta tamci porwali z soba, opr'ocz zalogi zlozonej z wykwalifikowanych specjalist'ow, kilku wybitnych uczonych.

— W niekt'orych dziedzinach musial niewatpliwie istnie'c postep, ale po pierwsze: m'ogl go poprzedzi'c powazny regres, po drugie: w tak malym spolecze'nstwie postep wiedzy musi by'c bardzo nieznaczny.

— Zdaje sie, ze sprawa ta byla przedmiotem dyskusji Miedzynarodowej Akademii Nauk przed naszym odlotem z Ziemi — wtracil Sokolski. — Ja w tym czasie bylem bardzo zajety generalnym przegladem Astrobolidu, wiec nie moglem 'sledzi'c raport'ow Akademii, ale co's mi sie obilo o uszy.

— Tak. Sprawa postepu w spolecze'nstwie malym i izolowanym… — zamy'slil sie Krawczyk. -Chyba nigdy w naszych dziejach nie bylo tak wspanialej okazji przebadania ewolucji spolecze'nstwa izolowanego, i to spolecze'nstwa o stosunkowo wysokim poziomie techniczym.

— A je'sli w CM-2 nie ma juz zywych istot? Wla'sciwie na jakiej podstawie liczymy na to, ze ludzie ci, a 'sci'slej potomkowie ich, dozyli naszych czas'ow? Przeciez sam m'owisz, ze musieli oni napotka'c powazne trudno'sci wynikajace z 'owczesnego niskiego poziomu technicznego. Mogli nie znale'z'c sposob'ow pokonani^ jakich's komplikacji, na przyklad znaczniejszego zachwiania r'ownowagi w procesie krazenia wegla czy tlenu. A to oznaczaloby 'smier'c wszystkich. Moze to tylko pusta, wymarla skorupa…

— Ale ja odbieralam sygnaly — zaoponowala Rita.

— Sama m'owisz, ze to automat.

— Nawet je'sli okaze sie — rzekl astronom — ze to martwy 'swiat, nawet w tym stanie zawiera z pewno'scia cenny material historyczny. Wiec sadzisz, ze zgineli? Sp'ojrzcie! Oto obraz termograficzny.

Krawczyk, kt'ory w czasie calej rozmowy nie przestal manipulowa'c przyciskami zmieniajac dlugo's'c fal elektromagnetycznych, odbieranych przez pantoskop, WM; i, ” reka na ekran. Krazek przybral barwe seledynowa o r'oznym natezeniu w poszczeg'olnych punktach tarczy.

— CM-2 nie jest ani puste, ani zimne — podjal uczony. — O, wyra'znie wida'c wieksze natezenie promieniowania w okolicach, gdzie, jak pamietam, wedlug starych plan'ow mie'sci'c sie ma centralny reaktor jadrowy. Gdy sie bardziej zblizymy, zobaczymy nawet drobne r'oznice w natezeniu promieniowania. My'sle, ze to nam pozwoli z duzym prawdopodobie'nstwem zorientowa'c sie, co kryje wnetrze tego almcralitowego dysku. Ja osobi'scie slabo pamietam szczeg'oly budowy CM-2 ani tez nie jestem specem jak Hans, je'sli chodzi o promieniowanie tego rodzaju sztucznych cial, ale z pewno'scia Brabec i Feldmann beda mogli nam tu wiele powiedzie'c.

— Sadzisz, ze wzrosly szanse na szybkie nawiazanie laczno'sci?

— Trudno powiedzie'c co's konkretnego: jeste'smy jeszcze zbyt daleko od nich. Sze's'cset milion'ow kilometr'ow to nie bagatela. Sygnal biegnie przeszlo p'ol godziny. Przede wszystkim jednak, pomijajac techniczna zdolno's'c porozumienia sie, istnieje tu jeszcze pewien niemal nieuchwytny czynnik. Nie wiemy, czy waznej roli nie gra tu przypadek.

— Przypadek?

— Nie jestem az takim optymista, aby przypuszcza'c, ze je'sli maja aparature nadawczo-odbiorcza, to czynna jest ona stale. A je'sli tak, to skad maja wiedzie'c o naszej obecno'sci? Trzeba spr'obowa'c innych sposob'ow.

— Nie mozemy czeka'c dluzej niz dwa, trzy dni — rzekl Wiktor. — Jezeli w tym czasie Rita nie nawiaze laczno'sci, musimy zbudzi'c przynajmniej Brabca, gdyz on jest najlepiej zorientowany w konstrukcji CM-2. Za 96 godzin niemal zr'ownamy sie predko'scia z nimi i silnik rakietowy przestanie pracowa'c. Bedziemy w'owczas w odleglo'sci 20 tysiecy kilometr'ow od CM-2, wchodzac w teoretyczna strefe zagrozenia.

— Poczekamy wiec jeszcze dwa dni — zawyrokowal Krawczyk.

— Ale czy w og'ole warto czeka'c? Melodyjny d'zwiek dzwonka przerwal rozmowe.

— Ziemia! — zawolal Sokolski — Chod'zmy na g'ore.

W chwile p'o'zniej znale'zli sie w przestronnym pokoju klubowym. Zastali tu kilkoro dzieci w towarzystwie mlodej lekarki, pelniacej dyzur wychowawczy.

— My'slalam, ze nie przyjdziecie — zawolal na widok przybylych. — Za niecala minute audycja.

— Zagadali'smy sie — usprawiedliwil sp'o'znienie astronom. — Czy wiesz, ze CM-2 wida'c juz wyra'znie? Wkr'otce bedzie mozna rozr'ozni'c szczeg'oly powierzchni.

— Musze do ciebie wpa's'c po audycji, jak tylko uloze do snu dzieci. Cicho, Szu! — zwr'ocila sie do sko'snookiego o'smioletniego chlopca, przekomarzajacego sie podniesionym glosem ze swa mlodsza kolezanka. — Cicho! Juz sie zaczyna.

Niemal jednocze'snie ze slowami lekarki rozlegl sie przeciagly gwizd, kt'ory zmieniwszy kilkakrotnie wysoko's'c tonu przeszedl nagle w rytmiczne tykanie zegara. Wszyscy obecni, nie wylaczajac czteroletniej c'orki lekarki — pulchnej dziewczyneczki budujacej na podlodze jaki's palac z kolorowych plytek — podnie'sli glowy wpatrujac sie w blyskajacy 'swiatlami, wklesly ekran telewizora.

— Halo, tu Ziemia! — wpadl w cisze glos spikera. — Halo, tu Ziemia! Wzywamy Astrobolid! Tu stacja GR-57. Pozdrawiamy pierwsza naukowa ekspedycje miedzygwiezdna i laczymy sie ze studio praskim.

Zabrzmial melodyjny sygnal i przed ekranem pojawila sie twarz mlodej kobiety.

— Tu Praga. Nadajemy specjalna 45-minutowa audycje dla pierwszej naukowej ekspedycji miedzygwiezdnej. Dzi's przemawia do was Praga czeska. Mamy poniedzialek, 13 stycznia 2406 roku. Jest w tej chwili godzina czwarta rano. Na wstepie przeglad wydarze'n.

— 13 stycznia, godzina czwarta — u'smiechnal sie Sokolski. — Przeciez to 25 dni i ponad 11 godzin temu. Nie moge sie jeszcze przyzwyczai'c. Na ekranie klebily sie ciemne, geste chmury.

— Ubieglej nocy nad wschodnia Slowacja i poludniowa Polska — d'zwieczal glos spikera — w zwiazku z pr'obami nowego zespolu izoklimatycznego wystapily w nie spotykanym od 32 lat nasileniu burze elektromagnetyczne, polaczone z ulewnym deszczem. Szczeg'olnie wspaniale efekty 'swietlne zaobserwowano w okolicach mikrofalowego kolektora krakowsko-czestocho wskiego.

— Co to? — czteroletnia Zina wskazala r'ozowym paluszkiem na migocace na ekranie jasne wstegi wyladowa'n elektrycznych. — Co to, mamo?

— To elektryczno's'c — wyja'snila lekarka. — Tak samo 'swieci, jak w tej duzej lampie, kt'ora stoi przy stole w moim laboratorium.

— A jak to 'swieci?

— Opowiem ci p'o'zniej. Teraz patrz uwaznie, bo zaraz zobaczysz co's innego.

— Ale jak to 'swieci? — nie ustepowala mala.

Rozpoczalby sie teraz niesko'nczony ciag pyta'n, lecz na szcze'scie nowy obraz odwr'ocil uwage dziecka.

Ukazaly sie potezne, liczace dziesiatki pieter gmachy o harmonijnych ksztaltach, szerokie ulice i rozlegle place. Wszystko to tonelo w soczystej zielono'sci. Na blekitnej wstedze rzeki uwijaly sie setki pojazd'ow wodnych. A oto ro'snie w oczach szary, zako'nczony smukla iglica wiezowiec i po chwili na ekranie ukazuje sie wielka sala koncertowa…

— W Warszawie, w zabytkowej budowli zwanej niegdy's palacem kultury, pamietajacej druga polowe XX stulecia, trwaja obrady czolowych kompozytor'ow Federacji Srodkowo-Europejskiej, po'swiecone analizie tw'orczo'sci Wladyslawa Strugalskiego, genialnego muzyka polskiego z ko'nca XXII wieku. W ostatnich latach jeste'smy 'swiadkami renesansu jego wplyw'ow, zwlaszcza na mlodsza generacje kompozytor'ow slowia'nskich — Nadajemy fragment VII Symfonii Strugalskiego, zwanej „Zwycieska”, w wykonaniu wielkiej toru'nskiej orkiestry symfonicznej.

Poplynely d'zwieki muzyki.

Lecz oto obraz zn'ow sie zmienil, przenoszac widz'ow najpierw do Arizony, gdzie dokonywano pr'ob z nowa najwieksza na 'swiecie latajaca wyspa, p'o'zniej nad jezioro Titicaca, by uczestniczy'c w poludniowoameryka'nskich zawodach jednoosobowych lodzi podwodnych, wreszcie do Afryki, w okolice r'ownika, na teren rewelacyjnych odkry'c archeologicznych.

Na ekranie ukazaly sie widziane z lotu ptaka gigantyczne sploty jakich's metalowych konstrukcji i wielkie, l'sniace w slo'ncu kule, wszczepione w 'sciane masywu skalnego.

Rozlegl sie glos spikerki:

— Wczoraj w Tatrach Wysokich rozpoczal prace nowy zesp'ol izoklimatyczny zainstalowany w poludniowej 'scianie Lodowego. Jest to si'odma stacja tego typu w Europie, a dziewie'cdziesiata druga na 'swiecie. W biezacym roku przewidziana jest budowa sze's'cdziesieciu siedmiu dalszych zespol'ow izoklimatycznych, kt'orych wsp'oldzialanie…

Dwukrotny melodyjny d'zwiek dzwonka zmieszal sie z glosem spikerki.

Krawczyk spojrzal pytajaco na Rite, kt'ora zerwala sie z tapczanu i szybko wybiegla z pokoju. Sokolski r'owniez uslyszal sygnal i wida'c bylo, ze sie waha. Ciekawo's'c jednak zwyciezyla — podni'osl sie z miejsca i podazyl za kolezanka.

— A teraz przeniesiemy sie — brzmial w dalszym ciagu glos spikerki — na p'olnocne wybrzeze Grenlandii, w okolice Nexhagen, gdzie na do'swiadczalnej fermie Koleczki i Stirnberga najbardziej uwidocznila sie przemiana klimatu. Warto doda'c, ze w ciagu roku, jaki uplynal od zatwierdzenia plan'ow budowy Nexhagen, liczba mieszka'nc'ow tego najmlodszego miasta Grenlandii przekroczyla 3 miliony.

Przez ekran przesuwaly sie barwne, plastyczne obrazy bogatej ro'slinno'sci poludniowej. Drzewa i krzewy uginaly sie pod ciezarem wspanialych owoc'ow r'oznych ksztalt'ow, wielko'sci i smaku. Zdawalo sie, ze wystarczy wyciagna'c reke, aby pochwyci'c olbrzymie grono lub kilkukilowa odmiane pomara'nczy.

— Te poludniowe owoce, wyhodowane na wolnym powietrzu w p'olnocnej Grenlandii, sa najwymowniejszym dowodem sprawno'sci dzialania zespol'ow IK…

Rozpoczal sie dluzszy wyklad slynnego agrobiologa, poparty licznymi wykresami i mikroskopowymi zdjeciami. Dzieci poczely sie niecierpliwi'c, nie mogac sie doczeka'c ko'nca wykladu. R'owniez doro'sli nie byli jako's w stanie skupi'c uwagi, rzucajac raz po raz spojrzenia w kierunku drzwi prowadzacych do windy.

— Moze jednak przerwiemy i doko'nczymy p'o'zniej z zapisu? — nie wytrzymala wreszcie lekarka. — Tam, zdaje sie, co's zaszlo.

— To byl sygnal z nasluchu… — rozpoczal Krawczyk, lecz urwal w p'ol zdania, bo oto na bialej 'scianie klubu pojawila sie twarz Rity.

— Andrzeju! Jest! Jest co's! — rozlegl sie jej glos.

— Nawiazala's laczno's'c?

— Jeszcze nie. Ale wystapil nowy sygnal. Tym razem na ultrakr'otkich. Zjawil sie zupelnie nagle, trwal r'owne trzy sekundy i r'ownie raptownie zgasl.

— Nie powt'orzyl sie wiecej?

— Dotychczas, niestety, nie. Prawdopodobnie chodzi tu r'owniez o jaki's przyrzad. Wik twierdzi, ze to jeszcze nic nie m'owi, mnie sie jednak wydaje, iz jest to wazny dow'od zycia w CM-2.

— Zbyt pochopny wniosek — zabrzmial glos Sokolskiego i za dziewczyna ukazala sie jego posta'c. — Mozemy jedynie stwierdzi'c, ze w CM-2 istnieja urzadzenia wysylajace tego rodzaju sygnaly. Ale moga to by'c automaty dzialajace 'slepo. Sygnal moze po pewnym czasie zn'ow sie zjawi'c, wygasna'c, zn'ow sie pojawi'c i tak w k'olko, raz nastawiony przed kilkuset laty.

— Ale z ciebie sceptyk — u'smiechnal sie Krawczyk. — Nie wiem, czy mozna zalozy'c tak dlugotrwale dzialanie automat'ow przy 'owczesnym poziomie techniki. Oczywi'scie w zasadzie sceptycyzm jest tu sluszny, gdyz nawet stwierdzone przeze mnie promieniowanie cieplne nie 'swiadczy kategorycznie o istnieniu zycia w CM-2 i konieczne sa dalsze dokladne badania. Jednak prawdopodobie'nstwo wzroslo. Czekajmy, co bedzie dalej. Czy pr'obowala's nadawa'c jakie's sygnaly na tej samej fali? — zwr'ocil sie do Rity.

— Wla'snie to robie, ale cierpliwo'sci! Przeciez jeste'smy oddaleni od nich o przeszlo 30 minut 'swietlnych. Musimy czeka'c.

Po blisko sze'sciu godzinach sygnal powt'orzyl sie i Rita w odpowiedzi nadala szereg wlasnych sygnal'ow. W godzine p'o'zniej na ta'smie rejestratora wystapil zn'ow ten sam wykres, trwal jednak znacznie kr'ocej, gdyz tylko 0,1 sekundy. Powtarzal sie odtad regularnie przez nastepne trzy dni bez najmniejszych zmian w sposobie nadawania. Tylko czesto's'c sygnal'ow wzrastala nieustannie w miare zblizania sie Astrobolidu do Celestii.

Nie ulegalo juz watpliwo'sci, ze dziala tu automat i to w ten spos'ob, jakby po wysianiu sygnalu czekal, az nadejdzie fala odbita od Astrobolidu, po czym natychmiast wysylal nastepny. Rita wyrazila przypuszczenie, ze jest to automatycznie dzialajaca sonda radiolokacyjna, a wiec obecno's'c Astrobolidu zostala zauwazona i wkr'otce powinno nastapi'c nawiazanie laczno'sci. Jednak Wiktor wysunal obiekcje, ze wlaczenie takiego przyrzadu moglo nastapi'c calkowicie automatycznie po przekroczeniu okre'slonej odleglo'sci przez Astrobolid, pod dzialaniem pierwszej stacji, pracujacej na mikrofalach. Za hipoteza Wiktora zdawal sie przemawia'c fakt, ze na sygnaly nadawane przez Rite na tej samej fali nie bylo zadnej reakcji.

Uczeni zaczeli juz zniecheca'c sie do tej metody, gdy wyniki bada'n promieniowania Celestii rzucily nowe 'swiatlo na zagadnienie zycia w CM-2. Pomiary w r'oznych punktach pancerza wykazaly, ze we wnetrzu Celestii panuje temperatura bardzo zblizona do temperatury wnetrza Astrobolidu. Zaobserwowany rozklad promieniowania odpowiadal z nieduzymi zmianami planom rozmieszczenia urzadze'n, pracujacych przy podwyzszonej temperaturze. Moglo to by'c dowodem, ze zycie Celestii toczy sie normalnym torem.

W tym samym czasie Sokolski przeprowadzil wstepne badania strefy dezintegracji CM-2. Polegaly one na wystrzeleniu szeregu male'nkich rakiet w kierunku sztucznego ksiezyca w ten spos'ob, aby przebiegaly w r'oznych od niego odleglo'sciach. Pr'oby mialy stanowi'c sprawdzian, czy miotacze badonowe CM-2 reaguja na ciala przelatujace obok tej kosmicznej wyspy. Na ostateczne zbadanie strefy dezintegracji droga ostrzeliwania wprost bylo jeszcze za wcze'snie z uwagi na zbyt wielka predko's'c Astrobolidu. Nawet kilkumiligramowe kule papierowe mogly spowodowa'c niebezpieczne nastepstwa, gdyby Celestia nie miala ochrony.

Ostrzeliwanie boczne, jak mozna bylo sie spodziewa'c, nie dalo wynik'ow. Przewidziane planem przej'scie Astrobolidu w odleglo'sci 500 km od Celestii zdawalo sie wiec nie nastrecza'c zadnych przeszk'od. Wobec tych fakt'ow nawet Sokolski, usposobiony dotad pesymistycznie, nie ukrywal rado'sci. Niemniej problem nawiazania laczno'sci pozostawal nie rozwiazany.

— Zdobyli'smy przekonywajacy dow'od istnienia zycia w CM-2, jednak praktycznie niewiele nam to daje — otworzyl narade Krawczyk. — Stawiam wniosek, aby'smy rozwazyli zastosowanie innych metod nawiazania laczno'sci. Milczenie CM-2 moze mie'c dwojaka przyczyne: albo nie interesuja sie dzialaniem sondy i w og'ole nie wiedza o naszym istnieniu, albo tez — astronom zawahal sie — wiedza o tym i 'swiadomie nie chca nawiaza'c z nami laczno'sci. W pierwszym przypadku nalezy chyba rozwazy'c mozliwo's'c…

Nie doko'nczyl. D'zwiek sygnalu poderwal Rite z fotela.

— To oni! — zawolala rado'snie, biegnac do windy.

Wiktor pospieszyl za nia. Uplynela dluzsza chwila nerwowego oczekiwania i oto na bialej 'scianie ukazala sie twarz Sokolskiego.

— Mamy ich! Odezwali sie! I to na fonii. W tej chwili Rita pr'obuje nawiaza'c z nimi laczno's'c. Zaraz, zaraz…

— Wiec jak ostatecznie? — zniecierpliwil sie Krawczyk. — Nawiazala laczno's'c czynie nawiazala?

— Laczno'sci jeszcze nie nawiazala, ale szukacz wielozakresowy zlapal ich. Jak wiecie, szukacz nadaje nieprzerwanie, wedrujac z fali na fale, nasze wezwanie po angielsku: „Halo, CM-2! Czy nas slyszycie? Czekamy na odpowied'z”. Ot'oz przed dziesiecioma minutami dostali'smy odpowied'z, nieco dziwaczna, ale w kazdym razie jest to glos ludzki, nadawany na kr'otkich falach. Mozecie zreszta poslucha'c z ta'smy.

Wiktor znikl na chwile i oto rozlegl sie jaki's obcy meski glos:

— Co lam, D a i s y, co s i f zn'ow stal o? — brzmialy nieco znieksztalcone odbiorem, dziwne slowa w jezyku angielskim. — Co ty m'owisz?

Na chwile zapanowala cisza i zn'ow rozlegl sie tajemniczy glos: — Czemu milczysz, Daisy:1 Co to za zarty? Odezwij sie, Daisy! Co? Powt'orz, bo nie zrozumialem, co m 'o w i s z! Znowu nastapila dluzsza przerwa, po czym:

— Daisy, nie wyglupiaj sie! Z kim ty rozmawiasz? Jaka fula? Daisy! — chwila ciszy. — Da i s y?

— To wszystko — odezwal sie ponownie Sokolski. — D'zwiek jest znieksztalcony przez bardzo duze wzmocnienie, ale zrozumie'c mozna. 'Zr'odlem emisji jest nadajnik o nieznacznej mocy. A przeciez dzieli nas od nich odleglo's'c 6 500 000 km. Po odebraniu pierwszych sl'ow szukacz nadal natychmiast drugie wezwanie, aby sluchali nas za godzine na tej samej fali.

— Dlaczego za godzine? Przeciez dzieli nas okolo 22 sekund 'swietlnych.

— To wina Rity, kt'ora od trzech dni nie zmienila zawolania. Zbyt byla zajeta tymi sygnalami na falach ultrakr'otkich. Wracajac jednak do odebranych sl'ow: 'swiadcza one, ze zar'owno pierwsze, jak i drugie wezwanie zostalo przez tego czlowieka odebrane — ciagnal Sokolski. — Inna sprawa, ze dziwaczna ich tre's'c wskazuje na to, iz nie mial on wcale pojecia o tym, kto do niego m'owi. Zdaje sie, ze pierwsza twoja teza znalazla potwierdzenie — zwr'ocil sie w strone Krawczyka. -Prawdopodobnie w CM-2 w og'ole nie wiedza o naszej obecno'sci. Teraz jednak powinni sie czego's domy'sla'c i beda przynajmniej za godzine czuwa'c na tej samej fali. No, jak tam, Rita? — odwr'ocil glowe spogladajac w prawo, gdzie pracowala dziewczyna.

— Jeszcze nic. Milcza. Ale chyba teraz, najdalej za godzine, uda sie uzyska'c z nimi polaczenie.

Minely jednak trzy godziny, a mimo stalych wezwa'n nadawanych przez automat, nikt sie nie zglaszal. Rita rozpoczela pr'oby z wyprzedzaniem powtarzajacych sie regularnie sygnal'ow odbieranych na mikrofalach. Nadchodzily one obecnie w dwudziestose-kundowych odstepach i gdy tylko Rita, wyprzedzajac ich odbicie od Astrobolidu, wysylala wlasny sygnal, powodowalo to nagly skok gesto'sci, stanowiacy odpowied'z na falszywa fale.

Lecz oto, po kilkunastu takich — zakl'oceniach, automatyczna stacja CM-2 nagle zamilkla. Rita byla teraz calkowicie prze'swiadczona, ze to jej eksperymenty spowodowaly taka reakcje i ze z pewno'scia lada moment 'ow tajemniczy glos odezwie sie ponownie.

Niestety, nadzieje na szybkie nawiazanie laczno'sci byly i tym razem przedwczesne. Po godzinie sygnal zn'ow sie powt'orzyl, a nastepnie, ku og'olnemu zdziwieniu, poczal sie odzywa'c zupelnie nieregularnie.

— Nic teraz nie rozumiem — irytowal sie Sokolski. — Przeciez to zupelnie tak wyglada, jakby nie chcieli, aby'smy im zakl'ocali dzialanie radaru. Bo nie ulega watpliwo'sci, ze jest to nadajnik radiolokacyjny.

Rita r'owniez nie ukrywala niepokoju.

— Pamietasz, gdy odebrali'smy pierwszy ich sygnal na mikrofalach i nadalam nasz, to w'owczas nastepny nadszedl po dw'och godzinach. A dopiero p'o'zniej rozpoczeli regularne automatyczne nadawanie. Czyzby wiec…

— Tak, to dziwne. Mozna by sadzi'c, ze oni juz wtedy odebrali nasz sygnal.

— A moze nie chca nawiaza'c z nami laczno'sci?

— Nie wiem — wzruszyl ramionami Wiktor. — Przeciez to nie mialoby sensu. Nic z tego nie rozumiem. Spr'obuj jeszcze jednego sposobu. Wyga's ich fale.

— Tak — ozywila sie Rita. — To powinno odnie's'c jaki's skutek. Je'sli chca obserwowa'c nasze ruchy, to nie bardzo beda zadowoleni, gdy w pewnym momencie znikniemy.

Jednakze i ta pr'oba nie przyniosla oczekiwanego wyniku. Radio milczalo i tylko z chaotycznego dzialania sondy mozna bylo sie domy'sla'c, ze obsluga jej zaniepokojona jest utrata odbioru.

Tymczasem odleglo's'c miedzy obu statkami kosmicznymi malala nieustannie. Wreszcie, gdy zaledwie 20 tysiecy kilometr'ow dzielilo je od siebie, w calym wnetrzu wielkiej kuli Astrobolidu rozlegl sie glo'sny sygnal syreny, nadawany przez automatycznego pilota. Szybko's'c

Astrobolidu wzgledem CM-2 spadla juz niemal do 4 km/sek. i za siedem minut mial przerwa'c prace gigantyczny silnik rakietowy hamujacy lot statku od przeszlo 11 dni i 13 godzin.

— Uwaga, uwaga! Za chwile nastapi zmiana kierunku przy'spieszenia! — rozlegl sie glos Sokolskiego, kt'ory przebywajac w centrali nawigacyjnej 'sledzil dzialanie automatycznego pilota.

— Uwaga! Nie zostawiajcie nic na stolikach. Mamy jeszcze dwie minuty czasu… Uwaga, jeszcze jedna minuta. Prosze usia's'c w fotelach. Uwaga, jeszcze 30 sekund, jeszcze 20, jeszcze 10… Uwaga! Juz.

Wklesla, paraboliczna podloga wolno uniosla sie i wyprostowala tworzac plaska plyte. Jednocze'snie siedzenia foteli przymocowanych do podlogi staly sie oparciami i wszyscy obecni znale'zli sie w nieco groteskowej pozycji, z nogami na oparciach, lezac plecami na siedzeniach. To co jeszcze przed chwila bylo podloga, stalo sie 'sciana boczna, dotychczasowe za's 'sciany boczne poczely sluzy'c za podloge.

Pracownia astronomiczna oraz szereg innych sal nad nimi i pod nimi zajmowaly centralne, osiowe polozenie wewnatrz Astrobolidu. Wszystkie te pomieszczenia byly jakby odcinkami dlugiego walca.

W okresie, gdy silnik nie pracowal, sztuczne ciazenie, zastepujace przyciaganie grawitacyjne, wywolane bylo obrotem statku. Podloge w pomieszczeniach centralnych stanowila w'owczas wewnetrzna boczna powierzchnia walca. Zupelnie swobodnie spacerowano po „'scianie” i „suficie”, gdyz polozeniem pionowym bylo kazde polozenie prostopadle do osi obrotu Astrobolidu. Zycie mieszka'nc'ow pojazdu kosmicznego koncentrowalo sie jednak w pomieszczeniach polozonych jak najdalej od osi statku, gdzie ciezar cial byl zblizony do ziemskiego.

Sytuacja ulegala zupelnej zmianie, gdy rozpoczynal prace gl'owny silnik rakietowy. Zycie przenosilo sie w'owczas do osi, przy czym przy'spieszenie wywolane praca silnika, r'owne 10m/sek2, zastepowalo normalne ciazenie. Podlogami pomieszcze'n w osi stawaly sie wtedy przegrody dzielace na odcinki walec, kt'ory przybieral dla astronaut'ow polozenie pionowe. Aby zapobiec wedr'owce przedmiot'ow w dolnych, mieszkalno-produkcyjnych pomieszczeniach statku, a zwlaszcza w licznych laboratoriach i pracowniach naukowych, w czasie pracy silnika przy'spieszano rotacje Astrobolidu wywolujac dwukrotnie wieksze „przyciaganie”.

W pomieszczeniach centralnych ta zwiekszona sila od'srodkowa byla jednak kilkakrotnie mniejsza od przy'spieszenia nadawanego przez silnik. Elastyczne podlogi, podlegajac dzialaniu tych dwu sil, przybieraly ksztalt parabolicznego zwierciadla, tak iz przebywajacy tam ludzie nie napotykali praktycznie zadnych trudno'sci w poruszaniu sie, pomijajac nieznacznie zwiekszona wage cial.

W trzy godziny po ustaniu pracy silnika rakietowego w obszernej sali konferencyjnej rozpoczela sie narada. Uczestniczyli w niej wszyscy uczeni, bioracy udzial w pierwszej w dziejach ludzko'sci naukowej wyprawie miedzygwiezdnej.

Po zreferowaniu przez Krawczyka wynik'ow dotychczasowych obserwacji i pr'ob nawiazania laczno'sci z Celestia, dyskusje zagaila przewodniczaca rady, fizjolog Kora Heto, oddajac glos Sokolskiemu.

Osiemna'scie par oczu zwr'ocilo sie na mlodego uczonego.

— Zblizamy sie obecnie do CM-2 ze stala predko'scia r'owna 100 m/sek. Je'sli sie nie zatrzymamy, za 52 godziny miniemy CM-2, przechodzac obok niego w odleglo'sci 500 km. Trzy godziny temu weszli'smy w teoretyczna strefe zagrozenia, za jaka mozemy uwaza'c przestrze'n w odleglo'sci ponizej 20 000 km od CM-2. Praktycznie jednak nie wydaje sie prawdopodobne, aby ich miotacz mial wiekszy zasieg niz 6000 km. Opieramy sie tu na starych planach CM-2 jeszcze z okresu jego budowy, wobec jednak stosunkowo niewielkiej predko'sci 50 km/sek. wzgledem Slo'nca, p'o'zniejsza przebudowa miotaczy wydaje sie nieuzasadniona. Ponadto, z uwagi na prymitywna ich konstrukcje, rozszerzenie strefy spowodowaloby powazne zmniejszenie celno'sci, nie m'owiac juz o tym, ze musieliby przebudowa'c r'owniez urzadzenia energetyczne, a przede wszystkim reaktor jadrowy. Tak wiec wej'scie w strefe dezintegracji CM-2 nie powinno nastapi'c szybciej niz za 35–36 godzin. Dokladnych pomiar'ow strefy dokonam po zako'nczeniu tej konferencji.

Wiktor urwal na chwile, po czym wyja'snil zwie'zle gl'owny problem, kt'ory powinna rozstrzygna'c narada:

— Musimy obecnie zadecydowa'c, czy zatrzymamy sie przed granica strefy dezintegracji CM-2 az do chwili nawiazania laczno'sci, czy tez przejdziemy przez strefe wygaszajac fale wysylane przez radar ich miotacza i zatrzymamy sie w przewidzianej planem odleglo'sci 500 km. Chcialbym zaznaczy'c, ze nie mozemy zupelnie przewidzie'c, kiedy uda sie nam nawiaza'c laczno's'c, i ze szkoda czasu, by tkwi'c nieruchomo w odleglo'sci 5–7 tysiecy kilometr'ow od celu.

Podnioslo sie kilka rak.

— Wydaje mi sie jednak — rozpoczal sko'snooki chemik Sun — ze wej'scie Astrobolidu w strefe dezintegracji CM-2 musi by'c wykluczone ze wzgled'ow zasadniczych. Nie wiemy, czy nie moga oni zmienia'c dlugo'sci fali nadawanej przez radar ich miotacza. A nagla zmiana, o ile dobrze rozumiem zagadnienie, r'ownalaby sie katastrofie. Ponadto chcialbym sie dowiedzie'c, jakie 'srodki planujecie zastosowa'c w celu nawiazania laczno'sci z CM-2, je'sli kontakt radiowy zawiedzie zupelnie. Tyle na razie.

Sokolski podni'osl reke, proszac ponownie o glos.

— Mylisz sie — zwr'ocil glowe w strone Suna — twierdzac, ze moze grozi'c nam katastrofa, gdyby zmieniono dlugo's'c fali. Urzadzenie wygaszajace fale dziala w ten spos'ob, ze w niezwykle drobnym ulamku sekundy nastapi automatyczne dostrojenie do danej dlugo'sci fali. Ale nie to jest najwazniejsze. Badanie strefy dezintegracji przez ostrzeliwanie boczne wykazalo przeciez niezbicie, ze ich miotacz nie reaguje na ciala przelatujace obok. My za's posuwamy sie ta sama droga co wystrzelone rakiety, istnieje wiec pelna gwarancja bezpiecze'nstwa. Przechodzac do ostatniego pytania: najwazniejsza nieradiowa pr'oba zwr'ocenia uwagi na nas bedzie ostrzeliwanie CM-2 wprost. Metody tej nie mozna bylo stosowa'c wcze'sniej, gdy szybko's'c Astrobolidu wzgledem CM-2 wynosila cho'cby tylko kilkaset kilometr'ow na sekunde, nie m'owiac juz o paru tysiacach, jakie jeszcze przed trzema dniami mial nasz statek. Przy tak wielkich predko'sciach uderzenie ciala o masie kilku gram'ow w pancerz CM-2 spowodowaloby potezna eksplozje. Teraz, gdy nasza predko's'c jest niewielka, mozemy ostrzeliwa'c ich kulami papierowymi, poruszajacymi sie z predko'scia l km/sek., co nie stanowi zadnego ryzyka, je'sliby ich miotacz nie dzialal. Mam wiec zamiar wystrzeli'c w ich kierunku trzy kule w odstepach co dwie sekundy. Jezeli miotacz jest czynny, to nastapi trzykrotny wyrzut czastek. To powinno zwr'oci'c uwage wszystkich mieszka'nc'ow CM-2, gdyz ten typ miotacza pochlania bardzo duzo energii, co wywoluje przygaszenie 'swiatla. Inne metody zalezne sa od decyzji, gdzie sie mamy zatrzyma'c.

Zn'ow podnioslo sie kilka rak. Padaly pytania dotyczace niekt'orych szczeg'ol'ow technicznych dotychczasowych pr'ob porozumienia sie, jak i projekt'ow na przyszlo's'c. Wyja'snie'n udzielali bad'z Rita, bad'z tez Wiktor. Wiekszo's'c uczonych opowiadala sie za przej'sciem przez strefe dezintegracji.

Padaly r'owniez nowe propozycje. Najmlodszy z uczonych — fizyk Wladyslaw Kalina postawil wniosek, aby za dwa dni, po zatrzymaniu sie Astrobolidu obok CM-2, wysla'c „radiozwiadowce” zwanego „Lazikiem”, kt'ory by spr'obowal dosta'c sie do wnetrza metalowego dysku. Propozycja ta spotkala sie z aprobata, gdyz wszyscy byli juz zniecheceni bezskuteczna gra sygnal'ow.

Lecz oto zabral glos przysluchujacy sie dotad w milczeniu dyskusji geolog Igor Kondratiew. Znacznie mlodszy od Krawczyka, cieszyl sie nie mniejszym od niego autorytetem, tworzac wraz z Andrzejem, Kora i Mary Sheeldhorn niejako sztab Astrobolidu.

— Nie wiem, czy sluszne jest — rozpoczal jakby z wahaniem geolog — ze przechodzimy do porzadku dziennego nad tym, co powiedzial na zako'nczenie swego sprawozdania Andrzej. Chodzi mi o to, ze naprawde gra sygnal'ow jest nie tylko dziwna, lecz i niepokojaca. C'oz to za zagadkowe zachowanie sie: wiedza o naszej obecno'sci, a nie czynia nic, aby nawiaza'c z nami kontakt? Jak to wytlumaczy'c?

Urwal i dopiero po chwili, jakby z trudem dobierajac slowa, ciagnal dalej:

— Nie znamy tych ludzi. Nie wiemy, co sie tam dzieje. Jakie panuja tam stosunki ekonomiczne, socjalne, je'sli nie powiedzie'c wprost — kto tam rzadzi? Chodzi o to, ze w og'ole nie wiemy, co oni o nas my'sla. A przynajmniej ci, kt'orzy obsluguja sonde radiolokacyjna, bo zdaje sie, jak wynika z dziwnych sl'ow zlapanych przez szukacz, nie wszyscy mieszka'ncy CM-2 wiedza o naszej obecno'sci. A to moze by'c bardzo wazne.

Zamy'slil sie.

— Powiedz mi, Witia — zwr'ocil sie do Sokolskiego — czy do uruchomienia miotacza konieczny jest impuls otrzymany od sondy?

— Zasadniczo tak, bo przeciez trudno przypu'sci'c, aby kto's nastawial miotacz recznie, na podstawie osobnych pomiar'ow katowych. W ten spos'ob nie m'oglby zniszczy'c z odleglo'sci 5000 km zadnego ciala, kt'orego 'srednica bylaby mniejsza od jakich's, powiedzmy, 5 metr'ow. A tym samym miotacz nie spelnialby swego zadania.

— Tak sadzisz? Moze… Kondratiew zn'ow zamy'slil sie.

— Moze masz i racje — podjal po chwili. — Trudno przypuszcza'c, aby uczynili taka niedorzeczno's'c i zamiast sprzezenia z radarem kierowali miotaczem recznie. Ale — zrobil kr'otka pauze — nie zwalnia to nas od obowiazku zachowania maksimum ostrozno'sci. Tak, ostrozno'sci — powt'orzyl widzac zdziwienie pomieszane z niedowierzaniem na twarzach wiekszo'sci uczonych. -Dlatego tez stawiam wniosek: wysla'c „Lazika” nie za dwa dni, lecz natychmiast, i wysla'c go nie po to, aby juz teraz pr'obowal dosta'c sie do wnetrza CM-2, lecz aby stale przebywal w poblizu tego miotacza, kt'ory m'oglby nam zagraza'c. Inaczej m'owiac, chodzi mi o to, aby „Lazik” czuwal nad naszym bezpiecze'nstwem przez caly okres przebywania Astrobolidu w strefie zagrozenia.

Umilkl. Nikt nie kwapil sie z zabraniem glosu.

— Absurd — przecial nagle cisze Rene Petiot. Biolog, pelniacy jednocze'snie funkcje inzyniera gospodarczego Astrobolidu, zerwal sie z miejsca i wyrzucil z siebie szybko potok sl'ow. — Hipoteza Igora to zupelny absurd. Mimo calego szacunku, jaki mam dla jego zdania, tym razem musze stwierdzi'c, ze sie chyba myli. C'oz za pow'od mieliby ci ludzie, aby kierowa'c miotacz przeciw nam? Je'sli nawet boja sie nas, dlaczeg'oz zaraz mieliby niszczy'c Astrobolid i to zupelnie bez pr'ob nawiazania laczno'sci? Powiedz konkretnie — zwr'ocil sie do geologa — na czym opierasz te hipoteze, bo ja zupelnie nie rozumiem…

Urwal i usiadl tak samo szybko jak wstal.

— 'Zle mnie zrozumiale's — podjal Kondratiew. — Nie wysuwam zadnej hipotezy. To tylko ostrozno's'c. Zbyt malo jest danych, aby mozna bylo wysuwa'c jakakolwiek hipoteze — dodal, jakby sie usprawiedliwiajac

Zn'ow zapanowalo milczenie.

— Zdaje sie, ze dyskusje mozna zamkna'c — przerwala wreszcie cisze Kora. — Proponuje przyja'c wniosek Igora. Czy kto's chce jeszcze zabra'c glos w tej sprawie? Nie? No, to mozna uwaza'c wniosek za przyjety. Teraz podzielimy funkcje: Wlad, Suzy i Ingrid beda obslugiwa'c na zmiane „Lazika”, Wiktor wy'sle serie kul papierowych dla ostatecznego zbadania strefy dezintegracji, Rita czuwa u siebie w centrali radiowej. Andrzej, tak jak dotad, niech trzyma reke na pulsie calej akcji. Oczywi'scie wszyscy inni w razie potrzeby sa do dyspozycji.

W p'ol godziny p'o'zniej od wielkiej kuli Astrobolidu oderwal sie pajakowaty przedmiot i pozostawiajac za soba fioletowa smuge popedzil z wzrastajaca predko'scia ta sama droga, kt'ora przed 35 godzinami biegly wystrzelone przez Sokolskiego rakiety. Byl to robot-radiozwiadowca „Lazik”, wyslany przez Kaline dla czuwania nad bezpiecze'nstwem statku kosmicznego.

Krawczyk podni'osl wzrok znad fotolektora. Niepok'oj malujacy sie na twarzy Rity rozproszyl w jednej chwili jego zamy'slenie.

— Sygnal na mikrofalach wygasl — powt'orzyla Rita.

— Jak to? Przeciez to radar — astronom zmarszczyl brwi.

— Wla'snie! Zapanowalo milczenie.

— Zawolaj Witie i Wladka — powiedzial Andrzej i obraz Rity znikl.

Na ekranie pantoskopii rysowala sie juz ostro azurowa konstrukcja tylnego miotacza Celestii, gdy w drzwiach windy pojawili sie obaj mlodzi uczeni.

— Czy „Lazik” nie uszkodzil miotacza? — rzucil bez wstep'ow astronom.

— Wykluczone — zaprzeczyl kategorycznie Kalina. — Nie zbliza sie do CM-2 na odleglo's'c mniejsza niz 150 metr'ow. Zreszta przez ostatnie 20 minut w og'ole sie nie porusza. Mozesz sam sprawdzi'c, o tam, na prawo, jakie's dwie'scie metr'ow od kosza — fizyk wskazal reka poza ekran.

— Kto teraz pilotuje „Lazika”?

— Suzy.

Krawczyk polozyl reke na plycie kierowniczej pantoskopu i kosz miotacza przesunal sie ku krawedzi ekranu. W jego rogu, na tle szarych, prostokatnych plyt almeralitowego pancerza ukazala sie male'nka, blyszczaca kulka z piecioma lapami, podobna do pajaka.

— W jakiej odleglo'sci od CM-2 znajduja sie w tej chwili papierowe pociski? — astronom rzucil zn'ow pytanie, tym razem skierowane do Sokolskiego.

— Okolo 6 tysiecy kilometr'ow. Wedlug przewidywa'n 10 minut temu powinny byly juz by'c zniszczone przez miotacz. Niestety, przestal dziala'c.

— Kiedy i w kt'orym miejscu kule uderza w CM-2?

— Za 95 minut, tuz przy krawedzi tej jasnej, okraglej tarczy znajdujacej sie u podstawy miotacza. Wedlug starych plan'ow jest to platforma do ladowania pojazd'ow rakietowych majaca znaczna wytrzymalo's'c. Oczywi'scie, ostrozno's'c jest tu przesadzona, poniewaz uderzenie nie moze spowodowa'c zadnej szkody. Chyba gdyby tu stal czlowiek, no to… Ale to bylby nadzwyczajny zbieg okoliczno'sci — sko'nczyl i spojrzal na astronoma pytajaco. Andrzej zamy'slil sie.

— Dlaczego wylaczyli miotacz? — rzekl po chwili na wp'ol do siebie.

— Moze sadza, ze kule wystrzelone przez Witie sa pojazdami zalogowymi — podsunal Kalina. — Moze nie potrafia okre'sli'c ich ksztaltu i wielko'sci. A spodziewajac sie, ze to by'c moze jaka's nasza ekipa, nie chca jej zniszczy'c i dlatego wylaczyli miotacz.

— A dlaczego nie korzystaja z radia? To byloby znacznie prostsze i rozsadniejsze — wtracil Sokolski.

— Praktycznie wiec pozostaje czeka'c na dalszy rozw'oj wydarze'n — odrzekl spokojnie astronom.

— Nie bardzo mi sie u'smiecha czekanie…

— Ot'oz i mamy dalszy rozw'oj wydarze'n! — zawolal triumfalnie Kalina i zerwawszy sie z fotela podbiegl do ekranu pantoskopu.

W centrum pomalowanej biala farba plyty, pod grzybem miotacza badonowego zablysnal jasno o'swietlony, owalny otw'or.

Astronom manipulowal chwile galkami. Okragla platforma sluzaca do ladowania pojazd'ow rakietowych zajela centralne polozenie i poczela szybko rosna'c. Po kilkunastu sekundach wypelnila soba caly ekran. Jednocze'snie w o'swietlonym otworze ukazala sie ciemna sylwetka czlowieka w skafandrze.

Krawczyk, Sokolski i Kalina z napieciem wpatrywali sie w jasna plame wlazu. Metalowa siatka azurowej konstrukcji miotacza zakrywala nieco obraz, bez trudu jednak mozna bylo stwierdzi'c, co dzieje sie pod grzybem.

Oto posta'c w skafandrze przelozyla nogi przez krawed'z otworu i ostroznie zsunela sie na waski pomost otaczajacy pier'scieniem wieze miotacza. Po chwili we wlazie pojawil sie drugi czlowiek, trzymajacy w rekach jaki's przedmiot. Podal go pierwszemu i r'owniez zszedl na pomost.

Potem ukazala sie trzecia posta'c, a za nia czwarta i piata. Nadal wynosili na zewnatrz jakie's przedmioty. Jeden z ludzi przesunal sie do duzego reflektora umieszczonego po drugiej stronie pomostu i za chwile razacy, z'olty blask uderzyl w oczy uczonych.

Andrzej ograniczyl zakres odbieranych fal 'swietlnych i reflektor jakby przygasl.

— Patrzcie! — zawolal nagle Wiktor.

Dwoje ludzi odbilo sie lekko od krawedzi pomostu i blyskajac pistoletami odrzutowymi, sluzacymi do swobodnego poruszania sie w przestrzeni kosmicznej, wolno poplynelo w kierunku glowicy miotacza. Kilka regulujacych predko's'c i kierunek lotu wystrzal'ow i obie postacie wyladowaly pod azurowa czasza. Pistolety odrzutowe latwo pokonywaly niewielka w poblizu osi Celestii sile od'srodkowa.

Od pomostu odbila sie nowa posta'c. Ciagnac za soba na linie przedmioty wyniesione na zewnatrz szybko zblizala sie ku dw'om poprzednim osobom.

— Beda naprawia'c miotacz — szepnal Sokolski, jakby glo'sna rozmowa bal sie sploszy'c ludzi obserwowanych z odleglo'sci wielu tysiecy kilometr'ow.

— Zmienie Suzy i spr'obuje sprawdzi'c, co oni tam robia — przerwal cisze Kalina kierujac sie ku drzwiom.

— Nie moze tego zrobi'c sama Suzy? — zdziwil sie Krawczyk, lecz Wlada juz nie bylo w pracowni.

— Dobry chlopak, tylko troche zapaleniec — u'smiechnal sie astronom. Tymczasem Kalina, znalazlszy sie w niewielkim, okraglym pokoju, zawolal:

— Suzy! Zmiana obsady! Mozesz odpocza'c!

— Dlaczego? — rozlegl sie mlody, dziewczecy glos.

— Musze sprawdzi'c, co oni tam robia.

— Moge to zrobi'c i ja.

— Tak, ale… — szukal w my'slach argumentu. — To moze by'c niebezpieczne.

— Cho'cby nawet, to co? Nie b'oj sie, nie zgubie „Lazika”.

— Wiem, ale…

Przez chwile panowala cisza.

— Je'sli juz tak koniecznie chcesz ich zobaczy'c z bliska, to zjade — odezwala sie dziewczyna. -Ale za dziesie'c minut wpu'scisz mnie z powrotem.

— Oczywi'scie! — ucieszyl sie chlopak. — Mozesz zreszta obserwowa'c tymczasem przez pantoskop.

— Dobrze, juz dobrze.

Pionowa, blyszczaca rura wyrastajaca jak kolumna w samym 'srodku salki poczela wolno pograza'c sie w podlodze. W suficie ukazal sie okragly otw'or, zakryty dotad plyta przymocowana do szczytu rury.

Na plycie, w wygodnym fotelu, trzymajac smukle, ciemnobrunatne palce na bialej, niewielkiej klawiaturze, siedziala mloda Mulatka. Prawa jej dlo'n schowana byla w grubej rekawicy przytwierdzonej do pulpitu kierowniczego.

Fotel stanal na podlodze. Dziewczyna zwinnie zeskoczyla i z u'smiechem wskazala reka na fotel:

— Prosze! Zmiana warty. Tylko nie zgub „Lazika”. A za dziesie'c minut tu jestem.

Pogroziwszy mu palcem zniknela w drzwiach windy.

Kalina usadowil sie w fotelu i nacisnal maly guziczek na brzegu pulpitu. Plyta poczela unosi'c sie w g'ore, aby w kilkana'scie sekund p'o'zniej zakry'c otw'or w suficie.

Znalazl sie w pomieszczeniu nad okragla salka. Mialo ono ksztalt wnetrza kuli, wyjatek stanowila plyta, na kt'orej umocowany byl fotel z klawiatura.

Wladek rozejrzal sie wok'ol.

Wprost za plyta klawiatury widniala olbrzymia almeralitowa 'sciana Celestii. Nad nim, za nim i z boku po obu stronach roztaczala swa glebie otchla'n kosmiczna.

Fotel wydawal sie zawieszony samotnie w'sr'od ogromu wszech'swiata. Tylko pie'c wielkich, czarnych lap, rozchodzacych sie promieni'scie od podstawy fotela, przypominalo, ze widok roztaczajacy sie przed oczyma czlowieka pilotujacego „Lazika” nie jest bezpo'srednia rzeczywisto'scia, lecz obrazem 'swiata widzianego wzrokiem robota-zwiadowcy. Robota oddalonego o kilkana'scie tysiecy kilometr'ow od Astrobolidu.

Kalina przebiegl palcami po klawiszach.

Ogromna 'sciana Celestii jakby zachwiala sie i runela. Prostokatne plyty almeralitowego pancerza rosly w oczach, zdajac sie lada moment zwali'c na pilota.

Zn'ow palce przesunely sie po klawiaturze.

Zblizajaca sie szybko szara powierzchnia olbrzymiego dysku dokonala naglego obrotu o 90 stopni i poczela ucieka'c w tyl, jak nawierzchnia lotniska widziana ze startujacego samolotu. W dole, niemal pod stopami, mignely o'swietlone reflektorem prety azurowej czaszy miotacza.

Kalina podni'osl dlo'n.

Uciekajaca 'sciana obr'ocila sie o 180 stopni, zachybotala i zamarla w bezruchu.

W odleglo'sci 30 metr'ow przed Kalina rysowal sie wyra'znie pomost z umieszczonym na jego krawedzi reflektorem. W o'swietlonym wlazie stala jaka's nowa posta'c w skafandrze. Ponizej, na pomo'scie, znajdowaly sie dwie inne, nie liczac czlowieka przy reflektorze. Pod czasza miotacza pracowalo w dalszym ciagu trzech ludzi. Wladek zauwazyl, ze helmy ich lacza dlugie, cienkie nici przewod'ow.

„Wiec jednak nie maja radia — przebieglo mu przez glowe. — Te przewody to kable telefoniczne. Ale skad ten tajemniczy glos pochwycony przez Rite?” — zastanawial sie.

Jedna ze stojacych na pomo'scie postaci poczela gwaltownie wymachiwa'c rekami, dajac jakie's znaki ludziom znajdujacym sie na glowicy miotacza. Widocznie zauwazono sygnaly, bo po chwili jeden z nich oderwal sie spod szczytu grzyba i zrecznie manewrujac pistoletem odrzutowym wyladowal na pomo'scie.

Podszedl do otworu. Wyciagnal reke podajac koniec przewodu telefonicznego czlowiekowi czekajacemu na skraju wlazu.

Naraz stalo sie co's nieoczekiwanego. Stojaca w owalnym otworze posta'c naglym ruchem chwycila przybylego za ramiona i raptownie pociagnela go ku sobie.

Napadniety szarpnal sie gwaltownie, bezskutecznie usilujac przeciwdziala'c wciagnieciu go do wnetrza. Obok napastnika w jasnym kregu wlazu ukazaly sie jeszcze dwie osoby, 'spieszac mu z pomoca. Widocznie napastnicy przybyli kilkuosobowa grupa.

Czlowiek z pierwszej grupy, stojacy przez caly czas na pomo'scie przy wej'sciu, wyciagnal zza pasa jaki's blyszczacy przedmiot i rzucil sie ku walczacym. Nim jednak dotarl do klebowiska cial, dopadl go osobnik, kt'ory przed chwila dawal napadnietemu jakie's znaki. Ruchy ich byly zbyt gwaltowne w por'ownaniu z nikla sila ciazenia, panujaca n^ pomo'scie. Obaj zsuneli sie w przepa's'c.

Sczepione, wirujace ciala poczely szybko oddala'c sie od platformy. Dwukrotny jaskrawobialy blysk rozdzielil walczacych. Jeszcze trzykrotnie jasny jezyk ognia wystrzelil w kierunku oddalajacego sie ciala pokonanego przeciwnika. Czlowiek ten skurczyl sie i przez kilka sekund wykonywal jeszcze jakie's rozpaczliwe, bezsensowne ruchy rekami i nogami, wreszcie znieruchomial.

Tymczasem wypadki nastepowaly po sobie z blyskawiczna szybko'scia.

Napastnicy zauwazyli tragiczny wynik walki toczonej na zewnatrz. Jeden z nich oderwal sie od walczacej w przedsionku grupy i po'spieszyl towarzyszowi z pomoca, nie wiedzac widocznie, ze ten juz nie zyje. Skoczyl z pomostu i blyskajac w ciemno'sci pistoletem odrzutowym pogonil za oddalajacym sie martwym cialem.

Czlowiek z pistoletem elektrycznym nie zamierzal strzela'c do niego, lecz wr'ocil z powrotem na pomost. Jego ukazanie sie wywolalo w przedsionku nowe zamieszanie. Korzystajac z tego pierwszy z napadnietych uwolnil sie i wyskoczyl na zewnatrz. Widoczne bylo, jak szybko poplynal ku glowicy miotacza, gdy wtem z otworu wypadlo trzech napastnik'ow i blyskajac gesto pistoletami odrzutowymi pu'scilo sie za nim w pogo'n.

Stojacy dotad spokojnie przy reflektorze czlowiek dopiero teraz zauwazyl, co sie dzieje. Wyciagnal pistolet elektryczny zza pasa i, odbezpieczywszy go, czekal. Nie wiedzial jeszcze dobrze, o co tu chodzi, tym bardziej ze skafandry utrudnialy odr'oznienie napastnik'ow od napadnietych.

Lecz oto rzucil sie ku niemu czwarty napastnik i padli na pomost. Widocznie atakujacy byl zreczniejszy, bo w kilkadziesiat sekund p'o'zniej czlowiek obslugujacy reflektor byl juz obezwladniony. Zamarli w bezruchu tonac w ciemno'sciach.

W otworze wlazu pojawil sie osobnik z pistoletem elektrycznym — ten sam, kt'ory zastrzelil jednego z napastnik'ow. Zeskoczywszy na pomost przykucnal w cieniu i poczal mierzy'c w strone o'swietlonych reflektorem postaci napastnik'ow pod grzybem miotacza.

Kalinie zabilo gwaltownie serce.

Przeciez on ich powystrzela, wszystkich po kolei. Do's'c tego!

Palce przebiegly po klawiaturze.

Obraz miotacza, reflektora i ludzi w skafandrach zawirowal gwaltownie i w szalonym ta'ncu wybiegl naprzeciw Kaliny. W ulamku sekundy mignela mu przed oczyma zza szyby helmu wykrzywiona strachem twarz. Juz z boku ujrzal skierowana w swa strone lufe pistoletu elektrycznego.

O'slepiajacy blysk na kulistym ekranie — i gluchy stuk rozlegl sie w kabinie kierowniczej.

— Nie takich pocisk'ow trzeba na „Lazika”! — wybuchnal nerwowym 'smiechem Kalina i wykonawszy nagly skret zawisl na chwile nad niemal oblakanym ze strachu czlowiekiem w skafandrze. Mezczyzna wypu'scil z reki pistolet, zakryl konwulsyjnie ramionami szybe helmu i osunal sie zemdlony na pomost.

Palce mlodego fizyka zn'ow przesunely sie po klawiszach.

Bialo pomalowana plyta zapadla sie jakby w otchla'n wszech'swiata, stajac sie duzym, jasnym krazkiem.

Kalina odruchowo siegnal do czola. Uczul pod palcami krople zimnego potu. Ostatnie minuty przezyl tak, jakby sam naprawde znajdowal sie w robocie-zwiadowcy, odleglym od niego o ponad 17 tysiecy kilometr'ow lodowatej pustki kosmicznej.

Spojrzal ku miotaczowi.

Walka dobiegala ko'nca. Napastnicy zrezygnowali z dalszych pr'ob uprowadzenia osobnika, bedacego prawdopodobnie kierownikiem montazu i wycofali sie do 'sluzy. Gdy cztery postacie znikly w otworze wlazu, Kalina odetchnal z ulga.

Do lezacego bezwladnie na pomo'scie czlowieka podszedl jego towarzysz obslugujacy reflektor. Podni'osl porzucony pistolet i ostroznie zajrzal do wnetrza przedsionka. Stwierdziwszy, ze nikogo tam nie ma, wni'osl odzyskujacego powoli przytomno's'c czlowieka i po chwili wr'ocil dajac reka znaki pozostalym na miotaczu monterom, uczepionym glowicy miotacza.

Delikatny d'zwiek dzwonka przerwal obserwacje Kaliny.

— Jak tam, Wlad? Chyba masz juz dosy'c awantur — rozlegl sie glos Suzy Brown. — Zmiana warty!

— Tak. Zaraz zjade — odrzekl p'olglosem i zamy'slil sie. — A je'sli to jeszcze nie koniec? — zapytal jakby wahajac sie, czy moze zej's'c z posterunku.

— No, to juz moja sprawa.

— Ale moze…

— Zjezdzaj na d'ol. Zreszta to rozkaz Andrzeja.

Po kilku minutach znalazl sie w pracowni astronomicznej.

— 'Swietnie to zrobile's! — zawolal na jego widok Wiktor. — Nie wolno nam bylo dopu'sci'c do masakry. Cala ta awantura bardzo jednak podejrzanie wyglada.

— Zobaczymy, co dostrzeze Suzy — rzekl ze zwyklym spokojem Krawczyk. — Jest niewatpliwie w tej chwili bardziej opanowana od ciebie i bedzie mogla tak pokierowa'c „Lazikiem”, aby zebra'c jak najwiecej danych.

Kalina wskazal ruchem glowy ekran pantoskopu, na kt'orym w znacznym zblizeniu widnialy pod siatka miotacza trzy postacie.

— Co nowego? — zapytal.

— Nic. Spok'oj. Ci trzej majstruja dalej.

— Miotacz wylaczony?

— Bez zmian.

— W jakiej odleglo'sci znajduja sie w tej chwili kule papierowe?

— Okolo 900 kilometr'ow od przypuszczalnej dolnej granicy dezintegracji, czyli blisko 4 tysiace kilometr'ow od CM-2.

— Czy oni zdaza naprawi'c miotacz?

— Je'sli ich strefa dezintegracji ko'nczy sie w odleglo'sci 3000 km, to maja tylko pietna'scie minut czasu.

Rozmowa urwala sie.

Wszyscy z napieciem wpatrywali sie w ekran.

Do zapowiedzianego przez Sokolskiego terminu brakowalo blisko trzech minut, gdy dw'och ludzi pracujacych w skafandrach przy glowicy miotacza wyladowalo na pomo'scie. Po chwili w otworze wlazu znikla i trzecia posta'c.

Krawczyk zmienil stopie'n powiekszenia i na ekranie ukazala sie cala tarcza do ladowania pojazd'ow rakietowych. Przy jej krawedzi rysowaly sie wyra'znie ciemne punkty.

— To nasze papierowe pociski — rzucil szeptem Wiktor wskazujac reka.

Naraz wielka czasza miotacza drgnela i poczela wolno obraca'c sie w kierunku przeciwnym ruchowi Celestii. Wkr'otce czas jej obrotu wzgledem almeralitowego dysku zr'ownal sie z czasem jego obrotu wok'ol osi i azurowy grzyb zamarl w bezruchu na ekranie.

Jednocze'snie rozlegl sie okrzyk 'sledzacej prace swych przyrzad'ow Rity:

— Wlaczyli! Zn'ow wlaczyli miotacz!

Czasza przechylala sie w jedna, to znowu w druga strone.

— Co to ma znaczy'c? — zaniepokoil sie Wiktor. — Dlaczego miotacz nie dziala? I te gwaltowne ruchy…

Azurowy grzyb zn'ow zamarl. Uplynela dluzsza chwila.

Nagle miotacz wykonal subtelny, plynny, niemal niewidoczny ruch i o'slepiajacy blysk roz'swietlil ekran.

Przymruzyli oczy nie mogac znie's'c klujacego blasku. Po dw'och sekundach — nowy blysk, ciemno's'c i zn'ow blysk.

— Jednak zdazyli — rozlegl sie w ciszy glos astronoma.

— Ponizej 3000 km od CM-2? — zdziwil sie Sokolski spogladajac na zegarek.

Nastr'oj przygnebienia, wywolany ponura scena walki, ustapil miejsca nowym uwagom i domyslom. Rozpoczela sie ozywiona dyskusja. Przede wszystkim odtworzono z zapisu wszystkie sceny zaobserwowane i utrwalone przez pantoskop i „Lazika”.

Ocena przyczyn niezwyklych wydarze'n byla jednak do's'c rozbiezna. Wylonily sie dwa poglady. Pierwszy, reprezentowany przez Andrzeja, Wiktora i Rite tlumaczyl zaj'scie jako epilog jakich's wewnetrznych porachunk'ow miedzy lud'zmi zamieszkujacymi Celestie, porachunk'ow nie majacych nic wsp'olnego z obecno'scia Astrobolidu. Faktem przemawiajacym za tym byl przestrach, jaki wywolalo pojawienie sie „Lazika”. Punktem wyj'scia byla hipoteza, ze przerwa w pracy miotacza mogla wynikna'c z przypadkowego uszkodzenia. Opierajac sie na tym, ze napastnicy kierowali swe ataki wylacznie ku jednej osobie, nie za's przeciw wszystkim przybylym w pierwszej piatce ludziom, tlumaczono zaj'scie jako wykorzystanie okazji do zalatwienia porachunk'ow bez niczyjej ingerencji zewnatrz. Slaba strona tej hipotezy bylo to, iz dw'och ludzi z pierwszej grupy zaopatrzonych bylo w bro'n, co wskazywaloby na to, ze spodziewali sie ataku.

Z gruntu odmienny poglad reprezentowali Kora, Igor, Wladek i Suzy. Uwazali oni, ze uszkodzenie miotacza nie bylo przypadkiem, lecz dokonane zostalo przez grupe napastnik'ow dla jakich's okre'slonych cel'ow, prawdopodobnie zwiazanych z obecno'scia Astrobolidu. Celem akcji byloby wice niedopuszczenie do naprawy miotacza. Latwo r'owniez dalo sie wytlumaczy'c, czemu kierowala sie ona przeciw jednej osobie, wobec zgodnej opinii Wladka i Suzy, ze byl to z pewno'scia kierownik montazu.

Hipoteza ta, znajdujaca wielu zwolennik'ow w'sr'od innych uczonych, bioracych udzial w dyskusji, miala niestety jeden punkt latwy do podwazenia, zdaniem Sokolskiego i Brabca uszkodzenie glowicy mozliwe jest tylko z zewnatrz, zamachowcy musieliby wiec w chwili ustania sygnal'ow miotacza znajdowa'c sie na pomo'scie. A przeciez gdy Andrzej wlaczyl pantoskop, natychmiast po wiadomo'sci przekazanej przez Rite, nikogo tam nie bylo. O tym, ze obecno's'c monter'ow na glowicy nie miala na celu tylko kontroli, 'swiadczyl zaobserwowany fakt, iz wymieniano jakie's przewody czy nawet cze'sci urzadze'n sterujacych.

Niestety, nie mozna bylo ustali'c, na czym polegala ta przypuszczalna naprawa. Dostep do wnetrza glowicy byl niewielki i monterzy zakrywali go swoimi cialami, narzedzia za's i cze'sci zamienne trzymane byly w specjalne] zamkniete] skrzynce.

Zapis wraz z planami miotacza przekazano Meilin Tai, kt'ora natychmiast przystapila do rozwiazywania zagadki za pomoca krystalicznego komputera zwanego konkrytem.

Po dw'och godzinach docieka'n, przerywanych kilkakrotnym domaganiem sie przez Tai uzupelniajacych danych o przebiegu wydarze'n na zewnatrz — wlacznie do indywidualnych domysl'ow obserwator'ow — dyskusja powoli wygasala. Przyczynily sie do tego zwlaszcza intrygujace wszystkich slowa Tai, ze to powazniejsza sprawa, niz sadza wszyscy. Rozmowa juz sie nie kleila. Nikt nie kwapil sie z wyglaszaniem jakich's stanowczych twierdze'n. Ruchliwy Rene nie mogac usiedzie'c na miejscu przechadzal sie nerwowo po pracowni.

Wreszcie w drzwiach windy ukazala sie drobna posta'c Tai. Podeszla do stolu i rzucila na przezroczysty blat kilkana'scie dlugich, splatanych wsteg waskiej ta'smy. Usiadla w opuszczonym przez biologa fotelu i wskazujac na ekran pantoskopu, gdzie na jasnej, okraglej tarczy zarysowal sie ostro azurowy parasol miotacza, powiedziala z powaga:

— Miotacz nie byl naprawiany, lecz przebudowywany. Celem przebudowy bylo umozliwienie ostrzeliwania dowolnie wybranych cial przelatujacych obok CM — Metody osiagniecia celu — prymitywne. Ponadto przebudowa szla r'owniez w kierunku przyblizania i zwezania strefy dezintegracji. Stopie'n — nie do ustalenia, gdyz chodzi tu o urzadzenie wewnatrz CM-2. Podstawowy material do wnioskowania: zarejestrowane ruchy rak monter'ow, wyglad zewnetrzny narzedzi i niekt'orych spostrzezonych cze'sci zamiennych oraz stare plany miotacza.

— A wiec… — wtracil Sokolski, lecz Tai podniosla reke dajac znak, ze chce m'owi'c dalej.

— Analiza dotychczasowego materialu faktycznego dokonana przez konkryt pozwala wyciagna'c nastepujace wnioski typu konkluzji AKR III: 1. Wylaczenia miotacza dokonala grupa I, nazwijmy ja montazowa. 2. Grupa napastnik'ow dazyla do sparalizowania przebudowy przez usuniecie kierownika montazu, lecz nie miala zbrodniczych zamiar'ow. 3. Uzbrojeni ludzie z grupy montazu byli straznikami przydzielonymi dla ochrony przebudowy. 4. Grupa montazu, a 'sci'slej — zaatakowany przez „Lazika” straznik, nie docenia zupelnie postepu technicznego na Ziemi. 5. Z grupy montazu nikt poza straznikiem nie zauwazyl „Lazika”. Prawdopodobnie spostrzegl „Lazika” jeden z napastnik'ow.

— Ale wiedza o naszej obecno'sci? — przerwal Kalina.

— Czekaj. Jeszcze nie koniec — powiedziala Tai. — Wnioski og'olne typu warunkowych konkluzji AKR VII: 1. Na CM-2 wie o obecno'sci Astrobolidu przynajmniej cze's'c mieszka'nc'ow, w tym r'owniez grupa napastnik'ow. 2. Celem przebudowy miotacza jest zniszczenie Astrobolidu.

Lodowaty chl'od przebiegl przez ciala wszystkich. Zapanowala cisza, lecz tylko na chwile. Przerwal ja spokojny glos Tai:

— Wnioski typu domysl'ow ADR IV: 1. Cze's'c mieszka'nc'ow CM-2 obawia sie nas, cho'c trudno stwierdzi'c, z jakich powod'ow. 2. Grupa napastnik'ow przeciwstawia sie planowi zniszczenia Astrobolidu. 3. Walka, kt'ora obserwowali'smy, stanowi odbicie walki, jaka toczy sie wewnatrz CM-2; przyczyny jej sa znacznie powazniejsze niz samo zagadnienie zniszczenia naszego statku.

Uczona przeszla do „wniosk'ow typu hipotez” i wyliczywszy szereg mozliwo'sci oceny niekt'orych watpliwych zagadnie'n zako'nczyla sprawozdanie.

Raport Tai, je'sli nie liczy'c kilku pyta'n uzupelniajacych, zostal przyjety bez dyskusji. Natomiast ostre kontrowersje wywolaly kra'ncowo r'ozne wnioski dotyczace dalszego dzialania. Przedmiotem sporu byly w istocie kwestie etyczno-prawne, zawierajace sie w pytaniu: czy i w jakim stopniu przybysze z Ziemi maja prawo ingerowa'c w to, co dzieje sie we wnetrzu kosmicznej wysepki, kt'ora od czterech wiek'ow nie utrzymywala laczno'sci z macierzysta planeta?

Wyja'snienie los'ow Celestii i nawiazanie kontaktu z potomkami jej zalogi, je'sliby ten dawny sztuczny ksiezyc Ziemi byl zamieszkany, nalezalo do priorytetowych zada'n ekspedycji Astrobolidu. Jak jednak zrealizowa'c to zadanie, gdy ta cze's'c mieszka'nc'ow CM-2, kt'ora wlada miotaczem i 'srodkami laczno'sci, nie chce tej laczno'sci nawiaza'c i ma wrogie zamiary wobec przybysz'ow?

Najradykalniejsze 'srodki dzialania proponowali Sokolski i Kalina: niezaleznie od dalszego biegu wydarze'n nalezy miotacz zablokowa'c lub nawet zdemontowa'c za pomoca „Lazika”, tak aby bezpiecznie przeby'c strefe dezintegracji. Nawet je'sli laczno's'c zostanie nawiazana, operacja taka powinna by'c przeprowadzona, gdyz sytuacja w CM-2 jest niejasna i trzeba liczy'c sie z mozliwo'scia podstepu.

Calkowicie przeciwny poglad wyrazil Rene, popierany przez Suzy i Rite. Domagal sie on nie tylko wylaczenia silnik'ow w odleglo'sci kilku tysiecy kilometr'ow od g'ornej granicy strefy dezintegracji, ale takze przerwania bada'n tej strefy kulami papierowymi, nawet 'sciagniecie „Lazika” z powrotem na statek. Padly tez propozycje, aby wobec braku prawnik'ow w zespole

Astrobolidu raport Tai wraz z materialami podstawowymi przekaza'c na Ziemie i decyzje, jakie kroki nalezy w tej sytuacji podja'c, pozostawi'c 'Swiatowej Akademii Nauk. Spotkalo sie to jednak z powszechnym sprzeciwem i to z uwagi zar'owno na niezreczno's'c takiego wniosku, stwarzajacego wrazenie politycznego uniku, jak r'owniez na dwumiesieczny okres oczekiwania na odpowied'z, co niepotrzebnie wiazaloby rece radzie ekspedycji.

Po kilkugodzinnej dyskusji, nie podejmujac ostatecznych decyzji przerwano obrady, postanawiajac wznowi'c je po pieciu godzinach, przeznaczonych na ponowne przemy'slenie calej sprawy przez wnioskodawc'ow.

Tymczasem nadawano nadal przez radio wezwania do nawiazania laczno'sci, wyja'sniajac mieszka'ncom Celestii naukowy charakter ekspedycji, a takze cel sondowania strefy ochronnej ich 'swiata poprzez ostrzeliwanie jej papierowymi kulami. Dziewie'c takich pocisk'ow, skierowanych w centrum almeralitowej wyspy kosmicznej, mialo zwr'oci'c uwage wszystkich zyjacych w niej ludzi. Niestety, godziny mijaly, a nadajniki radiowe CM-2 milczaly w dalszym ciagu.

Rita prawie juz nie wychodzila z centrali radiowej. Mimo ze nadawanie wezwa'n odbywalo sie calkowicie automatycznie, nie chciala oddala'c sie zbytnio od przyrzad'ow, aby w razie nawiazania laczno'sci natychmiast przeprowadzi'c rozmowe.

Na p'ol godziny przed wznowieniem narady Sokolski i Kalina przyszli do obserwatorium, aby zaobserwowa'c blyski towarzyszace niszczeniu przez miotacz 9 papierowych pocisk'ow. W gruncie rzeczy chcieli przy okazji przekona'c Krawczyka, aby poparl ich wniosek.

— Zostalo nam zaledwie dziesie'c godzin — argumentowal Kalina. — Dluzej juz zwleka'c nie mozna. Albo juz teraz, w ciagu dw'och godzin, zr'ownamy predko's'c i zatrzymamy sie w odleglo'sci 12 tysiecy kilometr'ow od nich, albo przystepujemy do wprowadzenia takich zmian w dzialaniu ukladu sterujacego miotaczem, aby'smy mogli przej's'c bezpiecznie przez strefe D. Musimy by'c pewni, ze nie beda w stanie nas zaatakowa'c. Trzymanie sie z dala od CM-2 nie jest zadnym rozwiazaniem. Samo „pukanie” w strefe D papierowymi balonikami zwieksza tylko ich nieufno's'c. Ladujemy sie w impas, w kt'orym mozemy tkwi'c przez miesiace, a nawet lata. Nie widze zadnych uzasadnionych przyczyn, aby'smy mieli nadal zwleka'c z decyzja demontazu miotacza. Tym bardziej ze to niczym im nie grozi. CM-2 znajduje sie z tej strony pod nasza ochrona, wiec ich miotacz moze by'c wylaczony bez obawy.

— Na czym mialby polega'c demontaz? — zapytal astronom.

— To stosunkowo prosta sprawa. Wymaga tylko duzej zreczno'sci. Ognisko produkujace badon i akcelerator czastek znajduja sie w glowicy miotacza, pod grzybem. Sam grzyb spelnia role celownika. Urzadzenie nadawcze sondy miotacza wysyla staly sygnal, kt'ory wraca z powrotem odbity od zblizajacego sie lub przechodzacego obok CM-2 ciala. Je'sli cialo to pedzi wprost na CM, odbita fala wraca z jednego kierunku. Oczywi'scie, najsilniejszy odbi'or powracajacej fali wystepuje w tym miejscu „powierzchni” parasola, kt'ore jest prostopadle do kierunku, skad nadlatuje cialo. O'slepiajace blyski pojawily sie na ekranie. Sokolski spojrzal na zegarek.

— Tak jak poprzednio, okolo 3 tysiecy kilometr'ow.

— M'ow dalej — powiedzial astronom do Kaliny.

— Przestudiowalem dokladnie stare plany — podjal fizyk. — Gdy „parasol” miotacza odbiera przez pewien czas sygnaly odbite od zblizajacego sie ciala, w'owczas ustawia sie automatycznie w ten spos'ob, ze punkt prostopadlego odbioru fal znajdzie sie w samym centrum czaszy, skad emitowane sa czastki. W ten spos'ob miotacz ustawia sie automatycznie na cel. Teraz wystarczy tylko, aby urzadzenie radiolokacyjne dokonalo pomiaru odleglo'sci i w odpowiednim momencie nastapila synteza oraz wyrzut ladunku. Chcac skierowa'c miotacz na dowolne cialo, przelatujace obok CM-2, trzeba wylaczy'c urzadzenie automatyzujace celownik i zainstalowa'c dodatkowe, umozliwiajace kierowanie miotaczem wedlug danych katowych. To wla'snie zrobiono. Je'sli Suzy ma dokona'c unieruchomienia miotacza, zadanie jej bedzie polegalo na…

Sygnal centrali radiowej poderwal Sokolskiego i Kaline z miejsc. W pracowni pozostal sam Krawczyk. Chwile uderzal nerwowo dlonia po poreczy fotela, raz po raz rzucajac spojrzenia na biala 'sciane.

Wstal, postapil pare krok'ow ku windzie i zawahal sie.

— Zn'ow pewno nic — machnal niedbale dlonia i wr'ocil na fotel.

Juz polozyl palce na klawiaturze kierowniczej pantoskopu, aby zwiekszy'c obraz na ekranie, gdy na 'scianie zamigotal 'swietlny zygzak i ukazala sie glowa Wiktora.

— Sa! — zawolal. — Sa! Odezwali sie! Sami sie odezwali. Rita rozmawia w tej chwili z nimi. Chod'z natychmiast do centrali!

— Rozmawia z nimi?

— Tak, rozmawia z nimi. Tylko ze oni… Sokolski urwal i zrobil jaka's dziwna mine.

— Tylko ze co? — astronom okazal zniecierpliwienie chyba po raz pierwszy od wielu miesiecy. — Co zn'ow sie stalo?

— Nic. Nic… — odrzekl Sokolski. — Tylko, ze oni… ze oni nas biora za… za… — i parskajac 'smiechem wykrztusil —…za diabl'ow!


Sie \c | Zagubiona Przyszłość | U \zr\odel prawdy